— I poszedł, ten nasz Srebrny Czarodziej! Wydaje mi się, że wyruszył na kolejną misję, by schwytać kilku przestępców! — zaszydził cicho.
Scorpius zmrużył oczy i machnął dłońmi, by strzepnąć z nich kropelki wody.
Była przerwa zimowa a Harry Potter właśnie wyszedł z kuchni. Albus razem z Malfoyem utknął przed zlewem, gdzie myli naczynia bez pomocy magii. W żaden sposób nie zgłosił się na ochotnika, ale przyjaciel tak, albo chcąc go tym zdenerwować, albo podlizać się Ginny.
— Możesz sobie z tego żartować, ile tylko chcesz. — Scorpius energicznie wytarł do sucha talerz. — Co nie zmieni faktu, że spośród tych wszystkich innych możliwości, więcej niż jedna osoba doszła do takiego samego wniosku — praktycznie połowa Ministerstwa, jeśli mam być dokładny.
— Kombinują w ten sposób tylko dlatego, żeby dorwać mojego tatę — odpowiedział, ściskając mocniej nasączoną płynem gąbkę.
— A przyszło ci kiedyś do głowy, że chcą go dorwać, bo rzeczywiście tak myślą?
— Wierz, w co chcesz. — Albus westchnął. — Czy z łaski swojej mógłbyś przestać pucować jeden widelec przez dwadzieścia minut? Jak tak dalej pójdzie, nie skończymy nawet do północy…
Do ślubu Lisy Vincent pozostały dwa dni i musiał przyznać, że przerwa świąteczna była bardzo udana. Święta Bożego Narodzenia przebiegły tradycyjnie — przez dom przewinęło się wielu gości, co rusz pytających, jak tam w szkole. Prezenty skrywały w sobie typowy asortyment słodyczy i ciekawych książek, a czasem i nawet najnowszych produktów z rodzinnego sklepu z żartami. Z podarków najbardziej upodobał sobie słodki zbiór poezji, który dostał od Mirry — wiele wierszy zawierało w sobie odniesienia do ich związku, zwłaszcza z początku znajomości. Czytał je każdej nocy, tuż przed zaśnięciem.
— Czy w końcu skończyłeś z tym całym szambem związanym z Waddlesworthem? — Scorpius, niespiesznie, metodycznie wytarł łyżkę.
Albus, zaskoczony tym pytaniem i z namydlonymi dłońmi, wrzucił wypolerowaną na błysk łyżeczkę do brudnego garnka. Zauważywszy głupią pomyłkę, zmarszczył brwi i szybko ją wyjął.
— Że co?
— No, mówię o początku roku. — Scorpius uniósł brew. — Cały czas gadałeś o przyłapaniu Waddleswortha.
— Nie skończyłem z tym. — Albus był zakłopotany. Jakim cudem wypadło mu to z głowy? — Wciąż jestem strasznie ciekawy, co porabiał tamtego dnia na Ulicy Pokątnej. Co więcej, ostatnio gazety praktycznie nic nie piszą na jego temat; ta cisza coś znaczy. Na bank coś kombinuje… Ej, poczekaj no chwilę!
Blondyn spojrzał na niego uważniej.
— Hm?
— Nie myślałeś może, że… Waddlesworth…?
— ...jest Srebrnym Czarodziejem? — Scorpius dokończył zdanie. Na chwilę przestał pucować zastawę. — Nie wiem — wyznał szczerze. — Znaczy się, nigdy go jeszcze nie spotkałem.
— Cóż, ja wręcz przeciwnie — powiedział szybko Albus, gotów zaprzeczyć sam sobie. — I w sumie nie jest tego typu facetem. Mam na myśli to, że podczas Masakry w Hogsmeade zwyczajnie uciekł, gdy jego ochroniarz został wykluczony przez Aresa.
— Teoria obalona. — Scorpius skinął głową. — Poza tym jestem pewien, że kimkolwiek Srebrny Zbawiciel by nie był, to cholernie uzdolniony czarodziej…
— Albo czarownica, cytując Morrisona — dodał, na co obaj zachichotali.
— Wracając do tematu, to sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać — kontynuował blondyn, gdy się uspokoił. — Ktoś uzdolniony i bardzo odważny. Ciekawe, kto idealnie się wpasowuje…
Albus przewrócił oczami, widząc ten wszechwiedzący uśmieszek na twarzy przyjaciela, a potem opłukał kolejne sztućce.
Kiedy położył się wieczorem do łóżka, spod poduszki wyjął tomik poezji. Gdy przeczytał kilka wierszy, pozwolił sobie na zastanowienie się nad prawdziwą tożsamością Srebrnego Czarodzieja. Po zaledwie kilku publicznych wystąpieniach nastolatek odkrył, że przywiązał się do tej tajemniczej persony: poszukiwanej przez Ministerstwo Magii, wyniesionej na piedestał przez uczniów Hogwartu oraz wzbudzającej strach u członków Wybawczego Aliansu Różdżek i Diablego Aliansu. Rzeczywiście, kandydatem musiał być ktoś niezwykły, albo ktoś zwyczajnie podatny na nadzwyczajne okoliczności.
Czy Srebrnym Czarodziejem naprawdę mógł być Harry Potter? Ta myśl wprawiła go w niespokojny nastrój; przewracał się z boku na bok, nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji. Czuł potrzebę omówienia z kimś tego problemu. Scorpius spał na dole w pokoju gościnnym, więc pogadanka odpadała.
Tata będący Srebrnym Czarodziejem jest czymś mało prawdopodobnym. Z drugiej strony, nieprawdopodobne nie równa się niemożliwemu. Jakby na to nie patrzeć, w przeszłości działy się już o wiele dziwniejsze rzeczy, prawda…?
Leżąc z zamkniętymi oczami, wyobrażał sobie jak mógł wyglądać Sekretny Wybawca. Coś mu się uwidziało, że był to mężczyzna odziany w błyszczącą srebrną szatę z pasującą do niej maską. Oczywiście, wyimaginowana postać posiadała także różdżkę; miotała nią zaklęcia — Albus zwizualizował sobie ich tor lotu. Młot się przewrócił, a bezbronny Waddlesworth uciekł z podkulonym ogonem. Darvy przeleciał przez kilka ścian. W każdej tej sytuacji wygranym był zamaskowany czarodziej, który bez najmniejszego wysiłku unikał zaklęć przeciwników. Nieszczególnie się starając, machnął różdżką (która do złudzenia przypominała tę taty) i pokonał opozycję.
Chwila, moment. Coś się tu nie zgadzało. Ares zwyciężył Młota. Albus pamiętał też aż za dobrze to, że obrażenia Darvy'ego były jego, nieumyślną co prawda, ale jednak, sprawką. O czym to on w ogóle myślał?
Odpływał…
Tak szybko, jak nadszedł sen, trzeba było z rana wstać. Marzenia pomieszały się ze wspomnieniami i fantazjami; stanowiły spektakl z ulubieńcem mediów w roli głównej. Ostatni sen, który Albus zapamiętał był szczególnie niepokojący — Srebrny Czarodziej w końcu zdjął maskę i wtedy tata spojrzał wprost na niego, przykładając palec do ust.
Zdecydował, że zajmie się i tą sprawą. Był z ojcem szczery, więc nie było żadnych przeciwwskazań, by nie podzielić się z nim swoimi, a raczej Scorpiusa, podejrzeniami. Chciał mieć to już za sobą. Poza tym i tak pragnął porozmawiać z tatą. Nie było okazji, by wspomnieć mu o otrzymaniu drugiego tajemniczego listu.
Wszystko wskazywało jednak na to, że nie będzie na to szansy przynajmniej do czasu wesela. Liczył na trochę prywatności, lecz dzień poprzedzający ślub został w pełni przeznaczony na przygotowania. Mimo że żaden członek rodziny nie miał przypisanej szczególnej roli, zgiełk był niesamowity. Z początku ludzie nie byli wybitnie entuzjastycznie nastawieni. Jamesowi wesele było obojętne, ale gdy dowiedział się, że Morrison nie zaprosił jego dziewczyny, odczuł coś na kształt zawodu. Hugo, zawsze cichy i powściągliwy, wydał z siebie głośny jęk, kiedy okazało się, że jego obecność nie podlega negocjacjom. Najbardziej jednak zaskakująca była reakcja Lily.
— Dlaczego muszę tam być? — Brzmiała, jakby miała trzy lata, a nie trzynaście. — Przecież to przyjaciel Albusa!
— Przecież dogadujesz się z Morrisonem! — krzyknął przez stół wspominany chłopiec, zszokowany tym stwierdzeniem.
— Ano, dogadujemy się — odpowiedziała ostrym tonem. — Co nie znaczy, że jesteśmy najlepszymi kumplami. A tak poza tym, to nawet nie jest jego ślub, a starszej siostry. Co do niej, to ty jako jedyny w ogóle widziałeś ją na oczy!
Było w tej argumentacji zbyt dużo prawdy, by naprędce wymyślić dobrą ripostę. Na szczęście, sytuację uratowała mama, która powoli postawiła na stole olbrzymi kociołek.
— Morrison jest przyjacielem rodziny, a to oznacza, że jego bliscy także. Pojedziemy na to wesele. — Ginny uniosła brew. — Poza tym, to świetna wymówka, by ładnie się ubrać. Nie widziałaś sukienki, którą dla ciebie wybraliśmy?
Lily się obruszyła, a Albus wiedział, co jest sednem problemu. W rzeczywistości siostrze wcale nie chodziło o jakieś osobiste animozje, czy niechęć do formalnych spotkań, a o przymus strojenia się. Rose, która także siedziała przy stole, dumnie otarła serwetką usta.
— O nic się nie martw, Lily. Pomogę ci się przygotować. Uwierz mi, chłopcy będą się za tobą oglądać.
— Och, z całą pewnością nie… — Harry zmrużył niebezpiecznie oczy, ale nie zdołał powiedzieć nic więcej, gdyż żona przerwała mu wpół zdania.
— A skoro mówimy o odpowiedniej odzieży, Scorpiusie, twoi rodzice przysłali ci garnitur. Wygląda naprawdę wspaniale. Tobie też kupiliśmy nowy, Albusie.
Chłopiec skinął głową i godzinę później uznał, że jest usatysfakcjonowany mugolskim ubraniem — standardowym garniturem z białym krawatem. Koszula, którą miał założyć pod spód była jasnoszmaragdowa — zdaniem mamy, pasowała do jego oczu i idealnie podkreślała ślizgońską naturę.
Nauka tego, co miał na sobie, nie była jednak najtrudniejsza. Największym wyzwaniem okazało się opowiadanie rodzicom (zwłaszcza mamie), jaka jest rodzina Morrisona. Z racji tego, iż początkowo nie chciała uczestniczyć w weselu i nie miała o czym na nim rozmawiać, by poszerzyć swoją wiedzę, praktycznie zaczęła przeprowadzać z nim wywiad, co do których przyzwyczaił go hogwardzki mistrz eliksirów.
— A pan młody — o ile dobrze pamiętam, Mike? — w jaki sposób zarabia na życie? Większość mugoli to pracownicy biurowi.
— Mike czaruje — odpowiedział Albus, z trudem powstrzymując rechot.
— Słucham?
— Miałem na myśli, że… no, sama wiesz, on para się magią.
Inne pytania sprawiły, że całkowicie utknął w kwestii wyjaśnień. Nie miał zielonego pojęcia, jakie przystawki mogłaby przynieść na wesele matka, ani gdzie powinna zakupić odpowiednie prezenty były to dwa problemy, które należało rozstrzygnąć w najbliższym czasie.
— Naprawdę nie wiem, mamo! — odpowiedział, zirytowany, gdy zapytała go, czy młoda para ma zamiar wyprowadzić się z rodzinnego domu, i czy będą potrzebowali jakichś tradycyjnych niemagicznych urządzeń. Albus upierał się, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Jeżeli bliscy Morrisona są podobni do Potterów i Weasleyów, wartościowość upominków będzie zupełnie nieistotna. Z drugiej strony, nie miał żadnej pewności, czy siostra przyjaciela jest taka sama.
Poranna podróż zapoczątkowana została przez grupkę stłoczoną wokół kominka. Albus, z torbą przewieszoną przez ramię, ustawił się w kolejce — mężczyźni otrzymali zadanie dźwigania bagaży i patrzył, jak tata szykuje garnuszek z musztardowym proszkiem, którego miał okazję oglądać kilka tygodni temu w biurze pani dyrektor.
— Naprawdę potrzebujemy Insta–Fiuu? — spytał ściszonym głosem, podczas gdy wszyscy inni skupiali się na ustawieniu.
Ojciec wzruszył ramionami.
— Nic nie stoi na przeszkodzie, by z niego skorzystać. Insta–Fiuu bardzo ułatwia podróż, a myślę, że to nam sporo pomoże.
Pomysł użycia specjalnego proszku, żeby bezpiecznie wylądować u Morrisona, rozbudził zainteresowanie Albusa. Zanim zdążył się powstrzymać, zadał kolejne pytanie.
— Czy wesele będzie jakoś magicznie zabezpieczone? Wiesz, o co mi chodzi. Co z przyjęciem?
— Szczegóły uzgodniliśmy listownie z mamą Morrisona. Zdecydowaną większość gości stanowić będą mugole, a więc musimy to uszanować. Ślub odbywa się w ładnym hotelu, a przyjęcie na najwyższym piętrze. Wokół całego miejsca będą rozmieszczone zaklęcia i uroki ochronne. Mugole nic nie zauważą, a wszyscy będziemy bezpieczni.
— Postawiłeś tylko na zaklęcia? — zapytał, trochę zirytowany. Nie spodziewał się, by wydarzyło się coś złego, ale jednocześnie był bardzo zdziwiony tym, że tata wyrusza gdzieś z całą rodziną bez dodatkowego zabezpieczenia.
Wujek Ron, stojący za nimi, zachichotał cicho.
— Nie musisz się tak martwić, Albusie — powiedział i żartobliwie szturchnął chłopca w ramię. — Zaklęcia wystarczą — także są niebezpieczne. Będziemy tam wszyscy: ja, moja żona, twoi rodzice. Uwierz, obronę to mamy na najlepszym poziomie. Pozwól, że powiem ci coś tak w sekrecie. — Pochylił się do przodu i ściszył głos. — Z Hermioną czuję się o wiele bezpieczniej niż z jakimkolwiek innym aurorem, nawet z twoim ukochanym staruszkiem. — Wyprostował się i błysnął uśmiechem. — Bez obrazy, Harry.
— Nie ma sprawy — odpowiedział z roztargnieniem mężczyzna, wrzucając proszek do kominka.
— Okej, ustawcie się! — zawołał głośno. — Adres to North Ford Road 715. Trochę ciężko wymówić to wyraźnie, więc nie spieszcie się i…
— Wiemy, jak się to wymawia, tato! — James przewrócił oczami.
— Nie wątpię, że ty akurat potrafisz — odpowiedział starszemu synowi ojciec. — Aż za dobrze. — Odwrócił się do kominka. — Okej. Może pójdziesz pierwsza, Gin?
Mama przetarła szlak, a zaraz po niej w ogień weszła Lily. Następnie przyszła kolej na Rose. Albus uważał, że to śmieszne, bo to on dźwigał ciężkie torby i desperacko marzył, żeby móc je postawić na ziemi; mimo to cierpliwie czekał na swoją kolejkę i nie narzekał. Z zamkniętymi oczami, poszedł za Scorpiusem, mocno ściskając bagaże. Znajome uczucie wirowania w nicości sprawiło, iż żołądek prawie że wywrócił mu się na drugą stronę. Kiedy uderzył stopami o twarde podłoże, uniósł powieki i zamrugał, od razu koncentrując się na otoczeniu.
Nigdy wcześniej nie był w takim miejscu, ale musiał przyznać, że mieszkanie wyglądało całkiem normalnie. Stał w salonie, który był tak duży, że przywodził nastolatkowi na myśl rozmiar tradycyjnego mugolskiego domu. Oczywiście, był udekorowany odpowiednio do okazji.
Na najdalszej ścianie wisiał pojedynczy obraz przedstawiający jakąś gładką powierzchnię, a na kilku szafkach stały oprawione w małe ramki zdjęcia dzieci i niemowląt (Albus był pewien, że byli to Morrison i Lisa — oczywiście w różnym wieku). Beżowy, najprawdopodobniej mający swe lata, dywan był praktycznie niewidoczny wśród ustawionych wokół brązowych, wygodnych kanap i krzeseł. Telewizor wbudowany był w fantazyjną, nowocześnie wyglądającą szafeczkę, znajdującą się pod ścianą po lewej, najbliżej drzwi. Było to drugie mieszkanie, w którym widział ten sprzęt elektroniczny — pierwsze należało do wujka Dudleya, który wydawał się ubóstwiać to pudełko bardziej, niż cokolwiek innego.
Albus czuł się niezręcznie, stercząc tak w domu Morrisona, bez towarzystwa jakiegokolwiek domownika. Scorpius także wrósł w ziemię, wciąż mając na ramieniu torby. Najwidoczniej również nie wiedział, dlaczego byli tutaj sami.
Nie minęła chwila, gdy kominek błysnął i z ognia wyskoczył James.
— Hej, a gdzie są wszy…? Łał, niezły telewizor.
— Gdzie idziemy? — zapytał Scorpius, ale wtedy, jak na zawołanie, do salonu weszła Melonie Grue.
— Cześć wam! — powiedziała promiennie. — Połóżcie rzeczy tutaj, o właśnie. O, a te to wezmę…
Zachowując się tak, jakby doskonale znała plan tego mieszkania, poprowadziła ich przez ciasną jadalnię, która wyglądała na rzadko używaną, do kuchni, która była o wiele bardziej interesująca niż salon. Tapeta była jasnoniebieska z kwiatowym wzorem; także wyglądała na trochę zaniedbaną.
Podchodząc do sprawy rzeczowo, co ostatnio zdarzało się często, Albus rozejrzał się po urządzeniach, które znał z mieszkania Dursleyów bądź z mugoloznawstwa. Dostrzegł jakby poobijany, zajmujący większą część małego kuchennego blatu toster, wyglądającą na ciężką i stojącą na półce srebrną mikrofalówkę, a nawet zmywarkę, która sprawiała wrażenie uszkodzonej. Najdziwniejsze było jednak to, że w kuchni znajdowali się ludzie.
Ginny, Lily i Rose stłoczyły się na środku, co rusz przyglądając się przeróżnym sprzętom. Albus zmarszczył brwi i zastanowił się, gdzie jest Morrison lub ktokolwiek z jego rodziny — jakby nie patrzeć zostawili gości samych sobie.
— Jak… jak długo już tu jesteś? — zapytał Melonie, która zachowywała się bardzo swobodnie.
— Od kilku dni. — Dziewczyna podeszła do mlecznobiałej lodówki i wyjęła z niej jakiś gazowany napój. — Morrison i Mirra są na górze — dodała szybko.
— Że co? — Albus uniósł brwi ze zdziwienia.
— Mirra tu jest — powtórzyła stanowczo Melonie. — Przyjechała dzisiaj i zaproponowała Morrisonowi pomoc w sprzątaniu. Też powinniście do nich dołączyć. Obiecałam, że będę tutaj, by witać gości.
— Zostanę na dole — zakomunikowała wszem wobec Rose. Niebezpieczną nutę w jej głosie zarejestrowali tylko Albus i Scorpius, którzy postawili torby na podłodze, po czym wymienili znaczące spojrzenia i wyszli z kuchni.
Skierowali się na schody, a po drodze przyglądali się mijanym zdjęciom. Na większości z nich była Lisa, co z małym zaskoczeniem zauważył Potter. Niemniej jednak Morrison także przewijał się często. Choć ledwo miał czas przyzwyczaić się do nowego image'u przyjaciela, ten na fotografii wyglądał inaczej: nie miał zarysu wąsika nad górną wargą i głupkowatego uśmiechu na rozmarzonej twarzy. Na zdjęciach był wyraźnie spięty, co było dodatkowo spotęgowane tym, iż mugolski aparat nie zachowywał ruchu postaci. Albus wiedział, że nie powinien mówić o tym głośno, ale na żadnym nie widział mężczyzny, który mógłby być ojcem przyjaciela.
Wchodząc po schodach, usłyszał charakterystyczny dźwięk kominka.
— W kuchni! — krzyknął do członka rodziny, który akurat przybył. Chciał mu oszczędzić poczucia odizolowania i niepokoju, którego sam wcześniej doświadczył. Podniesienie głosu zawiadomiło innych o jego obecności.
Mirra czekała na szczycie schodów.
— Spóźniłeś się — powiedziała wprost. — Prawie skończyliśmy.
— W takim razie wygląda na to, że przybyłem idealnie na czas…
Dziewczyna była ubrana w niecodzienny strój — dawał on mylne wrażenie. Dzięki grubym rękawicom i fartuszkowi bardziej kojarzyła się z gotowaniem niż ze sprzątaniem. Komplet uzupełniały buty, które sprawiały wrażenie podróżniczych, idealnych wręcz na wyprawy w góry. Albus wbił w nią wzrok, zaintrygowany, pozwalając tym samym, by to Scorpius wypowiedział kolejne zdanie.
— Czy to wszystko jest, aby na pewno konieczne?
— Tu jest obrzydliwie — odpowiedziała cicho, ze skromnością akceptując szybki pocałunek w policzek od Albusa.
— Słyszałem! — Morrison podbiegł do nich. Na twarzy miał wielki wyszczerz. — Strasznie się cieszę, że daliście radę przyjechać!
Vincent nie wyglądał na tak dobrze przygotowanego do sprzątania jak Mirra, co nie zmienia faktu, że najprawdopodobniej sporo przeszedł. Tradycyjne mugolskie ubranie — jeansy i luźną niebieską koszulkę — pokryte miał kurzem i czymś, co przypominało jakieś oleiste plamy. Albusowi przebiegło przez myśl, że przyjaciel czuje się nadzwyczaj swobodnie w tym stroju, ale potem uświadomił sobie, że zapewne zawsze się tak ubiera.
— Pozwólcie, że trochę was oprowadzę. — Morrison odwrócił się na pięcie i mijając Mirrę, poprowadził ich przez korytarz na piętrze.
— Dlaczego tu jesteśmy? — Scorpius od razu przeszedł do rzeczy. — Powinniśmy byli przyjechać dopiero jutro. Nie widzę powodu, dla którego wszyscy mamy sprzą…
— Ech. — Domownik machnął dłonią, przerywając tę wypowiedź. — Mike — ten koleś, za którego wychodzi moja siostra — zaprosił do nas swoją rodzinkę na kolację, a więc nie mogło się obyć bez dzisiejszego sprzątania. Co więcej, chcieliśmy wcześniej oprowadzić chociaż garstkę gości. Och, i najważniejsze — nie wszyscy wiedzą, że przy pomocy różdżek umiemy transmutować ludzi w żaby, więc nie mówimy nic na temat magii. Jeżeli ktoś was zapyta, chodzimy do normalnej mugolskiej publicznej szkoły; trzeba jeszcze pomyśleć o dobrej nazwie. Jeszcze jedna ważna sprawa. — Morrison spojrzał wprost na Albusa. — Wszyscy twoi krewni, którzy są wystarczająco dorośli, by skończyć już szkołę, są pośrednikami handlowymi. Przekaż wiadomość dalej.
To małe podsumowanie sporo tłumaczyło, ale chłopiec miał co innego w głowie.
— Więc Melonie jest tutaj od kilku dni, tak?
Przyjaciel nic nie odpowiedział, ale za to szerzej się uśmiechnął. Zaprowadził ich do przytulnego pokoju na końcu korytarza i zapalił światło.
Już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że to pokój Morrisona. Niebieska ściana była cała poobklejana w różnorodne sportowe plakaty, przez co sprawiała wrażenie wielobarwnej. Całe pomieszczenie odwzorowywało osobność właściciela — stanowiło połączenie niemagicznej młodości i czarodziejskiego statusu. Jedna ściana oblepiona była ruchomymi obrazami mioteł i ruchomymi kolizjami, zaś druga zdjęciami sportu na lodzie, który — jak Albus wiedział — nazywał się hokej. Podłoga była tak bardzo zagracona, że Morrison, aby przejść przez pokój, musiał za każdym razem pokonywać prawdziwy tor przeszkód: porozrzucane ubrania, czasopisma i pogniecione papierzyska stanowiły jedną czwartą wszystkiego. Gdzieniegdzie leżały także mugolskie płyty CD a jedna nawet była w odtwarzaczu. Łóżko wydawało się o wiele za małe, jak na rozmiary przyjaciela, ale być może było to jedynie wrażenie optyczne spowodowane wielkim stosem leżących na nim poduszek i koców. Podsumowując, bajzel nie z tej ziemi.
— Witajcie. — Morrison zadarł wysoko głowę z dumnym wyrazem twarzy. Rozłożył szeroko ręce. — Witajcie w moim królestwie!
— To najgorzej wyglądający pokój, jaki kiedykolwiek widziałem, stary — powiedział beznamiętnie Scorpius, na co domownik zgarbił się i spuścił głowę.
— Aa, cokolwiek. I tak mieszkam tu tylko przez trzy miesiące w roku…
— No właśnie, więc jakim cudem jest taki zagracony?
Zanim Vincent zdążył odpowiedzieć, z dołu dobiegł ich dźwięk przybycia następnej osoby — nie z kominka; był to dźwięk otwierania drzwi wejściowych. Albus czuł się trochę nieswojo. Dziwnie było stać w pokoju Morrisona, bez formalnego przywitania się z jego rodziną. Jeszcze dziwaczniej było myśleć o nieubłaganie zbliżających się wielkimi krokami interakcjach.
— Morrison! — zawołała najprawdopodobniej matka przyjaciela. — Zejdź tutaj i przedstaw nas znajomym!
— Idę, mamo! — odkrzyknął chłopiec, ale nie podjął żadnego wysiłku, żeby faktycznie to zrobić. Zamiast tego zwyczajnie stał sobie dalej. — Widzicie te pisemka? — kontynuował jak gdyby nigdy nic. — Jest w nich masę dobrych wskazówek dotyczących zdrowia, naprawdę świetne rzeczy…
— Morrison!
— No idę! — odkrzyknął ponownie, a potem znowu odwrócił się do przyjaciół.
— Stary, może powinieneś… — zaczął Scorpius, ale szybko mu przerwano.
— Również: zabawny fakt. Jeżeli rzeczywiście się golisz, to włosy odrastają szybciej i szczecina jest twardsza. Gdzieś na dole tej kupki mam genialny magazyn na ten temat. Wiem, że wielu facetów twierdzi, że to nieprawda, ale taki jeden naukowiec mówi, że…
— Morrisonie Ruth* Vincencie! — ryknęła pani domu, na co chłopiec nawet nie odpowiedział.
Zamiast tego sprawiał wrażenie nieźle przestraszonego.
— Ruth? — zapytali równocześnie Albus i Scorpius, z całych sił walcząc z potrzebą wybuchnięcia śmiechem.
— Nawet nie wiedziałem, że masz jakieś drugie imię… — kontynuował Potter.
— Tak miała na imię moja praciotka! — Morrison był czerwony niczym burak. Praktycznie wypchnął przyjaciół na korytarz. — Idziemy, mamo! — krzyknął i tym razem rzeczywiście zadbał o to, żeby tak się stało.
Dzień zdecydowanie należał do najdziwniejszych w całym życiu Albusa. Michael, przyszły pan młody (który prosił, by nazywać go Mikiem), przyszedł wieczorem na umówioną kolację z narzeczoną i swoimi rodzicami. Okazał się całkiem miły, co nie zmieniło faktu, iż był jednym z najbardziej ekscentrycznych mugoli, jakich chłopiec kiedykolwiek poznał. Miał długie słomkowe włosy, a bulwiasty nos upodabniał go do klauna; był dość blady i żylasty, przez co nie wyglądał na całkiem zdrowego. Serdeczny śmiech zrekompensował fizyczne niedoskonałości — całe szczęście, że był wesołym facetem; co chwilę chichotał. Ponadto, tak jak Albus oczekiwał, na okrągło chciał wykonywać magiczne sztuczki.
— Czy… to twoja karta? — Mike pstryknął palcami i zadowolony, spotkał się z aplauzem, gdy ślizgon ponownie skinął głową.
— Czyż on nie jest niesamowity? — zapytała w przestrzeń Lisa Vincent, klaszcząc o wiele bardziej żywiołowo, niż wszystkie inne siedzące przy stole dziewczęta. Gdy przestała, poprawiła włosy. Albus zauważył ciekawą zależność: kiedy w grę wchodziło chwalenie jej narzeczonego, stawała się bardziej rozmowna — w innym wypadku często zerkała na telefon i szybko wciskała małe guziczki, co rusz pisząc jakąś wiadomość.
— Och, z całą pewnością! — zapewnił kobietę wujek Ron, klaszcząc entuzjastycznie i gorączkowo rozglądając się po innych gościach. Ewidentnie był zakłopotany. — Widzieliście to, dzieciaki? — Uśmiechnął się nerwowo. — Zrób jeszcze jedną sztuczkę! — rzucił do Mike'a.
Zanim obiad został podany, czarodzieje zobaczyli prawdziwy arsenał magicznych numerów. Albus, dopiero gdy ujrzał je na własne oczy, uwierzył, że były one możliwe bez użycia różdżki. Karty przelatywały przez okna, monety tajemniczo znikały, a magik nawet unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Widząc to, wujek Ron zapiszczał tak głośno, że ciocia Hermiona aż zapytała go, czy aby nie potrzebuje zmiany pieluszki. Zarumieniony i zażenowany Albus przez większość czasu siedział z Mirrą, podczas gdy rodzina w niewerbalny sposób naśmiewała się z tego, iż trzymał się z dziewczyną za rękę. Zanim zabrali się za pałaszowanie posiłku, chłopiec był już przyzwyczajony do dziwaczności rodziny przyjaciela. Niemniej jednak nic nie mogło go przygotować na to, co wydarzyło się w trakcie jedzenia.
— Puree ziemniaczane, czy mógłbyś przysunąć się do mnie obok mojego bezwartościowego syna? Och, to znaczy, Morrison — czy mógłbyś podać mi tłuczone ziemniaki?
Zaśmiali się tylko ci, którzy rozumieli to niecodzienne poczucie humoru. Mama przyjaciela także zachichotała. Potter z otwartymi ustami patrzył, jak ten żartobliwie rzucił w rodzicielkę kilkoma fasolkami szparagowymi.
Inną ciekawostką było to, że przy stole na okrągło ktoś mówił. Zawsze. Albus przypomniał sobie obiad, który jadł razem z rodziną Malfoyów — pomyślał wtedy, że pełna napięcia cisza i gorzka atmosfera były bardzo niezręczne. Po dziesięciu minutach biesiadowania z Vincentami doszedł do wniosku, iż w tym domu jest kompletnie inaczej.
Podczas gdy rodzina Scorpiusa wydawała się dążyć do pogłębiania wzajemnej niechęci względem siebie, ta Morrisona funkcjonowała wręcz terapeutycznie — najwidoczniej uważali oni, że raz na jakiś czas należy pozwolić sobie na więcej. W pewnym momencie Lisa nazywała swojego brata „głupim siurakiem", co samo w sobie było szokujące, ale potem włożyła tyle wysiłku w jego dalszą żartobliwą deprecjację, że finalnie było to aż oszałamiające. Nawet Mike i jego rodzice, choć nie wnosili za wiele do rozmowy, wydawali się przyzwyczajeni do takiego obrotu spraw. Melonie także nieszczególnie się udzielała. Na rodzinę Albusa więc spadło zadania stabilizacji i podtrzymywania konwersacji.
— Hm, Mike? — W tle było słychać historię, jakoby Lisa urodziła się z ogonem. — To, co potrafisz, to całkiem fajne sztuczki. Jak się ich nauczyłeś?
— Diabeł tkwi w szczegółach, Ron. — Uśmiechną się szatańsko mugol. — Czarodziej nie wyjawia wszystkim swoich sekretów — magiczna otoczka znikłaby, gdybym coś wytłumaczył.
— Ach, tak. Oczywiście, w pełni to rozumiem — odpowiedział wujek. — Zastanawia mnie jednak to, jak ktoś podchodzi do tematu nauki…
— Panie Potter? — Mama Mike'a spojrzała na Harry'ego. Rozwichrzone włosy zasłaniały jej czoło. — Słyszałam, że ma pan smykałkę do interesów i dobrze się orientuje w zawiłościach finansowych.
— Proszę mi mówić po imieniu — odpowiedział uprzejmie tata. — Tak, można to tak ująć. Wolałbym nie rozmawiać na temat mojej pracy, chyba że to konieczne…
— Nie rozumiem tego! — Wujek Ron uciął wszystkie pomniejsze konwersacje. — Jakim cudem można wyciągnąć akurat tę kartę, którą podpisałem? Pismo i wszystko inne się zgadzało, to była ta sama! Naprawdę fenome…
— Daj już spokój, tato! — zaśmiał się siedzący obok mężczyzny Hugo.
— Scorpiusie? — Mike odwrócił się do blondwłosego gościa. — Słyszałem, że jesteś jednym z najlepszych uczniów w całej klasie. Wyróżniasz się w czymś szczególnym? Jak chodziłem do szkoły, to byłem prawdziwym orłem z matematyki, ale za to kiepsko pisałem wypracowania…
— Hm, tak po prawdzie, to jestem troszkę wszechstronny…
Utrzymanie w tajemnicy magicznej tożsamości przed niczego niepodejrzewającymi mugolami okazało się stosunkowo łatwe, a Albus był bardzo tym ucieszony zwłaszcza pod koniec kolacji. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, ale Morrison zasługiwał na zdecydowanie większy kredyt zaufania — nieprosto jest, ot tak sobie przyswoić czarodziejski styl życia. Oczywiście, już wcześniej wiedział, że Vincent jest przyzwyczajony do niemagicznego otoczenia, ale gdzieś tam przyjąć to do wiadomości, a zobaczyć na własne oczy, to dwie różne sprawy. Powinien zwrócić większą uwagę na pozaszkolne życie przyjaciela.
— Było przepyszne. — Ciocia Hermiona uśmiechnęła się w podziękowaniu za posiłek. Przez stół przebiegł szmer zgody.
— Mam nadzieję, że zmieścisz się jutro w suknię ślubną, Lis — powiedział Morrison, po czym odchylił się na krześle i poklepał się po brzuchu. — Byłaby wielka szkoda, gdybyśmy musieli tak na ostatnią chwilę zwracać się o poprawki, bo trochę ci się zgrubło…
Goście zachichotali, a Albus rozejrzał się wokół, niepewny, czy powinien się z tego śmiać. Lisa chwyciła oparcie krzesła brata i odsunęła je gwałtownie, przez co chłopak krzyknął w oczekiwaniu na upadek, który finalnie nie nastąpił. Przez tłum przebiegł kolejny rechot, a potem przyszedł czas na położenie się do łóżek.
— Okej, zyskamy kilka pokoi — ogłosiła mama Morrisona, kiedy goście zbierali się grupkach do spania. — O ile trochę się ściśniemy. Chłopcy, nie będzie wam przeszkadzać, jak będziecie razem? — zapytała ślizgonów, którzy zgodnie pokiwali głowami.
Harry i Ginny ulokowani zostali w pojemnej piwnicy, zaś Mike z rodziną opuścił mieszkanie Morrisona (zapewne następnym razem zobaczą go dopiero na ślubnym kobiercu), dzięki czemu wszyscy mieli więcej miejsca, niż początkowo zakładano. Melonie, Rose, Lily i Mirra wylądowały w jednym pokoju — Rose bardzo się oburzyła, zaś Mirra z trudem to zignorowała. Hugo i James nie mieli żadnych obiekcji, by przespać się razem w salonie.
Albus pierwszy położył się do łóżka. Scorpius i Morrison wciąż byli w łazience i myli zęby, kiedy kątem oka zarejestrował jakiś ruch przy drzwiach.
— Wyglądasz na umordowanego, dzieciaku — powiedział cicho tata, na co chłopiec skinął tylko głową. — Zdobyłeś miłych przyjaciół. — Harry rozejrzał się po pokoju Morrisona. Skupił się na śpiworach, których mieli używać goście. — Niechlujnych, ale miłych.
— Nie oczekiwałem akurat takich, ale nie mam nic przeciwko. Co tam? — zapytał, będąc bardziej niż pewnym, że tacie chodzi coś po głowie; musiał być powód tych sekretnych odwiedzin.
— Chciałem ci podziękować — wyznał ojciec. Albus zamrugał ze zdziwienia.
— Za co?
Tata lekko się uśmiechnął i spojrzał przez ramię, czy nikt nie kręci się w pobliżu; wciąż słyszeli cieknący w łazience kran.
— Chciałem ci to powiedzieć już jakiś czas temu, ale coś mi podpowiedziało, że dzisiejsza noc będzie do tego najlepsza. Chciałem podziękować za wszystko — za Puckerda i stałą czujność.
Dziwnie było widzieć tatę tak spokojnego. Typowe przeprosiny miały zazwyczaj miejsce pod koniec kłótni lub w momencie ujawnienia gorzkich żalów, uczuć, rozczarowań bądź uraz. Te sprawiały wrażenie pogodnych — pogodnych i zupełnie niepotrzebnych.
— Ża… żaden problem. — Albus nie był pewien, co powinien jeszcze powiedzieć. Była jedna rzecz — w zasadzie to komiczne oskarżenie — ale nie mógł się zmusić, by wspomnieć o tym i zrujnować tę chwilę.
Tata wydawał się akceptować takie zakończenie rozmowy. Kran został zakręcony i mężczyzna odwrócił się do wyjścia.
— Prześpij się, synu. Wypocznij. Przed nami wielki dzień. Dobranoc.
— Dobranoc — odpowiedział, lekko zdenerwowany.
Harry opuścił pokój, zanim Morrison i Scorpius wyszli z łazienki.
* Imię Ruth może być nadane zarówno chłopcu, jak i dziewczynce — w żeńskim wariancie nie odmienia się przez przypadki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz