— Dupek, dupek, dupek, dupek, dupek — mamrotał ponuro Albus na jednym z korytarzy w lochu. Od zeszłego tygodnia była to już piąta taka wiązanka. Zawsze towarzyszyło jej minięcie się z Puckerdem.
— Nie sądzę, żeby cię usłyszał, stary — stwierdził przyciszonym głosem Morrison.
— Nie musi. — Zmrużył pogardliwie oczy. — Dobrze wie, co o nim myślę…
Od spotkania zawodowego minęło kilka dni a Albus wciąż nie doszedł do siebie. Zmiażdżenie nauczycielskich aspiracji stanowiło jedną sprawę, a porażka drugą — wciąż nie mógł powstrzymać się od płomiennego gniewu.
— Używasz terminów wygrana i przegrana, jakby to była pewnego rodzaju gra — oświadczył bezceremonialnie Scorpius w niedzielny poranek na początku kwietnia, tuż po tym, jak Albus po raz kolejny wyraził niepochlebną opinię na temat znienawidzonego nauczyciela.
— To żadna gra! To rzeczywistość! — Zdenerwowany, uderzył pięścią w stół.
— Puckerd niczego nie wygra, dopóki twój tata nie wyląduje w Azkabanie. Nie będziesz żebrał o knuty i sykle na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu, bo to niebywale mało prawdopodobne.
Nastolatek westchnął, gotów do wszczęcia następnej sprzeczki, być może chcąc, by przyjaciel szybko go skorygował, ale zanim zdążył powiedzieć choć słowo, Scorpius wznowił swój wywód.
— Jeśli masz zamiar dąsać się tak cały dzień, to lepiej nie zawracaj sobie głowy treningiem. — Uśmiechnął się, zupełnie jakby był kapitanem. To pojedyncze zdanie natychmiast przymknęło Albusowi buzię i nie minęło więcej niż piętnaście minut, gdy stanęli na boisku.
Finał quidditcha miał się obyć za dwa tygodnie, więc odepchnął od siebie przygotowane do nachodzących egzaminów notatki, chcąc w pełni poświęcić się sportowemu przygotowaniu. Mirra o mało nie zemdlała, kiedy usłyszała to oświadczenie i była jedną z nielicznych osób, które uważały, że było to absolutnie wykluczone. Współdomownicy z wielkim zapałem poparli tę ideę, bo rzeczywiście, gryfoni postanowili tak samo. Mimo że wielkimi krokami zbliżały się egzaminy końcowe siódmorocznych, James codziennie rezerwował boisko w czasie, kiedy ślizgoni nie trenowali.
— Niebo powinno być czyste, a więc widoczność nie będzie stanowić większego problemu — ogłosił swojemu zespołowi Albus, gdy wszyscy unosili się wokół niego w powietrzu. — Nie pozwólcie, żeby was to zbytnio rozluźniło, bo wniosek z tego jeden: Gryffindor także nie będzie miał problemu. — Omiótł wszystkich wzrokiem. — Poćwiczmy znów nurkowanie i zmyłki…
Albus był bardzo ostrożny w tym, w jaki sposób instruował swoją drużynę. Chociaż był zadowolony z poprawy umiejętności graczy, wciąż nie chciał skupiać się na strategii. Gryfoni byli bardziej doświadczonym i starszym zespołem, a co za tym idzie bardziej umięśnionym i masywnym. W agresywnym meczu ślizgońska drużyna zostanie rozgromiona w ciągu kilku minut, dlatego upewnił się, że współdomownicy koncentrują się przede wszystkim na dywizyjnej taktyce i wymijających manewrach. W miarę upływu dni, chłopiec uświadomił sobie, że było w tym jednak coś więcej. Mimo że James nie miał nic więcej do powiedzenia na temat szpiegujących gryfońską drużynę ślizgońskich maluchów, Albus miał dziwne przeczucie, że brat miałby odwagę odwzajemnić się własną siecią szpiegowską i podobnego typu oszustwem.
— Mam dobre wieści! — Barry Bryant wpadł do szatni we wtorkowe popołudnie pięć minut po omówionym na zbiórkę czasie. Gdy zatrzymał się w miejscu, zgiął się w pół i oparł spocone dłonie na kolanach. Ciężko dyszał.
— Co się dzieje? — zapytał Kapitan. — I dlaczego się spóźniłeś? — dodał surowiej.
Barry potrzebował chwili, żeby złapać oddech.
— Ostatnią miałem numerologię z gryfonami. Udało mi się podsłuchać, jak jedna gryfonka klachała, że Liam Finnigan został ranny! Najwyraźniej coś go dziabnęło na opiece nad magicznymi stworzeniami i zastąpią go rezerwowym!
Ślizgoni zaczęli pomiędzy sobą szeptać, a niektórzy odetchnęli z nieskrywaną ulgą — Finnigan był najlepszym ścigającym Gryffindoru.
— Och, mówisz, że ma pokiereszowaną rękę? — zapytał Albus, który razem ze Scorpiusem nie dołączył do podekscytowanych westchnień i uśmieszków. — Zobaczymy, co z tego wyniknie.
Tej nocy spotkał się z Mirrą i na czwartkowym popołudniowym treningu wydał publiczne oświadczenie.
— Sprawa wygląda tak, że Finnigan wcale nie został ranny! — powiedział, nie zwlekając i zignorował niedowierzające sapnięcia i powszechny wstrząs. — Mam kogoś na kształt prywatnego szpiega w pokoju wspólnym Gryffindoru, który wyjawił mi, że Liam Finnigan ma się dobrze. Mój brat celowo wypuścił w obieg tę fałszywą informację, żeby nas rozproszyć i pomieszać w strategii.
— Skąd możemy wiedzieć, że twoje źródło mówi prawdę? — Barnabus Curder najwyraźniej był w nastroju do małej sprzeczki.
Albus przewrócił oczami i nie zadał sobie nawet trudu, by odpowiedzieć na to dziecinne pytanie.
— Oto nowa zasada — kontynuował. — Wszystko, co zobaczycie bądź podsłuchacie, może być postępem. Gryfoni mogą się cali obandażować, ale nie zmienimy naszego pierwotnego planu. — Pozwolił, żeby drużyna przetrawiła te słowa, gdy piorunował ich wzrokiem. — A teraz wychodzimy z szatni i wracamy do ćwiczenia uników…
Kiedy przy następnej okazji Albus zobaczył Jamesa, zagadał do niego.
— Słyszałem, że wasz ścigający cudownie ozdrowiał.
Brat wzruszył niedbale ramionami.
— Cóż mogę powiedzieć? Madam Clearwater doskonale zna się na leczeniu ukąszeń chimery…
Kapitan utrzymywał tempo treningów, aby gracze byli dobrze przygotowani fizycznie do finału, ale jednocześnie toczył też wielką wewnętrzną bitwę. Puckerd był opiekunem Slytherinu, a zatem zwycięstwo ślizgonów zostanie dopisane do listy jego osobistych osiągnięć.
— Nawet. Się. Nie. Waż. O. Tym. Myśleć. — Na tydzień przed finałowym meczem Scorpius z ledwością łapał oddech. Zareagował w ten sposób, gdyż Albus wspomniał mu o tej drobnej zagwozdce.
— A o czym w ogóle? — zapytał, ale to Morrison mu odpowiedział, jedną ręką obejmując Melonie w pasie, a drugą nakładając sobie trzecią porcję jedzenia.
— O poddaniu meczu. — Vincent wepchnął do ust widelec ziemniaków.
— Nigdy bym tego nie zrobił! — zaperzył się Albus, nagle oszołomiony.
Scorpius nie był co do tego przekonany, bo z zarumienionymi policzkami wycelował w niego widelcem.
— Mówię całkowicie poważnie! Nie zmarnuj okazji na tak wielkie wspólne wyróżnienie dla jakichś osobistych uraz…
— Nigdy w życiu! — zapewnił poważnie przyjaciela. — I to nie jest zwyczajna uraza. Facet stara się zniszczyć mi przyszłość!
— Jeśli profesor Puckerd rzeczywiście zachowuje się niesprawiedliwie, to może powinieneś pójść i zgłosić to pani dyrektor, Al? — Wyglądało na to, że Melonie czuje się na tyle komfortowo w towarzystwie chłopców, że zdecydowała się doradzić jednemu z nich. — Z całą pewnością w jakiś sposób uda się odtworzyć twoje spotkanie zawodowe.
— Może… — uspokoił koleżankę, choć wiedział, że nigdy nie skorzysta z tego pomysłu. Nie tylko nie chciał dać Puckerdowi satysfakcji, ale także nie był pewien, czy powody jego prywatnych bitew z mistrzem eliksirów powinny ujrzeć światło dzienne, nawet jeżeli chodziło o Minerwę McGonagall. Ogromna część tych wszystkich rozmów dotyczyła Srebrnego Czarodzieja, którego temat utkwił w martwym miejscu z powodu braku nowych informacji. Co ważniejsze, zamaskowany czarodziej stanowił problem, który niechybnie doprowadziłby do kolejnych oskarżeń wysnutych w stronę Harry'ego Pottera.
Chłopiec zastanawiał się, czy zaistniała sytuacja może skomplikować się jeszcze bardziej, ale właśnie wtedy Morrison wyraźnie wskazał na sufit Wielkiej Sali.
— O rany. To będzie wesoło…
Albus od razu poderwał do góry głowę i poczuł, jak cierpnie mu skóra. Był zbyt zajęty, żeby zarejestrować trzepot sowich skrzydeł, sygnalizujących przybycie poczty, ale teraz, kiedy zobaczył znudzoną płomykówkę krążącą nad nim, dotarła do niego powaga sytuacji.
— Normalnie niemożliwe… — wymamrotał, gdy sowa zniżyła lot. — To zbyt wcześnie…
Nie minęło dużo czasu od otrzymania ostatniego tajemniczego listu, a Albus nie dość, że nie rozwiązał poprzedniej łamigłówki, to jeszcze nie oczekiwał następnej zaszyfrowanej wiadomości. Przez ułamek sekundy pomyślał, że może powinien zrobić tak, jak radził mu Scorpius — bez otwierania koperty, od razu wrzucić notkę do ognia — ale po zobaczeniu tożsamości adresata, przemyślał to dwa razy.
Opiekun Slytherinu
Charakter pisma był równie schludny, co ostatnim razem. Albus pospiesznie schował list do kieszeni szaty i rzucił podejrzliwe spojrzenie na wysoki stół na podniesieniu, gdzie nieświadomy niczego Puckerd rozmawiał ze znudzoną do granic możliwości profesor Bellinger.
— Och, no zwyczajnie to otwórz! — wypalił Scorpius.
— Czy ktoś mi kiedykolwiek powie, co jest napisane w tych listach? — Melonie była zirytowana.
— Mel, dorośli rozmawiają! — Morrison rzucił swojej dziewczynie spojrzenie typowego rodzica karcącego dziecko, za co został uszczypnięty w ramię i zaskomlał jak szczeniak.
Albus wykorzystał tę sprzeczkę jako swoją zasłonę dymną i wyjął kopertę z szat. Pochylił się do przodu, aby ukryć pocztę i wbił wzrok w swoje dłonie. W rzeczywistości nikt na niego nie zwracał uwagi. Nic nie stało na przeszkodzie, by teraz to otworzyć. Pytanie brzmiało: czy naprawdę tego chciał?
— Co ci chodzi po głowie? — spytał z naprzeciwka Scorpiusa, podczas gdy Morrison i Melonie wciąż żartobliwie się przekomarzali.
— Ten list jest przeznaczony dla Puckerda — stwierdził ostrożnie Albus. — Ostatni także był do niego zaadresowany — najprawdopodobniej dwa ostatnie. — Przygryzł niepewnie wargę. — W rzeczywistości to tylko pogorszyło całą sytuację…
— Opcja z kominkiem wciąż jest aktualna — przypomniał przyjaciel.
Dłonie Albusa trzęsły się niemiłosiernie, kiedy rozważał wszystkie opcje i możliwości. Ostatnia korespondencja nie rozjaśniła mu w głowie, a i tak miał już wystarczająco własnych problemów. Z drugiej strony wciąż istniała szansa, że tajemniczy nadawca posiadał nikomu innemu nieznane informacje na temat Zasłony Skazańca. Możliwe, że rozpakowanie koperty pozwoli chłopcu także na poznanie brudów osobistego życia Wendella Puckerda.
Podjąwszy decyzję, nieśmiało zabrał się do pracy. Po chwili targania papieru z zapartym tchem rozłożył przed sobą poskładany pergamin.
— Wszystko zamazane! — wypalił. — Znowu — dodał ze skwaszoną miną.
Morrison i Melonie natychmiast przerwali swoją przekomarzankę, a na twarzy przyjaciela zagościł uśmiech.
— To mogło przydarzyć się tylko tobie, stary…
Albus nie odrywał od pokreślonej kartki wzroku. Wyglądała podobnie do poprzednich, z jednym małym wyjątkiem. Chociaż cała treść była zamazana atramentem, tym razem nie dało się rozczytać zupełnie nic — żadnych tajemniczych dwójek na początku linijki.
Scorpius wyciągnął mu pergamin z rąk i dokładniej obejrzał.
— Hm, interesujące… — podsumował zwięźle.
— Niby dlaczego? — Albus zmarszczył brwi.
— To znaczy, że list nie został stworzony przy pomocy zaklęcia Proteusza[1].
— Że co takiego? — Morrison wybałuszył oczy.
— Urok replikacyjny — wytłumaczyła chłopakowi Melonie. — A co się w ogóle rozchodzi?
— To nie jest kopia ostatniego listu, który otrzymałeś, stary — stwierdził Scorpius, brzmiąc na wielce zamyślonego. Kompletnie zignorował przy tym koleżankę. — To zupełnie nowa notka.
— Czyli to oznacza, że ktoś ponownie napisał to samo, a druga osoba znów wykreśliła te informacje? — zapytał z napięciem Albus.
— Najprawdopodobniej — oświadczył Scorpius, zwracając właścicielowi podebraną korespondencję. — Uważam jednak, że pomijasz najistotniejsze. Spójrz na to przez pryzmat założeń naszej teorii: to ty jesteś docelowym odbiorcą listów, których treść stanowi konkretny adres. Co więcej, tę samą informację wysłano już dwukrotnie. Co to wszystko oznacza? Że ktokolwiek, kto wysyła ci te listy, naprawdę chce, żebyś stawił się pod tamtym adresem. Osoba, która zamazuje notkę, pragnie z kolei czegoś zupełnie odwrotnego — nie chce, byś się gdziekolwiek ruszał.
Albus podrapał się po brodzie, z największą uwagą oglądając pergamin. W międzyczasie przez głowę przelatywały mu hipotetyczne scenariusze. Pełna napięcia cisza, która zapadła pomiędzy nimi, została brutalnie przerwana przez zirytowaną Melonie.
— Czy ktokolwiek mógłby mi wyjaśnić, co tu się w ogóle dzieje?
Ze zwiększoną ilość godzin przeznaczonych na trening Albus miał niewiele czasu dla Mirry poza kilkoma okresami czasu, które dziewczyna przeznaczyła na wspólną naukę w bibliotece. Chociaż ślizgon był całkowicie gotowy do odłożenia przygotowań do egzaminów aż do pierwszego dnia po finale, oznaczałoby to naukę bez Mirry, przez co został zmuszony do towarzyszenia jej w zacisznych rogach czytelni przez prawie godzinę każdego wieczoru. Ogólny postęp szedł żmudnie, gdyż mieli do przypomnienia sobie aż ponad pięć lat. Albus wykorzystywał ten czas także na omówienie sytuacji z najnowszą pocztą i Wendellem Puckerdem.
— Wiesz, istnieje całkiem proste rozwiązanie twoich problemów. — Nawet nie oderwała wzroku od starannych notatek, rozrzuconych praktycznie po całym stoliku.
— Serio?
— Tak. Opowiedz o tym swojemu ojcu.
Albus jęknął cierpiętniczo.
— Czy musimy znów do tego wracać…?
Mirra zatrzasnęła jeden podręcznik i od razu wyjęła z torby kolejny.
— Wszystkie te anonimowe śmieci skracają czas, który mógłbyś poświęcić na o wiele ważniejsze rzeczy! I tak nie robisz żadnych postępów w rozwiązaniu swojej małej zagadki, więc równie dobrze możesz przekazać ją tacie…
— Cóż, skoro nic z tym nie mogę zrobić, to niby on będzie mógł? — zapytał, na co gryfonka zachichotała.
— Harry Potter jest Szefem Biura Aurorów i zajmuje się tego typu sprawami od jakichś dwudziestu lat.
— Współszefem Biura Aurorów! — poprawił Mirrę Albus i momentalnie poczuł się chory. — Tak czy inaczej, wciąż mam wrażenie, że te listy są dla taty czymś więcej niż wskazówkami do miejsca ukrycia Zasłony. To druga notka była zaadresowana do Puckerda i koniec końców została zamazana. Wydaje mi się, że coś tam było paskudnego napisanego na jego temat…
Dziewczyna ziewnęła szeroko i rzuciła mu pełne wątpliwości spojrzenie.
— Uważam, że to właśnie to, czego byś pragnął, Albusie — z powodu tego, co wydarzyło się podczas twojego spotkania zawodowego. To nie było szczególnie pomocne, ale sprowokowałeś go całe tygodnie temu.
— Czy naprawdę opowiadasz się po stronie Puckerda? — Chłopiec aż stracił dech.
— Absolutnie nie, Al. Opowiadam się za twoim tatą, który kazał ci trzymać język za zębami w towarzystwie Puckerda. Nie posłuchałeś go i teraz zbierasz żniwa tych plonów — straciłeś możliwości na przyszłość, a nie zamierzam wyjść za mąż za faceta, który przez całe życie będzie sprzedawał spinki do włosów…
— Czy ty właśnie powiedziałaś „wyjść za mąż"? — zapytał bezczelnie Albus.
Zawstydzona dziewczyna rzuciła w chłopaka piórem.
— Ała! To zabolało! — powiedział, choć wciąż szczerzył się jak głupi. Właśnie miał zamiar zrobić kolejny komentarz na temat jej wyboru partnera życiowego, kiedy podsunęła ku niemu zeszyt.
— Przepytaj mnie — poprosiła. — Pośmiać możemy się po SUMach.
Albus był wdzięczny, że miał kogoś, kto starał się, żeby był w miarę na bieżąco ze swoją nauką, ale bardziej interesowało go wsparcie dotyczące quidditcha. Przez ostatnie dni poprzedzające finałowy mecz, gdy schodził na śniadanie, witano go gromkimi brawami, a rozchodzące się w powietrzu podniecenie pomagało łagodzić napięcie spowodowane także zbliżającymi się egzaminami. Po raz pierwszy od miesięcy nauczyciele, z którymi rozmawiał prywatnie na stronie, nie mówili tylko i wyłącznie o testach.
— Nie mam żadnego faworyta, cholibka — stwierdził Hagrid podczas słonecznych środowych zajęć, na których uczniowie przyglądali się gumochłonom. — Ale tak między nami, Al: James puszy się, jakby dawno wygrał finał. Gdybym se był tobą, w niedzielę zmyłbym mu ten uśmieszek z twarzy.
— Świetny pomysł, Hagridzie. Normalnie już myślałem, żeby się poddać bez walki…
Oczywiście, dotyczyło to także innych uczniów. Z tego, co Albus wiedział, Fred zbierał galeony w rekordowym tempie, a wszyscy co rusz zakładali się, w którym momencie meczu gryfon rozbije czaszkę swojemu kuzynowi. Młodsze towarzystwo przepełniało czyste podekscytowanie grą, ale starszaki — lub po prostu ci, którzy mieli zwyczajnie dość tej dwudomowej, odwiecznej rywalizacji — byli najbardziej niespokojni.
— Nic z tego nie łapię — oświadczył głośno Albus do swoich przyjaciół na cztery dni przed meczem. — Przecież w ostatnich latach też mieliśmy finał pomiędzy Slytherinem a Gryffindorem… Czy to zamieszanie jest dlatego, że ustanowimy nowy rekord?
— James jest straszliwie popularny, stary — odpowiedział Scorpius. — Ludzie chcą, żeby odniósł oszałamiające zwycięstwo w swojej ostatniej grze.
Chłopiec był bardzo zdziwiony, gdy dowiedział się, że to samo dotyczy jego własnej rodziny. Następnego dnia był zmuszony obejrzeć się za Lucy na szkolnym korytarzu — wytrzeszczył oczy i otworzył szeroko usta, zauważając dużą przypinkę na tyle torby dziewczyny.
— PRECZ Z POTTEREM (ŚLIZGONEM)! — przeczytał na głos i potrząsnął głową.
Kuzynka zarumieniła się wściekle.
— No co? — wykrzyknęła z oburzeniem. — To ostatni rok Jamesa… Tobie zostały jeszcze dwa… No i wygrałeś już Puchar Quidditcha!
— Co z innymi? Co z Lily? — zapytał, zdając sobie sprawę, że Hugo najprawdopodobniej ze wszystkich sił kibicował Gryffindorowi.
— Lily jest niezdecydowana. — Lucy lekko zacisnęła usta.
— Straszna z ciebie kłamczucha — stwierdził wszechwiedząco, a kuzynka obróciła się na pięcie i chichocząc pod nosem, odeszła.
Albus był przyzwyczajony zwyczajowego przedmeczowego powszechnego drwienia i zastraszających spojrzeń rzucanych mu przez gryfonów, jak również był całkiem dobrze zaznajomiony z negatywną energią pochodzącą od Ravenclawu i Hufflepuffu. Większość napotkanych na korytarzach krukonów także przyczepiła sobie specjalny dodatek do torby — młodsi uczniowie głównie z powodu jego fajności. Ze wszystkich to jednak puchońska przypinka była najpaskudniejsza i ślizgon potrzebował trochę więcej czasu, żeby rozgryźć dlaczego. Dopiero gdy przeszedł obok niego Lance ze swoimi koleżkami, a wszyscy mieli przypiętą wymowną odznakę z lwem i borsukiem, wspólnie rozrywających na strzępy węża, Albus w końcu zrozumiał. Oszołomiony, potrzebował potwierdzenia Morrisona, żeby zyskać stuprocentową pewność.
— Chyba pomieszały ci się obrazki na tych plakietkach, czy coś — powiedział chłodno, gdy znów przechodzili obok siebie na piątym piętrze. — Znalazł się na nich jakiś podejrzany przypadkowy borsuk…
Puchoni rzucili mu nieprzyjemne spojrzenie, zaś Lance zupełnie go zignorował i z zacięciem kontynuował swój marsz; poruszał się tak, jakby chciał zachować godność. Albus poczuł dreszcze, kiedy to zobaczył. Rok temu nawet nie śmiałby przypuszczać, że będzie w tak kiepskich stosunkach z Lance'em, ale przypuszczał, że powinien był to przewidzieć — w końcu Scorpius był zauroczony w dziewczynie Disony. Chłopiec był zdziwiony, że przyjaciel tak szybko wyleczył się ze złamanego serca, ale z drugiej strony, po dłuższym zastanowieniu się, zdał sobie sprawę, że to dzięki quidditchowi, który ostatnio zaprzątał mu głowę. Treningi dodawały motywacji do chęci wygrania finału — Al zdecydowanie nie chciał, by Scorpius rozpamiętywał emocjonalny kryzys, kiedy nadchodził najważniejszy końcoworoczny czas.
Jedyną osobą, która wydawała się nie robić zamieszania o grę, był James. Oprócz sprytnej próby wprowadzenia chaosu w ślizgońską strategię, od czasu konfrontacji na korytarzu, brat zadziwiająco milczał. Kiedykolwiek by go Albus nie widział na posiłkach czy w drodze na lekcje, zawsze sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego i niesłychanie skoncentrowanego — można to nazwać mentalnym przygotowaniem. Wiadomościowy przełom nastąpił dopiero dzień przed meczem. Cicha rozmowa w bibliotece z Mirrą dostarczyła informacji, że James chce się z Albusem spotkać na pół godziny przed północą nad jeziorkiem; sprawa wyglądała szokująco i podejrzanie.
— W noc przed meczem? — zapytał z niedowierzaniem. — Coś to wątpliwe. Czego w ogóle chce?
— Zachowujesz się, jakbym brała w tym udział, Albusie!
— Cóż, w sumie to jesteś gryfonką…
— Ty tak poważnie…?
— Żartuję — stwierdził. — Tak mniej więcej…
— Zwyczajnie poprosił, żebym ci przekazała, że chce się tam spotkać — odpowiedziała, z rozmysłem ignorując ten ostatni komentarz. — Nie wiem nic więcej.
Albus rozważył ten pomysł z Morrisonem i Scorpiusem, którzy także węszyli w tym podstęp.
— Musisz się wyspać, stary — oświadczył stanowczo blondyn. — James także, więc nie sądzę, żeby rzeczywiście przyszedł na umówione spotkanie. Najprawdopodobniej chce, żebyś był na wpółprzytomny w dzień meczu.
Morrison pokiwał gwałtownie głową.
— A może…? Uwaga, co powiecie na to? Dziewczyny znów są przyjaciółkami i Rose wciągnęła w ten spisek Mirrę!
Albus oderwał od Vincenta wzrok.
— Wróćmy do prawdziwych sugestii — skrzywił się. — Naprawdę uważasz, że nie powinienem tam pójść? — zapytał Scorpiusa.
— Cóż. — Morrison wzruszył ramionami, na co Potter przewrócił oczami. — Zawsze możesz sprawdzić Mapę, aby zobaczyć czy twój brat rzeczywiście sterczy nad jeziorem, czy też nie…
Albus uśmiechnął się z mądrości płynącej z tej opinii i posłuchał rady przyjaciela. Kwadrans po jedenastej wyciągnął Mapę Huncwotów i zobaczył — z całą pewnością — że kropka oznaczona jako JAMES POTTER naprawdę zbliża się do wyjścia na zewnątrz zamku. Mając wszystkie potrzebne dowody, życzył innym dobrej nocy, zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i opuściwszy dormitorium, skierował się w stronę jeziora.
Bardzo łatwo było się poruszać przy pomocy dwóch magicznych artefaktów, które bez cienia wątpliwości były dwoma najbardziej imponującymi rzeczami o charakterze pomocniczym. Z niewielkim wysiłkiem wyszedł na zewnątrz. Powietrze było chłodne i rześkie, a przez to nie czuć było w ogóle wiatru. Albus uśmiechnął się na myśl o porannych warunkach pogodowych.
Brat stał wyprostowany i odwrócony do niego tyłem, twarzą w stronę jeziora, a światło księżyca oświetlało jego sylwetkę — poniekąd przypominał ludzki posąg. Odziany był w normalne szkolne szaty.
Ślizgon zdjął z siebie pelerynę niewidkę i schował Mapę, po czym podszedł bliżej i pacnął brata w ramię. W nagrodę otrzymał szeroki uśmiech.
— Cieszę się, że udało ci się wyrwać.
— Co my tu robimy, Jaimie? Nie masz peleryny, a gdyby cię złapali…
— Nic by się nie stało. Rządzę tym miejscem — przerwał młodszemu chłopcu starszy. Albus prychnął.
— Oczywiście. Wmawiaj tak sobie dalej…
— Co tam? Nigdy nie szwendałeś się w okolicy jeziora?
Chłopiec uśmiechnął się, przypominając sobie dokładnie, kiedy ostatnio późno wieczorem odwiedzał tę okolicę. Miało to miejsce w zeszłym roku i podczas tej niespodziewanie romantycznej wycieczki pierwszy raz pocałował się ze swoją dziewczyną. Niemniej jednak brat wcale nie musiał o tym wiedzieć.
Przez kilka chwil żaden z nich się nie odzywał, aż w końcu nastąpił przełom.
James odwrócił się w kierunku tafli wody, a kiedy przemówił, w jego głosie słyszalna była nostalgia, do której Albus nie był przyzwyczajony.
— Nadal pamiętam przepłynięcie tego jeziorka — powiedział cicho. — Łódka była strasznie zatłoczona i ciasna. Siedziałem obok dziewczyny o imieniu Lola; Tiara przydzieliła ją do Hufflepuffu. Nie gadam z nią, a przynajmniej nie od trzeciego roku — teraz zwyczajnie się mijamy. Wiesz, co jeszcze pamiętam? Chwalenie się tatą przez całą podróż…
Albus nie odpowiedział, nagle zirytowany, że stawił się na to nocne spotkanie, a w międzyczasie mógłby już smacznie spać, zamiast słuchać wywodów brata. Nie zważając na milczenie ślizgona, gryfon kontynuował.
— W pierwszy piątek na pierwszym roku zapisałem się na lekcje latania na miotle. Oczywiście, doskonale wiedziałem już, jak się lata, ale i tak to zrobiłem. Tak naprawdę to wtedy nie pozwalali najmłodszym dołączać do drużyny, więc nawet nie zawracałem sobie głowy proszeniem się starszych. Na drugim roku otrzymałem szlaban akurat, jak trwały nabory. Na trzecim roku stałem się częścią zespołu — sam byłeś tego świadkiem. Z początku zdecydowałem się na ścigającego, bo w pewnym stopniu chciałem się odseparować od taty. Mimo to bardziej naturalny jest dla mnie szukający, wiesz? Właśnie dlatego zmieniłem pozycję. Jestem pewien, że rozumiesz, co mam na myśli.
— Ano — powiedział Albus, wpatrzony w przestrzeń.
James odwrócił się twarzą do niego, czym przyciągnął uwagę.
— Jutro zagramy nasz ostatni mecz, bracie. A przynajmniej do czasu, kiedy zetrzemy się ponownie w dużych ligach, ot tak w przyszłości. — Mrugnął porozumiewawczo okiem. — Dziś chciałem ci tylko powiedzieć, że z góry przepraszam.
— Zrobiłeś się nieco zarozumiały, czyż nie? — zapytał z uśmieszkiem ślizgon.
James pokręcił przecząco głową. Wyglądał dojrzale.
— Będę agresywny na boisku. I bezlitosny. Jeżeli zranię cię albo ośmieszę… to wybacz mi. Jutro złapię znicza i wygram Puchar Quidditcha. To żadne zgadywanki — gwarantuję. Przepraszam za wszystko, co doprowadziło mnie do finału.
Albus dobrze wiedział, że Jaimie jest całkowicie poważny, a mimo to nie mógł się powstrzymać od małego uśmiechu.
— Cokolwiek musisz sobie powiedzieć, James.
— No, to możesz sobie iść. — Uśmiechnął się lekko gryfon.
Zanim ślizgon rzeczywiście odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, rzucił bratu jeszcze ciche „dobranoc". Gdy zrobił kilka kroków naprzód, ten go zatrzymał.
— Dwa lata temu wygrałeś fair i uczciwie! — zawołał. — Zabrałeś mi pochodnię! Chcę ją odzyskać!
Obróciwszy się na chwilę w stronę rywala, Albus postukał się w klatkę piersiową.
— Spróbuj mi ją odebrać! — Uśmiechnął się szeroko, a następnie ukrył się pod peleryną niewidką. Po powrocie do zamku, bardziej podekscytowany niż kiedykolwiek wcześniej, położył się spać.
Następnego Albus obudził się na czas, ale za to pewny siebie i paradoksalnie zdenerwowany. Bez nawet najmniejszych wątpliwości był to najważniejszy mecz w jego życiu — o wiele, wiele ważniejszy niż poprzednie mistrzostwa, które ślizgońska drużyna wygrała dla Atticusa, który kończył w tamtym roku szkołę. Tym razem chodziło konkretnie o niego — o niego i o Jamesa, dwóch kapitanów, dwóch braci. Ocenie nie podlegało to, który z nich lepiej latał, a to, który zbudował lepszy zespół.
Albus i Scorpius zeszli na śniadanie wśród wiwatów i oklasków, po czym zasiedli do stołu i rozkoszowali się tym cudownym uczuciem. Ze wszystkich stron puchoni i krukoni starali się zagłuszyć brawa wygwizdywaniem, ale nie to było najistotniejsze. Gryfoni jedli w milczeniu, wręcz promieniując stoickim spokojem. Najwyraźniej Jaimie nakazał współdomownikom powstrzymać się od buczenia — znając go, najprawdopodobniej uznałby grę za niesprawiedliwą, gdyby ślizgoński gracz skończył wstrząśnięty antagonizmem.
Reszta drużyny dołączyła do Albusa kilka minut później i także została powitana gromkimi oklaskami. Sekundę później Wielka Sala wybuchnęła dzikimi wiwatami i nieludzkimi wrzaskami — gryfoński skład zszedł niczym jeden mąż; wszyscy sprawiali wrażenie równie zdeterminowanych i głodnych zwycięstwa, co ich kapitan.
— O rany, chyba wszyscy muszą skorzystać z łazienki — stwierdził Morrison, na co Melonie zachichotała.
Trzepot skrzydeł zapowiedział przybycie poczty, a Albus instynktownie uniósł głowę w oczekiwaniu na następną zagadkę, ale tym razem nie otrzymał nic. Od czasu ostatniego listu nie dostał żadnego innego — i szczerze powiedziawszy, był z tego bardzo zadowolony; w ten szczególny dzień wolałby nie być obciążony dodatkowym ciężarem.
Przez dwie minuty chłopiec rozkoszował się poczuciem lekkości, a potem Scorpius zakrztusił się sokiem pomarańczowym, czym skupił na sobie uwagę przyjaciół.
— Co? Coś się stało? Wszystko w porządku? — zapytał cicho Albus, podczas gdy reszta stołu spekulowała odnośnie nadchodzącego starcia. Starsi uczniowie za wszelką cenę próbowali wcisnąć młodszym coś do jedzenia.
Scorpius wykonał dziwaczny ruch głową — coś pomiędzy kiwnięciem a potrząśnięciem — w kierunku PROROKA CODZIENNEGO. Oczy Pottera rozszerzyły się gwałtownie, gdy zobaczył pogrubiony nagłówek.
MINISTERSTWO POTWIERDZA LICZNE ATAKI SREBRNEGO CZARODZIEJA!
— Co się dzieje? — spytał Morrison.
Albus uciszył go, unosząc do góry dłoń. Potem przeczytał artykuł.
Najświeższe wiadomości zaskoczyły czarodziejski świat ostatniej nocy, kiedy to wysoko postawieni członkowie Ministerstwa Magii (wielu z nich wciąż pragnie zachować anonimowość) przyznali, że Srebrny Czarodziej dokonał kilku dotąd ukrywanych ataków w ciągu ubiegłych miesięcy.
„Były to napaści niższej rangi i wszystkie dotyczyły członków Diablego Aliansu, którzy i tak byli już śledzeni przez Ministerstwo", oświadczyło jedno ze źródeł. „Większość władz (w tym ogromna część Wizengamotu) uważała, że nie jest to informacja niezbędna dla wiadomości publicznej, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę paniki związanej z poprzednimi, bardziej znaczącymi atakami".
Nazywanie tego typu incydentów „atakami" być może dla niektórych nie jest odpowiednie, ale przez wzgląd na poświęcaną im uwagę sprawa jest ciężka i pełna niedomówień. Po tym, jak Diabli Alians wtargnął na mugolskie wesele w grudniu ubiegłego roku i został powstrzymany przez Srebrnego Czarodzieja, fala publicznej krytyki i akceptacji stała się bardziej zawiła niż kiedykolwiek wcześniej — niektórzy wierzyli, iż zamaskowany nieznajomy jest źródłem nadziei, podczas gdy inni uważali jego bezprawne wtargnięcie na niemagiczne przyjęcie za próbę zakłócenia koordynacji Ministerstwa Magii. Po wczorajszym ujawnieniu informacji spodziewane jest jeszcze większe oburzenie obywateli.
„W ciągu ostatniego miesiąca doszło do kilku niewielkich interwencji Srebrnego Czarodzieja", oświadczył auror Ronald Weasley. „Niech zacznie się skamlenie", dodał.
Niektórzy członkowie Ministerstwa twierdzą, że w ogóle nie ponoszą odpowiedzialności za utajniony charakter tych ataków — w tym także Współprzewodnicząca Biura Aurorów Janine Fischer.
„Osobiście uważam, że każde pojawienie się Srebrnego Czarodzieja powinno zostać podane do wiadomości publicznej, stąd też decyzja o ukryciu minionych wydarzeń nie została podjęta przeze mnie. Wiele osób uważa, że najnowsze posunięcie renegatów jest po prostu oznaką ich silniejszej społeczności, ale w rzeczywistości można się w nim dopatrzyć lekkomyślności i przejawów anarchii. Chociaż nie wydarzyło się jeszcze nic wybitnie poważnego, wszyscy renegaci znani są z przeciwstawiania się siłom Ministerstwa Magii oraz brania spraw we własne ręce, a Srebrny Czarodziej nie stanowi w tym wypadku wyjątku. Z racji braku innego wyboru, wielu naszych pracowników uważa, że skrzywdzeni mogą zostać niewinni ludzie. Konieczne jest zatem, aby społeczeństwo było świadome takowych ataków oraz miało pełen obraz sytuacji; wszyscy mają święte prawo zrozumieć, co się wokół dzieje oraz z czym to jest związane".
Albus na moment przerwał czytanie, uważniej skupiając się na słowach Fischer. Z jednej strony rzeczywiście się z nią zgadzał — wierzył, że Ministerstwo powinno informować ludzi na bieżąco — ale z drugiej, to co powiedziała praktycznie pod koniec, szczególnie go zainteresowało.
Z racji braku innego wyboru, wielu naszych pracowników uważa, że skrzywdzeni mogą zostać niewinni ludzie.
Brzmiało to tak, jakby Fischer spodziewała się, że Srebrny Czarodziej prędzej czy później zaatakuje Ministerstwo. Albus widział go na własne oczy i naprawdę szczerze wątpił, żeby ten stanowił zagrożenie dla innych — zupełnie nic na to nie wskazywało; nigdy nie zaatakował osoby, której nie zamierzał. Czy Fischer przewidywała, że to się zmieni?
— Cóż, to przynajmniej wyjaśnia, dlaczego Puckerd wciąż jest tak cięty na mojego tatę — stwierdził, choć jego słowa utonęły w morzu wiwatów; drużyna Gryffindoru właśnie udała się do szatni.
Scorpius w ekspresowym tempie pochylił się do przodu i gwałtownie wyrwał Albusowi gazetę.
— Też powinniśmy się zbierać…
— Hej, czytałem to!
Malfoy rzucił mu surowe spojrzenie.
— Odzyskasz PROROKA, kiedy wygramy. Skup się, stary!
Albus skinął głową, zły na Ministerstwo Magii za ujawnienie tak ważnych informacji na kilka chwil przed finałowym meczem. Morrison i kilku innych ślizgonów życzyło mu powodzenia, a potem razem ze Scorpiusem zszedł do szatni. Gdy tylko przekroczył próg, zaczął się przygotowywać do nadchodzącego starcia, jednocześnie pozwalając swoim myślom błądzić.
Od dłuższego czasu było tak niewiele informacji dotyczących Srebrnego Czarodzieja, że Albus prawie że przestał teoretyzować na temat prawdziwej tożsamości mężczyzny. Przeczytanie najnowszych wieści znów rzuciło mu się na mózg. Nagły wzrost liczby ataków w ciągu kilku ostatnich miesięcy… Czy przypadkiem nie zbiegło się to czasowo z otrzymaniem dwóch tajemniczych listów…?
— Pustka w głowie, stary? Żadnych zachęcających słów?
Albus zamrugał, zdezorientowany i zauważył, że to Scorpius sprowadził go do rzeczywistości. Blondyn był w pełni ubrany, a w szatni dało się słyszeć ryk tłumów z wypchanych po brzegi trybun. Natychmiast się zreflektował i wstał, poprawił strój i odchrząknął.
— To jest to — stwierdził tak spokojnie, jak tylko potrafił. — Najważniejszy mecz, jaki kiedykolwiek dotąd rozegracie i być może nawet największy w nadchodzących latach. To wielki finał. FINAŁ QUIDDITCHA.
Gracze stali ramię w ramię, podczas gdy Albus zaczął przed nimi zwyczajowo maszerować, próbując znaleźć odpowiednie słowa na wyrażenie swoich myśli. Chciał, żeby przemówienie zabrzmiało sensownie.
— Wielu z was jest teraz młodych — kontynuował. — Przed wami praktycznie cała sportowa kariera, ale mi zostały tylko dwa lata nauki. Hej, już raz nawet zdobyłem Puchar Quidditcha! Co to dokładnie znaczy? Czy to, że pozwolimy wyślizgnąć się temu trofeum? Czy utraciło ono swoją fascynującą aurę; swój urok?
Wszyscy pokręcili przecząco głowami a Scorpius się uśmiechnął.
— Nie pozwólcie, by okazja wyślizgnęła się wam przez palce. NIGDY. W każdy mecz wkładaliśmy serca, ale w tym musimy poświęcić się jeszcze bardziej. Nad tym właśnie pracowaliśmy i do tego uparcie dążyliśmy! Po do zaszliśmy aż tak daleko! Możemy być zadowoleni z tego, że udało nam się dostać do finału lub możemy celować jeszcze wyżej: wprost w zwycięstwo! To zasadnicza różnica pomiędzy tymi, którzy odnoszą sukces a tymi, którzy przodują!
W szatni rozległy się wiwaty, a Albus odwrócił się energicznie i wyprowadził drużyną na boisko, przedtem ocierając pot z czoła.
— Uda się nam! — zawołał, na co pozostali zamruczeli w zgodzie, a Scorpius w motywującym geście złapał go ręką za ramię i ścisnął mocniej.
Podeszli do samego środka pola, odprowadzeni takim zgiełkiem, że prawie niemożliwe było rozróżnienie przyjaznych dźwięków widowni od tych znieważających. Albus słyszał ciche wiwaty i bardziej powszechne buczenie, ale finalnie z podekscytowania wszystko splątało się w jeden ryk. Mimowolnie rzucił okiem na trybuny Gryffindoru i od razu wypatrzył swoją dziewczynę — na twarzy miała promienny uśmiech.
Gdy gryfoni wkroczyli na boisko, stadion praktycznie wybuchnął. Gryffindor maszerował wśród zachęcających okrzyków i oklasków; poprzez wrzask Albus musiał się wybitnie wysilić, żeby usłyszeć ślizgońskie buczenie. Nie przejął się tym, gdyż całkowicie skoncentrował się na meczu — na każdym najdrobniejszym szczególe.
Slytherin i Gryffindor utknęły, jeżeli chodzi o punktację, a to z kolei oznaczało, że aby wygrać z którąkolwiek drużyn, musieli przewyższyć przeciwników o przynajmniej dziesięć punktów. Przez wzgląd na tak nieciekawą sytuację każdy rzut i każda obrona były niezwykle ważne — a już zwłaszcza najtrudniejsze dla obu kapitanów. Za każdym razem, gdy będzie się zmieniało prowadzenie, nie będzie innego wyjścia jak z obrony przechodzić na atak i na odwrót; to starcie przez cały czas trwania będzie dwukierunkowe.
Hałas sprawił, że Albus prawie nie mógł usłyszeć ani komentatora, ani pana Wooda, i tylko skupiając się na ruchu warg mężczyzny, był w stanie zrozumieć, że nadszedł czas uścisku dłoni. Bracia chwycili się za nadgarstki z niespotykaną dla nich siłą, a potem w tym samym czasie skinęli sobie głowami. Nie wymienili żadnego uśmiechu — to miało miejsce ostatniej nocy.
Gra rozpoczęła się na dźwięk gwizdka. Albus natychmiast odepchnął się stopami od ziemi, ciesząc się przyjemną bryzą i w duchu przyznając, że James także miał idealne warunki do lotu. Wrzask widowni był ogłuszający, a zatem, wraz ze wznoszeniem się coraz to wyżej, należało zwracać większą uwagę na to, co się działo, a nie koncentrować się na słuchaniu uszczypliwych komentarzy.
Pierwszą sceną, jaką ujrzał, było przejęcie kafla przez ścigających Gryffindoru — wirowali wokół siebie tak szybko, że ciężko było stwierdzić, kto koordynuje rozgrywkę; do podań nie można było się przyczepić, były tak doskonałe, że Albus nie był w stanie powiedzieć nawet, kto tak naprawdę trzyma piłkę. Całe szczęście, że Scorpius był bardziej zorientowany w sytuacji, bo spektakularny sposób (wisząc do góry nogami) obronił pierwszy rzut przeciwnika.
Chłopiec odwrócił wzrok od ścigających oraz obrońcy i przeszukał niebo w poszukiwaniu Jamesa — zamierzał siedzieć mu na ogonie i w razie wypadku natychmiast zablokować. Plan okazał się niezwykle trudny do wprowadzenia w życie, ponieważ brat co rusz skręcał w absolutnie przypadkowych kierunkach, przypominając puszczoną w obieg kulkę. Tego typu taktyka bazowała na zmyleniu przeciwnika, a użycie jej świadczyło tylko o jednym: Jaimie był przygotowany do starcia.
Albus pilnował, żeby być wysoko w powietrzu. Nieustannie się rozglądał, choć nie po to, aby złapać znicza, a żeby mieć go na oku.
Tempo gry zmieniło się w ciągu ułamku sekundy. Wygwizdywanie i buczenie przybrało na sile i chłopiec zdał sobie sprawę, że było dziesięć do zera dla Slytherinu. Wspaniale rzuconemu kaflowi Tiffani Garrett udało się przelecieć przez jedną z obręczy przeciwnika, a Albus trochę się obraził — śledzenie teraz Jamesa nie miało najmniejszego sensu, bo i tak nie mógł złapać znicza.
Przyspieszył w dół, ponieważ przeczucie podpowiadało mu, że złota piłeczka może czaić się w okolicach nisko rosnącej trawy. Uniknął tłuczka i jednocześnie usłyszał fragment ryku komentatora.
— Fred Weasley jest dziś w swoim żywiole! Ma za sobą już trzy udane trafienia i celuje wprost w głowę Pottera!
Albus nie dbał o to, ile zarobił dotąd młodszy kuzyn, gdyż ważniejszy był złoty znicz na boisku. Nastolatek powoli latał ponad murawą, omiatając wzrokiem każdy skrawek pola i próbując uchwycić gdzieś jasny błysk piłeczki. Serce zabiło mu gwałtowniej, kiedy wypatrzył swój cel — obok dolnej części prawego słupka obręczy Gryffindoru.
Natychmiast przyspieszył, nawet na sekundę nie odrywając wzroku od znicza…
James w dokładnie ten sam sposób, co ostatnio, zablokował mu drogę. Albus nie mógł ścierpieć tego zagrania. Nie pozwolił, żeby go to zniechęciło i zdecydował się na szybowanie ponad swoim bratem, w pełni gotów się poświęcić dla tego dystansu, aby wyprzedzić rywala…
Niespodziewanie Jaimie wyrósł tuż przed nim. W oczach gryfona widać było dzikie szaleństwo i determinację.
— Nie wygrasz tego meczu! Obiecałem ci to, Al!
— Jeszcze się przekonamy…
Zdanie to przerwał ogłuszający ryk widowni — Finnigan zrównał wynik: zdobył dziesięć punktów. Nie zmieniało to tylko jednego, James wciąż nie zmienił swojej taktyki.
— Wzajemnie związaliśmy sobie ręce, Jaimie! — ryknął głupio Albus. — Także nie mogę złapać znicza!
Gryfon nie ruszył się zbytnio, nadal zagradzając mu drogę do zwycięstwa. Nie zrezygnował i pozwalał na lot na maksymalnie dwadzieścia stóp dowolnym kierunku. Ku zaskoczeniu ślizgona, szeroko się uśmiechał.
— Wybacz. Co mówiłeś o związanych dłoniach?
Albus odwrócił się z przerażeniem, gdy dotarło do niego, że wszyscy ścigający Gryffindoru w ekspresowym tempie wyprzedzili przeciwników i przyjęli taktykę trzech na jednego. Scorpius nie był w stanie skutecznie obronić obręczy. Thomas zdobył dziesięć punktów.
James natychmiast przyspieszył i nie trzeba było być geniuszem, żeby zorientować się w sytuacji. Brat nie tylko blokował Albusa, ale również utrzymywał go w określonym przez siebie miejscu, jednocześnie podążając za zniczem, którego dostrzegł jako drugi. Gdy tylko gryfoni przejęli inicjatywę, Jaimie przystąpił do ataku.
Szukający Slytherinu wystrzelił do przodu — stanowczo odmawiał przegranej w tak zawstydzający sposób. James miał jednak zadziwiająco dużą przewagę.
— W pogoni za zniczem Potter siedzi Potterowi na ogonie!
Gryfon zbliżał się do unoszącej się w powietrzu piłki, a Albus nie był w stanie go wyprzedzić… Myśląc szybko, wyciągnął rękę i chwycił ogon miotły brata, powstrzymując go tym samym przed dalszą gonitwą. Rozległ się gwizdek, a trzy czwarte widowni warknęło z oburzeniem.
— Trał[2]! — krzyknął pan Wood. Nie trzeba było słuchać dalszego pouczenia, co do zasady, która została złamana, ani do kary, która się należy — Gryffindorowi przysługuje rzut karny. Dla Albusa było to o niebo lepsze niż tak oczywista przegrana.
Finnigan strzelił a Scorpius z powodzeniem zablokował kafla. Kapitan uśmiechnął się kącikami ust — kara nie tylko zapobiegła zwycięstwu przeciwnej drużyny, ale także dzięki zarządzeniu przerwy, James stracił z oczu znicza.
Trzeba przyznać, że to całkiem sprytna kara, podsumował chłopiec. Niezależnie od tego, jak nieszczera wydawała się widowni.
Gdy gra została wznowiona, Slytherin wciąż prowadził dwadzieścia do dziesięciu, a Albus bardziej się przyłożył do śledzenia brata. James wciąż poruszał się w niekonwencjonalny sposób, nadal skręcając w absolutnie przypadkowych momentach — za wszelką cenę chciał zdezorientować rywala i odciągnąć go od miejsca, które aktualnie przeszukiwał wzrokiem. Ślizgon nie odrywał oczu od brata (który najprawdopodobniej nie przejmował się tym, że dzieje się coś tak skandalicznego), a przez to był zmuszony spróbować zrozumieć, co komentator mówi na podstawie dźwięków wydawanych przez tłum na trybunach.
Z zebranych w ciągu następnych minut informacji wywnioskował, że Scorpiusowi udało się kilkukrotnie w niesamowity sposób obronić rzuty. Niestety, ślizgońscy ścigający radzili sobie o wiele gorzej — udało im się wykonać tylko jeden kiepski rzut, który z łatwością został zablokowany. Na potrzeby ewentualnej wygranej Albus potrzebował, żeby trafili przynajmniej dwa razy, a Scorpius wciąż tak rewelacyjnie wykonywał swoją pracę. Ta nieudana próba zdobycia punktów zapoczątkowała trzyminutową bezowocną grę. Eckley uderzył tłuczkiem Gartha Moone'a, a kafel wszedł w posiadanie ścigającego Gryffindoru o nazwisku Tabbers, który szybko poddał do Finnigana, który z kolei wykiwał Malfoya przy lewej obręczy.
Trzydzieści do dziesięciu.
— Cholera! — krzyknął głośno Albus, lecz w następnej chwili znów był zmuszony lecieć tuż za bratem, który gwałtownie zanurkował w pogoni za złotym błyskiem. Udało mu się go zablokować, ale James wykorzystał ciężar swojego ciała, żeby go cwanie wyminąć. Nie było innego wyjścia — należało lecieć tak blisko, jak to tylko było możliwe; prawie na siebie wpadli.
— Obaj szukający nieźle się wkręcili! Prawie się stykają…
Tak minęło dziesięć minut. Albus straszliwie cierpiał, zmuszając ciało do nieludzkiego wysiłku — wiele razy musiał blokować drogę starszemu, lepiej zbudowanemu i umięśnionemu bratu. Coś mu także świtało w głowie, że raz czy dwa został prawie zrzucony z miotły przez nadesłane znikąd tłuczki. Niemniej jednak udało mu się powstrzymać klęskę na tyle długo, aby Garth Moone mógł odkupić swoje małe porażki i z powodzeniem strzelić do obręczy. Ślizgoni byli do tyłu tylko o dziesięć punktów.
W miarę postępu gry stało się dość oczywiste, że nie tylko Albus został fizycznie zdominowany. Można było się spodziewać, że o ile Gryffindor dostrzeże w tym swoją szansę, użyje statutu większej masy ciała, żeby sponiewierać przeciwną drużynę. Czegoś takiego dałoby się uniknąć tylko i wyłącznie wtedy, gdyby była możliwość uniknięcia jakiegokolwiek kontaktu — było to naprawdę niezwykle trudne, ponieważ trzeba było zdobyć trochę punktów.
Z trudem sobie poradzili. Pięć minut później Tiffani Garrett wyrównała — było trzydzieści do trzydziestu.
— Idą łeb w łeb! — Albus zarejestrował głos komentatora. — To zdecydowanie najbardziej spektakularne starcie obu drużyn! — dodał, co było naprawdę sporym zaskoczeniem. Ślizgoni byli przyzwyczajeni do bardziej stronniczych opisów sytuacji.
W tym właśnie momencie Al postanowił użyć sztuczki, której mimowolnie nauczył go brat. Imitując zachowanie Jamesa z początku meczu, potajemnie zastosował tę samą taktykę — kołysał się i w tył i w przód, jednocześnie próbując zmylić rywala błąkającym się wzrokiem.
— No przestań! — warknął gryfon, po raz pierwszy wyraźnie zirytowany. Albus nie miał zamiaru ustępować i dalej go tym męczył, co koniec końców zaowocowało mocnym wymierzeniem łokcia.
Mecz wstrzymał gwizdek.
— Kara dla Gryffindoru! — ogłosił pan Wood i spotkał się z głośnym buczeniem. — Szturch[3] — nadmierne użycie łokci! Rzut karny dla Slytherinu!
Tiffani Garrett postanowiła spróbować swych sił. Powoli ruszyła do przodu, a potem lekko skręciła, próbując trochę zmylić przeciwnika. Finalnie skręciła w prawo…
Niestety, nic z tego. Trzy czwarte trybun wybuchnęła wiwatami, podczas gdy wynik wciąż pozostał niezmienny.
W ciągu następnych pięciu minut niewiele się zmieniło, poza tym, że Albus wciąż toczył swój mały zapaśniczy pojedynek ze starszym bratem. Był absurdalnie zmęczony. Kręcenie się wokół zdeterminowanego gryfona było niesłuchanie ciężką pracą. Była jest warta swojej ceny — zobaczył znicza.
— Trzech graczy Slytherinu ruszyło równocześnie! — ryknął komentator, a Albus, dodając dwa do dwóch, zdał sobie sprawę, że będzie to zwycięski rzut, po którym natychmiast złapie znicza i mecz skończy się w ciągu dziesięciu sekund. Rzucił się za piłeczką, która unosiła się wyżej i wyżej.
James od razu zaczął go śledzić, ale ślizgon był szybszy. Tak niewiele brakowało…
Barnabus Curder nie trafił, a więc próba Albusa okazała się daremna. Mimo to obrońca Gryffindoru uważał zgoła inaczej. Złapał kafla, gdy ten spadał i rzucił go Tabbersowi, który z kolei natychmiast przekazał go Finniganowi. Finalnie piłka poleciała do rogu boiska, w którym w pełni przygotowany do akcji czekał Thomas. Przy takiej rozgrywce Ślizgoni nie mieli czasu, żeby się cofnąć.
Thomas zdobył dziesięć punktów. Echo siarczystego przekleństwa Scorpiusa słychać było na całym polu, ale Albus był w stanie myśleć tylko i wyłącznie o wyniku gry. Czterdzieści do trzydziestu. Co gorsza, James wiedział, gdzie jest znicz…
Muszę być przed nim, powtarzał wielokrotnie w myślach, wiedząc, że jeżeli teraz się zatrzyma i obejrzy na brata, ten zwyczajnie go wyprzedzi. Zamiast tego więc pędził w kierunku złotego błysku, decydując się zrobić z siebie ruchomą przeszkodę, której Jaimie w żaden sposób nie da rady ominąć.
Albus był bardzo blisko znicza i koniecznie musiał być pomiędzy piłką a rywalem. James leciał tuż za nim i ogarnęło go dziwaczne przeczucie, że nastąpi powtórka z rozrywki i zaraz zostanie zarządzona kara dla Gryffindoru. Nic takiego nie miało jednak miejsca.
— Świetna gra, Al. — Usłyszał za sobą krzyk brata.
— Co? — odkrzyknął, kompletnie zmieszany. Czy Jaimie naprawdę myślał, że Albus był w stanie złapać znicza i zakończyć ten mecz?
Poczuł i zobaczył to w tym samym czasie. Wystarczył jeden dobry podmuch wiatru i miotła brata znalazła się tuż pod jego własną. Przed sobą widział wielki cień — w niesamowitym pokazie atletyzmu brat go przeskoczył…
W fachowy sposób James wylądował z powrotem na swojej miotle. Był o krok przed oszołomionym ślizgonem.
— Cóż za ruch! — ryknął podekscytowany komentator. — Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego!
— Nie… — sapnął przerażony Albus, ale było już za późno — brat go wyprzedził, po czym zręcznym ruchem wyrzucił do przodu rękę, a następnie triumfalnie uniósł w górę zaciśniętą pięść.
— GRYFFINDOR WYGRYWA[4]! CO ZA GENIALNE POSUNIĘCIE! CO ZA GRA!
Tylko tyle dało się usłyszeć. Ryk rozemocjonowanego tłumu był głośniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wygwizdywanie Slytherinu zostało w mig zagłuszone przez radość i powszechne podniecenie spektakularnym zwycięstwem szkolnych faworytów.
Albus wylądował na ziemi i zwiesił nisko głowę. Drużyna stłoczyła się wokół niego i w pocieszającym geście klepała go po ramionach i plecach.
Chłopiec spojrzał na trybuny Gryffindoru — były prawie że opustoszałe; została tylko Mirra.
Gryfonka uśmiechnęła się przepraszająco i wzruszyła lekko ramionami.
— Nie przejmuj się, Al…
— W następnym roku, stary…
Zielono–srebrne trybuny także opustoszały, ale pozostały trzy domy dołączyły do zwycięskiej drużyny na boisku; czekali na ceremonię wręczenia Pucharu Quidditcha. Ślizgońska drużyna także spróbowała wypchnąć swojego kapitana z pola, ale Albus się nie dał.
— Czeka… Poczekajcie… Poczekajcie no chwileczkę! — poprosił wszystkich, a potem puścił swoją miotłę i skierował się prosto w stronę różnokolorowego tłumu: czerwonego, niebieskiego i żółtego.
Jaimie stał w samym środeczku, z jednym ramieniem owiniętym wokół talii swojej dziewczyny, a z drugim wokół szyi obrońcy Gryffindoru; uśmiechnięta Lily stała naprzeciwko niego. Brat szczerzył się jak nigdy dotąd, a — o ile było to w ogóle fizycznie możliwe — uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy zobaczył, że zbliża się przeogromny Puchar Quidditcha. Zanim jednak go przyjął, w tym całym tłumie zauważył młodszego brata. Nie zastanowiwszy się nawet przez sekundę, puścił mu oko.
Albus z wielkim trudem przełknął dumę. Posłał Jamesowi słaby uśmiech i uniósł wysoko rękę.
Wziąwszy wielki zamach, rzucił w powietrze wyimaginowaną pochodnię.
Brat natychmiast złapał udawane trofeum i roześmiał się w głos. Zanim zaakceptował Puchar Quidditcha, raz jeszcze puścił mu oczko.
[1] Zaklęcie Proteusza(z ang.: Protean Charm) — zaklęcie, które powodowało, że po rzuceniu go na kilka obiektów, były one od siebie współzależne. Zmiany zachodzące na jednym przedmiocie powodowały wówczas te same zmiany na pozostałych. W oryginalnej sadze urok ten wykorzystała Hermiona Granger, zaczarowując galeony Gwardii Dumbledore'a
[2] Trał (z ang.: blagging) — faul w quidditchu polegający na złapaniu ogona miotły przeciwnika w celu jego spowolnienia bądź zatrzymania w miejscu; dotyczy wszystkich graczy w powietrzu. Trał miał swój debiut w trzecim tomie oryginalnej sagi, podczas meczu Gryffindor–Slytherin, kiedy to Draco Malfoy sfaulował w ten sposób Harry'ego Pottera
[3] Szturch (z ang.: cobbing) — faul w quidditchu polegający na brutalnym zagraniu łokciami w celu zranienia bądź zrzucenia przeciwnika z miotły; dotyczy wszystkich graczy w powietrzu. Szturch miał swój debiut w drugim tomie oryginalnej sagi, podczas meczu Gryffindor–Slytherin, kiedy to Draco Malfoy sfaulował w ten sposób Harry'ego Pottera, żeby przeszkodzić mu w złapaniu złotego znicza
[4] Vekin pomylił się w punktacji. Umknęły mu dwa gole, żeby wynik się zgadzał z opisem. Niemniej jednak taki był plan od samego początku: iść łeb w łeb, po to by w ostateczności zwyciężył James i Gryffindor
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz