Przez kilka następnych dni Albus zrobił wszystko, co w swojej mocy, żeby skutecznie unikać wzroku Wendella Puckerda, starając się przy okazji nie zdradzić i nadal otrzymywać najlepsze stopnie. Podczas posiłków nie zerkał na stół nauczycielski, ledwo co odzywał się na zajęciach, a nawet, przy pomocy Mapy Huncwotów, chodził skrótami. Podsumować te wszystkie środki ostrożności mógł tylko w jeden sposób: dobrze ukrywał swoją tajemnicę.
— Niezupełnie taką tajemnicę — powiedział pewnego dnia Morrison, kiedy akurat siedzieli na zaklęciach. Zajęcia Flitwicka były zawsze najlepszym czasem do rozmów, gdyż zgiełk był nieodłączną częścią lekcji, a i tym razem nie było inaczej. W przygotowaniu do SUMów powtarzali Depulso, zaklęcie odpychające. Poduszkowy rozgardiasz zapewnił im bezpieczną, głośną osłonę.
— Oczywiście, że tak! — zaprotestował Albus. — Przecież mam zaadresowany do niego list!
— Co nie zmienia faktu, że nie ma żadnych dowodów, które sugerowałyby, że Puckerd w ogóle wie, że przechwyciłeś jego pocztę — stwierdził miękko Scorpius; już nie chrypiał tak bardzo. Dzięki dyskusji nad treścią anonimowej zagadki raz na jakiś czas wychodził ze swojej skorupy i coraz częściej się odzywał.
Albus parsknął. To, że na kopercie nadawca listu uwzględnił tytuł noszony przez Puckerda, było dowodem samym w sobie. Niestety, bardziej niepokojący był fakt, że wiadomość napisała dokładnie ta sama osoba, co trzeci list — ktoś, kto wie, gdzie jest Zasłona Skazańca.
— Cóż, pobawmy się tym pomysłem przez moment — poprosił, przerywając konwersację, żeby poderwać w górę leżącą przed sobą poduszkę i machnięciem różdżki wysłać ją na starannie ułożony szczyt puchu. — Jeżeli Puckerd otrzymuje notki od sekretnego adresata, kimkolwiek by on nie był, nieznajomy będzie oczekiwał odpowiedzi, prawda? Mam na myśli to, że ktoś oczekuje informacji zwrotnej. To raczej oczywiste. List został wysłany do konkretnego odbiorcy, a nie do nikogo.
— Do ciebie — stwierdził Scorpius. — Niezależnie od tego, co jest napisane na kopercie, sowy roznoszą pocztę domniemanym odbiorcom. To miało już miejsce wcześniej.
Albus westchnął. Naprawdę nie potrafił zrozumieć, co się wyprawia. Wciąż nie podobał mu się pomysł, że Puckerd wie o potajemnych skrawkach pergaminu, a co za tym idzie, wciąż uważał, by nie wchodzić z nim w niepotrzebne interakcje.
Wszystko, co dobre jednak, szybko się kończy. W poniedziałkowy poranek pod koniec marca chłopiec natrafił na przeszkodę nie do pokonania.
— Zbliża się termin waszych SUMów — powiedział mistrz eliksirów jedwabistym głosem, uciszającym tym samym wszystkich plotkujących cicho uczniów.
Albus podniósł wzrok znad swojego bulgoczącego kociołka — razem z Mirrą warzył Agonentin[1], truciznę, która aż do czasu podania odpowiedniego antidotum, zadaje swojej ofierze ból, potęgując go z każdą minutą. Patrzył, jak Puckerd przystaje i spogląda po wszystkich.
— Z racji tego, iż egzaminy są tak blisko, nadszedł czas, żeby się poważnie zastanowić nad waszą przyszłością poza szkolnymi murami. Chociaż niemądre wydaje się dokładanie wam dodatkowego stresu, zwłaszcza w tym okresie, nie mogę skłamać i stwierdzić, że Ministerstwo Magii nie bierze pod uwagę wyników waszych SUMów i owutemów przy ubieganiu się o posadę — w rzeczywistości liczy się najwyższa jakoś pracy, a zawody, które możecie zdobyć po ukończeniu nauki, są uzależnione od ocen z testów. Zwięźle podsumowując: dobrze wam radzę nie lekceważyć nadchodzących egzaminów, bo skończycie jako najzwyklejsi sprzątacze w szemranych pubach.
Zobaczywszy gwałtownie czerwieniejącego obok Scorpiusa, Albus z furii zacisnął dłonie w pięści. Kilku gryfonów z tyłu klasy parsknęło szyderczo, a prawdziwie obrzydliwie było to, że Rose była wśród nich. Natychmiast poczuł przypływ gniewu w stosunku do nauczyciela i kuzynki.
— Co jeszcze ważniejsze, nadszedł czas, żeby w ogóle zdecydować, czym chcecie się zajmować w przyszłości. Podejrzewam, że profesor Longbottom już omówił ten temat z gryfonami. Z moimi podopiecznymi, ślizgonami, będę organizował prywatne spotkania, poczynając od początku kwietnia. Sugeruję także poświęcić trochę czasu na zastanowienie się nad celem tych spotkań. Chociaż moim zadaniem jest udzielenie porad dotyczących przyszłej kariery, nie mogę za was wybrać odpowiednich przedmiotów.
Salę lekcyjną opuścili piętnaście minut później. Albus umieścił na tacy fiolkę z próbką doskonale uwarzonego eliksiru i szybko się wycofał, zanim palnąłby coś, co tylko dołożyłoby mu kłopotów. Po drodze zobaczył, że Rose rozmawia z Eckleyem, ale nie podszedł bliżej. Po osobiście przegranym słownym starciu z Lance'em nie sądził, by leżało to w najlepszym interesie Scorpiusa.
Następnego dnia podczas śniadania uczniowie zostali zalani falą broszur i notek informacyjnych — wyglądało to tak, jakby z dnia na dzień każdy możliwy pracodawca w całej Wielkiej Brytanii zapragnął roju młodych, niedoświadczonych zawodowo umysłów w swojej firmie. Albus podszedł do tego poważnie i przebrnął przez wszystkie. Niestety, nic szczególnego nie przykuło jego uwagi. W przeciwieństwie do niego Morrison sprawiał wrażenie człowieka, przed którym otwarło się tyle możliwości, że nie mógł się zdecydować na jedną.
— Lubię uważać się za kogoś, kto nie jest w niczym perfekcyjny, ale za to dobry we wszystkim — powiedział podczas posiłku.
Melonie zachichotała.
— Cóż, Ministerstwo z pewnością nie szuka pracownika, który z ledwością wykona kilka z kilkunastu powierzonych mu zadań. Uważam, że powinieneś skoncentrować się na jednej, konkretnej rzeczy.
— A kto mówił cokolwiek o Ministerstwie? — odparsknął, prawie obrażony. — Osobiście to chciałbym wbić się do jakiejś działalności.
— Patrz, to oferta wprost idealna dla ciebie — zakomunikował wszem wobec Scorpius, podsuwając przyjacielowi broszurę, na której górze widniało zdjęcie Miodowego Królestwa. Albus dołożył wszelkich starań, żeby przeczytać napis do góry nogami.
Jesteś łasuchem? Myślisz, że słodko jest dużo zarabiać?
MIODOWE KRÓLESTWO to wymarzone miejsce dla Ciebie!
— Nie lubię uzupełniać półek. — Skrzywił się Morrison.
— Nie bądź głupi! — powiedziała Melonie. — To idealne rozwiązanie! Możesz złożyć podanie! Będzie tak, jak sam mówiłeś; będziesz robił trochę tego i trochę tamtego…
Chłopak wyśmiał ten pomysł, ale ostatecznie pocałował dziewczynę w policzek.
— Ależ masz miary we mnie!
— Jakich w ogóle przedmiotów byś potrzebował, żeby dostać tę fuchę? — Denise Toil poderwała się z miejsca obok i wyrwała współdomownikowi broszurkę.
— Najprawdopodobniej absolutnego minimum — odpowiedział Albus, robiąc trochę miejsca spadającej wprost w ręce Scorpiusa poczcie. Została przyniesiona przez dostojnego orła. — Losowe minimum. Może zaklęcia czy coś…
— Nadal planujesz karierę mistrza eliksirów, Al? — zapytał Morrison.
Potter gwałtownie się zarumienił.
— Coś mi mówi, że Puckerdowi się to nie spodoba — wyznał z najprawdziwszym dreszczem niepokoju.
— Cóż, właśnie otrzymałem list od mamy — zakomunikował nieprzyjemnie Scorpius, starannie składając przeczytany pergamin i ponownie wkładając go do koperty. — Usłyszała o doradztwie zawodowym i ogólnie to uważa, że mierzenie w zawód gorszy od Ministra Magii jest uwłaczające. No po prostu wspaniale… — Sarkazm aż do niego kipiał.
Albus uśmiechnął się słabo, choć w gdzieś z tyłu kołatała mu się myśl, że to wcale nie jest powód do śmiechu. Scorpius miał już wystarczająco dużo na głowie i zdecydowanie nie potrzebował jeszcze wyśmiewającego jego ambicje zawodowe Puckerda.
Koniec końców broszury w większości okazały się całkowicie bezużyteczne, choć Melonie schowała do kieszeni szaty tę ze Świętego Munga. Ze śniadania od razu pomaszerowali na obronę przed czarną magią. Albus przekroczył próg klasy, ciężko wzdychając.
Przez te wszystkie lekcje, odkąd zaczęli ćwiczyć niewerbalne rzucanie zaklęć, udało mu się tylko raz i to trzy zajęcia temu. Niepewny, w jaki sposób może być aż tak zły w tej dziedzinie magii, a nawet oscylować na granicy kompetencji, znalazł się w poważnych tarapatach, gdy reszta klasy ruszyła naprzód.
— To nie jest nawet na egzaminie, stary. — Morrison próbował go uspokoić, ale w następnej chwili zablokował niewerbalnie rzucone, purpurowe zaklęcie Melonie. — Mimo to przyznaję, że super to wygląda — czarowanie bez otwierania ust…
Albus był w parze ze Scorpiusem, co finalnie okazało się dość kiepskim pomysłem. Malfoy okazał się tak dobry, że bez najmniejszego problemu mógłby wystrzelić prawie każdy umiarkowanie niebezpieczny urok, nawet bez wzięcia głębszego wdechu. Potterowi lepiej było uskoczyć przed klątwą, niż niewerbalnie stworzyć zaklęcie tarczy, stąd zawsze wychodził z klasy z jakimiś łagodnymi dolegliwościami. Dziś przyjaciel sprawił, że nos mu spuchł niczym balon.
— Serio, stary? — Zabrzmiał, jakby miał zatkany nos.
Scorpius zarechotał, a potem — oczywiście bez wypowiedzenia inkantacji uroku na głos — skurczył go do normalnych rozmiarów.
— Zrozum. Nie lubię cię przeklinać, kiedy nie możesz się bronić, ale wiesz, też muszę coś tam ćwiczyć…
Na około piętnaście minut przed końcem lekcji profesor Handit zaczął się przechadzać pomiędzy uczniami, co rusz zarzucając małą wskazówką. Jedno spojrzenie na nauczyciela mówiło więcej niż tysiąc słów — Handit wręcz pękał z dumy.
— Jak ci dziś idzie, Albusie? — Wręcz promieniał, kiedy przystanął obok.
— Cudnie — odpowiedział zmienionym głosem chłopiec, gdyż jego nos znów powiększył się do rozmiarów małej kiełbaski.
— Cóż, nie chciałbym być nieznośny[2], ale…
— Haha! To było dobre, profesorze! — Kilka metrów dalej Morrison wybuchnął śmiechem.
— …ale zauważyłem, że wkładasz za dużo wysiłku w prawidłowy ruch różdżki, kiedy próbujesz zablokować zaklęcie Scorpiusa.
— Wciąż muszę używać różdżki, prawda? — spytał, a jego głos w połowie zdania wrócił do normalnego brzmienia, gdyż przyjaciel zdjął z niego przekleństwo.
— Naturalnie, ale pamiętasz, żeby w tym samym czasie wypowiadać w myślach zaklęcie, prawda? Kiedy nie mówisz go na głos, musisz tak robić. Nie pozwól, by zmiana sposobu, zmieniła podstawy.
Albus skinął głową i choć kilka następnych prób obrony zakończyło się fiaskiem, gdy zadzwonił dzwonek, udało mu się rozbroić Scorpiusa.
— Super, stary. — Uśmiechnął się blondyn. — Pomińmy fakt, że właśnie chowałem różdżkę…
— Ano, wiem. — Także się wyszczerzył. Był zadowolony, że Malfoy przypominał dziś dawnego siebie. Zauważył, że działo się tak, kiedy osiągał w czymś sukces.
Pomijając te drobne szczegóły, wciąż był bardzo dumny ze swojej poprawy i miał nadzieję, że na następnej lekcji pójdzie mu lepiej.
Handit nie był jedynym profesorem, który robił wszystko, co w jego mocy, żeby jak najbardziej pomóc uczniom. Nauczyciele zawsze dobrze przygotowywali podopiecznych do egzaminów, a w ostatnich miesiącach przed testami nawet ci najbardziej rygorystyczni starali się poświęcić trochę dodatkowego czasu tym, którzy byli do tyłu z materiałem. Ten rok był inny — każdy wykładowca w pełni poświęcał się uczniom, zezwalając nawet na sporządzenie harmonogramu korepetycji; byli skłonni wyczerpująco odpowiadać na pytania zadane po wszystkich zajęciach. Albus zakładał, że to przez wzgląd na SUMy piątorocznych, ale Scorpius natychmiast sprowadził go na ziemię.
— Chodzi o Puckerda — powiedział pewnego dnia w pokoju wspólnym. — Grono pedagogiczne obawia się, że facet ma szkołę na oku. Czy pamiętasz to, co jakiś czas temu wyznał ci tata? Że za jego czasów Ministerstwo infiltrowało Hogwart? Mam wrażenie, że Puckerd celuje w słabszych uczniów, a inni nauczyciele nie zamierzają mu na to pozwolić.
Stwierdzenie Scorpiusa wydawało się prawdziwe, bo Albus zauważył, że uczniowie słabsi z niektórych przedmiotów, częściej byli zagadywani. Malfoy był przeciętny z zielarstwa (były to jedyne zajęcia, na których się zwyczajnie nie wyróżniał), a mimo to opiekun Gryffindoru zaproponował mu korepetycje, ot tak dla odświeżenia materiału. Morrison, który nie wstydził się otwarcie przyznać, że jest kiepski we wróżbiarstwie, wyznał, że profesor Trelawney „miała wizję", iż będzie się zmagał z nadchodzącymi egzaminami, tak więc również zaproponowała mu dodatkową pomoc.
— Zastanawiam się, czy przewidziała też może, że rzucę jej zajęcia w przyszłym roku — warknął rozdrażniony chłopiec, kiedy opowiadał o tym przyjaciołom.
Albus otrzymał wsparcie w szczególności od jednego nauczyciela, choć miało ono charakter bardziej słowa niż czynu. Po wybitnie trudnej lekcji transmutacji podeszła do niego profesor Bellinger, aby przekazać mu trochę mądrości.
— Bardzo dobrze, panie Potter — powiedziała, czym ślizgon nie był zdziwiony. W trakcie lekcji zauważył, że kobieta bacznie go obserwowała przez ostatnie dziesięć minut. — Oficjalnie zrównałeś się z innymi.
— I to tylko w rok. — Uśmiechnął się słabo.
Nauczycielka odchrząknęła.
— Jestem z pana dumna, panie Potter, ale teraz czas podjąć ważną decyzję. Podjął pan wiele wysiłku, żeby nadrobić zaległości i stanąć na równi z kolegami oraz koleżankami. Przed kimś ktoś dociera do poziomu, który sobie postawił za cel, otwierają się dwie możliwości: rozkoszować się sukcesem i stanąć w miejscu, bądź ruszyć dalej, niż z początku się przewidywało. To zasadnicza różnica między osobą, kto odnosi sukces a przodownikiem. Proszę to zapamiętać.
Albus pokiwał ochoczo głową, a piętnaście minut później był już w pokoju wspólnym, radośnie wyczarowując małe przedmioty, takie jak pióra ze strzępków pergaminu.
— Serio ćwiczysz? — zapytał go sceptycznie Morrison. — W sensie… tak poza klasą?
— Ano — odparł szczerze, a potem uchylił się przez rzuconym w jego kierunku podręcznikiem.
— Nie rzucaj książkami! — zganił przyjaciela Scorpius, ale po chwili się uspokoił i wbił w Albusa poważne spojrzenie. — Cieszę się, że poprawiłeś się z transmutacji, ale musisz ustalić priorytety. Zbliża się termin meczu, stary.
W tym stwierdzeniu rzeczywiście było ziarno prawdy. Finał quidditcha miał się odbyć za mniej niż miesiąc, a Al zdawał sobie sprawę z tego, że zwyczajowa ilość ćwiczeń będzie musiała zostać zintensyfikowana. Był jednak zadowolony ze sposobu, w jaki drużyna zaakceptowała to wyzwanie. Ze skomlących z powodu nieprzystępnej pogody bachorów, przeobrazili się w wytrwały i samozaparty skład, z którego kapitan był rozsądnie usatysfakcjonowany. Nigdy nie widział, by tak ciężko trenowali, a teraz robili wszystko, co im nakazał, najwyraźniej świadomi, że zna temat od podszewki. W pewnym stopniu jednak obawiał się, że zbyt się nakręcili i przesadzili.
— Co tu się dzieje? — zapytał na jednym z korytarzy na początku kwietnia.
James maszerował w jego stronę, sprawiając wrażenie bardzo rozgniewanego. Za uszy targał dwóch młodszych uczniów — pałkarzy Slytherinu.
— Puszczaj mnie! — Barry Bryant próbował się wyrwać, ale Jaimie się nie patyczkował. Niestrudzenie ciągnął za sobą chłopca, którego stopy ciorały się po podłodze. Przyglądający się temu widowisku ludzie, śmiali się w głos.
— Jeżeli naderwiesz mi ucho, będziesz miał do pogadania z Madam Clearwater! — W głosie Yin Luonga słyszalny był prawdziwy ból.
— Co to ma znaczyć? — powtórzył pytanie, gdy brat w końcu do niego podszedł, uwolnił chłopców, po czym pchnął ich do przodu.
Pałkarze skulili się przed swoim kapitanem.
— Ty tak serio, braciszku? — Uśmiechnął się James. — Wysłałeś szpiegów?
— Nic z tych rzeczy! — odpowiedział zgodnie z prawdą i zamordował wzrokiem dwóch winowajców. Potem odwrócił się z powrotem do brata. — Co się…? Co się stało?
— Tego tu przyłapałem na trybunach. — Jaimie szarpnął głową w kierunku Yina, którego szaty zostały tak tandetnie zaczarowane, że przypominały te noszone przez gryfonów. — Jakbym nie zdawał sobie sprawy, że to uczeń nie z domu, w którym jestem od siedmiu lat! — Zmrużył szyderczo oczy. — A ten kretyn — kontynuował, głową wskazując Barry'ego — zarzucił na siebie wielgachny płaszcz, zupełnie jakby chciał się wtopić w tło. Coś ty sobie w ogóle umyślił, młody? — parsknął, na co Bryant dziecinnie pokazał mu język.
— Posłuchaj: wcale nie kazałem im szpiegować — powiedział Albus, nagle zawstydzony i zakłopotany.
— Tak, tak. No przecież wiem. — James machnął lekceważąco dłonią, a następnie odwrócił się, by odmaszerować. — Jeśli są tak dobrymi pałkarzami, co szpiclami, to dzisiejszy wypad i tak nie będzie miał większego znaczenia… — Potrząsając głową, odszedł.
— Hej! — zawołał za bratem Albus. — A jak…? A jak tam twoja nauka do owutemów? — wyrzucił z siebie desperacko, za wszelką cenę chcąc zmienić zakańczający pogawędkę temat na przyjemniejszy.
— Nie próbuj kombinować, oszuście! — odkrzyknął gryfon, skręcając za róg.
Albus natychmiast odwrócił się do kolegów z drużyny.
— No i? — warknął.
— Przepraszamy…
— Pomyśleliśmy sobie, że…
— Zamierzaliśmy zapytać, czy…
— Nie, głuptaki! Nie to mam na myśli! — Uderzył się dłonią w czoło. — Pytam, co udało wam się zobaczyć!
Chłopcy od razu porzucili skruszoną pozę i wymienili złowieszcze spojrzenia.
— Są dobrzy, szefie — stwierdził Barry.
— Naprawdę dobrzy — dodał Yin.
Trening quidditcha zintensyfikował się dopiero po tych wieściach, a co ważniejsze — zaczął znacznie wpływać na inne, niezwiązane z nauką wysiłki Albusa. Mimo że wciąż był w stanie nadążać z lekcjami, nie zawsze zrównywał się tempem z Mirrą, która — jak się okazało — borykała się z własnymi problemami.
— Uczysz się mniej więcej po osiem godzin dziennie — powiedział pewnego dnia, gdy akurat siedzieli w rogu biblioteki. — Czemu się tak spinasz?
Dziewczyna westchnęła i pobuszowała trochę w pergaminach.
— To po prostu… Sama nie wiem… Te egzaminy będą trochę inne niż zazwyczaj, to wszystko.
— Cóż, tylko dlatego, że są ważniejsze…
— Mam na myśli to, że uczę się do nich w inny sposób — wytłumaczyła, przygryzając cienkie wargi. Nie zwracała szczególnej uwagi na odgarnięcie niesfornych kosmków włosów z czoła. — Rose… Rose zawsze używała własnych kolorowych kodów do organizowania harmonogramu nauki. A one naprawdę pomagały — powiedziała powoli, sprawiając wrażenie zawstydzonej, zupełnie jakby próbowała zataić przed samą sobą tę informację.
Albus zmarszczył brwi.
— Mogę ci pomóc zakreślać rzeczy. Pokoloruję to, co jest pomiędzy liniami, i w ogóle…
Mirra zachichotała, ale nie była zrelaksowana za długo.
— Nie, to po prostu zbyt dziwne dla mnie — no wiesz, przebrnięcie przez to bez niej. Pierwszy raz będę tworzyć plan samodzielnie.
— Ach. Nie mam wątpliwości, że dla niej to też dziwaczne doświadczenie — oświadczył, unikając spojrzenia dziewczyny; nawet przez sekundę nie uwierzył w to, co powiedział. Lance również uczył się do swoich egzaminów, a zatem było mało prawdopodobne, aby Rose nie miała doskonałego harmonogramu nauki.
Mirra znów westchnęła.
— O, jestem w tym miejscu. Nawet nie wiem, co powinnam robić tego a tego dnia. Czasami kończę, tracąc na uwadze to, się aktualnie dzieje. Ty zazwyczaj trenujesz, a ja siedzę tutaj sama, jak kołek…
— Hej! — Albus poczuł się obrażony.
— Cóż, taka prawda… — Uśmiechnęła się krzywo. — Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
— Cóż, jeśli… Wiesz, oboje jesteśmy zajęci. Czasami wzywają cię obowiązki prefekta — powiedział szybko, co było w sumie najprawdziwszą prawdą. Z pierwszej ręki wiedział, że Mirra i Scorpius mają o wiele mniej czasu wolnego w porównaniu do innych uczniów. Malfoy niedawno gonił trzech wielce dowcipnych pierwszorocznych gryfonów na trzecim piętrze („zuchwałe małe dupki!" — skomentował gniewnie później) i do pokoju wspólnego wrócił dopiero jakoś godzinę po północy.
Dziewczyna najwidoczniej nie miała żadnego sensownego kontrargumentu, a więc to Albus musiał załagodzić powstałe wskutek sprzeczki napięcie. Poprawił nieco swój podręcznik do transmutacji i pochylił się nad stołem.
— Jeżeli potrzebujesz się zrelaksować, możemy wyskoczyć na moment do Pokoju Życzeń — stwierdził chytrze, za co został nagrodzony figlarnym chichotem.
Nawet pomimo kolidujących ze sobą obowiązków kapitana drużyny quidditcha i prefekta Gryffindoru, para zawsze znajdowała odrobinę czasu na pomigdalenie się w najtajniejszej komnacie w zamku. Szkolna biblioteka zawsze była miejscem, gdzie Mirra mogła się swobodnie pouczyć, zaś mieszczący się poza powszechnym nastoletnim zgiełkiem Pokój Życzeń przekształcał się w romantyczne otoczenie, w którym mogli się zrelaksować, ino tylko doń weszli.
Z biegiem czasu Albus zauważył, że spędza w tej komnacie coraz to więcej czasu, choć jego schadzki z Mirrą zdecydowanie były ważne z dwóch powodów. Po pierwsze: pomagały mu oderwać się od ciągłych nagabywań kolegów z drużyny, niezręcznego krzyżowania spojrzeń z Rose i Lance'em oraz zadartego nosa Wendella Puckerda. Po drugie: najzwyczajniej w świecie bardzo je lubił.
Niestety, to był jeden z tych zwykle pasjonujących i ekscytujących momentów, które niosły za sobą także coś nieprzyjemnego. Uśmiech zszedł Albusowi z twarzy, kiedy po radosnym oczekiwaniu na dziewczynę, ta w końcu wyszła zza rogu — jej mina nie wróżyła nic dobrego.
— Co tam? — zapytał.
— Poznałam datę mojego spotkania zawodowego. — Uniosła wyżej ściskany w dłoni pergamin. W jej głosie dało się słyszeć zaniepokojoną nutę. — Harmonogramy porad zostały opublikowane na tablicach w pokojach wspólnych. Jestem umówiona na czwartek po południu! — dodała, prawie zgrzytając zębami.
— Wszystko będzie dobrze. — Albus uśmiechnął się pocieszająco. — Neville jest niesamowity…
— Profesor Longbottom! — poprawiła go chłodno. — Prowadzący nauczyciel nie jest przedmiotem spotkania! Chodzi o plany na przyszłość, a ja nie mam żadnych w miarę sensownych!
— Och, no daj spokój. Jest cała masa rzeczy, które… — urwał, uświadamiając sobie najważniejsze. — Czekaj chwilę. Powiedziałaś… powiedziałaś, że informacje zostały wywieszone w pokojach wspólnych?
Mirra skinęła głową, na co jęknął cierpiętniczo.
— Cóż, to może posiedzimy sobie troszkę w Pokoju Życzeń, a potem zejdę do lochów i sprawdzę… — Umilkł pod wpływem surowego spojrzenia dziewczyny.
— Idź zobaczyć, na kiedy zostałeś umówiony — nakazała stanowczo, sprawiając wrażenie osoby, która bardzo się obawia, ale nie potrafi tego odpowiednio przekazać.
Albus zwiesił głowę i powoli się oddalił. Przez cały spacer miał nadzieję, że Puckerd nie będzie równie dobrze poinformowany o obowiązkach opiekuna domu, ale jedno spojrzenie na tłum w pokoju wspólnym powiedziało mu, że jest zgoła inaczej — wszyscy byli zgromadzeni wokół tablicy z najnowszymi wieściami.
— Piątek, dziewiąta trzydzieści. — Uśmiechnął się drwiąco Barnabus Curder. — Super! Ale będę tęsknił za starożytnymi runami…
Potter rozejrzał się w poszukiwaniu swoich przyjaciół, ale zanim w pełni omiótł komnatę, Scorpius znalazł się obok niego.
— Mam termin na za dwa dni — zakomunikował beznamiętnie. — Doskonale.
— Ha! Jestem pierwszy! — wrzasnął z tłumu Morrison. — Jutro! Jestem numerem jeden! — Wskazał na przypisany nazwisku Vincent punktor. — Numer jeden. Numer jeden. Numer jeden. Numer jeden… — Zachichotał radośnie, a kilkoro młodszych uczniów zabiło mu brawo, jakby rzeczywiście coś osiągnął. Al przyglądał się, jak przyjaciel podchodzi do Melonie i obejmuje ją w talii, a następnie podrzuca do góry. — Przysłuchaj się dobrze, Mel! Numer jeden. Numer jeden — powiedział figlarnie, na co dziewczyna wybuchnęła śmiechem.
Albus nie był tak roztrzęsiony, kiedy podchodził do tablicy. Przeskanował wzrokiem listę i był mile zaskoczony — został umówiony na godzinę czwartą w czwartek.
— Całkiem nieźle — mruknął do siebie. Przynajmniej los podarował mu w prezencie kilka dodatkowych dni, żeby wymyślił na tyle dobrą opcję kariery, by Puckerd szybko pozwolił mu odejść.
Finalnie skończył z pustką w głowie. Przez trzy następne dni nie był w stanie wymyślić ani jednej innej sensownej drogi zawodowej, niż mistrz eliksirów — powodem takiego stanu rzeczy był fakt, iż warzenie mikstur przychodziło mu naprawdę z łatwością. Niestety, szanse powodzenia miał małe, gdyż nie było bata, żeby Puckerd się z nim zgodził w tym temacie. Uświadomiwszy to sobie, zrozumiał, że jeśli podpyta współdomowników co i jak powiedzieć, może wyjdzie na swoje.
— Zadawał ci pytania, czy po prostu wszedłeś do środka i opowiedziałeś mu, co chciałeś? — Przykleił się do Morrisona, jak ten tylko wrócił do pokoju wspólnego.
Vincent postukał się palcem w usta.
— Cóż, w pewnym sensie jestem specjalnym przypadkiem. Wydaje mi się, że Puckerd widzi we mnie zagubionego nastolatka, który nie wie, do czego powinien dążyć, ale nie może tego powiedzieć na głos, więc na okrągło mnie okłamywał, kiedy gadaliśmy o tym i o tamtym. Stwierdził, że może chciałbym pracować dla Gringotta, bo sprawiam wrażenie takiego, co lubi przygodę. Odpowiedziałem mu więc, że jedyne, co muszę zrobić, to przyłożyć się bardziej do paru przedmiotów — zaklęć, transmutacji, obrony, eliksirów…
Scorpius z kolei wydawał się podbudowany, a rzeczy, które miał do przekazania, w żaden sposób Albusowi nie pomogły, ponieważ nawet w najmniejszym stopniu nie spodziewał się, że opiekun Slytherinu przywita go z uśmiechem na twarzy.
— Byłem naprawdę zaskoczony — przyznał blondyn. — Zwyczajnie przebrnęliśmy przez wszystkie przedmioty, z których radzę sobie najlepiej i potem zapytał mnie, czy rozważałem w ogóle czarodziejską współpracę na arenie międzynarodowej. Stwierdził, że jeżeli utrzymam tak dobre oceny, a następnie zdobędę odznakę prefekta naczelnego i dobrze mi pójdzie na końcowych egzaminach, w przeciągu mniej niż trzech lat od ukończenia szkoły, zdobędę wysoką pozycję w Ministerstwie Magii!
Najwyraźniej nikt nie posiadał informacji, których poszukiwał Albus — żaden uczeń nie został szybko sprowadzony do parteru ze swoimi aspiracjami zawodowymi. Aż zbyt dobrze zdawał sobie z tego sprawę, że umówione spotkanie ze znienawidzonym nauczycielem nie będzie należało do najprzyjemniejszych szkolnych doświadczeń — najgorzej, jeżeli skończy się na wymianie uprzejmości. Powiedział Puckerdowi za dużo paskudnych rzeczy, aby oczekiwać bezstronnego traktowania, a pomijając te nieprzyjemności, i tak podejrzewał, że rozmowa na temat przyszłości szybko zboczy z właściwego toru i koniec końców profesor znów wywlecze na wierzch tożsamość Srebrnego Czarodzieja, którego brak ostatnich występów pomógł uspokoić gniew, ale najprawdopodobniej zwiększył podejrzenia wobec niektórych podejrzanych.
I tak w czwartkowe popołudnie, z nerwowym supłem w żołądku, Albus stanął przed klasą eliksirów. Wiedział, że najlepiej będzie załatwić sprawę szybko. Zanim zapukał, upomniał się, by trzymać język za zębami, jak nieustannie przypominał mu ojciec. Stawka była ogromna.
Nie wspominaj nic o liście. Nie wspominaj nic o liście.
Zapukał. Co dziwne, nie doczekał się odpowiedzi. Zastukał w drzwi ponownie, ale rezultat był ten sam. Zaciekawiony, wszedł do środka — ani śladu profesora. Podszedł do zwyczajowo zajmowanego przez siebie krzesła, po czym usiadł na nim. Wciąż był oszołomiony. Czy istniała taka możliwość, że źle przeczytał wyznaczoną mu godzinę?
Czekał w napięciu przez dziesięć minut, a gdy w końcu zdecydował się wyjść, drzwi do sali otworzyły się i wpadł przez nie Wendell Puckerd. Mężczyzna był spocony, okulary miał mocno przekrzywione, a oddech urywany — zdecydowanie biegł. Bez słowa podszedł do swojego biurka, po czym zajął miejsce naprzeciwko chłopca. W dłoni trzymał pomięty kawałek pergaminu.
— Najmocniej przepraszam, panie Potter — powiedział bez tchu i wytarł mokre czoło wyczarowaną z powietrza chusteczką. — Koniecznie musiałem odwiedzić sowiarnię. Miałem nadzieję, że otrzymam dziś pocztę, a ta się dodatkowo spóźniła.
— A czy pańska sowa często jest zawodna? — wypalił Albus, dając sobie mentalnego kopniaka za bycie ignorantem.
Puckerd rzucił mu zdziwione spojrzenie.
— Nie, nieszczególnie. Skąd to pytanie?
— Po prostu… No, sam nie wiem. Czasem sowy doręczają pocztę niewłaściwym odbiorcom.
Przymknij tę niewyparzoną jadaczkę, Albusie! Idiota z ciebie!, zganił się w myślach.
Mistrz eliksirów wydawał się nie wiedzieć, o co w ogóle chodzi.
— Cóż, może powinniśmy oficjalnie rozpocząć nasze spotkanie zawodowe. Bądź, proszę, tak miły i poczekaj chwilkę…
Nastolatek cierpliwie poczekał, aż czarodziej się zorganizuje. W momencie, kiedy był już gotów, wyciągnął swój słynny nieodłączny notatnik i otworzył go. Wypiął do przodu pierś i gdy się odezwał, nie był już zirytowany — wszedł w tradycyjną niby to szpiegowską rolę.
— Cóż, panie Potter. Mam przed sobą listę pańskich postępów w nauce — oznajmił, spoglądając nie na niezapisane jeszcze strony dzienniczka, a rozłożone na biurku papiery. Spod stosu szkolnych dokumentów, wyciągnął jedną pojedynczą kartkę.
Albus skinął głową i poluzował kołnierzyk.
— Wydaje mi się, że spełniasz wszystkie wymogi. W ciągu pierwszych lat nauki uzyskiwałeś Zadowalający z transmutacji, ale w tym roku pani profesor Bellinger zaznaczyła, że poprawiłeś się na tyle, by podjąć się tego przedmiotu na poziomie owutemów, o ile nie spoczniesz na laurach. Wydała tę opinię na podstawie twojego obecnego standardu, a nie ogólnej średniej. Od profesora Handita, podobnie jak od profesora Flitwicka otrzymałeś Powyżej Oczekiwań… Profesor Hagrid z kolei oscyluje w ocenie twojej pracy pomiędzy Powyżej Oczekiwań a Wybitnym…
W miarę recytowania listy opinii nauczycieli Albus stawał się coraz to bardziej zaskoczony usłyszanymi pozytywami. Oczywiście, nie zabrakło także w wykazie słabszych ocen, np. z historii magii i mugoloznawstwa, ale nie stanowiły większego problemu, gdyż zaległości można było łatwo nadrobić. Podczas całej tej analizy, chłopiec był czerwony niczym burak.
— Przejdźmy teraz do kwestii eliksirów — kontynuował Puckerd. — Miałeś niewielu wykwalifikowanych nauczycieli, ale profesor Handit — który najwyraźniej uczył cię na trzecim roku, choć nie mogę pojąć, dlaczego — uważał, że radziłeś sobie doskonale. Twoja obecna praca również jest na zadowalającym poziomie, o wiele wyższym niż przeciętny…
Kąciki ust Albusa uniosły się ku górze. To spotkanie było o wiele lepsze, niż sobie wyobrażał. Bez względu na to, jaką urazę żywił do niego Puckerd — bez względu na jakiekolwiek przebyte konflikty, to wszystko — wyglądało na to, że przeszłość nie jest ważna, kiedy dyskutuje się przyszłość.
— Tak się sprawy mają, panie Potter — kontynuował profesor. — Nadszedł czas na część spotkania zawodowego, w której dowiaduję się od uczniów, o jakiej karierze myślą. Na tym etapie powiem, czy pańskie szkolne osiągnięcia spełniają konkretne wymagania oraz oczywiście, które przedmioty będzie dobrze uwzględnić na poziomie owutemów. W tym miejscu pragnę także przypomnieć panu, że niektórzy nauczyciele wymagają doskonałych wyników, żeby przyjąć kandydata do klasy.
Albus się wyprostował; nawet nie zauważył, że do tej pory siedział zgarbiony. Złożył dłonie w nienagannie profesjonalny koszyczek i przeszedł do konkretów. Czas wypowiedzieć własne opinie.
— Cóż, uwielbiam warzyć, tak więc pomyślałem sobie, że… gdzieś tam, koniec końców… zostanę nauczycielem eliksirów. Oczywiście, najpierw potrzebowałbym SUMów z eliksirów, ale to co innego… — urwał, widząc ponury wyraz twarzy wykładowcy.
— Ach. — Puckerd obnażył zęby.
— Co…? Coś nie tak?
— No cóż, panie Potter. — Mimo iż ton głosu mężczyzny wskazywał na powagę, Albus dostrzegł dziwny błysk w jego oku i cień uśmiechu błąkającego się na ustach. Nie spodobało mu się to. — Mam przed sobą także pańskie szkolne akta — kontynuował, przeglądając papiery, choć jego wzrok nieustannie uciekał do pomiętego pergaminu, który rzekomo przyniósł z sowiarni. — Wydaje mi się, że celowanie w karierę nauczyciela jest dla pana obecnie niemożliwe, ponieważ wymagałoby wielkich zmian.
Ślizgon wbił w Puckerda tępy wzrok, nie będąc pewnym, czy jego mózg odpowiednio przetworzył usłyszane przed chwilą słowa.
— Czy nie powiedział pan, że…?
— Twoje oceny! — zawołał mistrz eliksirów, najwyraźniej tracąc cierpliwość. — Owszem, stopnie masz znakomite! Jesteś całkiem utalentowanym warzycielem! Niemniej jednak to twoje zachowanie wydaje się tutaj największym problemem.
— Zachowanie? — Słowo miało obrzydliwy wydźwięk. — Niby co ta…?
— Ministerstwo Magii zawsze wkładało olbrzymią ilość wysiłku, żeby edukacja nastoletnich czarodziejów i czarownic przebiegała na odpowiednim poziomie. Twoje talenty mogą być godne pochwały, ale obawiam się, że z tym, co tutaj jest napisane… Wygląda na to, że twoje niesforne zachowanie położyło kres wszelkim nauczycielskim aspiracjom. Spójrz tutaj. — Puckerd obrócił trzymany w dłoni pergamin i ujawnił, iż w rzeczywistości było oficjalnie wyglądające urzędowe pismo z ministerialną pieczątką. — Widzisz sentencje „nieokrzesany", „wojowniczo nastawiony" oraz „niechętny do współpracy"…? Są to cechy, które nadzwyczaj nie pasują do osoby aspirującej na tak poważne stanowisko, jakim jest nauczyciel.
Albusowi opadła szczęka. Puckerd uśmiechał się do niego złośliwie, a jego zimne i wszechwiedzące oczy potrafiły wryć się w umysł. Wyglądał na niesamowicie zadowolonego z siebie.
— Ty! — Chłopiec gwałtownie poderwał się z miejsca. — Ty… ty… ty…
Mistrz eliksirów uniósł wyżej swój sławny notatnik.
— Mam tutaj pełny zapis naszej ostatniej konwersacji. Czy pamiętasz tę rozmowę na kilka dni przed Walentynkami? Raz wszystko przeczytawszy, każdy natychmiast wyłapałby pańskie przytyki co do mojej inteligencji, żarliwe przekonanie, że bardziej zależy mi na posadzie w Ministerstwie Magii, niż na stanowisku nauczyciela, a także inne, choć podobne do tego, stwierdzenia, które jawnie pokazuje pańskie lekceważenie autorytetów. Informacje, które z całą pewnością zawrę — och, nie w szkolnej teczce, a w ministerialnych aktach, gdzie są przechowywane przez całe dekady — będą rzutowały na pańską przyszłość, gdyż pomagają rządowi w podjęciu ważnych decyzji dotyczących obiecującej młodzieży. Myślę, że nie ma się pan czym aż tak bardzo martwić. Sklepowa lada nie jest poniżej pańskich możliwości. O ile się nie mylę, pański wujek pracuje w sklepie w dowcipami, co może stanowić dobry start tuż po ukończeniu szkoły…
— I tak ma więcej pieniędzy, niż ty kiedykolwiek zarobisz! — ryknął wściekle Albus, głupio chcąc udowodnić swoją rację, zamiast się wykłócać.
— Owszem, to prawda. — Puckerd skinął głową. — Oczywiście, biorąc pod uwagę, że pański wuj nie bierze pod uwagę możliwości kursu wymiany złota i godności. — Uśmiechnął się drwiąco pod nosem. — Niemniej jednak, wracając do tematu: młody człowiek, tak niestabilnie emocjonalny, jak ty…
— To osobiste niesnaski. — Albus potrząsnął z niedowierzaniem głową. — Niewiarygodne. Po prostu niewiarygodne. I to wszystko… cały ten bajzel… z powodu… z powodu czego…? Bo nie powiedziałem rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia?
— Nie, Potter — oznajmił paskudnie Puckerd, a przyjemna fasada, którą przyjął na początku rozmowy, roztrzaskała się w drobny mak. — Ktoś musi cię uświadomić, że status nie jest równoznaczny z osiągnięciami. Jestem pewien, że doskonale pamiętasz szczegóły tamtego spotkania, takie jak poczucie mocy i przewagi, gdy podniosłeś na mnie głos, czy jak odmówiłeś mi prostej wymiany zdań. Wiem, co przechodzi ci teraz przez myśl. Uważasz, że przez dobre relacje z uczniami nie mogę cię tknąć; że nie mogę wlepić kapitanowi drużyny Slytherinu szlabanu, zwłaszcza że za niedługo rozegra się finał. Och, i że z pewnością nie mogę publicznie narzekać na twoje zachowanie, kiedy słynny Harry Potter powoli znów wraca do łask Ministerstwa! Uważasz, że w żaden sposób nie mogę wyperswadować ci tego okropnego zachowania! W samym Hogwarcie rzeczywiście mam związane ręce, ale istnieją pewne korzyści z bycia zarówno nauczycielem oraz pracownikiem Ministerstwa Magii! — wyrzucił z siebie, wielce uradowany.
Albus trząsł się z nieskrywanej furii, podczas gdy Puckerd kontynuował szyderczo — był tak podekscytowany, że niewiele brakowało, by okulary zsunęły mu się z nasady nosa i upadły z trzaskiem na biurko.
— W Hogwarcie jesteś nietykalny, ale twoja przyszłość jest w moich rękach! Tak długo, jak pozostaję pod bezpośrednim zwierzchnictwem pani Fischer, zapewniam cię, że nigdy nie osiągniesz tak szanowanej pozycji w szkole, jak sobie dziecinnie wyobrażasz!
— Dopóki rządzi tobą ta wiedźma? — wywarczał poprzez zaciśnięte zęby Albus, a oczy Puckerda rozszerzyły się ze zdziwienia. — Cóż, to nie będzie trwało wiecznie, patrząc na to, jak kiepskim jest aurorem!
Mistrz eliksirów zaśmiał się drwiąco.
— Śmiało żyj marzeniami, Potter. Pani Fischer poradzi sobie bez najmniejszego problemu. Jeżeli naprawdę chcesz przewidzieć rozwój przyszłych wydarzeń, proponuję ci przyjrzeć się uważniej okolicy swojego domu! Po tym, jak twój nikczemny ojciec wyląduje za kratkami za paradowanie w jakiejś śmiesznej masce, twoja przyszłość jawić się będzie w jeszcze gorszych barwach!
Tym razem przyszła kolej na śmiech Albusa. Jak Puckerd mógł być tak głupi? Jak w ogóle mógł zakładać, że tata jest Srebrnym Czarodziejem, skoro razem z przyjaciółmi obalili tę tezę kilka tygodni temu?
— Zupełnie ci odbiło! — stwierdził ze słyszalną w głosie pogardą. — Dzień, w którym Fischer będzie na szczycie Ministerstwa, a mój ojciec w więzieniu, będzie…
Mężczyzna odchrząknął, najwyraźniej z wielką niechęcią odmawiając kontynuowania tej sprzeczki. Nie znaczyło to jednak, że zamierzał przegrać tą słowną przepychankę.
— Bądź pewien dwóch rzeczy, Potter. Tak długo, jak pani Fischer żyje i ma się dobrze, razem z nią będę pracował w Ministerstwie Magii, powstrzymując hołotę, której stanowisz część, przed ubieganiem się o wymagające zdyscyplinowania, pracowitości i powagi stanowiska! Co do przypadku twojego ojca: bądź pewien, że zostanie złapany na gorącym uczynku i osadzony w więzieniu, gdzie będziesz mógł go oglądać tylko przez zakurzone kraty!
— Gwarantujesz to? — parsknął buńczucznie Albus.
Puckerd pochylił się do przodu.
— Obiecuję — wyszeptał złośliwie.
Chłopiec skinął głową, nie zrywając kontaktu wzrokowego. Po chwili niemego gapienia się, z wielką niechęcią wstał i skierował się do drzwi.
— Och, panie Potter? — zawołał za nim radośnie mistrz eliksirów. — Życzę powodzenia na SUMach!
Albus zatrzasnął za sobą drzwi, ale tuż przed tym obrócił się i pokazał Puckerdowi środkowy palec, czym wyrwał z ust opiekuna Slytherinu głośne, wzburzone sapnięcie. Przez chwilę postał na korytarzu, a następnie wściekle ruszył do pokoju wspólnego z brzydkim wyrazem twarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz