W Boże Narodzenie Albus obudził się nieco później niż zwykle. Sen dobrze mu zrobił. Jedna, spokojnie przespana noc wystarczyła, aby po dziwacznej chorobie nie został nawet najmniejszy ślad i wrócił do zdrowia. Co prawda, przestał odczuwać zmęczenie, ale nie zamierzał całkowicie rezygnować ze środków ostrożności. Wyskoczył więc z łóżka i poszedł do łazienki. Stanąwszy przed lustrem, zamrugał.
Zielone, wciąż zielone, westchnął z ulgą, gdy nie zauważył żadnych oznak tego, że jego oczy zaraz zmienią swój kolor. Zaaferowany, nie potrafił powstrzymać się od natarczywego mrugania.
– Co robisz...?
Albus poskoczył w miejscu, przestraszony i odwrócił się gwałtownie, niemal potykając się o rolę papieru toaletowego leżącą na podłodze. W drzwiach łazienki stał Hugo i przyglądał mu się z dużym zainteresowaniem.
– To znaczy...?
– Stałeś przed lustrem i dziwnie mrugałeś – powiedział kuzyn, zaciekawiony tym niecodziennym zachowaniem.
– Och, obudziłem się i zauważyłem, że miałem coś w oku. W lustrze zobaczyłem, że to rzęsa, więc przystąpiłem do operacji; już po wszystkim. Co tutaj robisz?
– Mamy święta! – zakomunikował radośnie podekscytowany Hugo.
– Yhym, długo temu przyjechaliście?
– Jesteśmy już tutaj od kilku godzin – stwierdził wesoło chłopiec. – Może jeszcze zostało coś na śniadanie.
Albus skinął głową i wyszedł z łazienki. Hugo nie wszedł do środka, a podreptał za nim. Czując się naprawdę nieswojo, ślizgon zatrzymał się w połowie drogi.
– Ehm. Nie chciałeś przypadkiem skorzystać z łazienki?
– Nie – odpowiedział spokojnie chłopiec.
– Och. – Zamrugał, zdezorientowany. – Więc co tam właściwie robiłeś?
Hugo wzruszył ramionami.
– Szukałem cię.
– Yhym.
Albus wznowił wędrówkę na dół. Schodząc po schodach, wciąż czuł się nieco nieswojo. Zanim wszedł do kuchni, minął wielką górę prezentów piętrzących się pod pięknie wyglądającym drzewkiem. Nie przejmował się świątecznymi upominkami – wiedział, że jego rodzina była na tyle liczna i bogata, że mogła sobie pozwolić na zakup tego, czego by sobie zażyczył, więc nigdy nikomu nic nie podpowiadał. To wcale nie zmieniło faktu, że w przeciągu kilku ostatnich lat dostał parę wspaniałych prezentów, np. najnowocześniejszą miotłę i niezwykle użyteczną pelerynę niewidkę.
Kiedy tylko przekroczył próg kuchni, dotarło do niego, że wstał naprawdę późno. Prócz mamy, Jamesa i Lily, w pomieszczeniu było jeszcze kilku Weasleyów. Ciocia Hermiona i wujek Ron wyglądali na bardzo zmęczonych, zaś Rose właśnie kończyła swoje śniadanie. Był nawet wujek Charlie.
– Dobrze, że już wstałeś – powiedziała Ginny. – Czujesz się lepiej? – zapytała, jedną ręką kładąc na stole przed nim talerz pełen francuskich tostów, a drugą dotykając jednocześnie jego policzka. – Wciąż nie masz gorączki.
– Wszystko w porządku – podsumował i na moment zastygł w bezruchu, gdy rzuciła mu stalowe spojrzenie. Momentalnie poczuł, że powinien dodać coś więcej. – Naprawdę, dzisiaj czuję się dobrze.
– Daj spokój, Gin. Jak powiedział, wszystko w porządku. – Uśmiechnął się szeroko wujek Ron. – W szkole dzieci chorują z nerwów, ale teraz Albus jest w domu. Są święta, więc natychmiast mu przeszło.
Część zgromadzonych przy stole zachichotała, ale Ginny nie wydawała się szczególnie rozbawiona.
– Powinieneś był go wczoraj widzieć, Ron – stwierdziła. – Wyglądał naprawdę źle.
– Czyli żadna nowość. – Uśmiechnął się James, a stół zawtórował mu śmiechem. Tylko Ginny i Albus nie rechotali.
Wujek Ron odchylił się na krześle.
– A kiedy...?
– Stopy! – przerwała mu siostra, zanim zdążył podnieść nogi i położyć je na stole. Mężczyzna zmrużył oczy, ale posłusznie wykonał polecenie.
– To kiedy otwieramy prezenty? – zapytał swojej żony.
– Gdy będziemy w komplecie – odpowiedziała Hermiona.
– A kto jeszcze przyjdzie? – Lily uniosła brwi.
– Zapytaj raczej, kto zostaje u siebie – zaśmiał się Ron. – W tym roku będziemy tu mieli prawdziwy zjazd rodzinny. Wpadnie wujek Bill z ciocią Fleur i dziećmi, wujek George z ciocią Angie i Fredem. Odwiedzi nas nawet Teddy.
– A co z Percym? – wtrąciła Ginny.
– W liście pisał, że spędzą święta z rodziną Audrey, bo naprawdę rzadko się z nimi widują. Zabrali ze sobą mamę i tatę.
Albus otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale właśnie wtedy Ginny podsunęła mu nietknięty dotąd talerz.
– Jedz – nakazała surowym tonem.
– A gdzie się pali? – zapytał, a Hugo zachichotał.
– Skończ z głupotami. I się pospiesz. – Mama nie wyłapała żartobliwej nuty. – Spędzicie na górze kilka godzin.
– Ojoj. Cóż za nieszczęście, dzidziusie. – Uśmiechnął się Jaimie i upił łyk mleka.
– Ciebie to również dotyczy, James – upomniała go chłodno Ginny.
– Cooo...?
– Dlaczego będziemy musieli siedzieć na górze? – zapytał Albus, przerywając bratu nadciągającą tyradę na temat prawie–że–dorosłości.
Mama zmarszczyła lekko brwi i wymieniła szybkie spojrzenie z wujkiem Charliem.
– Kiedy Harry wróci do domu, przyjedzie z grupą ludzi. Na dole odbędzie się małe spotkanie... – zaczęła Ginny, ale nie dane jej było dokończyć. Cała trójka młodych Potterów, będąca już przyzwyczajona do czegoś takiego, wydała z siebie okrzyk frustracji, całkowicie zagłuszając resztę wyjaśnień.
– Przecież są święta! – jęknęła Lily.
– Spotkanie będzie krótkie, dorośli sobie tylko porozmawiają – uzupełnił uspokajająco wujek Ron. – Potem rzucimy się na górę prezentów – dodał z zawadiackim uśmiechem.
– Wiesz może, czy Wiktor przyjedzie, Gin? – zapytała ciocia Hermiona, biorąc łyk herbaty.
– Wątpię – zadrwił jej mąż. – Najprawdopodobniej będzie zbyt zajęty depilowaniem krzaczastych brwi...
Ciocia rzuciła mu ostre spojrzenie, ale zanim zdążyła go słownie upomnieć, wszyscy usłyszeli charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi wejściowych.
– Najwyższy czas. Na górę, dzieciaki. Na górę. – Ginny delikatnie popchnęła gromadkę ku schodom na piętro.
– Och, no daj spokój... – jęknął Albus, kiedy mama zabrała mu talerz sprzed nosa. Akurat przymierzał się do zjedzenia tosta.
– Idźcie na górę. Zawołam was, gdy skończy się spotkanie.
Uczniowie westchnęli, ale posłusznie zaczęli wychodzić z kuchni. Gdy przyszła kolej ślizgona, w korytarzu natychmiast wypatrzył tatę (wciąż sprawiającego wrażenie zmęczonego i sponiewieranego przez życie) w towarzystwie niskiego, łysiejącego mężczyzny, którego widział już wcześniej – nadal się obficie pocił i miał zadyszkę, mimo że był grudzień i chłód za oknem.
– Wesołych Świąt, dzieciaki! – zawołał Harry, widząc nieszczególnie wesołą gromadkę, ociągającą się na schodach.
– Tato... – jęknęła Lily, nie zaprzątając sobie nawet głowy nawet szczątkowym przywitaniem. – Mama mówi, że znowu musimy iść na górę...
– Tylko na chwilę. – Uśmiechnął się tata, posyłając im uspokajające spojrzenie, a spocony czarodziej stojący za nim pomachał im wesoło.
Gdy Albus dotarł do szczytu schodów, James wyminął go i skierował się od razu do swojego pokoju.
– Gdzie idziesz? – zapytał ślizgon, zainteresowany.
– Zamierzam napisać list – odpowiedział prosto Jaimie.
– Do swojej dziewczyny?
– Do jednej z dobrych przyjaciółek. – Uśmiechnął się brat, przechodząc przez próg swojego sanktuarium i zamykając za sobą drzwi.
Albus odwrócił głowę i zauważył, że Lily razem z Hugo pakują się do jego pokoju; najprawdopodobniej znowu zasypią go pytaniami. Rose nie poszła ich śladem – w milczeniu weszła do jednego z pokojów gościnnych. Dopiero wtedy chłopiec uświadomił sobie, że kuzynka mnie powiedziała nawet jednego słowa przez całe śniadanie. Przez moment stał na korytarzu ze zmarszczonymi brwiami, w zamyśleniu przyglądając się tym zamkniętym drzwiom, a potem udał się do siebie. Nie minęła chwila (tak właściwie to zdążył tylko przekroczyć próg), gdy zgodnie z jego przewidywaniami, młodsze dzieci nie wytrzymały.
– Jak myślisz, dlaczego się dzisiaj spotykają...? – zapytał go Hugo. – Stało się coś ważnego...?
– Nie mam najmniejszego pojęcia – odpowiedział zgodnie z prawdą.
– Musiało, bo w końcu mamy święta, a nasi goście nie są ze swoimi rodzinami – Lily skinęła głową. – To jakaś sytuacja kryzysowa.
– Może – stwierdził.
– Możemy zmienić trochę temat? – zapytał Hugo.
– Jasne.
– Czy wiecie, dlaczego Rose jest ostatnio taka przygnębiona...?
Albus siadł na łóżku, podczas gdy Hugo patrzył na niego z zainteresowaniem. Lily zamrugała i ucichła.
– Co masz na myśli? – spytał.
– Rose jest... wyciszona, z braku lepszego słowa. – Chłopiec wzruszył ramionami. – To podejrzane.
– Ludzie mogą potrzebować od czasu do czasu pomilczeć – stwierdziła obronnie Lilka.
– No przecież nie Rosie. U niej milczenie oznacza, że wydarzyło się coś złego!
Albus uniósł rękę, chcąc zabrać głos. Ostatnim, czego mu teraz potrzeba, to uczestniczenie w następnej kłótni.
– Czy Rose coś ci mówiła, Hugo? Albo Mirra? – zapytał, zachowując ostrożność.
– Nie i właśnie dlatego pytam ciebie, czy coś wiesz na ten temat.
– Niestety nic – skłamał, przelotnie spoglądając na drzwi. Czy powinien zrobić pierwszy krok i porozmawiać z kuzynką? Jakby nie patrzeć, wczorajsze spięcie z Mirrą trochę rozjaśnił mu w głowie. Może spróbuje także z Rose? Może, zamiast brnąć dalej w kłamstwo, powinien... wyjawić prawdę i przyznać się do współudziału w oszustwie...? – Zaraz wrócę, poczekajcie chwilkę – powiedział na głos.
Wyszedł z pokoju i w tym momencie usłyszał dźwięk otwieranych drzwi wejściowych do rezydencji. Nie minęła kolejna chwila, gdy do jego uszu dobiegł nieznany głos z ciężkim, irlandzkim akcentem. Och, więc przyjechał ktoś z Irlandzkiego Ministerstwa Magii. Nie przysłuchiwał się dłużej, a skierował do pokoju zajmowanego obecnie przez Rose. Będąc pod drzwiami, zapukał niepewnie.
– Proszę.
Wszedł do środka i zamrugał, zaskoczony. Zdecydowanie nie był przygotowany na taki widok. Dziewczyna siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, gapiąc się na jakiś leżący przed nią stary, pomarszczony kawałek pergaminu. Żołądek Albusa wywinął koziołka, a potem zacisnął się boleśnie w supeł. To musiała być stara notka od Lance’a...
Rose pospiesznie wepchnęła kartkę pod poduszkę.
– Możemy zejść na dół? – zapytała.
Umysł ślizgona zaskoczył dopiero po sekundzie. Z początku nie mógł zrozumieć, co takiego powiedziała, bo zazwyczaj zachowywała się zupełnie inaczej. Zawsze była apodyktyczna i mówiła rozkazującym tonem, nie posłuszna i ugrzeczniona.
– Hmm, wciąż nie. – Zrobił krok naprzód i zamknął za sobą drzwi. Właśnie odciął sobie jedyną drogę ucieczki. – Właściwie to chciałem sprawdzić, jak się czujesz – wytłumaczył i zrobiło mu się głupio, gdy wytrzeszczyła z zaskoczenia oczy. – No bo... – kontynuował, wzruszając przy tym ramionami. – Wydajesz się nieco zdołowana i jakoś wcześniej nie miałem okazji zapytać cię w Hogwarcie.
Rose przez chwilę wyglądała, jakby rozważała dostępne możliwości: czy udawać, że wszystko jest w porządku i nie rozumie sensu pytania, czy też odkryć swe karty i przyznać się do złego samopoczucia. Kiedy w końcu podjęła decyzję, fasada, którą starała się w ostatnich dniach podtrzymać, runęła niczym domek z kart. Skrzywiła się i, przybrawszy zdruzgotaną minę, wyglądała, jakby była na skraju depresji. Mimowolnie zadrżały jej usta, a oczy wypełniły się najprawdziwszymi łzami. Gdy się odezwała, brzmiała, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem.
– Nie rozumiem, co poszło nie tak – zakwiliła, gdy automatycznie usiadł obok niej na łóżku. Z boku wyglądało to tak, jakby chciał okazać jej wsparcie, choć w rzeczywistości nie miał na to najmniejszej ochoty – oferowanie kuzynce ramienia do wypłakania byłoby największym możliwym paskudztwem, zwłaszcza że po części był odpowiedzialny za jej rozstrój nerwowy.
– Masz... masz na myśli Lance’a? – zapytał głupio.
Skinęła głową.
– Naprawdę nie wiem, co zrobiłam źle – pisnęła, zrozpaczona. – Powiedziałeś, że trzeba rozluźnić sytuację i żebym na chwilkę wyszła z Trzech Mioteł. Zrobiłam to, ale kiedy wróciłam, było już tylko gorzej. Lance nie chciał ze mną rozmawiać i odniosłam wrażenie, że stracił mną jakiekolwiek zainteresowanie. – Schowała twarz w dłoniach. – Wszystko się posypało!
Albus był bezradny. Mógł jedynie siedzieć i patrzeć na załamanie Rose. Właśnie dlatego wcale nie nadawał się do Slytherinu, ponieważ każdy ślizgon wyczaiłby to fiasko z daleka. Och, dlaczego akurat on musiał oferować jej pocieszenie...? Dlaczego...?
– A... a rozmawiałaś z nim tak na porządnie od tamtego czasu?
– Niezupełnie. – Wzruszyła żałośnie ramionami. – Trzyma się na odległość i chociaż zawsze mi macha i mówi „cześć”, to nie to samo...
Z zaciśniętym boleśnie żołądkiem Albus objął Rose ramieniem. Zawsze widział w kuzynce najbardziej rozwydrzone dziecko na świecie, ale... nikomu nie życzyłby przechodzenia podobnej sytuacji. Najgorsze, że był za nią bezpośrednio odpowiedzialny. Nie to jednak dobiło go najmocniej, a następne słowa, jakie wypowiedziała.
– Straszne, po prostu straszne – podsumowała, przysuwając się do niego jeszcze bliżej. – To naprawdę okropne uczucie przyjaźnić się z kimś, do kogo czuje się coś znacznie więcej. Mam nadzieję, że ciebie to ominie...
Albus się skrzywił. No właśnie. Właśnie w ten sposób można było opisać jego zeszłoroczną relację z Mirrą. W przeciwieństwie do niego Rose miała sto razy gorzej – kuzyn, z którym się przyjaźniła, zepsuł realną szansę na udany związek z chłopakiem, w którym się zakochała; niczym nie zawiniła. Gdy wczuł się w to bagno i postawił na jej miejscu... Gdyby wiedział, że ktoś podłożył mu pod nogami tak wielką kłodę jak Scorpius Rose... Jeżeli przyjaciel w jednym momencie i z pełną premedytacją zepsułby zalążki jego związku z Mirrą... Gdyby zorientował się, że za wszystkim stoi bliska mu osoba...
Oszalałbym z rozpaczy.
– A jeśli dowiedziałabyś się, dlaczego wam nie wyszło, czy chciałabyś spróbować ponownie...? – zapytał z nadzieją, że jego ton głosu nie jest tak oczywisty, jak mu się wydaje.
Odmów. Proszę, powiedz „nie”.
– Oczywiście, że tak! – wrzasnęła. – Czemu miałabym odpuścić?
– Strasznie mi przykro, Rose – powiedział, w gruncie rzeczy przepraszając za cały spowodowany zamęt.
– Dzięki za wsparcie, Albusie. – Dziewczyna przetarła załzawione oczy, a następnie w pocieszającym geście poklepała go po ramieniu. – O nic się nie obwiniaj, bo tylko próbowałeś mi pomóc. Postąpiłeś słusznie. Nie mogłeś dać z siebie więcej. Jestem ci naprawdę wdzięczna za pomoc.
Chłopiec zrobił nieszczęśliwą minę. Nie mógł wyznać prawdy, zwłaszcza po takich słowach. W gardle stanęła mu gula, uniemożliwiając powiedzenie przynajmniej jednego słowa.
Nienawidził się za to całym sercem.
Bożonarodzeniowy poranek minął inaczej niż zwykle – Albus wrócił do swojego pokoju, chcąc porządnie to wszystko przemyśleć, co oczywiście okazało się niemożliwe, gdyż Lily i Hugo wciąż okupowali jego samotnię. O wiele łatwiej było jednak przebywać w ich towarzystwie, niż spędzając czas z niepokojąco miłą Rose. Nie sądził, że kiedykolwiek to przyzna, ale nie potrafił z nią normalnie rozmawiać, zwłaszcza gdy odpowiadała mu tak grzecznie. Nawet nie przypuszczał, że będzie wolał głośną, wszędobylską, dociekliwą, krzykliwą i autorytarną Rose Weasley.
Kiedy spotkanie na dole dobiegło końca, impreza świąteczna ruszyła pełną parą. Zjechali się niemal wszyscy członkowie rodziny, a stół w jadalni został magicznie powiększony, żeby pomieścił i ludzi i przygotowane na tę ucztę pyszności. Goście Harry’ego szybko się zmyli, a dłużej posiedział tylko i wyłącznie pan Krum, z czego niezadowolony był wujek Ron – gdy mężczyzna wychodził, a ciocia Hermiona nie widziała, wykonał nieprzyzwoity ruch dłonią, a potem zatrzasnął z hukiem drzwi rezydencji.
Większość dzieci od razu rzuciła się na prezenty, drąc opakowania i wyjąc wniebogłosy, zupełnie jakby mieli napad szału. Wyjątkiem była oczywiście Rose, która w milczeniu wybrała swoje prezenty i zaniosła je na górę, nie odpakowując na dole ani jednego.
– Mio... miotła...? – stęknął Hugo, trzymając w rękach długą, cienką, na wpół poobdzieraną paczuszkę, z której jednego końca wystawał piękny drewniany trzonek.
– Niespodzianka! – krzyknął podekscytowany wujek, wyglądając na o wiele szczęśliwszego od swojego syna. Chcąc uwiecznić tę wiekopomną chwilę, sfotografował zdumioną twarz dziecka magicznym aparatem.
– Nie potrafię latać – stwierdził smutno chłopiec.
Albus zatopił się we wspomnieniach. Gdy brat kupił mu miotłę, zareagował dokładnie tak samo.
– Spokojnie, wszystkiego powoli się nauczysz – powiedział uspokajająco. – To nic trudnego, naprawdę.
Hugo uśmiechnął się nieśmiało, ale gdy zabrał się za resztę paczuszek, sprawiał wrażenie szczęśliwszego.
Na prezenty ślizgona składały się głównie słodycze, ubrania oraz kilka gadżetów dla żartownisiów ze sklepu wujka George’a, czyli mniej więcej wszystko, czego się spodziewał i czego w gruncie rzeczy oczekiwał. W wieku czternastu lat okres dostawania zabawek i bawienia się nimi miał dawno za sobą. Jedynym zaskakującym podarkiem, który wyróżniał się z tłumu pozostałych, był podręczny zestaw miotlarski[1]. Zanim rozejrzał się po rodzinie, uważnie go obejrzał.
– Mamy nadzieję, że ci się podoba. – Uśmiechnęła się z fotela ciocia Hermiona. – Gdy byliśmy młodsi, podarowałam podobny twojemu tacie na urodziny. Cóż, to było dawno, więc otrzymałeś lepszy model.
– Dzięki, ciociu. – Wyszczerzył się Albus.
Do obiadu siedli niedługo później. Rozmowa, naturalnie, dotyczyła przewspaniałej zawartości półmisków i talerzy. Ślizgon od razu nałożył sobie pieczonych ziemniaków i sięgnął po indyka. W pewnym momencie do jego uszu dobiegła cicha rozmowa wujostwa.
– Jest na to za duży, Fleur – powiedział Bill, kiedy przyuważył, że jego żona kroiła Louisowi świąteczną pieczeń.
– Cóż, pieczeń jest zbyt rozgotowana – podsumowała ciocia. – Mm, wciąż pyszna – dodała, łapiąc zimne spojrzenie Ginny.
Kilka miejsc dalej Teddy zajmował się dokładnie tym samym, co zwykle, czyli dla rozrywki publiczności zmieniał swój wygląd. Dziś zdecydował się na krótkie, brązowe włosy oraz paciorkowate oczy, aczkolwiek w trakcie posiłku padł ofiarą armatniego ostrzału próśb młodszych dzieci, które chciały zobaczyć metamorfomaga w akcji. Życzeń było tyle, że nie wiedział, co powinien przedstawić pierwsze, a co drugie.
– Szczurze wąsy! Zrób sobie szczurze wąsy! – wołał raz za razem Hugo.
– Nie, chcę zobaczyć psi nosek! – krzyczała Lily.
– Wilcze uszy! – prosiła Roxanne.
Na skraju stołu głównym tematem rozmów był quidditch. Wujek Ron opowiadał każdemu, kto tylko miał ochotę go wysłuchać o pierwszej, jakże niesamowitej miotle swojego syna. Niestety, przechwałki doprowadziły do sprzeczki na temat tego, czy rodzaj i jakość miotły mają realny wpływ na potencjał i umiejętności gracza. Gdy dojście do porozumienia okazało się niemożliwe, James stanął na podium.
Kulminacją tego było wymienianie przez Jamesa najlepszych zawodników przy stole.
– Okej, okej! – Uniósł ręce ku górze. Z uśmiechem na twarzy zaczął wymieniać najlepszych zawodników siedzących przy stole. – No dobrze: numer jeden wędruje do mnie, wielkiego Jamesa Pottera – stwierdził, a wszyscy się roześmiali. – Drugie miejsce otrzymuje Charlie Weasley, a trzecie Ginny Potter, bo swego czasu grała zawodowo. Numer cztery to Ron Weasley, a pięć Harry Potter. Szósta jest sosjerka... – tu wskazał na naczynie – a po niej w końcu Albus...
Rodzina zachichotała.
– Nie takie rzeczy słyszałem – skomentował Harry, powoli przeżuwając indyka. – Jak to było...? Dwa do zera pod rząd...?
Jaimie przygasł i zamilkł, a tata puścił Albusowi oczko. Nie mogąc się powstrzymać, chłopiec uśmiechnął się nieśmiało.
Obiad skończył się dopiero wtedy, gdy wszystkie miski były już puściutkie – matka stanowczym tonem odmówiła marnotrawstwa jedzenia. Powiedziała, że niczego nie wyrzuci, ma być po prostu zjedzone. Wujek Ron, napchany do granic możliwości, odchylił się na krześle i beknął tak głośno, że leżąca przed nim szklanka aż się zatrzęsła. Nawet James, przeżarty do cna, nie wysilił się na błyskotliwy żart.
– Co powiecie na trochę muzyki? – zapytała Ginny, wykonując ruch różdżką w stronę radia w salonie. – I może egg nog[2]?
Potem wszyscy wpakowali się do salonu – największego pokoju w całej rezydencji, gdzie większość rozmów wciąż dotyczyła przepysznego obiadu. Koniec uczty zapoczątkował nową imprezę. W samym jej centrum Lily, Hugo, Dominique i Louis grali w Gargulki, a Rose leżała zwinięta w kłębek na kanapie, zajęta czytaniem jednej z wielu książek, które dzisiaj dostała.
Albus odwrócił od niej wzrok, nie chcąc dodatkowo dobijać się tym smutnym widokiem. Chcąc znaleźć kogoś do poplotkowania, rozejrzał się wokół i wypatrzył siedzącego samotnie w jadalni Teddy’ego, który sączył z przyciemnionego kieliszka coś, co mogło być Ognistą Whisky.
– I jak tam ci mija dzień, Allison? – zapytał metamorfomag, gdy usiadł naprzeciwko.
Usłyszawszy stare przezwisko, Albus się uśmiechnął.
– Całkiem, całkiem – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Czy tobie wolno pić? – dodał, kiwając głową.
– Jestem wystarczająco dorosły, nawet jeśli moja babcia rozpowiada wszystkim co innego. – Teddy wzruszył ramionami. – Kiedy w grę wchodzi alkohol, wychodzi z siebie.
– A gdzie ona się zapodziała?
Lupin ziewnął i zmienił swój wygląd. Włosy mu pojaśniały i zrobiły się odrobinę dłuższe. Im dłużej Albus przypatrywał się jego nosowi, tym bardziej odnosił wrażenie, że przypominał wilczy pysk. W rozmyślnym podobieństwie nie było nic dziwnego, gdyż stanowiło ono jedną z częstszych zagrywek Teddy’ego i jednocześnie najbliższą przemianę metamorfomaga, którą dotąd ślizgon zaobserwował.
– Święta spędza w swoim własnym towarzystwie, więc potem do niej zajrzę. Sama mnie nakłaniała do zjedzenia z wami obiadu – powiedział. – Chciałem się też zobaczyć z twoim tatą.
– Czemu?
– Ostatnio rzadko tu bywam. W końcu zamieszkałem z dziewczyną. Urządziliśmy sobie całkiem przyjemne gniazdko – przyznał Lupin. – Za żadne skarby świata nie powtarzaj tego Victoire, dobrze? – dodał pospiesznie, pochylając się do przodu i rzucając szybkie spojrzenie na rodzinę w salonie.
Skinął głową. Jeżeli miał być szczery, to wcześniej nawet nie wiedział, że Teddy i Victoire są parą – dopiero teraz uzyskał potwierdzenie. Decyzja o wspólnym zamieszkaniu z osobą, z którą się kręciło, znacznie wykracza poza ramy zwyczajnej przyjaźni.
– Co tam u ciebie? Wciąż kłócisz się ze swoim staruszkiem?
– Słucham? – spytał Albus, zaskoczony nagłą zmianą tematu.
– Nie zgrywaj głupka. – Uśmiechnął się Lupin. – Wiem, że się poprztykaliście.
– Noo, ale nie jestem na niego wściekły. – Postawiwszy na szczerość, wbił spojrzenie w podłogę. – Ciężko to wytłumaczyć... – Wzruszył ramionami.
Teddy skinął głową. Wydawał się go rozumieć, mimo że w rzeczywistości niewiele usłyszał. W międzyczasie upił Ognistej. Co ciekawe, najwyraźniej miał do alkoholu o wiele lepszą głowę niż wujek Ron. Wypiwszy swoje, nie bełkotał, a wręcz przeciwnie – mówił bardzo wyraźnie i miał jasny umysł.
– Wielka szkoda – podsumował po chwili milczenia. – Biorąc pod uwagę obecną sytuację, niedobrze jest stawać przeciwko sobie, prawda?
Albus spojrzał na niego z zaciekawieniem.
– Mówisz, jakby tata umierał.
– Wszyscy umrą. Oczywiście, gdy przyjdzie ich dzień i godzina. – Teddy wzruszył ramionami. – Chodzi mi o tu i teraz, o obecny świat. Na mój gust to sprawy będą się tylko pogarszały, a nie poprawiały. A to z kolei sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, prawda? Czy mamy wystarczająco czasu na nerwy i złości? Czy warto się ignorować?
Ślizgon zapatrzył się bezmyślnie w przestrzeń, będąc niezdolnym do wykrztuszenia choćby jednego słowa.
– Wiesz, co się dzieje z moim tatą? – zapytał po dłuższej chwili. – Powiedział, że oberwał od teleskopu.
Lupin wybuchnął śmiechem.
– Nie wierz we wszystko, co wpierają dorośli, dzieciaku – parsknął. – Jakiś frajer walnął go kilka dni temu.
– Co...?
– To naturalna kolej rzeczy, zwłaszcza gdy jest się legendą wielkiego kalibru. Jeśli bohater przestaje być heroiczny, społeczeństwo automatycznie uznaje go za wyrzutka. Nie martw się na zapas, Allison. Uwierz mi, Harry’emu to bardzo pasuje.
– Dlaczego? Niby czemu miałby lubić bycie znienawidzonym popychałem...?
– Cóż, komuś musiała przypaść ta nieszczęsna rola – stwierdził Teddy. – Chodzą pogłoski, że Ares chce wywołać wojnę. Waddlesworth i Wybawczy Alians Różdżek chodzą po ulicach i głoszą pierdoły na temat Ministerstwa. Społeczeństwo nie wie, do kogo powinno się zwrócić o pomoc. Właśnie dlatego twój tata na razie nie walczy. Bez słynnego Harry’ego Pottera ludzie nie mają kogo obarczyć winą. Dzięki temu cały bajzel się rozpadnie. Społeczeństwo po prostu potrzebuje wspólnego wroga, ponieważ – jestem w stu procentach przekonany – jeśli będzie podzielone, gdy pojawi się prawdziwy, rzeczywisty wróg, zastanie nieprzygotowany do wojny, wewnętrznie rozdarty tłum, który łatwo zmanipulować. Harry to rozumie.
– Więc... więc mój tata po prostu odszedł od tego kolesia, który go uderzył? – zapytał z niedowierzaniem Albus.
Teddy znowu się zaśmiał.
– Och, nie, no co ty. Gościu wciąż jest w Świętym Mungu. Akceptacja roli wroga publicznego nie oznacza przyzwolenia na zaczepki i ataki fizyczne. Wiesz, Harry Potter jest człowiekiem, z którym nie powinno się zadzierać, zwłaszcza po wychowaniu się na jego legendzie.
Albus się uśmiechnął i zamilkł, przez co w jadalni zapadła cisza.
– A jak tam w Hogwarcie? – zapytał Lupin.
– Kiepsko – odpowiedział, zdając sobie sprawę, że w tym momencie bardzo przypominał Morrisona.
– Czemu? – spytał Lupin.
– Mam problem z dziewczyną – stwierdził, marszcząc brwi.
– Ach. – Teddy również zmarszczył brwi. – Jest urocza?
– Oczywiście – burknął nieco wyzywająco Albus, szczerze zdziwiony priorytetami rozmówcy.
– W jakim jest domu?
– W Gryffindorze.
– Ała, a przyjaźnicie się w ogóle?
– Mniej więcej – przyznał. – Między nami trochę się poknociło. Moja wina, bo namieszałem. Niedawno zrobiłem coś okropnego jej przyjaciółce.
Lupin jeszcze zmarszczył brwi.
– Och, zawsze możesz spróbować Opatentowanych Tekstów...
– Nie! Proszę, nie! – Albus z trudem powstrzymał śmiech.
– Widzę, że wprowadzono cię w temat. – Metamorfomag zachichotał. – Cóż, najwyraźniej dziś jest twój szczęśliwy dzień. W ramach dodatkowego prezentu dam ci wspaniałą radę. Ogranicz zmartwienia i dobrze wykorzystaj swój czas, a wszystko samo się ułoży.
– Jak to? – zapytał ponuro. – Przecież namieszałem.
– Naturalnie! W końcu jesteś facetem, matołku. Mężczyźni ciągle mącą wodę, zawsze coś knocą, a potem się z bagna wygrzebują, tylko po to, żeby w najbliższej przyszłości znowu coś spaprać! To nasz obywatelki obowiązek, po to pakujemy się w związki. – Uśmiechnął się zawadiacko Teddy. – Czy James naprawdę niczego cię nie nauczył...?
– Możliwe, że kiedyś wspominał o czymś podobnym – powiedział z namysłem, przypominając sobie rady brata z zeszłego roku. – Więc w jaki sposób powinienem naprawić szkody...?
– Zdecydowanie porzucić pośpiech. – Lupin wzruszył ramionami. – Zastanów się nad rozwiązaniem problemu. Jeśli potrzebujesz miejsca, w którym mógłbyś swobodnie pomyśleć, to polecam ci jezioro około północy. Odkryłem tę miejscówkę, gdy byłem jeszcze w szkole.
– Jezioro? – zapytał. – Odpada.
– Użyj głowy. Kto normalny patroluje w nocy okolice jeziora? Prefekci i nauczyciele skupiają się na zamku. Ja zwyczajnie przeskakiwałem przez skały i kucałem na brzegu, nie za daleko, by nie przeszkadzać kałamarnicy.
Albus skinął powoli głową.
– Dzięki, zapamiętam – powiedział. – Żałuję, że tutaj nie mam miejsca, żeby na spokojnie pomyśleć – dodał, zerkając okupującą salon rodzinkę.
– Śmiało, idź na górę. – Uśmiechnął się Teddy. – Obiecuję, że nikt ci nie przeszkodzi w najbliższym czasie. Osobiście tego dopilnuję.
– Dzięki – powtórzył z wdzięcznością, szczęśliwy, że przy każdej okazji nie musi patrzeć na zrozpaczoną Rose.
Wyszedł z jadalni i przedarłszy się przez tłum, zrobił ostry skręt na schody na piętro. Ze wszystkich zgromadzonych w salonie ludzi, tylko tata zdawał się zauważać jego ewakuację.
– Gdzie idzie Albus...? – Harry zmarszczył brwi, kiedy Teddy dołączył do reszty rodziny.
– Na górę. Mówił, że nie czuje się zbyt dobrze, a podobno wczoraj nie było lepiej. Odpocznie w cieplutkim łóżku – stwierdził metamorfomag. – Cóż, pomyślałem, że kilka łyków Ognistej dobrze mu zrobi, ale najprawdopodobniej się pomyliłem...
– Whisky...?
– Och, Daj spokój, Harry. – Uśmiechnął się bezczelnie Teddy. – Mamy Boże Narodzenie...
Albus nie usłyszał więcej z ich rozmowy. Jedynym dźwiękiem, który docierał już do jego uszu, była dobiegająca z dołu muzyka. Gdy znalazł się poza zasięgiem hałasu, odetchnął głęboko z ulgi. Naprawdę zamierzał się położyć i nieco odpocząć, może nawet zdrzemnąć. Wtem, będąc w połowie drogi do pokoju, zatrzymał się gwałtownie ze wzrokiem utkwionym w drzwiach sypialni rodziców.
Jak długo będzie kryty...?
Przez chwilę kręcił się w miejscu, rozważając możliwości. Czy będzie miał jeszcze jakąś szansę na obejrzenie wspomnienia Fairharta? Zawartość szklanej fiolki jest bardzo ważna i należy trzymać ją w tajemnicy; podobno powie mu wszystko, co powinien wiedzieć na temat wojny... włączając w to najpilniej strzeżone informacje...
Rozważywszy konsekwencje ewentualnego przyłapania na gorącym uczynku, szybko podjął decyzję. Wszedł do swojego pokoju i wziął odpowiednią fiolkę, po czym zaczął się cicho skradać do sypialni rodziców. Kiedy sięgał do klamki, serce waliło mu w piersi, ale osiągnął sukces – zamknął drzwi bez najcichszego skrzypnięcia.
Nie zapalił światła. Nie chciał, żeby jakiś przypadkowy członek rodziny idący np. do łazienki odniósł wrażenie, że pokój jest aktualnie używany. Szczelina pod drzwiami potrafiła być zdradliwa. Obszedł duże łóżko i przykucnął przy magicznie poszerzonej szafce, gdzie – jak już wiedział – znajdowała się myślodsiewnia. Otworzył małe drzwiczki i jego oczom ukazała się dziwaczna zbieranina najróżniejszych przedmiotów; rozpoznał w nich jakąś starą paczkę, zużyte karty do Eksplodującego Durnia i ułamanego złotego znicza. Z największą ostrożnością zaczął przeszukiwać szafeczkę, starając się, żeby wszystkie przestawione przez niego przedmioty wróciły na swoje miejsce. Czuł się znowu tak, jakby był w gabinecie Blackwood i starał się nie nabałaganić.
Przez kilka długich minut wyciągał dziwne i proste przedmioty, aż w końcu znalazł to, czego szukał. Używając trochę siły, wyciągnął dużą kamienną misę, która wyglądem przypominała głaz. Gdy dostrzegł na boku myślodsiewni wygrawerowaną olbrzymią literę „P”, uśmiechnął się z triumfem.
Albus rzucił okiem na drzwi, tak jakby jego jedno groźne spojrzenie mogło zatrzymać w progu potencjalnego intruza. Żałował, że nie ma ze sobą Mapy Huncwotów rezydencji Potterów, bo byłaby w tym momencie bardzo przydatna. Bez niej mógł mieć tylko nadzieję, że wspomnienie nie będzie zbyt długie.
Odkorkował szklaną fiolkę i wlał jej zawartość do starej, kamiennej misy. W podekscytowaniu i patrzył, jak wspomnienie zaczyna wirować. Miał gęsią skórę, chociaż nie wiedział, czy to dlatego, że działanie pod wpływem ryzyka przyłapania było ekscytujące, czy też dlatego, że zaraz dowie się czegoś istotnego. Mimo to obie te opcje były poniekąd niepokojące.
Nie minęło dużo czasu, gdy srebrna substancja zaczęła tworzyć obraz ciemnego pokoju. Albus pochylił głowę i dał się wciągnąć we wspomnienie.
Uderzył stopami w solidny grunt, tak jakby przywykł do myślodsiewni. Do tej pory trzykrotnie odbył podobną podróż: w podobny sposób zwiedził hogwardzką salę, Ministerstwo Magii oraz Azkaban. Miejsce, w którym dziś wylądował – o ile to tylko możliwe – było jeszcze bardziej mrożące krew w żyłach, niż pozostałe łącznie.
Znajdował się w ciemnej, kwadratowej i brudnej sali. Kamienna podłoga pokryta była kurzem i gruzem, a na obskurnych ścianach znajdowała się obrzydliwa czerwona substancja, która mogła być nawet krwią. Jedyne światło pochodziło od jasnopomarańczowego płomienia, który w magiczny sposób został zawieszony nad głową w formie olbrzymiej, wirującej kuli ognia, która sprawiała wrażenie żywej istoty, zmuszonej do przybrania określonego kształtu, próbującej się uwolnić z okowów. Na pierwszy rzut oka tajemniczy pokój przypominał salę tortur lub miejsce przesłuchań niebezpiecznych więźniów.
Gdy światło objęło całą komnatę, okazało się, że Albus nie był tutaj sam, a pokój był o wiele, wiele większy niż z początku przypuszczał. Dopiero wtedy zauważył, że otaczał go krąg ludzi ubranych w czarne szaty z małymi srebrnymi emblematami. W sumie było ich około dwudziestu lub trzydziestu. Wszyscy stali w bardzo zorganizowany sposób, przez co chłopiec odniósł wrażenie, że miejsca, w których się ustawili, były ich „oficjalnymi”.
Wnioskując po znajomych szatach, rozpoznał renegatów, najprawdopodobniej najbardziej rozpoznawalnych bądź szanowanych członków Wybawczego Aliansu Różdżek. Wielu z nich miało zarzucone na głowy kaptury i tylko nieliczni pokazywali swoje oblicze, a wśród nich Sancticus Fairhart.
Wyglądał na młodszego, choć twarz wciąż miał zniekształconą i groteskową. W przeciwieństwie do innych zakapturzonych postaci, które odwracały głowy i wykręcały szyje, gapiąc się na siebie, stał nieruchomo, przez co wyglądał bardzo dostojnie. Zazwyczaj niechlujne, czarne włosy wisiały mu luźno po bokach, dzięki czemu można było odnieść wrażenie, że chce pozostać niezauważony, niewidzialny. Miał nieprzeniknioną minę, a obok niego stała Ida Blackwood, kolejna znajoma osoba.
Albus sapnął.
Była promienną kobietą ze zdjęcia, tak różną od chłodnej i nieprzystępnej czarownicy, która obecnie go uczyła. Piękne blond włosy opadały jej swobodnie na ramiona, a idealnie białe zęby lśniły w świetle ognistej kuli.
Biorąc pod uwagę jej młodzieńczy, radosny widok, można było przypuszczać, że wspomnienie pochodziło sprzed dziesięciu bądź nawet piętnastu lat. Wzrok wbiła w Fairharta, który był od niej wyższy, jakby miała nadzieję, że zwróci na nią swoją uwagę. Kiedy mężczyzna nie odwzajemnił szczęśliwego spojrzenia, troszkę się podłamała. Nie minęła jednak minuta, nim się znów rozjaśniła.
– Przyprowadźcie go!
Albus podskoczył w miejscu, zaskoczony charakterystyczną, znajomą barwą głosu. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył, że ludzie ze wspomnienia zbili się w ciaśniejszą grupę, a tuż za nim stał Młot, wyglądający dokładnie tak samo, jak przy ich ostatnim, mało przyjemnym spotkaniu. Niektórzy renegaci patrzyli na niego z wyraźną zazdrością – najwyraźniej był tutaj najwyższy rangą. Gdy ślizgon rozejrzał się wokół, nigdzie nie dostrzegł Warrena Waddleswortha. Gdzie się podziewał...?
Drzwi do pokoju się otworzyły i Albus ponownie poskoczył w miejscu; nawet nie wiedział, że w pobliżu było inne wejście. Dopiero kiedy się rozejrzał, zobaczył, że to pomieszczenie łączyło się z jeszcze dwoma innymi. W otwartych drzwiach człowiek z naciągniętym na głowę kapturem ciągnął za sobą mężczyznę, który czołgał się i krzyczał. Jego ubranie było poszarpane i gdzieniegdzie zakrwawione; nic nie widział, bo miał związane oczy.
– Nie, nie! – wrzeszczał na całe gardło, zawzięcie próbując wywijać rękoma – nadaremnie, gdyż skute dłonie. Był blady i jakby wychudzony, a na twarzy pomarszczony. – Nic nie wiem, naprawdę nic! Jestem niewinny!
Mężczyznę zaciągnięto tuż przed Młota, po czym rzucono go na kolana. Człowiek, który go tutaj wprowadził, wszedł w wolne – najwyraźniej należące do niego – miejsce w okręgu.
– Proszę! Proszę! – błagał.
Młot podniósł różdżkę.
– Crucio!
Mężczyzna zawył z bólu, a Albus wzdrygnął się i zamknął oczy, zmuszony do słuchania przerażających, donośnych krzyków. Zaklęcie nie zostało zdjęte szybko, a trwało i trwało, jakby w nieskończoność. Kiedy ślizgon w końcu otworzył oczy, więzień wciąż wił się na podłodze i rzucał.
Spojrzał na twarz kata i mimowolnie sapnął. Młot obnażył zęby, sprawiając wrażenie człowieka, któremu bardzo odpowiadało to, co właśnie robił. Inni renegaci również byli zadowoleni, a niektórzy co chwilę się śmiali. Jedyną osobą, której twarz nie zdradzała żadnych emocji, był Fairhart.
Po dłuższym momencie Młot opuścił różdżkę i przerwał klątwę. Mężczyzna na podłodze nadal płakał z bólu, a bełkotane przez niego słowa były praktycznie nierozpoznawalne.
– Ethanie Lowe, zgodnie z twoją kartoteką w Ministerstwie Magii, zostałeś oskarżony o podążanie za Czarnym Panem, Lordem Voldemortem podczas drugiej wojny czarodziejów...
– Nie, zostałem zmuszony! Zaklęciem Imperius! Ministerstwo odrzuciło wszystkie zarzuty!
– ...i o skazanie na tortury nie mniej niż jedenastu czarodziejów i czarownic. Byłeś obecny przy trzech morderstwach...
– Nie miałem wyboru! – ryknął mężczyzna, leżąc teraz na plecach.
– ...i zostałeś zwolniony z aresztu trzy miesiące później, po tym, jak uznano cię za niewinnego z powodu rzekomego bycia pod klątwą Imperius podczas wymienionych wcześniej działań.
– Tak! Właśnie tak! Tak! – jęknął. – Proszę!
– Kontrola! – krzyknął Młot, szarpiąc głową w kierunku jednej z zakapturzonych postaci. Wywołany renegat podszedł do związanego człowieka z małym, srebrnym nożem w dłoni. Albus przez chwilę myślał, że chce przeciąć więzy na nadgarstkach, ale ten rozciął mu rękaw szaty. Na przedramieniu sponiewieranego człowieka widniał wyblakły czarny znak czaszki z wystającym z ust wężem. – Klątwa Imperius, oczywiście! – parsknął Młot. – To może jeszcze raz. Crucio!
Komnatę ponownie wypełnił zbolały wrzask. Ślizgon szybko odwrócił wzrok od tortur, skupiając się w zamian na ekspresji Fairharta. Nie wiedział, co konkretnie chce zobaczyć, ale tylko się rozczarował rozczarowany. Auror wciąż beznamiętnie oglądał przedstawienie.
Tym razem sesja szybko się zakończyła.
– Dlaczego Ministerstwo puściło cię wolno? Ile nazwisk wydałeś?
– Żadnego! – płakał mężczyzna. – Byłem pod zaklęciem Imperius, kiedy przyjmowałem Znak! Naprawdę! Zeznawałem pod Veritaserum!
– Jakbyśmy wcześniej tego nie słyszeli – warknął jakiś zakapturzony czarodziej w pobliżu Fairharta.
– Cisza! – ryknął Młot, rzucając mu twarde spojrzenie. Potem ponownie odwrócił się do swojej ofiary. – Wszyscy tak kłamiecie. Chcemy prawdy! – powiedział. – Crucio!
Znowu to samo, pomyślał Albus i zamknął oczy, podczas gdy mężczyzna krzyczał z bólu, a jego wrzaski odbijały się echem od ścian. Otworzył je, dopiero gdy Młot przerwał klątwę i z zaskoczeniem zauważył, że kat kucnął nad pokonaną ofiarą.
– Podałeś im nazwiska. Jesteś mordercą, kłamcą i tchórzem – podsumował. – Chcę kolejnych nazwisk. Dziesięciu. Śmierciożercy, którzy są Azkabanie, nie żyją lub ich dorwaliśmy, się nie liczą. Dziesięć nowych nazwisk. Może i spłaciłeś dług wobec Ministerstwa Magii, ale jesteś też coś winien Wybawczemu Aliansowi Różdżek.
– Proszę! Nie znam nikogo! Byłem trzymany pod Imperiusem!
– Jeszcze raz? – zagrzmiał Młot, unosząc różdżkę.
Mężczyzna skulił się, lecz nie dosięgło go żadne zaklęcie.
– Nie, nie, nie! – kontynuował swoje błagania.
– Przyprowadźcie ją! – powiedział Młot.
Szlochająca ofiara nagle znieruchomiała.
– Co...? Kogo...? – sapnął. – Przyprowadzić kogo...?
Renegat trzymający Ethana opuścił pomieszczenie i po niedługiej chwili wrócił z małą dziewczynką. Albus poczuł, jak coś w nim zamiera, a skóra cierpnie.
– Tatusiu! – krzyknęła mała i spróbowała wyrwać się z żelaznego uścisku czarodzieja. Ten wymierzył jej tak potężnego kopniaka, że upadła na ziemię, gdzie uderzyła głową o kamienną podłogę. Nikt ze zgromadzonych wokół ludzi nie zaprotestował ani się nie zaśmiał.
– Lily! – wrzasnął Ethan, a Albus poczuł, że jego serce przyspiesza swój rytm. Dziewczynka miała długie brązowe włosy i jasną karnację, w niczym nie przypominała jego siostry, a mimo to... dzieliły imię. Przez jedną długą, przerażającą chwilę, ślizgon wyobraził sobie swoją Lilkę leżącą na ziemi z krwawiącą wargą i rozbitą głową z powodu upadku. Zamarł w bezruchu.
Młot zerwał mężczyźnie opaskę z oczu i gdy ten tylko zorientował się w sytuacji, spróbował podczołgać się do swojej córki. Oceniając po wyglądzie, dziewczynka mogła mieć najwyżej dziewięć lat.
– Tatusiu! – Mała przez chwilę po prostu patrzyła, jak tata próbuje się do niej zbliżyć – skrępowany i zbólowany, naśladował ruchy dżdżownicy. Następnie wzięła z niego przykład, przekręciła się na brzuch i zaczęła się czołgać. Albus dopiero wtedy zauważył, że i ona jest związana.
Młot uniósł różdżkę i, jakby czekał na dokładnie ten moment, wycelował w Ethana.
– Crucio!
Ślizgon nie wiedział, kto krzyczał głośniej – mężczyzna czy dziewczynka. Ethan zwinął się w kulkę, przypominając teraz chowającego się w skorupie żółwia, zaś mała płakała i płakała, próbując zakryć ojca własnym ciałem. Gdy klątwa została zdjęta, torturowany człowiek trząsł się w niekontrolowany sposób.
Młot wyciągnął rękę, chwycił dziewczynkę i odrzucił ją na bok, ponownie zwiększając dystans pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Ethan się nie poddawał i nim minęła minuta, wznowił czołganie. Wszem wobec było jasne, że jedyne, na czym mu teraz zależy, to być blisko córki.
– Lily, kochanie. Wszystko będzie dobrze – wyjęczał z mokrymi od łez policzkami. Obserwując jego poczynania, renegaci trochę się cofnęli, robiąc rodzinie więcej miejsca. – W porządku, tatuś jest obok...
Młot zrobił krok naprzód i stopą przycisnął głowę Ethana do ziemi. Siła przytupu sprawiła, że twarz mężczyzny z gruchotem uderzyła o kamienną posadzkę, a z nosa natychmiast trysnęła mu krew. Przerażona dziewczynka znowu krzyknęła, podczas gdy Młot zwiększył siłę nacisku.
– Dlaczego nie powiesz małej prawdy, Ethan...? – splunął. – Czemu nie powiesz córce, że nic nie będzie w porządku; że umrze, bo nie chcesz podać nam nazwisk?
– Tatusiu, proszę! – jęknęła Lily, zwinięta w kłębek, krztusząc się łzami zmieszanymi z krwią oraz brudem. Wyczerpana, zaprzestała czołgania. – Tatusiu, proszę! Powiedz im wszystko, co wiesz!
– Nic nie wiem! – wrzasnął mężczyzna, wyraźnie zdesperowany. – Wypuśćcie nas, bo nie mamy żadnych informacji!
– Dziesięć nazwisk. – Młot był nieugięty.
– NIE ZNAM ŻADNYCH NAZWISK! – powtórzył Ethan. – Gdybym coś wiedział, przecież bym powiedział. Błagam, wypuśćcie moją córkę. Zabijcie mnie, ale oszczędźcie Lily. Nie krzywdźcie mojego dziecka!
Młot zrobił krok wstecz.
– To przykre, że ojciec cię nienawidzi. Mówi jedno, a robi drugie. Tatuś chce, żeby spotkała cię krzywda – powiedział chłodno, gdy odwrócił się do małej. – Crucio!
Dziewczynka wrzasnęła, a razem z nią Ethan, jeszcze głośniej niż wtedy, kiedy sam był torturowany. Albus również nie wytrzymał i krzyknął, podczas gdy Lily wiła się na podłodze w agonii, płacząc i skomląc.
Rzucił się biegiem do Fairharta, którego wyraz twarzy w końcu uległ zmianie. Mimo to wciąż stał w miejscu z zaciśniętymi ustami, patrząc wprost na Młota. Ślizgon położył dłonie na ramionach mężczyzny, próbując nim potrząsnąć, aczkolwiek nadaremnie, ponieważ jego ręce natrafiły na powietrze.
– ZRÓB COŚ! COKOLWIEK! – wrzeszczał, chociaż nie przekrzyczał dziewczynki. – NIE STÓJ TAK! POMÓŻ JEJ!
Niestety, to było tylko wspomnienie, a więc zapis minionych wydarzeń. Stojący w komnacie tortur Fairhart nie był nawet świadomy obecności postronnego obserwatora; nie mógł go ani zobaczyć, ani usłyszeć. Uświadomiwszy sobie daremność swoich działań, Albus szybko się odwrócił. Jeżeli nie Fairhart, ktoś z tłumu z pewnością zainterweniował...
Niestety nie.
Ojciec i córka wciąż krzyczeli. Renegaci zamilkli, nikt się nie zaśmiał, a część, chcąc zakryć swoje miny, założyła kaptury na głowę. Fairhart i, co ciekawe, Blackwood znajdowali się w grupie, która nie wykonała żadnego ruchu. Kobieta, chociaż przyglądała się torturom, nie sprawiała wrażenie szczęśliwej – po jej wcześniejszym uśmiechu nie został nawet ślad.
Gdy klątwa została zniesiona, dziewczynka wciąż się trzęsła. Długotrwała ekspozycja na zaklęcie Criuciatus niosła za sobą przykre konsekwencje, zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek ofiary – głowa Lily raz za razem odbijała się od podłogi, a przy każdym kaszlnięciu wypluwała z siebie coraz to więcej krwi. Jedną rękę miała nienaturalnie wygiętą do tyłu, a więc najprawdopodobniej złamaną.
– Błagam! – Ethan doczołgał się do szlochającej córki i przykrył jej ciało swoim. – PROSZĘ! PROSZĘ, PRZESTAŃ!
– Chcemy nazwisk!
Mężczyzna ryknął z rozpaczy i Albus nie mógł go winić. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały, że Ethan naprawdę nic nie wiedział.
Młot ruszył do przodu. Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał rozwiązać sponiewieranego czarodzieja, ale zamiast tego po prostu przyklęknął obok niego.
– Kolejne pokolenie śmierciożerców. – Wskazał głową na dziewczynkę. – Będziemy kontynuować przesłuchanie, dopóki nie nabierzesz chęci do mówienia.
Lily krzyknęła przeraźliwie, wiedząc, co zaraz nastąpi, a Ethan jęknął, zrozpaczony. Albus znowu spojrzał na Fairharta, nienawidząc go każdą cząstką swojego ciała. Jak mógł nie interweniować...?
Młot uniósł różdżkę.
– Cru...
Wreszcie.
Fairhart wystąpił z tłumu i w okamgnieniu chwycił kata za ramię. Z niepodobną do siebie siłą, zmusił go do upadku na kolana i przerwania inkantacji.
– Wystarczy, Zydrunasie – zawyrokował ochryple.
Wśród renegatów nastąpiło poruszenie. Niektórzy wciąż wstali w bezruchu, a inni zaczęli pomiędzy sobą szeptać. Gdy Młot wyszarpnął rękę z uścisku Fairharta, Blackwood zrobiła przerażoną minę.
– Nie przyjmuję rozkazów od ciebie, Sancticusie – odpowiedział zimno, podnosząc się z podłogi. Kiedy wstał, okazało się, że był o ponad stopę wyższy od swojego rozmówcy. Ten jednak nie dał się łatwo zastraszyć – wciąż stał wyprostowany.
– To nie rozkaz, a ostrzeżenie.
Stłoczona wokół grupa sapnęła, a następnie zaczęła otwarcie rozmawiać.
– Sancticus rzucił właśnie wyzwanie Zydrunasowi...?
– Warren nie toleruje niesubordynacji...
– Ostrzeżenie, powiadasz? – Uśmiechnął się nieprzyjemnie Młot. – A jeżeli nie posłucham? Co takiego zrobisz...?
Fairhart w jednej chwili wyciągnął z szat różdżkę i wycelował nią w twarz przeciwnika. Jego policzki lekko poróżowiały, podczas gdy inni renegaci sapnęli z wrażenia.
– Myślę, że dobrze wiesz, Zydrunasie – powiedział cicho. – To się skończy tutaj i teraz. Cokolwiek zrobisz dziewczynce, odbije się to po stokroć na tobie.
– Groźba, jak śmiesz...?! Jako numer dwa dowodzę temu przesłuchaniu – warknął Młot. – Słucham się tylko Warrena. Obiecuję, że za niesubordynację zostaniesz zabity!
Albus odwrócił się do Lily i Ethana. Mała wciąż płakała, a mężczyzna znów zaczął się czołgać w jej kierunku.
– Przesłuchanie się zakończyło. – Fairhart zacisnął zęby.
– Zabierz tę różdżkę sprzed mojej twarzy! – ryknął Młot.
Sancticus nie ruszył się nawet o krok, nie sprawiając wrażenia zastraszonego.
– To dziecko, Zydrunasie. Dziewczynka jest niewinna. Co niby takiego zrobiła?
– Śmierciożercy nie mają dzieci, a następców! Zabierz tę różdżkę sprzed mojej twarzy!
– Naprawdę myślisz, że facet coś ukrywa...? Gdyby cokolwiek wiedział, dawno zacząłby sypać. – Fairhart wycelował pomiędzy oczy Młota. – Co może zyskać, odmawiając nam współpracy? To oczywiste, że jest czysty, a mimo to upierasz się, że skrywa jakieś tajemnice. Torturowałeś jego córkę. Jestem przekonany, że wyśpiewałby ci wszystko w chwili, kiedy kazałeś ją tutaj przyprowadzić!
– ZABIERAJ TĘ PIEPRZONĄ RÓŻDŻKĘ SPRZED MOJEJ TWARZY! – Czarodziej był nieugięty. Szybkim, zręcznym ruchem odtrącił ramię Sancticusa i wycelował w płaczącą dziewczynkę. – AVADA KEDAVRA!
Wtem wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Albus krzyknął „nie”, chociaż wiedział, że nic tym nie wskóra, a Fairhart odwrócił się i ponownie wycelował różdżką w twarz Młota. Strumień zielonego światła poleciał w dół, ku przeznaczonej mu ofierze. Związany Ethan wrzasnął wniebogłosy, po czym szarpnął się i z zaskakującą siłą rzucił do przodu, przyjmując na siebie zaklęcie. Gdy zwalił się martwy na ziemię, Lily wrzasnęła.
Z końca różdżki Fairharta wystrzelił biały płomień, tak oślepiający, że Albus przez chwilę widział tylko to oszałamiające światło. Wszyscy spanikowali i zaczęli krzyczeć, a potem rozległ się dziwny, głuchy odgłos. Gdy chłopiec odzyskał zdolność widzenia, zobaczył, że Młot leciał na ścianę za sobą z niewiarygodną wręcz szybkością, podczas gdy renegaci uskakiwali mu z drogi, próbując ratować własne skóry. Gdy mężczyzna uderzył plecami o ścianę, ta pękła, tworząc olbrzymią dziurę. Kiedy światło całkowicie zniknęło, ślizgon zauważył, że Młot ma rozbitą głowę, z ust cieknie mu strużka krwi; drżał w niekontrolowany sposób, jakby wewnątrz był cały poraniony. Kiedy się zakrztusił, oczy wywróciły mu się białkami do góry.
Renegaci zareagowali natychmiast. Wszyscy, niczym jeden mąż, wygrzebali z szat różdżki i wycelowali w Fairharta. Albus się przeraził, że mężczyzna umrze, ale potem przypomniał sobie, że to tylko wspomnienie, czyli wyszedł z tego zwycięsko.
– Kto następny? – zapytał wojowniczo Sancticus, przyjmując pozycję do ataku. – Dla następnego przeciwnika nie będę równie łaskawy. Czy życie się dziś zakończy?
Wszyscy stali z uniesionymi różdżkami, ale nikt się nie poruszył, nic nie zrobił. Fairhart zaś obracał się w kółko, celując w każdego po kolei. Przyglądając się tej scenie, Albus doszedł do wniosku, że ci ludzie wyglądają na bardziej przerażonych, niż ten, którego w gruncie rzeczy osaczyli. Tylko jeden renegat nie był przygotowany do ataku. Blackwood wybiegła z kręgu i stanęła przed Fairhartem z rozłożonymi szeroko rękoma, tak jakby to on potrzebował pomocy.
– Stop! Przestańcie! Wszyscy natychmiast opuścić różdżki! – krzyknęła, aczkolwiek nie została wysłuchana. Najwidoczniej nie miała aż tak wysokiej rangi jak Młot, który przestał drzeć, chociaż wciąż wydawał się balansować pomiędzy życiem a śmiercią.
– Hej, ty! – Fairhart wskazał zakapturzoną postać, która wprowadziła Lily na salę. Celował w nią poprzez szeroko rozłożone ramiona koleżanki. – Rozwiąż dziewczynkę i puść ją wolno.
– Nie przyjmuję od ciebie rozkazów – splunął mężczyzna, trzęsąc się niemiłosiernie ze strachu, przez co jego różdżka podskakiwała co chwilę w górę i w dół.
– Sancticusie, przestań! – powiedziała Blackwood. – Wykonaj polecenie! – krzyknęła do tamtego czarodzieja. – Zrób to, albo wszyscy zginiemy!
Po dłuższej chwili wahania mężczyzna ostrożnie wystąpił z kręgu, wciąż trzymając różdżkę w pogotowiu i podszedł do dziewczynki. Ukląkł przy niej i wyciągnął srebrny scyzoryk. Lily płakała nad ciałem ojca, najwyraźniej nieświadoma tego, co się działo wokół niej. Gdy wiążące małą liny zostały przecięte, natychmiast objęła małymi rączkami ciało taty i położyła głowę na jego klatce piersiowej, zanosząc się szlochem.
Fairhart spojrzał na nią nieszczęśliwie, po czym przeszedł obok Blackwood, minął Młota i wyszedł z pokoju tymi drugimi drzwiami, podczas gdy pozostali renegaci wciąż stali nieruchomo w pozycji bojowej. Scena zaczynała się powoli rozmazywać. Albus przez moment nie rozumiał dlaczego, ale potem uświadomił sobie, że Fairhart po prostu opuścił salę i nie wiedział, co działo się tam dalej. Wspomnienie nie zawierało w sobie niczego więcej.
Szybko więc ruszył za nim i zobaczył, że znalazł się w znajomym, białym korytarzu z charakterystycznymi czerwonymi drzwiami po bokach. Serce wywinęło mu koziołka, bo rozpoznał to miejsce. To główna siedziba Wybawczego Aliansu Różdżek, gdzie był zaledwie miesiąc temu. Właśnie przeszedł obok gabinetu Waddleswortha, choć nie miał najmniejszego pojęcia, czy mężczyzna był w środku, czy też nie. Gdy obejrzał się za siebie, zobaczył, że drzwi, przez które wyszedł, były zabite deskami. Je też widział już wcześniej – teraz jednak wyglądały odrobinkę inaczej. Szedł dalej z mocnym przekonaniem, że za niedługo dowie się, dlaczego zmieniły swój styl.
Wtem drzwi z tyłu się otworzyły, a Fairhart odwrócił się gwałtownie. Nie miał jednak przygotowanej różdżki – najwyraźniej schował ją w swoich szatach. Zamiast tego, poruszył ręką, czym wywołał podmuch niebieskiego światła, które niemal całkowicie zniszczyło ścianę obok. Uszkodzenia były tak potężne, że drzwi ledwo co wisiały na zawiasach.
– To tylko ja! To ja! – krzyknął kobiecy głos i po chwili na korytarz wyszła Blackwood. Kaszlała. Włosy miała potargane, a ręce w górze. Oparła się o pozostałości po drzwiach. – To tylko ja – powtórzyła cicho.
– Przepraszam, Ida. – Fairhart wyciągnął różdżkę. Machnął nią raz i unoszący się wszędzie pył zniknął. – Byłem przekonany, że to Zydrunas.
– Zydrunas jest niedysponowany. Nie będzie cię ścigał – odpowiedziała ponuro. – Co dokładnie mu zrobiłeś?
– Nieistotne. Przeżyje, jeśli pomoc przybędzie na czas.
Na korytarzu zapadła cisza, a po chwili Blackwood wybuchnęła płaczem.
– Co ty sobie myślałeś, San...? Nie zostaniesz zdegradowany, czy też wyrzucony! – histeryzowała. – Zaatakowałeś prawą rękę Warrena! Sprzeciwiłeś się rozkazom! Zginiesz!
– Warrenowi brak odwagi i talentu – odpowiedział Fairhart. – Nie musisz się o mnie martwić.
– Niby jak...?! – sapnęła. – Musisz to wyjaśnić. Nie możesz, ot tak sobie, uciec! Wtedy w żaden sposób cię nie wytłumaczę! Nie będę w stanie ci pomóc! Musisz...
– Nie zostanę tutaj. Odchodzę – przerwał jej stanowczo. – To nie miejsce dla mnie.
– Co takiego...?!
– Dołączyłem do Wybawczego Aliansu Różdżek, żeby powstrzymać mrocznych czarodziejów od wyrządzania innym krzywdy, a nie po to, żeby historia się powtórzyła. Nie będę torturował niewinnych ludzi!
– Nie ty rzucałeś zaklęcie! – zapłakała.
– W tym też problem! – krzyknął tak głośno, że kobieta zamilkła. – Uczestniczyłem w torturach. Stałem w kręgu i patrzyłem. Zdecydowanie zbyt długo obserwowałem, jak sami zmienialiśmy się w śmierciożerców, których poprzysięgliśmy wykorzenić ze społeczeństwa. Moja dzisiejsza obecność na torturach była ostatnią cegiełką, jaką dołożyłem do rozwoju Wybawczego Aliansu Różdżek. Wciąż będę renegatem, aczkolwiek odrzucam zwierzchnictwo Warrena Waddleswortha.
Fairhart odwrócił się, żeby wyjść, ale Blackwood wyciągnęła rękę i chwyciła go za nadgarstek. Kiedy na nią spojrzał, wyglądała na zrozpaczoną.
– Nie zostawiaj mnie. Nie porzucaj nas – poprosiła. – Wiesz, że właśnie tym powinieneś się zajmować. Jesteś urodzonym wojownikiem, San! Proszę, zostań.
– Wybacz mi, Ido – powiedział cicho. – Nie mogę tutaj zostać.
– Więc pozwól sobie towarzyszyć!
– Nawet nie wiem, dokąd się udam!
– Och, dobrze wiesz! – splunęła i Albus zauważył, że przestała płakać; zamiast tego, zaczerwieniła się z gniewu. – Uciekasz od Wybawczego Aliansu Różdżek, żeby dołączyć do tej małej grupy sympatyków Pottera! Legniesz do oddziału aurorów i nowego Ministra Magii, Shacklebolta! Zamierzasz nas wsadzić do Azkabanu!
Mężczyzna uwolnił swój nadgarstek.
– Jeszcze się nie zdecydowałem, ale Alians nie jest mi pisany – odpowiedział wyraźnie, odgarniając wpadające do oczu włosy.
– Nie możesz mnie opuścić! – warknęła, rozwścieczona. – To ty mnie tu sprowadziłeś, San! Znalazłeś mnie! Ciągle powtarzałeś, że to miejsce dla tych, którzy zostali zranieni oraz dla tych, którzy szukają pocieszenia! Przedstawiłeś mnie Warrenowi! – Uderzyła go w twarz, w tę normalnie wyglądającą połowę. Potem ponownie uniosła rękę, ale Fairhart zablokował jej cios. Nie odezwał się nawet słowem. – Kim dla ciebie byłam?! Zwyczajnym substytutem...?! Jestem wszystkim, co ci pozostało! Masz tylko mnie i Wybawczy Alians Różdżek. Właśnie dlatego tutaj jesteś! Ona cię zostawiła, San...
Fairhart puścił jej dłoń, a potem uniósł własną.
– Proszę, to dla ciebie – powiedział.
Blackwood cofnęła się o krok, ewidentnie zmieszana. Sancticus włożył dłoń w kieszeń szaty i zaczął czegoś szukać, dając Albusowi trochę czasu na dokładniejsze oględziny. Sygnet jest na palcu, zauważył. Wszystko wskazywało na to, że pokiereszowaną twarz i pierścień zdobył na długo przed wstąpieniem do Wybawczego Aliansu Różdżek.
– Chciałem ci to dać w odpowiednim momencie, kiedy miałbym pewność, że udźwigniesz ten ciężar – powiedział. – Biorąc pod uwagę moją rezygnację, jest to najprawdopodobniej najlepsza z możliwych okazja.
Fairhart wyciągnął fotografię. Ślizgon przez moment myślał, że to to samo zdjęcie, które znalazł w szkolnym biurku pani profesor, ale potem zrozumiał, że patrzy na coś zgoła innego. Fotografia była o wiele bardziej zniszczona, a co za tym idzie, z pewnością starsza. Przedstawiała jakiegoś blondyna.
– Znalazłem mężczyznę, który zabił twoich rodziców – powiedział cicho, przekazując zdjęcie. – Nazywa się Lucjusz Malfoy.
Albus zadrżał i dostał gęsiej skórki. To po prostu niemożliwe...
Lucjusz Malfoy...?
Blackwood wbiła wzrok w fotografię.
– Co...?
– Jakiś czas temu poprosiłaś mnie, żebym odnalazł mordercę twoich rodziców – wytłumaczył Fairhart. – Czy wygląda znajomo...?
Kobieta wciąż przyglądała się zdjęciu.
– Ciężko powiedzieć, byłam naprawdę młoda... – odpowiedziała wolno. – Miał maskę. Wtedy wszyscy zakrywali twarze. W jaki sposób do niego dotarłeś...?
– Mam swoje sposoby – stwierdził groźnie. – Jeżeli chcę, potrafię być bardzo przekonujący.
– Masz jakiś dowód...? – zapytała, porzucając temat odejścia Sancticusa ze Wybawczego Aliansu Różdżek. W jej oczach można było dostrzec czysty, niepohamowany głód – wyglądała, jakby od dawna pragnęła tych informacji. – Co wiesz...?
– Z tego, co udało mi się dowiedzieć, Lucjusz Malfoy zajmował wysokie stanowisko w szeregach Lorda Voldemorta. Stanowił część wewnętrznego kręgu, czyli podążał za nim od samego początku. Specjalizował się głównie w torturach mugoli i mugolaków, przez co obrał za cel twoich rodziców. – Zacisnął usta. – Ostatecznego dowodu winy dostarczyły mi jego zeznania.
– Zeznania...?
– Owszem. Po zakończeniu wojny przyznał się do wszystkich popełnionych zbrodni. Podał szczegóły, daty oraz nazwiska.
– Więc... został osadzony w Azkabanie? – zapytała Blackwood.
– Nie.
– Nie żyje? Czy ty...?
– Również nie. Poszedł na ugodę z Ministerstwem Magii. Zeznania przed Wizengamotem stanowiły podpunkt umowy – odpowiedział chłodno. – Jego żona, Narcyza Malfoy, bardzo pomogła Harry’emu Potterowi podczas wojny. Dzięki późniejszej współpracy z Potterem przy wyłapaniu innych śmierciożerców i niemieszaniu się w nic podejrzanego cała rodzina dostała immunitet.
– Co takiego? – wrzasnęła.
– Zgadza się. Cokolwiek zrobiła Narcyza Malfoy, uchroniło to jej męża i syna od odsiadki w Azkabanie. Obecnie są pod nadzorem Ministerstwa. Malfoyowie są nietykalni. Cała trójka. Przykro mi, Ido.
– Nie dbam o ugody prawne! Nie powstrzymają mnie przed wymierzeniem sprawiedliwości! – warknęła. – Ten człowiek zabił moich rodziców i zniszczył mi życie! Aresztowanie to za mało, by mnie zadowolić. Dorwę drania i go zabiję!
– Przykro mi, Ido – powtórzył Fairhart. – Nie możesz działać pochopnie. Gdybyś się niepotrzebnie wychyliła, Warren mógłby cię sprzątnąć. Polityka Ministerstwa Magii, ochrona ważnych osób, inwigilacja... Warren i Potter mają chwiejny sojusz – trzymają się od siebie z daleka. Jeśli zaatakujesz kogoś, kogo chroni Potter, Warren zrzuci na ciebie całą winę.
– Wątpię, by Potter podjął ryzyko. – Zgrzytnęła zębami.
– Być może. Pamiętaj jednak, że nie tylko Harry Potter stanowi zagrożenie – ma bardziej niebezpiecznego i o wiele mniej pobłażliwego ucznia, a mianowicie Czerwoną Wojnę, którym wszyscy tak bardzo się martwią... Plotka głosi, że Ares w zeszłym tygodniu złapał dwudziestu śmierciożerców, w tym Antonina Dolohova, kolejnego z wewnętrznego kręgu Lorda Voldemorta – powiedział Fairhart. – Uwierz mi, nie chcesz ściągnąć na siebie takiej uwagi. Nie zaczynaj wojen, których nie jesteś w stanie wygrać.
Blackwood spuściła wzrok na zdjęcie.
– Czemu więc mi to dajesz...? – warknęła zgryźliwie.
– Cóż, możesz uznać fotografię za definitywne zakończenie współpracy. To mój ostatni gest jako członka Wybawczego Aliansu Różdżek, pewnego rodzaju list rezygnacyjny – powiedział. – Do zobaczenia, Ido.
Fairhart skierował się ku wyjściu, a Blackwood wciąż stała sparaliżowana w tym samym miejscu, ściskając podniszczone zdjęcie Lucjusza Malfoya. Otrząsnąwszy się, rozejrzała się wokół i ponownie wbiła wzrok w fotografię. Wspomnienie zaczęło się powoli rozmazywać, ale nawet wtedy Albus słyszał, jak Blackwood wrzeszczy z wściekłości, miażdżąc w dłoni odbitkę. Był to krzyk zdesperowanej kobiety, która w końcu poznała prawdę; poznała tożsamość człowieka, który odebrał jej najbliższe osoby i którego nie mogła tknąć nawet palcem...
Scena rozpłynęła się całkowicie i Albus znalazł się z powrotem w sypialni rodziców. Dopiero po chwili dotarło do niego, że od zbyt długiego klęczenia rozbolały go kolana. Patrząc tępym wzrokiem na zawartość myślodsiewni, pozwolił swoim myślom galopować.
Miał wrażenie, że w jego głowie odbywał się szaleńczy wyścig. Był naprawdę ciekaw, która spostrzeżenie zwycięży i które zacznie roztrząsać w pierwszej kolejności.
Nie było to najprzyjemniejsze. Wszystko, czego się dzisiaj dowiedział, zostawiło po sobie gorzki posmak.
Straszne, po prostu straszne.
Fairhart był renegatem z Wybawczego Aliansu Różdżek. Ile osób zabił...? Ile torturował, zanim w końcu odszedł...? Czy na świecie naprawdę nie było nikogo, z kogo mógłby brać przykład...?
[1] Podręczny zestaw miotlarski (z ang.: broomstick servicing kit) – zestaw do samodzielnego konserwowania miotły. Zawartość: poradnik, pasta do polerowania rączki miotły, srebrne klipsy do spinania gałązek oraz mały mosiężny kompas z uchwytem do rączki. Całość zapakowana była w neseser z czarnej skóry. Zestaw pojawił się w trzecim i czwartym tomie cyklu
[2] Egg nog – słodki napój (zazwyczaj z dodatkiem alkoholu) na bazie surowych żółtek jajek i mleka, z dodatkiem wanilii, cynamonu, miodu oraz świeżo startej gałki muszkatołowej. Bardzo często jest podawany mocno schłodzony. Bazą alkoholową może być rum, brandy lub whisky. Jest dość popularny w Stanach Zjednoczonych, w obu Amerykach i w części Europy. Należy do dań podawanych na stole wigilijnym. W smaku przypomina nieco ajerkoniak. Żeby był odpowiedni dla dzieci, nie trzeba dodawać w do niego alkoholu. W Polsce nieco zbliżony do tego jest kogel–mogel, będący deserem także na bazie surowych żółtek z dodatkiem cukru. Można też do niego dodać ubitą pianę, miód, rum, bitą śmietanę, kakao, rodzynki lub sok z cytryny. Nie należy jednak do dań świątecznych, dlatego w tekście jest mowa o egg nog
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz