29 stycznia 2022

7. DYLEMAT OBROŃCY

Perspektywa wyboru jednego ze swoich przyjaciół na obrońcę ślizgońskiej drużyny była niewygodna i nieprzyjemna dla Albusa. Doskonale zdawał sobie sprawę, że chłopcy już wcześniej (tak właściwie, to od kilku lat) dyskutowali na temat grania w quidditcha i pechowo postanowili akurat w tym roku startować na dokładnie tę samą pozycję. Mimo negatywnych odczuć wybór przyjaciół dał Albusowi pewne korzyści – przynajmniej miał interesujący temat do rozmowy z Mirrą.

– Cóż, to część odpowiedzialności kapitana, prawda? – powiedziała mu podczas jednej z wizyt w bibliotece. Scorpius uczył się z nimi, ale już wyszedł. Rose i Morrison z kolei nawet nie kłopotali się odwiedzinami.

– Tak, wiem – zgodził się cicho, rozglądając się dyskretnie. Chciał mieć całkowitą pewność, że przyjaciel nie czai się za którymś z regałów. Wolałby, żeby Malfoy nie słyszał tego, co miał zamiar teraz powiedzieć. – Ale wiesz, takie chyba moje szczęście. W końcu osiągnąłem i pierwszą rzeczą, jaką muszę zrobić to zniszczyć marzenia jednego z moich kumpli...

– Cóż, jest jeszcze szansa, że któryś z nich zdecyduje się na inną pozycję, prawda? – zapytała, przewracając kartkę, a następnie dopisując kolejny paragraf na swoim pergaminie. Odrabiała akurat zadanie domowe z transmutacji.

– Szczerze wątpię, obydwaj wystartują na obrońcę. Jasno mi powiedzieli, że od dawna chcieli grać w drużynie i akurat na tej pozycji. – Albus zmarszczył brwi na wspomnienie rozmowy.

Gryfonka także ściągnęła brwi i przerzuciła kolejną stronę w książce. Potem znowu dodała kilka zdań do swojej pracy.

– Zawsze też możesz pójść w innym kierunku i nie wybierać żadnego z nich – powiedziała spokojnie. – Nawet nie wiesz, czy są wystarczająco dobrzy, by być w drużynie, prawda?

Albus się zastanowił. Scorpius był dobry – wiedział to, widział go już na miotle. Z drugiej strony Morrison ćwiczył całe lato i prawdopodobnie jest teraz w lepszej formie; miał też budowę ciała odpowiednią dla obrońcy. A co jeśli będzie ktoś lepszy od jednego i drugiego...?

– Nie – stwierdził stanowczo. – Wtedy nie jeden z nich, a obaj mnie znienawidzą.

Między parą zapadła chwila ciszy, przerywana odgłosami przewracanych stron podręczników. Wciąż obmyślali możliwe rozwiązanie. Potem im przerwano.

– Widzieliście Rose?

            Ślizgon podniósł wzrok znad pergaminu i zobaczył Lance'a, tego chłopca z pociągu. Stał za Mirrą, która na dźwięk nieznajomego głosu, również się odwróciła.

– Chyba jest w pokoju wspólnym – odpowiedziała. – A co?

Lance podrapał się po brodzie, a Albus poprzez jego bandaże dostrzegł niewielkie blizny na palcach.

– Mógłbym przysiąc, że mieliśmy się tu spotkać – wyjaśnił, po czym przeniósł spojrzenie na Ala, wyglądając, jakby dopiero teraz go zauważył. – No, część. Wszystko w porządku? – rzucił przyjaźnie.

– Mhm. – Ślizgon naprawdę nie miał ochoty się teraz odzywać. Miał dziwne wrażenie, że sama obecność tego puchona stanowi zagrożenie dla jego szans u Mirry. A potem zrozumiał, jak bardzo to było głupie i jak pozbawione sensu. – Co tam u ciebie?

Lance wzruszył ramionami.

– Nie mogę narzekać – stwierdził, ponownie odwracając się do dziewczyny. – Przekażesz jej, że jest poszukiwana? – zapytał grzecznie.

– Okej – odpowiedziała Mirra i Lance, nie zwlekając dłużej niż to konieczne, wyszedł z biblioteki. Oboje odprowadzali go wzrokiem.

Gryfonka ponownie skupiła się na pracy domowej, zachowując się tak, jakby w ogóle im nie przeszkodzono. Wcześniej wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć i właśnie to go olśniło. Oto szansa, na którą czekał. Nie mogła się trafić lepsza okazja, żeby poruszyć ten temat.

Mógł dowiedzieć się czegoś więcej o sympatii kuzynki.

– Jak w ogóle Rose poznała Lance'a? – zapytał więc, próbując wyglądać nonszalancko. Odchylił się przy tym na fotelu, przez co niemal się przewrócił.

– Spotkali się w skrzydle szpitalnym w zeszłym roku – odpowiedziała gryfonka z nosem w książkach. – Odwiedził Jamesa, a ona akurat tam była...

– Lance zna się z moim bratem? – spytał, szczerze zaintrygowany.

– Mhm – mruknęła, przewracając kolejną kartkę podręcznika. Potem przeczytała dokładnie stronę, żeby się upewnić, że dobrze przepisuje informacje.

Albus pochylił się do przodu, rozkminiając nad możliwościami wybadania sytuacji. Jednocześnie próbował nie skupiać się za bardzo na uroczym sposobie, w jaki dziewczynie kręciły się włosy za uszami.

– Czyli całkiem dobrze się znają, tak...? – zapytał niewinnie, chowając się za książką do zaklęć. Liczył, że wygląda na mało zainteresowanego. – Są tylko znajomymi czy coś więcej...? – Specjalnie zastosował otwarte pytanie, mając nadzieję, że Mirra wyłapie ukrytą w nim sugestię.

Gryfonka uniosła głowę.

– Nie wiem. – Uśmiechnęła się lekko. – Sądzę, że są dobrymi przyjaciółmi. Dlaczego pytasz?

– Bez konkretnego powodu – odpowiedział szybko. – Chcę się tylko upewnić, że moja kuzynka nie kręci się z szemranym towarzystwem. Czasami robię się odrobinę nadopiekuńczy...

– Och – stwierdziła, odchylając się lekko na krześle. W jej uśmiechu było coś, co mówiło Albusowi, że wymyślił naprawdę kiepską wymówkę. Poczuł natychmiastową potrzebę zmiany tematu.

– Więc jak ci minął pierwszy tydzień? – zapytał.

– Całkiem nieźle – powiedziała, sprawiając wrażenie bardzo rozbawionej. – Chociaż moja nauczycielka eliksirów jest okropna i nie pozwala mi współpracować z moim naprawdę dobrym przyjacielem...

Na stwierdzenie „naprawdę dobrym przyjacielem” Albus się uśmiechnął. Radość nie trwała długo, bo dosłownie chwilę później uzmysłowił sobie, że wciąż nie porozmawiał z nauczycielką na temat treningów quidditcha.

Myśl o spotkaniu z opiekunką Slytherinu była jeszcze bardziej zniechęcająca niż myśl o wyborze obrońcy. Po zaledwie czterech dniach nauki w szkole profesor Blackwood okazała się być jedną z najbardziej nieprzyjemnych osób, jakie Albus kiedykolwiek w życiu poznał. Rzadko przychodziła na posiłki do Wielkiej Sali, ale gdy już to robiła, patrzyła na ich stół z olbrzymią złośliwością i pogardą. Gapiła się tak na nich, dopóki od stołu nie odszedł ostatni odważny. Miała też skłonność do wyłapywania mniej ostrożnych uczniów na korytarzach i odejmowania im punktów nawet za najmniejsze wykroczenia, zwłaszcza ślizgonów. Tak właściwie, jak Albus o tym pomyślał, to nie mógł sobie przypomnieć choćby jednej sytuacji, w której odjęłaby jakieś punkty Gryffindorowi.

Jedyną dobrą rzeczą, jaka przyszła z posiadania powszechnie znienawidzonej nauczycielki to możliwość podtrzymywania rozmów z przyjaciółmi. Obydwoje nie sprawiali wrażenia rozgniewanych, aczkolwiek odzywali się do siebie znaczenie rzadziej. Siedzenie w pokoju wspólnym oraz psioczenie na profesorkę pozwalało im zapomnieć o quidditchowej rywalizacji.

Wreszcie, nie mając już żadnego wyboru, z wyjątkowo ciężkim sercem poszedł spotkać się z opiekunką Slytherinu. W piątek po południu tuż po ostatnich zajęciach (obronie przed czarną magią), zszedł do lochów i poruszając się pośród znajomego labiryntu korytarzy, szybko znalazł się pod klasą eliksirów. Nim minęła minuta, zebrał się w sobie i zapukał.

– Wejść.

Albus otworzył drzwi i wszedł do środka. Widok, jaki się przed nim rozpostarł, był jednym z najbardziej przejmujących, jakie przyszło mu zobaczyć. Cała klasa była pogrążona niemal w całkowitej ciemności – jedynym, choć niewielkim, źródłem światła była świeczka stojąca na biurku profesor Blackwood. Kobieta siedziała sztywno na krześle, wyglądając niezwykle surowo. Połowa jej twarzy znajdowała się w półcieniu, zaś druga była oświetlona przez płomień. W dłoni trzymała pióro, a przed nią leżał kawałek pergaminu. Najwyraźniej pisała jakiś list. Przez chwilę Albus zastanowił się, do kogo wypisuje w takiej ciemnicy.

– Tak? – zapytała chłodno, unosząc wzrok znad kartki.

– Hm, jestem kapitanem drużyny quidditcha – powiedział. – Slytherinu – dodał głupio.

– I?

– No cóż... – wyjąkał, uświadamiając sobie własne onieśmielenie – właśnie wyginał z nerwów palce. – Chciałem porozmawiać z panią o terminie treningów – powiedział na wydechu.

Nauczycielka przewróciła lekceważąco oczami i Albus doszedł do wniosku, że nawet w najmniejszym stopniu nie obchodził jej ani quidditch, ani Slytherin.

– Jakie daty zaplanowałeś? – zapytała pomimo wyraźnej niechęci.

– Och! – sapnął, zaskoczony. Nastawił się bardziej na dyskusję, aniżeli na monolog. I właściwie nie zaplanował nic konkretnego. Nie był przygotowany wydawanie jakichkolwiek oświadczeń. – Może sobota? W okolicach południa...?

Kobieta machnęła ręką z irytacją.

– Niech będzie – powiedziała szorstko, a Albus uznał to za wystarczające i wyszedł.

– Fuj. Odrażające! – skomentował Scorpius kilka godzin później, gdy streszczał przyjaciołom przebieg rozmowy. – Macie jakieś pomysły na to, co mogła tam skrobać?

– Mam nadzieję, że wypowiedzenie – zadeklarował uroczyście Morrison.

Cała trójka wybuchnęła gromkim śmiechem. Siedzieli w pokoju wspólnym, który pomimo urzekającego półmroku, zupełnie nie przypominał odpychającej scenerii z gabinetu profesor Blackwood. Z premedytacją zarzucił tym tematem, wiedząc, że koledzy zjednoczą się i zignorują myśl o czekającej ich jutrzejszej konfrontacji. Dzięki tej rozmowie przyjemnie spędzili piątkowy wieczór.

– Więc co robimy? – zapytał Scorpius, przekopując swoją torbę i wyciągając z niej podręczniki. – W ten weekend nie odrabiam żadnej pracy domowej. Chcę machnąć wszystko dzisiaj. Co powiesz na esej z mugoloznawstwa, stary?

Albus wzruszył ramionami. Na środę mieli napisać wyjątkowo długie i najprawdopodobniej nudne wypracowanie na temat niemagicznych sposobów egzekwowania prawa.

– Można – mruknął niechętnie i też zaczął wypakowywać swoje książki.

Morrison zmarszczył brwi.

– A co ja mam robić? – zapytał po przedłużającej się chwili ciszy.

– Nie wiem – odpowiedział Scorpius, przewracając strony i zanurzając pióro w atramencie. – W środę miałeś wróżbiarstwo. Czym się zajmowaliście?

            Vincent podrapał się po brodzie, udając, że intensywnie się nad tym zastanawia.

            – Wróżbiarstwo...? Wróżbiarstwo... Hm, nie byłem w temacie, bo uciąłem sobie drzemkę – powiedział po chwili.

            – Spałeś? – zapytali jednocześnie chłopcy.

– No tak, drzemałem. Ten zapach perfum i ta wszechobecna miękkość... Uwierzcie, podczas lata nie sposób się oprzeć. Fotele w sali są naprawdę wygodne. Babeczka zaczęła mówić o jakimś pamiętniku, czy coś w tym guście... i zwyczajnie usnąłem.

– Czyli nockę masz z głowy, nie? – Uśmiechnął się brunet. – Tak myślę przynajmniej.

Morrison zerknął przez ramię na tablicę ogłoszeń, na której Albus niedawno wywiesił kartkę z informacją na temat naboru do drużyny. Obecnie stało tam kilka osób i zapoznawało się z dokładną datą i godziną.

– Niee, idę prosto do łóżka – stwierdził, a potem, nie zasłoniwszy buzi dłonią, szeroko ziewnął. – Muszę odpocząć. Miłej nocki, chłopaki.

– Dobranoc – odpowiedzieli mu obaj, a następnie przez moment patrzyli, jak Morrison zaczyna się wspinać po schodach prowadzących do dormitorium. Gdy Albus odwrócił się do Scorpiusa, ten po uniósł do góry dwa kciuki. Chłopiec uśmiechnął się krzywo i wrócił do swojego eseju. Malfoy najwidoczniej nie mógł się doczekać decyzji kapitana.

Następnego ranka Potter obudził się wcześniej niż zwykle, chcąc być pierwszym na boisku. Zamierzał w ten sposób zaakcentować fakt, że został kapitanem drużyny. Szybko zjadł jakieś lekkie śniadanie (tosty), po czym wyszedł na pole z miotłą przerzuconą przez ramię miotłą. Na dworze powitała go chłodna bryza.

Polatał jakąś godzinę, przyzwyczajając się do przyjemnego chłodu. Boisko było takie znajome. Poranny lot po cudownym niebie był bardzo odświeżający. Zamykając oczy, przeleciał przez obręcze, a potem zanurkował i poderwał miotłę w górę w ostatniej chwili.

Na ziemię zleciał, dopiero gdy usłyszał odgłosy dobiegające z dołu. Uśmiechnął się na myśl o zapalonych kandydatach do drużyny, ale znieruchomiał, gdy zobaczył, co tak właściwie się tam wyprawiało.

Przed około trzydziestoma ślizgonami stało mniej więcej pięćdziesięciu gryfonów. Wszyscy się kłócili. Morrison i Scorpius stali dumnie w tłumie, z dumą prezentując swoje miotły. W czerwonym tłumie Albus od razu zauważył Eckleya i Hornsbrooka.

– Co tu się dzieje? – ryknął. Zaskoczony swoją odwagą, wypruł w ich kierunku. Właśnie w pojedynkę nacierał na dosłownie masę wrogo nastawionych uczniów, którzy w dużej mierze byli od niego więksi i starsi, nie czując nawet ukłucia strachu. – Co tutaj robicie? O co się kłócicie?

W tłumie rozległy się jakieś okrzyki i na przód przepchnął się James.

– Co ty tutaj robisz? – zapytał z niezrozumieniem brat, a stojący za nim tłum gryfonów mruknął aprobująco.

Albus rzucił mu beznamiętne spojrzenie, a potem, zerknąwszy na jego miotłę, zrozumiał sytuację. Musiał działać ze zdecydowaniem.

– Zejdź z pola, mamy trening – powiedział natychmiast.

– Nie, to my mamy trening. – James podskoczył w miejscu, wytrzeszczając oczy. Najprawdopodobniej również go olśniło.

– O co ci chodzi? – zapytał Albus. – Profesor Blackwood dała mi pozwolenie na dzisiaj. Zrobiła to wczoraj.

– Hm, a profesor Longbottom dał nam pozwolenie kilka dni temu – stwierdził James. Gryfoni zaczęli wiwatować, zaś ślizgoni, zgodnie z herbem własnego domu, syczeć. – Pierwsi uzyskaliśmy zgodę.

– Dokładnie, a moja zgoda została udzielona wczoraj, czyli jest ważniejsza – potwierdził. – Zejdź z boiska – powtórzył stanowczo.

Gryfon spojrzał na niego z mieszaniną szyderstwa i drwiny, a Albus wiedział dlaczego –  zazwyczaj mu się nie sprzeciwiał. James zawsze był tym lepszym, gwiazdą socjologiczną, a czasem nawet i tyranem.

Jaimie, zdecydowanie zaintrygowany podstawą młodszego brata, pochylił się do przodu.

Wszyscy wstrzymali oddech; byli ciekawi jego odpowiedzi.

– Nie – mruknął, a gryfoni zawiwatowali.

– Możemy porozmawiać przez chwilę? Na osobności? – zapytał, wskazując słupki niedaleko stąd, będące poza zasięgiem słuchu reszty uczniów.

James skinął głową. Albus odwrócił się do ślizgonów i zaczął wyjaśniać sprawę. Jego brat zrobił dokładnie to samo.

– W porządku – powiedział wyraźnym, zdecydowanym głosem. – Bez względu na nieprzewidziane okoliczności...

– Dobra – stwierdził w międzyczasie James, nadzwyczaj głośno i wyraźnie. – Skoro mój mały, zapłakany braciszek tak bardzo się przejmuje...

– ...zamierzam znaleźć odpowiednie rozwiązanie, które będzie sprawiedliwe dla obu stron – kontynuował ślizgon. – Rozwiążę ten spór.

– ...to pójdę z nim pogadać i szybko załatwię tę sprawę. Nie ruszajcie się stąd, zaraz zmiotę tych gości z boiska.

Aplauz spowodowany przez obie drużyny był przytłaczający. Albus nie potrafił stwierdzić, czy jest on pozytywny, czy negatywny. Gdy w końcu podeszli do słupków, pierwszy zabrał głos.

– Co jest z tobą nie tak? Co tutaj robisz? – zażądał, rozzłoszczony. Właśnie wyładowywał tygodniową złość i frustrację. Nawet w klasie Blackwood nie był równie wzburzony.

James podrapał się po twarzy, mrucząc coś pod nosem, podczas gdy kandydaci nadal się sprzeczał.

– Hm, ciężko to będzie wyjaśnić dziecku w twoim wieku... – Wyprostował się i chrząknął, żeby przeczyścić gardło. – Gwoli ścisłości, jestem KAPITANEM GRYFFINDORU – powiedział, wykrzykując ostatnie słowo i bijąc się przy tym w pierś. – Muszę WYBRAĆ GRACZY – wskazał na stojący z tyłu tłum – którzy będą częścią mojej DRUŻYNY – zakończył, wręcz ociekając szyderstwem. Niezwykle z siebie zadowolony, uśmiechnął się głupkowato, a potem majestatycznie uniósł drugi palec ręki. – Czy potrzebujesz, abym wszystko powtórzył...? – zapytał powoli, ledwie tłumiąc śmiech.

– Wiem, kim jest kapitan, ciołku. Tak dla twojej wiadomości też nim jestem i dlatego zarezerwowałem dziś boisko, rozumiesz?

James uśmiechnął się złośliwie.

– W porządku – powiedział zwodniczo uprzejmie, podnosząc ręce w geście porozumienia; sprawiał wrażenie człowieka chcącego pójść na kompromis. – Przypuszczam, że konflikt odnośnie harmonogramu nie jest naszą winą, więc bądźmy uczciwi w tej kwestii: ja dzisiaj zajmę boisko a ty... jutro.

– Nie! To niesprawiedliwe! – wykrzyczał tak głośno, że tłum kandydatów do obu drużyn przerwał na moment kłótnię i odwrócił się w ich kierunku. – Słuchaj. Żeby wszystko się zgadzało, podzielimy boisko na pół. Albo zrobimy po mojemu, albo żaden z nas nie przeprowadzi dziś naboru, bo ślizgoni nie zejdą z boiska. – Ostatnie zdanie powiedział z taką siłą, że James aż wywalił oczy; był bardzo zaskoczony.

– No weź, stary. – Jaimie postanowił zmienić taktykę. Ściszył głos. – W zeszłym roku prawie pożegnałem się z życiem...

– To nie ma nic do rzeczy!

            – Okej, okej! Niech będzie, w porządku! – warknął James, przestając zgrywać ofiarę losu. – Podzielimy się boiskiem.

Niczym jeden mąż, podeszli do grupy kandydatów, którzy wydawali się być w idealnym nastroju do bójki, zwłaszcza Morrison i Hornsbrook. Obaj co chwilę doskakiwali do siebie i zderzali się klatkami piersiowymi, wykrzykując przy tym mało spójne zdania.

– Niech wszyscy się uspokoją... – poprosił grzecznie młodszy z braci, ale został zignorowany. – Czy moglibyście chociaż na chwilę...?

– NATYCHMIAST SIĘ ZAMKNĄĆ! – wrzasnął James i na boisku zapanowała cisza. – Musimy się podzielić boiskiem – wyjaśnił, omiatając tłum złośliwym spojrzeniem. – Ani słowa sprzeciwu! – dodał, kiedy kandydaci zaczęli wyrażać swoje niezadowolenie.

– To błąd w harmonogramie. Obaj zaplanowaliśmy dzisiaj nabór do drużyny – powiedział stanowczo Albus, uznając, że jest odpowiedni moment, żeby przejąć kontrolę. – Jedyne co możemy zrobić, to podzielić się boiskiem. Nie ma innego dobrego rozwiązania. Nie będziemy trenować, a jedynie wybierać skład. Na każdy dom przypadną trzy obręcze i odpowiednia długość pola do latania. Będziemy wybierać zawodników w różnej kolejności, żebyśmy mogli bez przeszkód korzystać ze wszystkich piłek. A teraz podzielcie się – Slytherin po lewej, Gryffindor po prawej.

Gryfoni spojrzeli na Jamesa, jakby nie byli pewni, czy mają wykonać polecenie ślizgońskiego kapitana. Ten ograniczył się do skinięcia głową, na co uczniowie rzeczywiście zaczęli się przemieszczać, aż w końcu rozdzielili się na dwie grupy.

– Kogo wybierasz najpierw? – zapytał Jaimie, odwracając się do brata.

Albus zdecydował się natychmiast. Chcąc odroczyć w czasie wybór obrońcy, postanowił zostawić kafla na sam koniec.

– Pałkarzy – powiedział.

– Dobra – odparł James, po czym podszedł do skrzyni z piłkami i wyjął z niej kafle, zostawiając wszystkie inne. Albus przeniósł pudło na ślizgońską stronę boiska, mając nadzieję, że latające wokół tłuczki nie będą przeszkadzały gryfonom w treningu.

– W porządku, najpierw pałkarze – powiedział wszem wobec. – Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że granie w zeszłym roku nie jest gwarancją miejsca w drużynie. Kandydatów na obrońcę bądź ścigającego zapraszam na trybuny.

Około połowa ludzi skierowała się w wyznaczone miejsce. Albus obejrzał się na Jamesa i zobaczył, że brat też wygonił z boiska część gryfonów. Ich grupa była jednak dwa razy większa. Podczas gdy ze Slytherinu przyszło niewiele osób (tylko ci, którzy byli chętni do drużyny), z Gryffindoru zleciał się niemal cały dom. Każdy chciał zobaczyć nabór do zespołu. Chłopiec całkiem wyraźnie widział na widowni Lily i Hugona – siedzieli z przodu. Nawet z tego miejsca mógł stwierdzić, że kuzyn jest po prostu przerażony. Fred też był obecny, chociaż bardziej z tyłu, próbując zdobyć lepszy widok. Przez moment zastanowił się, czy gdzieś tam jest Mirra, ale zanim całkowicie odpłynął, postawił się do pionu. Czas skupić się na wyborze pałkarzy. Zanim jednak odwrócił wzrok od trybun, zobaczył twarze Morrisona i Scorpiusa – to podniosło go nieco na duchu.

Obejrzał kandydatów. W oczy natychmiast rzucił mu się Holden Rawn, postawny, groźnie wyglądający szóstoroczny, który w zeszłym roku grał w pierwszym składzie. Cała reszta wydawała się być w mniej więcej tym samym wieku – zdecydowanie myśleli, że mogą zająć miejsce po Patricku Parcherze, który ukończył naukę w Hogwarcie razem z Atticusem.

– Okej, to robimy tak. – Skupił na sobie uwagę ślizgonów. – Uwolnię dwa tłuczki. Wzbiję się w powietrze, a wy spróbujecie mnie znokautować, dobrze?

Wszyscy kiwnęli zgodnie głowami i Albus nieco się zaniepokoił, że żadnemu z nich nie przeszło przez myśl, że może zostać przy tym ranny. Z drugiej strony, to szukający jest celem ataku pałkarzy, więc najlepiej byłoby, gdyby to właśnie on pełnił rolę worka treningowego. Nie ma lepszego sposobu wyłonienia najlepszych graczy. Lekko się uspokoił, gdy przypomniał sobie, że przecież całkiem dobrze lata. Wiedział, że przy swoich umiejętnościach, może wystawić się na niebezpieczeństwo. Poza tym, jeśli Mirra faktycznie patrzyła, chciał być w powietrzu.

– Na mój znak. Gotowi...? – powiedział, gdy wszyscy byli gotowi do próby. – START! – krzyknął dramatycznie, kopiąc skrzynię z piłkami, tuż przy pasku zabezpieczającym tłuczki. Te natychmiast wystrzeliły w powietrze.

Albus momentalnie wskoczył na miotłę i wzbił się w powietrze. Gwizd wiatru sprawił, że nie słyszał nawet dźwięków, jakie wydawali z siebie gryfoni. Przez dziesięć minut latał, unikając tłuczków bez najmniejszego wysiłku, aż w końcu kandydaci na pałkarzy zaczęli je wysyłać z coraz to większą agresją. Musiał przyznać, że było to nieco zabawne – latać pomiędzy tłuczkami z uczniami starszymi od siebie – i nawet udało mu się kilka razy skrzyżować spojrzenie ze swoim bratem z drugiego końca boiska. W końcu wylądował na ziemi z szerokim uśmiechem, podczas gdy testowani pałkarze dyszeli z wyczerpania, wyglądając na zawstydzonych. Żaden nie zaliczył ani jednego uderzenia.

– Dobra robota – skłamał płynnie, zastanawiając się, jakim cudem ma wybierać dwóch najlepszych. Rzucił dyskretnie wzrokiem na Jamesa, który najwyraźniej też miał problem – rozmyślał nad ścigającymi i obrońcą, podczas gdy gryfoni nadal byli w powietrzu.

Koniec końców zdecydował się zatrzymać w drużynie Holdena, przez wzgląd na jego doświadczenie w grze, a na drugiego pałkarza wybrał Alabastora Kurhisha, dość krzepkiego siódmoklasistę o brązowych, brudnych włosach i pewnym siebie uśmiechu. Nie latał jakoś wybitnie, ale był najsilniejszym kandydatem i wykazywał się dużą agresją w grze. Wtedy też uświadomił sobie, że ci, którym się nie udało dostać do drużyny, zaczynają grymasić.

– To moja ostateczna decyzja! – zawołał głośno do grupy dwukrotnie od siebie większych chłopaków, z których każdy trzymał uniesiony kij. Zbyt martwił się naborem na obrońcę, żeby zaprzątać sobie głowę pozostałymi. – A teraz usiądźcie na trybunach i obserwujcie resztę albo całkowicie zejdźcie z boiska!

Ślizgoni powoli zaczęli schodzić z pola, cały czas rzucając mu markotne spojrzenie. Albus dał znać kandydatom na ścigających i obrońcę, żeby weszli na murawę, a potem podszedł do Jamesa. Gryfońscy kandydaci na pałkarzy akurat łapali tłuczki.

– Skończyłeś z kaflem? – zapytał, gdy był już wystarczająco blisko. Pytanie miało wyraźnie charakter retoryczny, bo wyżej wspominani akurat lądowali.

– Tak, wybrałem obrońcę – odpowiedział brat. – To gąszcz chwastów, tak długi jak różnica pomiędzy moim poziomem a twoim. Najwidoczniej znowu będę musiał być podporą całej drużyny – dodał półgłosem.

Albus przewrócił oczami i wepchnął piłki w ramiona Jamesa, by koniec końców zabierać mu kafla. Gdy maszerował z powrotem na swoją stronę boiska, jego pałkarze po kolei lądowali na murawie.

Z zainteresowaniem przyjrzał się następnym kandydatom. Uczniowie byli bardziej zróżnicowani i, co ważniejsze, zdecydowanie liczniejsi.

– W porządku, rozstrzygniemy to pojedynczo – zaczął. – Ścigający atakują, obrońca broni. Oceniam na podstawie punktacji i pracy zespołowej – dodał, zerkając na każdego z osobna. Dopiero teraz uświadomił sobie, że w sumie podoba mu się rządzenie innymi. Szybko więc zrobił sobie mentalną notatkę, żeby zwrócić odznakę prefekta, jeśli kiedykolwiek ją dostanie.

Ślizgoni zastosowali się do poleceń. Damian Peesley, jeden z zeszłorocznych ścigających, uśmiechnął się i posłał mu kciuk w górę. Albus nie zareagował, zbyt skupiony na Morrisonie, który ustawił się w pierwszej linii i, nim minęła minuta, podleciał do bramki.

Nie dało się nie zauważyć, że nie siedział zbyt stabilnie. Wzrost przyjaciela, razem w połączeniu z muskularnym, choć szczupłym ciałem, sprawiał zabawne wrażenie. Nie czas jednak na żarty, ślizgon musiał być skupiony; nie należało go w żaden sposób rozpraszać. Albus ograniczył się więc do biernej obserwacji. Kafel pomknął ku Morrisonowi, a następnie... z łatwością przeleciał przez obręcz. Mimo że obrońca ustawił się w dobrym strategicznie miejscu, tuż przed środkową bramką, kafel zupełnie go ominął, przelatując mu pod pachą.

Punkt dla ścigających.

Albus nieznacznie się skulił, a po chwili odwrócił się ku Scorpiusowi, który miał startować w ostatniej turze razem z dwoma szóstorocznymi. Malfoy się nie uśmiechał, ani nie marszczył brwi – z koncentracją przyglądał się poczynaniom przyjaciela.

Następny rzut wykonał Damian Peesley, stosując bardziej skomplikowany manewr, który zazwyczaj gwarantował zdobycie punktów. Piłka pomknęła ku lewej obręczy z prędkością światła, lecz została zatrzymana. Morrison zanurkował prosto w dół i trącił czubek piłki koniuszkami palców, całkowicie zmieniając jej trajektorię lotu. Zdumiewający pokaz, doprawdy. Nawet Damian nie mógł uwierzyć w to, co się stało – zawisł w powietrzu z szeroko otwartymi ustami.

Czyżby pierwszy gol był tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności?

To dziwne. Każdy strzał miał inny wynik.

Oglądając dalsze potyczki, Albus doszedł do pewnego wniosku: Morrison radził sobie lepiej z trudniejszymi piłkami, a te łatwiejsze przepuszczał – kafel prześlizgiwał mu się przez palce lub po prostu przelatywał przez jego rozłożone szeroko ramiona. Po mniej więcej dziesięciu minutach wezwał wszystkich na ziemię.

– I jak mi poszło? – Uśmiechnął się przyjaciel.

– Dziwnie – podsumował, naprawdę nie mogąc wymyślić lepszej odpowiedzi. – Stań tutaj teraz...

Kolejni obrońcy mieli większe problemy. Wszyscy byli przeciwstawni stylem do Morrisona – bronili łatwiejsze piłki, ale nie radzili sobie z trudniejszymi. To wyraźnie rysowało między nimi różnicę. Albus nawet przymknął oczy i potrząsnął głową, gdy zobaczył, że jeden z nich, najprawdopodobniej próbując się popisać, o mało nie spadł z miotły. Testy zakończał w przeciągu pięciu minut. Póki co, Morrison (pomimo swojej niekonsekwentności) był najlepszym kandydatem.

W końcu przyszła i kolej na Scorpiusa. Malfoy elegancko poleciał ku obręczom i zawisł spokojnie przed środkową. Wyglądał na bardzo zdeterminowanego. Albus dał sygnał startu. Przyjaciel obronił gol ślizgona nazwiskiem Clark z piątego roku, po czym zablokował Peesleya, który celował w najdalszą obręcz. Raz za razem blokował wszystkie piłki, zarówno te łatwiejsze, jak i te cięższe.

Kapitan ze zdziwieniem zauważył, że Scorpius nie skupiał się na niczym prócz wyznaczonego przez siebie celu. W ogóle nie przejmował się prezencją i sposobem, w jaki wypadał podczas próby. Był bardzo, ale to bardzo skupiony – do tego stopnia, że nawet się nie uśmiechnął, gdy obronił dość spektakularną zagrywkę. Wyglądał o wiele poważniej niż kiedykolwiek. To coś znaczyło. Co więcej, bardzo dobrze latał.

Albus szybko rzucił okiem na Morrisona i nieznacznie się skulił, widząc jego reakcję. Vincent miał wzrok wbity w ziemię oraz kopał nogą kępkę trawy – wyglądał, jakby już przegrał. Zdając sobie sprawę, że równie dobrze może to teraz zakończyć, dał sygnał.

– W porządku, wystarczy. Chodźcie na dół – Machnął ręką. Wszyscy obniżyli lot, a następnie wylądowali. Większość była zdenerwowana i zawstydzona. Ich miny przypominały kandydatów na pałkarzy. – Najpierw wybiorę ścigających, bo wybór obrońcy będzie cięższy – skłamał wystarczająco głośno, żeby Morrison go usłyszał. – Będę potrzebował trochę więcej czasu do namysłu...

Koniec końców obrał całkiem dobry zespół. Damian Peesley, jak również Holden Rawn, zostali w drużynie, głównie przez wzgląd na posiadane doświadczenie. Wybrał też dwóch chłopców z siódmego roku, Judda Faulknera i Tyrela Grahama – obaj byli wysocy i bardzo szybcy. Na końcu odwrócił się do kandydatów na obrońcę. Trzech z nich miało raczej posępne miny, a pozostali łagodniejsze, choć surowsze. Wszyscy byli zaniepokojeni.

– Dużo myślałem o tej decyzji – powiedział głośno, spoglądając po wszystkich oceniająco, a w rzeczywistości myśląc o swoich przyjaciołach. – I po bardzo dokładnej analizie wybieram... Scorpiusa Malfoya.

Scorpius się wyszczerzył, więc Albus instynktownie zerknął na Morrisona, który nie wzruszył ramionami jak pozostali i nie odszedł, lecz stał w miejscu, patrząc prosto na niego z wypisanym na twarzy wyrazem zdrady.

– Impreza w pokoju wspólnym! – ryknął Damian Peesley, na co ślizgoni wybuchnęli dziką radością. Gryfoni, którzy wciąż męczyli się w powietrzu, spojrzeli na nich zaskoczeni.

Wszyscy zaczęli się rozchodzić, włączając w to Albusa, który z ciężkim sercem wykrzesał z siebie przepraszający uśmiech w kierunku Morrisona. Czuł się źle.

Przyjęcie było głośne, męczące i zadziwiająco długie. Od chwili, w której starsi uczniowie przynieśli z kuchni jedzenie, hałas nie zmalał nawet na moment. Czarodziejska Sieć Bezprzewodowa grała nieprzerwanie. Na pierwszy rzut oka wszyscy bawili się doskonale, ale Albus przyglądał się temu z daleka, siedząc na jednym z foteli i starając się ignorować swoich współdomowików.

– Prze–mo–wa! Prze–mo–wa!

– Nie, naprawdę... – spróbował oponować.

– Atticus zawsze wygłaszał przemowy!

– Cóż, nie jestem nim...

Dwie osoby bezpruderyjnie tańczyły obok niego, bądź też (co całkiem możliwe) próbowały go zaprosić do wspólnego tańca, nie miał stuprocentowej pewności. Chcąc chwili spokoju, podniósł się z miejsca i przeciskając się przez zatłoczony pokój wspólny, usiadł przy stole z jedzeniem, gdzie w oczy automatycznie rzucił mu się talerz krówek. Przeszywający ból w sercu przypomniał mu o Morrisonie, który zniknął tuż po wyborze członków drużyny.

– Krówki, co?

            Albus spojrzał w bok i ujrzał szare oczy Scorpiusa. Nawet nie zarejestrował momentu, w którym przyjaciel przysiadł obok.

Skinął głową.

– Dobrze ci dzisiaj poszło na sprawdzianie... – stwierdził, szturchając go widelcem. – Naprawdę dobrze...

Malfoy nijak odpowiedział. Upił za to łyk soku z dyni, a potem westchnął przeciągle. Zdecydowanie czuł się winny.

– Widziałeś gdzieś Morrisona? – zapytał brunet.

– Od jakiegoś czasu nie – mruknął Scorpius. W tym momencie muzyka stała się jeszcze głośniejsza, przez co musiał wykrzyczeć kolejne zdanie. – Wiesz, zawsze mogłem...

– Nie, naprawdę byłeś lepszy. Zasłużyłeś – podsumował niedopowiedzenie, brzmiąc autorytatywnie. – Wybrałem najlepszą możliwą drużynę. Morrison jakoś to przeżyje.

Przyjaciel przez moment po prostu na niego patrzył, po czym skinął głową i odszedł, może  nawet lekko się uśmiechając. Albus poczuł się poruszony – Scorpius, mimo swojej wyraźnej przewagi, miał zamiar ustąpić Morrisonowi miejsca w drużynie. Czemu chciał się poświęcić? Obaj mieli takie same szanse, żeby zabłyszczeć. Co więcej, jeśli Vincentowi nie podobała się ta decyzja, to znaczy, że uważa kapitana za niekompetentnego...

Podskoczył na samą myśl i gniewnym krokiem skierował się ku dormitorium, wiedząc, że właśnie tam skrył się przyjaciel. I rzeczywiście, gdy otworzył drzwi, zobaczył go leżącego na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, machającego Ręką Glorii Scorpiusa. Sprawiał wrażenie zainteresowanego artefaktem badacza.

– Co z nią robisz? – zapytał przy dźwiękach głośnej muzyki.

Morrison wzruszył ramionami.

– Sam nie wiem – powiedział. – Po prostu się bawię.

Albus przewrócił oczami i zabrał mu Rękę.

– Co jest z tobą, człowieku? – krzyknął.

Vincent podniósł się i spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.

– O co ci chodzi? – zapytał.

– Wściekasz się, że nie przyjąłem cię do drużyny!

– Pff! – parsknął Morrison, przewracając oczami. – Tak, jasne...

– To dlaczego nie jesteś na dole? – spytał, uświadamiając sobie, że trzyma w dłoni zasuszoną Rękę i macha nią przyjacielowi przed oczami.

– Cóż, jest tam głośno...

– Od kiedy przeszkadza ci hałas? – zapytał sarkastycznie.

W dormitorium zapadła chwila ciszy i Albus zaczął się rozglądać za miejscem, w którym mógł bezpiecznie odłożyć trzymany w ręku magiczny artefakt. W końcu postanowił odłożyć dłoń na stole, ale wtedy odezwał się Morrison.

– A z tobą co? – krzyknął. – Od pierwszego roku chciałem grać w quidditcha; chciałem zapisać się na lekcje latania, kiedy bałeś się i jęczałeś, żebyśmy siedzieli w piątym rzędzie na trybunach!

– Scorpius też od dawna chciał grać! – odparował Albus, mówiąc szczerą prawdę. – Mama wreszcie pozwala mu uprawiać sport, więc skorzystał ze swojej szansy. Obaj byliście dobrzy, ale on był lepszy. Jesteś rezerwowym obrońcą, a on regularnym graczem. Może powinieneś był spróbować wystartować na inną pozycję...?

– Gdyby nie Scorpius, nie musiałbym nawet tego rozważać... – Morrison skrzyżował ramiona.

Albus rzucił mu pogardliwe spojrzenie i uświadomił sobie, że jest to najpoważniejsza kłótnia z przyjaciółmi, w jakiej kiedykolwiek uczestniczył. Zawsze sądził, że jak się pokłóci mocniej, to z Malfoyem...

– Co niby mam zrobić? – powiedział, unosząc ramiona, wciąż trzymając tę obrzydliwą, zasuszoną dłoń. – Powiedzieć „Sorka Scorp, przemyślałem sprawę i jednak to Morrison zasługuje na miejsce, a nie ty?”

Przyjaciel odwrócił głowę.

– Nie – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. Było to najbardziej satysfakcjonujące „nie”, jakie Albus słyszał w życiu.

– Więc co mam zrobić? – zapytał z naciskiem. – Co powinienem zrobić?

– Nic – wymamrotał Morrison, najprawdopodobniej godząc się ze sromotną porażką.

W dormitorium ponownie zapadła między nimi cisza, w pewien sposób kojąca, przyjemniejsza. Vincent najwyraźniej pojął absurdalność swojej argumentacji i sprawę niedojrzałego gniewu. Albus odetchnął z ulgą i zdał sobie sprawę, że ma mokre ręce – perspektywa zerwania przyjaźni z tak błahego powodu nieźle wybiła go z równowagi.

– Chcesz zejść na dół? – zapytał, na co Morrison wzruszył delikatnie ramionami. – Mają krówki...

– Hagridowe? – spytał przyjaciel, nagle podekscytowany.

            – Najprawdopodobniej nie, ale wciąż... – przyznał zachęcająco, lecz wtem przerwała mu nienaturalna cisza. Zamrugał, zdziwiony.

Z dołu nie dobiegały obecnie żadne dźwięki, co w gruncie rzeczy oznaczało, że głośna muzyka została wyłączona. Interesujące. Albus odwrócił się, a Morrison wstał z łóżka i obaj zeszli do pokoju wspólnego, ciekawi, co się dzieje.

Już w drzwiach zobaczyli powód przerwania imprezy. Wszyscy uczniowie, sprawiając wrażenie skamieniałych, byli odwróceni w kierunku ściany. W samym środku zamieszania stała odziana w ciemnoniebieskie szaty profesor Blackwood, ewidentnie bardzo poruszona. Swoje blond włosy związała w strasznie niedbałego kucyka.

– Jest po północy – oświadczyła niemal szeptem. – Ten hałas jest nie do przyjęcia. – Spojrzeniem omiotła wszystko dookoła, a jej oczy zatrzymały się na rozłożonym na stole jedzeniu oraz rozwalonych po podłodze śmieciach. – Obrzydliwe – skomentowała, na co paru młodszych ślizgonów przylgnęło plecami do ściany, wstrzymując oddech. – Jesteście studentami w prestiżowej szkole magii i powinniście się zachowywać tak, jak na uczniów wybitnej szkoły przystało. Co to jest? Skąd się wzięło? – krzyknęła, wskazując palcem na przekąski. – Kto wziął jedzenie z kuchni? Kto zorganizował tę niedopuszczalną hulankę?

Jeszcze zanim rzeczywiście się to stało, Albus wiedział, że wszystkie głowy zwrócą się ku niemu. Co prawda, nie był odpowiedzialny za imprezę, nawet tak naprawdę w niej nie uczestniczył, ale została zorganizowana na cześć ślizgońskiej drużyny, której był kapitanem. Kiedy profesor Blackwood ruszyła w jego kierunku, Scorpius i Morrison spuścili głowy.

– Dwadzieścia punktów do Slytherinu – powiedziała głośno. Żaden z uczniów nie wydał z siebie odgłosów oburzenia, choć wszyscy mieli na to niesamowitą ochotę. – Rozumiem, że czuje pan potrzebę świętowania, panie Potter, ale hałas o takim poziomie i o takiej godzinie jest absolutnie nie do... –  przerwała w połowie zdania i Albusowi chwilę zajęło zrozumienie dlaczego. Spojrzenie kobiety zsunęło się z jego twarzy, na szyję, a potem na dłoń...

I Rękę Glorii Scorpiusa.

Pospiesznie schował artefakt za siebie, ale zanim zdołał przesunąć go choćby o centymetr, nauczycielka zabrała głos.

– Co to jest? – wywarczała, wskazując na dłoń jednym ze swoich cienkich palców.

– Nic, nic – wydukał, rzucając spłoszone spojrzenie Scorpiusowi, który w momencie poróżowiał. Albus nie był w stanie stwierdzić czy to z powodu ciekawości, dlaczego trzyma jego Rękę, czy po prostu obawia się, że jego prezent urodzinowy zostanie zaraz skonfiskowany.

– Oddaj to natychmiast! – krzyknęła. – Teraz! – dodała, kiedy przekazywał jej artefakt.

– To nic wielkiego – powiedział, próbując ratować sytuację. – Kupiłem w Magicznych Dowcipów Weasleyów...

– Pięć punktów od Slytherinu – powiedziała lodowato. – Za kłamstwo – dodała, z obrzydzeniem oglądając Rękę. Trzymała ją z daleka od siebie, zupełnie jakby czegoś się obawiała. – To czarnomagiczny obiekt, panie Potter. Używają go złodzieje i grabieżcy, i nie pozwolę, żeby moi uczniowie posiadali równie podobne szkaradztwa! Z domu może pan zabrać, co tylko zechce, ale nie wydałam zezwolenia na używanie tego tutaj. Obiekt zostaje skonfiskowany – może go pan odebrać pod koniec roku szkolnego.

– Pod koniec roku?! – ryknął Scorpius. Albus nie mógł go winić za ten wybuch. Jakby nie patrzeć, ledwo co zaczął się wrzesień.

– W rzeczy samej, panie Malfoy – pod koniec roku szkolnego – powtórzyła poprzez zaciśnięte zęby, wbijając w niego nienawistne spojrzenie. Brunet mógł przysiąc, że słyszał, jak ze wściekłości zgrzytają jej zęby...

Profesor Blackwood schowała Rękę Glorii w swoich szatach, po czym odwróciła się i przemówiła do wszystkich zgromadzonych w pokoju wspólnym.

– Nie będę tolerowała podobnego zachowania. Nigdy więcej. Wszyscy do łóżek! Natychmiast! – zawołała głośno, zanim jeszcze uczniowie przetrawili pierwszą podaną przez nią informację.

Nikt się nie sprzeciwił, nikt nie odezwał, nikt nawet nie kaszlnął. Nawet bałaganu na podłodze nikt nie sprzątnął. Wszyscy, niczym jeden mąż, posłusznie pomaszerowali do swoich dormitoriów.

Albus, będąc wściekłym, że nie może od razu przeprosić Scorpiusa, rzucił kobiecie gniewne spojrzenie i zauważył, że ta stoi koło kamiennych drzwi z paskudnym uśmiechem na twarzy. Patrzyła wprost na nich.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz