05 maja 2022

9. WRONIA POCZTA

Ku wielkiemu zdziwieniu Albusa, ostatnie rewelacje na temat nauczycielki eliksirów nie były szczególnie zaskakujące ani dla jednego przyjaciela, ani dla drugiego.

– Cóż, wszystko nabrało właśnie sensu – powiedział Scorpius podczas śniadania następnego ranka. – Blackwood nienawidzi ślizgonów, bo przecież ślizgoni to śmierciożercy.

– No wiesz co? – zaśmiał się drwiąco Morrison. – Spójrz na nas.

– Nauczyłbyś się rozpoznawać sarkazm, stary. – Malfoy pokręcił głową i nasmarował bułkę masłem. – Istnieje wiele nieporozumień i błędnych przypuszczeń dotyczących Slytherinu, głównie ze względu na kilka znaczących osób oraz czasy wojen. Sytuację dodatkowo pogarsza Tiara Przydziału, co roku śpiewając, że jesteśmy niegodziwymi, głodnymi władzy tyranami...

– Nieszczególnie, zawsze opiewa ślizgonów za spryt i ambicję – odpowiedział Albus.

– Och, tak. – Scorpius przewrócił oczami. – Oto przykład prawdziwej przebiegłość i wygórowanej aspiracji życiowej. – To powiedziawszy, rzucił Morrisonowi sugestywne spojrzenie.

– Zobaczcie! – Uśmiechnął się Vincent, wyraźnie uradowany własnym osiągnięciem. Właśnie zbudował domek z tostów. – Nawet pokroiłem kiełbaski tak, żeby przypominały małych ludzików...

Malfoy westchnął, po czym znowu pokręcił głową, wracając do poprzedniego tematu.

– W każdym razie, Blackwood ze wszystkich ślizgonów najbardziej nienawidzi mnie, najprawdopodobniej przez wzgląd na nazwisko...

– Przestań, stary – powiedział Albus, z rozmysłem ignorując swój pełen jedzenia talerz. – Czy naprawdę żaden z was nie jest tym zaskoczony?

          – Już wcześniej wiedziałem, że jest wariatką. – Morrison wzruszył ramionami. – To logiczne, że trzyma się z innymi szaleńcami.

– Racja. – Scorpius skinął głową. – Renegaci są teraz bardzo aktywni. Wiem, że nie czytasz gazet, ale ostatnio piszą naprawdę o wszystkim. W sumie jestem zaskoczony tylko rangą Blackwood – musi być naprawdę wysoko w hierarchii organizacji, skoro pozowała do zdjęcia z samym przywódcą. Mam dziwne wrażenie, że to pełnoetatowa praca...

– Właśnie, właśnie! – potwierdził. – Więc dlaczego pracuje tutaj? Czemu uczy w Hogwarcie?

Ani Morrison, ani Scorpius nie znali odpowiedzi na to pytanie. Vincent wpatrywał się w swój ułożony z tostów domek, całkowicie pogrążony w myślach, zaś Malfoy sprawiał wrażenie trochę zaniepokojonego wyciągniętymi wnioskami.

– Uważam, że powinieneś komuś powiedzieć – stwierdził po chwili. – Widziałeś fotografię, czyli masz niezbity dowód.

– Och, jasne. Fantastyczny plan, stary. Wygadam, że po ciszy nocnej włamałem się do biura nauczyciela przy pomocy bardzo podejrzanej mapy szkoły oraz zapewne zabronionej peleryny, żeby ukraść nielegalny, czarnomagiczny przedmiot, który został skonfiskowany niepełnoletniemu uczniowi – parsknął Albus. – Nie jestem głupi. Sam do wszystkiego dojdę, a odpowiednią osobę powiadomię, gdy zdobędę jeszcze więcej dowodów i potwierdzę, że Blackwood jest niebezpieczna.

Westchnął, kiedy przyjaciele wymienili spojrzenia.

– Co znowu? O co chodzi tym razem? – spytał, szczerze zirytowany. – Nienawidzę, jak to robicie!

          – No bo... serio, znowu...? – zapytał z powątpiewaniem i ze zmarszczonymi brwiami Morrison.

– Co?

Naprawdę nie pojmował.

– Nie wiem, jak ci to powiedzieć, stary... – zaczął Scorpius. – Nie zrozum nas źle, ale... cierpisz na syndrom łapania łotra.

– Syndrom łapania łotra...?

– Spójrz na sprawę z naszej perspektywy – dodał szybko Morrison. – Na pierwszym roku przez jakiś czas wiedziałeś o Podziemiach Mgły Merlina i milczałeś, uparty jak osioł. Chciałeś w zamian wiedzieć, kiedy Mirra będzie tam szła, żeby móc działać samodzielnie...

– Nie chciałem, żeby skończyła w Azkabanie! – krzyknął obronnie. – I miałem tylko jedenaście lat.

– Oczywiście, zachowałeś się niczym rycerz broniący damy w opałach – podsumował ironicznie Scorpius. – A co powiesz o drugim roku, podczas którego dowiedziałeś się, że Ares chodził na wycieczki do Zakazanego Lasu? Koniecznie chciałeś przyłapać go na gorącym uczynku, więc zacząłeś udawać detektywa, a następnie poszedłeś z problemem do Darvy'ego...

– Obwiniasz mnie za wszystko? – wypluł, gwałtownie się czerwieniąc.

– Nie, ale ludzie postrzegają tę twoją rycerską jako ogromną słabość. Naprawdę nie rozumiesz, stary? – odpowiedział natychmiast Malfoy, sprawiając wrażenie zmartwionego. – Jak myślisz, dlaczego Ares wysłał Fango Wilde’a po ciebie do Hogsmeade? Wiedział, że połkniesz haczyk i ułatwisz mu sprawę – rzucisz się za nim w pościg. W międzyczasie poznał cię na tyle dobrze, by przygotować doskonały podstęp. Rozgryzł, że dokopałeś się do szczegółów i wiedziałeś, że to twój tata wypuścić Wilde’a. Ares po prostu zrozumiał, że będziesz chciał faceta złapać.

Albus siedział spokojnie.

– Wątpię – skłamał, wewnętrznie zmasakrowany. – W porządku, po prostu... ograniczę się do obserwacji z daleka. Zobaczę, czy sytuacja jakoś ulegnie zmianie.

Nic takiego jednak nie nastąpiło. Spędzał półtorej godziny w tygodniu na dokładnym obserwowaniu zachowania pani profesor w klasie podczas zajęć, a potem dodatkowo szpiegował ją za pośrednictwem Mapy Huncwotów. Inwigilacja potwierdziła jedynie to, czego wcześniej był pewien: Ida Blackwood była wyjątkowo złośliwą nauczycielką eliksirów. W międzyczasie zaczął odnosić dziwne wrażenie, że pomimo początkowej niechęci do całego planu, Scorpius nastawił się na jakiś przełom w sprawie.

– Kolejny Troll, panie Malfoy – powiedziała chłodno kobieta z okrutnym uśmiechem na twarzy. Machnęła różdżką, a przygotowany przez ślizgona eliksir wyparował.

Minęły trzy tygodnie odkąd Albus odebrał Rękę Glorii i pani profesor najwyraźniej przeoczyła tę drobną kradzież. Jeśli jednak się mylił, to i tak zapewne obwiniłaby Scorpiusa. Dzisiaj znowu stworzył całkiem przyzwoitą miksturę – niezwykle złożony eliksir Morbusennina, który w istocie działał jak powolna trucizna, powodując przy tym niesamowite boleści. Nie pozostawiał po sobie żadnych śladów, bo znikał pod koniec całego procesu. W gruncie rzeczy był cichym zabójcą.

Profesor Blackwood przeszła obok jasnoróżowej mikstury Morrisona (która miała mieć kolor jasnej zieleni) i skinęła głową na eliksir Albusa, który nie tylko miał odpowiedni kolor, ale także odpowiednio się ulatniał, tworząc charakterystyczne dla tej cieczy parowe trójkąciki. Albus wiedział, że cała sztuka polegała na dodaniu mięty pieprzowej, o której nie było mowy w instrukcji w podręczniku. Zmniejszenie płomienia pod kociołkiem dało więcej czasu na gotowanie się eliksiru, dzięki czemu kolejny ważny składnik – bardzo rzadka skórka nundu – wystarczająco się rozpuścił.

Nauczycielka wróciła do swojego biurka po zrobieniu obchodu.

– Mamy już październik. Niewielu z was wykazuje postęp, nie mówiąc już o żadnej fachowości. Do końca miesiąca spodziewam się znacznej poprawy. Takiej niedoskonałości nie można tolerować – oświadczyła chłodnym tonem. –  Koniec zajęć.

Uczniowie cicho wyślizgnęli się z sali. Dopiero po zamknięciu za sobą drzwi zaczęli wyrażać niezadowolenie. Malfoy, naturalnie, przezornie poczekał, aż wejdą do pokoju wspólnego i dopiero wtedy zaczął narzekać.

– Pozbądź się tej cholernej jędzy, stary – powiedział krótko, zapadając się w kamiennym fotelu.

Następne dni nie sprzyjały Scorpiusowi. Profesor Blackwood nie tylko ciągle niszczyła mu pracę, znacząco obniżając przy tym jego średnią, ale też Rose z radosnym uśmiechem coraz częściej paplała o swojej randce w Hogsmeade. Malfoy nie poddawał się jednak i spędzał w jej towarzystwie więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej. Albus bardzo się z tego cieszył, bo to z kolei oznaczało więcej możliwości randkowania z Mirrą (mniej więcej, bo czasem towarzyszyły jej te dwa gryfgłupki). Za każdym razem, gdy Rose mówiła o Lance’u, Scorpius robił dobrą minę do złej gry – posyłał jej fałszywy uśmiech, ociekając wręcz empatią. Albus był oszołomiony grą aktorską przyjaciela, która nieodparcie przywodziła mu na myśl poprzedni rok, kiedy musiał utrzymywać koleżeńskie stosunki z Eckleyem.

Jedyną rzeczą, jaką wg bruneta, podtrzymywała Scorpiusa na duchu, był quidditch. Państwo Malfoy wciąż nie wiedzieli o eliksirowych problemach syna, przez co nie zakazali mu gry. W międzyczasie mieli kilka treningów i blondyn błyszczał na każdym z osobna. Potter, powiedziawszy prawdę, uważał się za dobrego gracza, ale Scorpius zdecydowanie mógłby zostać gwiazdą drużyny. Za każdym razem sprawiał, że ścigający robili z siebie błaznów, próbując zdobyć jakieś punkty. Właśnie dzięki perfekcyjnej obronie Albus czuł się pewniej niż kiedykolwiek przed perspektywą meczu z Jamesem. Mimo to doskonale wiedział, że bycie wspaniałym zawodnikiem nie powstrzymuje przyjaciela od wewnętrznego skręcania się na myśl, że dziewczyna, która mu się podoba, idzie na randkę z innym.

– Lance powiedział, że pójdzie do Hogsmeade ze swoimi przyjaciółmi i spędzi z nimi trochę czasu, a potem spotka się z nami. Nie chce, żeby było nas za dużo na raz – wyjaśniła z radością Rose na opiece nad magicznymi stworzeniami we wtorkowy poranek. Choć to niecodzienne, ślizgoni zbili się w grupkę z gryfonami. Akurat zajmowali się karmieniem kugucharów[1], stworzeń podobnych do kotów. Hagrid wydawał się szczęśliwy pomimo tego, że kuguchary nie sprawiały wrażenia niebezpiecznych bestii, w każdej chwili gotowych wypatroszyć przypadkowych uczniów.

– Czyli spotkamy się późnym popołudniem, tak? – zapytała Mirra i stłumiła chichot, gdy zwierzątko zaczęło zlizywać jej sok z dłoni.

– Och, ciężko powiedzieć, ale najprawdopodobniej nieszczególnie późno. – Uśmiechnęła się Rose. – Lance chce spędzić z nami trochę czasu.

Eckley i Hornsbrook westchnęli. Byli dzisiaj nadzwyczaj spokojni i cisi. Albus wiedział dlaczego: to zawsze oni byli w centrum uwagi, a teraz zostali odsunięci na boczny tor. Spojrzał w kierunku Scorpiusa, który – niezwykle zasmucony – wpychał kotom do buzi maleńkie orzeszki.

– To będziemy musieli wszystko wcześniej zaplanować – stwierdziła Mirra. – Jestem pewna, że Lance wie, co robi. W sumie to mądry facet.

– Bardzo, bardzo mądry – potwierdziła protekcjonalnie Rose, zupełnie jakby inteligencja jej prawie–chłopaka czyniła go najwspanialszą na świecie osobą; brzmiała, jakby byli parą co najmniej od dwudziestu lat. – Czy mówiłam już, że zdawał dziesięć SUMów?

Albus tak szybko podniósł głowę i tak mocno skoncentrował swoją uwagę na rudowłosej dziewczynie, że przypadkowo zgniótł dłonią jedzenie, które aktualnie podawał kugucharowi. Ten prychnął i w odwecie spróbował podrapać go łapą.

– O cholera! Czekaj, co? – zapytał, osłupiały.

– No tak. – Kuzynka pokiwała z zapałem głową. – Dziesięć  – powtórzyła zarozumiale.

Morrison także podniósł wzrok znad swojego kuguchara, który w zasadzie wyglądał, jakby miał zaraz eksplodować. Do tej pory karmił go niesamowicie szybko i zwierzę nie nadążało z przełykaniem pokarmu. Chłopak nawet tego nie zauważał. Albus wykorzystał ten moment, żeby szybko spojrzeć na Scorpiusa, który również wytrzeszczał oczy.

– Masz na myśli... testy podobne do SUMów? – wyjąkał Vincent.

– Nie, prawdziwe SUMy – powiedziała Rose.

– Ile lat ma Lance? – zapytał brunet, mając świadomość, że w niczym nie przypomina teraz nadopiekuńczego kuzyna, a przepytującego świadka oskarżenia aurora. Koniecznie musiał zdobyć tę informację.

Natychmiast.

– Szesnaście. W marcu będzie miał siedemnaście – odpowiedziała nieco defensywnie przesłuchiwana. – Czemu pytasz?

– Nic, nieważne – stwierdził, ponownie zwracając uwagę na swojego kuguchara. Żelazną siłą woli panował nad mięśniami twarzy – z trudem tłumił cisnący się na usta uśmiech. Sama myśl o tym, co zrobi wujek Ron, gdy dowie się, że jego córka randkuje z siedemnastoletnim (prawie dorosłym!) czarodziejem, była równie zabawna, co straszna, a nawet odrobinę makabryczna. Przez moment dopingował kuzynce, bo miał naprawdę wielką ochotę zobaczyć tę reakcję na żywo, ale potem zerknął na Scorpiusa i nadzieja prysnęła niczym mydlana bańka.

Przyjaciel sprawiał wrażenie zdruzgotanego. Albus wiedział dlaczego. Malfoy nie dostrzegł w tym żadnej zabawnej nuty – poczuł się za to jeszcze bardziej onieśmielony. Wiek Lance'a pogorszył jego sytuację. Czując, że blondyna od całkowitego załamania się dzieli niewiele, postanowił wcielić plan w życie...

– Hej, Mirra? – zapytał. – Wiem, że w zeszłym roku mówiłem, że wycieczki do Hogsmeade są przereklamowane, ale może znowu wybralibyśmy się tam razem? Obiecuję, że nie będę ścigał żadnych zbrodniarzy...

Dziewczyna obrzuciła go przerażonym spojrzeniem, którym maskowała lekki uśmiech. Albus nie mógł głębiej analizować jej miny – stanął przed postawionym mu przez Scorpiusa zadaniem.

– Ehm... – zaczęła. – Miałam zamiar spędzić ten dzień z Rose...

– No właśnie. – Skinął głową, zdając sobie nagle sprawę, że wszyscy wokół zamilkli. Przestali karmić kuguchary, aby wbić w nich wzrok. – Możemy się do was dokleić, bo jeśli Lance przyjdzie bez swoich przyjaciół, to powinno być dużo miejsca...

Mirra odwróciła się do reszty.

– Jeśli nikt nie ma nic przeciwko... – powiedziała.

Gryfoni wymruczeli „nie” lub „raczej nie”, choć Eckley obrzucił go morderczym spojrzeniem.

– Super – podsumował i, gdy nikt nie widział, uśmiechnął się porozumiewawczo do Scorpiusa. – Ustalone – dodał i skoncentrował się z powrotem na kugucharze.

Lekcja wkrótce się zakończyła, a chłopcy podnieśli temat śmiałości Albusa, dopiero kiedy znaleźli się w bezpiecznych zamkowych murach.

– Hura! – wrzasnął Morrison, przybijając mu piątkę. – Jesteś naprawdę przerażający, stary! Zwinąć skonfiskowaną Rękę Glorii z biurka nauczyciela? Żaden problem! Odbić innemu dziewczynę dla dobra przyjaciela? Spoko, ruszajmy z planem sabotażu! To, że Rose jest twoją kuzynką, tylko ułatwia nam sprawę...

– Zamknąłbyś się wreszcie! – syknęli jednocześnie ślizgoni.

– Dzięki, stary – dodał z wdzięcznością Scorpius, patrząc znacząco na Albusa. – Serio.

– W porządku, ale musisz się zająć resztą – odparł brunet. – A tak przy okazji, widzieliście minę Eckleya, gdy zapytałem Mirrę, czy chciałaby iść z nami do Hogsmeade? Bezcenna...!

Dopiero gdy usiadł w Wielkiej Sali na lunchu, dosłownie na chwilę przed nałożeniem jedzenia na talerz, uderzyła w niego istotna myśl. Tak bardzo był podekscytowany, że Mirra zgodziła się na randkę, że zapomniał wziąć od Hagrida swojej torby.

          – Weźmiesz ją później, stary... – powiedział Morrison.

          Albus westchnął i wstał od stołu.

          – Nie, jeśli będę zwlekał, spóźnię się na zajęcia do Bellinger. Ona nie znosi niepunktualności. Teraz się przejdę.

          To powiedziawszy, wyszedł z Wielkiej Sali, manewrując pomiędzy tłoczno wchodzącymi uczniami. Większość była z Gryffindoru.

          Gdy był już bardzo blisko drzwi, upadł na ziemię. Przypadkowo wpadł na kogoś większego i zwyczajnie się przewrócił. Z racji tego, że był mniej postawny, tylko on wylądował na podłodze.

– Przepraszam – powiedział od niechcenia, po czym podniósł się z ziemi i podniósł głowę, ciekawy, na kogo wpadł.

Cóż, najwyraźniej na rozwścieczonego Eckleya.

– Uważaj, jak łazisz – burknął gryfon, jawnie chcąc go nastraszyć. Słomkowe włosy opadały mu na czoło, nadając nieprzyjemnego wyglądu.

Albus zebrał się na odwagę.

– Nie. Myślę, że to ty powinieneś bardziej patrzeć, czy po kimś nie depczesz – powiedział. Gdy się wyprostował, stał z chłopakiem niemalże oko w oko – tak mniej więcej, bo Eckley wciąż był od niego wyższy o jakieś dwa, trzy cale.

Nie był w ciemię bity i dobrze wiedział, że gryfona nie rozzłościł incydent na szkolnym korytarzu, a wysunięta na opiece nad magicznymi stworzeniami propozycja wspólnego spędzenia czasu podczas wycieczki.

Zrób to. – Usłyszał w swojej głowie Albus. – No dalej. Wystarczy jeden powód.

Co? Co takiego...? Nie! Nie chciał, żeby Eckley go uderzył, bo przecież nie miał z nim najmniejszych szans w walce na pięści i najprawdopodobniej w czarodziejskim pojedynku też by przegrał. Och, czasem naprawdę żałował, że nie zawsze trzyma się z przyjaciółmi...

Nie, nie. Nie potrzebuję ich. No dalej. Zrób to. Powal mnie, jak ten facet na zamieszkach. Tym razem nikt mi nie przeszkodzi. Odzyskam wolność...

– Wpadłeś na niego celowo!

Albus odwrócił się, niesamowicie zadowolony z nagłego rozproszenia. Dziwaczny, niewyjaśniony głos w jego głowie zniknął, zastąpiony ulgą, że ktoś się wtrącił, zanim została z niego jedynie krwawa miazga. Zamrugał i zobaczył małego Hugona stojącego z boku ze zdeterminowanym wyrazem twarzy.

– Co...? – zapytał Eckley, a jego mściwa mina została natychmiast zastąpiona przeogromnym zdziwieniem. Stojąc w miejscu, zagapił się na intruza.

– Widziałem, wpadłeś na niego celowo! – powtórzył Weasley, podczas gdy jego wargi drżały nerwowo.

Albus patrzył nieco bezmyślnie na młodszego kuzyna, będąc pod wrażeniem i jednocześnie będąc zbitym z tropu jego interwencją. Spojrzał na Eckleya i zobaczył, że chłopak ma naprawdę dziwny wyraz twarzy. Niemal się uśmiechnął. Nie było żadnych wątpliwości, że gryfon analizował możliwe scenariusze małej, prywatnej zemsty na dwunastolatku, który odważył się odezwać w sprawie, która go zupełnie nie dotyczyła. Eckley zaniemówił, bo nie dość, że wystąpił przeciw niemu współdomownik, to jeszcze młodszy brat Rose.

Cała trójka stała niezręcznie, podczas gdy inni uczniowie mijali ich z obojętnością.

Pewnie staliby tak dalej, gdyby nie interwencja osoby czwartej.

– Co tu się dzieje...? – zapytał ktoś. Albus był przekonany, że w sam środek zamętu wskoczył, jakże by inaczej, James, ale potem dostrzegł charakterystyczne blond włosy, które wyprowadziły go z błędu. – Dlaczego tak stoicie...? – zapytał Lance. Torbę miał przewieszoną na ramieniu w zdecydowanie genialny sposób – ślizgon wiedział, że nigdy nie nauczy się nosić swojej tak samo. Wbił w nich zaciekawione, wyczekujące spojrzenie, a Albus mógł przysiąc, że Eckley przewrócił z irytacji oczami.

– Charlie celowo wpadł na Ala i go przewrócił – naskarżył Hugo.

Lance spojrzał na Eckleya.

– Niezbyt fajnie, stary. Nie potrzeba nam tutaj podobnych zagrywek. No dalej, ruszcie się, trzeba zrobić przejście...

Albus postąpił wedle instrukcji, pomimo tego, że Disona nie był prefektem i nie miał nad uczniami żadnej kontroli. Przez moment stał w miejscu, niczym przysłowiowy kołek, po czym odwrócił się do Hugona, ale ten wcześniej wrócił do rzeczywistości i szedł właśnie do Wielkiej Sali. Chciał podziękować kuzynowi, bo był niesamowicie wdzięczny za jego interwencję. Lance też zachował się w porządku. I pomyśleć, że w międzyczasie Albus przeciw niemu spiskuje...

W październiku gorącym (właściwie to jedynym) tematem rozmów była zapowiedziana na piątego listopada wycieczka do Hogsmeade. Większość uczniów była niezadowolona, ponieważ zazwyczaj wycieczka wypadała w Halloween i niektórzy porobili już plany, biorąc pod uwagę właśnie tę datę.

– Rozumiem, że wielu z was jest negatywnie nastawionych, jednakże decyzja jest nieodwołalna. Naszym priorytetem jest bezpieczeństwo uczniów, stąd zmiana – powiedziała pani dyrektor McGonagall podczas śniadania w połowie października. – Ministerstwo Magii chce mieć całkowitą pewność, że wszystko jest odpowiednio zabezpieczone...

Albus stłumił ziewnięcie. Jakby nie patrzeć, był wczesny ranek, a on znowu się męczył z tym dziwnym, powracającym snem. Co więcej, nie przywiązywał większej wagi do szkolnej wycieczki, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się na ostatniej. Spojrzał na Scorpiusa, który – zgodnie z jego przypuszczeniami – smarował sobie tosty.

– Co dzisiaj mamy? – spytał z pełną buzią Morrison.

– Zgrywasz się, czy pytasz na poważnie? Naprawdę nie wiesz, nawet po tak długim czasie...? –  zripostował Scorpius.

– Nieee, mam na myśli dzień tygodnia...

– Jest środa – powiedział Albus, gdy do jego uszu dobiegł szelest otwieranych przesyłek i listów; czas poczty. – My najpierw mamy mugoloznawstwo, a ty wróżbiarstwo.

Morrison westchnął.

Albus nałożył na swój talerz trochę bekonu i w milczeniu patrzył, jak Scorpius otwiera poranne wydanie PROROKA CODZIENNEGO. Wtem coś zwróciło jego uwagę – jakiś krukon sztyletował go wzrokiem ze swojego stołu, ściskając w rękach gazetę.

Tknięty niedobrym przeczuciem spojrzał na Malfoya, który, sprawiając wrażenie spiętego, w pośpiechu chował gazetę do torby.

– Daj mi zobaczyć... – powiedział, zaciskając palce na skrawku pergaminu.

– Nie...

Albus był jednak szybszy. Wziął Scorpiusa z zaskoczenia i wyrwał mu gazetę. Widząc nagłówek, zmarszczył brwi.

Nie znowu. Nie w tym roku...

 

HARRY POTTER – CHŁOPIEC, KTÓRY SIĘ UKRYŁ?

Kilka tygodni temu przedstawiciele Ministerstwa Magii ujawnili, że groźby terrorystyczne, które otrzymywali, zostały wypowiedziane przez „Diabli Alians”, organizację pod przywództwem wciąż poszukiwanego Reginalda Aresa. Mimo że treści gróźb wciąż są nieznane, najnowsze dowody wskazują, że wystosowano ich przynajmniej kilka. Terroryści domagają się wydania Harry'ego Pottera w zamian za oszczędzenie życia niewinnym obywatelom.

„Treść gróźb była przedmiotem wielu błędnych interpretacji” mówi Janine Fischer, Głowa Departamentu Aurorów. „Wydajcie Pottera albo będziecie się zmagać z konsekwencjami” – oto dokładne słowa. „Nie mamy żadnych dowodów, które mogłyby sugerować, że wisi nad nami realne zagrożenie”, dodała.

Czy ma to jednak znaczenie?

Niektórzy obywatele czarodziejskiego świata twierdzą, że nie. „Groźba bez pokrycia czy nie!”, mówi Octavius Glotten, lat 38 „To wskazówka, że Ares komunikuje się z Ministerstwem. Jeśli więc zwrócenie się bezpośrednio do tego Diablego Aliansu przybliży nas do rozwiązania spornej kwestii, to Harry Potter powinien się czuć zobowiązany!”.

Chociaż Ministerstwo przyznało się do kontaktu z Aliansem, to miejsce pobytu Aresa i jego zwolenników wciąż pozostaje nieznane. Dalszy kontakt może pomóc. Są jednak dwie strony medalu. Warren Waddlesworth, rzecznik renegackiej organizacji Wybawczy Alians Różdżek opowiada się za Potterem i jednocześnie przeciwko Ministerstwu Magii.

„Harry Potter odszedł z Ministerstwa kilka miesięcy temu i teraz nie jest z nim bardziej związany niż przeciętny obywatel. Zakładanie, że powinien się czuć zobowiązany mocą umowy prawnej na narażenie się na niebezpieczeństwo, kiedy praca już tego od niego nie wymaga, jest rażącym nieporozumieniem. Ministerstwo Magii wciąż obarcza go całą odpowiedzialnością, podczas gdy same się od niego odwróciło. Cóż, przyszło nam żyć w naprawdę smutnych czasach, gdzie dochodzi do niewyobrażalnego”.

Nie otrzymaliśmy oficjalnego komentarza od Harry'ego Pottera, „Chłopca, Który Przeżył”, ale najwyraźniej były Szef Departamentu Aurorów się nie poddał. Pomimo wszelkich profitów, nie zamierza jednak kontynuować współpracy z Ministerstwem.

„Jest przerażony”, mówi Phillip Stoltz, lat 52, kolejny czarodziej, który przeżył obie wojny z Lordem Voldemortem i nie zamierza uczestniczyć w kolejnym konfliktem zbrojnym. „Harry Potter może ponownie uratować świat i w zalążku zgnieść trzecią wojnę, ale zamiast stanięcia na wysokości zadania, odwrócił się do nas plecami, odmawiając narażenia się na niebezpieczeństwo...”

 

Albus zamknął gwałtownie gazetę. Obmawiają tatę, jakby był tchórzem! Oczywiście, nie zgadzał się z wieloma jego decyzjami, ale dobrze wiedział, że Harry Potter nie zasłużył sobie na miano strachajła. Szmatławce, jak zwykle, były w błędzie.

– Cudowny ten PROROK – zaszydził. Rzuconą na stół gazetę po chwili wahania podniósł Morrison, najwyraźniej wciąż chętny do przejrzenia nowości. – Źle wszystko odbierają. Diabli Alians to nawet nie wymysł Aresa, a Darvy’ego...

Przyjaciele spojrzeli na niego równocześnie.

– Skąd wiesz? – spytał Morrison.

– Tajemnica – odpowiedział, nie mając ochoty na szczegółowe tłumaczenia. Był zbyt oburzony bredniami, które właśnie przeczytał. – Naprawdę nie mogę w to uwierzyć. Oni na poważnie z tymi absurdalnymi groźbami...?

– Chcą zdyskredytować twojego tatę. „Albo wydacie nam Harry’ego Pottera, albo was zabijemy” – powiedział wszechwiedząco Scorpius. – Jeśli ktoś nie weźmie na siebie odpowiedzialności, zginą ludzie. Jeśli ktoś jednak znajdzie się ochotnik i kogoś spotka nieszczęście, to i tak zwalą na niego całą winę. Moim zdaniem to groźba bez pokrycia. Mowy nie ma, żeby Ares – lub, jak twierdzisz, Darvy – przystąpił teraz do ataku, zwłaszcza że ulice oblegają renegaci...

– A to właściwie następna niewiadoma! – wypalił Albus. – Co chce osiągnąć Warren Waddlesworth, wspierając mojego tatę?

– W zeszłym roku było zgoła inaczej. Waddlesworth jest przywódcą Wybawczego Aliansu Różdżek, nawet jeśli gazety nazywają go rzecznikiem. Jest tak bardzo antyministerski, jak to tylko możliwe. Opowiadanie się za Harrym Potterem pokazuje, że nie akceptuje działań Ministerstwa Magii – podsumował fachowym tonem Malfoy. – Jest naprawdę sprytny.

Albus westchnął i sięgnął po bekon. Gdy w międzyczasie obrzucił wzrokiem siedzących w Wielkiej Sali uczniów, zobaczył, że nachmurzeni są głównie krukoni, a nawet kilku puchonów.

– Słuchaj, nie przejmuj się ludźmi – powiedział Scorpius. – Mało kto prenumeruje przeklętego PROROKA CODZIENNEGO, a ci, którzy faktycznie to robią, najprawdopodobniej zapomną o artykule do końca śniadania...

Malfoy minął się z prawdą. Albus otrzymywał nieprzyjemne spojrzenia od uczniów, których kojarzył tylko z widzenia, a z którymi chodził na mugoloznawstwo oraz wściekle się zarumienił, gdy przechodząca obok niego krukonka wymownie pokręciła głową, gdy ich spojrzenia się spotkały.

Westchnął. Powinien był wszystko przewidzieć, doprawdy. To, co się dzieje w świecie zewnętrznym, nawet i w szkole po jakimś czasie przestaje być tajemnicą. Przypomniał sobie spojrzenia, którymi obrzucali ich ludzie na Pokątnej tuż przed zamieszkami. Spodziewał się ich w Hogwarcie i był naprawdę mile zaskoczony, gdy zauważył, że uczniowie traktują go normalnie. Teraz jednak ich postawy się zmieniły. Jeden opublikowany w gazecie artykuł sprawił, że każdy patrzył na niego jak na osobę gorszego sortu.

Mimowolnie się zastanowił czy wszyscy członkowie jego rodziny też cierpią. Niestety, nie był w stanie się wypytać, ale podejrzewał, że jeżeli tak, to przechodzą mniejszą gehennę. Weasleyowie stanowili osobny klan, jedynie spokrewniony z Potterami. Nie mógł też wyobrazić sobie gnębienia Lily, która była równie zadziorna co Rose oraz, co ważniejsze, otoczona opiekuńczymi ramionami Jamesa. Ci, którzy chcieliby jej podokuczać, tylko prosiliby się o łomot i nauczkę. W przeciwieństwie do reszty rodziny Albus był ślizgonem – przydzielonym do innego domu samotnikiem, w pewnym sensie pozbawionym protekcji starszego brata; biorąc wszystko pod uwagę, był idealnym materiałem do gnębienia.

Wściekle zamknął podręcznik do mugoloznawstwa, a potem spróbował skoncentrować się na najnudniejszej szkolnej lekcji.

– Sprawdziłam wasze eseje na temat niemagicznego egzekwowania prawa. Panie Malfoy, jakby był pan tak miły i je rozdał... – powiedziała profesor Verage, miła starsza babcia, gdy uczniowie zajęli miejsca.

Albus milczał przez całe zajęcia i nawet nie poruszył go pergamin z zaskakującą oceną P[2]. Cały czas wpatrywał się w okno, pogrążony we własnych myślach, podczas gdy pani profesor prowadziła wykład na temat współpracy mugolskich i czarodziejskich przywódców.

– Każdy Minister Magii prowadzi ścisłą współpracę z mugolskim Premierem. Są sobie przedstawiani, gdy dochodzi do zmian w rządzie, zazwyczaj na początku kadencji. Obaj muszą pilnować korelacji pomiędzy naszymi światami tak jak i swoich poszczególnych kompetencji. Dla przykładu, Minister Magii ma obowiązek ostrzec Premiera, gdy pojawi się czarodziejski problem i przedstawić mu odpowiednie niemagiczne środki ostrożności dla mugoli...

I właśnie wtedy coś przyciągnęło uwagę Albusa. Ciemny kształt przysunął się do okna, po czym gwałtownie się cofnął. Wyglądał na jakiegoś ptaka, który zbyt mocno machał skrzydłami. Wyglądało na to, że się bardzo śpieszył. Dziwne. Jakiś zwyczajny ptak na terenie zamku...? Czy przyglądał się uczniom w klasie? Chwila, moment. Czy w dziobie trzymał list...?

Zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć. Chciał mieć pewność, że to nie jest jakaś podejrzana sztuczka światła. Cóż, z pewnością wypatrzył czarnego, bliżej niezidentyfikowanego ptak z białą kopertą w dziobie, który... nie patrzył na uczniów, a... wprost na niego...

– Scorpius? – wymamrotał, odwracając się do niemal śpiącego przyjaciela i kopiąc go lekko pod stołem.

– Hm...? – Blondyn podniósł głowę.

Albus odwrócił się w stronę okna i wskazał na nie palcem, ale ptak zniknął.

          – Tak, stary. To jest okno – powiedział sarkastycznie Scorpius. Zapomniał jednak ściszyć głos, czym zwrócił na siebie uwagę nauczycielki.

– Panie Malfoy...? – Verage przerwała wykład. Zsunęła lekko okulary z nosa i przyglądała się ślizgonom.

– Przepraszam, pani profesor – powiedział Scorpius, po czym rzucił oskarżające spojrzenie Albusowi. W międzyczasie nauczycielka wznowiła swój monolog. Potter zignorował to i znów odwrócił się do okna. Na sto procent sobie tego nie wyobraził. Z pewnością widział tam dziwnego ptaka...

Po obiedzie, podczas obrony przed czarną magią, również skupiał się na otoczeniu i znowu zobaczył tego tajemniczego posłańca. Wciąż miał w dziobie kopertę.

– Tam jest! – syknął, wskazując na okno, podczas gdy profesor Handit wyjaśniał działanie zaklęcia żądlącego. Przyjaciele spojrzeli we wskazanym kierunku, ale nadaremnie – ptak znowu odleciał.

– Halucynacje są jednym z objawów braku snu – powiedział Scorpius, gdy zeszli na kolację. – Nadal miewasz te koszmary?

– Wypraszam sobie halucynacje! Tak, mam te sny, ale nie w nich problem! Widzę prawdziwego ptaka, który śledzi mnie przez cały dzień.

Morrison chwycił ogromną kolbę kukurydzy.

          – Wierzę, że Albus widzi jakieś ptaszysko... Może to jakiś omen – podpowiedział, biorąc dużego gryza.

– Coś jak duch? – zapytał brunet, patrząc na Krwawego Barona, rzadko widywanego ducha Slytherinu.

– Mniej więcej. Omawialiśmy je na wróżbiarstwie w zeszłym roku – Vincenta bardzo ucieszyła myśl, że właśnie powiedział coś mądrego. – Istnieją pewnego rodzaju zwiastuny i przepowiednie, które za tobą podążają – najczęściej w postaci wielkich, czarnych psów...

– Ptak nie przypominał psa – odpowiedział Albus i urwał, bo zobaczył wzrok całkiem atrakcyjnej, starszej krukonki, patrzącej na niego z jawną pogardą. W momencie stracił wątek.

– Ludzie wciąż się gapią? – spytał Scorpius, krojąc kotlety na swoim talerzu.

– Tak – stwierdził, sromotnie pokonany; niemalże wszyscy wyglądali, jakby mieli ochotę sprzeczać się na temat artykułu. – Nie mówiłeś przypadkiem, że szybko im przejdzie?

– Spokojnie, zaraz zapomną. Ludzie są zmienni – odpowiedział blondyn. – Pamiętasz zeszłoroczną rozmowę z Hagridem, prawda?

– No właśnie. I patrz na drugą stronę medalu – wtrącił się Morrison. – Nadal masz dużo do zrobienia. I zbliża się wycieczka do Hogsmeade.

Albus chrząknął zrzędliwie i wtedy jego uwaga znowu została odwrócona od przyjaciół – znowu przez tego cholernego ptaka. Nie skradał się za oknem, a wleciał swobodnie do Wielkiej Sali i zaczął krążyć nad czterema stołami. Wyglądał jak poranna sowa, niosąca pocztę. Uczniowie mamrotali do siebie, z zaciekawieniem przyglądając się temu niecodziennemu zjawisku. Albus szybko spojrzał na stół nauczycielski. Dyrektor McGonagall wydawała się bardzo zainteresowana tajemniczym posłańcem, aczkolwiek nie to najbardziej go zdziwiło. Profesor Blackwood bowiem patrzyła na ptaszysko ze strachem w oczach...

Czarny posłaniec zaczął krążyć nad stołem Slytherinu. Teraz już naprawdę wszyscy zaczęli rozprawiać na jego temat, a co poniektórzy posunęli się nawet do wskazywania palcem. Ptak zaczął zniżać lot i temat spekulacji się zmienił – każdy był ciekaw, do kogo zaadresowana jest koperta w jego dziobie.

Albus, oczywiście, wiedział.

– To sęp! – powiedziała głośniej jakaś pierwszoroczna ślizgonka.

Morrison się zaśmiał.

– To kruk – wytknął.

Scorpius pokręcił głową.

– Wrona, głąby – powiedział z uporem. – Kruki są zdecydowanie większe.

Ptak zniżył lot na wysokość ręki, a następnie zrzuciła list wprost na talerz Albusa, po czym wydał z siebie niski, irytujący dźwięk i wyleciał na zewnątrz. Cała Wielka Sala patrzyła z zaciekawieniem.

– Kto posługuje się krukiem...? – zapytała Melonie Grue.

– A tam. – Morrison machnął ręką. – Bardziej mnie ciekawi, dlaczego nie przyleciał podczas śniadania...?

– Otwórz w końcu ten list! – warknął nagląco siedzący niedaleko nich trzecioroczny Barnabus Curder.

Albus podniósł kopertę, lecz nie otworzył jej od razu. Najpierw obejrzał ją ze wszystkich stron, a potem spróbował rozszyfrować tożsamość nadawcy. Niemal płonął z ciekawości. Gdy zobaczył swoje nazwisko, zauważył, że charakter pisma, choć niestaranny, wciąż był możliwy do zrozumienia.

– Może dalibyście mu w spokoju przeczytać ten cholerny list? – warknął Morrison, wzrokiem piorunując siedzących przy stole uczniów.

Mimo że Morrison wciąż był małolatem, budził respekt przez wzgląd na swoją tężyznę fizyczną, więc większość ślizgonów wróciła do napoczętego obiadu. Jedynie uczniowie więksi i starsi od niego, będący zbyt daleko, żeby się nim przejmować, wciąż obserwowali rozwój wydarzeń. Krukoni, puchoni i gryfoni, zauważając odbiorę w postaci ślizgona, stracili zainteresowanie i wrócili do jedzenia. Próbując wykorzystać chwilę prywatności, Albus pospiesznie rozdarł kopertę i rozwinął kawałek pergaminu.

Nie znał nadawcy, ale podświadomie spodziewał się, że będzie treściwszy. Na papierze zapisano w sumie tylko jeden akapit. Charakter pisma zgadzał się z tym na przedzie koperty.

 

Albusie,

NIE IDŹ NA PIERWSZĄ WYCIECZKĘ DO HOGSMEADE.

Będziesz w niebezpieczeństwie.

Przyjaciel.

 

Ślizgon wpatrywał się pustym wzrokiem w list, czytając go kilkakrotnie i próbując odkryć ukryte w nim przesłanie. Dopiero po kilku chwilach uzmysłowił sobie, że list nie skrywa żadnej więcej tajemnicy.

– Od kogo? – zapytał Morrison.

– Od... przyjaciela – odpowiedział niepewnie.

Chciał przekazać chłopakom pergamin, ale został zmuszony odrzucić go na stół, bowiem list zaczął się palić. Albus przyglądał się, jak papier kurczy się pod wpływem temperatury i znika, po czym wymienił porozumiewawcze spojrzenia ze Scorpiusem i Morrisonem. Na jego talerzu znajdowała się teraz jedynie kupka popiołu. Cała trójka wbiła wzrok w strzępy pergaminu, wyglądając na zirytowanych obrotem wydarzeń i zdezorientowanych.



[1] Kuguchar  (z ang.: kneazle) – przypomina dużego, perskiego kota. Ma nakrapiane, cętkowane albo łaciate futro, olbrzymie uszy i ogon zakończony pędzelkiem jak u lwa. Jest inteligentny, niezależny i czasem agresywny, ale jeśli spodoba mu się jakaś czarownica lub czarodziej, może być wspaniałym zwierzątkiem domowym. Ma niezwykłą zdolność wykrywania przykrych i podejrzanych osobników, potrafi też doprowadzić do domu swojego właściciela, jeśli ten zabłądzi. Na posiadanie kuguchara należy mieć licencję, ponieważ jego nietypowy wygląd może wzbudzić podejrzliwość mugoli

[2] P – w oryginale: E – W „Harrym Potterze...” nie ma oceny E. Jest W, P, Z, N, O oraz T. Albus odrabiał mugoloznawstwo ze Scorpiusem, więc zapewne nie dostał za to złej oceny. Mógł jednak spodziewać się gorszej i stąd to ocena była „zadziwiająca”. Powyżej Oczekiwań w przekładzie angielskim to Exceeds Expectations i tak właśnie zostało to potraktowane

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz