18 czerwca 2022

14. ZGUBIONY PIERŚCIEŃ

Ferie zimowe ciągnęły się w nieskończoność. Wspomnienie Fairharta znacznie wydłużyło mu przerwę świąteczną, która przestała być przyjemna. Albus raz za razem, dzień po dniu, odtwarzał w głowie okrucieństwa, jakie zobaczył w myślodsiewni. Koszmary przestały mu sprawiać problem – teraz, zamiast w nocy, spał za dnia, śniąc na jawie.

Błąkał się po domu niczym cień, zdając sobie sprawę, że z minuty na minutę coraz bardziej przypomina Rose. Ojciec ciągle go unikał, przez co nie zauważył zmiany w jego zachowaniu oraz – co lepsze – nie zorientował się, żeby ktoś myszkował mu w szafce. Matka z kolei zwyczajnie myślała, że jest chory, czyli nikt nie zauważył nic podejrzanego. Albus nabawił się również tiku nerwowego – wzdrygał się za każdym razem, gdy ktoś wymawiał imię Lily. Na to też nikt nie zwrócił większej uwagi.

Fairhart ostatecznie osiągnął swój cel – pokazał mu prawdziwą naturę Wybawczego Aliansu Różdżek, dzięki czemu wyrobił sobie odpowiednią opinię. Nie chcąc mieć nic wspólnego z Warrenem Waddlesworthem, w żadnym wypadku nie będzie wspierał jego inicjatyw i nigdy nie wróci do Hogpenn. Mocne postanowienia nie pozwoliły mu jednak uciec od niezaprzeczalnej, okrutnej prawdy, jakiej doświadczył – przekonał się, jakim człowiekiem był niegdyś Sancticus Fairhart.

Co z tego, że przerwał przesłuchanie...? Co z tego, że się wtrącił...? To ewidentnie był pierwszy raz, gdy postanowił wkroczyć do akcji. Podczas ilu podobnych sesji tortur po prostu stał w wyznaczonym miejscu i patrzył na cierpienie niewinnych ludzi...? Od ilu dzieci odwrócił głowę...? Czy fakt, że wspomnienie dotyczyło dawnych dziejów, ma większe znaczenie; czy stanowi usprawiedliwienie okropnych czynów...?

Albus próbował zracjonalizować zobaczoną w myślodsiewni scenę, ale po prostu nie mógł. Tym, co go tak naprawdę przeraziło, chociaż usilnie starał się nie zagłębiać w temat, było to, co obecnie wyczyniał Fairhart. Gdy widział go ostatnim razem, znów miał na sobie te przeklęte ciemne szaty ze srebrnym emblematem, zaś we wspomnieniu był renegatem. Czy wrócił do korzeni...? Czy właśnie teraz uczestniczył w następnym przesłuchaniu...?

Gdy próbował wyrzucić z głowy te natrętne, przerażające myśli, wracał do szczegółów tortur. Uspokoiwszy nerwy po ponownym wysłuchaniu w głowie krzyków dziewczynki, przypomniał sobie zachowanie Idy Blackwood.

Nie było żadnych wątpliwości, że poznała Fairharta na długo przed przystąpieniem do Wybawczego Aliansu Różdżek i łączyła ich bliższa znajomość. Jakiego rodzaju? Ciężko powiedzieć, zwłaszcza biorąc pod uwagę różnicę w sposobie komunikacji. Fairhart zwracał się do Blackwood jak ojciec do dorosłej, trochę nieposłusznej córki, czyli patrzył na nią jak na własne dziecko. Blackwood z kolei mówiła do niego, jakby byli kochankami i łączyła ich intymna relacja. W gniewnie posunęła się nawet do wymierzenia mu policzka.

Albus nie rozumiał, co się za tym kryło. Ich przyjaźń – a może bardziej sympatia...? – była trwała, gdyż utrzymywała się przez te wszystkie lata. Jeżeli Fairhart rzeczywiście był szpiegiem w szeregach Wybawczego Aliansu Różdżek, to po której stronie tak właściwie opowiadała się Blackwood? Czy stała murem za organizacją, której wciąż jest częścią, czy za mężczyzną, którego błagała, by nie odchodził?

Najbardziej jednak dobijającym elementem wspomnieniem, który nie odstępował go na krok, była wzmianka o Lucjuszu Malfoyu. Ostatni element układanki, którego rozwiązania tak bardzo nie chciał zobaczyć, ujrzał światło dzienne. Lucjusz był mordercą, a Blackwood nienawidziła Scorpiusa i mściła się na nim w klasie, bo jego dziadek, będąc poplecznikiem Lorda Voldemorta, zamordował jej rodziców. Znęcanie się nad wnukiem kata swojej rodziny było dla niej czymś w rodzaju sesji tortur, zemsty. Mimo że ten sposób myślenia był pokręcony i poniekąd niewłaściwy, Albusowi było żal Idy Blackwood.

– Co powiesz na dwóch na dwóch?

Albus zamrugał, zdezorientowany. Matka zmusiła go do zaczerpnięcia świeżego powietrza, więc siedział na ogromnym polu, które nazywali podwórkiem i zajmował się twórczym nicnierobieniem. Kiedy spojrzał w bok, zobaczył, że rozmyślania przerwał mu (zgodnie z przewidywaniami) rozentuzjazmowany Hugo.

– Hm, no nie wiem. – Zlustrował kuzyna wzrokiem. Wujek Ron, tak na wszelki wypadek, poubierał go w poduszki, mające służyć za ochraniacze. Oceniwszy fachowym okiem stopień ryzyka, ślizgon doszedł do wniosku, że nawet jak na początkującego lotnika, Hugo został ubrany za „grubo”, a nadmierna ilość potencjalnych amortyzatorów w gruncie rzeczy nie zapewniała graczowi bezpieczeństwa, a utrudniała lot i grę.

Hugo w ręce trzymał swoją nową miotłę.

– Och, daj spokój. – Chłopiec ścisnął mocniej nową miotłę. – Potrzebujemy czwartego! – powiedział, patrząc za siebie na Rona i Jamesa. – Możesz być w moim zespole. – Uśmiechnął się przebiegle, pochylając do przodu.

Albus spojrzał na przeciwników. Wujek zawisł w powietrzu, gdzie próbował znaleźć dogodniejszą pozycję, a James tradycyjnie popisywał się refleksem, przerzucając kafla za swoimi plecami – od czasu do czasu obracał piłkę i robił z nią coś, czego można było śmiało pozazdrościć; on nawet za kilka lat nie nabędzie podobnej wprawy w sztuczkach. Oparłszy się na prostej matematyce i znajomości talentów przeciwników, doszedł do wniosku, że razem z Hugonem nie mają najmniejszych szans. Potrząsnął więc głową w odmowie.

– Może później – skłamał, łapiąc się za brzuch, by podkreślić wagę swojej nieszczerości. – Nie powinienem ryzykować, bo nadal nie czuję się zbyt dobrze.

Niecodzienna choroba podczas podróży okazała się szczęściem w nieszczęściu i stanowiła cudowną wymówkę od wszystkich rzeczy, których nie chciał robić. Wykorzystywał ją od czasu do czasu, dumając, dlaczego przedtem na to nie wpadł. Teraz mógł głośno powiedzieć, że była naprawdę nieoceniona.

Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Hugona.

– W porządku, może później – stwierdził, wyraźnie rozczarowany, a potem odszedł do Rona i Jamesa, którzy sprawiali wrażenie trochę podłamanych odmową. Chłopiec nieumiejętnie ustawił swoją miotłę, wskoczył na nią i gdy oderwał stopy od podłoża, przy asekuracji swojego taty uniósł się odrobinę w powietrze. Ojciec nie odstępował go na krok, najprawdopodobniej bardzo chętny do udzielania mu dalszych instrukcji.

– Naprawdę nie powinieneś tego robić – odezwał się znacznie mniej podekscytowany głos tuż przy uchu Albusa.

Rose.

Jeśli ślizgon miał być szczery, to nie miał nawet pojęcia, kiedy podeszła bliżej, więc równie dobrze mogła siedzieć obok już od jakiegoś czasu. Obecnie snuła się po domu niczym cień. Skradała się i nawet oddychała płycej niż zazwyczaj. Albus przypuszczał, że zachowują się podobnie, przez co Teddy nadał im przygnębiające przezwiska[1].

– Czego...? – zapytał.

Rose westchnęła.

– Hugo zawsze próbuje do ciebie zagaić. Serio tego nie dostrzegasz?

– Hugo lgnie do wszystkich – odpowiedział, zaskoczony.

– Czyli do każdego Albusa. – Skrzywiła się i był to najbliższy uśmiechowi grymas, na jaki się zdobyła od czasu katastrofalnej w skutkach randki z Lance’em.

– Przestań, przecież nie ma we mnie nic wyjątkowego.

– Jesteś opozycjonistą – wyznała. Mówiła naprawdę szczerze, bo będąc w podłym nastroju, nie miała nawet najmniejszej ochoty na przekorne przekomarzanki. – Wyróżniasz się z tłumu, jesteś inny od wszystkich – wyjątkowy. Wiesz, Tiara przydzieliła cię do Slytherinu i te sprawy...

– Hugo ci to powiedział? – Uniósł brwi i odszukał kuzyna wzrokiem. Chłopiec był wysoko w powietrzu, próbując utrzymać się na miotle.

– Nie musiał. – Pokręciła głową. – To oczywiste, że Hugo cię obserwuje. Trzeba być półgłówkiem, żeby nie dostrzegać oczywistości.

Albus spojrzał na Rose. Wciąż była przepełniona smutkiem, nawet jeżeli sprawiała wrażenie żywszej, aniżeli przed ostatnie tygodnie. I pomyśleć, że miał w tym swój udział...

– Niepotrzebnie mnie podziwiać – odpowiedział cicho, wbijając wzrok w ziemię.

Pomimo faktu, że Harry Potter często pojawiał się w rezydencji z masą ciekawych i ważnych informacji (które oczywiście były przeznaczone tylko dla uszu dorosłych czarodziejów), niewielka ich ilość docierała do Albusa. Dopiero kilka dni przed końcem przerwy świątecznej wydarzyło się coś interesującego.

– Synku! – zawołała go matka, gdy robił kolejne kółko po olbrzymim podwórku. Wciąż był bardzo zajęty łapaniem świeżego powietrza.

– Tak? – zapytał pretensjonalnie. Szkoda, że mu przerwano. Właśnie udało mu się odnaleźć dobre tempo.

– Nie tym tonem, mój drogi! – odkrzyknęła Ginny. – Przyszedł do ciebie list, najprawdopodobniej od przyjaciół.

Chłopiec pozbierał się i wszedł do domu, gdzie mama podała mu kopertę. Nie musiał nawet jej otwierać, bo nieskazitelne pismo na wierzchu poinformowało go, że dostał list od Scorpiusa. Otworzył go na spokojnie w swoim pokoju.

 

Albusie.

Jak mijają ci ferie?

Nie jestem do końca przekonany, czy ta wiadomość dotrze do ciebie, biorąc pod uwagę obecną pogodę. Jeśli się uda, to zapewne twój odzew usłyszę dopiero w Hogwarcie, bo zanim odpiszesz, najprawdopodobniej zdążymy wrócić do szkoły. Mimo to postanowiłem pokrótce napisać i podpytać, jak się sprawy mają. Morrison wysłał mi sowę, że jego przerwa świąteczna jest po prostu koszmarna.

U mnie jest w porządku, czyli spokojne – zresztą sam wiesz, jak jest podczas jakiegokolwiek wolnego od szkoły. Myślę, że tym razem zostawię w domu moje małe urządzonko; tak będzie zdecydowanie bezpieczniej.

To niesamowicie dziwne – mój dziadek jest ostatnio bardzo miły. Wypytuje mnie o lekcje i wycieczki, dosłownie wszystko, jakby nie był sobą. Wydaje się bardzo zaangażowany, wiesz? Wcześniej wykazywał znikome zainteresowanie!

W każdym razie piszę do ciebie, żeby delikatnie podpytać, czy masz nowe, ciekawe informacje dotyczące naszej ściśle tajnej operacji pod pseudonimem „uroczy kwiat”.

Odpisz, jeśli starczy ci czasu.

Scorpius.

 

Albus przyjrzał się temu pozornie nic nieznaczącemu listowi i zmrużył oczy. Nie mógł się zdecydować, co było zabawniejsze – określenie „moje małe urządzono” czy „operacja pod pseudonimem uroczy kwiat”. Scorpius brzmiał, jakby obawiał się przechwycenia notki i jednocześnie martwił stanem emocjonalnym Rose.

Westchnął i złożył list, po czym rzucił go na zaskakująco brudną podłogę. Cały Malfoy. Ostatnim razem, gdy się widzieli, był bliski zwrócenia posiłku, ale najwidoczniej doszedł do wniosku, że najgorsze ma za sobą i może znowu trochę powęszyć. Albus automatycznie pomyślał o bożonarodzeniowej rozmowie z Rose. Czy wciąż powinien pomagać Scorpiusowi...? A co będzie, jeżeli sytuacja tylko się pogorszy...?

Opadł na łóżko z szeroko rozłożonymi rękami, po czym zamknął oczy. Niespiesznie powtarzał w myślach wersy listu. „To niesamowicie dziwne – mój dziadek jest ostatnio bardzo miły”. Przekręcił się na bok, powstrzymując się od zwymiotowania na dywan. Gdyby Scorpius wiedział, jak sympatycznym człowiekiem potrafi być Lucjusz Malfoy...

Gdy coś zimnego i nieprzyjemnego osiadło mu na żołądku, kilkukrotnie zamrugał. A jeśli wie...? Czy w ogóle powinien coś wspominać...? A może lepiej dla wszystkich będzie, jak ukryje prawdę...? Przyjaciel miał ostatnio zdecydowanie za wiele na głowie i może nie potrzebował niegrzecznego wypomnienia, że nazwisko Malfoy jest owiane złą sławą, a podczas Pierwszej i Drugiej Wojny Czarodziejów Lucjusz dopuścił się naprawdę okropnych czynów. Jak do tej pory Albus nie był pewien, dlaczego większość czarodziejskiego świata trzyma głęboko schowaną urazę, a najnowsze odkrycie dostarczyło mu informacji, których potrzebował do zrozumienia kłopotliwych kwestii. W końcu dowiedział się, czemu profesor Blackwood źle traktowała Scorpiusa. Może kiedy mu powie, na czym stoi, uświadomi sobie, że jest w niebezpieczeństwie...

Natychmiast podniósł się do siadu. Życie Scorpiusa jest zagrożone! Miał ochotę walnąć głową w ścianę, że wcześniej o tym nie pomyślał. Był tak zaaferowany rzeczami, które zobaczył w myślodsiewni, że zapomniał o najważniejszym, a mianowicie, jak wydarzenia ze wspomnień wpływały na toczące się w teraźniejszości życie.

Powinien kogoś zaalarmować. Żeby wszystko się ułożyło, musiałby zignorować osobistą potyczkę ze swoim ojcem...

Gorączkowe rozmyślania przerwało nagłe pukanie do drzwi.

– Proszę! – zawołał.

– Wszystko w porządku? – zapytała mama, wchodząc do jego pokoju i omiatając wzrokiem leżący na podłodze pergamin.

– Jest okej, właśnie przeczytałem list – odpowiedział. – Tata jest w domu?

– Właśnie wyszedł. Najprawdopodobniej przegapi obiad, ale wieczorem z pewnością będzie w domu. – Zmarszczyła brwi. – Dlaczego pytasz?

Albus opadł na łóżko.

– Po prostu chciałem z nim porozmawiać.

– Dam ci znać, kiedy już wróci, dobrze? – zapytała mama. – To coś ważnego? – Uniosła brwi. – Ze mną też zawsze możesz porozmawiać.

Albus się przeciągnął.

– To nic wielkiego – skłamał. Naprawdę nie chciał, by o wiszącym nad Scorpiusem niebezpieczeństwem dowiedział się ktoś postronny, a poinformowanie taty było koniecznością. Harry Potter był przecież kiedyś Szefem Departamentu Aurorów, znał się na kwestiach bezpieczeństwa społeczeństwa i mógłby pomóc. W przeciwieństwie do swojego męża Ginny nie miała podobnej mocy sprawczej.

– Jesteś pewien? – zapytała, siadając obok niego. – Intuicja mi podpowiada, że masz teraz sporo na głowie.

– Nic mi nie jest, naprawdę.

– Nigdy się tak nie zachowywałeś – powiedziała twardo, patrząc na niego wyczekująco. – Snujesz się po domu jak jakiś wampir.

Spróbował się uśmiechnąć, ale nie potrafił.

– Wciąż niezbyt dobrze się czuję – skłamał ponownie.

Matka spojrzała na niego surowo.

– Oboje dobrze wiemy, że jesteś całkowicie zdrowy, Albusie – podsumowała. – Możesz oszukiwać w ten sposób swoje rodzeństwo i kuzynostwo, ale w przeciwieństwie do nich wiem, kiedy moje dzieci są chore, a kiedy zwyczajnie zestresowane. Jesteś chory ze zmartwienia, synku.

W momencie pożałował, że nie udawał, że śpi, gdy matka zapukała. Westchnął ciężko.

– Rzeczywiście mam nieco na głowie – przyznał, licząc na zakończenie rozmowy.

– Co takiego? – dopytywała.

– Trochę szkolnych pierdół – powiedział, ale gdy spojrzała na niego wyczekująco, kontynuował wątek. – Plus to całe zamieszanie na zewnątrz.

– Jakie zamieszanie? – spytała uspokajająco.

– Ech...

W pokoju zapadła cisza, podczas której Albus odwrócił wzrok. Mama nigdy nie była aż tak dociekliwa – zazwyczaj wydawała się po prostu wszechwiedząca. Dopiero teraz, gdy zobaczył ją siedzącą obok na łóżku, ze swoimi rudymi włosami, okalającymi jej twarz oraz wąskimi ustami, uświadomił sobie, dlaczego w ogóle poruszają ten temat. Ginny wiedziała, że ciężko mu się odezwać do ojca.

– Chodzi o tatę – powiedział. – I tę całą sprawę... z Aresem i renegatami... – przerwał z największą ostrożnością, bo przecież nie chciał ujawnić za dużo informacji, zwłaszcza chlapnąć czegoś bardzo istotnego.

– W porządku, rozumiem. – Skinęła głową. – Sprawy nie mają się teraz za dobrze – dodała, klepiąc go pokrzepiająco po nodze. – Czy wiesz, dlaczego Lily i James mają o połowę mniej zmartwień od ciebie?

Zaprzeczył.

– Cóż, po prostu się nie angażują. Wiedzą, że obecna sytuacja na świecie nie jest ich winą, a co za tym idzie, że nie powinni brać za nią odpowiedzialności – wytłumaczyła na spokojnie. – Spróbuj normalnie żyć, Albusie. Społeczne zamieszanie jest ponad tobą, więc przestań się zamartwiać.

Ślizgon spojrzał w dół. A więc wszystko jasne – jedynie jego niepokoi obecna sytuacja polityczna. Zaczynając czwarty rok w szkole, był przekonany, że nie będzie sprawiedliwie traktowany przez innych, przez wzgląd na zhańbione imię Harry’ego Pottera; przygotował się więc mentalnie na spadek własnej popularności. W zeszłym roku tylko on zdał sobie sprawę z prawdziwej natury nauczyciela eliksirów, bo główkował co niemiara. Był spragniony informacji, których tak naprawdę wcale nie potrzebował. Oglądanie wspomnień Fairharta doskonale to potwierdza.

A jednak czuł się odpowiedzialny. To nie Lily czy James zostali zaciągnięci do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek. To nie oni budzili się każdego ranka spoceni i ledwo oddychający, z trudem próbując przypomnieć sobie chociaż ułamki tajemniczego, powtarzającego się snu. To nie jego rodzeństwo wściekle mrugało ze świadomością, że ich oczy mogą za chwilę zmienić swój naturalny kolor. To wszystko miało znaczenie. Jeśli byłoby inaczej... wtedy mógłby normalnie żyć.

Nie mogąc wyjawić matce prawdy, postanowił się wycofać.

– W porządku, spróbuję. – Uśmiechnął się lekko z nadzieją, że był wystarczająco przekonujący.

– Chcesz się teraz zdrzemnąć? – zapytała po chwili milczenia Ginny, po czym wstała z łóżka.

– Zdecydowanie – odpowiedział. Potrzebował samotności bardziej, niż czegokolwiek innego. Zamknął więc oczy, licząc, że ten gest wystarczy.

– W porządku – stwierdziła cicho. – Obudzę cię, kiedy wróci tata.

Nim minęła chwila, Albus usłyszał trzask zamykanych drzwi. Wbrew rozsądkowi, nie otworzył oczu, aby się upewnić, że został sam. Leżał w ciepłym łóżku, próbując oderwać się od galopujących myśli lub wytrwać przy jednej natrętnej, a potem przejść do kolejnej. Nie potrafił się określić – w jednym momencie pragnął rozmyślać nad całym zamieszaniem, a w drugim całkowicie o nim zapomnieć. Chciał rozjaśnić sobie w głowie. To dziwne, bo jeszcze nigdy nie był równie niezdecydowany. Raz tak, a raz tak.

Wtem poczuł, że dryfuje. I zaczął biec...

Przedzierał się szaleńczo poprzez ciemność, która nie miała żadnego końca. Obejrzał się za siebie, dysząc z wyczerpania. Nie widział też żadnego początku swojego maratonu. Dokąd zmierzał? Od czego uciekał?

Nawet w tym mroku ciemności wiedział, że biegnie po twardym gruncie. Oprócz swojego ciężkiego oddechu słyszał tylko i wyłącznie echo czyichś kroków. Każdy kolejny wydawał mu się głośniejszy, bliższy. Kontynuował miarowy bieg, chociaż zaczęła łapać go kolka w boku. Gdy mimowolnie zaczął zwalniać, ciemność zaczęła pochłaniać jego stopy.

Przyspieszył. I właśnie wtedy ziemia zaczęła się przed nim rozstępować, przez co bezpieczna przeprawa na drugą stronę okazała się niewykonalna, a przecież nie chciał spać w przepaść...

Wtem parę metrów przed nim ziemia pękła. We wszechobecnej ciemności pojawiło się coś, co wyglądało jak szczelina, widoczna tylko i wyłącznie dzięki niesamowitemu, czerwonemu światłu, które emitowała. Z sekundy na sekundę zaczęła się powiększać, tworząc pewnego rodzaju otwór. Albus stanął jak wryty, nie mogąc powstrzymać się od wytrzeszczu. Czy ze szczeliny nie wydobywał się przypadkiem jakiś głos...?

– Co...? – zapytał tępo w przestrzeń, a jego głos odbił się echem. Dziura coś odpowiedziała, ale nie zrozumiał przekazu. Czy powinien podejść bliżej? Może ta dziwaczna szczelina pojawiła się, żeby mu pomóc? Może ma do niej wskoczyć, żeby uciec od wszechobecnej ciemności?

Zrobił więc krok do przodu. Głos wydawał się zniekształcony – tak jakby jego właściciel miał usta wypełnione wodą. Albus opadł na kolana, niemal oślepiony przez to intensywne czerwone światło.

– Co...? – spytał ponownie.

Zdejmij maskę – odpowiedział głos, zdecydowanie ze środka szczeliny.

Albus się zagapił. Nie rozumiał, o co chodzi.

Zdejmij maskę – powtórzył, przywodząc na myśl świszczący oddech.

– Nie noszę żadnej maski! – krzyknął.

Właśnie ją przywdziewasz!

Z pęknięcia wystrzeliła dłoń – sucha, cała w strupach, z na wpół widoczną jasną kością, wokół której wisiało postrzępione mięso. Ślizgon odskoczył gwałtownie, ale ręka złapała go za nadgarstek i zanim mógł zrobić cokolwiek innego, do jego uszu dobiegł głośny trzask...

Niemal wyskoczył ze swojego łóżka. Zgiełk, chociaż był odległy i dobiegał z dołu, potrafił postawić człowieka na nogi. Zmarszczył brwi i zaczął nasłuchiwać. Matka coś krzyczała, aczkolwiek ciężko było wyłapać poszczególne słowa. Zbyt oszołomiony koszmarem, nie pojmował sedna zamieszania. O czym właściwie śnił? Czemu tak intensywnie pocierał swój nadgarstek?

Spojrzał przez okno i zobaczył ciemne niebo. Była noc? Ile godzin przespał? Nie minęła minuta, kiedy z dołu dobiegł go kolejny głośny trzask i kolejne krzyki mamy.

– Harry, przestań! To nie twoja wina!

Albus wyczołgał się z łóżka, wciąż nieco zdezorientowany. Przez chwilę chodził niemrawo po brudnym pokoju, po czym wyszedł na korytarz i zobaczył, że na szczycie schodów siedzi Lily. Miała na sobie koszulę nocną, a jej włosy były potargane – harmider najprawdopodobniej również ją postawił na nogi.

– Gdzie są wszyscy? – zapytał, gdy podszedł bliżej. – Która godzina?

– Prawie północ. – Spojrzała na niego, wyraźnie przestraszona. – James śpi jak zabity. Rose i Hugo niedawno wyszli, ale wujek Ron wciąż siedzi w kuchni.

– Kiedy tata wrócił?

– Przed chwilą, bardzo niezadowolony – stwierdziła.

– Wiesz dlaczego? – spytał, zerkając na dół. Wszystkie światła były zapalone. Dziewczynka potrząsnęła głową. – Jest zły na mamę? Bo pewnie ostatnią rzeczą, jakiej teraz mu potrzeba, jest Upiorogacek...

– Nie, przyszedł niezadowolony – powiedziała Lily. – I chyba też bardzo zmartwiony.

Albus zmarszczył brwi.

– Może znowu go ktoś uderzył – mruknął pod nosem.

– Co? – zapytała, zdziwiona.

– Wróć do łóżka. Spróbuję się rozeznać w sytuacji.

Lily nie wykonała żadnego ruchu – zamiast tego zdecydowała się poczekać na szczycie schodów. Albus westchnął cicho i zszedł na dół, przecierając zmęczone oczy i szeroko ziewając. Przez moment rozważał wstąpienie do łazienki, ochlapanie twarzy wodą i pomruganie przed lustrem, żeby upewnić się, czy jego oczy, aby na pewno, są normalnego koloru. Ciekawość jednak okazała się niekwestionowanym zwycięzcą w tym boju i chłopiec ominął toaletę. Kiedy tylko przekroczył próg salonu, oczywiste stało się to, jak bardzo zły jest tata. Niektóre bibeloty z szafek i półek leżały na ziemi, a kilka obrazów wiszących na ścianach było popękanych. Harry ewidentnie czymś rzucał po kątach. Albus momentalnie się zatrzymał. Do głowy mu nie przyszło, że w ojcu siedzi taki szaleniec. Co się stało...?

Do kuchni wszedł w milczeniu, przez co nikt nie zauważył jego obecności. W środku były trzy osoby – tata i wujek siedzieli przy stole, podczas gdy mama przygotowywała herbatę. Ron był odwrócony do niego plecami, a Harry twarzą, aczkolwiek wciąż nie zarejestrował przybycia syna, bo praktycznie leżał twarzą na blacie, obejmując głowę ramionami; wyglądał, jakby cicho szlochał.

– Naprawdę mi przykro, Harry. – Ginny również nie zauważyła obecności dziecka. – Musisz zrozumieć, że nic już nie wskórasz... – przerwała, gdy odwróciła się od kredensu i skrzyżowała spojrzenie z synem. Jej milczenie było na tyle wymowne, że wujek Ron także się obrócił, a tata podniósł głowę.

Albus uważnie spojrzał na każdego z nich z osobna, nagle żałując, że nie został w swoim łóżku.

– Co się tutaj dzieje? – zapytał.

– Przepraszam. Nie chciałem cię obudzić... – wytłumaczył od razu ojciec.

– Spokojnie, jeszcze nie spałem – skłamał i postanowił przyjąć inną taktykę. Wiedząc, że od taty ciężko mu będzie wyciągnąć informacje, postanowił zwrócić się do wujka; może on udzieli mu bezpośredniej odpowiedzi. – Co się stało...?

Ron westchnął.

– Coś bardzo złego, ale porozmawiamy o tym dopiero rano. Wszyscy potrzebujemy teraz snu.

Ślizgon spojrzał na nich uważniej.

          – Czyli nie mogę się dowiedzieć, dlaczego nasz salon wygląda tak, jakby przeszedł przez niego huragan...?

– Albusie – przerwała mu stanowczo, choć spokojnie matka. – Chciałeś porozmawiać o czymś z ojcem, prawda? Zanim uciąłeś sobie krótką drzemkę?

Chłopiec zamilkł i podrapał się za uchem. W międzyczasie ojciec upił łyk herbaty, którą wręczyła mu mama. Ta prosta czynność wydawała się stanowić dla niego duży wysiłek, aczkolwiek nie omieszkał jednak rzucić mu zaciekawionego spojrzenia. A może po prostu smutnego...?

– Och, może później. – Wtem zapragnął wycofać się z kuchni.

– Nie, mów śmiało – powiedział tata i przeczesał dłońmi zmierzwione włosy. – Nie zważaj na bałagan. – Pokręcił głową. – Co tam?

– Chodzi... chodzi o szkołę – stwierdził, nie do końca wiedząc, w jaki sposób wytłumaczyć fakt, iż Blackwood chce zamordować Scorpiusa.

W kuchni zapadła cisza. Wszyscy czekali.

– Wyduś to z siebie, mały – Wujek nie wytrzymał.

– Ron! – syknęła Ginny.

– Cóż, może nie konkretnie o szkołę, a o nauczyciela – doprecyzował natychmiast Albus.

Tym razem moment ciszy był dłuższy. Och, tak bardzo teraz żałował, że po drodze ominął łazienkę i nie zerknął w lustro – przy okazji patrzenia sobie w oczy mógłby poćwiczyć wyjaśnienie sedna sprawy. Może wtedy by się nie zbłaźnił.

– Mamy nowego nauczyciela eliksirów – kontynuował, zebrawszy się na odwagę. – Profesor Blackwood.

Ojciec i wujek wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, które jasno wskazywały, iż ich ciekawość została rozbudzona.

– Co z nią? – zapytał Ron.

– Ona... – Albus natychmiast zauważył błąd. Najwidoczniej wujek zawczasu znał płeć wykładowczyni i wiedział, o kogo chodzi. Jakby nie spojrzeć, nawet się nie zająknął, że nowy nauczyciel jest kobietą...

– Śmiało – drążył Harry.

– No tak, profesor Blackwood. – Wziął głęboki oddech, aby uspokoić skołatane nerwy. – Wi... widziałem ją jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Na zamieszkach na Pokątnej pomagała Wa... Waddlesworthowi. Myślę... że jest renegatem, czy coś w tym stylu... – powiedział, mając nadzieję, że nie zdradził swej pewności. Postanowił dodać do tego wzruszenie ramion, by nadać całemu podsumowaniu przynajmniej namiastki naturalności. Zdecydował się nie wspominać o małej wycieczce do jej gabinetu i obejrzeniu wspomnienia Fairharta. Nie chciał narazić się na dodatkowe kłopoty, a i tak zgromadził wystarczająco dużo dowodów na jej winę.

Ojciec westchnął głośno, a matka zacisnęła usta, nie odzywając się nawet słowem. Wujek przeczesał włosy ręką i wydał z siebie dziwny dźwięk, który Albus zinterpretował jako cichy, urywany śmiech.

– Daj dzieciakowi szansę, Harry. Jest naprawdę bystry – powiedział, zwracając się do szwagra. – I ma wiele racji, prawda? Strasznie przypomina swojego staruszka.

– Co? – zapytał chłopiec, nie rozumiejąc, dlaczego nikt nie był zaskoczony.

– Doszedłeś do tego wszystkiego na własną rękę, Albusie? Całkiem imponujące... Masz rację, synu. Blackwood jest renegatem, a także wysoko postawionym członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek.

– Wiedzieliście...? – zapytał, patrząc na wszystkich po kolei. – Skoro wiecie, że jest niebezpieczna, to dlaczego pozwalacie jej pracować w Hogwarcie...?

– Profesor McGonagall zapewniła mnie, że nie wyrządzi krzywdy żadnemu uczniowi – powiedział ojciec.

– Nawet jeśli darzy któregoś wielką nienawiścią? – Nie mógł się powstrzymać. Po minach dorosłych wywnioskował, że najprawdopodobniej zbyt się pospieszył z naprowadzaniem na dobry trop.

– O kim mówisz? – Wujek zmarszczył brwi. – Kogo Blackwood tak bardzo nienawidzi?

Albus rzucił mu uważne, kalkulujące spojrzenie.

– Nikogo, znaczy... to czysto hipotetyczna spekulacja – stwierdził defensywnie. – Jakby nie patrzeć, pracuje dla Wybawczego Aliansu Różdżek i w ogóle. Gdybym był dyrektorem szkoły, nie zatrudniłbym podejrzanej osoby.

– Mam podobne odczucia. – Harry skinął głową. – Jednakże jesteśmy w kropce. Nic nie możemy zrobić. Blackwood nie ubiegała się o posadę w Hogwarcie. Ta praca została jej z góry narzucona.

– Niby przez kogo? – Kto podjął równie głupią decyzję?

– Przez Warrena Waddleswortha, a właściwie, technicznie rzecz ujmując, przez Kingsleya – powiedział ojciec. – To skomplikowana sprawa. Niektóre zawiłości naprawdę trudno wyjaśnić.

Albus wbił w tatę stanowcze, wyczekujące spojrzenie. Nie chciał, żeby Harry zamknął tym stwierdzeniem cały temat.

– W lecie Wybawczy Alians Różdżek podpisał z Kingsleyem wiążący kontrakt, mniej więcej coś na kształt... współpracy.

– Współpracy...? – powtórzył. – Czy przypadkiem Alians nie pała nienawiścią do Ministerstwa Magii? Poprawcie mnie, jeżeli się mylę.

– Masz rację, nienawidzi rządu. To w pełni odwzajemnione. – Wujek skinął głową. – Pomimo tego uczucia, Wybawczy Alians Różdżek jest jednocześnie naszym cennym sprzymierzeńcem. Współpracujemy z Waddlesworthem w podobny sposób, co po wojnie z Voldemortem.

Albus przypomniał sobie pewne słowa – „Potter i Warren mają chwiejny sojusz”. O ile się nie mylił, była tam mowa jeszcze o trzymaniu się na dystans.

– Na jakich zasadach przebiega ta współpraca...? – zapytał, ważąc słowa.

– Nie wydaje mi się, żeby Albus musiał tego słuchać – wtrąciła się Ginny.

– W porządku, Gin. Chłopak jest po prostu ciekawy – odparował jej szybko Ron.

Harry przez dłuższą chwilę po prostu patrzył się na syna. Kiedy w końcu postanowił zabrać głos, słyszalna była w nim przede wszystkim ostrożność.

– Wybawczy Alians Różdżek przekracza granice, których Ministerstwo Magii nie może. Wielu mrocznych czarodziejów i czarownic mieszka obecnie poza naszym krajem, poza naszym zasięgiem. Alians nie uznaje terytorialnych granic, podczas gdy rząd musi się z nimi liczyć. Renegaci prowadzą śledztwo, odnajdują podejrzanych, sprowadzają do kraju i przekazują władzy. W zamian Ministerstwo przymyka oko na łagodniejsze występki członków organizacji.

– Słucham? – niemal krzyknął. – Wydaliście zezwolenie na mordy i...

– Chwila, moment, Albusie. Nic z tych rzeczy. – Wujek podniósł rękę. – Łagodniejsze wykroczenia to pierdółki, za które Wizengamot by skazał na mniej więcej miesiąc Azkabanu; to naprawdę niewielkie przestępstwa. Weźmy dla przykładu Młota – wiesz, tego wielkiego, przygłupiego faceta. Zwolniliśmy go z więzienia w zamian za nazwiska, mimo że dopuścił się aktów przemocy. Nie mamy żadnego dowodu, że popełnił jakieś morderstwo.

Albus się zagapił, a oczy aż pociemniały mu z gniewu. On wiedział i miał niezbity dowód.

– Brzmi to gorzej, niż wygląda w rzeczywistości – argumentował ojciec. – Wiem, co sobie teraz myślisz i wyobrażasz. Musisz jednak zrozumieć, że podobne rzeczy nie dzieją się codziennie. Kiedy dochodzi do poważniejszych incydentów, jesteśmy zmuszeni zaakceptować taki rodzaj współpracy. Zazwyczaj trzymamy się od siebie z daleka.

– O jakich incydentach mówisz? – zapytał.

– Choćby o groźbach terrorystycznych – odpowiedział tata. – Nie wiem, czy o nich czytałeś, ale wszystko wskazuje na to, że wysunął je Sebastian Darvy.

– Darvy?

– Ares przebywa za granicą – wciąż uważamy, że czegoś szuka. Pamiętasz, co mówiłem ci ostatnio o grupie zwolenników Darvy’ego, tak zwanym Diablim Aliansie? Ciągle się przemieszczają, grożą Ministerstwu, a nawet przekonują społeczeństwo, że należy...

– ...zwrócić się przeciwko tobie – dopowiedział Albus.

Ojciec zmarszczył brwi.

– Mniej więcej – przyznał. – Autentyczność wysuniętych gróźb jest bardzo wątpliwa. Odnoszę też wrażenie, że Ares trzyma swojego brata na krótszej smyczy, mocniejszej. Gdy ludzie jednak słyszą groźby, zaczynają się martwić. Właśnie w takich sytuacjach Wybawczy Alians Różdżek łapie kilku Wiecznie Obecnych, których miało wcześniej i wydaje ich w ręce wymiaru sprawiedliwości Ministerstwa Magii. Dzięki temu społeczeństwo dostrzega, że rząd robi postępy, a w rzeczywistości po prostu osadza kilku schwytanych czarodziejów w Azkabanie.

– To straszne. – Albus się wzdrygnął. Czy Ministerstwo naprawdę było aż tak skorumpowane i zepsute...?

– Cóż, witaj w prawdziwym świecie. Zrozumiesz nasze pobudki, gdy dorośniesz – stwierdził Ron. – Uwierz, że to jedyny sposób na uspokojenie ludzi, kiedy źle się dzieje. Kingsley, podobnie jak kilka innych, zaufanych osób, również nienawidzi tego sposobu, ale rozumie, że tak trzeba. My osobiście trzymamy się od machlojek z daleka, gdyż potrafimy samodzielnie złapać paru zakapturzonych robaków. Niektórzy aurorzy wciąż mają swoją godność.

– W porządku, ale co to ma wspólnego z moją nauczycielką eliksirów...?

– Cóż, to jeden z postawionych przez Warrena warunków współpracy. Gdy przyszło do negocjacji, powiedział wprost, że chce umieścić w szkole swojego człowieka. Był na tyle zdeterminowany, że posunął się nawet do szantażu, że jeżeli nie spełnimy jego wymogów, Wybawczy Alians Różdżek zakończy kooperację z Ministerstwem Magii. Chciał obsadzić stanowisko Zydrunasem, czyli wspominanym wcześniej Młotem, ale poszliśmy na ugodę i ostatecznie padło na Idę Blackwood – splunął tata. – Osobiście opowiedziałem się przeciwko obu kandydatom.

– Ja tak samo – wtrącił się wujek. – Nie chciałem, żeby moje dzieci uczył jakiś brzydki, brutalny półgłówek. Ten gamoń najprawdopodobniej nie potrafi dobrze czytać i liczyć, nie mówiąc już o znajomości podstaw magii, a co dopiero tajników sztuki warzenia eliksirów...

– Wybraliśmy lepsze rozwiązanie, czyli przysłowiowe mniejsze zło. Okazało się, że Blackwood jest bardzo biegła w dziedzinie eliksirów, więc miała zadatki na dobrego nauczyciela; spełniła wszystkie wymogi, więc nie mogliśmy odmówić jej kandydaturze.

– Ale dlaczego? – zapytał Albus, patrząc to na tatę, to na wujka. – Czemu Waddlesworth uparł się, aby umieścić w Hogwarcie swojego człowieka?

– Tego nie wiemy. W pertraktacjach twierdził, że Wybawczy Alians Różdżek ma służyć dobru społeczeństwa, a co za tym idzie, chronić najmłodszych obywateli, czyli dzieci, ale wszyscy doskonale wiemy, że Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem pod słońcem. Zabezpieczenia chroniące zamek są silne i niemożliwe do przedarcia – odpowiedział szczerze wujek. – Cóż, przypuszczamy, że Waddlesworth pragnie informacji – albo o czymś, albo o kimś. Ciężko nam jednak zidentyfikować jego cel.

– I właśnie dlatego umieściliśmy szpiega w szeregach Aliansu – powiedział przez zaciśnięte zęby tata.

Ron spojrzał na szwagra, ewidentnie zaskoczony. Sprawiał wrażenie aurora, któremu wymsknął się ważny meldunek, chociaż to Harry’emu przydarzyła się niefortunna pomyłka.

– Szpiega? – zapytał Albus, udając niezrozumienie. Miał nadzieję, że dobrze odegrał rolę, bo w myślach miał swój typ.

– Owszem. – Twarz taty przybrała zrozpaczony wyraz. Podczas rozmowy trochę się ożywił, ale teraz wyglądał dokładnie tak samo, jak w momencie, gdy chłopiec wszedł do kuchni. – Zdecydowaliśmy się na twojego byłego nauczyciela, profesora Fairharta.

Ślizgon skinął głową.

– Ot tak sobie, zdobył ich zaufanie...?

– Szczerze powiedziawszy, kiedyś miał z nimi wiele wspólnego – stwierdził ogólnikowo wujek.

– Sancticus miał dowiedzieć się, dlaczego Waddlesworth potrzebuje wtyczki w szkole oraz wybadać sytuację, czy Wybawczy Alians Różdżek ma też szpiega w grupie Aresa. Te dwie informacje były nam niezbędne do dalszego działania.

Albus zamilkł na moment, trawiąc nowo zdobyte informacje. Wtem coś przykuło jego uwagę. Sposób, w jaki tata się wypowiedział o zadaniu Fairharta, było co najmniej podejrzany...

– Co masz na myśli, że „miał się dowiedzieć”...?

Twarz Harry'ego ponownie przybrała żałosny wyraz, podczas gdy wujek Ron odwrócił głowę. W kuchni zapanowała nagle bardzo ciężka atmosfera. Matka odwróciła się plecami do stołu i zwiesiła ramiona. Następne wypowiedziane głośno słowa sprawiły, że brwi chłopca gwałtownie się zmarszczyły.

– Profesor Fairhart nie żyje, Albusie – powiedział płaczliwie ojciec.

Ślizgon zaniemówił, a gardło boleśnie się ścisnęło. Coś w jego wnętrzu zniknęło bezpowrotnie. Czy się przesłyszał...? Czy Harry właśnie powiedział, że profesor Fairhart był... martwy?

– C... co? – zapytał, oszołomiony.

          – Sancticus nie żyje, Albusie. Strasznie mi przykro – powtórzył ojciec. – Wiem, że bardzo go lubiłeś.

Chłopiec rzucił okiem na matkę, która nadal trzymała spuszczoną głowę. Wyglądała, jakby nie mogła znieść myśli o spojrzeniu mu w twarz. Wujek także przyglądał się podłodze. Najwidoczniej tylko tata był zdolny do utrzymania z nim kontaktu wzrokowego. Albus nie potrafił się skupić, a tym bardziej zrozumieć, w jaki sposób doszło do najgorszego. Fairhart był niemal niepokonany, prawda? W obejrzanym wspomnieniu wszyscy renegaci kulili się przed nim, bojąc się starcia. Rok temu w Ministerstwie, przeciwnicy padali przed nim jeden za drugim, prawda?

– Jak... jak to...? Kiedy...? – wyjąkał.

– Właśnie się dowiedziałem. – Ojciec zamknął oczy. – Nie kontaktował się z nami od kilku dni, ale zorientowaliśmy się, dopiero gdy jego dom został zrównany z ziemią.

– Został zaatakowany...?

– Tak, najprawdopodobniej przez Wybawczy Alians Różdżek – powiedział wujek.

– Od kilku dni wiedzieliśmy, że Alians wydał mu specyficzny rozkaz i w sumie podejrzewaliśmy, że w grę może wchodzić nawet morderstwo. Nie poznaliśmy tylko tożsamości potencjalnej ofiary. Fairhart odmówił wykonania zadania i chciał się wycofać... Najwyraźniej Waddlesworthowi się to nie spodobało. Najwidoczniej nie mógł sobie pozwolić na pomyłkę...

– To nie ma najmniejszego sensu! – krzyknął ślizgon tak głośno, że oczy jego matki rozszerzyły się gwałtownie. – Kto go zabił? Przecież Fairhart był niepokonalny!

– Nie znamy żadnych szczegółów, synu. Nie znaleźliśmy ciała Sancticusa, chociaż pozostałe leżały wokół gruzowiska – stwierdził Harry. – Jesteśmy jednak przekonani, że to sprawka Wybawczego Aliansu Różdżek...

– To może wszystko z nim w porządku! – Serce Albusa fiknęło koziołka. Poczuł przypływ nadziei. – Mógł wywalczyć sobie drogę ucieczki i się zaszyć.

Ojciec pokręcił smutno głową.

– Sancticus nigdy nie był typem uciekiniera, Albusie. A tym bardziej tchórzem. Ciała, które znaleźliśmy, sugerowały, że podjęto walkę. Możemy się tylko domyślać, że z kimkolwiek nie walczył, przegrał starcie. Nawet San mógł sobie nie poradzić z ponad dwudziestoma wykwalifikowanymi czarodziejami...

– Jesteś w błędzie! – zaprzeczył. – Nie widziałeś go w walce! Potrafi o wiele więcej, niż pokazuje! Ma naprawdę wielki talent i...!

– Znaleźliśmy to, Albusie. – Harry sięgnął do kieszeni i wydobył z niej pewien niewielki przedmiot. Ślizgon zwyczajnie się zagapił, zdezorientowany i właśnie dlatego dopiero po chwili poczuł, że staje mu serce. Tata wyciągnął srebrny pierścionek. Sygnet Fairharta. – Nigdy go nie zdejmował, Albusie. Odkąd poznałem Sancticusa, nie zdjął go ani razu. Nie wiem, dlaczego był tak istotny, ale jestem pewien, że nie zostawiłby swojego skarbu w gruzach domu. Wszystkie fakty przemawiają za tym, że spadł mu podczas walki...

– Nie znaleźliście ciała! – Był nieugięty. Zobaczywszy pierścień, prawie się rozpłakał – stanowił gwóźdź do trumny.

– Wybawczy Alians Różdżek mógł się nim zaopiekować – podpowiedział wujek. – San był aurorem, a więc posiadał masę cennych informacji. Waddlesworth mógł chcieć je wykorzystać.

– Zupełnie się poddaliście! – powiedział dobitnie, patrząc na nich gniewnie. Nie wytrzymawszy nadmiaru emocji, całkowicie się rozkleił. Wciąż próbował zrozumieć tę sytuację. Oczywiście, że Fairhart żył. Ojciec i wujek byli po prostu idiotami.

– Akceptujemy prawdę, synu – stwierdził Harry. – Przepraszam.

– Och, powinno ci być przykro! To tyle?!

– Ścisz głos, Albusie! – upomniała go matka.

Zignorował jednak Ginny i wściekły odwrócił się na pięcie. Ojciec był taki „dobry”, że zdecydował się skazać Fairharta na śmierć – to w końcu on wydał rozkaz szpiegostwa Wybawczego Aliansu Różdżek – a teraz odmawiał uznania faktu, że jego podwładny żyje? Jest mu winien o wiele, wiele więcej!

Ani razu się nie obejrzawszy, wyszedł z kuchni z zaciśniętymi zębami. To takie dziwne. Kilka dni temu dałby sobie uciąć głowę, że nienawidzi Fairharta całym sercem, a teraz nie pragnął już niczego więcej, jak tylko żeby ojciec przyznał, że rzeczywiście się pomylił.

– Zaczekaj, Albusie!

Do uszu chłopca dobiegł dźwięk odsuwanych gwałtownie krzeseł – najwyraźniej od stołu poderwali się i tata i wujek. Wściekły na niesprawiedliwość, zignorował szybkie kroki i nie poczekał. Zdeterminowany, parł w górę schodów, udając, że nie słyszy nerwowych nawoływań. Lily wciąż siedziała tam, gdzie wcześniej.

– Al...? – zaczęła, ale nie dał jej dokończyć. Minął siostrę bez słowa i wszedł do swojego pokoju. Nie nacieszył się długo samotnością, bo nim minęła chwila, drzwi się otworzyły, ukazując stojących na korytarzu dorosłych.

– Albusie...

– Wyjdź! – ryknął.

– Nie, dopóki mnie nie wysłuchasz! – Harry, wcześniej wyraźnie zmęczony i zdruzgotany znalezieniem pierścienia, sprawiał wrażenie bardziej zaciekłego. Głos, którym mówił, miał autorytarny wydźwięk. – Zostawisz nas samych, Ron?

Wujek skinął niepewnie głowę i się wycofał, podczas gdy tata wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

– Wyjdź! – powtórzył z uporem Albus.

– Dlaczego? Jaką krzywdę ci wyrządziłem? Jak myślisz, co tam się wydarzyło?

– Zabiłeś go, tato! – krzyknął, podsumowując wszystkie swoje rozważania. – Uważam, że na siłę wepchnąłeś go do grupy bardzo niebezpiecznych ludzi, tylko po to, żeby uzyskać kilka informacji. Fairhart nawet nie pomyślał, że sprowadza na siebie kłopoty. Nie spodziewał się, że padnie ofiarą napaści; nie pisał się na rozerwanie żywcem! Z doświadczenia wiesz, jaki jest Wybawczy Alians Różdżek. Jako jego przełożony, wiedziałeś, jakich problemów mu dostarczysz...

– Sancticus też był ich świadomy! Naprawdę sądzisz, że zmusiłem go do podjęcia ryzyka? Wręcz przeciwnie, synu. San dokonał wyboru. Owszem, mógłby usiąść za ministerialnym biurkiem i z boku patrzeć, jak inni ryzykują życie dla dobra sprawy, ale postanowił inaczej. Był człowiekiem czynu, a nie pracownikiem biurowym. Nie potrafił siedzieć na krześle i biernie czekać na rozwój wydarzeń. Sancticus podjął decyzję, synu. Miał wybór i pojąwszy konsekwencje, zdecydował się na szpiegostwo. Wiedział, że czasem sprawa jest ważniejsza niż jedno życie...

– Na przykład? Co było warte świeczki? – Albus się rozkleił. – Czy naprawdę tak beztrosko porzucił rodzinę i...?

– Rodzinę? Jaką znowu rodzinę? – przerwał mu ojciec. – O czym ty mówisz, synu? Znałem Sancticusa kilkanaście lat, on...

– Miał życie, które mu odebrałeś!

– Niczego mu nie odebrałem! Sam dokonał wyboru! – ryknął Harry. Ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie było niesamowicie głośne.

– Czyli zdecydował się umrzeć...? – podsumował łamiącym się głosem ślizgon.

– Oczywiście, że nie – odpowiedział twardo ojciec, ciężko oddychając. – Wysłuchaj mnie, proszę.

Albus też z trudem łapał oddech. Harry podszedł bliżej, a następnie ukląkł przed synem.

– Posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo uważnie – powiedział drżącym, choć spokojnym głosem, patrząc mu prosto w oczy – Życie nie jest proste. To nie seria następujących po sobie wydarzeń, na które człowiek nie ma żadnego wpływu. Życie nie biegnie zgodnie z wyznaczonymi przez siebie zasadami; nie jest ukierunkowane od samego początku do samego końca. Życie jest serią wyborów, z których każdy jest nieodwołalny i ważniejszy od poprzedniego. Ludzie nie podążają wyznaczoną im przez los ścieżką; robią krok, po czym rozważają następny. To z kolei sprawia, że życie jest nieprzewidywalne. Właśnie dzięki temu tak straszliwie je cenimy.

Albus spojrzał gniewnie na tatę. O co mu chodziło?

W międzyczasie ojciec kontynuował, teraz całkowicie uspokojony.

– Codziennie podejmujemy istotne decyzje. W naszym życiu są pewne momenty, bardzo ważne momenty, które na zawsze je zmieniają. Robią to poprzez wybory, których dokonujemy. I właśnie te wybory pokazują, kim naprawdę jesteśmy; pokazują, kim jesteśmy i kim pragniemy być... Fairhart mógł wycofać się w każdej chwili, postanowił kontynuować swoje zadanie; zdecydował się podjąć to ryzyko.

– Czuł, że musi tak postąpić! – zaprotestował chłopiec, ponownie rozwścieczony. – Wiedział, że nikt inny nie sprosta misji.

– Sancticus był moim przyjacielem, Albusie. Nigdy bym...

– I to właśnie jest twój problem! Był twoim przyjacielem! Nie obserwujesz swoich przyjaciół, tato. Nie wiesz, co się z nimi dzieje! – stwierdził złośliwie. – Może gdybyś miał oczy szerzej otwarte i uważniej przyglądał się poczynaniom swoich przyjaciołom, Ares nigdy by nie pociął Jamesa!

Harry'ego zatkało. Absolutnie wstrząśnięty, przez chwilę wyglądał, jakby miał zamiar coś odpowiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Wyprostował się i potrząsnął głową w milczeniu, po czym podszedł do drzwi. Otwierając je, rzucił synowi srebrny pierścień.

– Sancticus zawsze mówił o tobie dobrze – skrzeknął. – Chciałby, żebyś to dostał – dodał i wyszedł.

Gdy kroki ojca ucichły, Albus rzucił się na łóżko.

Fairhart wiedział; pojmował, że zostało mu mało czasu. Zrobił więc, co był w stanie – aby przekazać ostrzeżenie, oddał swoje wspomnienie. Nie było najlepsze, a złe, pełne przemocy i okrucieństwa. Chciał go poinformować o wiszącym niebezpieczeństwie oraz pragnął zostać zapamiętany. Zaryzykował życiem, pomagając mu w kwaterze głównej Wybawczego Aliansu Różdżek, gdzie wciągnął go do swojego pokoju. Waddlesworth musiał się o tym dowiedzieć. Wiedział, najprawdopodobniej od Blackwood, że utrzymywali ze sobą kontakt. Fairhart został najwyraźniej uznany za niegodnego zaufania (może przez wzgląd na reputację samotnika) i wytypowany do ostrzału. Oczywiście, nie poddał się i próbował walczyć. Niestety przegrał...

Albus się oszukiwał. Próbował wmówić sobie, że będący jego przyjacielem auror wciąż żyje i ma się całkiem dobrze. Gdy początkowy szok minął, przyszła pora na spojrzenie prawdzie w oczy. Musiał myśleć logicznie. Z bólem serca przypomniał sobie ostatnie słowa, jakie do niego powiedział. Czy nie krzyczał wówczas gniewnie, waląc pięściami w drzwi?

Po chwili wahania wziął do ręki pierścionek, zdając sobie sprawę, że jest naprawdę mały, zupełnie jakby pasował na smuklejszy palec. Może Fairhart dostał go na wcześniejszym etapie swojego życia, gdy był trochę chudszy?

Westchnął, zrozumiawszy, że dziś nie dane mu będzie zasnąć. Zgasił światła i wczołgał się pod kołdrę. Wtem jego pokój wypełnił się delikatnym, niebieskim światłem. Albus mrugnął, zaskoczony, gdy zrozumiał, że to tajemnicze światło wydobywało się z jego ręki; pochodziło z pierścionka, którego wciąż ściskał.

Zaskoczony podniósł go i obejrzał dokładniej. To nie pierścień świecił – błyszczał wygrawerowany napis na wewnętrznej stronie złota. Wcześniej litery były naprawdę maleńkie i niezbyt czytelne, lecz teraz stały się doskonale widoczne. Pierścień został specjalnie zaczarowany, żeby świecił w ciemności, olśniło Albusa. Dlaczego?

W momencie wróciły mu siły. Jaką zagadkę zostawił mu Fairhart? Może wskazówkę z miejscem obecnego pobytu? Z zaintrygowaniem więc przeczytał grawerunek.

 

Dla Sam, za pokazanie mi prawdziwej istoty magii – San.

 

Albus przeczytał te słowa trzy razy, jednocześnie zaskoczony i wielce rozczarowany. Uśmiech natychmiast zszedł z jego twarzy. To nie był nawet pierścień Fairharta! Należał do kogoś innego! Najwyraźniej bardzo niezadowolonego, skoro oddał sygnet z powrotem...

Chłopiec obrócił pierścień w dłoni. Nie znalazł innego grawerunku. Kim był Sam...? Z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, skoro nauczył Fairharta podstaw magii. Nie wiedziałem, nawet nie zapytałem, uświadomił sobie ze smutkiem, ponownie walcząc ze łzami. Zaprzepaścił wiele rzeczy. Nie zdążył też poznać prawdy o oszpeconej twarzy byłego nauczyciela. Sapnął, gdy zrozumiał, że pierścień stanowił następną tajemnicę Sancticusa Fairharta, której nigdy nie rozwiąże.

Ścisnął mocniej sygnet, a niebieskie światło wciąż przenikało mu poprzez palce. Zamknął oczy i położył się z powrotem. Pragnął zasnąć, nawet mając za perspektywę te straszliwe i okropne koszmary.

 



[1] W oryginale pojawiło się określenie „Mopey Mandy and Mopey Mark” z „oczywistą zamianą płci”. Słowo „mopey” znaczy przygnębionego, przybitego, zniechęconego i osowiałego człowieka. „Mark & Mandy” odnosi się najprawdopodobniej do całkiem rozrywkowej pary, która wspólnie prowadzi show telewizyjne. Skupiają się przede wszystkim na tematach dotyczących domu, wystroju wnętrza, jedzenia, zainteresowań i stylu życia. Tłumaczka nigdy nie oglądała tego programu – nie była więc w stanie bardziej go przybliżyć i nadać tamtemu zdaniu odpowiedniego tonu. Zostało więc w ten sposób: „Nawet Teddy to zauważył i nadał im przygnębiające przezwiska”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz