Emocjonalny wulkan pomógł przebrnąć Albusowi przez mniej więcej pierwszy tydzień codziennej rutyny. Pełen zachwytu i podekscytowany swoim wkładem w postęp śledztwa ojca, nie marnował czasu i natychmiast opowiedział przyjaciołom o bohaterskich czynach z Hogsmeade. Kiedy nie uśmiechał się z tego wspaniałego wspomnienia, marszczył brwi na myśl o kiepskim stanie, w którym był Scorpius.
Malfoy był wrakiem. Albus już wcześniej widział go w strasznych tarapatach — był świadkiem otrzymywania przez niego poważnych ran oraz obserwował jego reakcję na kuszącą ofertę Puckerda — ale nigdy nie widział go tak bardzo załamanego. Scorpius z niemałymi problemami zbierał się w sobie, by uśmiechnąć się zachęcająco do Albusa i tym samym pokazać mu, że jest zadowolony z postępów w sprawie aurorskiego śledztwa. Przez resztę dnia jednak usta miał zasznurowane bądź zaciśnięte w wąską linię. Z dnia na dzień odzywał się coraz to mniej, a jego głos stawał się bardziej ochrypły. Ucierpiała także jego nauka — po raz pierwszy od pięciu lat, Potter odrobił za przyjaciela zadanie domowe.
— Powtórz mi to jeszcze raz. Wszystko, od samego początku — poprosił Albus Mirrę, kiedy korzystali z zacisza Pokoju Życzeń. Będąc daleko od romantycznej schadzki, unikali tym samym konfrontacji z Rose, która nie zrezygnowała z przesiadywania w bibliotece, podczas gdy i oni się w niej uczyli.
Dziewczyna skuliła się na krześle.
— Proszę, nie zmuszaj mnie do ponownego wdawania się w szczegóły.
— Po prostu… po prostu powtórz mi te okropności, które powiedział Lance…
Mirra westchnęła ciężko, a jej twarz — o ile było to fizycznie możliwe — zrobiła się jeszcze bledsza.
— W pewnym momencie przerwał Scorpiusowi i poprosił go, żeby dla zabawy opowiedział tę historię o chłopaku Rose, a następnie wprost zapytał, dlaczego się tak jąka.
Albus zacisnął dłonie w pięści.
— A od czego to się w ogóle zaczęło?
— Rose chciała mnie wciągnąć w rozmowę, ale ignorowałam ją. Byłam punktem zapalnym. — Zmarszczyła brwi. — Naprawdę bardzo przepraszam, Al. Strasznie mi przykro. Naprawdę nie sądziłam, że…
— Nie, to nie twoja wina — zapewnił i gwałtownie potrząsnął głową. — Lance dał mi ultimatum, a ja nie potraktowałem tego poważnie. Jestem za to odpowiedzialny, ale co ważniejsze, on bardziej.
Albus nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek czuł tak wielką odrazę i niechęć w stosunku do innego ucznia w szkole. Nawet w licznych sporach z Eckleyem i Hornsbrookiem, w tym także tej bójce, w której oberwał pięścią prosto w twarz, nigdy nie chciał prowokować walki. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, iż były to głupie myśli. Lance był o dwa lata starszy, a czarodziejem też nie był ciamajdowatym. Albus był w stu procentach pewien, że James posłużyłby za wsparcie i osłoniłby mu plecy, ale nie chciał tego — nie potrzebował kogoś, kto by go obronił.
Jedyną rzeczą, która podtrzymywała jego optymalnie dobry nastrój, były wiadomości dotyczące Waddleswortha. Artykuł z PROROKA CODZIENNEGO, który ukazał się dzień po Walentynkach, ujawnił, że Warren Waddlesworth zaginął, a członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek albo o tym nie wiedzieli, albo bardzo kręcili w kwestii jego aktualnego pobytu. Przez kolejnych kilka dni Albus utrzymywał z tatą marginalną korespondencję i nic nie mógł poradzić na to, że był naprawdę zadowolony z otrzymanych informacji.
W odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie, Albusie: nie; nie aresztowaliśmy Młota. Technicznie rzecz ujmując, nie zaatakował nas, bo twój wujek zbyt szybko się z nim uporał. Pomijając to, wszystko zmierza ku dobremu. Mężczyzna, którego złapałeś, nazywa się Barney Lumberg i jest renegatem niższego szczebla, który został zmuszony do grania w tej farsie. Okazuje się, że Waddlesworth już od miesięcy używał takich sobowtórów, choć nikt — nawet pod wpływem eliksiru prawdy — nie wie dlaczego. Tak czy owak, to wszystko potwierdza, że macza palce w czymś dużym. Mam nadzieję, że masz się dobrze.
Tata
— Nie wpadło ci do głowy, że Puckerd może czytać twoją pocztę, stary? — zapytał go Morrison w dniu, w którym otrzymał tę notkę; akurat jedli śniadanie.
— Czemu tak myślisz? — Albus podskoczył w miejscu, rozglądając się gorączkowo. — Widziałeś, jak...?
— Cóż, pomyśl logicznie. Jeżeli Puckerd tak bardzo chce wiedzieć, o czym tak do siebie piszecie, to czy nie byłoby mu łatwiej zwyczajnie przechwycić waszą korespondencję?
— Bardzo mało prawdopodobne — skrzeknął siedzący obok nich Scorpius, ze wzrokiem wbitym w pełen jedzenia talerz.
— Hę? — Albus rzucił mu zaciekawione spojrzenie.
— To niedozwolone — wycharczał blondyn. — Puckerd jest tylko nauczycielem. Potrzebowałby wyższej rangi, żeby czytać czyjąś pocztę. Na ten moment tylko McGonagall ma takie uprawienia.
Potter odetchnął z widoczną ulgą, ale i tak ukradkiem spojrzał na stół na podniesieniu, gdzie mistrz eliksirów sączył zabarwiony czymś różowym, sok dyniowy. Nagle poczuł mdłości — czy naprawdę tak łatwo jest uzyskać wszystkie informacje…?
Nawet jeśli umysł chłopca zaprzątały najróżniejsze tematy, Albus bardzo się przyłożył do nauki, gdy tylko minęły ostatnie dni lutego. Odrabianie za Scorpiusa zadań domowych wymagało bycia na bieżąco ze wszystkimi szkolnymi przedmiotami. Mimo to wciąż był bardzo zaskoczony wieścią, że do egzaminów zostało już tylko dziesięć tygodni.
— Ten czas zleci wam niesamowicie szybko — stwierdził profesor Handit, kiedy uczniowie zajęli miejsca w klasie. Albus usadowił się pomiędzy Morrisonem a Malfoyem na tyłach, zaś Melonie tuż przed nimi. — Udało nam się zakończyć temat mrocznych stworzeń, tak więc na spokojnie możemy wrócić na właściwe tory z naszego sylabusu. — Uśmiechnął się. — Kto może sobie przypomnieć, jakie początkowo mieliśmy planu po przerwie świątecznej? — Uśmiech profesora powiększył się, gdy prawie każda ręka została uniesiona do góry. — No dobrze. Proszę dobrać się w pary!
Morrison momentalnie znalazł się przy Melonie, tak więc Albusowi został niezadowolony, stojący oparty plecami o ścianę Scorpius — w luźno zwisającej ręce trzymał różdżkę.
— Kto może mi powiedzieć, jaka jest największa zaleta magii niewerbalnej? — zapytał nauczyciel.
Al momentalnie spojrzał na swojego partnera, ale ten zareagował dokładnie tak samo, jak prawie że co dzień od czasu pamiętnych Walentynek: nijak. Scorpius nawet nie zadał sobie trudu, żeby podnieść rękę.
— Tak, Albusie? — Handit uśmiechnął się, gdy chłopiec uniósł dłoń.
— Hm… Magia niewerbalna daje sporą przewagę podczas pojedynku, ponieważ zazwyczaj mówimy na głos zaklęcie, którego chcemy użyć.
— Całkiem słusznie. Pięć punktów dla Slytherinu. Magia niewerbalna jest prawie powszechnie stosowana przez starszych czarodziejów, choć nie tylko do walki, tak jak powiedział Albus, a do najróżniejszych zadań, które wymagają czynności wykonywanych w tajemnicy. Dla przykładu: dość często używają jej czarodzieje pracujący z mugolami. — Nauczyciel rozejrzał się po klasie. — Na zajęciach skupimy się na części obronnej. W prawdziwym pojedynku nawet ułamek sekundy może zrobić wielką różnicę. Kto może mi powiedzieć, dlaczego magia niewerbalna jest zazwyczaj trudniejsza w użyciu, niż zwyczajna? Nie ma chętnych? Przyznaję, że to całkiem podstępne pytanie…
Anastasia Anifur, prefekt Hufflepuffu, powoli uniosła rękę.
— Inkantacje są dla nas mnemoniczne[1]. Kiedy nie możemy ich wypowiedzieć, trudniej jest się skoncentrować.
— Bardzo dobrze! Dziesięć punktów dla Hufflepuffu! — Handit wręcz promieniował szczęściem.
— Tak jak powiedziała Anastasia, inkantacje zaklęć pomagają się nam skupić na tym, co chcemy zrobić! Gdy wyeliminujemy z tego procesu słowa, magia staje się bardziej odczuciem, niż czynem. Z biegiem czasu wszyscy staniecie się bieglejsi w dziedzinie magii niewerbalnej, że możecie nawet zapomnieć o mówionym rzucaniu uroków — tak się najczęściej dzieje, gdy często używamy jednego zaklęcia. — Uśmiechnął się szeroko. — Dziś zaczniemy naukę od powtarzania inkantacji w głowach, stąd też konieczne jest partnerstwo. Oto wasze zadania: jedna osoba będzie próbowała niewerbalnie i niegroźnie zaatakować drugą, która z kolei będzie musiała się bronić. Co chwilę będziecie się zmieniać. Pamiętajcie, żeby tylko myśleć o zaklęciu! Ciche mamrotanie pod nosem także wchodzi w grę, bo nie usłyszałbym uroku, ale to kwestia waszego sumienia: nie poznałbym się, ale wy tak. Drodzy uczniowie, mam nadzieję, że rzeczywiście się do tego przyłożycie, bo to naprawdę istotne…
Albus był tak podekscytowany, że nie zamierzał udawać i zaproponował, że pójdzie na pierwszy ogień, na co Scorpius tylko wzruszył ramionami.
— No dobrze. Gotowy? Na trzy. Raz. Dwa. Trzy!
Expelliarmus! — Skoncentrował się tak mocno, jak tylko potrafił, w głowie mając obraz różdżki przyjaciela wyślizgującej się z bladych palców. Nic takiego nie miało miejsca. Daleki od rezygnacji, spróbował ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze.
Po około dziesięciu minutach braku jakiegokolwiek postępu zaczął się niepokoić. Z nadzieją na to, że Scorpiusowi pójdzie lepiej i rzeczywiście go zaatakuje, dzięki czemu będzie miał szansę na obronę, zdecydował się na zamianę ról.
— Chcesz spróbować, stary?
Blondyn westchnął.
— Cokolwiek — odpowiedział i przyjął bojową pozycję.
Próby Malfoya, podobnie jak całej klasy, także nie zakończyły się sukcesem. Handit jednak nie wydawał się tym zdenerwowany.
— Magia niewerbalna nie powinna być praktykowana aż do szóstego roku nauki! — krzyknął, być może nieświadomie ignorując fakt, że w sali panowała kompletna cisza. — Jeżeli borykacie się teraz z problemami, pragnę wam przypomnieć, że wszystko przychodzi z praktyką! Nie poddawajcie się i kontynuujcie! Każda nieudana próba przybliża was do opanowania tej sztuki!
Pod koniec zajęć Albus był po prostu wściekły. Nie miał szczęścia, podczas gdy dwóch puchonów czegoś dokonało.
— Założę się, że w przeciwieństwie do nich, byłem uczciwy — powiedział przyjaciołom, a Morrison, nie puszczając dłoni Melonie, pokiwał gwałtownie głową.
— Myślę, że prawie załapałem w czym rzecz. Znaczy, rozumiecie: nie mogę przekląć mojej dziewczyny, tak więc było mi naprawdę ciężko…
— Uważam, że to nie miało za wiele ze sobą wspólnego. Zwyczajnie kiepsko ci szło. — Uśmiechnęła się Melonie.
Morrison rzucił jej obrażone spojrzenie.
— Pozwól, że cię poinformuję, że jestem całkiem dobrym pojedynkowiczem! Albus widział mnie w akcji w zeszłym roku! Prawda, stary? No dalej, powiedz temu małemu niedowiarkowi, jak sprawiłem, że ta wstrętna szkieletowa kreatura się potknęła i przewróciła!
Brunet gwałtownie zatrzymał się w miejscu. Ze schodów schodził właśnie Lance w towarzystwie dwóch kolegów z roku. Ślizgon wykrzywił wargi i obnażył zęby. Był zły na siebie, że nie powiodło mu się na zajęciach z magii niewerbalnej, ale w żaden sposób nie mógł się wyładować z tego powodu. Z Lance'em sprawa wyglądała zgoła inaczej: chłopak działał teraz na niego niczym płachta na byka.
— Idźcie beze mnie — powiedział nisko, na co pozostali także się zatrzymali.
— Co tam, stary? — zapytał Morrison, ale zamknął buzię, gdy Melonie klepnęła go w ramię i dyskretnie wskazała grupkę puchonów.
Ze wszystkich to jednak Scorpius wyglądał na najbardziej przerażonego.
— Przestań, stary — odparł ochryple. — Serio, proszę cię. Po prostu go nie zaczepiaj. Niech sobie pójdzie…
— Zejdźcie na dół. Dołączę do was później. — Albus zignorował błagania przyjaciela, nawet nie odrywając wzroku od Lance'a, który najprawdopodobniej akurat opowiadał kolegom śmieszny dowcip, bo ci wybuchnęli gromkim śmiechem. Z przewieszoną przez ramię torbą sprawiał wrażenie sympatycznego i uczynnego typka.
— Al…
— Dogonię was!
Scorpius jęknął przeciągle, ale posłusznie udał się w kierunku schodów. Morrison i Melonie zeszli tuż za nim, dając Albusowi szansę na wszczęcie kłótni z Lance'em. Nie ociągając się w miejscu, szybko to wykorzystał. W ciągu ułamku sekundy znalazł się obok roześmianych puchonów.
— Hej, Lance! Czy mogę cię prosić na moment?
Z twarzy Disony zniknął uśmiech, a jego oczy stwardniały. Widząc tę zmianę, koledzy natychmiast przestali się chichrać. Lance pochylił się ku nim i cicho coś wymamrotał, a potem podszedł bliżej Albusa. W międzyczasie puchoni odeszli, dając im chwilę prywatności.
— Co tam? — zapytał ponuro blondyn.
— Jaki masz kurna problem?! — splunął tak groźnie ślizgon, że Lance niemal się cofnął ze zdziwienia. — Dlaczego zaprosiłeś nas na ten wspólny wypad, a potem zrujnowałeś przyjaźń Rose i Scorpiu…?
— Uważaj! Ostrożnie! — powiedział, a Albus zauważył, że nie wyglądał na przestraszonego, a gotowego do słownej bitki. — Nie dążył do przyjaźni, o czym doskonale wiesz…
— Nie w tym rzecz! — odwarknął. — To było naprawdę słabe zagranie. Zrujnowałeś także moją przyjaźń z kuzynką! I dlaczego? Bo miałeś dość słuchania uskarżeń swojej dziewczyny!
— Poprosiłem cię o zrobienie jednej rzeczy, która miała pomóc Rose i Mirze się pogodzić, a ty nawet nie próbowałeś! — prychnął Lance. — Osobiście chciałem, żeby była to pusta groźba, ale potem zobaczyłem, że twój koleżka chciał ją wciągnąć w pogaduszki. Wtedy właśnie zrozumiałem, że nie masz najmniejszego zamiaru pomóc dziewczynom.
— Co niby dało ci prawdo do…?
— Miałem pełne prawo! — ryknął Lance tak głośno, że przechodzący korytarzem uczniowie aż się obejrzeli, kto stanowił źródło takiego ambarasu. Po chwili przystanęli, żeby popatrzeć. — Co dało mi prawo? Co dało tobie prawo?! Nie jestem idiotą. Wiem, co wydarzyło się w zeszłym roku. Za kogo się uważasz, żeby decydować, z kim będzie twoja kuzynka? Naprawdę uważasz, że po jakimś czasie nadal wszystkiego nie zrozumiałem? Knuliście i w końcu wymyśliliście niecny plan, aby powstrzymać mnie od związania się z kimś, kogo naprawdę polubiłem! I to dlatego, by… twój kumpel mógł do niej uderzyć!
Albus wpatrywał się zaciekle w Lance'a, choć nie miał na tyle odwagi, żeby odpowiednio mu odparsknąć. W międzyczasie chłopak bezproblemowo kontynuował swój wywód.
— Puściłem ten cały szajs w niepamięć. Dlaczego? Po pierwsze: jesteś młodszym bratem Jamesa. Po drugie: w zasadzie to cię lubiłem. Po trzecie: sympatyzowałem z twoim blond koleżką. Pozwoliłem więc złości przeminąć i nie trzymałem urazy. Serio, nic a nic. Nie miałem żadnych pretensji. Potem poprosiłem cię o zrobienie jednej rzeczy, a ty, zamiast pomóc, znów zacząłeś kręcić, aby spróbować wszystkiego od nowa! Właśnie to dało mi prawo do wyznania Rose prawdy!
Nie powiedziawszy więcej, Lance wypadł niczym burza z korytarza, zostawiając Albusa samego. Chłopiec przełknął te gorzkie słowa i zastanowił się, czy kiedykolwiek miał szansę wygrać tę kłótnię.
Kilka następnych dni spędził, gniewając się na siebie, niepewny własnej stabilności psychicznej. Był taki szczęśliwy, że przyczynił się do pracy taty, a potem wszystko wymknęło się spod kontroli. Pomiędzy niezdolnością do praktykowania magii niewerbalnej a osobistym objawieniem, że to, co przydarzyło się Scorpiusowi, może być postrzegane jako sprawiedliwa karma, stwierdził, że jego koncentracja słabnie.
Co gorsza, pierwszego marca sprawy przybrały jeszcze bardziej dramatyczny obrót w kierunku zamieszania.
— Dziś są urodziny mojego wujka — powiedział, skubiąc śniadaniowe tosty. — Zastanawiam się, co będą robić w domu…
— Którego? — Buzia Morrisona była pełna jajek, bekonu i tostów. — Masz ich około pięćdziesięciu.
— Rona Weasleya. — Albus westchnął ciężko. Był poniedziałek, czyli początek nowego tygodnia szkoły, bez cienia szansy na przerwę. Na później zaplanował trening quidditcha, ale jedno spojrzenie na sufit w Wielkiej Sali powiedziało mu, że będzie to bardzo burzliwy dzień. Oddałby wszystko za możliwość zamiany miejsc: zdecydowanie wolałby świętować urodziny wujka.
— Przestań wyglądać tak ponuro! — zganił go Morrison, choć przeżuwane jedzenie umniejszyło słyszalną w jego głosie pogardę.
— Przełknąłbyś najpierw! — zrugała go Melonie.
Vincent rzeczywiście przełknął, po czym wznowił swą myśl.
— No co? Wygląda na naprawdę zdołowanego. — Dłonią wskazał Albusa. — Tak właściwie to powoli zaczyna przypominać Scorpiusa — dodał tak, jakby drugi przyjaciel wcale nie siedział obok. Wspominany chłopak, rzeczywiście zajmujący miejsce naprzeciwko, chrząknął, przypominając o swojej obecności.
Albus ugryzł kolejny mały kęs tostu, ale w następnej sekundzie znów uniósł głowę w kierunku mrocznego, szarego zaczarowanego sufitu. Chwilę potem przybyła poczta, zapoczątkowana przez trzepot wielobarwnych sowich skrzydeł — listy były zrzucane wprost przed odbiorców. Chłopiec niechętnie wrócił do swojego śniadania, ale wciąż dręczył go powszechny ptasi szum.
— Znowu? — westchnął Morrison, na co Albus tak szybko podniósł głowę, że aż coś strzyknęło mu w szyi; zabolało.
Zwyczajna płowa sowa zataczała kółka tuż nad nim, w szponach trzymając średniej wielkości kopertę. Wzrok miała wbity w stół.
Serce Pottera przyspieszyło swój rytm i ślizgon mógł myśleć tylko o jednym: w zależności od tajemnicy, którą skrywała w sobie poczta, humor mógł mu się znacząco poprawić bądź pogorszyć.
List opadł szybko, przy okazji przewracając sok dyniowy wprost na Morrisona.
— Chłoszczyść! — Melonie zareagowała natychmiast, zaklęciem sprzątając powstały na stole bałagan.
— No. Dzięki, Mel — powiedział sarkastycznie Vincent, gdyż wciąż był mokry.
— Hm, co? Przecież nie zgubiłeś nigdzie różdżki…
Albus zupełnie ich zignorował i drżącymi dłońmi podniósł kopertę. Zerknął naprzód, żeby sprawdzić, czy nabazgrana została jakaś wskazówka dla sowy, by ta mogła bez większych problemów dotrzeć do zamierzonego odbiorcy, ale to, co zobaczył, sprawiło, że z palącej ciekawości przekrzywił głowę w bok.
Opiekun Slytherinu
— Dlaczego otrzymałeś list do Puckerda? — zapytał momentalnie Morrison, ale to przez wzburzony głos Scorpiusa, Albus prawie podskoczył w miejscu.
— Nie otwieraj.
— Hm? A czemu nie? Bo w sumie zaadresowany jest do Pu…
— Po prostu tego nie rób. — Malfoy uparcie obstawiał przy swoim. — Nawet jeżeli nadawcą jest ta sama osoba, która wysłała ci ostatnie trzy listy, ten tylko cię zdezorientuje. Wrzuć kopertę w ogień, gdy tylko nadarzy się okazja.
— Mowy nie ma! — Podekscytowany Morrison gwałtownie pokręcił głową. — Na pergaminie może być więcej informacji na temat Zasłony!
— Jakiej zasłony? — zapytała zaciekawiona Melonie, ale została uciszona przez swojego chłopaka.
— Cii, Mel! To naprawdę ważne!
Albus wciąż wpatrywał się w pocztę, a zza niej widział mroczne, potępiające spojrzenie Scorpiusa. Zasłona Skazańca była kluczowym elementem tego, co działo się w świecie zewnętrznym, pozaszkolnym — i wiedział, że ojciec jest głodny informacji. Ostatni zagadkowy list napisany był całkowicie poprawnie i sądząc po dokładności określenia odbiorcy, ten także. Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że w kopercie zawarte są ciekawostki dotyczące Zasłony?
— Szybkie zerknięcie nikogo nie zaboli — finalnie zawyrokował, a Morrison wydał z siebie okrzyk radości, gdy odpieczętował pocztę i rozwinął pergamin. To, co ukazało się jego oczom, było absolutnie nieczytelne.
— No i? No i? Co jest napisane? — dopytywał się Vincent.
— Cóż, wszystko jest zamazane… — odpowiedział szczerze, zniechęcony.
Naprawdę nie było na to innego określenia. Na cały list składało się tylko jedno, pojedyncze zdanie, które wyglądało, jakby zostało kilkanaście razy przekreślone — ciemnych, nierównych poziomych linii nie było końca. W całym tym wersie z trudnością dało się wypatrzeć zbieraninę liter i liczb, choć pierwszy znak do złudzenia przypominał „2". I to by było na tyle.
— Ale zawód — mruknął gderliwie Morrison, po czym wrócił do pałaszowania śniadania.
Albus trzymał tajemniczy pergamin w torbie aż do samego wieczoru, a jego umysł błądził podczas zajęć, próbując z pamięci go rozpracować. Niestety, nie był to za dobry pomysł, gdyż pierwszą miał transmutację — przedmiot, z którego stały postęp uczynił go w końcu przeciętnym uczniem, a dzisiejsza kiepska aktywność i podejrzane zachowanie sprawiły, że profesor Bellinger uważnie mu się przyglądała. Na zaklęciach udało mu się niepostrzeżenie prześlizgnąć, a potem wrócił do Wielkiej Sali i ponownie zerknął na niezrozumiałą notkę — najnowszy nabytek z kolekcji niepojętych wiadomości.
— Może jest w tym jakaś magia — gdybał głośno do nikogo szczególnego, a wesoła paplanina przy stole maskowała znaczenie tego, co mówił. — Urok, czy coś innego…
— O czym w ogóle rozmawiamy? — Melonie była już zirytowana całą sprawą, w czym nie pomagało ciągłe uciszanie jej przez Morrisona.
— Nie wydaje mi się, stary. W sensie, to bezużyteczne, bo chyba istnieje zaklęcie, które usuwa ślady bazgrołów.
Albus nie chciał próbować czegoś takiego — z początku wydawało mu się to mało prawdopodobne: gdyby rzeczywiście istniał taki urok, z całą pewnością wymazałby całe zdanie, zamiast samych skreśleń. Z czasem doszedł do wniosku, że całe zdanie jest cenne i założył, że najlepiej będzie zachować list w takim stanie, w jakim go otrzymał.
Obiad okazał się kompletną stratą czasu i zanim chłopcy weszli do lochów na podwójne eliksiry, bardzo głodny Albus był zdołowany brakiem jakichkolwiek postępów. Puckerd przywitał ich z widoczną wyższością i natychmiast kazał im wziąć się do pracy nad eliksirem powodującym kurczenie się ludzi i zwierząt. To było dziwne, ale Potter wolał, by mężczyzna przeprowadził dziś jeden ze swoich słynnych testów osobowości, niż rzeczywiście przeprowadził lekcję — takie rozwiązanie dałoby mu możliwość dogłębniejszego przemyślenia tego, co było naprawdę ważne.
— Zwyczajnie idź z tym do swojego taty — powiedział cicho Scorpius, leniwie wrzucając składniki do wspólnego kociołka. Albus szybko wyłowił je chochlą, podczas gdy Mirra udała się do składziku w poszukiwaniu większej ilości stokrotek — tym razem pracowali we trójkę.
— Ostrożnie — poprosił. — Do eliksiru potrzeba tylko jednej szczurzej śledziony. A do taty pójdę, jeżeli sam sobie z tym nie poradzę. Może po prostu wyślę mu ten list z dołączonym innym, wyjaśniającym sedno sprawy.
Albus miał szczerą nadzieję, że do czegoś takiego nie dojdzie. Był szczególnie istotnym czynnikiem w operacji aresztowania sobowtóra Waddleswortha i nie miał żadnych wątpliwości, że rozwiązanie tej zagadki zwiększy jego szacunek dla ojca, a ponieważ był niezwykle wytrwałym dzieckiem, pragnął zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby dojść do tego samodzielnie. Gdyby doszło do najgorszego i nie udałoby mu się rozszyfrować listu, zostałby zmuszony do przyznania się do porażki. Wszystko jednak po kolei.
Razem z Mirrą i Scorpiusem udało mu się stworzyć nieskazitelnie zieloną miksturę, a po roześmianiu się na widok fioletowego wywaru z kociołka Morrisona, Melonie i Denise („przepraszam!" — wydukał pomiędzy napadami chichotu), szybko pocałował swoją dziewczynę na do widzenia i czym prędzej pobiegł do dormitorium.
— A więc w ten sposób spędzisz tę noc, co? — zapytał z podłogi Morrison, podczas gdy Albus rozłożył się na łóżku z listem w dłoni.
— No, mniej więcej — odpowiedział.
Scorpius przybrał niecodzienną pozę: ze skrzyżowanymi nogami rozsiadł się na swoim posłaniu i z łokciami opartymi na kolanach, podtrzymywał sobie głowę. Wpatrywał się w otwarty przed nim podręcznik, a jego oczy ruszały się to w jedną, to w drugą stronę, zupełnie jakby czytał, choć wolniej niż zazwyczaj.
— Jestem naprawdę ciekawy, dla kogo była przeznaczona ta poczta. — Albus przygryzł paznokcie. — Jeśli dla Puckerda, to czy tamten ostatni też?
— Cóż, zaadresowane jest do „Opiekuna Slytherinu"… — Morrison wzruszył ramionami na tę oczywistą oczywistość.
— No tak, ale dwa pierwsze ewidentnie były dla mnie. — Zmarszczył brwi. — A więc czy to oznacza, że dwa pierwsze były przeznaczone dla mnie, a dwa ostatnie dla Puckerda…? To z kolei oznaczałoby, że nieznany nadawca pisze do drania o Zasłonie…
— To wyjaśniałoby różnicę w charakterze pisma. Gdyby rzeczywiście było tak, jak mówisz, to całkiem oczywiste, że nadawców jest dwóch: jeden twój i jeden Pucky'ego — dodał Vincent. — Te cztery listy w ogóle nie muszą być ze sobą połączone…
— W takim razie, dlaczego sowa zrzucała je na mój talerz?
— Kto wie. — Morrison wzruszył ramionami i odwrócił się do Scorpiusa, który akurat przerzucił stronę podręcznika. — Masz jakąś błyskotliwą sugestię, stary?
Blondyn westchnął, a brak entuzjazmu przyjaciela sprawił, że Albus aż usiadł, z oburzenia sztywny niczym struna.
— No zrozum, to naprawdę ważne! Skup się w końcu! — warknął, rozzłoszczony. — Ostatni list był ściśle związany z wojną, prawda? Wspominał o czymś, czego chcą zarówno Waddlesworth, jak i Darvy! Ta notka może być równie istotna! Czy z łaski swojej mógłbyś choć na cholerną sekundę zapomnieć o Rose i wyrazić swoją opinię?
Przez kilka dłużących się chwil Scorpius chłodno się w niego wpatrywał, lecz gdy wrócił do studiowania książki, wymamrotał ciekawe słowo.
— Adres.
— Co takiego? — zapytali równocześnie Albus i Morrison.
— List — dodał. — Myślę, że wiadomością jest adres.
Potter wbił wzrok w trzymany w dłoni potargany kawałek pergaminu, podczas gdy Scorpius kontynuował.
— Na pergaminie są zapisane cyfry i litery. Ważne jest jednak to, że liczby są na samym początku. W rzeczywistości do tej układanki pasuje tylko i wyłącznie adres.
— Genialne, stary! — Uśmiechnął się szeroko Albus. — No właśnie, adres! Ale… Czekaj chwilę… Czy to możliwe, że…?
Morrison także wyglądał na podekscytowanego.
— No co? Mówże dalej! — zagrzmiał, zdezorientowany. Potter wstał z łóżka.
— Jeżeli ten sam nadawca napisał nam o Zasłonie, a w tym liście podał jakiś adres, to czy to możliwe, że…? Może otrzymaliśmy adres miejsca, gdzie została ukryta Zasłona!
Fajerwerki eksplodowały w głowie chłopca, kiedy przyjaciele na niego spojrzeli, a Scorpius nawet się uśmiechnął. Szczęście było przejmujące, ale nie trwało długo.
— Co tam? — zapytał Morrison, kiedy Albusowi oklapły uszy. — Jesteśmy na krawędzi olbrzymiego odkrycia!
— Dlaczego adres jest przekreślony? — Zmarkotniał. — Czy to sprawka nadawcy? A może najpierw list przechwycił ktoś inny…?
Ślizgoni także zmarszczyli brwi. Morrison przez dłuższą chwilę pocierał swój podbródek, aż w końcu otworzył usta.
— Cóż, jeśli wiadomością naprawdę jest adres… a osoba, która wysłała list, dobrze wie, gdzie jest Zasłona… to znaczy tylko jedno: ktokolwiek wszystko poskreślał, jest największym gnojkiem we wszechświecie!
[1] Mnemonika — ogólna nazwa sposobów ułatwiających zapamiętanie, przechowywanie i przypominanie sobie informacji, np. kategoryzacja elementów, skupianie się na pierwszych literach słów, wierszyki, układy skojarzeniowe, gra słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz