Albus następne dni spędził na roztrząsaniu rewelacji wizyty w Hogsmeade. Na zewnątrz wzmógł się wiatr i potrafił nawet smagnąć ostro w twarz, gdy nie przyjęło się pewnej, twardej postawy. Ogólnie panujący chłód zmuszał wszystkich do przesiadywania w pokojach wspólnych. Zamiast więc spacerować po zamku i okolicach, rozpamiętując rozmowy tamtego pamiętnego dnia, ślęczał nad zadaniem domowym i pozwalał, żeby jego myśli błądziły wokół jednego tematu.
Co stało się z Warrenem Waddlesworthem...? Co sprawiło, że ten człowiek – bardzo niebezpieczny, w gruncie rzeczy, człowiek – tak się nim zainteresował...?
– Myślisz, że ma to związek z artykułem w gazecie? – zapytał Morrison.
Wszyscy siedzieli rozleniwieni w pokoju wspólnym. Vincent był rozwalony na kanapie, zaś Scorpius i Albus grali obok niego w szachy – blondyn jeszcze nigdy go nie pokonał w żadnej rozgrywce.
– Jak artykuł mógł mieć z tym cokolwiek wspólnego? – zapytał Albus, zbijając wieżę przeciwnika.
– Cholera, nawet tego nie zauważyłem... – mruknął pod nosem Scorpius.
– Ciężko powiedzieć, ale to trochę dziwne, prawda? – Morrison wzruszył ramionami. – Tego samego dnia co pokazuje się artykuł, Fairhart wysyła ci list z ostrzeżeniem, w którym zakazuje ci wycieczki do Hogsmeade...
Albus również wzruszył ramionami.
No właśnie. Fairhart był kolejnym zaskakującym elementem całej tajemnicy. Jakim cudem był członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek? Czy nie był aurorem? Czy nie powinien był pracować z jego ojcem i szukać Aresa? Oczywiście, nie zapomniał też o szklanej fiolce, którą ten mu dał pamiętnego dnia i która rzekomo odrzuci go od renegatów – fiolce zawierającej tajemnicze wspomnienie, przeznaczone tylko i wyłącznie dla jego oczu.
– Więc jak ci się wydaje – co zawiera wspomnienie...? – Morrison uśmiechnął się, gdy Albus nie odpowiedział na poprzednie, zadane przez niego pytanie. Mimo że nikt miał się o tym nie dowiedzieć, pokazał flakonik przyjaciołom zaraz po powrocie do zamku. I o dziwo, to właśnie Vincent był najbardziej ciekaw jej zawartości.
– Naprawdę nie wiem, nie zastanawiałem się za bardzo. Jeżeli mam być szczery, to nie jestem pewien, czy chcę babrać się w myślodsiewni – przyznał. – Nie możesz tego zrobić... – dodał, zauważając, że przeciwnik przesuwa swojego pionka.
– Dlaczego nie?
– Szach ze strony mojej królowej...
– Cholera – mruknął Malfoy, z uwagą przyglądając się szachownicy.
– Czemu nie chcesz zobaczyć tego wspomnienia? – dopytywał Morrison.
– Ponieważ nie chce zostać odcięty od Wybawczego Aliansu Różdżek – powiedział za niego Scorpius, wciąż będąc skupionym na grze. – Prawda, stary?
– Nie – odpowiedział, zdeterminowany.
– Och, no jak nie? W tym cały szkopuł! Kiedyś powiedziałeś nawet, że Waddlesworth przysłużył się czarodziejskiemu światu i myślałeś nad powrotem do sklepu.
– To akurat niepodważalna prawda! – odparował Albus. – Nie chcę dołączyć do Aliansu, torturować, czy zabijać ludzi, ale chciałbym zgromadzić więcej informacji. Warren obiecał rozjaśnić mi kilka problematycznych kwestii.
– Dlaczego nazywasz go Warrenem? – zapytał Morrison. – Dlaczego nie Waddlesworthem?
Albus zignorował przyjaciela. Atak zaczynał go przytłaczać, więc automatycznie zaczął się pocić.
– Słuchajcie, po prostu nie chcę naruszać prywatności Fairharta. I nie wiem, w jaki sposób mógłbym obejrzeć wspomnienie. Żeby to zrobić, musiałbym skorzystać z myślodsiewni mojego taty...
– Fairhart chciał, żebyś to zobaczył nie bez powodu – powiedział surowo Scorpius, wpatrując się w niego uważnie. W międzyczasie nie wykonał żadnego ruchu. – Cokolwiek zawiera wspomnienie, z pewnością ci pomoże.
Albus zignorował także i te słowa. Jak to wszystko się łączyło? Fairhart i Blackwood byli członkami Wybawczego Aliansu Różdżek...? Co Blackwood tak właściwie tutaj robiła...? Dlaczego Fairhart ostrzegał go przed działaniami własnej organizacji...?
– Hej, stary? – zaczął Morrison. – A nie wydaje ci się, że Fairhart mógłby być, no wiesz, podwójnym agentem...?
– Całkiem sensowne wytłumaczenie – powiedział Scorpius, a potem wydał odpowiednią komendę swojemu pionkowi i zbił skoczka przeciwnika. Przez chwilę siedział ze zmarszczonymi brwiami, najprawdopodobniej rozmyślając nad następnym ruchem, a następnie kontynuował podjęty wątek. – Czwartą osobą na fotografii, którą podejrzałeś, na pewno był Fairhart, ale weź pod uwagę, że zdjęcie zostało zrobione wiele lat temu. Może kiedy rozwiązano organizację po raz pierwszy, zdecydował się na karierę aurora? A teraz, kiedy wznowiono działalność, wrócił do starych znajomych i zdobywa informacje dla Ministerstwa Magii. Co myślisz o takiej możliwości?
– Całkiem prawdopodobna. Mimo to nadal uważam, że Blackwood też jest powiązana. – Albusa rozbolała głowa. – Biorąc pod uwagę naszą teorię, jakie informacje przekazuje Fairhart? I czemu Ministerstwo skupia się na kombinacjach Wybawczego Aliansu Różdżek, zamiast ścigania Reginalda Aresa?
Nikt nie znalazł dobrej odpowiedzi. Zamiast wygłoszenia kolejnej, w miarę satysfakcjonującej tezy, Scorpius uczynił albusowego pionka swoim.
– W ten sposób zostawisz swoją drugą wieżę niekrytą! – pospieszył z naganą brunet.
– To jedyny ruch, jaki mogę wykonać! – zezłościł się przyjaciel. – Jeżeli spasuję, ruszysz pionkiem do ataku i uczynisz go królową!
Albus przyjrzał się uważniej szachownicy. Faktycznie, jeden z jego pionków był bardzo blisko pola Scorpiusa; był o krok od przyjęcia roli cichego zabójcy...
– Odechciało mi się grać – zakomunikował zgorzkniale, odsuwając od siebie planszę.
– Znaczy, że poddajesz partię? – zapytał Malfoy. – Przegrałeś, a ja... wygrałem?
Albus skinął głową.
– Idę do łóżka – podsumował rozgrywkę.
Dni mijały coraz szybciej. Zapewne przyczyniło się do tego rozmyślanie nad wydarzeniami z Hogsmeade. Zajęcia kończyły się w ekspresowym tempie, kolacja mijała błyskawicznie i zanim chłopiec orientował się, znowu leżał w łóżku. Nieważne, jaka była pora dnia i godzina, wyglądało na to, że zawsze miał nad czym główkować.
Rose też nie wyglądała na najszczęśliwszą. W klasie była cichsza i po korytarzach krążyła zrozpaczona. Ilekroć ją zaczepił, dzielnie trzymała się wersji, że wszystko jest w porządku. Lance się odizolował – ani nie szwendał się w okolicy, ani nie szukał dziewczyny po zamku; ewidentnie unikał bliższego kontaktu. To z kolei przekonało Albusa do dwóch istotnych faktów – ich randka okazała się być katastrofą, a on był najokropniejszą osobą na świecie.
– Próbowałeś tylko pomóc przyjacielowi – powiedział mu pewnego dnia Morrison, gdy wychodzili z historii magii. – Skończ się gnębić...
Scorpius też wydawał się nieco smutny. Po odciągnięciu Lance’a od Rose miał wcielić się w rolę dobrego przyjaciela, który pocieszy jej złamane serce, ale zamiast tego trzymał się na uboczu, a gdy się spotkali, milczał. Albus wiedział, co to oznacza. Malfoy nie spodziewał się, że dziewczyna będzie w rozsypce i odsunie się od świata – widok zrozpaczonej ukochanej wzmagał jego poczucie winy. Jeżeli naprawdę lubił Rose od dawna i tak bardzo, jak uparcie twierdził, to najprawdopodobniej również cierpiał.
Jedyną osobą, która stanowiła dla Albusa istną zagadkę w całym zamieszaniu, była Mirra. Od czasu wizyty w Hogsmeade utrzymywała dystans, nie wykazywała żadnego zainteresowania jego rozmową z Waddlesworthem i raz nawet wystawiła go w bibliotece. Całkiem szybko rozgryzła ślizgoński spisek i gdy rozłożyła go na czynniki pierwsze, wyniuchała jego rolę. Nie wyglądała jednak, jakby chciała poinformować Rose o podstępie. Była bardzo dobrą prawdziwą przyjaciółką – nie chciała dokładać współdomowniczce zmartwień oraz sprawiać jej dodatkowej przykrości...
– Spieprzyliśmy sprawę, stary – przyznał niechętnie Scorpius w sobotę, gdy szli na trening quidditcha. Wiatr smagał ich po twarzach i sprawiał, że drętwiały im zaciśnięte na miotle palce, ale obaj nie zwracali na to większej uwagi. – Spieprzyliśmy – powtórzył.
– Myślisz? – skomentował sarkastycznie Albus. Bardziej aniżeli pogoda, interesowało go to, co przyjaciel miał do powiedzenia. – Mirra myśli, że jestem jakimś tyranem, który spiskował przeciwko własnej kuzynce. Jeżeli będzie chciała zrobić mi na złość, wróci do tego dupka, Eckleya...
– Wygląda na bardzo przygnębioną – kontynuował Scorpius i było jasne jak słońce, że nie mówi o Mirze, tylko o Rose. Zatopiony w myślach, najprawdopodobniej nawet nie słyszał komentarza. – Jak niby mam się do niej zbliżyć, skoro odmawia prostej rozmowy?
Albus westchnął.
– Wiesz, zawsze możemy przestać być siusiumajtkami i przyjąć wszystko na klatę – przyznać się do Rose i Lance’owi do naszych kłamstw.
– Nie mam ochoty tego wyjaśniać – powiedział wyraźnie zmartwionym głosem Malfoy.
– Moglibyśmy się wytłumaczyć, że chcieliśmy tylko chronić Rose...
– Kiepska wymówka...
– Wiem. – Gdy w końcu zatrzymali się na środku boiska, Albus zmarszczył brwi. Obaj przez moment milczeli, czekając na kolejnych członków drużyny, po czym nagle Scorpius wypalił.
– Zawsze też możemy zwalić winę na Morrisona! – powiedział, podekscytowany i jednocześnie zaskoczony, że wcześniej na to nie wpadł. – Powiemy, że był pomysłodawcą całego przedsięwzięcia!
– Absolutnie wykluczone! – Przewrócił oczami. – Nie możemy wkopać Morrisona. Ten przeklęty pomysł był twój, więc to ty powinieneś za niego oberwać.
– Proszę? – zapytał ładnie Scorpius, po ponad minutowej ciszy.
– Wykluczone – powtórzył. – Leć do obręczy...
Malfoy wsiadł na swoją miotłę i wystartował, podczas gdy reszta zespołu zgromadziła się wokół Albusa.
– W porządku, ekipo. Ten sam plan treningowy. Ścigający mają pracować zespołowo, chcę to zobaczyć. Pałkarze też – zaczął. – Wiem, że jest zimno, ale najprawdopodobniej będziemy grać w jeszcze gorszych warunkach, więc...
Co jak co, ale nadchodzący mecz quidditcha był jedną z niewielu rzeczy, którymi akurat się nie martwił. Inną sprawą był Waddlesworth i wspomnienie Fairharta wciąż schowane w jego kufrze. Jeszcze innych zmartwień dokładała mu codzienna pobudka z przyspieszonym oddechem, mocno bijącym sercem i obficie pocącym się ciałem. Jeszcze innym była ignorująca go Mirra. Z całego bałaganu myśli związane z quidditchem dodawały wytchnienia. Na szczęście, umiejętności Scorpiusa nie uległy pogorszeniu w związku z sytuacją Rose, więc Albus mógł pewnie powiedzieć, że czeka ich wygrana.
Jedna rzecz stanowiła jednak niewiadomą – czy przyjaciel zagra w ogóle w pierwszym meczu. Dopóki otrzymywał dobre stopnie, jego matka nie była przeciwna grze, a przecież leżał z eliksirów. Profesor Blackwood bardzo się starała, żeby utrudnić mu zaliczenie choćby jednego prostego zadania, które postawiła przed uczniami. Scorpius wciąż nie przyznał się rodzicom do słabych ocen, więc teoretycznie grał w konspiracji.
Ostatnia lekcja przed meczem była jedną z najbardziej wyczerpujących. Mikstura Consiliserum, lub też inaczej Napój Mądrości, przez określony czas wspomagał logiczne myślenie oraz wyostrzał intuicję.
– Trzydzieści minut do końca – zakomunikowała zimno pani profesor, a wielu uczniów się wzdrygnęło.
Albus leniwie spojrzał na swój turkusowy eliksir. Był prawie skończony – zostało mu tylko pod koniec warzenia dodać kilka kropel krwi salamandry. Dzięki temu mógł poobserwować otoczenie i pracujących wciąż studentów.
Eliksir Morrisona miał jasnozieloną barwę i o dziwo, całkiem dobrze wyglądał. To była jedna z nielicznych wykonanych przez niego mikstur, która nie roztopiła kociołka. Napój Scorpiusa był bliski ideałowi – miał bardzo ładny odcień błękitu.
Przez kilka kolejnych chwil wodził wzrokiem po innych. Mirra wciąż pracowała, a jej Consiliserum przypominało barwą wywar Morrisona. Dziewczyna jakby wyczuła, że się jej przygląda i spojrzała mu prosto w oczy. Nie zaszczyciła go większą uwagą – po chwili ponownie skoncentrowała się na kociołku.
Ze zmarszczonymi brawami postanowił poobserwować poczynania Scorpiusa. Przyjaciel ze zmrużonymi oczyma wpatrywał się w swój podręcznik. Miał wielką nadzieję, że nie pospieszy się za bardzo – pominięcie nawet jednego kroku w instrukcji mogło go wiele kosztować. W pewnym momencie dałby sobie głowę uciąć, że blondyn wrzucił do kociołka za dużo jajek bahanek, podczas gdy książka wyraźnie mówiła o małej garści. Kilka minut później uczniowie usłyszeli skrzypienie krzesła, co oznaczało, że nauczycielka wstała od biurka i zaczęła swój tradycyjny obchód. Wszyscy, niczym na komendę, spuścili głowy w dół, nie mając odwagi skrzyżować z nią spojrzenia; z nadludzkim wysiłkiem próbowali poprawić swe mikstury.
Albus był chlubnym wyjątkiem, oczywiście. Będąc pewnym swojego eliksiru, nie miał żadnego powodu do unikania bazyliszkowatego wzroku pani profesor. Kobieta podeszła do pierwszej pracy z rzędu. Albus zamrugał ze zdziwienia. Sprawiała wrażenie młodszej niż zazwyczaj! Nie wyglądała tak od momentu rozpoczęcia roku szkolnego! Co spowodowało tę nagłą zmianę?
Wtem czarownica się uśmiechnęła. Był to widok, który z pewnością będzie go straszył w najgorszych koszmarach.
Żołądek zacisnął mu się z nerwów w supeł. Jeśli Blackwood okazywała jakiekolwiek oznaki radości, wróżyło to tylko i wyłącznie kłopoty. W miarę gdy zbliżała się do jego stolika, jej uśmiech zaczynał coraz bardziej przypominać koszmarny grymas. Po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz, a głowę wypełniły niepokojące myśli.
Kobieta zerknęła przelotnie na jego eliksir i lekko skinęła głową, po czym przeniosła spojrzenie na eliksir Morrisona i co gorsza, na miksturę Scorpiusa. Malfoy miał spuszczoną głowę, a jego oczy nerwowo wędrowały to w lewo, to w prawo z nadzieją, że nauczycielka zrezygnuje ze zwyczajowych złośliwości i pójdzie dalej; jak nigdy, dłonie miał zaciśnięte w pieści.
– Za dużo jajek – oświadczyła lodowatym tonem i stuknęła różdżką w jego kociołek, a eliksir bezpowrotnie wyparował.
Scorpius sapnął z rozpaczy i rozczarowania.
Profesor Blackwood nachyliła się nad ślizgonem w ten sposób, że chłopiec musiał zrobić krok w tył i, tym samym, został zmuszony do nawiązania kontaktu wzrokowego. Odsłonił się – na jego twarzy zagościł gniew i niedowierzanie, ale nawet nie mrugnął, podczas gdy kobieta patrzyła na niego nieprzyjemnie.
– Kolejny nieudany eliksir, panie Malfoy – podsumowała spokojnym, choć władczym tonem. – Najwidoczniej kiepskie oceny nie spędzają panu snu z powiek. Może szlaban w najbliższą sobotę rozjaśni zamglony umysł.
– Co? – warknął Scorpius, wściekły.
Albusowi opadła szczęka.
W sobotę jest mecz quidditcha!
– Czyżbym nie wyraziła się wystarczająco jasno? – zapytała z paskudnym uśmiechem nauczycielka. Morrison, podobnie jak wszyscy siedzący w klasie ślizgoni, wytrzeszczyli z niedowierzania oczy. – W sobotę odrobi pan szlaban. Zapraszam do mojego gabinetu. Tam zastanowimy się nad dalszymi konsekwencjami.
Scorpius się zagapił, a Albus, dotknięty do żywego niesprawiedliwością pani profesor, nie zamierzał poprzestać na otwartej ze zdziwienia buzi. Malfoy był nie tylko jego przyjacielem, ale też obrońcą ślizgońskiej drużyny!
– W sobotę rozgrywamy mecz quidditcha, proszę pani...
– Więc proponuję wystawić rezerwowego obrońcę, panie Potter – powiedziała nauczycielka. – Pan Malfoy będzie odrabiał wówczas szlaban.
– Osz ty... – zaczął Morrison, ale przerwał mu sam Scorpius, prostując się i rzucając Blackwood nienawistne spojrzenie. Był na skraju łez. Być może i dołożyła do tego rękę świadomość presji w związku z Rose. Równie dobrze jednak mogła do tego wystarczyć tylko i wyłącznie nauczycielka.
– Co jest z tobą nie tak, stara wiedźmo...?! – ryknął na całą klasę, a kobieta uniosła niebezpiecznie brwi. – Nie masz żadnego powodu, by traktować mnie w ten sposób...!
Cała klasa aż sapnęła. Rose patrzyła na Scorpiusa w całkowitym szoku.
– Zamknij się, Scorpius! – syknął Albus, chwytając go za szaty.
– Pięćdziesiąt punktów do Slytherinu, panie Malfoy – powiedziała Blackwood. – Jak śmiesz się do mnie tak odzywać? Mam pełne prawo karać nieudolnych, niesubordynowanych uczniów. Porozmawiam z panią dyrektor o całkowitym usunięciu cię z drużyny quidditcha! I nawet się nie waż cokolwiek więcej powiedzieć! – dodała groźnie, podczas gdy Scorpius już otwierał usta, zapewne mając w głowie ciętą ripostę.
Policzki chłopca były zaczerwienione, a z nadmiaru wrażeń ciężko oddychał. Wyzbywszy się zahamowań, przybrał pogardliwy wyraz twarzy. W momencie upodobnił się wyglądem do nauczycielki, której spojrzenie wyrażało przeogromną niechęć.
Chwilę zajęło mu pohamowanie emocji. Ostatecznie trochę się uspokoił i zacisnął usta w cienką, prostą linię. Bez żadnego wyjaśnienia, czy też komentarza chwycił swoją torbę i wyskoczył z klasy. Albus mógł tylko odprowadzić go wzrokiem, ale Morrison nie zamierzał poprzestać na biernej akceptacji sytuacji.
– Ty wredna...! – Uderzył pięścią w stół, podnosząc głos.
– Następne dwadzieścia punktów od Slytherinu! – krzyknęła Blackwood. – Radzę trzymać język za zębami, panie Vincent. Lub panie Morrison, wedle uznania.
Ostatnie pięć minut lekcji przebiegło w kompletnej ciszy. Albus wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Pani profesor podeszła z powrotem do swojego biurka i usiadła za nim tuż przed rozbrzmieniem się dzwonka obwieszczającego koniec zajęć.
Gdy uczniowie wygramolili się z klasy głównym tematem wszystkich rozmów na korytarzu, był niespodziewany wybuch Scorpiusa.
– Kto by pomyślał, że w Malfoyu siedzi coś takiego – mruknął cicho Bartleby do Dantego Hauga.
– Idiota. – Eckley wybuchnął śmiechem.
Albus nie słuchał dalszych drwin i rozchodzących się plotek – razem z Morrisonem chcieli jak najszybciej dotrzeć do pokoju wspólnego. Do dormitorium wparowali jednocześnie, z ledwością przeciskając się razem przez drzwi.
Scorpius leżał na łóżku, a kotary pozrywane kotary wokół na podłodze. Wpadając do środka, musiał rzucić torbą, bo zawartość rozsypała się po całym dywanie. Książki wyglądały, jakby zaliczyły bliskie spotkanie ze ścianą naprzeciwko – kartki wisiały na włosku, gotowe do oderwania się przy podnoszeniu.
Nie wiedząc, co dokładnie można powiedzieć w takiej sytuacji, Albus postanowił naprawić chociaż część szkód. Wiedział, że Scorpius lubi czytać i ceni sobie literaturę naukową.
– Reparo – powiedział, dotykając każdej z osobna różdżką, a potem przyglądał się, jak strony ponownie się scalają.
Gdy przyjaciel zauważył ich obecność, zdjął poduszkę z głowy i usiadł. Policzki wciąż miał zaczerwienione, a zęby zaciśnięte.
– W porządku, stary? – spytał delikatnie Morrison, siadając na własnym posłaniu.
– Po prostu nie mogę uwierzyć – jęknął Malfoy, kręcąc głową. – To niewiarygodne...
Albus usiadł na swoim łóżku i wbił wzrok w podłogę. Nie wiedział, w jaki sposób powinien pocieszyć przyjaciela. Od początku pierwszej klasy Scorpius pragnął grać w quidditcha, a kiedy dostał się do drużyny, cieszył go każdy trening. Gdy w końcu mógł się wykazać na boisku...
Przeklęta Blackwood.
Albus skinął gwałtownie głową i zacisnął dłonie w pięści.
– Zagrasz w sobotę, stary – oświadczył i gwałtownie wstał. Wiedział, że postępuje dobrze, więc zignorował zdziwione spojrzenie przyjaciela. – Idę pogadać z tą wredną babą.
– Nie bądź śmieszny! – krzyknął Morrison.
– Nawet nie próbuj, stary... – Scorpius potrząsnął głową.
– Załatwię sprawę – powtórzył stanowczo, kierując się ku wyjściu z dormitorium. – Jeżeli nic nie wskóram, pójdę do McGonagall... – dodał, zdeterminowany. – Jakby nie patrzeć, mam na Blackwood haka lub nawet ze dwa...
Gdy niemal wybiegł z sypialni, przestał zwracać uwagę na otoczenie. Zgromadzeni w pokoju wspólnym ślizgoni rzucali mu zaciekawione, uważne spojrzenia, ale zupełnie je zignorował. Idąc znajomymi korytarzami do gabinetu opiekunki domu, próbował uspokoić swój oddech, by nie dać się ponieść emocjom. Kiedy znalazł się pod odpowiednimi drzwiami, napięcie i adrenalina zupełnie go opuściły.
Co sobie wyobrażał...? Co wyprawiał...? Powinien zawrócić, zanim jeszcze nie jest za późno. Rozpoczęcie otwartej wojny z Blackwood przysporzy Slytherinowi jedynie więcej kłopotów – stracą masę punktów i, co gorsze, pani profesor może wlepić szlaban i jemu, tym samym pozbawiając drużynę kapitana i szukającego...
Ale nie. Nie będzie grzecznie z nią rozmawiał. Taka rozmowa nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Zagra nieczysto. Pokaże znienawidzonej nauczycielce, że ślizgoni też potrafią grać agresywnie. Udowodni jej, że nie jest boginią o nadludzkiej sile, a głupią babą z paskudnym charakterem.
Zapukał delikatnie w drzwi jej gabinetu i gdy tylko sobie uświadomił pomyłkę, zapukał ponownie, o wiele głośniej i mocniej.
– Wejść.
Albus otworzył drzwi i wszedł do środka, zastając mniej przerażający niż ostatnio widok. Blackwood nie pisała żadnego listu, a w klasie było o wiele więcej światła w porównaniu do tamtej jednej świeczki. Kobieta siedziała przy swoim biurku. Wyglądała, jakby zastygła w jednej pozycji – to, że oddychała, zdradzała unosząca się klatka piersiowa.
Zebrawszy się na odwagę, podszedł do niej w kilku krokach.
– Słucham? – zapytała pozornie spokojnym głosem, czym jeszcze bardziej go rozwścieczyła i nakręciła.
– Nie może pani zakazać Scorpiusowi gry w sobotę – powiedział, przechodząc od razu do rzeczy.
– Słucham...? – Uniosła brwi, zaskoczona.
– Scorpius jest naszym obrońcą, więc musi mu pani pozwolić zagrać w sobotę – powiedział twardo. – Odebrała pani punkty, to w porządku. Zakaz gry jest... całkowicie nieuzasadniony – wyjąkał, przeklinając sam siebie. Żałował, że pod koniec zdania spieprzył i pokazał słabość.
Nauczycielka spojrzała na niego jadowicie i wykrzywiła wargi w grymasie.
– Nie toleruję zuchwałości, panie Potter. Proponuję, by wyszedł pan, zanim Slytherin straci więcej punktów.
Albus przełknął ślinę i położył ręce na biurku, pochylając się w jej stronę. Kobieta nie wykonała żadnego ruchu, ani nie okazała zaniepokojenia. No cóż, czas zmienić strategię.
Czas na szantaż.
– Scorpius będzie grał – powtórzył z naciskiem. – Bo widzi pani, wiem coś, czego nie powinienem – że jest pani członkinią...
Blackwood podniosła do góry dłoń i spojrzała na niego z gniewem. Oczy Albusa rozszerzyły się z zaskoczenia.
– Radzę skończyć w tym momencie, panie Potter – warknęła, zniżając głos zaledwie do szeptu. – Zanim zacznie mi pan grozić, niech pan pozwoli, że się wypowiem. Też wiem coś ciekawego. Skonfiskowałam czarnomagiczny, nielegalny przedmiot, który należy do pańskiego przyjaciela i schowałam go szufladzie mojego biurka. Niedawno zniknął.
Po skroni Albusa spłynęła kropla potu. Blackwood wiedziała, że ukradł Rękę Glorii.
– Dodam, że zamykałam za sobą drzwi... Jestem przekonana, że pan Malfoy nie chciałby, bym doniosła o tym wyżej – kontynuowała, niezrażona, podczas gdy ślizgon wciąż mierzył ją nieprzychylnym wzrokiem, aczkolwiek zdjął dłonie z biurka. – Ma pan jeszcze jakieś ciekawe informacje, panie Potter...?
Albus wciąż się gapił i pozwalał, żeby nerwowe myśli przelatywały mu przez głowę. Blackwood była pewna, że to Scorpius ukradł Rękę Glorii. Najgorzej, że wiedziała, że artefakt znów jest w posiadaniu ucznia. Mogła spełnić swoją groźbę i wypaplać wszystko dyrektorce, a wtedy blondyn musiałby się gęsto tłumaczyć – skąd ją ma i po pierwsze, dlaczego w ogóle nie zostawił jej w domu...
– Więc... zagram jako obrońca...? – zapytał kilka godzin później Morrison, po tym jak streścił przyjaciołom przebieg rozmowy. Scorpius w międzyczasie dźgał na talerzu swojego ziemniaka, psiocząc pod nosem i nie zwracając na nich większej uwagi.
Albus skinął lekko głową, wracając do jedzenia pieczonej wołowiny. Spojrzał na stół nauczycielski i siedzącą przy nim profesor Blackwood. Kobieta popijała ze swojego kubka, co chwila zerkając na stół Slytherinu. Zatrzymywała na nich spojrzenie na kilka sekund, po czym wracała do swojego posiłku.
Ile wiedziała, będąc członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek...? Co robiła w Hogwarcie...? Co właściwie chciała osiągnąć...? Czy kogoś szpieguje...? Czy kontaktuje się z Warrenem Waddlesworthem lub z jakimś jego pomagierem...? A może z Fairhartem...?
– Wybacz, stary. Naprawdę byłem bezsilny – podsumował ponuro. – Zapędziła nas w kozi róg.
– Tak bardzo jej nienawidzę – stwierdził Malfoy, kręcąc głową nad pełnym talerzem. – Powinienem był od razu pójść do McGonagall. Ona zapewne nie przejęłaby się tą cholerną Ręką Glorii, a zrobiła, co trzeba. Nie tu jest miejsce Blackwood. Zanim dobraliby się do mojej rodziny, siedziałaby w Azkabanie. Malfoyowie by się wywinęli.
– No nie wiem, stary – odezwał się Morrison. – Ministerstwo jest dość niechętne do aresztowania renegatów, prawda? Przecież ten olbrzymi, przerażający facet podszedł do nas w Hogsmeade w samym środku dnia. Wiedział, że nie musi się obawiać. Musieliby udowodnić, że Blackwood jest niebezpieczna czy coś w tym rodzaju...
– Oni wszyscy są niebezpieczni – skomentował Scorpius.
Albus spuścił głowę w dół i w ciszy wkładał do buzi widelec za widelcem. Nie lubił Blackwood – tego był pewien. Co do Wybawczego Aliansu Różdżek jako organizacji... miał ambiwalentne odczucia. Nie zapomniał o tym, że Warren opowiedział się za jego tatą i uparcie twierdził, że zależy mu na ratowaniu niewinnych ludzi. No i Fairhart... Fairhart też był członkiem Aliansu. Może Blackwood była po prostu czarną owcą...?
W końcu podniósł wzrok na Scorpiusa, żeby zobaczyć, czy przyjaciel ma coś jeszcze do powiedzenia w tej sprawie, ale ten tylko westchnął i położył Morrisonowi rękę na ramieniu.
– Powodzenia w sobotę, stary – powiedział, na co Vincent kiwnął głową.
Albus nie mógł nic poradzić na to, że bardzo się martwił przebiegiem meczu. Oczywiście, szczęście w nieszczęściu, zawsze dokładał wszelkich starań, żeby wszyscy gracze – nawet ci rezerwowi – byli w pełni przygotowani do gry. Uważał na to, nawet gdy rozmyślał nad problemem Blackwood, Fairharta oraz tajemniczym wspomnieniem.
Współczuł Morrisonowi. Czekał go tydzień wyjątkowo ostrej praktyki, a jego quidditchowy debiut nie był wydarzeniem sezonu, którego powszechnie oczekiwano. Szkoła wiedziała, że regularny obrońca był niedysponowany i ślizgoni zdecydowali się wystawić rezerwowego. Co gorsza – presja zespołu była wręcz niewyobrażalna – wszyscy byli zaskoczeni, gdy usłyszeli, że Blackwood wyeliminowała z gry ich pierwszorzędną gwiazdę. Morrison od razu został rzucony na głęboką wodę i stanął pod ostrzałem współdomowników; testowano go na najróżniejsze sposoby.
W sobotni poranek napięcie było ogromne. Nawet Albus, który dotąd nie niepokoił się pojedynczym meczem, był kłębkiem nerwów. Można śmiało powiedzieć, że to jedna z ważniejszych rozgrywek w jego życiu – pierwsza w roli kapitana zespołu, głównodowodzącego. Co więcej, zmierzy się ze swoim bratem. Wszystko zacznie się właśnie dzisiaj – od przegranej lub wygranej.
– Powodzenia, chłopaki – powiedział Scorpius, ponuro przybijając im piątki. – Zaraz będę schodził do lochów.
– Wiesz, co będziesz robił? – zapytał go Morrison.
– Kto wie? Mam nadzieję, że tylko przepisywał zdania. – Scorpius wzruszył ramionami.
Morrison uniósł dwa kciuki w geście podniesienia na duchu, a Albus tylko chrząknął. Potem oboje w równym tempie wstali od stołu, uprzednio odsuwając od siebie talerze (jeden niemal pusty, a drugi ledwo tknięty), po czym zeszli do szatni, gdzie okazali się pierwsi. Zanim przyszła reszta drużyny, zdążyli się przebrać.
Ślizgoni wciąż wyglądali ponuro i w trakcie przebierania się w stroje sportowe, obserwowali zachowanie Morrisona. Holden Rawn rzucał mu całkiem śmiałe spojrzenia, wkładając swoje naramienniki, zaś Tyler Graham mierzył go wzrokiem z góry na dół, zupełnie jakby chciał się przekonać, czy budowa ciała będzie go czynić lepszym obrońcą niż Scorpiusa.
Po kilku chwilach całkowitej ciszy Albus coś sobie uświadomił. Czy Atticus zawsze wygłaszał przemowę przed meczem?
– No dobra, ekipo – powiedział i część drużyny spojrzała na niego z zaskoczeniem. Zaczął przechadzać się przed zawodnikami, improwizując. Czy Atticus wcześniej planował całą mowę? – To pierwszy mecz sezonu – nasz pierwszy krok. – Zatrzymał się na moment, chcąc uzyskać dramatyczniejszy efekt. W międzyczasie główkował nad tym, co mógłby jeszcze powiedzieć. – Mamy praktycznie nowy zespół i wiem, że wszyscy chcemy się wykazać na boisku. Teraz Jame... gryfoni mogą myśleć, że są od nas lepsi, ale dzisiaj sprawimy, że zmienią zdanie – kontynuował twardo, na co ślizgoni mruknęli z aprobatą. Albus zaś poczuł, jak zaczyna rozpierać go duma. – Nie stracimy naszego Pucharu! Nie pozwólmy tym brawurowym błaznom myśleć, że mają szanse go odzyskać!
Drużyna zaryczała z radości, a Morrison zaklaskał entuzjastycznie; potem zagwizdał.
Gdy chłopcy zaczęli rozmawiać między sobą, Albus wyściubił głowę z szatni. Trybuny były już pełne. Uczniowie wesoło plotkowali, czekając na rozpoczęcie się gry. Warunki pogodowe były dalekie do idealnych – były nawet gorsze niż na treningach, więc wygrana nie przyjdzie im z łatwością. Najprawdopodobniej czeka ich – prócz starcia z gryfonami – bitwa przeciwko wiatrowi.
Spojrzał szybko na trybuny Slytherinu i udało mu się rozpoznać kilka osób. Jedna z nich sprawiła, że niemal mu szczęka opadła. Na samym szczycie stała profesor Blackwood. Wyglądała na zdecydowanie znudzoną na śmierć. Spoglądała w zachmurzonym niebo, najprawdopodobniej uznając je za bardziej interesujące od nadchodzącego wydarzenia.
Albus splunął na ziemię. Tej babie w ogóle nie zależało na grze. Ale chwila, moment... Co tutaj właściwie robiła? Przecież powinna być w lochach ze Scorpiusem! Sama wlepiła mu cholerny szlaban! A może tylko przyszła na początek gry z nadzieją, że zespół jej domu zostanie zmiażdżony w kilku pierwszych minutach gry bez jednego z czołowych graczy...?
Gdy spojrzał na trybuny Gryffindoru, od razu zauważył Mirrę – siedziała pomiędzy Rose a Hornsbrookiem; z daleka nie mógł jednak dostrzec wyrazu jej twarzy. Całą resztę rzędu zajęli Weasleyowie – rude głowy automatycznie rzucały się w oczy. Między nimi, mniej więcej pośrodku, zobaczył nieśmiałego Hugona. Uśmiechnął się z dumą, widząc, iż kuzyn rzeczywiście poszedł za jego radą. Obok niego siedziała Molly, a miejsce dalej Lucy...
– Hej, stary...? – zagaił do niego Morrison, a Albus z powrotem wszedł do szatni. Zanim wejdzie na boisko, przyjaciel zdecydował się porozciągać. Aktualnie trzymał ręce wysoko w górze.
– Hm?
– Jak tam sytuacja...? – zapytał Vincent, podczas gdy reszta drużyny wciąż rozmawiała między sobą.
– Co konkretnie masz na myśli?
– Bo wiesz, zastanawiałem się... ile przyszło ludzi z naszego roku. – Morrison wbił wzrok w ziemię. – Wypatrzyłeś może Bartleby’ego, Dantego albo... Melonie?
– Im się nie przyglądałem. Nie wiem – przyznał. – Ale widziałem Blackwood – powiedział, mrużąc oczy. – Stawiam pięć galeonów, że potajemnie dopinguje Gryffindor...
– Czy nie powinna być w lochach, torturując Scorpiusa...?
Albus wzruszył ramionami.
– Jestem pewien, że i na to przyjdzie odpowiedni czas.
Hałas na boisku zdecydowanie się zwiększył, więc drużyna ustawiła się w linii, gotowa do wymarszu na boisko. Chłopcy usłyszeli nieco stłumiony głos komentatora – zapowiadał przybycie przeciwników.
– Wyjrzałem na zewnątrz – dodał Albus, gdy czekali na swoją kolej. – Jest zimno i wietrznie, ale chyba nie będzie nam to bardzo przeszkadzać. Wystarczy rzucać kafla pod wiatr, nic nadzwyczajnego...
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale komentator wywołał drużynę Slytherinu. Gdy wychodzili z szatni, mroźne powietrze smagało ich po twarzach. Jako kapitan drużyny, maszerował pierwszy.
– A OTO ZESZŁOROCZNI MISTRZOWIE! – ryknął głos, którego nie szło rozpoznać. Poprzedni komentator, prefekt Caster Montgomery, ukończył szkołę, więc gdy Albus podniósł wzrok, zobaczył na trybunach bliżej niezidentyfikowanego puchona o czarnych włosach.
Chłopak ledwo skończył mówić słowo „mistrzowie”, a trzy czwarte widzów już buczało.
Ślizgon wzruszył niedbale ramionami. Owszem, z początku go to stresowało, ale teraz się nie przejmował; niech wyją do woli.
– Vincent, Peesley, Faulkner, Graham, Rawn, Kurgish i Potter!
Z uśmiechem na twarzy podszedł w stronę sędziego. Wiatr ostro smagał go po policzkach, ale nie to było najważniejsze. James, również uśmiechnięty, czekał na niego na środku boiska. Stojący obok Eckley miał minę zwiastującą niechybny koniec przeciwnika, zaś Fred z dumą prezentował pałkę.
– Serio, Jaimie? – zapytał, podczas gdy komentator wciąż coś wykrzykiwał. – Będziesz szczuł mnie kuzynem?
– Spokojnie, bracie. – Jaimie potrząsnął głową. – Złapię znicz na dłuuugo, zanim porządnie oberwiesz...
– Kapitanowie, ręce! – krzyknął pan Wood.
Albus wyciągnął dłoń i James mocno ją uścisnął, rzucając mu przy tym nieco zarozumiały uśmieszek. Potem rozległ się gwizdek.
– I polecieli!
Oderwawszy stopy od podłoża, ślizgon przestał skupiać się na głosie komentatora. Teraz liczył się tylko i wyłącznie złoty znicz.
– Potter przeciwko Potterowi! Obaj na stanowisku kapitana! Jeden broni tytułu, drugi zaś...
Albus uśmiechnął się pod nosem i pozwolił, aby dziki wiatr zagłuszył końcówkę zdania. Raz czy dwa razy okrążył boisko, jednocześnie poszukując znicza, jak i pilnując brata, który – zgodnie z jego przewidywaniami – wciąż doskonale radził sobie na miotle.
Nie trzeba było długo czekać, aby Morrison został wystawiony na pierwszą próbę.
– I Vincent mierzy się z Kenningenem! – zawołał komentator. – Vincent jest zastępcą Malfoya, innego nowicjusza, który dziś jest niedysponowany.... Kennigan zdobywa punkt!
Albus jęknął, gdy ścigający Gryffindoru, wyglądający na małego i niewykwalifikowanego, przerzucił kafla przez obręcz pomiędzy szeroko rozłożonymi rękoma Morrisona. Przyjaciel siarczyście zaklął i rzucił piłkę do Damiana Peesleya. Brunet bardzo chciał mu powiedzieć, żeby się tym nie przejmował, bo z pewnością obroni następny rzut, ale rozproszył go jakiś nagły ruch. James z zawrotną szybkością leciał w okolice własnych obręczy. Automatycznie przyspieszył, bo gdy zmrużył oczy, dostrzegł w górze złoty błysk.
– O nie, nic z tego – wywarczał do siebie przez zaciśnięte zęby z zamiarem przecięcia bratu drogi. Jak się jednak okazało, martwił się na zapas – Kurgish, nowy pałkarz, posłał tłuczka wprost na Jaimiego, czym zmusił go do zejścia z obranego toru. Próbując nadrobić odległość, Albus zaczął się unosić wyżej.
I wtedy zaczął wywijać w powietrzu koziołki. Nim minęła choćby sekunda, oberwał drugim tłuczkiem. Chwilę zajęło złapanie równowagi. Gdy już mu się to udało, wrócił do pozycji wyjściowej i mocniej ścisnął miotłę. Znicz zniknął. Zmarszczył brwi i odwrócił głowę, żeby zobaczyć winowajcę.
– Sorka, kuzynie! – Uśmiechnął się Freddy, dumnie prezentując swą pałkę.
– Żaden problem – odpowiedział, szczerząc zęby. – Nie oczekuj ode mnie prezentu świątecznego.
Ten moment wybrał sobie Eckley i podleciał do Freda, po czym kilkukrotnie poklepał go po plecach.
– Ładny strzał, Weasley – powiedział, wyraźnie zadowolony z obrotu sytuacji.
Albus przewrócił oczami.
– Przestańcie się pieścić, chłopaki – poradził sarkastycznie. – Grze daleko do końca – dodał groźnie, po czym odleciał w przeciwnym kierunku. Nie może się dalej rozpraszać.
– Potter powymieniał się złośliwościami z pałkarzami Gryffindoru i w samą porę wrócił do gry... – kontynuował komentator. – Wszystko wskazuje na to, że Vincent może stanąć teraz twarzą w twarz z drugim strzałem!
Morrison obronił strzał w dość efektownym sposób. Widząc tor lotu kafla, okręcił się wokół własnej osi i tyłem odbił piłkę. Trybuna Slytherinu wyskoczyła do góry w geście wiwatu, choć oczywiście została zagłuszona przez głośne „buuuu!” ze strony innych. Albus uśmiechnął się i w geście uznania dla przyjaciela, wykonał małą ósemkę. Potem ponownie się skoncentrował, szukając swojego celu.
Morrison nareszcie wpadł w dobry rytm, bowiem uratował potem cztery z następnych pięciu strzałów. Nie poradził sobie tylko z bardzo prostym rzutem, który dosłownie odbił się od jego prawego ramienia, po czym wpadł wprost w środkową obręcz.
Niestety obrońca Gryffindoru radził sobie o wiele lepiej. Nie przepuścił dotąd żadnej piłki. Większość rzutów nie była imponująca, czy też szczególnie skomplikowana.
Albus westchnął ciężko i wrócił do swojej pracy. James, tradycyjnie, zawisł za własnymi obręczami, gdzie miał doskonały widok na całe boisko oraz niebo nad sobą. Ślizgon pokręcił głową i szyderczo się uśmiechnął – w ostatnim meczu ta strategia zupełnie się nie sprawdziła.
– Znicz chowa się w chmurach... – podsumował komentator. – Ofensywa oby drużyn jest na całkiem podobnym poziomie, obrona zaś...
W istocie puchon nie mijał się z prawdą. Morrison przepuścił jeszcze jeden strzał, ale biorąc pod uwagę, ile obronił, ogólny bilans przedstawiał się dobrze. Pałkarze też świetnie sobie radzili – po pamiętnym koziołkowaniu Albus ani razu nie oberwał tłuczkiem. Zdarzały się im jednak pewne błędy – dwa razy niemal spadli z mioteł.
Jak punktacja...? Tylko trzydzieści punktów różnicy. W quidditchu istotne było, żeby pilnować punktacji ogólnej. Albus nie chciał złapać znicza, kiedy tyle przegrywali. Gdyby skończył mecz za szybko, np. kiedy wygraliby jedynie 10 punktami, wygrana nie byłaby prawdziwą wygraną; nie przyniosłaby większych korzyści, bo Gryffindor wciąż dyszałby im w kark. Gdyby udało mu teraz złapać znicza...
Złota piłeczka unosiła się w pobliżu środka boiska, w pewnej odległości od niego. Zawisła jednak na tyle nisko, że musiałby ostro nurkować. James wciąż był daleko, przeszukiwał własne terytorium. Albus musiał więc powoli zbliżyć się do tego miejsca, starając się nie wzbudzić większych podejrzeń.
Powoli więc zniżył swój lot i szarpnął miotłą, by uniknąć lecącego w jego kierunku ścigającego z kaflem. W międzyczasie wciąż uważnie obserwował Jaimiego. Brat wciąż nie zorientował się, gdzie jest znicz. Gdy był już odpowiednio blisko gruntu, postanowił przyspieszyć.
Nagły ruch wzbudził ciekawość Jamesa, który niczym drapieżny ptak, wypatrzył znacznie mniejszą od siebie zdobycz. Szybko przekręcił głowę w przeciwnym kierunku, żeby zobaczyć, gdzie leci przeciwnik i wystrzelił do przodu.
Rozpoczął się wyścig.
Czy Jaimie stał się szybszy dzięki wakacyjnym treningom...? Zdecydowanie tak. Gryfon mknął w zawrotnym tempie, że widzowie na trybunach z pewnością widzieli go jako rozmazaną czerwoną plamę. Albus odwrócił wzrok, ponownie skupiając się na zniczu, który teraz był coraz bliżej trawy.
– Szybciej, szybciej – poganiał własną miotłę, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że wszystko zależy od jego własnych umiejętności. I wtedy znicz zrobił coś zupełnie niespodziewanego – wystrzelił, przeskakując po trawie. James przestał nurkować i przez chwilę unosił się nieco nad Albusem, po czym zaczął lecieć bezpośrednio nad nim.
– Nie tym razem, bracie! – krzyknął gryfon, zniżając swój lot, więc ślizgon wrócił do obrony. Uniósł się jednak zbyt szybko i niemal zderzył z Jamesem, uderzając głową w jego szczęką. Nawet dźwięk wiatru w uszach nie zagłuszył buczenia ze strony czerwono–złotych trybun.
– Nie do końca uczciwe zagranie ze strony szukającego Slytherinu! – wołał komentator. – Niby legalne, ale moralnie naganne!
James nie przejął się tym komentarzem – nie wydawał się ani rozzłoszczony, ani zirytowany. Zamiast się skrzywić, wybuchnął śmiechem, a potem potrząsnął głową. W międzyczasie Albus znów obniżył wysokość, bo Jaimie wciąż próbował lecieć nad nim. W pewnym momencie ślizgon poczuł, że obrywa w głowę, a gryfoni natychmiast zaczęli wiwatować; z trybun Hufflepuffu i Ravenclawu dobiegły śmiechy i chichoty.
– Och, więc tak chcesz się bawić? – warknął z ubolewaniem, czując szybko rosnącego guza.
– Ja...? – krzyknął brat. – Sam zacząłeś!
– Szukający obu drużyn naprawdę się wkręcili! – wrzasnął komentator. – To się nazywa braterska rywalizacja!
– No wiesz co... – zaczął Albus, ale wtem musiał szarpnąć trzonkiem miotły w górę, przez co niemalże zderzył się z Jamesem. Nie słyszał charakterystycznego świstu skrzydełek w pobliżu, więc wydedukował, że wysłany przez Freddy’ego tłuczek miał ich rozdzielić.
Mimo wszystko miał przewagę. Leciał teraz niemal tak nisko, że niewiele mu zostało, by dotknąć trawy na boisku, a przeciwnik trochę się oddalił. Piłka wciąż unosiła się pomiędzy nimi, więc powinien lecieć prosto przed siebie, zaś Jaimie w pewnym momencie będzie musiał zanurkować...
– Znicz niedaleko, a wyścig wciąż trwa!
Albus słyszał głośny krzyk komentatora nawet przez wrzaski tłumu i szalejący wiatr. Usta mu już niemal skamieniały z zimna, z nosa ciekło, ale wiedział, że za niedługo znajdzie się w ciepłym pokoju wspólnym. Musiał się w pełni skupić na swoim zadaniu.
Maksymalnie się skoncentrował ze świadomością, że liczy się tylko i wyłącznie złoty znicz. W myślach zaczął kalkulować i przeprowadzać możliwe symulacje. James dorównywał mu szybkością, ale Albus nie wykonywał żadnych gwałtownych manewrów, a wciąż się zbliżał...
Od znicza dzieliło go zaledwie kilka centymetrów. Tak niewiele. Wtem usłyszał świst miotły wskazujący na to, że brat zanurkował, najprawdopodobniej, by odciąć mu drogę.
Teraz albo nigdy.
Tknięty przeczuciem, rzucił się do przodu, wyciągając rękę tak daleko, jak zdołał, przez co niemal spadł z miotły...
– SLYTHERIN WYGRYWA!
Buczenie wypełniło niemal całe boisko, ale Albus czuł zbyt wielką ulgę, żeby się tym przejmować. Ścisnął mocniej złotą piłkę, pozwalając jej skrzydełkom wesoło trzepotać pomiędzy palcami; odciągało to myśli od odrętwiałych z zimna rąk.
Gdy drużyna podfrunęła bliżej, Morrison dziko się uśmiechał.
Trzy czwarte uczniów, nie czekając na podsumowanie rozgrywki, zaczęło się zbierać z trybun, kręcąc głowami z widocznym rozczarowaniem. Albus zobaczył, że James szybko kierował się ku szatni, a Fred niemal biegł obok niego. Wiedział dlaczego. Gdyby nie tamten, niby przemyślany tłuczek, gra mogłaby skończyć się zgoła inaczej.
– SLYTHERIN WYGRYWA PIERWSZY MECZ SEZONU! STO PIĘĆDZIESIĄT DO TRZYDZIESTU! NIESAMOWITY DEBIUT OBU OBROŃCÓW I KOLEJNY GENIALNY CHWYT POTTERA!
Usłyszawszy pochwałę, Albus spuchł z radości. Kiedy trochę ochłonął, ponownie spojrzał w stronę trybun i zarejestrował, że ślizgońska sekcja jest niemalże pusta. Współdomownicy biegli bowiem przez boisko, by poklepać zwycięzców po plecach. Wśród nich był Scorpius, wciąż z przewieszoną przez ramię szkolną torbą. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, gdy w końcu do nich dotarł, było mocne klepnięcie Morrisona.
– Świetna robota, stary. Serio – powiedział, na co przyjaciel wyszczerzył zęby.
– Co tutaj robisz? – zapytał Albus, kiedy również został pochwalony.
– Blackwood w ogóle nie przyszła – odpowiedział Scorpius. – Czekałem na nią dziesięć minut, a potem przyszedłem wam pokibicować...
Albus spojrzał na prawie całkowicie opustoszałe trybuny Slytherinu. Znienawidzona nauczycielka eliksirów wciąż siedziała na ławeczce, nieruchoma niczym posąg; wzrokiem przeczesywała niebo. , jakby wciąż czekała na rozpoczęcie się meczu. Czego tam szukała...? Z jakiego powodu zaniedbała szlaban ucznia, którego nie cierpi...?
Sam zaczął się rozglądać i wtedy to zobaczył – nad boiskiem krążyła znajoma wrona. Jeszcze raz rzucił okiem na Blackwood i zauważył, że postawa kobiety uległa zmianie. W jej oczach znów odbijał się strach.
Żaden ze współdomowników nie zwrócił uwagi na bladą twarz opiekunki. Wszyscy zajęli się pianiem wniebogłosy i krzyczeniem o przeogromnej imprezie w pokoju wspólnym.
Albus był bardziej spostrzegawczy. Przez moment patrzył, jak wrona krąży nad boiskiem, potem zataczała koła nad trybunami, aż w końcu zrzuca białą kopertę wprost na kolana Idy Blackwood, która przez dłuższy czas po prostu gapiła się na nią z wypisanym na twarzy poczuciem winy, a następnie szybko schowała ją w kieszeniach szaty i zaczęła schodzić z boiska.
– No chodź, stary! – krzyknął Morrison, wyrywając go z zamyślenia. – Impreza w pokoju wspólnym!
Skinął głową, a wtedy Damian Peesley zmierzwił mu włosy. Albus z przerażeniem zauważył, że starszy kolega sprawiał wrażenie człowieka gotowego do zaniesienia go na rękach do lochów, niczym jakiegoś pana i władcę.
– Nie, nie, serio przestań... – zaśmiał się, zapobiegawczo odskakując na bezpieczną odległość. Zgromadzeni wokół współdomownicy głośno krzyczeli, czym zagłuszali praktycznie wszystko inne. Wszyscy promienieli ze szczęścia. Zanim brunetowi udało się przepchnąć przez tłum, by znowu spojrzeć na trybuny, Blackwood zniknęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz