14 grudnia 2022

12. SREBRNY CZARODZIEJ

Poranek dla Albusa przyszedł o wiele za wcześnie. Kakofonia[1] , która go przywitała, była niczym w porównaniu do zapachu przypalonego śniadania, a niekończące się szaleńcze kuksańce w bok przypominały mu, że spędził noc w mieszkaniu Morrisona Vincenta.

— Wstań, wstań, wstań! — Przyjaciel trykał go raz za razem, jęcząc przy tym żałośnie.

— No wstaję, wstaję! — Albus pokręcił się trochę w miejscu, przeciągnął i wyczołgał ze śpiwora.

— Którą mamy godzinę?

— Musimy się pospieszyć. Godzina do wyjścia.

— Że tylko godzinę?!

Kiedy trochę się pozbierawszy, opuścił pokój, zdał sobie sprawę, że nie był jedynym rozczochranym, a co ważniejsze, uświadomił sobie, że nie on jeden nauczył się pojęcia upływu czasu. Pierwszą osobą, która przywitała go na korytarzu była Mirra.

— Nie śmiej się — wychrypiała.

— Nie robię tego! — Albus pokręcił przecząco głową i wyszczerzył na widok różowej koszuli nocnej dziewczyny. Nigdy wcześniej nie widział jej z tak pomierzwionymi włosami, ale też z drugiej strony nigdy nie spotykali się o tak wczesnej godzinie, by mogło się to zdarzyć. Oczy miała zapadnięte, a ciemne włosy tak splątane, że rozczesywanie ich niewątpliwie będzie bolesnym doświadczeniem.

— Nie patrz na mnie! Wyglądam koszmarnie! — Odwróciła głowę.

— Okej, nie ma sprawy. — Uśmiechnął się żartobliwie, za co otrzymał wesołe pacnięcie w ramię.

— Koniec zamieszania. — Dobiegł ich z dołu schodów głos Harry'ego. — Chodźcie zjeść śniadanie. Ubierzecie się potem.

Tata sprawiał wrażenie spiętego i Albus zrozumiał, że nie jest zadowolony z pośpiechu. W przeciwieństwie do Potterów rodzina Vincentów nie miała nic przeciwko temu.

— Nie musisz aż tak pałaszować, kochanie — powiedziała mama Morrisona do Scorpiusa, gdy ten prawie udławił się jajkiem.

— Czy… czy nie będziemy spóźnieni? — zapytał z powątpiewaniem.

— Ślub nie odbędzie się beze mnie — odpowiedziała mu Lisa ze wzrokiem utkwionym w pudełku płatków śniadaniowych. Malfoy zamrugał, zdezorientowany, nie spodziewając się od niej odpowiedzi.

Dla Albusa szybko stało się jasne, że rodzina Morrisona była jeszcze mniej zorganizowana niż jego własna. Wyglądało na to, że nie przejmują się upływem czasu i decydują się nie spieszyć, nawet nie sprawdzając godziny na zegarku. Co zaskakujące, wydawali się nie wiedzieć szczególnie dużo o weselu, mimo iż tak aktywnie uczestniczyli w jego przygotowaniach.

— Czekaj, że jak to nie wiesz, dokąd w ogóle jedziemy? — zapytała Morrisona Melonie, kiedy usiedli na kanapie w salonie. Chłopak wciąż miał na siebie piżamę i zaczynał cicho pochrapywać.

— To nie tak. Wiemy, jak ta miejscówka się nazywa i tak dalej. Po prostu nie mamy pojęcia, jak się tam dostać.

— Więc… jednak nie jedziemy? — spytał Hugo.

— Oczywiście, że jedziemy — prychnął Morrison. — W aucie zadzwonimy do Mike'a i zapytamy go o drogę.

— Ach…

Większą część poranka Albus spędził w towarzystwie Mirry, czekając, aż wszyscy się przygotują. Priorytetem było sprawdzenie, jak minęła jej noc.

— Jak było w pokoju z Rose? — zapytał, kiedy znaleźli się w zagraconym pokoju ulubionego domownika.

— Śpimy w jednym dormitorium, prawda?

— Cóż, no tak. — Wzruszył ramionami. — Chodzi mi o to, że wczoraj zostałyście trochę ściśnięte. Mirra westchnęła.

— Rose poszła od razu do łóżka, więc ja także.

Albus zmarszczył brwi. Presja wywierana przez Lance'a wciąż niezmiernie mu ciążyła, a przez wszechobecne napięcie i on zrobił się trochę niespokojny. Czy dziewczyny naprawdę zamierzały całkowicie przestać ze sobą rozmawiać?

— Minęły już ponad dwa miesiące — zauważył.

— Umiem liczyć, Al.

— Wiem, tak tylko mówię…

Potrzeba było więcej niż godziny, by sprawy w końcu zaczęły ruszać do przodu. Młodszym kazano się ubrać i okazało się, że mężczyźni byli szybsi od kobiet. Morrison miał na sobie brązowy garnitur idealnie pasujący typowemu adwokatowi, chociaż dobrze komponował się z jego czupryną. Scorpius przywdział czerń i przylizał włosy, aby nadać im ekstremalnie gładki wygląd, tak bardzo niepasujący do reszty gości. Albus był zadowolony z tradycyjnego garnituru i zielonej koszuli.

Gdy dziewczyny się pokazały, każda wyglądała inaczej. Melonie upięła włosy w kok, który bardzo jej pasował. Zdecydowała się także na odcień brązu, by dopasować się strojem do Morrisona, co sprawiło, że ślizgon poczuł się zawstydzony. Dopóki Mirra nie pójdzie w zieleń, nie będą komplementarni.

Nie zrobiła tego. Zeszła po schodach, mając na sobie lśniącą szarą sukienkę bez ramiączek, wspaniale podkreślającą duże, śliczne oczy. Ślizgon uśmiechnął się szeroko, kiedy odwróciła się do niego. Wtedy zobaczył, że wyprostowane włosy swobodnie opadały jej na plecy.

— Wyglądasz przepięknie — powiedział, gdy się do siebie zbliżyli.

— Ty też nie wyglądasz najgorzej. — Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

Rose zeszła razem z Lily. Weasley miała na sobie szkarłatną sukienkę o niemal identycznym kroju co Mirra — zdaniem Albusa niezbyt pasowała do kręconych rudych włosów. Scorpius uważał zupełnie inaczej — sprawiał wrażenie, jakby zaraz mógł zemdleć. Nawet się nad tym długo nie zastanawiając, Al doszedł do wniosku, że nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistym wyglądem dziewczyny, a z uczuciami, jakie żywi do niej przyjaciel.

Lily także odziana była w czerwień, ale nie włożyła ani grama wysiłku w upięcie włosów czy pomalowanie się — stanowiła przeciwieństwo koleżanek. Jej twarz wyrażała dwie rzeczy: bezmierne znudzenie i niezainteresowanie.

— W porządku! Jesteśmy gotowi do drogi! — zakomunikował głośno tata. Spojrzawszy na niego, Albus zauważył, że podobnie jak on, mężczyzna miał na sobie standardowy garnitur ze szmaragdową koszulą. Mama z kolei włożyła zieloną sukienkę.

To, że Harry organizował cały wyjazd, było co najmniej dziwaczne, ale gdyby zajmowała się tym matka Morrisona, nie dotarliby na miejsce przed jutrzejszym obiadem. Zmieścili się w trzech samochodach. W pierwszym usiedli Vincentowie i Melonie, w drugim Weasleyowie z Lily, a w trzecim Potterowie ze Scorpiusem.

Wyglądało na to, że tylko dzięki wskazówkom Mike'a nie zgubili się po drodze. Nie zmieniało to faktu, że podróż bardzo się dłużyła — pierwsze auto często się zatrzymywało. Najpierw okazało się, że pani Vincent zapomniała napełnić baku, a wkrótce potem Lisa i Morrison musieli skorzystać z toalety. Po tych dwóch krótkich przystankach chłopiec dodatkowo zgłodniał (podobno z powodu zbliżającego się ślubu), dlatego też jego mama zatrzymała się, by zakupić małą przekąskę. Przez ten cały czas Albus zastanawiał się, czy Mike nie sterczy pod ołtarzem, dumając nad tym, czy aby nie został wystawiony.

Gdy w końcu zaparkowali pod wielkim hotelem, ślizgon westchnął z ulgi. Rozgorączkowany poranek sprawił, że chciał mieć ten romans jak najszybciej z głowy. Kiedy minęli drzwi wejściowe, panna młoda została porwana przez swoją mamę, a Albus stanął pośrodku sali, w której miała się odbyć ceremonia.

— Tu jest przepięknie!

Nie dało się nie zgodzić ze stwierdzeniem Mirry.

Potter w całym swoim życiu był na wielu weselach, ale praktycznie żadnego nie pamiętał. Gdy był młodszy, zdarzył się taki czas, kiedy rodzina powiększała się praktycznie z godziny na godzinę. Przez to, że wspomnienia były dość niewyraźne i rozmyte, tak naprawdę nie wiedział, jak przebiega taka ceremonia.

Tak jak powiedział wcześniej Morrison, zaproszonych zostało mnóstwo gości. Sala była olbrzymia, na pewno zaprojektowana tak, by pomieścić jak największą ilość ludzi. Ścieżka pośrodku, gdzie kroczyć będzie panna młoda, była jedyną niezatłoczoną przestrzenią. Wszystkie ławki zostały zajęte. Albus nie miał pojęcia, czy większość mugoli zostało zaproszonych przez Lisę, czy przez Mike'a, ale zwyczajnie było ich za dużo.

Wszechobecny gwar uniemożliwiał prowadzenie rozmowy z kimś, kto nie był wystarczająco blisko, by cokolwiek usłyszeć. Trudno było się poruszać, żeby się z kimś nie zderzyć. Albus nie wiedział, gdzie powinien usiąść. Matka kazała mu przejść w inne miejsce, by zaprowadzić wśród swoich pewien porządek. Sytuacja wydawała się niemożliwa do rozwiązania. Koniec końców podzielili się na mniejsze grupy. Albus, Mirra, Morrison, Melonie i, co dziwne, Hugo usiedli na ławce z tyłu. Pozostała garstka musiała zająć miejsca gdzieś bardziej z przodu i można było tylko założyć, że Lily i James byli z Potterami, a Rose i Scorpius z Weasleyami.

— Byłeś kiedyś na ślubie? — zapytała Albusa Mirra.

— Lata temu, ale nie pamiętam za dużo. A ty?

Potrząsnęła przecząco głową.

— Nie wiem, co powinnam robić. Trzeba tylko siedzieć w milczeniu?

— W gruncie rzeczy to tak — odpowiedział. — Aż do samego wesela. Wtedy zaczynają się tańce.

Wyszczerzył radośnie zęby.

— Nie potrafię tańczyć. — Uśmiechnęła się zażenowana Mirra.

— Cóż, nauczyłem się tańczyć, jak miałem trzy lata…

— No co ty! Naprawdę?! — Wyglądała na przerażoną.

— Aj, daj z tym spokój.

Zachichotała, a potem wspólnie skorzystali z okazji, by spojrzeć na początek sali, gdzie Mike czekał przed urzędnikiem. Był ubrany w typowy strój dla pana młodego, ale sprawiał wrażenie strasznie spoconego. Co chwilę szarpał za kołnierzyk koszuli i szeptał coś stojącemu obok mężczyźnie. Drużba miał włosy związane w kucyka i był od niego o stopę wyższy.

Niespodziewanie Albus poczuł, że jest popychany w bok. Kilka osób wstało, by przepuścić nieznajomego przybysza, kiedy ten przeciskał się, żeby finalnie usiąść obok Morrisona. Mężczyzna był wysoki i szczupły; miał krótkie siwiejące włosy i twarde rysy twarzy. Najbardziej rzucały się jednak w oczy jego wąsy — gęste i czarne niczym smoła. Nowo przybyły pochylił się ku Morrisonowi.

— Spóźniłem się? — spytał, a jego głos brzmiał, jakby kończył coś jeść.

— Nie bardziej niż ja — odpowiedział chłopiec, ledwie zwracając na niego uwagę, choć uśmiechnął się, zarejestrowawszy obecność nieznajomego.

Albus był bardzo ciekawy, kim jest ten człowiek, ale następna wymiana zdań przyniosła poniekąd satysfakcjonujące wyjaśnienie.

— Mama wie, że tu jesteś?

— Nie mam obowiązku informować o czymkolwiek twojej matki — zadrwił mężczyzna. — Aczkolwiek przyznaję, że nie otrzymanie zaproszenia na wesele własnej córki jest pewnym ciosem. Uważam, że byłem wystarczająco obecny w życiu waszej dwójki, aby zasłużyć sobie na trochę więcej! — Zmarszczył lekko brwi. — Tak przy okazji, jak ma na imię pan młody?

— Mike — odpowiedział grzecznie Morrison.

Pan Vincent przez chwilę mierzył narzeczonego córki wzrokiem, po czym zmrużył oczy, gdy dostrzegł, że ten poci się obficie i kiwa z rękami włożonymi w kieszenie.

— Niech zgadnę — powiedział szyderczo i skrzywił się. — Pakuje artykuły spożywcze?

— Nie oceniaj go aż tak nisko, papcio. — Morrison zachichotał i uniósł brew. — Mike jest magikiem!

Pan Vincent wydał z siebie coś pomiędzy śmiechem a udawanym kaszlem. Parski kontynuował przez kilka dobrych chwil, a zakończył je wytarciem ust.

— Czy on wie? O nas?

— Nie — odpowiedział niedbale chłopiec. — I tak właśnie powinno być, dopóki Lisa nie zdecyduje się wyjawić mu prawdy — polecenie mamy.

— Nic wybitnie trudnego — stwierdził Pan Vincent, a Albus, tak mało wiedząc o tym człowieku, nie mógł się z nim nie zgodzić. Mężczyzna, choć był czarodziejem, bardzo swobodnie czuł się w mugolskich ubraniach. Gdy ślizgon o tym pomyślał, to czy przypadkiem Morrison nie mówił kiedyś, że jego ojciec swojego czasu pracował w Kalifornii przy produkcji filmów?

Prawie tak, jakby czytał w myślach, pan Vincent spojrzał na przyjaciół swojego syna.

— Nie przedstawisz mnie kolegom?

Morrison spełnił tę prośbę. Mężczyzna odrzucił pomysł nazywania go per panem — zdecydowanie wolał, by mówiono mu Terry. Kiedy dotarł do Albusa, dłoń ściskał mu dwa razy dłużej niż pozostałym.

— Potter… Potter… O mój, cóż za sławne nazwisko nosisz, chłopcze…

Nastolatek uśmiechnął się słabo — minęło naprawdę dużo czasu, odkąd ostatni raz ktoś złożył mu wyrazy uznania w oparciu o tylko i wyłącznie reputację taty. Miał to właśnie skomentować, ale wtem na sali zapanowała kompletna cisza. Rozgrzmiała muzyka organowa i rozpoczęła się ceremonia ślubna.

Kiedy Lisa ruszyła ścieżką, wszyscy wstrzymali oddech. Albus wstał razem z innymi, podczas gdy ludzie szeptali komplementy i dyskutowali o urodzie panny młodej. Chłopiec wiedział, że takie coś ma miejsce na praktycznie każdym ślubie, ale pomyślał, że tym razem reakcja jest w pełni uzasadniona. Owszem, uważał siostrę Morrisona za atrakcyjną (nawet jeżeli bardzo się tego wstydził i nikomu o tym nie powiedział), ale dzisiaj w eleganckiej białej sukni wyglądała jeszcze piękniej. Była doskonale dopasowana do kształtów jej ciała, a promienny uśmiech, zdobiący twarz kobiety, tylko dodawał uroku temu widokowi. U boku Lisy szła jej matka.

— Obłuda — powiedział Terry. — Jakby nie miała ojca, który mógłby ją poprowadzić.

Albus poczuł rozprzestrzeniające się w brzuchu zimno. Nietrudno było wydedukować, iż rodzina Morrisona jest dysfunkcyjna, ale nie przewidywał, że aż do tego stopnia. W rzeczywistości nigdy nie zastanawiał się, dlaczego rodzice przyjaciela mieszkali w dwóch różnych miejscach. Z góry założył, że było to związane z małymi związkowymi problemami, a osobne mieszkania stanowiły najlepsze rozwiązanie. Wychodziło jednak na to, że Terry został praktycznie wyjęty z obrazka przez matkę swoich dzieci. Albus zastanowił się, czemu nie orientuje się w szczegółach dotyczące życia rodzinnego Morrisona, a potem uświadomił sobie, że zwyczajnie nigdy o nie nie pytał.

Napięcie wisiało w powietrzu, podczas gdy nowoprzybyły mężczyzna coraz to mocniej zaciskał dłonie w pięści. Ani Lisa, ani jej matka nie widziały go wśród tłumu zaproszonych gości.

Muzyka przestała grać, gdy panna młoda dotarła do ołtarza, a Albus ucieszył się, że ma doskonały pretekst do skoncentrowania się na innych rzeczach niż zagadki przeszłości familii przyjaciela. Zauważył, że jest bliska łez, najprawdopodobniej z radości. Mike się nie powstrzymywał — cicho płakał obok.

Urzędnik, tęgi mężczyzna z przerzedzonymi rudymi włosami, odchrząknął znacząco. Salę wypełniła cisza.

— Moi drodzy, zebraliśmy się tutaj…

Albus próbował nadążyć za tym, co się działo, ale zwyczajnie nie był w stanie. Nie chodziło o to, że nie interesował się przebiegiem ceremonii ślubnej, ale tak się rozkojarzył, że pozwolił myślom swobodnie dryfować. Uczestniczył w tej podniosłej chwili dzięki Morrisonowi, a z racji tego, iż niezbyt dobrze znał młodą parę, nie mógł się śmiać bądź rozmawiać w trakcie zaślubin, tak jak wszyscy pozostali. Urzędnik mówił w tak monotonny sposób, że nawet nie czuł się odpowiednio zmotywowany, by próbować coś z tego zrozumieć.

Zamiast tego pozwolił, by umysł mu trochę ubarwił rozgrywaną z przodu scenę. Na miejscu Lisy stała Mirra. Biała suknia wspaniale kontrastowała się z jej kruczoczarnymi włosami, które ułożone miała tak samo, jak dzisiaj. Albus zamienił się miejscem i ubraniem z Mikiem, choć udało mu się powstrzymać łzy. Niejasno zastanowił się, kim byłby drużba. Z całą pewnością wybrałby albo Scorpiusa albo Morrisona. Hm, a może jednak zdecydowałby się na Jamesa, aby zaoszczędzić sobie kłopotu przymusu wybierania pomiędzy dwoma najlepszymi przyjaciółmi…?

— Czy ty, Liso Gretchin Vincent, bierzesz Michaela za męża…?

Albus wyobraził sobie wymianę przysiąg z Mirrą. Z pewnością odwołałby się do ich pierwszego pocałunku nad jeziorem, powiedziałby humorystyczny komentarz na temat tego, że poszedł za nią do podziemi i uratował życie, a nawet wspomniałby o sposobie, w jaki się poznali: stwierdziłby, że wpadnęli na siebie dosłownie w drugim dniu szkoły i wtedy jeszcze nie wiedzieli, gdzie ta znajomość ich zaprowadzi…

— Czy ty, Michaelu Richardzie Hunton…

Kiedy wrócił do zmysłów, uświadomił sobie, że szczerzy się niczym błazen. Mirra wzięła go za rękę i splotła razem palce, przez co nie mógł się powstrzymać od zastanowienia się, czy ona także myślami była na ich ślubie oraz czy układała słowa przysięgi.

Największą głupotą było wyobrażanie sobie własnego ożenku, ale naprawdę nie mógł nic poradzić na tor, w jakim biegły myśli. Co gorsza, marzenia pochłonęły większość czasu. Zanim Albus przeanalizował każdy szczegół, zaproszeni goście już klaskali. Szybko zerknął na parę młodą i ze zdziwieniem zarejestrował fakt, iż już się całowali, a urzędnik ogłasza, że zostali mężem i żoną. Hałas na sali znacząco się zwiększył, a w tym całym ferworze nie zauważyłby, że bije brawo, gdyby nie to, że Mirra klaskała obok.

Nastolatkowie przez dłuższą chwilę patrzyli sobie głęboko w oczy, a przerwał im gwizd Morrisona. Para młoda zeszła z podniesienia i wkrótce zniknęła, najprawdopodobniej by zapozować do zdjęć. Goście zostali wyprowadzeni z sali praktycznie natychmiast, przez co Albus znowu był popychany do przodu.

— Czekajcie, co się dzieje? — zapytał w przestrzeń.

Co dziwne, odpowiedział mu Terry.

— Wszystko wskazuje na to, że zmierzamy teraz na wesele.

Dotarcie na miejsce było prawdziwym wyczynem. Było tak wielu ludzi, że korzystanie z windy było bezużyteczne — musiałaby jeździć chyba z pięćdziesiąt razy, zanim przyszłaby ich kolejka, o czekaniu na to już nie wspominając. Kręte schody zaś, prowadzące na najwyższe piętro, były bardzo wąskie. Ścisk był niesamowity. Albus nawet nie wiedząc kiedy, przypadkowo zrobił o kilka kroków za dużo do przodu, bo znalazł się w tłumie nieznajomych. Po bliższym przyjrzeniu się ich twarzom rozpoznał drużbę i druhnę. Sam spacer był tak żmudny, że poczuł nieopisaną ulgę, gdy weszli do właściwej sali.

Była trzykrotnie większa niż ta, w której miała miejsce ceremonia ślubna. Bez dwóch zdań zaprojektowano ją do tańców i spożywania posiłków. Po lewej stronie ustawione były stoły — przy każdym mogło usiąść siedem lub osiem osób. Wszystkie były przyozdobione białym obrusem i pięknymi świecami, ustawionymi pośrodku. Albus jeszcze nigdy nie jadł posiłku przygotowywanego bez pomocy magii, więc głowił się nad tym, jakim cudem wszyscy wyjdą stąd najedzeni. W centrum sali wisiały tradycyjne białe serpentyny i olbrzymie balony, a obok stołów były przesuwane, oszklone drzwi, które wyglądały, jakby prowadziły na przestronny balkon, z którego można było obserwować otoczenie z góry — nie był to jednak mus. Po prawej stronie sali był piękny, wypolerowany, biały parkiet, a przylegająca do niego ściana, zamiast być prawdziwą ścianą, była olbrzymią lustrzaną taflą. Albus od razu zauważył, w czym rzecz — patrząc się pod właściwym kątem, można było odnieść wrażenie, że tańczy się wśród gwiazd.

Nie tylko tym chłopiec był zdumiony. W miarę jak na sali pojawiało się coraz to więcej osób, westchnienia uznania stawały się głośniejsze. Z początku do uszu dolatywała cicha muzyka, ale wraz z zapełnieniem pomieszczenia, i ona zwiększała swoją głośność.

Zajął miejsce przy jednym ze stolików w rogu. Wkrótce dosiedli się do niego Mirra, Morrison i Melonie. Niedługo potem dołączył do nich Terry, a jeszcze później trójka nieznajomych.

— A gdzie zapodział się nam Scorpius? — zapytał Morrison.

— Nie mam zielonego pojęcia — odpowiedział szczerze. — Możliwe, że siedzi z Rose i moimi wujkami. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Grupką zaczęli skanować wzrokiem salę, ale okazała się o wiele za duża na takie poszukiwania. Po minucie rozmowy tłumu przerodziły się w wiwatowanie, które było sygnałem przybycia nowożeńców, którzy skończyli sesję zdjęciową.

— Składałeś już gratulacje? — spytała Morrisona Mirra.

— No, Lisie tak, ale Mike'owi nie. Facetowi nie ma czego gratulować! Ten ślub zapoczątkował koniec jego życia!

Gdy tłuczone były kieliszki na szczęście, w sali panowała cisza. Kiedy wszyscy goście zajęli miejsca siedzące, drużba z kucykiem wstał, żeby wznieść toast.

— Wiem, że najchętniej to byście coś przekąsili — powiedział z uśmiechem na twarzy, a Albusowi ciężko było się skupić na człowieku, którego nie znał. — Uważam jednak, że możemy poświęcić kilka minut na okazanie szacunku mojemu najlepszemu przyjacielowi. Michaelu — dokonałeś niemożliwego; pokazałeś nam swoją najlepszą sztuczkę — przekonałeś Lisę, że jesteś atrakcyjny.

Tłum zaśmiał się hałaśliwie, a ślizgon tylko uśmiechnął się słabo, nie czując się komfortowo. Nie lubił wyśmiewać się z czyjegoś wyglądu, a dla pana młodego zapewne był to pewnego rodzaju cios.

Mirra pochyliła się do przodu.

— Mike nie wygląda tak źle — szepnęła, kiedy śmiechy ucichły.

— No to czemu nie wyjdziesz za niego za mąż? — odwarknął sarkastycznie, mrużąc przy tym oczy; był zazdrosny.

Toast dobiegł końca, a zaraz potem został wzniesiony kolejny. „Kończy nam się cukier!" — wrzasnął w pewnym momencie Morrison, ale nikt się nie zaśmiał. Wydawało się, że każdy miał coś do powiedzenia na temat młodej pary.

Ponownie rozbrzmiała muzyka, choć tym razem był to o wiele wolniejszy kawałek, którego Albus nie znał. Młode małżeństwo wyszło na parkiet.

Ślizgon przyglądał im się uważnie, szczególną uwagę zwracając na kroki. Ani Lisa, ani Michael nie byli ze sobą skoordynowani. W mugolskim tańcu prowadzić powinien mężczyzna, a Mike niezbyt miał na to ochotę. Po pierwszym tańcu pani Vincent porwała pana młodego do tańca, a pan Hunton Lisę. Potem parkiet stał się otwarty dla wszystkich gości.

Jedzenie było przynoszone na stoły w zaskakująco szybkim tempie, a Albus używał tego jako wymówki, by opóźnić nieuniknione. Jadł dużo i powoli.

— Jesteś już pełen. — Uśmiechnęła się Mirra.

— Hm, możesz powtórzyć? — zapytał, wkładając do ust łyżkę puree ziemniaczanego.

— Wcale nie jesteś głodny. Po prostu nie chcesz ze mną tańczyć. — Zmarszczyła brwi.

— Nieprawda! — Przełknął. — Nie jadłem śniadania, więc… tak…

Mirra roześmiała się i żartobliwie poklepała bruneta po ramieniu. Wszyscy pozostali odeszli już od stolika. Wyjątkiem był Terry Vincent, który z założonymi rękami, siedział lekko odchylony na krześle, przypatrując się uroczystości. Morrison i Melonie tańczyli niedaleko. Żadne z nich nie było ekspertem, ale wyglądało na to, że dobrze się bawili (przynajmniej do momentu, kiedy chłopak nadepnął dziewczynie na stopę).

Albus miał zamiar ponownie skoncentrować się na swoim talerzu, ale właśnie wtedy ktoś podszedł do ich stolika. Pani Vincent szukała syna, najpewniej z zamiarem odbycia wspólnego tańca.

— Widzieliście…? — urwała w połowie zdania, kiedy zobaczyła nieproszonego gościa, a jej spojrzenie stało się wyjątkowo puste. — Terrence — stwierdziła stanowczo.

— Laura — powiedział dokładnie tym samym tonem pan Vincent, nawet nie zadając sobie trudu, by wstać.

Albus rzucił szybkie spojrzenie najpierw jednemu, a potem drugiemu, po czym wbił wzrok w talerz.

— Cieszę się, że zdążyłeś na czas — wydusiła przez zaciśnięte zęby kobieta. — Mugolska poczta jest taka nieprzewidywalna. Obawiałam się, czy zaproszenie dojdzie…

— Wierutne kłamstwo po trzydziestu sekundach rozmowy — oznajmił nieprzyjemnie Terry. — Myślę, że właśnie pobiłaś swój rekord…

— Zatańczymy? — Albus w ekspresowym tempie odsunął od siebie talerz i rzucił Mirze porozumiewawcze spojrzenie. Zanim zdążyła odpowiedzieć, zaciągnął ją na parkiet. Naprawdę nie chciał być świadkiem konwersacji o delikatnej naturze. — Okej, co mam robić? — zapytał, kiedy stanęli naprzeciwko siebie. Wzrokiem omiótł wirujące wokół pary, jakby mogły mu dać jakąś cenną wskazówkę.

— Na samym początku musisz stanąć na jednej stopie i wyrecytować od tyłu alfabet. — Głos dziewczyny wręcz ociekał sarkazmem.

— Jestem poważny. — Gwałtownie się zaczerwienił. Mirra założyła dłonie na biodra.

— Myślę, że powinniśmy się po prostu ruszać tam i z powrotem…

Koniec końców nie było tak źle. Cieszył się przyjemnym uczuciem bliskości ciał i przelotnych uścisków. Nie mogąc się powstrzymać, wędrował dłońmi po jej plecach, wykorzystując moment obrotu. Nikt nie osądzał ich niemrawych ruchów, a to bardziej niż cokolwiek innego sprawiło, że czuł się wyjątkowo komfortowo.

W pewnym momencie parę stóp dalej dostrzegł tańczące wujostwo. Ron i Hermiona wirowali z widocznym zacięciem — Albus był pewien, że wcześniej poświęcili nauce tańca dużo czasu. Ciocia podchwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się ciepło, a następnie na szybko zmieniła ułożenie ramion, by pokazać mu bardziej męską figurę — zdecydowanie powinien nad tym popracować. Spróbował ją wykonać, ale nie cechowała go zgrabność, więc przypadkowo uderzył swoją dziewczynę prosto w twarz. Zadecydowawszy, że lepiej nie ryzykować drugiego razu, kontynuował to, co robił wcześniej.

Po kilku minutach zobaczył Rose i Scorpiusa. Kuzynka wyglądała na wyjątkowo znudzoną, ruszając się na boki tak wolno, że na pierwszy rzut oka przypominała zastygłą w miejscu figurę. Natychmiast odgadł jej myśli — z całego serca żałowała, że nie tańczy z Lance'em. W przeciwieństwie do niej, Scorpius wręcz promieniał — wyglądał, jakby w ogóle nie widział wyrazu jej twarzy.

Piosenka dobiegła końca i rozpoczęła się następna. Albus ruszał się w podobny sposób. Parkiet zaczął się nieznacznie przerzedzać, gdyż coraz to większa ilość osób decydowała się na towarzyskie interakcje bądź przekąszenie czegoś. Morrison i Melonie także przestali tańczyć i udali się do misy z ponczem. Lily i Hugo siedzieli przy swoim stoliku, wesoło gawędząc. Najprawdopodobniej odliczali tylko godziny do końca wesela.

Albus rzucił okiem na olbrzymie okno i zobaczył, że na dworze w cudowny sposób się ściemniło. Upływ czasu jest niesamowity, choć jednocześnie dość dziwaczny. Idea tańczenia wśród gwiazd była teraz żywsza i ponętniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Niektórzy już z niej korzystali, wirując na parkiecie.

— Co powiesz na trochę ponczu? — zapytał z uśmiechem. Mirra skinęła tylko głową i udali się w kierunku stolików.

Z daleka zauważył wciąż pogrążonych w cichej kłótni rodziców Morrisona. Tak bardzo się na nich skoncentrował, że niemal wpadł na bardzo ładną dziewczynę, w której rozpoznał jedną z weselnych druhen. Dopiero po chwili zaskoczył, że przed ołtarzem trzymała bukiet panny młodej. Gdy Mirra przeprosiła za zaistniałą sytuację, mugolka obrzuciła ich nieprzyjemnym spojrzeniem.

Kiedy dotarli na miejsce, napełnił ponczem dwa kubki. Niedługo potem dołączył do nich Scorpius, który — biorąc pod uwagę temperaturę sali — był nienaturalnie spocony.

— Jak tam tańce? — zapytał przyjaciel, gdy tylko podszedł bliżej.

— Przyswoiłem podstawy. — Albus wzruszył ramionami, a Mirra skinęła głową i uśmiechnęła się. — A tobie jak idzie?

Scorpius wyszczerzył się tajemniczo.

— Powiem Rose.

— Hę? — Potter zamrugał, zdezorientowany. Ledwo zwrócił uwagę na to, czy podał swojej dziewczynie poncz do ręki, czy tylko mu się wydawało.

Mirra uniosła wysoko brwi.

— Powiem Rose. Dziś w nocy.

— Co dokładnie chcesz jej powiedzieć? — drążył z nadzieją, że jego twarz nie odzwierciedla niepokoju.

— Naprawdę dobrze mi idzie! — Wyobraźnia Scorpiusa pracowała na pełnych obrotach. — Pogadaliśmy co nieco, raz ją nawet rozśmieszyłem i… no, sam nie wiem… czuję, że ta noc należy do mnie.

— Może… może powinieneś jeszcze trochę poczekać? — Albus szybko przeskanował wzrokiem najbliższe otoczenie. Kuzynkę wypatrzył w ciągu ułamku sekundy; nagle rzuciła mu się w oczy. Siedziała ze skrzyżowanymi ramionami, stopą wystukując rytm piosenki; była sama. — Wygląda, jakby błądziła gdzieś myślami.

— No co ty, ma się dobrze. Serio. — Przyjaciel niezwłocznie zbagatelizował sprawę. — W każdym razie, muszę jej podać poncz. Życzcie mi powodzenia!

— Scorpius! Czekaj…

Niestety, Albus został zignorowany. Ze zmarszczonymi brwiami zauważył, że Rose upiła trochę swojego napoju, po czym para ponownie weszła na parkiet. Nie mogąc się powstrzymać, natychmiast odwrócił się z powrotem do Mirry, która z pewnością da mu konstruktywną odpowiedź o wiele szybciej, niż Malfoy zda relację.

— Ona go wcale nie lubi, prawda?

— Cóż, trochę z nią nie rozmawiałam, ale z tego, co wiem, to nie. W sensie… Rose nie czuje do Scorpiusa żadnej niechęci, ale…

Albus westchnął ciężko i nie chcąc poznać wyników rozmowy przyjaciela z kuzynką, odwrócił się w stronę reszty stolików. Postanowił wypełnić sobie jakoś czas. Mirra ruszyła za nim, ale po chwili pacnęła go w ramię.

— Mam zamiar iść popróbować trochę słodkiego — powiedziała, dłonią wskazując duży deserowy stół ze smakołykami. — Chcesz do mnie dołączyć?

— Zjadłem spory obiad. — Uśmiechnął się słabo, na co dziewczyna zareagowała wesołym śmiechem. — Złapię cię później…

Pocałowała go szybko, a potem się rozstali. Wznowił przeciskanie się przez tłum, by po chwili zobaczyć coś naprawdę osobliwego. Tata siedział samotnie przy jednym ze stolików, a na jego talerzu nie było zupełnie nic. Albus postanowił dotrzymać mu towarzystwa.

— Gdzie mama?

— Uczy Jamesa tańca. — Uśmiechnął się ojciec. — Dzieciak myśli, że potrafi wszystko… A tobie jak poszło?

— Całkiem nieźle. — Wzruszył ramionami. — To był mój pierwszy raz.

— Ach, no tak. Wciąż pamiętam swój pierwszy taniec. Moja partnerka miała na imię Parvati. Piękna dziewczyna. Trochę agresywna na parkiecie, ale to było konieczne, bo średnio sobie radziłem… — Zamilkł i przez dłuższą chwilę panowała między nimi cisza. — A jak się teraz żyje w Hogwarcie? Słyszałem, że Jan osobiście was odwiedziła.

Albus uśmiechnął się i skinął głową. Zastanowił się, czy tata specjalnie o tym wspominał, czy też zapytał z czystej ciekawości. Jeżeli tak, to zapewne zastosował tę sztuczkę, bo wiedział, że głodny wiedzy syn będzie drążył temat; że będzie zadawał pytania, które w istocie chodziły mu po głowie. Momentalne przypomniał sobie wszystkie ostatnie komentarze Scorpiusa.

— Ano, owszem — odpowiedział koniec końców. — Chodziło jej o to samo co Puckerdowi. Na okrągło wypytywała o Srebrnego Czarodzieja. — Wzruszył niby nonszalancko ramionami.

Ojciec uśmiechnął się i przystawił szklankę do ust. Albus rzucił na nią okiem i uświadomił sobie, że to, co stanowiło jej zawartość, zdecydowanie było czymś mocniejszym niż poncz — może nawet winem.

— Srebrny Czarodziej — stwierdził tajemniczo Harry. — Och, tak, on…

— …albo ona — wtrącił lojalnie Albus, myśląc o Morrisonie.

— …albo ona, całkiem słusznie. — Tata pochylił głowę i ponownie się napił. — Srebrny Osobnik wszędzie wywołuje nie lada zamieszanie. Przyznaję, że wymknęło się to spod kontroli o wiele szybciej, niż przypuszczałem…

Chłopiec przekrzywił głowę.

— Co masz przez to na myśli?

— Albusie. — Uśmiechnął się ojciec. — Artykuły, które czytałeś w PROROKU CODZIENNYM nie były pierwszymi incydentami, a najnowszymi. W rzeczywistości Ministerstwo Magii było świadome istnienia Srebrnego Czarodzieja przez ponad miesiąc dłużej niż społeczeństwo.

— Czy były jakieś ataki na przedstawicieli Ministerstwa? — Ślizgon zamarł w miejscu. Co by było, gdyby wytknął Fischer blef, który tak naprawdę nie był blefem?

— Nie — odpowiedział spokojnie tata, a Albus odetchnął z ulgą. — Srebrny Czarodziej atakował tylko członków Wybawczego Aliansu Różdżek i Diablego Aliansu. Niby nic wielkiego, ale nawet najmniejsze kłopoty wśród tych dwóch grup, wydają się nimi porządnie wstrząsnąć. Odkąd mają miejsce te incydenty, ich aktywność odrobinę się zmniejszyła.

— Więc… — Ostrożnie sformułował kolejne pytanie. — Myślę, że… chyba jesteś zadowolony z tego, co się dzieje?

— Tak właściwie — ku zaskoczeniu chłopca, mężczyzna zmarszczył brwi — to nie. Myślę, że kimkolwiek jest Srebrny Czarodziej, powinien porzucić wyznaczone sobie zadanie i przestać łapać ludzi.

— Co takiego? — wykrzyknął Albus. — Dlaczego?

— Takie działania powodują Ministerstwu dużo problemów, a stawką jest bezpieczeństwo społeczeństwa.

— Czy ktoś został ranny? W sensie prócz tych złych facetów…

— Opacznie mnie zrozumiałeś. — Tata upił kolejny łyk trunku. — Nie martwimy się o to, czy Srebrny Czarodziej rzeczywiście kogoś skrzywdził, a o to, że inni mogą iść za jego przykładem; mogą próbować go naśladować. Kiedy wojna z Voldemortem dobiegła końca, doszło do kilku niefortunnych incydentów, które spowodowały wzrost renegackiej aktywności. Nie mogę przestać się martwić, że niedługo pewien lekkomyślny nastolatek ubierze się w srebrne szaty i zacznie ganiać po ulicach, szukając kogoś, z kim nie ma szans wygrać. Nie zrozum mnie źle, Albusie. Nie chcę, by złapano Srebrnego Czarodzieja — uważam, że to, co robi, jest całkiem dobre. Oczywiście, pamiętaj, że jako Współprzewodniczący Biura Aurorów oficjalnie nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. Wszystko sprowadza się do tego, że kimkolwiek ten Sekretny Wybawca by nie był, powinien przestać, zanim sprawy wymkną się spod kontroli. — Spojrzał uważnie na syna. — Czy rozumiesz to, co powiedziałem?

Chłopiec skinął głową i uśmiechnął się do siebie. Ależ ten Scorpius jest głupiutki i naiwny — gdyby Harry Potter był Srebrnym Czarodziejem, zaprzestałby swojego polowania na złoczyńców. Albus wiedział, że tata jest z nim całkowicie szczery.

— Niestety, jest też druga sprawa — kontynuował ojciec. — Łapanka utrudnia ministerialne śledztwa; sprawia, że wkradają się błędy.

— W jakim sensie? — zapytał, spragniony szczegółów.

— Nie potrafimy jednoznacznie stwierdzić, czy zachowanie naszych wrogów jest naturalne, czy podyktowane strachem. Weźmy pod lupę Wybawczy Alians Różdżek, ot tak dla przykładu. Przystopowali trochę ze swoimi planami, ponieważ przypadkowi członkowie zostali złapani. Waddlesworth także — od dłuższego czasu nie wystąpił publicznie ani nie wygłosił żadnej porywającej mowy; rzadko jest gdziekolwiek w ogóle widziany. Nadal pamiętam twoje zeznanie ze spotkania go na Ulicy Pokątnej, Albusie. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście coś knuje. Nie możemy tego udowodnić, bo jego milczenie wskazuje na to, że też się boi. Bez Srebrnego Czarodzieja mielibyśmy więcej dowodów na to, że coś jest na rzeczy. W tej chwili zwyczajnie wychodzi na to, że Wybawczy Alians Różdżek obawia się wychodzić na zewnątrz.

— A nie możesz wyśledzić Waddleswortha? — Ślizgon zmarszczył brwi. — Albo coś w tym guście?

— To nie takie proste, Albusie. Istnieją prawa, których musimy przestrzegać. Nie możemy sobie, ot tak po prostu wyłamać czyichś drzwi i zażądać wyjawienia miejsca pobytu Waddleswortha.

— Jesteśmy pewni, że spędza naprawdę wiele godzin w siedzibie głównej swojej organizacji, ale nie możemy tam wejść — jest chroniona potężnymi zaklęciami i ciężko się przez nie przebić…

— A nie możecie użyć Insta—Fiuu? — zapytał nastolatek. Czy ten proszek nie został stworzony właśnie na potrzeby takich celów?

— To również nie jest proste. — Harry ciężko westchnął. — Nie chodzi tylko o standardowy urok ochronny czy zaklęcie ukrywające. Kwatera główna Wybawczego Aliansu Różdżek chroniona jest zaklęciem Fideliusa.

— Zaklęcie Fideliusa? Co to takiego?

— Niezwykle niezawodne zabezpieczenie. Zazwyczaj. — Tata położył dość silny nacisk na ostatnie słowo. — Tak czy inaczej, wymaga udziału pojedynczej osoby, której powierza się lokalizację konkretnego miejsca, tak zwanego strażnika tajemnicy. Dopóki ta osoba nie wyjawi komuś tej informacji, nikt nie uzyska do niego dostępu — nawet w przypadku gdy lokalizacja jest znana, miejsce zwyczajnie się nie ukaże.

— Czy Waddlesworth jest strażnikiem tajemnicy?

— Szczerze w to wątpię. Jest na to zbyt miękki. Stawiam na tego wielkiego osiłka, Młota.

Albus zastanowił się nad tym. Czy nie był w siedzibie Wybawczego Aliansu Różdżek? W zeszłym roku? Czy to nie Młot do tam zaprowadził?

— Byłem tam wcześniej, tato — wyznał.

— O czym ty mówisz, synu? — Uśmiechnął się Harry.

— No, byłem tam. W kwaterze głównej WAR.

Mężczyzna zachichotał.

— Wiem, że byłeś otoczony przez regenatów, ale Wybawczy Alians Różdżek to tak napra…

— Mieści się w Hogsmeade — powiedział szybko Albus. — W starym Markowym Sprzęcie do Quidditcha…

Ojciec zakrztusił się winem.

— Tato! Tato!

Harry chrząknął, żeby przeczyścić gardło.

— Wszystko w porządku, nic mi nie jest. Po prostu… Naprawdę tam byłeś…? Kiedy…? Jak się tam znalazłeś…?

— W zeszłym roku — odpowiedział pospiesznie chłopiec. — To długa historia, ale finalnie to Młot mnie tam zaciągnął, bo Waddlesworth chciał osobiście ze mną porozmawiać…

— Co takiego?

Albus zaczął się denerwować. Faktem było, iż gdyby rok temu był w lepszych kontaktach z tatą, ten dawno wiedziałby o wszystkim — poznałby dokładny przebieg tamtego spotkania. Z drugiej strony, jakby na to nie patrzeć, spodziewał się, że ojciec był świadomy tej niezapowiedzianej wycieczki. W końcu miała ona miejsce za czasów, kiedy Fairhart jeszcze żył i parał się szpiegostwem. Dlaczego auror zataił tę informację?

— Tak jak powiedziałem, to bardzo długa historia. W każdym razie Młot przyprowadził mnie tam osobiście.

Ojciec nadal patrzył na niego z niedowierzaniem. Kiedy trochę się pozbierał, ostrożnie dobierał słowa.

— Twierdzisz, że „przyprowadził cię tam"? Czy to naprawdę Młot wyjawił ci lokalizację?

— Tak. — Albus nie wiedział, jak mógłby lepiej to dobitniej zakomunikować. — Czemu pytasz?

— Cóż, po prostu… Cóż. — Tata jąkał się i gubił, a wyglądał przy tym, jakby intensywnie nad czymś główkował. — Jeśli mam być szczery, Albusie, biorąc pod uwagę te okoliczności, wydawałoby się, że… czysto teoretycznie… mógłbyś…

Mężczyzna urwał w połowie zdania i właśnie w tym momencie ślizgon poczuł, że ktoś położył mu dłoń na ramieniu.

Odwrócił się z przeświadczeniem, że ta dłoń należy do jego dziewczyny, ale się pomylił. Stała przed nim atrakcyjna druhna, na którą wpadł wcześniej. Była mniej więcej wzrostu Mirry, a włosy miała jasnobrązowe, odpowiadające kolorowi oczu. Podobnie jak inne bliskie koleżanki panny młodej, miała na sobie kremową sukienkę.

— Cze… cześć — powiedział, zdezorientowany.

— Czy mogę prosić do tańca? — przekrzyczała muzykę, a Albus prawie się przewrócił. Dziewczyny bardzo rzadko do niego podchodziły i był tak zaskoczony, że szukając pomocy, odwrócił się do ojca. Ten nadal wpatrywał się w przestrzeń, zupełnie jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. W pewnym momencie ocknął się i spojrzał na nowo przybyłą.

— Przepraszam, czy wiesz, gdzie jest najbliższa toaleta?

— Jedyna, jaką znam, jest na pierwszym piętrze. Przepraszam. — Wykrzywiła niesympatycznie usta. — Może pan skorzystać z windy. — Wskazała drogę.

Harry gwałtownie wstał i szybkim krokiem się oddalił.

— Więc? — Dziewczyna wbiła w Albusa wzrok. — Zatańczysz?

— Jasne — odpowiedział kapryśnie, choć gdy złapała go za rękę, zastanowił się, czy w ogóle istniała jakaś grzeczna forma odmowy — nie chciał zabrzmieć szczególnie nieprzyjemnie. Przez chwilę pomyślał też, czy Mirra będzie miała coś przeciwko, ale z drugiej strony, ślub to ślub. Co było złego w zwyczajnym tańcu?

Druhna poprowadziła go na sam środek parkietu. Albus rozejrzał się i niedaleko zobaczył wciąż promiennego Scorpiusa i znudzoną Rose. Wszystko wskazywało na to, że blondyn jeszcze nie wyznał, co do niej czuje.

— Znasz tę szczęśliwą parkę? — zapytała nieznajoma.

— Hę? A, tak. Przyjaźnię się z bratem Lisy. Chodzę z nim do publicznej szkoły — powiedział, żałując, że głupio określił typ placówki edukacyjnej. — Co z tobą? — dodał, starając się zmienić temat.

— Moja siostra jest najlepszą przyjaciółką Lisy — odpowiedziała. — Chociaż, teraz gdy tak o tym wspomniałeś, to nie wiem nawet, do jakiej szkoły chodzi Morrison.

— Och, to… ee… Slytherinsburg — wyjąkał niezdarnie, potrząsając głową z własnej głupoty.

— Och. Nie słyszałam o takiej…

Piosenka była znacznie szybsza niż te, które przetańczył z Mirrą, a ponieważ nie był do nich przyzwyczajony, wypadł szczególnie źle. Próbował dostosować ruchy swojego ciała do ruchów partnerki, ale efekt końcowy po prostu ją rozśmieszył.

— Nie tańczysz za często, prawda? — wydusiła między jednym chichotem a drugim.

— O ile się orientuję, dziś był mój pierwszy raz.

— No patrz, i już jesteś w tym dobry. — Uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

— Hahaha…

Choć piosenka się skończyła, partnerka nie była skora do puszczenia go wolno.

— Następna? — zapytała z nadzieją.

— Ee…

Wtem coś przykuło uwagę Albusa. Zza druhny, z pewnej odległości, wystawała Mirra. Zmrożona w miejscu rzucała mu mroczne spojrzenie, chociaż nie dostrzegał w nim żadnego sarkazmu. Zdenerwowany, podrapał się po karku i odwrócił do aktualnej partnerki.

— Dzięki za fajny taniec! — przekrzyczał muzykę i pospieszył do swojej dziewczyny. — Smakował ci deser?

— A tobie? — zapytała retorycznie.

Westchnął cierpiętniczo.

— Nie możesz być poważna. Jesteś na mnie zła?

— W żadnym wypadku — stwierdziła, ale ton jej głosu i mowa ciała mówiły zupełnie co innego.

— Aby na pewno? Bo brzmisz jakbyś była…

Mirra odwróciła się na pięcie i odeszła. Albus, całkowicie oszołomiony biegiem wydarzeń, podążył za nią, przepychając się przez tłum ludzi.

Szklane przesuwane drzwi rozsunęły się, wpuszczając ich na balkon. Był pusty, a przyczyną takiego stanu rzeczy był zapewne zimny wiatr i mroźna pogoda. Spoglądając na rozciągające się dalej miasto, pomyślał, że warto. Z najwyższego punktu hotelu widać było tylko światła innych budynków i gwiazdy na niebie — sceneria sprawiała wrażenie pięknie namalowanego krajobrazu.

— Naprawdę jesteś na mnie zła? — zapytał natychmiast, niesamowicie wdzięczny, że szklane drzwi blokowały większość hałasu, dobiegającego z imprezy.

— Nie jestem, Albusie. — Odwróciła się i skrzyżowała ramiona. — Nie wiem, co we mnie wstąpiło — wyznała.

— To był tylko głupi taniec — powiedział dobitnie, wskazując dłonią wnętrze sali. — To znaczy, ona mnie poprosiła i nie mogłem jej odmówić.

Dziewczyna przygryzła dolną wargę i odgarnęła włosy z twarzy. Na jej twarzy wciąż było widać wściekły wyraz.

— Wiem. Zwyczajnie nie spodziewałam się czegoś takiego.

Albus nie odpowiedział, choć w rzeczywistości był bardzo zaskoczony. Nigdy wcześniej nie widział, by Mirrą kierowała zazdrość. Nie miał sobie nic do zarzucenia — nie dał jej żadnego dobrego ku temu powodu. Mimo to podobało mu się to niecodzienne uczucie.

— Uważasz, że jest ładna? — spytała znikąd.

— Nie — szybko skłamał.

— Owszem. — Uśmiechnęła się. — Uważasz tak.

— Cóż… — Wzruszył ramionami. — To znaczy, że nie jest brzydka, ale tobie nie dorównuje.

Mirra uśmiechnęła się pogodniej, więc zamierzając dać jej trochę ciepła, Albus przyciągnął dziewczynę bliżej, po czym objął ramionami.

— Przepraszam — stwierdziła. — Po prostu… sama nie wiem. Teraz nachodzą mnie myśli, że mogę cię stracić. Pierwszy raz zobaczyłam to w ten sposób. Tak naprawdę… to nigdy nie myślałam nawet nad tym, że może do tego dojść i to jeszcze przez… inną dziewczynę — chociaż powinnam.

Albus był zszokowany tym komplementem.

— Co masz na myśli, kiedy mówisz o utracie mnie? — zapytał i odsunął się nieznacznie, by spojrzeć na jej twarz.

Odwróciła głowę i uniknęła kontaktu wzrokowego.

— Pamiętasz, jak Puckerd mnie przepytywał? Nie mówił wiele na twój temat, ale powiedział jedną ważną rzecz: „twój chłopak gra w niebezpieczną grę". To wytrąciło mnie trochę z równowagi.

— Daj spokój, Mirra — prychnął Albus. — Puckerd chciał ci tylko zepsuć dzień i namieszać w głowie. Chce, żebyś myślała, że Ministerstwo jest takie wspaniałe i…

— Poniekąd jest! — Zacisnęła usta. — I nie o tym myślałam. Często bywasz w niebezpieczeństwie, Al; prawdziwym niebezpieczeństwie. Wiem, że nie dążysz do tego, ale zawsze kończysz wmieszany w okropne sytuacje. Zostałeś porwany, znalazłeś się w samym środku ulicznych zamieszek, byłeś ścigany przez te… te potworne stworzenia… I z roku na rok jest coraz to gorzej.

Nie wiedział, co powinien jej odpowiedzieć. Niepokój w jej głosie nie został jednak niezauważony. Wziął głęboki oddech.

— Zawsze dobrze kończę, prawda? Te wszystkie zdarzenia były całkowicie przypadkowe. To byłem inny ja. Nie pcham się już w niebezpieczne sytuacje i jestem szczery.

— Zdaję sobie z tego sprawę, ale obiecaj mi, że nie pozwolisz, by to się zmieniło!

— Obiecuję — oznajmił natychmiast, nadal nie mogąc uwierzyć, że ta rozmowa rzeczywiście miała miejsce. Czy Mirra naprawdę tak rozmyślała nad tymi wszystkimi rzeczami? Czy tak bardzo się martwiła?

Przytulił dziewczynę mocniej.

— Kiedy zobaczyłam cię tańczącego z inną, od razu pomyślałam o tym, jaka byłabym straszliwie nieszczęśliwa, gdyby wyszło z tego coś więcej.

— Ale nie wyszło — stwierdził łagodnie.

— No wiem — mruknęła. — Wiem…

— I nie martw się tym, co się dzieje — kontynuował. — Wiem, że to przerażające, ale mój tata wrócił teraz do pracy w Ministerstwie. Zatrzyma te okropności, ino patrzeć: Waddleswortha, Darvy'ego i ogólnie. Osobiście to mam nadzieję, że pozwoli mi wykończyć tego drugiego… — dodał bez namysłu.

Mirra odsunęła się odrobinę, a na jej twarzy widać pojawiło się przerażenie.

— Nawet tak nie mów, Albusie! Nigdy nie pokochałabym mordercy!

Nastolatek miał właśnie wypomnieć dziewczynie, że nie akurat ona nie powinna się wypowiadać w ten sposób, zwłaszcza biorąc pod uwagę pierwszy rok nauki w szkole, ale coś, co przy okazji powiedziała, bardziej zaprzątało mu głowę. Z czym Mirra wypaliła…?

— Czekaj, czekaj. Co tak właściwie powie…?

Rozległ się trzask, tak głośny, że Albus automatycznie sprawdził stan oszklonych drzwi za sobą. Nie było na nich nawet drobnej rysy, czy małego pęknięcia. Rozejrzał się dziko, gdy usłyszał dziwniejsze dźwięki — pomieszane okrzyki przerażenia i zaskoczenia. W środku coś się zmieniło. Parkiet taneczny był opustoszały, podobnie jak część deserowa pomieszczenia. Goście cofali się w stronę stolików. Muzyka przestała grać.

— Co do…?

Otworzył drzwi, a Mirra podążyła za nim. Przez chwilę wśród tłumu panował względny spokój, by następnie część osób zaczęła szeptać. Albus niestrudzenie przedzierał się przez gapiów i prawie sapnął, gdy zobaczył, o co wszystkim chodziło.

Olbrzymia szklana ściana, służąca jako tło dla wyczynów tanecznych, została całkowicie zniszczona — odłamki leżały rozsypane na podłodze. Wiatr zawył złowieszczo, ale chłopiec był zbyt skoncentrowany na widoku, żeby to zarejestrować. W pobliżu świeżego powietrza stało mniej więcej trzydzieści zakapturzonych postaci. Twarz każdej z nich zdobiła czerwona, tak znajoma maska. Niektóre z nich trzymały w dłoni miotły, ale ta na samym przodzie pochwyciła w żelazny uścisk tę samą druhenkę, z którą Albus wcześniej tańczył — dziewczyna była zakładnikiem i wyglądała na przerażoną.

Szok spowodowany tym, co się właśnie wydarzyło, powoli mijał, bo wielu mugoli zaczęło głośniej mruczeć, szczególnie ucieszeni niezapowiedzianym przedstawieniem.

— Mike to zaplanował?

— No, za okno to z całą pewnością będą musieli zapłacić…

— Kto by pomyślał, że Mike na własnym weselu wyskoczy z taką super iluzją!

Wtopieni w tłum gości, czarodzieje milczeli. Wujek Ron ulokował się z przodu, choć widoczny był tylko tył jego głowy. Obok niego stała ciocia Hermiona. Oboje sprawiali wrażenie spiętych, choć gotowych do akcji.

— Bez żadnego heroizmu, Weasley! — zawołał ten mężczyzna, który schwytał druhnę. Brzmiał na nerwowego, stąd Albus wywnioskował, że wujek sięgnął po różdżkę. — Jeden ruch i potraktujemy ją zielenią…

Inna zamaskowana postać wystąpiła naprzód.

— Przekażcie nam Pottera! — zagrzmiała.

W tłumie zapanowało niespodziewane poruszenie i ktoś wyskoczył przed wujka.

— Czego ode mnie chcesz? — wrzasnął James.

Kilku członków Diablego Aliansu zachichotało, wyraźnie rozbawionych.

— Nie chodzi o ciebie, idioto! — splunął ich przywódca.

Albus rozejrzał się, rozgorączkowany, spodziewając się, że ojciec także stanie obok wujostwa. Niestety, Harry'ego nigdzie nie było. Gdzie się podziewał? Mirra zaczęła ściskać mu dłoń tak mocno, że zdrętwiała; dziewczyna była tak zdenerwowana, iż jej ciepły oddech owiewał mu kark.

— Nikt nie chce bitki — zakomunikował lekko Ron. — Proponuję układ. Puścicie młodą wolno, a zobaczę, czy uda mi się zredukować wasz wyrok, powołując się na niestawianie oporu podczas aresztowania…

Diabli Alians odmówił.

W tłumie ponownie coś się wydarzyło — Terry Vincent, z zaskakującą prędkością, ruszył naprzód. Różdżkę trzymał w pogotowiu. Jeden z zamaskowanych czarodziejów przyjął postawę bojową, po czym sprawnym ruchem przeciął powietrze. Błysnęło pomarańczowe światło i tata Morrisona wylądował na podłodze.

— Hej! — Wujek podniósł obronnie ręce. — Żadnych takich! Możemy to rozwiązać w inny sposób…

Mugole przestali być zadowoleni z tego, co się wokół działo. Widok dorosłego mężczyzny, który został ugodzony dziwacznym kolorowym strumieniem światła, wyemitowanym przez niedługi drewniany kijek, sprawił, że ich podziw dla magicznej sztuczki zniknął w mgnieniu oka. Na twarzach wielu z nich można było dostrzec czyste przerażenie. Kilkoro odważnych spróbowało ukradkiem wyjść z sali, ale niestety, nie zostało to niezauważone.

— Nikt stąd nie wyjdzie, póki nie dostaniemy tego, czego chcemy! — krzyknął groźnie zamaskowany czarodziej, trzymający w dłoni miotłę.

Albus poczuł, że ktoś się do niego zbliżył.

— Dlaczego nikt nic nie robi? — zapytał przez zaciśnięte zęby Hugo.

— Mają zakładniczkę! — odszepnęła młodszemu chłopcu Mirra. — A poza tym, nie wszyscy tu zgromadzeni potrafią walczyć…

— Powiedziałem, że macie nie opuszczać tej sali! — zagrzmiał nieprzyjaciel, gdy jeden z drużbów pana młodego podszedł do schodów. Rzucił odpowiednie zaklęcie i solidna ściana wyrosła spod ziemi, blokując wyjście.

— Nie, żeby to się szczególnie liczyło — dodał ten, co schwytał mugolkę. — Nasi towarzysze zablokowali ponad dwadzieścia schodów…

Albus przełknął ślinę, nagle poczuwszy się chory. Uświadomił sobie, że znaleźli się w pułapce.

— Gdzie był tata? Czy miało to w ogóle znaczenie, gdy wrogowie przewyższali ich liczebnością?

— Odszukać! — zagrzmiał jeden z zamaskowanych ludzi, na co kilkoro jego towarzyszy wystąpiło do przodu, w kierunku tłumu weselnych gości, którzy momentalnie skulili się ze strachu.

Ron i Hermiona rozejrzeli się wokół, najwyraźniej niepewni tego, jak wprowadzić plany w życie tak, by te w konsekwencji nie przyniosły czegoś jeszcze gorszego. Wtedy ślizgon dostrzegł matkę — stała kilka rzędów za swoim bratem, mocno ściskając dłoń uczepionej do niej Lily.

W pewnym momencie Albus usłyszał odgłosy walk, ale jakby na niższym poziomie budynku. Wyglądało na to, że zastraszające oświadczenie o posiłkach nie było blefem — spanikowani mugole biegli na najwyższe piętro. Hałas był dziwny, co chwilę przerywany, a odgłosy walki dochodziły były jakby z dwóch różnych stron. Czy stawiany jest jakiś opór? Co takiego może zrobić grupka niezorganizowanych, wystraszonych mugoli, aby przeciwstawić się władających magią czarodziejom?

Harry Potter. Tata. Nie było go na górze, ale z pewnością jest w budynku — czy był w stanie przedrzeć się i przybyć tu z odsieczą? Ilu członków Diablego Aliansu walczyło na dole? Kolejnych dwudziestu?

Zakapturzone postacie przechadzające się wśród tłumu, rzucały każdemu uważne spojrzenie, a Albus wiedział, że to tylko kwestia czasu, aż uświadomią sobie, że mężczyzny, którego szukają, tutaj nie ma. Co wtedy zrobią? Czy całe to przedstawienie okaże się marnotrawstwem czasu? Czy przystąpiliby do prawdziwego ataku?

Hałas zwiększył swoje natężenie, choć wydawało się, że walki wciąż są toczone na którymś z niższych pięter. Nastolatek zmarszczył brwi, kiedy do jego uszu dobiegł ludzki krzyk. Co tam się wyprawiało?

— Darvy wrobił was w nadgodziny? — Wujek Ron ponownie zabrał głos; brzmiał kpiąco. — Trochę to ryzykowne, prawda? Rujnowanie w taki sposób imprezy, na którą zostali zaproszeni aurorzy. Szefowi chyba niekoniecznie zależy na waszej wolności…

— Zamknij się! — krzyknął lider przeciwników, a stojący za nim czarodziej natychmiast wyciągnął różdżkę i posłał ku wujkowi zaklęcie uciszające.

Ciocia Hermiona nie wahała się nawet przez sekundę. Albus mógłby przysiąc, że czary złączyły się w jeden. Ron chwycił ją za ramię i spróbował opuścić, najwyraźniej wciąż mając nadzieję na pokojowe rozwiązanie sprawy — nie chciał niepotrzebnie nikogo narażać na niebezpieczeństwo.

Goście weseli jakby wrośli ze strachu w ziemię. Na co poniektórych twarzach widać było także dezorientację. Część wymieniła znaczące spojrzenia, a część zamknęła oczy, zapewne marząc, by był to tylko zły sen, z którego za chwilę się obudzą. Wszystko wskazywało jednak na to, iż będzie tylko gorzej…

Wiszące w powietrzu napięcie odrobinę rozładował niespodziewany dźwięk dzwonka. Albus odwrócił się na pięcie w kierunku źródła, będąc pewnym, że znajduje się ono z tyłu. Podobnie jak inni, zrobił olbrzymie oczy, gdy zobaczył, że świeci się strzałka obok windy. Towarzyszył jej charakterystyczny dźwięk poruszającego się mechanizmu dźwigu.

— To na pewno oni! — Stojący z przodu zamaskowany mężczyzna wydał z siebie pełen zachwytu pisk.

Albus przyciągnął Mirrę bliżej. Jakikolwiek opór okazał się daremny. Sprawy pogarszały się z minuty na minutę…

Hałas ustał i drzwi się otworzyły. Zanim chłopiec zdążył zerknąć do wnętrza windy, został zmuszony do zrobienia szybkiego nura w dół. Z komory wystrzelił promień jaskrawoniebieskiego światła. Ludzie zakrywali rękoma głowę bądź twarz i krzyczeli wniebogłosy. Ich zachowanie nie miało jednak żadnego znaczenia. Światło przypominało samonaprowadzający pocisk — co rusz skręcało, omijając po drodze wszystkie przeszkody, żeby finalnie uderzyć w cel — człowieka, który schwytał zakładniczkę. Mężczyzna zawył z bólu i przewrócił się, przedtem popychając druhnę na podłogę. Dłonie przycisnął do czerwonej maski, przez co sprawiał wrażenie człowieka, któremu pali się twarz.

Albus nie musiał słyszeć następnego zdania, by zrozumieć, co się dzieje.

— To on! — wrzasnął jeden z nieprzyjaciół. — Srebrny Czarodziej!

Ślizgon wgapił się w windę z szeroko otwartymi ustami. W środku stał prawie że nieruchomy nieznajomy osobnik — rzeczywiście Srebrny Czarodziej — a jego wygląd odpowiadał temu przedstawionemu w gazetach. Od butów do kaptura zakrywającego włosy, odziany był w mieniące się srebro. Zniekształcona maska nie miała żadnych zdobień czy zadrapań. Albus od razu wiedział, czyje oblicze skrywa — człowieka, którego nigdzie nie było w pobliżu; który będąc tu, najprawdopodobniej wyglądałby na zaniepokojonego lub przestraszonego. Czarodziej trzymał przygotowaną do ataku różdżkę, a ręka mu nawet nie drgnęła.

Po raz pierwszy członkowie Diablego Aliansu wyglądali na spanikowanych.

— Na co czekacie?! — ryknął ktoś. — Brać go!

Ciocia Hermiona obróciła się w miejscu i stanęła twarzą w twarz z tłumem. Różdżkę skierowała ku podłodze.

Terrakinisio!

Promień koloru mchu uderzył w posadzkę i Albus natychmiast poczuł silne wstrząsy. Wraz z innymi stracił równowagę i upadł — leżąc, zauważył, że jedynymi osobami, które oparły się zaklęciu była ciocia, mama oraz pani Vincent. Cel stojący za tym strategicznym posunięciem był oczywisty — Hermiona uziemiła wszystkich, by mogła rozpocząć się prawdziwa bitwa.

I rzeczywiście, tak się właśnie stało. Nad głowami mugoli wystrzeliwane były promienie o najróżniejszych kolorach, lecz Albus nie słyszał inkantacji — ludzie zbytnio krzyczeli. Potter przybliżył się do Mirry, po czym zakrył ją własnym ciałem i przekrzywił głowę w bok, by wszystko widzieć.

Srebrny Czarodziej nawet nie zadawał sobie trudu, by unikać wysyłanych w jego stronę klątw i przekleństw. Zamiast tego niestrudzenie parł do przodu, powoli zakreślając różdżką kółka, tworząc magiczne tarcze. Otaczała go jakaś bąbelkowa powłoka, przyjmująca na siebie uroki wrogów. Albus patrzył z podziwem, jak mężczyzna wycelował różdżkę w sufit, przez co wystrzeliwał w powietrze szkarłatne strugi światła. To zaklęcie także wydawało się mieć własny, odrębny umysł, gdyż ścigały tylko zamaskowanych nieprzyjaciół — przewracały ich na ziemię i natychmiast pozbawiały przytomności.

Ginny i Hermiona połączyły siły, by wspólnie pokonać przeciwnika, ale finalnie również skończyły na podłodze, zanim tak naprawdę rozgorzała prawdziwa walka.

— Zabijcie go! — krzyknął członek Diablego Aliansu. — Zabijcie!

Chudy, zakapturzony człowiek uniósł różdżkę.

Avada Kedavra!

Srebrny Czarodziej leniwie poderwał w górę jeden ze stołów, po czym wysłał go w kierunku klątwy uśmiercającej — nastąpiła głośna eksplozja, a kolejną rzeczą, którą Albus zobaczył, był płonący w powietrzu ogień. Machnąwszy różdżką, mężczyzna wysłał go w kierunku napastnika, który został wyrzucony przez otwarte okno, prosto w ramiona ciemniejącego nocnego nieba.

Zyskawszy gwarancję skuteczności takiej strategii, Srebrny Czarodziej wykonał kolisty ruch nadgarstka. W następnej chwili wszystkie stoły zostały uniesione w powietrze i włączone do walki — przeciwnicy byli zbijani z nóg niczym pionki z szachownicy. Byłoby to dość komiczne, gdyby nie kontekst sytuacyjny.

Podczas gdy członkowie Diablego Aliansu byli zajęci robieniem za worek treningowy, Srebrny Czarodziej odwrócił się, by wykonać następne zadanie — odsłonić odciętą drogę ucieczki. Uniósł różdżkę i okolica zadudniła, a towarzyszył temu błysk niespotykanego światła. Potężne zaklęcie niszczące zredukowało ścianę nie do sterty gruzu, a do prawie że niewidocznego dla ludzkiego oka pyłu, który po chwili został usunięty kolejnym machnięciem dłoni. Schody stanęły otworem — wyglądały tak, jakby nigdy nie zostały zasłonięte.

Zamaskowany mężczyzna zaczaił się na niepodejrzewającego niczego Srebrnego Czarodzieja. Albus szczerze żałował, że nie może pomóc, ale wykazał się niewyobrażalną wręcz głupotą, idąc na wesele bez różdżki w kieszeni…

Osiłek został powalony przez wujka Rona, który wydawał się wkładać taką samą ilość wysiłku w każdy urok. Osunął się na podłogę, ale zanim zdążył uderzyć się w nią głową, ciocia Hermiona jednym ruchem nadgarstka związała go grubymi linami. Chłopiec nie był pewien, czy tamto zaklęcie uciszające rzeczywiście uderzyło w wujka, czy zwyczajnie zostało zniwelowane, bo ten zwrócił się wprost do niego.

— Zabierz na dół mugoli i zostań tam, Albusie! Damy sobie tutaj radę!

Pokiwał gwałtownie głową, po czym mocniej złapał Mirrę za rękę i wstał. Kątem oka zobaczył, że Ginny i Laura Vincent wznowiły walkę z wrogiem. Srebrny Czarodziej ponownie dołączył do bitwy i okazał się decydującym czynnikiem. Całą trójką z największą dokładnością wystrzelili zaklęcia o najróżniejszych kolorach, a Albus uświadomił sobie, że żadne z nich dotychczas nie użyło ani zaklęcia rozbrajającego, ani oszałamiającego — każdy pokonany nieprzyjaciel leżał związany linami bądź łańcuchami, jęcząc przy tym żałośnie.

— Pomóż mi sprowadzić mugoli na dół! — poprosił Mirrę i pociągnął ją za sobą. Drogę utorowali przez tłum, a w międzyczasie szturchali przypadkowych ludzi. — Wstawajcie! — krzyczał co chwilę. — No dalej! Niżej jest bezpiecznie!

— Co tu się w ogóle wypra…?

— Kim są ci lu…?

— To demony?

— Po prostu zejdźcie na dół! — warknął. — Za mną!

Scorpius i Rose także zaganiali ludzi do wyjścia, a Morrison trzymał w ramionach przerażone, zapłakane dziecko. Melonie była tuż za nim. James stał niezdecydowany, dziko patrząc to w jedną, to w drugą stronę — było jasne, że wahał się, którą drogą powinien podążyć: czy pomóc walczącym, czy wesprzeć ewakuację gości weselnych. Koniec końców złapał najbliżej kucającą na podłodze dziewczynę i podciągnął ją do góry; potem pomógł wyjść.

Wszyscy podążyli za Albusem, który rzucił ostatnie spojrzenie wstecz, zanim wszedł na schody. Sceneria niewiele się zmieniła, choć nie wyglądała tak źle. Zdecydowana większość zamaskowanych napastników była związana i niezdolna do ataku. Wyglądało na to, że nieprzyjaciel został pokonany, a najgorsze niebezpieczeństwo minęło.

— No dalej, pospieszcie się. I nie oglądajcie!

Z racji wąskiego przejścia, schodzili po dwie lub trzy osoby w linii. Każdy był spanikowany i zdezorientowany. Naprawianie tej sytuacji z całą pewnością przysporzy Ministerstwu Magii wielu trudności…

— No dobrze! Niech… niech nikt nie oddala się od recepcji! — powiedział Albus, lecz i on nie powstrzymał sapnięcia, gdy weszli do środka.

Sala recepcyjna została całkowicie zniszczona. W ścianach i podłodze znajdowały się olbrzymie dziury, a wymyślne meble zostały zamienione w stosy nieskładnie rozrzuconych wokół drzazg. Nieruchomi, najprawdopodobniej pozbawieni przytomności lub gorzej członkowie Diablego Aliansu, bezwładnie leżeli na pięknych kafelkach — sprawiali wrażenie bałaganu, jaki zostawił po sobie potężny huragan. Mężczyzna najbliższy Albusowi miał zakrwawioną całą twarz, przez co wyglądał, jakby wciąż miał maskę.

Chłopiec rozejrzał się z podziwem. Czy to było produktem hałasów, które wcześniej słyszał? Czy była to sprawka Srebrnego Czarodzieja?

— O… okej! Nic wam nie grozi, więc… więc zostańcie tutaj! — Rzucił się w szaleńczy bieg poprzez przylegający do sali korytarz. Gdzie był tata? Finalnie przeszukał cały parter, ale nie znalazł nikogo niezwiązanego. Czy ojciec także mógł leżeć na podłodze…?

Serce przyspieszyło swój rytm, gdy w głowie pojawiła się niepokojąca myśl. Tej nocy otrzymał już kilka cennych wskazówek.

Pobiegł w kierunku schodów.

— Gdzie lecisz, Albusie?! — Lily rozgryzła plan.

— Obiecałeś, Albusie! — krzyknęła Mirra, również zwracając na niego uwagę.

— Nigdzie się stąd nie ruszajcie! — odwrzasnął, przeskakując po dwa lub trzy stopnie, spiesząc się na górę. Prawie że potknął się i przewrócił, ale zdołał utrzymać równowagę. Gdy dotarł na miejsce bitwy, ciężko dyszał i praktycznie nie mógł złapać tchu.

Dyskretnie zajrzał do sali…

Nikt nie walczył, a wycie wiatru stanowiło najgłośniejszy hałas. Podobnie jak na najniższym piętrze, wszędzie leżały zakapturzone postacie w czerwonych maskach, które nie były w stanie nic zrobić, prócz wicia się na podłodze. Srebrny Czarodziej nie zostawił po sobie żadnych innych śladów. Ciocia Hermiona opatrywała zranione ramię męża, rodzice Morrisona rozmawiali ze sobą, siedząc na podłodze, a Ginny pochylała się nad…

— Tata! — krzyknął.

W rzeczy samej, Ginny pochylała się nad Harrym Potterem. Nie sprawiał wrażenia rannego, lecz zdenerwowanego.

— Wracaj na dół, Albusie! Mugole muszą być razem, bo zaalarmowałem Ministerstwo.

— Sprowadzą amnezjatorów[2]

— Jakim cudem…? Czy nie byłeś w łazience? Srebrny Cza… Gdzie byłeś, tato…?

— W łazience — odpowiedział spokojnie Harry. — Wtedy właśnie usłyszałem hałas, ale zanim rozeznałem się w sytuacji, wszystko się skończyło. Wbiegłem po schodach, ale zostały zablokowane, więc przyjechałem windą. — Wskazał głową na urządzenie.

— Ale… ale one wcale nie zostały zablokowane! Zeszliśmy nimi!

— Były wtedy, kiedy wszedłem — sprostował tata. — Schodziłeś na dół, kiedy ja wsiadałem do windy. — Wziął głęboki oddech. — Czy komuś coś się stało?

— Nie, wszystko z nami dobrze. Mugole są wstrząśnięci. A co…? A co ze Srebrnym Czarodziejem?

Zniknął. Deportował się, kiedy ostatni przeciwnik padł. — Dłonią wskazał kilku mężczyzn powalonych w rogu sali. Wszyscy plecami opierali się o ścianę, a ich głowy opadały na któryś bok. Z ich ciał unosiła się dziwaczna para, przez co można było odnieść wrażenie, iż zostali porażeni prądem.

— Albusowi pozostało tylko wgapianie się w ojca. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, by cokolwiek odpowiedzieć.



[1] Kakofonia— nieprzyjemnie brzmiąca mieszanina dźwięków bądź mieszanina form, kolorów, treści

[2] Amnezjator (z ang.: obliviator) — pracownik Ministerstwa Magii, którego zadaniem jest zmodyfikowanie pamięci mugolom, będących świadkami użycia magii albo zobaczyli magiczne stworzenia. Celem ich pracy jest zapobieganie ujawnieniu się czarodziejskiego świata

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz