Podczas gdy zbliżał się termin szkolnej wycieczki, nastroje w zamku uległy zmianie, a uczniów można było podzielić na dwie kategorie. Pierwsza, ograniczona czasem oczekiwania, sprawiała wrażenie szczęśliwej – uśmiechała się od ucha do ucha, spacerując zamkowymi korytarzami oraz nie przestawała paplać na temat swoich planów. Emocje sięgały zenitu, bo była to ostatnia wyprawa do Hogsmeade przed końcem roku szkolnego i każdy zaplanował coś szczególnego. Harmider był niesamowity i nauczycielom ciężko przychodziło rozróżnić poszczególne głosy. Druga kategoria uczniów, wybiegająca spojrzeniem w przyszłość, wizualizowała sobie epickie starcie pomiędzy Gryffindorem a Slytherinem, bowiem finałowy mecz quidditcha został zaplanowany na dziesięć dni po wycieczce.
Albus był człowiekiem, który balansował na krawędzi. Zaliczał się jednocześnie do jednej, jak i drugiej grupy. Nie wiedział, czego bardziej oczekiwał. Cieszył się z konkurencyjności quidditcha. James i Freddy przestali mu machać na korytarzu, ograniczając się do średnio przyjaznych uśmiechów. Graczom wyraźnie udzielił się wojowniczy duch sportu. Ślizgońska drużyna zaś, chociaż nie do końca zapomniała o jego koszmarnym zachowaniu, była gotowa ponownie rozpocząć trening. Wszystkie te quidditchowe sprawy sprawiały, że czuł rosnące podekscytowanie, które tylko częściowo przyćmiło niepokój o nadchodzącą wielkimi krokami randkę.
– Jak myślicie, co powinienem ubrać? – zapytał piąty dzień z rzędu podczas śniadania. Chcąc mu z miłości dokuczyć, przyjaciele codziennie dawali mu inną odpowiedź.
– Nadal twierdzę, że najlepiej zrobisz, gdy pójdziesz nago. – Uśmiechnął się Morrison i upił łyczek soku pomarańczowego. – Udowodnisz Mirze, że nie boisz się pokazywać swojej męskości.
– Cóż, rozważę pomysł. – Albus nieśmiało odwzajemnił uśmiech. – Scorpius?
– Jakąś różową koszulę, koniecznie z kwiatowym wzorem. – Malfoy uniósł chytrze brew. – Obnażysz swoją wrażliwą stronę.
Albus się zaśmiał, chociaż w rzeczywistości żadnej z tych opcji nie uważał za zabawną. Był po prostu w dobrym nastroju od czasu zaproszenia Mirry na randkę.
Gdy wrócili do spożywania śniadania, wbił wzrok w Scorpiusa. Co prawda, przyjaciele przestali mu gderać o „świadomym narażaniu się na niebezpieczeństwo”, ale to nie zmienia faktu, iż blondyn wciąż nie był entuzjastycznie nastawiony do jego planu wymknięcia się z zamku. Morrisona cechowała większa powściągliwość – powiedział mu, że jest dużym chłopcem, a więc może samodzielnie podejmować ważne decyzje. Malfoy ewidentnie się z tym stwierdzeniem nie zgadzał, ale postanowił przemilczeć sprawę.
To zaś skłoniło Albusa do refleksji. Może faktycznie powinien jeszcze raz wszystko przemyśleć albo przynajmniej urządzić sobie z przyjacielem małą, prywatną pogawędkę – naturalnie, nie w celu zacietrzewienia konfliktu, a żeby wyjaśnić kilka problematycznych kwestii. Z drugiej strony może lepiej będzie nie ryzykować – Malfoy był zapracowany, gdyż zbliżały się egzaminy.
Początek kwietnia zaczął się nudnym, praktycznym testem umiejętności, których uczniowie nauczyli się przez ostatnie cztery lata. Podczas gdy Rose, Mirra i Scorpius przysiedli do książek, Albus swoją edukację zaniedbał. W lenistwie nie był jednak osamotniony. Zaledwie kilka dni przed wycieczką do Hogsmeade zasiadł przy kamiennym stole w ślizgońskim pokoju wspólnym razem z Morrisonem.
– Normalnie uwielbiam, jak nauczyciele powtarzają, że egzaminy są najważniejsze! Z roku na rok są „coraz ważniejsze”, prawda? – marudził przyjaciel. – Nasze pierwsze egzaminy naprawdę musiały być banalne...
– Nauczyciele chcą nas przestraszyć. – Brunet nawet na moment nie przestał kopiować swoich notatek z historii magii. Magii. Scorpius powiedział mu kiedyś, że najlepszym sposobem na efektywną naukę jest przepisywanie informacji z podręczników, ale nie czuł się szczerze przekonany. Nie rozumiał połowy z tego, co skrzętnie notował. – James twierdzi, że testy, które będziemy teraz zdawać, są zupełnie niepodobne do SUMów. Mówi, że są tylko próbą i na spokojnie możemy je zlekceważyć.
– Cóż, to byłoby trochę zawstydzające. – Morrison podrapał się piórem po brodzie. – Oczywiście, nie dla mnie, ale wyobraź sobie oblewającego egzaminy Scorpiusa...
Oboje wybuchnęli śmiechem, ale Albus dyskretnie się obejrzał. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Malfoy stał w pobliżu i się przysłuchiwał rozmowie. W tym, co powiedział przyjaciel, nie było nic szczególnie niewłaściwego, ale podobne zestawienie składowych zdania mogło nieść za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Wszyscy dobrze wiedzieli, że „Scorpius” i „troll” zupełnie się wykluczali.
– Och, skoro wkroczyliśmy na grząski grunt... – Morrison zaaferował się swoim pergaminem. Gdy brunet podążył za nim wzrokiem, zamiast skrupulatnych notatek zobaczył niechlujnie nabazgrane inicjały. – Scorpius wspominał, że...
– Niech zgadnę – przerwał. – Wciąż jest przekonany, że to nie powinienem wybierać się do Hogsmeade.
– Mhm. – Vincent wzruszył ramionami.
– Czyli miałem rację – podsumował i na moment zamilkł. – Problem w tym, że... że zabrnąłem za daleko i po prostu nie mogę się teraz wycofać...
Morrison machnął ręką.
– Wysłuchaj mnie, stary. Nie próbuję namówić cię do odwrotu – oświadczył z przekonaniem. – Chciałem tylko powiedzieć, że... razem ze Scorpiusem po prostu... – wydukał, po czym niespodziewanie przestał mówić. Mimo że nie dokończył myśli, Albus wiedział, co chciał mu przekazać.
– Wszystko będzie dobrze – zapewnił zmartwionego przyjaciela. – Wystarczy, że mi zaufacie. Jutro mam oddać Mirze pelerynę, więc... odwrót stanie się niemożliwy.
Następny dzień nie nadszedł jednak tak szybko, jakby sobie tego życzył. Zaraz po randce w Hogsmeade najlepszym, co może mu się przytrafić, będzie udowodnienie przyjaciołom, że z owego „wielkiego niebezpieczeństwa” wyszedł bez ani jednego zadrapania, cały i zdrowy. Chciał im pokazać, że bezsensownie i bezzasadnie się zamartwiali.
– Zastanawia mnie jedna kwestia. Oddajesz swoją pelerynę Mirze – a co ona z nią zrobi? – zapytał Scorpius następnego dnia przy śniadaniu.
Albus wzruszył ramionami.
– Ciężko powiedzieć. Najprawdopodobniej dopilnuje, aby była daleko ode mnie – stwierdził. – Chciała mieć pewność, że nie posunę się do sztuczki niewidzialności, aby zbiec z zamku. Zupełnie jakbym zawsze tak robił! – dodał pospiesznie, zaniepokojony tą myślą.
Morrison poklepał łyżeczką swój policzek.
– Mam małą zagwozdkę. Czy nauczyciele wiedzą o istnieniu twojego cudownego płaszcza? – zapytał z namysłem. – Bo rozumiesz, jeśli tak, to mogą podejrzewać, że zamierzasz czmychnąć i mieć na ciebie oko.
– Nawet jeżeli, to nie będzie miało większego znaczenia – odpowiedział, mieszając łyżką w misce płatków zbożowych.
Na całe szczęście dalszą rozmowę przerwała im poczta. Wielką Salę wypełniły sowy, krążące nad stołami i zrzucające uczniom listy i paczki.
Scorpius, jakby od niechcenia, wyciągnął dłoń i złapał swojego PROROKA CODZIENNEGO, nie poświęcając mu żadnej uwagi. W tym samym momencie Morrison zauważył coś ciekawego.
– Kurcze, ale ptaszysko!
Kilku ślizgonów spojrzało we wskazanym przez niego kierunku, a nietuzinkowy posłaniec zainteresował również innych uczniów. Oprócz standardowych sów pocztę przyniósł też olbrzymi, kolorowy ptak. Rozpiętość jego skrzydeł była szeroka, a dziób zakrzywiony. Było to jedno z najbardziej egzotycznych zwierząt, jakie Albus kiedykolwiek widział.
– Tukan...? – zapytał podekscytowany Morrison, a Scorpius palnął się dłonią w czoło.
– Albatros, gamoniu – poprawił go. – Dziwne. Nigdy nie słyszałem, żeby te ptaki zajmowały się pocztą...
Cała sala uważnie obserwowała poczynania tajemniczego posłańca. Każdy był ciekawy, komu dostarczy pocztę. Ten przeleciał nad wszystkimi czterema stołami, po czym skierował się do stołu nauczycielskiego. Co ciekawe, nawet pani dyrektor przyglądała się albatrosowi z niemałą ciekawością. Ptak pokrążył trochę blisko profesor Bellinger, która próbowała niedbale odgonić go ręką, po czym zrzucił Blackwood białą kopertę. Wypełniwszy zadanie, wyleciał przez okno.
Nauczycielka, sprawiając wrażenie zdenerwowanej, wzięła list i obejrzała go z obydwu stron; potem omiotła wzrokiem całą komnatę. Jak na zawołanie, wszyscy uczniowie natychmiast wrócili do swoich posiłków, najwyraźniej zaspokojeni. Reszta grona pedagogicznego poszła za ich przykładem. Blackwood wydała z siebie dźwięk, będący najprawdopodobniej westchnieniem ulgi, po czym w końcu otworzyła kopertę.
– Jak myślicie, kim jest nadawca? – wyszeptał Morrison.
– Fairhart używał kruków – odpowiedział równie cicho Albus. – Ten ptak był olbrzymi. Stawiam na Waddleswortha.
– Zupełny brak pomyślunku. – Scorpius upił łyk soku dyniowego. – Profesorowie najprawdopodobniej i tak wiedzą, że Blackwood jest członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek, więc po kiego licha Waddlesworth ryzykuje wysłanie listu?
– Najwyraźniej potrzebował czegoś od niej tak na szybcika – powiedział. – I nie mógł poczekać do następnego zebrania – dodał, wciąż lustrując kobietę czujnym wzrokiem. Jej oczy przesuwały się linijka po linijce, kiedy czytała wolno tekst. Skończywszy, spojrzała wprost na niego.
Dostał dreszczy. Spojrzeniem przewiercała go na wylot i nie przestała nawet po dobrej minucie wzajemnego gapienia. Został przyłapany na gorącym uczynku, a pomimo tego to Blackwood wydawała się nakrytym na łamaniu regulaminu uczniakiem. Usta jej niekontrolowanie drżały, a po policzku spłynęła kropla potu – szczegóły widział nawet z dużej odległości.
Szybko schowała list w swoje szaty i bez żadnego ostrzeżenia wstała od stołu, po czym opuściła Wielką Salę.
– Co jest...? – Morrison zmarszczył brwi.
– Widzieliście...? Sposób, w jaki na mnie spojrzała...? – zapytał Albus. – Tuż po przeczytaniu listu...?
Chłopcy wzruszyli ramionami.
– Nie pierwszy raz źle łypnęła na ślizgona – podsumował Vincent. – Jesteś pewien, że nie gromiła wzrokiem całego naszego stołu?
– Łatwo wtedy o pomyłkę. – Scorpius skinął głową. – Uczy nas od początku roku szkolnego, więc przyzwyczailiśmy się do tych jej paskudnych spojrzeń. Może sobie wyobraziłeś, że nawiązaliście kontakt wzrokowy?
– To możliwe, całkiem możliwe... – odpowiedział słabo, wciąż patrząc na puste miejsce.
Cały poranek rozmyślał nad przyprawiającym o dreszcze spojrzeniem. Gnębiła go ciekawość. Co oznaczało...? Chociaż nie chciał wspominać o tym przyjaciołom, może miało jakiś związek z pierścionkiem Fairharta...? Dotychczas zachowywała się tak, jakby nigdy go nie otrzymała. Gdyby Albus nie był przekonany, że oddał sygnet, uznałby, że nigdy go nie otrzymał.
Wkrótce musiał odłożyć na bok zadręczające myśli, gdyż nadszedł czas na spotkanie z Mirrą. Po lunchu spotkali się w miejscu ustalonym na poprzedniej lekcji – w kąciku na piątym piętrze.
– Masz...? – zapytała cicho, rozglądając się wokół.
– No mam, mam. – Pogrzebał w torbie. – Czy teraz, gdy ją przekazuję, skończysz z tym całym „wykradaniem się do wioski"? To twój dowód, prawda?
– Absolutnie. – Uśmiechnęła się lekko.
Albus obejrzał się przez ramię, po czym wyciągnął pelerynę niewidkę i wcisnął ją dziewczynie w ręce. Ta natychmiast schowała płaszcz.
– Zwrócę po wycieczce – zapewniła.
– Umowa stoi. – Uśmiechnął się, a następnie odwrócił na pięcie i odszedł. Po drodze starał się nie wzbudzać żadnych podejrzeń.
Im intensywniej myślał o randce, tym czas mu się dłużył. W pewnym momencie odniósł wrażenie, że wybuchnie mu głowa, zanim w ogóle do czegokolwiek dojdzie. Gdy w końcu nadszedł wielki dzień, paradoksalnie, żałował, że nie miał więcej czasu na przygotowania.
– Zbyt proste? Za bardzo zwyczajne? – zapytał przyjaciół i obrócił się wokół własnej osi, prezentując każdy aspekt stroju. Wcale nie wyglądał dziewczęco, robiąc niemal piruet.
– Nie będę cię okłamywał stary. Czuję się z tym naprawdę niekomfortowo. – Morrison zapadł się w fotelu.
– Potrzebuję opinii, chłopaki! – jęknął, zdesperowany.
– Wyglądasz dobrze – podsumował zdecydowanym tonem Scorpius. – Skończ się stresować i popraw włosy.
Albus z namaszczeniem dotknął czarnej czupryny.
– Coś nie w porządku? – zapytał. – Pracowałem nad fryzurą ponad godzinę!
– No właśnie! – Morrison sięgnął do przodu i zniweczył wszystkie jego wysiłki.
– Hej, naprawdę się starałem! – Chociaż próbował, nie potrafił przeciwdziałać destrukcyjnej sile rąk przyjaciela.
– Patrzysz na to z niewłaściwej strony, stary. – Vincent był cierpliwy. – Powinieneś wyglądać, jakbyś na ostatnią chwilę przypomniał sobie o randce i na minutę przed wyjściem założył koszulę.
Albus westchnął cierpiętniczo.
– To bez sensu, bo przecież Mirra wie, że zależy mi na randce – odpowiedział z irytacją i poprawił koszulę.
– Cóż, wciąż musisz odgrywać swoją rolę. Nie powinieneś dawać jej do zrozumienia, że wiesz, że ona wie!
Albus uniósł ręce w obronnym geście, po czym odwrócił się tyłem do przyjaciół. W przeciwieństwie do ostatniej wycieczki do Hogsmeade teraz szedł na całość. Wyciągnął z szafy najlepszą koszulę oraz dołożył starań, aby jego spodnie wyglądały na luźne – oczywiście, w granicach rozsądku, by podczas spaceru nie musiał ich poprawiać. Spędził też niesamowicie dużo czasu, próbując ujarzmić słynne rozczochrane potterowskie włosy. Chociaż prezentował się przyzwoicie, to nie wyglądem najbardziej się przejmował.
– O czym powinniśmy rozmawiać...? – jęczał i stękał. – Macie jakieś konkretne tematy w głowach...?
– Naprawdę, o czymkolwiek. To nieistotne. – Scorpius machnął lekceważąco dłonią. – Nie jesteście sobie obcy, stary. Całowaliście się, więc masz pewność, że Mirra cię lubi. Tę najtrudniejszą, zapoznawczą część dawno zaliczyłeś. Wystarczy, że będziesz sobą...
– Czekaj, czekaj. Wszystko ma swoje granice – wtrącił się Morrison. – Nie bądź zupełnie sobą, bo czasem jesteś niezłym matołkiem...
– Och, racja. Bądź sobą tylko w połowie, stary. W drugiej zaś kimś... kto nie jest głuptakiem...
Albus skomentował to dopiero, gdy znaleźli się przy stole Slytherinu.
– W porządku. Czyli nie będę za bardzo pokazywał, że mi zależy oraz nie będę nikogo udawał. – Zliczał rady na palcach dłoni. – To tylko dwie rzeczy, więc powinniście wykombinować jeszcze trzecią...
Scorpius skinął głową.
– Ważna jest lokalizacja. Gdzie się spotkacie?
– Och, tradycyjnie w Trzech Miotłach – odpowiedział, a przyjaciele westchnęli. – Co wam znowu nie pasuje?
– Pub jest zbyt oklepanym miejscem. Zabierz Mirrę do pani Puddifoot – argumentował Malfoy.
– To w Hogsmeade...? – zapytał z niedowierzaniem.
Morrison wytrzeszczył oczy.
– Nie masz żadnego planu randki?
Albus przyjrzał się swojej nietkniętej misce owsianki.
– Nieszczególnie – wymruczał i wbił wzrok w nietkniętą miskę owsianki, podczas gdy przyjaciele potrząsnęli z dezaprobatą głowami.
– Serio, stary? Każdy facet powinien wcześniej się przygotować. Też sporządziłem koncept, gdy miałem próbować z Rose – powiedział Scorpius.
– To coś zupełnie innego. Nie mam najmniejszego zamiaru czegokolwiek sabotować, czy kogoś oszukiwać...
Ostatecznie resztę śniadania spędzili na wymyślaniu odpowiednich miejscówek i szukaniu pomysłów spędzenia czasu wolnego. Potem Albus dwukrotnie zmienił koszulę, aż w końcu Morrison siłą odciągnął go od szafy.
Naprawdę nie wiedział, dlaczego jest zdenerwowany. Jakby nie spojrzeć, Malfoy miał absolutną rację – ten najtrudniejszy sprawdzian już przeszedł.
Gdy nadszedł czas wycieczki, Neville przystąpił do kontroli zezwoleń. Ślizgon kątem oka zauważył, że mężczyzna rzuca mu (w jego mniemaniu) ukradkowe spojrzenie, a więc był pilnowany przez większą ilość osób, niż z początku przypuszczał. Ściślejsza obserwacja nie przeszkodziła mu jednak w dalszym obgadywaniu planów.
– Gdzie będziecie?
– Ciężko powiedzieć, średnio się zastanawiałem. – Morrison wzruszył ramionami.
– Chciałbym zatrzymać się u Scrivenshafta, potrzebuję atramentu – dodał Scorpius. – Spokojnie, nie będziemy twoim cieniem...
– Miałem na myśli coś zupełnie innego. – Zmarszczył brwi, gdyż Neville wciąż rzucał mu badawcze spojrzenia. – Muszę spadać, pogadamy później...
– Tak, do zobaczenia...
– Powodzenia, stary – szepnął na odchodne Vincent.
Albus uniósł dwa kciuki w górę, a potem odwrócił się na pięcie i, powłócząc nogami, wymaszerował z Wielkiej Sali. Kiedy tylko znalazł się poza zasięgiem wzroku wścibskich nauczycieli, natychmiast pobiegł na trzecie piętro.
Miał wielką nadzieję, że teren będzie czysty. Nie powinien nikogo spotkać, bo przecież wszyscy wybierali się do Hogsmeade. Trochę odprężony, postanowił chwilę pooglądać posąg. W gruncie rzeczy cieszył się z podejmowanego ryzyka. Pomyślał o tych wszystkich historiach, które opowiadał mu przy herbatce Hagrid – o szkolnych zasadach złamanych przez słynnego Harry’ego Pottera. Nie każdy wykazałby się odwagą, aby zbiec z zamku, korzystając z tajnego przejścia. Może przynajmniej na tym polu prześcignie swojego ojca.
Stuknął różdżką w posąg.
– Dissendium. – Szczerze powiedziawszy, rozkoszował się podekscytowaniem. Wiedźma przesunęła się, odsłaniając ciemny, wąski korytarz, który widział już wcześniej. Miał właśnie zrobić krok naprzód, gdy wstrzymał go chłopięcy głos.
– Albusie...?
Obrócił się tak szybko, że niemal się przewrócił. Przez chwilę nie wiedział, kto mu przeszkodził, a potem spojrzał w dół.
– Hugo! – krzyknął zdecydowanie zbyt głośno. – Co ty...? Dlaczego nie jesteś w drodze do Hogsmeade? – zażądał.
Weasley zamrugał.
– Uczniowie drugiego roku nie mają pozwolenia od wizyty w wiosce – odpowiedział, wyraźnie zdezorientowany. – Myślałem, że skoro zostajesz w zamku, to spędzimy razem nieco czasu. Co kombinujesz? – zapytał, wskazując głową na ciemny korytarz, który ślizgon desperacko próbował zakryć.
– Nic takiego, naprawdę. – Podrapał się po głowie.
– Nie wygląda. – Hugo wyciągnął rękę i palcem wskazał przejście. – Ewidentnie coś kombinujesz.
Albus obejrzał się przez ramię, wciąż rżnąc rasowego głupka.
– Och, mówisz o tym korytarzu. Obiecaj, że zachowasz to w sekrecie... Na końcu jest łazienka – wytłumaczył, próbując wybrnąć z sytuacji. Czemu wszystkie jego plany zawsze szlag trafia...?
Chłopiec nie sprawiał wrażenia przekonanego.
– Czyli... mogę sobie skorzystać? – zapytał.
Ślizgon drgnął. W głosie kuzyna odkrył coś, co wytrąciło go z równowagi. Czy właśnie został skontrowany sarkastyczną nutą?
Pokręcił przecząco głową.
– Łazienka jest nawiedzona – dodał słabo.
– Hogwart jest zamieszkały przez duchy. W praktycznie każdym pomieszczeniu można któregoś spotkać – powiedział logicznie Weasley. – Czy to ukryte przejście do Hogsmeade? – wypalił z prędkością światła.
Albus został znokautowany. Dlaczego spośród wszystkich osób, akurat dzisiaj musiał trafić na małego geniusza? Och, czemu dał się nakryć akurat młodszemu bratu Rose? Czy naprawdę był śledzony aż od wyjścia z Wielkiej Sali? Wtem przypomniał sobie wakacyjną rozmowę z kuzynką. Rose mówiła, że Hugo zwraca na niego szczególną uwagę...
Automatycznie zaczął się pocić. Och, z pewnością był obserwowany. Aby zwycięsko wybrnąć z tarapatów, postanowił spróbować zupełnie innej taktyki. Uśmiechnął się szeroko, w głębi duszy wiedząc, że to, co planował, było złe, niemniej jednak nie miał wyboru. Liczył się czas, więc objął młodszego chłopca ramieniem.
– W porządku, przyłapałeś mnie. – Ściszył bezczelnie głos. – Właściwie to... wykradam się do Hogsmeade – wyjaśnił konspiracyjnym tonem.
Gryfon wytrzeszczył oczy.
– Masz zakaz – syknął. – James powiedział, że...
– Rozumiem, że rodzice cofnęli mi pozwolenie, ale szybko wrócę do zamku – przerwał mu spokojnie. – Z całą pewnością wiesz, że lubię Mirrę, prawda?
– Mniej więcej...
– W końcu umówiłem się na randkę. Najprawdopodobniej to moja jedyna szansa – kontynuował Albus. – Nie chciałbyś, chyba, żeby coś się między nami popsuło, prawda?
Hugo spuścił wzrok.
– No przecież...
– Szybko wrócę do zamku – zapewnił ponownie. – Mam nadzieję, że... nie zamierzasz na mnie donieść... – powiedział, ważąc słowa w ten sposób, aby zabrzmiały jak największa zdrada.
– Ja... – wyjąkał chłopiec, rzucając mu zdruzgotane spojrzenie. – Oczywiście, że nie... – dodał.
Ślizgon odetchnął cicho z ulgą i z czułością potarmosił rudą czuprynę kuzyna.
– Niedługo wrócę – powiedział. – I może jutro polatamy sobie razem na miotle – dodał, tłamsząc poczucie winy.
Hugo obdarzył go nieco skrzywionym uśmiechem, po czym odszedł. Albus dopiero wtedy otarł mokrawe czoło i ruszył szybkim krokiem w głąb ciemnego korytarza. W drodze nie obejrzał się ani razu.
Otoczyła go ciemność i pożałował, że wcześniej nie przebadał tunelu. Skąd miał wiedzieć, że nie prowadzi do jakiegoś ślepego zaułka? Albo, że tylko Blackwood posiadała przepustkę?
Chcąc w miarę dobrze widzieć, zaklęciem zapalił czubek różdżki. Nie miał najmniejszego zamiaru potknąć się o własne stopy i wylądować na brudnej podłodze. Przejście było złowróżbne nawet w tych ciemnościach i wydawało się nie mieć końca, więc był bardzo zadowolony, że los nie komplikował mu sprawy i postawił przed nim prostą ścieżkę, bez żadnych rozwidleń po bokach. Spiesząc na randkę, zdecydowanie wolałby nie zabłądzić. Ciężko stwierdzić, ile czasu wędrował, ale w końcu zaczęły go boleć nogi. Przez moment zastanowił się nawet, czy aby nie powinien zawrócić.
Motywowała go myśl o czekającej nań w Hogsmeade Mirze. Naprzód pchało go skrupulatne, czteroletnie planowanie. Jakby nie patrzeć, w życiu bywał w gorszych miejscach, niż zakurzony, stary tunel. Cóż, przynajmniej przejścia nie wypełniała śmiercionośna mgła. Schylił głowę, aby nie nadwyrężać specjalnie mięśni, a różdżkę trzymał wysoko w powietrzu. Promienie światła ukazywały mu tylko i wyłącznie długi tunel...
I w końcu dotarł do końca. W górę pięło się coś, co wyglądało na kruszące się, kamienne schody. Policzki Albusa zaczerwieniły się z podniecenia. Wszedł na nie, po czym przerwał Lumos. Gdy otoczyła go nieprzenikniona ciemność, przyłożył ręce do sufitu i pchnął.
Wyjściem okazała się klapa.
Otworzył wieko i rzucił okiem na miejsce, w którym się znalazł. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zrozumiał, że wyszedł w Miodowym Królestwie. W momencie, gdy podniósł klapę, do jego nosa dobiegł cudowny zapach słodyczy i przewspaniałej czekolady. Niewiarygodne. Pociągnął nosem i dokładniej się rozejrzał. Najprawdopodobniej był w magazynie, bo otaczały go drewniane regały i kartonowe pudełka, wszystkie odpowiednio zabezpieczone i oznakowane. W kącie pokoju dostrzegł rozklekotane schody, na których widok serce mu zamarło. Na stopniach pojawiły się czyjeś stopy.
Ktoś nadchodził, więc Albus pospiesznie schylił głowę i obniżył klapę, zostawiając sobie tylko małą szczelinę, dzięki czemu nic mu nie umknęło.
– Posortuj fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta według koloru, Ray – powiedział nieznajomy rozdrażnionym, piskliwym głosem. – Upewnij się, że lizaki befsztykowe rzeczywiście smakują jak krew, Ray. Muszę wiedzieć, czy te kwachy naprawdę wypalają dziurę w języku, Ray!
– Ray! – krzyknął z góry inny, bardziej szorstki głos. – Weź czekoladę i natychmiast tu przyjdź! Klienci czekają!
Mężczyzna wydał z siebie potężne westchnienie i podniósł jedno z pudełek w pobliżu ukrytego ślizgona.
– Idę, panie Flume! – odkrzyknął normalnym tonem. Wchodząc z powrotem po schodach, wrócił do piskliwego. – Wbij sobie te miecze w głowę, Ray. Chciałbym się trochę pośmiać...
Albus poczekał, aż pracownik Miodowego Królestwa zniknie ze schodów, po czym wyszedł ze swojej kryjówki. Żałował, że nie ma przy sobie peleryny niewidki, ale wiedział, że oddanie jej Mirze było koniecznością. Najciszej jak tylko potrafił, zaczął się skradać po chwiejnych schodach, zaskoczony tym, jak mało hałasu powodował – najwidoczniej szpiegostwo ma we krwi.
Ray, którego dopiero teraz zobaczył w pełnej okazałości, stał odwrócony do niego plecami. Lada biegła pośrodku sklepu, tak więc nie było nic podejrzanego w tym, że stał z tyłu. Mężczyzna wkładał pieniądze do magicznej, automatycznej kasy i co jakiś czas chował do swojej kieszeni sykla lub dwa. Chłopiec przeszedł bok, wciąż starając się nie robić większego hałasu, a potem, gdy Ray się odwrócił w stronę zaplecza, przeskoczył przez ladę i znalazł się po stronie innych kupujących.
Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnął głośnym śmiechem. Sprzedawca natychmiast się zainteresował.
– W czym mogę panu pomóc?
– W niczym, dziękuję – odpowiedział grzecznie Albus, a potem ruszył przed siebie.
Aż nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Nie dość, że spacerował po zatłoczonych uliczkach zakazanej dziś wioski, to jeszcze pędził na randkę z Mirrą. Wyszedłszy w Miodowym Królestwie, osiągnął wielki sukces. Euforia przyćmiła wszystko inne. Natarczywe myśli o Hugonie, renegatach czy Blackwood natychmiast zniknęły, zastąpione marzeniami i pragnieniami.
Idąc uliczkami, miał oko na stróżujących profesorów – wiedział, że podczas szkolnych wycieczek mieli skłonność do obserwacji uczniów z dystansu. Co dziwne, nie wypatrzył nikogo znajomego wśród mijających go dorosłych czarodziejów. Nigdzie nie dostrzegał nawet Hagrida, który z pewnością nie przegapiłby wypadu z zamku. Wszyscy żyli w przekonaniu, że siedzi na tyłku w szkole, a więc Teddy z pewnością nie został wysłany na przeszpiegi.
Chłonął piękną pogodę niczym gąbka. Krótka przechadzka uświadomiła mu, że tym razem nie otrzymywał przykrych spojrzeń od przechodniów i sklepikarzy. Nikt nie wydawał się przerażony jego widokiem, a mieszkańcy Hogsmeade zadowalali się pełną ignorancją. Kilku przedsiębiorców wyszło nawet przed szereg i spróbowało mu coś sprzedać. Albus cieszył się przyjemną atmosferą, jednakże spieszno mu było do zobaczenia Mirry. Poddawszy się pokusie, skręcił w uliczkę prowadzącą do Trzech Mioteł.
Po drodze minął kilku znajomych uczniów, którzy nie zwracali na niego żadnej uwagi. W pewnym momencie napotkał jednak mały problem – z jednej z alejek wynurzył się James, niemal zwaliwszy go z nóg. Na całe szczęście był tak zaaferowany swoją rozchichotaną dziewczyną, że nie rozglądał się wokół. Resztę drogi przebył bez problemów.
Mirra czekała przed wejściem do Trzech Mioteł. Wyglądała (naprawdę nie znalazł lepszego określenia) przepięknie. Miała na sobie ładną, zwiewną białą sukienkę, wspaniale się komponującą z jej czarnymi włosami i jasną karnacją, która wydawała się promieniować w świetle słonecznym. Gdy go dostrzegła, poskoczyła w miejscu i pomachała entuzjastycznie. Kiedy odmachał, zauważył, że miała towarzystwo.
Hornsbrook...
Zmarszczył brwi, nieco zdezorientowany. Przeszło mu natychmiast, gdy został przytulony.
– Co on tutaj robi...?
Albus zamrugał, zaskoczony. To z Eckleyem zawsze się kłócił, nie z nim...
– Donny! – syknęła dziewczyna. – Mówiłam ci, że jestem z kimś umówiona.
– Nie powinien być w wiosce – warknął gryfon.
– Ciebie też miło widzieć, stary – odparował sarkastycznie. Nie rozumiał, w czym tkwi problem.
Mirra otworzyła usta, żeby przerwać tę dziecinadę, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, Hornsbrook zostawił ich bez żadnego słowa wyjaśnienia.
– Czemu się czepia? – zapytał brunet.
– Zaproponował, że poczeka ze mną. Charlie i Rose są w Dervishu i Bangesie, więc Donny pewnie do nich dołączy – odpowiedziała Mirra. – Nie wiem, czemu stał się opryskliwy...
Albus wzruszył ramionami.
– No cóż. – Uśmiechnął się z wdziękiem. – Czy możemy rozpocząć naszą randkę? – zapytał, naśladując głos księcia pomagającego wysiąść księżniczce z powozu. Wykonał nawet ten specyficzny gest ręką.
– Tak, chodźmy – powiedziała dziewczyna, wachlując się listonoszką[1].
Ruszyli wzdłuż ulicy, a ślizgon jeszcze nigdy nie był równie mocno podekscytowany zwyczajnym spacerem.
– Gdzie na początek? – zapytał.
– Gdziekolwiek chcesz.
– Gdy tutaj szedłem, widziałem dobrą lodziarnię. O tam...
Spośród wszystkich dzisiejszych niespodzianek – przyłapania przez Hugona, łatwości wślizgnięcia się do Hogsmeade i nagłą bezdusznością Hornsbrooka – zdecydowanie największą była płynność rozmowy z Mirrą. Był tak zdenerwowany randką, że niemal zapomniał, że przecież są dobrymi przyjaciółmi. Presja malała z każdym wypowiedzianym zdaniem, aż w końcu przestał się czuć nieswojo.
Ich rozmowa dotyczyła ulubionych dań i przekąsek, zwierząt, a nawet quidditcha. Zanim dotarli do stoiska z lodami, Albus całkowicie się rozluźnił.
– Znam zasady gry, ale nie rozumiem, dlaczego to taka wielka sprawa – wytłumaczyła. – Wszystko sprowadza się do tego, czyj szukający jest lepszy...
– Nieprawda! – zaprotestował. – Mówisz tak tylko dlatego, że najczęściej widzisz, jak zwyciężam!
– Nie, jestem całkowicie poważna! – Uśmiechnęła się szeroko. – Jeszcze nie spotkałam podobnej gry sportowej z tak wielkimi różnicami w punktacjach...
Potrząsnął przecząco głową.
– Nie to jest najważniejsze. Każdy gracz wnosi do drużyny pewien potencjał. Jeżeli mecz zdominują ścigający, szukający przeciwnika nie będzie nawet chciał wypatrywać znicza. Nawet jeżeli się zaangażuje, dobry pałkarz mu przeszkodzi. Zależności pozycyjne są bardzo dobrze zrównoważone. To nie moja wina, że łapię znicza, zanim zorientujesz się w sytuacji w powietrzu – zaśmiał się serdecznie.
– Och, w następnym meczu możesz nie mieć tyle szczęścia. – Uśmiechnęła się zawadiacko Mirra. – James z pewnością będzie szukał zemsty po zeszłym roku.
Ponownie wzruszył ramionami, patrząc na sprzedawcę lodów.
– Cztery sykle – powiedział starszy, zrzędliwie wyglądający człowiek, stojący pod prowizoryczną lodziarnią.
Mirra sięgnęła do swojej listonoszki, ale Albus był szybszy. Ach, ten refleks nabyty dzięki quidditchowi.
– Nie zapłacisz za mnie – powiedziała wyzywającym tonem.
– Oczywiście, że zapłacę – odparł i spojrzał wyczekująco na starszego czarodzieja, który trzymał pieniądze w dłoni i nie wiedział, czy powinien przyjąć monety od damy. – Randkę sponsoruje mężczyzna.
– Nieprawda!
– Wręcz przeciwnie. Proszę? – zapytał poważnie.
Mirra westchnęła i uniosła dłonie do góry.
– W porządku. – Uśmiechnęła się dziewczyna, a sprzedawca natychmiast schował sykle do kasetki.
Sprzeczka dała im następny temat do rozmowy – ulubione smaki. Albus absolutnie nie mógł pogodzić się ze stwierdzeniami, przy których obstawała ukochana.
– Nie ma nic złego w zwykłych waniliowych – powiedziała, z zadowoleniem liżąc białą gałkę.
– Oczywiście, oprócz tego, że są zwyczajne... – argumentował.
– Och, najmocniej przepraszam, że lubię jeść dobre rzeczy i jednocześnie dbać o zęby – stwierdziła, sugestywnym wzrokiem patrząc na jego wafelek – zamówił owocową gałkę z masą słodkości, pokruszonych orzeszków i sosem czekoladowym.
– Masz coś do moich zębów? – zapytał, przyciskając dłoń do serca.
– To nie był komplement – zachichotała.
Gdy skończyli jeść, Albus zdał sobie sprawę, że jego dłonie straciły zajęcie. Mimowolnie zaciskał je w pięści i rozluźniał w oczekiwaniu, a kiedy Mirra była w połowie zdania, przystąpił do akcji. Złapał dziewczynę za rękę, a w duchu gorliwie modlił się, żeby nie zrobiła kroku z bok.
Niepotrzebnie się martwił, gdyż tylko obdarzyła go uśmiechem, po czym splątała ich palce razem. Wszystko szło wspaniale. Gdy uświadomił sobie, że po raz pierwszy paradował publicznie z dziewczyną, gwałtownie się zarumienił. Był też wdzięczny, że jego ruch nie został w żaden sposób skomentowany.
– Gdzie teraz? Może do Wrzeszczącej Chaty? – zasugerowała.
– Gdziekolwiek zechcesz – odpowiedział szarmancko. To był najlepszy dzień jego życia, nawet pomimo korytarzowej wpadki z Hugonem.
– Szczerze powiedziawszy, byłam bardzo zdziwiona, że rzeczywiście tu przyszedłeś – zagaiła, kiedy skręcili w boczną uliczkę, prowadzącą do najbardziej nawiedzonego domu w Wielkiej Brytanii.
– Niby czemu? – Albus uniósł wysoko brwi.
Mirra wzruszyła ramionami, mocniej ściskając jego dłoń.
– Nawet kiedy zaprzeczyłeś, byłam przekonana, że masz zakaz opuszczania zamku – powiedziała z namysłem. – Myślałem, że... zostaniesz przyłapany, gdy będziesz się wymykał bez peleryny niewidki, albo coś podobnego...
– Ale jestem tutaj, prawda? Gdzie tak właściwie zostawiłaś mój płaszcz...?
Dziewczyna wolną ręką poklepała listonoszkę.
– Nie zostawiłabym jej w szkole. Wzięłam, jakbyś potrzebował nagle zniknąć. – Uśmiechnęła się z przekorą. – To zabezpieczenie, na wypadek gdybyś jednak się wymknął.
Akurat dotarli do ogrodzenia Wrzeszczącej Chaty – miejsca dalekiego od romantycznej scenerii, ale pasującego do poważnego charakteru rozmowy. Nie potrafił wytłumaczyć tej sprzeczności.
Odwrócił się do Mirry.
– Nigdzie się nie wybieram – oświadczył stanowczo. – Nawet jeżeli bym się tu zakradł... niczego nie żałowałbym, bo było warto.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem i znacząco się zbliżyła. Albus mimowolnie zarejestrował, że ludzie wokół jakby wyparowali – oprócz nich, w okolicy Wrzeszczącej Chaty, nie było żywej duszy. Zauważył też, że przez ostatnie lata znacznie urósł, gdyż Mirra sięgała mu do połowy twarzy, a wcześniej byli tego samego wzrostu. Jakim cudem przeoczył takie drobnostki?
– Od czasu spotkania nad jeziorem ani razu się nie pocałowaliśmy... – wyszeptała, a ślizgonowi automatycznie spociły się dłonie. Co takiego powiedział James w zeszłym roku na temat sytuacji, w których dziewczyna przejmuje inicjatywę...? Dwie rzeczy, prawda? Że to zawsze zwiastuje nadchodzące kłopoty oraz że warto zaryzykować...? – Chciałabym znów spróbować – dodała po chwili milczenia.
– Ja również – powiedział, podchodząc bliżej.
– Myślisz, że damy radę rozwiązać ten dylemat...? – zapytała kokieteryjnie, wciąż patrząc mu prosto w oczy.
– Możemy... spróbować. – Uśmiechnął się Albus.
Mirra się roześmiała i zarzuciła mu ręce na szyję. Wiedząc, co zaraz nastąpi, uniósł dłonią jej podbródek. Gdy ostatnim razem się całowali, byli zaledwie przyjaciółmi. Teraz czas na pocałunek prawdziwej miłości. Wreszcie. Kiedy ich usta dzieliły dosłownie minimetry, ktoś krzyknął. Był to przeraźliwy, wysoki wrzask, najprawdopodobniej dobiegający z wnętrza nawiedzonego domu, nie inaczej. Wrzeszcząca Chata nie bez przyczyny zyskała swój sławny przydomek.
– Co to było...? – Dziewczyna się odsunęła i rozejrzała z wypisanym na twarzy zaniepokojeniem.
– Nie wiem. – Stłumiwszy próby zlokalizowania źródła dźwięku, ponownie przysunął się bliżej ukochanej.
I wtedy rozległ się następny krzyk, tym razem o wiele głośniejszy; po nim zaś zaczęli wrzeszczeć mężczyźni, najpewniej sklepikarze. Wtem nastąpił potężny huk, który poniósł się echem po okolicy.
– Co się dzieje? – wystraszyła się Mirra i właśnie w tym momencie zobaczyli, że niedaleko nich, w powietrzu, wysoko nad sklepami, unosiło się ciało młodego mężczyzny; wirował w niekontrolowany sposób.
Rozległy się kolejne przerażające krzyki. W ich kierunku biegli ludzie: mężczyźni, kobiety i dzieci, zupełnie nie patrząc pod nogi.
– Śmierciożercy! – wrzeszczał bliżej niezidentyfikowany mężczyzna. – Śmierciożercy atakują Hogsmeade!
– Kim są Śmie...? – zaczęła Mirra, ale nie skończyła, bowiem przerwał jej błysk światła, błysk ulicznej walki.
Albus słyszał niegdyś ten termin i wiedział jedno – groziło im ogromne niebezpieczeństwo. Nie mieli nawet czasu do namysłu, bo zaraz ich oczom ukazało się prawdziwe źródło zamieszania. Biegnący w ich kierunku tłum był goniony przez kilka postaci w czarnych płaszczach. Napastnicy szli przed siebie pewnym krokiem, śmiejąc się i szydząc z uciekinierów. Machali też różdżkami, wysyłając w powietrze coraz to więcej ludzi...
– Zarzuć na siebie pelerynę! – krzyknął Albus, obracając się w miejscu.
– Albusie... – Mirra, wyglądając na całkowicie przerażoną, puściła jego dłonie.
– Natychmiast, zarzucaj!
Gryfonka szybko sięgnęła do torby i po chwili zniknęła, a o jej obecności świadczył tylko głośny oddech.
– Weź mnie za rękę – powiedział stanowczo, a dziewczyna od razu go złapała. – I nie puszczaj – dodał, wyznaczając kierunek.
– Albusie, wchodzisz w tłum!
– Nie widzisz? Zapędzają wszystkich w kozi róg! – argumentował. – Musimy się przedrzeć!
Mirra trzymała go mocno, gdy manewrowali pomiędzy krzyczącymi ludźmi. Po drodze ślizgon zarejestrował, że czarne szaty napastników wyglądają identycznie, jak te z zeszłego roku z Departamentu Tajemnic, a jedyną różnicą w wyglądzie napastników były dziwaczne, czerwone maski, element mający na celu ukrycie prawdziwej tożsamości.
– Nie puszczaj! – powtórzył, kiedy dotarli do ostatniego rzędu ludzi. Odciągnął dziewczynę na bok i zaczął się kierować ku jednej z alejek. Zamaskowani czarodzieje mijali ich, zbyt zaabsorbowani sianiem ogólnego spustoszenia, żeby w ogóle zauważyć przebiegającego ucznia. Szybko opuścili to przejście i skręcili w inne. Chłopiec z wielką ulgą zarejestrował błyski czerwonego światła, a nie zielonego; trafieni zaklęciem ludzi padali raz na prawo, raz na lewo.
– Musimy znaleźć Rose i Cha...
– Musimy znaleźć Morrisona i Sco...
Oboje zatrzymali się w połowie zdania. Gryfonka zrzuciła z siebie pelerynę i ukazała spanikowane oblicze. Albus się spiął – mieli różne priorytety, a on szczególnie zawinił, bo przecież Rose była jego kuzynką. Z drugiej jednak strony wiedział, że dziewczyna jest bardziej uzdolniona od Morrisona, który w ataku zazwyczaj opierał się na sile fizycznej; w ostatecznym rozrachunku najprawdopodobniej będzie potrzebował pomocy.
– Przepraszam – odpowiedziała roztrzęsiona Mirra. – Znajdź swoich przyjaciół, a my... wrócimy do zamku.
– Nie opuszczaj mojego boku – poprosił, ciągnąc ją w kierunku źródła krzyków. Szli razem do miejsca, w którym ulica się rozwidlała.
– Nie mogę. – Potrząsnęła głową i zwróciła mu płaszcz. – Muszę znaleźć...
– Zostaw sobie pelerynę. Znajdź Rose, Eckl.. Charliego i jego przygłupiego przyjaciela, a potem pędźcie do szkoły!
– Jest ci potrzebna!
– Tobie też! – warknął, odpychając od siebie płaszcz.
– Oni ścigają ciebie! – powiedziała z naciskiem, a Albus zamarł. Czy to prawda...? Przecież ścigali go renegaci z polecenia Waddleswortha, a nie szumowiny pod dowództwem Aresa. Co wyprawiali najeźdźcy? Czy również pragnęli jego zguby?
– Nie, to zupełnie inna grupa... – wyjąkał, zdezorientowany; na szczęście otrzeźwienie przyszło natychmiast. – Powiedziałem, żebyś zatrzymała pelerynę!
– Albusie...
– BIERZ TĘ CHOLERNĄ PELERYNĘ! – ryknął, podczas gdy sklep za nimi eksplodował. Z budynku wybiegł starszy mężczyzna, którego zaczęło ścigać dwóch zamaskowanych mężczyzn. Okolicę wypełnił szary dym.
Dziewczyna spojrzała na niego przerażona i zarzuciła na siebie płaszcz. Zanim zdążył się pożegnać, puściła jego rękę i zniknęła na dobre. Albus nie miał zielonego pojęcia, w którym rzuciła się kierunku. Ludzie biegali wokół, potrącając innych i krzycząc wniebogłosy. W obliczu zamieszania zostało mu tylko mieć nadzieję, że bez większych problemów odnajdzie Rose i razem wyjdą z tego bez szwanku...
W ciągu kilku sekund zorientował się w sytuacji. Hogsmeade zostało zaatakowane przez ludzi Aresa. Gdzie podziali się nauczyciele? Gdzie byli Hagrid, Neville i Bellinger? Co z resztą? Flitwickiem i Handitem? Nikt nie walczył z napastnikami, bo wioskę opanowała panika.
Uniósł różdżkę i wycelował w najbliższego nieprzyjaciela.
– Drętwota! – zawołał i mężczyzna runął na ziemię. Biegł prosto przed siebie, mijając rozgorączkowanych ludzi i, napotkawszy dwóch wrogów, ścisnął mocniej różdżkę z zamiarem podjęcia mało inteligentnej próby obezwładnienia ich naraz.
Zanim jednak cokolwiek zrobił, z tłumu wystrzelone zostały dwa niebieskie promienie, które w okamgnieniu powaliły zamaskowane postacie, sprawiając im przy tym trochę bólu. Spanikowani mieszkańcy Hogsmeade zaczęli się dziko rozglądać, chcąc odszukać odpowiedzialnego czarodzieja, a Albus poszedł za ich przykładem. Wtedy też trzecia, do tej pory niezauważona postać, złapała go i przewróciła na ziemię.
Uniósł różdżkę i przygotował się do walki. W przeciągu ułamka sekundy znalazł się jednak w zaułku – zamaskowany mężczyzna jako pierwszy wyprowadził atak. Chwycił go raz jeszcze i całkowicie wypchnął z głównej ulicy. Nie mając szansy zareagować, chłopiec uderzył plecami w pojemnik na śmieci. Zabolało. Kiedy w miarę oprzytomniał, ponownie uniósł różdżkę, podczas gdy napastnik podchodził do niego powolnym krokiem.
– Drę... – zaczął, ale przerwał w momencie, w którym nieprzyjaciel odsłonił swoją twarz. Albus przeżył prawdziwy szok, ale podziękował w duchu niebiosom, że oczy mu nie wypadły i nie potoczyły się po ziemi.
– Cisza! – Lucjusz Malfoy wepchnął go jeszcze bardziej w cień zaułka. Wyglądał starzej niż wtedy, kiedy widzieli się po raz ostatni. Jego włosy, będące niegdyś złote, były teraz całkowite białe, a skóra przybrała ziemisty kolor. Pod zapadniętymi oczami miał czarne worki. Bardzo przypominał mu Harry’ego Pottera...
– Gdzie jest Scorpius? – zapytał mężczyzna, okrążając chłopca.
– Właśnie go szukałem. Co pan tutaj robi?
– Nie czas na wyjaśnienia. – Malfoy obejrzał się przez ramię. Na ulicy wciąż panował istny chaos. – Znajdź Scorpiusa.
– Powiedziałem panu, że próbuję. Morrisona też... – urwał, uderzony w policzek. Co zadziwiające, naprawdę zabolało.
– Nie dbam o twoich przyjaciół. Interesuje mnie tylko wnuk. – Lucjusz był nieugięty. – Scorpius ma być twoim priorytetem. Obaj musicie opuścić Hogsmeade.
– Co tu się dzieje? – zapytał, przyciskając dłoń do piekącego policzka.
– Ares zaatakował Hogsmeade. Usadowił się na peryferiach wioski, a nam pozwala na szaleństwo.
– „Nam”...?
– Musisz zwracać większą uwagę na otoczenie – warknął Malfoy. – Na Hogsmeade zostało nałożone bardzo potężne zaklęcie antyaportacyjne, więc pomoc z Ministerstwa nie przybędzie za szybko.
– Gdzie są nauczyciele? – zapytał gorączkowo, słysząc w tle kolejną eksplozję. Ziemia pod jego stopami zadrżała, czyli wybuch nastąpił w pobliżu.
– Wszyscy są w szkole. Byli przekonani, że Ares zaatakuje Hogwart.
– To niedorzeczne, dlaczego?
Lucjusz westchnął.
– Właśnie przez wzgląd na wycieczkę. Uciekaj, bo Ares pragnie cię zabić. Musisz samodzielnie wydostać się z wioski, bo pomoc nie nadejdzie.
Ślizgon przełknął ślinę.
Mirra miała rację. Czemu Ares chciał go martwego...?
– Dla... dlacze...? – urwał, ponownie uderzony w policzek.
– Nie czas na wyjaśnienia! Nie czas na zadawanie pytań – powtórzył czarodziej. – Nie rozumiesz powagi sytuacji? Znajdź mojego wnuka... – Głos mu się załamał przy wypowiadaniu ostatniego słowa, dzięki czemu Albus połączył wszystkie kropki. To Lucjusz Malfoy był szpiegiem, o którym opowiadał mu tata kilka miesięcy temu. Przez cały ten czas sumiennie wykonywał swoje obowiązki, a teraz, w obliczu zagrożenia życia najbliższych, stał się po prostu dziadkiem, za wszelką cenę chcącym chronić jedynego wnuczka...
– Oczywiście – odpowiedział, zebrawszy się do kupy; potem rozejrzał się wokół. – Odszukam Scorpiusa, ale... potrzebuję pomocy w walce.
Lucjusz wykonał ostry ruch różdżką, a brunet mimowolnie się wzdrygnął. Uczucie było co najmniej dziwaczne, jakby ktoś rozbił mu jajko na głowie.
Zamrugał, zdziwiony i spojrzał w dół. Nie miał stóp. Zamrugał raz jeszcze i uświadomił sobie, że z ledwością się widzi.
– To czar maskujący[2]. Gdy będziesz w ruchu, pozostaniesz bezpieczny – wyjaśnił pokrótce Malfoy. – Ciężko powiedzieć, ile czasu zaklęcie się utrzyma, dlatego też musisz ruszać w drogę.
Albus kiwnął głową i rzucił się do przodu. Zanim wbiegł w tłum krzyczących ludzi, omal nie został potrącony przez jeszcze jednego zamaskowanego czarodzieja. Wyhamował w odpowiednim momencie, dzięki czemu napastnik minął go bez cienia podejrzenia.
– Z kim rozmawiałeś, Lucjuszu?
– Z nikim. – Malfoy z powrotem skrył oblicze. – Zostałem odrzucony na bok. Ledwo się pozbierałem – skłamał.
– No dobrze, popraw maskę. Sebastian włożył naprawdę wiele wysiłku w ich produkcję – zachichotał nieznajomy. – Pospiesz się i dołącz do zabawy. Szef powiedział, że mamy jeszcze godzinkę, a potem spuści psy ze smyczy...
Albus przeszedł obok z zaciśniętym z przerażającej wręcz ciekawości żołądkiem. Jakie znowu psy...? Niestety, nie miał czasu roztrząsać tej kwestii, bo musiał przeskakiwać nad leżącymi na ulicy ciałami i unikać spanikowanych ludzi. Słońce utraciło swojego blasku, więc napastnicy oświetlali Hogsmeade przy pomocy ognia. Z nikim się nie patyczkowali i nie wahali przed podpalaniem okolicznych budynków. To było sto razy gorsze od wakacyjnych zamieszek na Pokątnej.
Zatrzymał się, żeby złapać oddech. Oparłszy dłonie na kolanach, zatracił się w zmartwieniach. James jest najprawdopodobniej otoczony przez grupę przyjaciół i wyjdzie z ataku bez szwanku. Będąc starszym, jest automatycznie lepiej przygotowany do starcia. Musiał więc odnaleźć Morrisona i Scorpiusa. Wolał nawet nie myśleć o najgorszym scenariuszu, gdzie Mirze po drodze zsuwa się peleryna – wtedy mogłaby zostać stracona przez rozhisteryzowany tłum. Czy dotrze bezpiecznie do szkoły...? Czy odnajdzie Rose...?
Atak musi się zakończyć. Scorpius, co prawda, jest dobrym pojedynkowiczem i ma smykałkę do zaklęć, ale to, co się tutaj dzieje, bardziej przypomina uliczną bijatykę – klątwy i przekleństwa nadlatują z każdej strony. Malfoy miałby większe szanse, gdyby był sam, ale z pewnością towarzyszy mu Morrison; we dwóch ich szanse na przeżycie drastycznie zmalały.
Ministerstwo zostało zablokowane, a nauczyciele nie wiedzieli, że Ares napadł na Hogsmeade. Całe szczęście, że w wiosce byli czarodzieje gotowi do podjęcia największego ryzyka. Jakby nie patrzeć, w starym Markowym Sklepie do Quidditcha mieściła się siedziba główna Wybawczego Aliansu Różdżek...
Zastygł w wpół kroku. Mógł ich ostrzec, wskazać kierunek walki, a nawet pomóc oczyścić ulice. Naturalnie, to ryzykowne posunięcie, ale w imię wyższego dobra konieczne. Alians i Waddlesworth byli jedyną nadzieją dla Hogsmeade.
Odwrócił się na pięcie i popędził w przeciwną stronę. Po drodze przystanął, żeby wesprzeć zbierającego się z ziemi trzeciorocznego ucznia. Gdy chłopiec stanął na nogi, rozejrzał się z niedowierzaniem – nie widział swojego sojusznika.
Albus spróbował się skoncentrować i przypomnieć sobie drogę do kwatery Aliansu. Nie pamiętał wszystkich szczegółów, bo Młot zaprowadził go tam dosyć dawno temu. Czy przypadkiem nie znajdowała się w dzielnicy Hogpenn? W brudnym i obskurnym miejscu?
Niestety, ta informacja nijak mu pomogła, bo Hogsmeade tonęło w pyle.
Wszystko było zniszczone.
Z boku zamaskowana postać z wielką radością tworzyła dziury w ścianach sklepów, po drodze prawie się potykając. Albus z niemałym zadowoleniem zarejestrował, że leżące na ziemi ciało miało na sobie czarne szaty, charakterystyczne dla ludzi Aresa. Nieco dalej, w pobliżu prowizorycznej lodziarni, dwóch napastników miotało w powietrzu kobietą, która głośno krzyczała i płakała. Wycelował w nich różdżką i w gniewie wykrzyczał odpowiednie zaklęcie.
– Expelliarmus! Expelliarmus!
Z czubka różdżki wyłoniły się dwa identyczne, czerwone promienie, które natychmiast rozbroiły przeciwników. Czar okazał się na tyle potężny, że mężczyźni zostali odrzuceni na znaczną odległość. Kobieta zaczęła spadać, więc raz jeszcze machnął ręką.
– Wingardium Leviosa!
Będąc skoncentrowanym do granic możliwości, ostrożnie zaczął opuszczać dziewczynę. Gdy dotknęła stopami ziemi, rozejrzała się w poszukiwaniu wybawiciela, ale nikogo nie dostrzegła. Albus nie zwlekał dłużej – od razu skręcił w następną uliczkę.
Trochę się pomiotał, próbując wywnioskować, gdzie się dokładnie znalazł. Miał wrażenie, że nigdy nie odnajdzie właściwej drogi i powoli poddawał się desperacji. Bliskie mu osoby znajdowały się w wielkim niebezpieczeństwie, a on nie robił nic, żeby im pomóc. Stał w miejscu niczym ciołek i nie wiedział, w którym kierunku powinien pójść.
Wtem nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a przez ciało przebiegł prąd. Zanim się zorientował, klęczał na czworakach.
Nie teraz, pomyślał. Oczy zaczęły go piec, a uszy wypełnił mu dziwaczny, brzęczący dźwięk. Kiedy podniósł wzrok, zamiast wszechobecnej szarości zobaczył złoto. Odrealniony, zapomniał, gdzie jest.
Nie teraz, powtórzył w myślach. Mam coraz to mniej czasu. Muszę wrócić. Muszę sprowadzić pomoc. Podrażnione oczy odmówiły mu posłuszeństwa, a przez koniuszki palców przepłynęła moc...
Zaczerpnął gwałtownie powietrza i doświadczył najdziwniejszego uczucia w życiu. Odniósł wrażenie, że został wepchnięty do szklanej kuli, która niwelowała wszystkie bodźce, a potem otoczyła go nieprzenikniona ciemność. Umierał, nie mogąc nawet zaczerpnąć oddechu...
Sapnął, wróciwszy do rzeczywistości. Charakterystyczne pieczenie odeszło w niepamięć, a uszy ponownie wypełniły krzyki i odgłosy eksplozji. Wciąż był w Hogsmeade, pośrodku zgliszczy. Gdy podniósł się na nogi, uświadomił sobie, że przeniósł się w inne miejsce. Zamrugał, szczerze zdziwiony, widząc przed sobą podniszczony sklep z wielkim, dawno nieaktualnym szyldem.
Stał przed siedzibą Wybawczego Aliansu Różdzek.
Wszystko się zgadzało!
Chociaż aportacja była mu obca, przeniósł się z jednego miejsca w drugie. To nie pierwszy raz, kiedy przydarza mu się coś podobnego. Nie znał nawet podstawowych zasad, ani nie posiadał licencji. Jakim cudem...? Co ważniejsze – czy Ares nie zabezpieczył wioski specjalnymi antyaportacyjnymi barierami...? Na chwilę obecną Hogsmeade można było opuścić tylko na piechotę i właśnie dlatego mieszkańcy wciąż biegali po ulicach. Tarcza wstrzyma również działania Ministerstwa Magii. Czy naprawdę dokonał niemożliwego...?
Chwila, nie czas na dywagacje. Istniało też prawdopodobieństwo, że po prostu odniósł mylne wrażenie, a w rzeczywistości jedynie stracił nad sobą panowanie i przybiegł tu w popłochu. Cóż, najważniejsze, że znalazł właściwą drogę. Musiał ostrzec Wybawczy Alians Różdżek, więc otworzył rozklekotane drzwi i wszedł do środka. Oczami wyobraźni widział, jak wszyscy stoją w przypominającym wystawny salon pomieszczeniu, gotowi do walki na śmierć lub życie.
Trochę się mylił. Przytulna komnata rzeczywiście była bardziej zatłoczona aniżeli zazwyczaj – zgromadziło się tu około pięćdziesięciu czarownic i czarodziejów w różnym wieku, każdy odziany w czarny mundur ze srebrnym emblematem. Nie wyglądali jednak na gotowych do zaprowadzenia porządku w Hogsmeade. Wszyscy, niczym jeden mąż, z uwielbieniem wpatrywali się w stojącego na środku Warrena Waddleswortha, machającego demonstracyjnie rękoma, również umundurowanego.
Albus zerknął na swoje dłonie, po czym westchnął z ulgą – wciąż był pod wpływem sprytnego zaklęcia Lucjusza Malfoya. Zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się po pokoju. Najwyraźniej żaden z renegatów nie zauważył jego przybycia, zbyt zaaferowani przywódcą.
– Słyszycie to? Czy słyszycie ten chaos? – Warren Waddlesworth był w swoim żywiole. Mniej więcej pośrodku kręgu stał Młot, łypiąc groźnie na pobratymców; wciąż miał obandażowaną rękę. – Gdzie jest Ministerstwo? Gdzie są aurorzy?
Ślizgon zdał sobie sprawę, że wszedł w sam środek jednego z jego inspirujących przemówień. Zadrżał, kiedy zrozumiał, że stanął przed poważnym wyborem – czy poczekać, czy też wkroczyć.
– Ares przechadza się ulicami, jakby nie był ścigany przez prawo. Planuje zniszczyć ten świat, a Hogsmeade jest dopiero początkiem. Na dworze umierają wasi przyjaciele, wasza rodzina! Chcecie znać powód? Ares nie jest przerażony. Ministerstwo skapitulowało i pozwoliło Diablemu Aliansowi siać spustoszenie, pozwoliło panować nad czarodziejskim światem! Nie możemy pozwolić na taką samowolkę! – kontynuował z zapałem Warren. – Ares nie jest przerażony, ale... będzie! Strach budzi szacunek, a więc Ares będzie szanował naszą moc oraz jedność! Właśnie do tego dążymy, tego pragniemy! Nie osiągniemy naszych celów, sprzedając się, targując czy kradnąc. Żądamy należnego nam szacunku! Dziś udowodnimy światu, że jesteśmy go godni!
Tłum wybuchnął wiwatem, a Waddlesworth po chwili milczenia, kontynuował.
– Jesteśmy tym, co pozostało – ostatnią linią obrony! Gdy przyszło do najgorszego, Ministerstwo porzuciło swoich obywateli! Mieszkańcy Hogsmeade niegdyś nazywali nas dziwakami, szydzili i wyśmiewali się z nas, kiedy wybieraliśmy nasze drogi życiowe! Mówili, że pragniemy jedynie niepotrzebnego rozlewu krwi! Dziś się przekonają, że tak naprawdę jesteśmy bohaterami! Nikt nie zapomni dnia, w którym czarodziejski świat znów stanął na krawędzi wojny z kolejnym czarnym panem po porażce w jednej, pojedynczej bitwie! I nikt nie zapomni, że to Wybawczy Alians Różdżek, wyłaniający się ze mgły chaosu niczym światło latarni morskiej, wywalczył dla nich wygraną! Magiczny świat wciąż ewoluuje! Za żadne skarby nie pozwolimy, aby Ares ponownie doprowadził go do ruiny!
Ludzie wybuchnęli jeszcze głośniejszym wrzaskiem, unosząc w górę różdżki. Wyglądali, jakby bitwa dawno się zakończyła. Sam dźwięk głosu Waddleswortha sprawiał, że zagrzewali się do walki. Mimo że w pomieszczeniu panowała burza, Albus i tak wyłowił spośród wszystkich krzyków, ten jeden charakterystyczny, znajomy głos; zupełnie nie pasował do reszty.
– Chodźmy do domu. Tato, proszę! – dobiegł z zewnątrz.
– Jeszcze nie teraz, Donny!
Ślizgon odskoczył od drzwi w ostatnim momencie. Spojrzał na wrota i zobaczył znajomo wyglądającego czarodzieja, na którego zwrócił ostatnim razem uwagę; był członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek. Obok niego stał zrozpaczony Donovan Hornsbrook.
Gdy weszli do środka, w komnacie zapadła grobowa cisza. Albus przywarł plecami do ściany. Może i naprawdę był niewidoczny, ale zdecydowanie bardziej wolał unikać przypadkowego kontaktu. I tak wiele ryzykował.
– Coś nie w porządku, Hornsbrook? – Warren wyszedł z tłumu.
– Powiedz panu Waddlesworthowi to, co mi powiedziałeś, Donny – nakazał szorstko mężczyzna.
Donovan zaczął się trząść. W niczym nie przypominał chłodnego, wyniosłego chłopca, do którego widoku ślizgon był przyzwyczajony.
– Tato, ja...
– Powiedz panu Waddlesworthowi o Albusie Potterze!
Zgromadzony w komnacie tłum nagle się ożywił. Młot zrobił kilka kroków naprzód, uciszając wszystkich jednym spojrzeniem.
– Słucham. – Warren uniósł brew.
Ślizgon zacisnął usta, podczas gdy jego serce na moment się zatrzymało.
– Nie chcę, żeby ktoś został ranny, tato...
– Masz powiedzieć panu Waddlesworthowi! – powtórzył po raz trzeci Hornsbrook.
Donovan głośno przełknął ślinę.
– Albus... Potter jest w Hogsmeade – wyjąkał, a Warren ponownie uniósł brew.
– Skąd wiesz?
– Widziałem go pod Trzema Miotłami – wyszeptał chłopiec.
Waddlesworth natychmiast odwrócił się do swoich żołnierzy.
– Ida nie wypełniła zadania, nie zabiła Albusa Pottera! – zakomunikował wszem wobec, a serce bruneta ścisnął niewyobrażalny żal i zdrada. – Wbrew wcześniejszym ustaleniom, chłopiec przyszedł do Hogsmeade. Ares zaatakował wioskę, chcąc go odnaleźć – powiedział ostrzejszym tonem. – Nie mamy żadnych informacji, dlaczego jest tak istotny. – Wyciągnął rękę i wskazał na ludzi stojących po swojej lewicy; wśród nich był Młot. – Walczcie z ludźmi Aresa, a wy... – wyznaczył prawicę – ...szukajcie Albusa Pottera. Uważajcie, tylko by nie pomylić go ze starszym bratem. Słyszałem, że są do siebie podobni.
Jedna osoba z kręgu wystąpiła naprzód.
– Gdzie pan będzie? Musimy wiedzieć, gdzie przyprowadzić chłopca.
– Chłopak nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Nie potrzebuję go – podsumował lodowato Waddlesworth, a Albus z przerażenia osunął się po ścianie na podłogę. – Ares chce go zabić. Zróbcie to przed nim.
[1] Listonoszka – potoczna nazwa małej damskiej torebki, przyjmującej różne kształty – od koperty do skromnego plecaczka. Jest bardzo wygodna, stylowa i praktyczna. Nie kosztuje majątku, także często jest kupowana
[2] Zaklęcie Kameleona (z ang.: Disillusionment Charm) – zaklęcie pozwalające, by czarodziej przybierał wygląd otoczenia. Uczucie towarzyszące osobie zakameleonowanej nie jest przyjemne – rzeczywiście przypomina uczucie rozbijania jajka na głowie. Odkameleonowanie z kolei daje uczucie spływania po głowie gorącej wody. Czar miał swój debiut, miał kiedy Harry był przenoszony do Grimmuald Place 12. Zaklęcie rzucił na niego Alastor Moody
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz