26 sierpnia 2022

21. POLOWANIE NA ALBUSA POTTERA

Albus wypadł z kwatery Wybawczego Aliansu Różdżek, nie dbając o wywołany przypadkiem hałas. Spróbował złapać na spokojnie oddech, ale w głowie wciąż słyszał toczącą się dyskusję. Wyciszył ją, dopiero kiedy zacząć dyszeć. Jego szanse na przeżycie ataku na Hogsmeade właśnie drastycznie się zmniejszyły.

Nie wiedział nawet dlaczego, ale znalazł się w najgorszej możliwej pozycji. Wszyscy pragnęli, by spoczął w grobie – Ares z pewnością, a Waddlesworth nie ma ku temu żadnych zastrzeżeń. Sytuacja znacznie się skomplikowała, bo teraz obie grupy będą przeczesywać wioskę. W obliczu piętrzących się problemów był zupełnie bezbronny.

Gdy potknął się na ulicy, omal nie upadł na kolana, emocjonalnie wyczerpany. Ludzie nie przestawali krzyczeć, wzajemnie się popychać, a napastnicy wciąż ciskali zaklęciami. Głośne trzaśnięcie drzwi za plecami uświadomiło Albusa, że renegaci oficjalnie przyłączyli się do bitwy. Żeby usunąć się z drogi, przywarł do roztrzaskanego okna jednego ze zniszczonych sklepów. Podwładnych Waddleswortha można było odróżnić od szumowin Aresa tylko po braku czerwonych masek.

Drętwota! – Jeden z renegatów wycelował w najbliższego sobie napastnika, który upadł na ziemię, uderzony zaklęciem prosto w klatkę piersiową. Niestety, zza niego wyskoczył następny.

Crucio!

Mężczyzna się przewrócił, wyjąc z bólu.

Wybawczy Alians Różdżek rozbiegł się w różnych kierunkach, podczas gdy grupa Aresa wciąż sunęła wzdłuż ulicy. Warren Waddlesworth przystanął w drzwiach swojej siedziby, beznamiętnie przyglądając się przedstawieniu. Nie ruszył do boju. Obok niego stał Młot, sprawiając wrażenie człowieka gotowego do natychmiastowego wskoczenia w wir walki.

– Ares jest w Hogsmeade! – krzyknął ktoś.

Ślizgon, co prawda, nie odszedł od bezpiecznego okna, ale rozglądał się wokół, szukając potwierdzenia tych słów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wzbudzałby większej paniki, strasząc pojawieniem się Czerwonej Wojny. Panika, która wszystkich ogarnęła, była wręcz niewyobrażalna. Ludzie biegali w popłochu, wpadali na siebie i potykali się o własne nogi. Każdy dbał o swoje bezpieczeństwo. W pewnym momencie jedna z uciekających kobiet upadła na ziemię, a Albus z przerażeniem patrzył, jak tłum po niej depcze...

Wyciągnął niewidzialną rękę, ale nie mógł podejść bliżej bez narażenia się stratowanie. Jedyne, co mu pozostało, to zamknięcie oczu i próba skoncentrowania się na czymś zgoła innym, aniżeli pełne bólu wrzaski. Kiedy podniósł wzrok, czarownica zniknęła – tłum najprawdopodobniej pociągnął ją za sobą.

Napastnicy zanosili się śmiechem i machali władczo różdżkami, od czasu do czasu wysyłając kogoś wysoko w powietrze; potem ciskali w ofiarę najróżniejszymi kolorowymi przekleństwami. Gdy ulica opustoszała, a motłoch został przegnany, Albus zastygł w bezruchu.

Ares rzeczywiście był w Hogsmeade. Przystanął w znacznej odległości od niego i nie kłopotał się nawet wyciągnięciem różdżki. Podczas gdy jego ludzie torturowali niewinnych, on spoglądał raz w lewo, a raz w prawo. Zachowaniem i czujnym wzrokiem przywodził na myśl wypatrującego złotego znicza szukającego. Jestem piłeczką, podsumował Albus.

Przez pewien czas Ares stał zupełnie nieruchomo. Nie mogło być bardziej oczywiste, że nie interesuje się bitwą. Wtem stało się coś niespodziewanego. Wpadła na niego jakaś starsza czarownica, uciekająca przed roześmianym napastnikiem. Gdy tylko odzyskała równowagę i zobaczyła, kogo potrąciła, uniosła ręce do góry i zaczęła błagać o przebaczenie. Z tej odległości ślizgon nie słyszał dokładnych słów, ale nie ulegało wątpliwości, że bąkała nieskładne przeprosiny. Mężczyzna spojrzał na nią w przelocie, a potem się odsunął, nie odezwawszy ani słowem. Kobieta, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście, pospiesznie się wycofała.

Mimo że cieszył się fartem staruszki, ubolewał nad swoją niedolą, bowiem stojący niedaleko czarodzieje myśleli tylko i wyłącznie o jego zwłokach, zarówno Ares, jak i Waddlesworth, który dopiero teraz zauważył obecność Czerwonej Wojny. Warren pochylił się do Młota i wymruczał komendę. Albus, posiadający trochę talentu w dziedzinie czytania z ust, wywnioskował, iż padło polecenie „zdejmij go”.

Osiłek posłusznie skinął głową, po czym strzelił palcami zdrowej ręki; potem ruszył w kierunku Aresa. Ludzie, chociaż mniej liczni, wciąż przebiegali przez ulicę, wystraszeni również obecnością renegatów. Młot nie przejmował się przechodniami, potrącał ich i odpychał na boki. Mając na uwadze tylko swój cel, minął sparaliżowanego ślizgona, który wbrew wszystkiemu, zazdrościł mu odwagi; najwyraźniej liczył na element zaskoczenia. Wyglądało na to, że dopnie swego, bo został zauważony naprawdę późno...

Albus, bardzo chcąc zobaczyć wynik konfrontacji, z zapartym tchem czekał na rozwój wydarzeń. Młot wyjął z szat różdżkę i jeszcze podczas biegu rzucił zieloną klątwę, a tłum krzyknął z wrażenia.

Red sprawiał wrażenie znudzonego. Leniwie przechylił głowę w bok i Avada przeleciała mu nad ramieniem. Potem zmrużył oczy, żeby zobaczyć, kto ośmielił się wyprowadzić atak. Chłopiec mógł przysiąc, że Czerwona Wojna przewrócił oczami, widząc rozwścieczonego porażką przeciwnika.

Mężczyzna podniósł niespiesznie rękę i przy pomocy magii bezróżdżkowej uniósł Młota w powietrze, a ludzie krzyknęli – ten wciąż machał nogami, jakby chciał kontynuować bieg i mruczał pod nosem najróżniejsze klątwy, nadaremnie. Ares wykonał ostry ruch ręką, jakby odganiał natrętną muchę, czym cisnął śmiałkiem w witrynę sklepową. Szyba rozbiła się na miliony kawałeczków, a stojący w okolicy przerażeni czarodzieje przykucnęli i zasłonili rękoma głowy; niektórzy próbowali też odpełznąć na bok. Zamaskowani napastnicy, którzy przystanęli, aby popatrzeć na przebieg pojedynku, wrócili do siania ogólnego spustoszenia – zwycięzca starca był bowiem oczywisty.

By zakończyć przedstawienie, Ares opuścił rękę i pstryknął palcami. Konstrukcja sklepu natychmiast się załamała, sprawiając, że budynek runął w dół. Młot został przygnieciony odłamkami szkła, metalem i tonami drewna. Albus uniósł zszokowany brwi, a potem odwrócił się do chełpiącego się wyczynem wygranego, ale mocno się przeliczył. Ares nie wyglądał na zadowolonego, a po wszystkim po prostu wrócił do przeszukiwania wzrokiem ulicy, jakby nic ważnego nie miało miejsca.

Młot oficjalnie został wyeliminowany z walki, więc chłopiec odwrócił się w kierunku pokonanego Waddleswortha, ale mężczyzna, zamiast samodzielnie ruszyć do boju, odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać w przeciwną stronę – zdecydowanie nie chciał przebywać w pobliżu Czerwonej Wojny.

Albus skorzystał z okazji. Gdy ulica się przerzedziła, a główna atrakcja odeszła w niepamięć, odepchnął się mocno od ściany i zaczął biec, wciąż niewidoczny. Wiedział, że jeśli będzie śledził uciekających ludzi, w końcu znajdzie się na głównej alei Hogsmeade. Musiał odszukać Morrisona, Scorpiusa i pozostałych...

Nieświadomy, spanikowany tłum rzeczywiście nakierował go na właściwe miejsce, gdzie cywile w magiczny sposób wyparowali, zastąpieni przez walczących renegatów i zamaskowanych napastników. Wchodząc w następną bitwę, Albus musiał schylić głowę, żeby przypadkiem nie oberwać bliżej niezidentyfikowanym, śmiercionośnie wyglądającym, purpurowym zaklęciem. Przez dłuższy czas nie zamierzał się w ogóle wyprostować, bo w powietrzu iskrzyła magia. W pewnym momencie prawie się potknął o leżących na ziemi dwóch renegatów. Zatrzymawszy się w miejscu, zerknął na ich przeciwnika. Mężczyzna uniósł wyżej różdżkę i wycelował w najbliższy sobie, przypadkowy sklep. Ślizgon sapnął, ponieważ rozpoznał go w ułamku sekundy. Magiczne Dowcipy Weasleyów. Sklep pełen niebezpiecznych, unikalnych śmiesznych przedmiotów – w tym najróżniejszych materiałów wybuchowych i zaczarowanych fajerwerków...

Nie było żadnych wątpliwości, co zaraz nastąpi.

Expulso!

Gdy sklep wybuchł, po ulicy poniósł się przeraźliwy, dudniący grzmot, a za nim kłęby dymu i ognia. Poparzeni czarodzieje zaczęli krzyczeć i wzywać pomocy, a Albus został zwalony z nóg i odrzucony na pewną odległość. Kiedy uderzył głową o twardy beton, skaleczył się również w rękę, a potem oberwał szczątkami zniszczonego budynku. Złapawszy oddech, spojrzał na swoje dłonie i zamrugał, zaskoczony. Nie przeraził się widokiem krwi, a tym, że najprawdopodobniej na skutek kontuzji, czar maskujący przestał działać.

Znów był zauważalny.

Z największą ostrożnością wydostał się spod gruzu i po szybkim rozeznaniu się w sytuacji, prowizorycznie opatrzył rękę, używając do tego kawałka materiału z podziurawionych spodni. Wiedział, że czas uciekać, ale nie bez pomyślunku. Starając się zachować ciszę, zrobił kilka kroków naprzód; zdecydowanie nie chciał zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Jego plan został jednak przekreślony przez kolejny wybuch. Albus stoczył wewnętrzną wojnę, ale zwyciężył – walcząc z intensywnym bólem, nie otworzył ust. Gdy podniósł wzrok, okazało się, że renegat, który zniszczył sklep ze śmiesznościami, leżał nieprzytomny na ziemi, powalony przez własne zaklęcie, a zza rogu wybiegł następny czarodziej w czarnej szacie ze srebrnym emblematem. Cały umorusany w sadzy, był ucieleśnieniem szaleństwa – włosy powiewały mu dziko na wietrze, a twarz ozdabiał szalony uśmiech, który powiększył się, kiedy wypatrzył ofiarę.

Ślizgon natychmiast sięgnął po swoją różdżkę, ale natrafił na powietrze. Najwidoczniej wciąż był oszołomiony od wybuchu i uderzenia w głowę. Miał problemy z koordynacją ruchów, czyli w gruncie rzeczy był niezdolny do walki. W odrętwieniu patrzył, jak mężczyzna podnosi rękę i mierzy w niego różdżką. Przymknął powieki, przygotowany na najgorsze...

Avada Kedavra!

Momentalnie otworzył oczy i zamrugał, zdezorientowany. Zaklęcie z pewnością rzuciła kobieta, a renegat upadł na ziemię. Chłopiec obejrzał się gwałtownie, gdyż morderca stał nieopodal.

Blackwood.

Miała przerzedzone włosy i przecięty policzek, a mimo to wydawała się opanowana, gdy beznamiętnym wzrokiem zmierzyła swojego martwego towarzysza. Na zdezorientowanego Albusa spojrzała dopiero po chwili.

Czy Waddlesworth nie zlecił jej zabójstwa...?

– Co tu jeszcze robisz? – splunęła, co dodało surrealizmu do sytuacji. Zachowywała się, jakby w okolicy nie było żywej duszy, a tocząca się w Hogsmeade walka stanowiła tylko tło dla ich spontanicznej rozmowy.

– Ja...

– Sancticus był przekonany, że twoje życie jest najważniejsze. Teraz jesteś moim ciężarem! – podsumowała drżącym głosem. – No, uciekaj!

– Nie mogę – odpowiedział, zbierając się z ziemi; dłoń wciąż bardzo go bolała. – Muszę odszukać moich przyjaciół, Morrisona i Scorp... – przerwał, widząc zmianę na twarzy nauczycielki; momentalnie stężała. Zrozumiał, że jest w posiadaniu informacji, których mu brakowało. – Czy wie pani, gdzie są...? – zapytał błagalnie. – Nie mogę uciec bez chłopaków, proszę...

Blackwood z trudem przełknęła ślinę, wyraźnie niezdecydowana. Albus wiedział, nad czym się zastanawiała. Za wszelką cenę pragnęła uratować mu życie, gdyż czuła się zmotywowana przez człowieka, którego najprawdopodobniej kochała, a on zaś odmówił ewakuacji, świadomie narażając się na niebezpieczeństwo, bo zależało mu na przyjaciołach. Jednym z nich był wnuk mężczyzny, który zamordował jej rodziców i tym samym skrzywdził ją na wiele różnych sposobów. Czy w boju zwycięży miłość do Fairharta, czy nienawiść do Lucjusza Malfoya...?

Rozwiązawszy konflikt, wrzasnęła ochryple.

          – Chłopiec Malfoyów był w Miodowym Królestwie, twoi przyjaciele także. Z tego, co się zorientowałam, nie groziło im niebezpieczeństwo – warknęła. – W sklepie jest tajemne przejście. Skorzystajcie z niego!

Albus odetchnął z ulgą. Ponownie zapłonęła w nim nadzieja.

– Dziękuję...

– Czy to zdrada, Ido...? – przerwał im trzeci głos.

Oboje odwrócili głowy i zobaczyli stojącego obok martwego renegata Waddleswortha. Ramiona miał szeroko rozłożone i wyglądał na wstrząśniętego. Sądząc po jego wyglądzie, ukrywał się przez większość czasu. Co więcej, był również nieznacznie pokrwawiony.

          – Jak mogłaś...? – kontynuował Warren. – Jesteśmy przecież rodziną... – urwał, ponieważ Blackwood przygotowała różdżkę i uniósł ręce w geście poddania, po czym spojrzał na Albusa. – Takie życie wybrałaś? Chłopiec przysporzy ci wiele problemów. Wiesz dobrze, że nie może dalej żyć. Jest...

– Jego życie ma znaczenie! – Kobieta zalała się łzami. Wyglądała, jakby była na skraju histerii.

Waddlesworth wykorzystał moment, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w ślizgona. Czarownica okazała się szybsza – błysnęło czerwone światło, a Warren został odrzucony do tyłu. W trakcie upadku stracił broń.

– Czemu wciąż tu jesteś? – Blackwood straciła cierpliwość i odwróciła się do bruneta. Chwilę pogrzebała w szacie i wyciągnęła z kieszeni pierścień Fairharta. – Weź – poprosiła z płaczem. – Nie powinien należeć do mnie. San wyraził się dość jasno na ten temat... – Uśmiechnęła się z goryczą i nie poczekała na odpowiedź. Nie minęła nawet minuta, gdy odwróciła się i ponownie rzuciła w wir walki. Albus zaś wepchnął srebro do kieszeni i trzymając się boków sklepów, próbował manewrować po ulicy, nie angażując się w bitwę.

Musiał dostać się do Miodowego Królestwa. Jeśli wszyscy będą na miejscu, wskaże im sekretny korytarz i zaprowadzi z powrotem do zamku; tylko ta myśl popychała go do przodu. Oczywiście, nie zaniechał ostrożności, a wręcz przeciwnie – był skoncentrowany bardziej aniżeli wcześniej. Ares nie spędzi wieczności na przeszukiwaniu okolic kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek – gdy upewni się, że poszukiwanego nie ma w jednej uliczce, wejdzie w następną. Na nieszczęście Albusa czar maskujący przestał działać.

Po drodze unikał zabłąkanych zaklęć i kiedy skręcił za róg, zdał sobie sprawę, że oddalił się od najbardziej zniszczonej części wioski – ogień z płonących Magicznych Dowcipów Weasleyów rozprzestrzenił się na inne budynki. W nagłym przebłysku współczucia się zastanowił, czy z Blackwood wszystko będzie w porządku...

Po mniej więcej dziesięciu minutach zauważył, że ulice są w połowie opustoszałe. Cywile, którzy zniknęli z alejek albo znaleźli schronienie, albo wyemigrowali na peryferia, z daleka od większych walk. Ares z pewnością nie zamierzał ich zatrzymywać, więc jedynymi szamoczącymi się po dróżkach ludźmi byli walczący czarodzieje. Od czasu do czasu mijał nieruchome ciała odziane w czarne szaty, świadczące o tym, że jedna i druga strona ponosiła straty. Gdy wśród ofiar dostrzegł kilku uczniów Hogwartu, coś zimnego osiadło mu na żołądku.

Czy to dlatego, że wbrew zakazom wykradł się z zamku...? Czy gdyby został w szkole, wydarzyłoby się coś podobnego...? Istniało duże prawdopodobieństwo, że Ares i tak zaatakowałby Hogsmeade, ale Wybawczy Alians Różdżek, wedle wcześniejszych informacji, nie spodziewał się komplikacji w postaci pojawienia się celu. Czy doszłoby do najgorszego, gdyby wszyscy wiedzieli, że zostanie w zamku...? Czy determinacja i wydane przez Waddleswortha polecenia tylko zaostrzyły konflikt...?

Czy był winien obrażeń kolegów i koleżanek...?

Wciąż krążył po ulicach, zaczynając powoli odczuwać konsekwencje długiego marszu. W oddali płonęło jeszcze kilka innych miejsc, aczkolwiek z tej odległości huki spowodowane wybuchami były mniej słyszalne.

Swój punkt docelowy odnalazł po kilku minutach, mocno zniszczony. Z początku planował najpierw sprawdzić, czy teren jest bezpieczny, zaglądając przez okno, ale gdy zauważył wyrwane z zawiasów drzwi, wykorzystał sposobność. Lada, przez którą wcześniej przeskoczył, na skutek destrukcyjnych zaklęć napastników, została zredukowana do stosu drzazg. Nie robiąc większego hałasu, wszedł do środka, gdzie przywitały go zaskoczone okrzyki.

– Albus!

Zanim zdążył zareagować, ktoś rzucił mu się na szyję. Gdy widok przesłoniła mu burza rudych loków, zrozumiał, że ma przed sobą Rose. Miała rozcięty przecięty policzek i rozczochrane włosy, ale nie wydawała się ranna.

Uwolniony z uścisku, rozejrzał się wokół. Z tyłu pomieszczenia stał Lance z kilkoma swoimi przyjaciółmi, których ślizgon nie rozpoznawał nawet z widzenia. Wszyscy byli podrapani, więc najprawdopodobniej wzięli czynny udział w walce. W kącie klepu, zacisnąwszy dłonie na pelerynie niewidce, czaiła się Mirra, cała i zdrowa. Dobrze, że skorzystała z płaszcza. Gdy dostrzegł dwa ciała leżące na podłodze, zamarło mu serce.

Scorpius miał zakrwawioną twarz i sprawiał wrażenie bliskiego utraty przytomności. Rose, kiedy tylko skończyła z uściskami i pochlipywaniem, uklękła przy jego boku – najwidoczniej się nim opiekowała. Obok Malfoya leżał chłopiec, o wiele, wiele za drobny, żeby być uczniem trzeciego roku. Rude włosy Hugona odznaczały się czerwienią na zakurzonej podłodze.

Albus rzucił się do przodu.

– Czym oberwali...?

– Hugo jest tylko nieprzytomny. Nie wiemy, skąd się znalazł w Hogsmeade... – wykrztusiła Rose.

Nastolatek zadrżał. Weasley, idąc za jego przykładem, również skorzystał z tajnego przejścia. Możliwe, że chciał go zawrócić, zanim będzie za późno. Możliwe, że przemyślał umowę i chciał renegocjować warunki. Naraził się na niebezpieczeństwo, chcąc nieść mu pomoc. Hugo z pewnością na zawsze zapamięta swoją pierwszą wycieczkę do Hogsmeade...

Zawinił i to srogo.

– Scorpius oberwał jakąś obrzydliwą klątwą. Niestety prosto w twarz. – Lance potrząsnął głową. – Mimo że co chwilę traci i odzyskuje przytomność, dojdzie do siebie.

– Widzieliście Jamesa...? – Albus rozejrzał się ze strachem.

– Jestem prawie pewien, że wszystko z nim dobrze. – Uśmiechnął się uspokajająco puchon. – Chciał stanąć do walki, ale dziewczyna go odciągnęła...

Ponownie spojrzał na Scorpiusa i Hugona.

– Nikt więcej nie ucierpiał?

– Jak się trzymasz? – Mirra podeszła bliżej. – Och, twoja ręka...

          – Już jest lepiej – skłamał, gdyż nie było czasu na roztrząsanie pomniejszych obrażeń. – Musimy się stąd wydo... – urwał, tknięty przeczuciem. – Gdzie jest Morrison...?

Mógłby przysiąc, że był razem z resztą. Kiedy ponownie się rozejrzał, zobaczył, że jeden z puchonów jest podobnej postury, więc najprawdopodobniej zwyczajnie się pomylił.

Wszyscy wymienili się zaniepokojonymi spojrzeniami.

– Straciliśmy go – powiedział Lance, a Albus wytrzeszczył oczy.

– Co...? Że jak straciliście...? To znaczy, że on...?

– Znaczy, że nie mogliśmy go znaleźć – poprawił się szybko puchon, zauważając niestosowną wpadkę.

– Czyli, że co dokładnie się stało...?

– Z Lance’em spotkaliśmy się w Sklepie Kosmetycznym Madam Ostensy[1]... Chciał coś dla mnie kupić – wytłumaczyła Rose, a Malfoy wydał z siebie zduszony jęk. Albus odetchnął z ulgą. Skoro pokazywał swoje niezadowolenie, to nie był w najgorszym stanie. – Wtedy się zaczęło...

– Wszyscy się tam umówili, twoi przyjaciele też. Morrison przystanął, żeby pomóc jakiejś stratowanej dziewczynie – dodała Mirra. – Ludzie dookoła biegali i krzyczeli...

– Myśleliśmy, że są za nami. – Lance zacisnął usta. – Morrison wciąż może być u Ostensy...

– Schowaliśmy się w Miodowym Królestwie, bo wioska jest zniszczona – dopowiedział jeden z puchonów. – Planowaliśmy poczekać na wsparcie reszty nauczycieli, bo minęliśmy po drodze Blackwood...

– Wtedy znaleźliśmy Hugona. Leżał zupełnie nieruchomo i przez moment byliśmy przekonani, że oberwał czymś gorszym od ogłuszacza. Chcieliśmy wyjść na zewnątrz, ale tłum odciął nas od ulicy.  – Mirra wbiła wzrok w podłogę. – Potem dowiedzieliśmy się, że do bitwy dołączył Wybawczy Alians Różdżek...

– I utknęliśmy tutaj. Gdybyśmy chcieli opuścić Hogsmeade, musielibyśmy przemierzyć prawie całą wioskę – dokończyła Rose. – Miodowe Królestwo jest jednym z najpopularniejszych miejsc, a więc doskonałą kryjówką. Ostatecznie postanowiliśmy przeczekać walki... 

– To dopiero początek starć – powiedział ponuro ślizgon. – Nie wiem dlaczego, ale Ares pragnie mojej śmierci. Zaatakował Hogsmeade, żeby mnie dorwać i nie wstrzyma ludzi, dopóki nie osiągnie swojego celu. Wybawczy Alians Różdżek dostał podobny rozkaz...

Wszyscy się zagapili.

– Och, Albusie... – jęknęła Rose.

– Idźcie, wracajcie do zamku. – Wiedział, co potrzebuje. – Na zapleczu jest klapa – wytłumaczył, podchodząc do przejścia. – Tunelem przejdziecie do Hogwartu. Właśnie w ten sposób Hugo się wymknął...

– Jednak się zakradłeś! – krzyknęła Mirra, a reszta wytrzeszczyła oczy.

– Owszem, porozmawiamy o tym później – odpowiedział. – Musicie zawiadomić nauczycieli. Mogą nie wiedzieć, że Hogsmeade zostało zaatakowane. Cały teren jest otoczony barierą antyaportacyjną...

– Co masz na myśli, mówiąc „musicie”...? – Rose zacisnęła usta.

– Cóż, poszukam Morrisona – stwierdził odważnie.

Uczniowie wydali z siebie okrzyki oburzenia.

– Przestań zgrywać bohatera, Albusie! – Mirra była przerażona.

– Nie zostawię przyjaciela na pewną śmierć! – powiedział tak zdecydowanie, że zamknął wszystkim buzie.

Rose wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.

– Uważaj na siebie, Albusie...

– Pójdę z tobą – zaoferował zdeterminowany Lance.

– Nie. – Ślizgon pokręcił głową. – Nie narażę nikogo więcej na niebezpieczeństwo. Waszym zadaniem jest sprowadzenie pomocy. Mirra, daj mi pelerynę...

– Nie będę utrapieniem, więc pozwól sobie pomóc...

– Nie, razem się nie zmieścimy – wytłumaczył. – Weź Scorpiusa. Nie da rady samodzielnie przejść przez klapę – dodał trzeźwo. – Słuchajcie, marnujemy cenny czas! Gdybyście się nie sprzeczali, może właśnie zawiadamialibyście nauczycieli.

Wszyscy zamilkli i Albus zrozumiał, że z jakichś niewytłumaczalnych powodów uznali go za przywódcę. Nie był ani najstarszy, ani najmądrzejszy, ani nawet najpotężniejszy, ale czuł się zobowiązany do przewodzenia. Lance zrezygnował z kłótni i posłusznie podszedł do Scorpiusa, po czym przeczesał swoje brudne włosy i wziął go na ręce.

– Tylko nie on... – Malfoy przechylił głowę. – Niech śmierć mnie zabierze...

– Ma urojenia, a teraz idźcie! – powiedział stanowczo i wymienił ostatnie spojrzenie z przyjaciółmi. Potem przez chwilę patrzył, jak po kolei zaczęli schodzić po schodach w dół. Nie było żadnych wątpliwości, że Hugo zostawił częściowo otwartą klapę...

Mirra zrobiła krok naprzód. Wyglądała, jakby chciała się pożegnać, ale nie pozwolił na to. Jednym sprawnym ruchem przyciągnął ją bliżej i pocałował. Właśnie dlatego wymknął się do Hogsmeade – by zakończyć randkę, mając dziewczynę i diabli by go wzięli, gdyby postąpił inaczej. Gryfonka przez chwilę się opierała i próbowała odsunąć, ale potem ogłosiła porażkę i poddała się pocałunkom. Może to niedorzeczne, ale Albus przez chwilę nie mógł się skupić na niczym innym, aniżeli na pieszczotach...

Potrzebował każdego grama swojej samokontroli, aby się opanować i wrócić do rzeczywistości. Odgarnął Mirze włosy z twarzy i zanim spróbowała wyperswadować mu ten szalony pomysł, zarzucił na siebie pelerynę i opuścił Miodowe Królestwo. Zanim odszedł na kilka metrów, usłyszał jeszcze wołanie dziewczyny.

– Uważaj, Albusie!

Nie odpowiedział, ponownie wchodząc w sam środek walk. Było zdecydowanie ciszej, a ludzie krzyczeli sporadycznie. W oddali wciąż unosił się dym, a ogień lizał budynki. Uciąwszy wszelkie rozważania, rzucił się biegiem przez uliczki.

W drodze zdał sobie sprawę, że ciężko mu rozróżnić, kto dla kogo walczy. Większość zamaskowanych czarodziejów dawno zgubiła maski, a renegatów pokrywała krew. Tak naprawdę jedynym znakiem rozpoznawczym był mało widoczny srebrny emblemat Wybawczego Aliansu Różdżek. Niestety, czas naglił, a co za tym idzie, nie mógł sobie pozwolić na zwolnienie tempa i rozeznanie w sytuacji. Na chaotycznym polu walki niewidzialność była prawdziwym darem...

Albus miał jedynie mgliste pojęcie, gdzie w ogóle wybudowany został sklep kosmetyczny, ale wydawało mu się, że w okolicach Dervisha & Bangsa. Nie było to szczególnie daleko i wiedział, że będąc niezauważonym, dotrze na miejsce w rekordowym czasie. Udało mu się bez problemów przebrnąć przez większość walk, po czym znalazł się na ulicy, na której leżały same zakrwawione ciała. Mijał je w pośpiechu, cały obolały. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa i czuł nieprzyjemne kłucie w boku, które znacznie utrudniało mu poruszanie...

Wtem potknął się o kogoś, kto głośno zajęczał i zarył twarzą w ziemię. To drugi raz, kiedy oberwał dziś w głowę, a co gorsze, na skutek upadku zsunęła się z niego peleryna. Na szczęście, nie doznał innych obrażeń, chociaż mógłby przysiąc, że niebezpiecznie zaklekotał mu ząb. Wstał i rozejrzał się dookoła, chcąc sprawdzić, o kogo się potknął i aż sapnął z wrażenia.

Eckley.

Wyglądał okropnie. Twarz miał niesamowicie napompowaną, przez co mrugał bardzo powoli. Szaty miał pokryte krwią – w podobny sposób, co buzia Scorpiusa. Gryfon ponownie jęknął, a potem sapnął w zdumieniu. Rozpoznał sojusznika.

– Pomóż mi... – wychrypiał.

Albus podniósł pelerynę i rozejrzał się ponownie. Nie mógł marnować czasu, musiał znaleźć Morrisona. Sam miał wystarczająco dużo problemów na głowie, bo przecież Ares deptał mu po piętach.

– Wstań. W Miodowym Królestwie jest przejście. Idź tam...

– Oberwałem... klątwą... – Eckley nie wyglądał na gotowego do przechadzki.

Brunet westchnął i złapał gryfona za ramię, próbując go podnieść. Niestety, zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, nie podołał zadaniu, gdyż był słabszy fizycznie.

– Pomógłbyś trochę. Spróbuj wstać – syknął.

Z wielkim trudem udało mu się dźwignąć zranionego chłopaka do pozycji stojącej. Eckley wciąż trzymał się jego koszuli i niemal na nim pół–wisiał, co znacząco utrudniało poruszanie. Niezależnie od największych chęci, nie mógł go jednak zostawić.

– No chodź. Musimy znaleźć Morrisona. Nie był daleko, bo u Ostensy... – powiedział, sapiąc z wysiłku. Po zrobieniu kilku trudnych kroków ranny upadł, pociągając go za sobą. – No dajże spokój! – krzyknął, zirytowany. – Wstawaj, ty bezużyteczny kawa...

Eckley kaszlnął, a z jego ust popłynęła stróżka krwi. Musiał być w o wiele cięższym stanie, aniżeli wyglądał. Jakąkolwiek klątwą oberwał, musiała wyrządzić więcej szkód, niż widać na pierwszy rzut oka.

Albus westchnął i przemyślał sytuację. Wciąż miał przy sobie pelerynę niewidkę. Czy powinien zostawić chłopaka samego...?

On by tak zrobił.

Cóż, prawda. Aby znaleźć najrozsądniejsze rozwiązanie, zaczął wydeptywać dziurę w ziemi, podczas gdy ranny wciąż leżał na ziemi, jęcząc z bólu. Nie mogąc się powstrzymać, wbił w niego gniewne spojrzenie. Eckley zrobił mu tyle świństw w przeszłości, zawsze był złośliwy i arogancki; nawet teraz, podczas ataku na Hogsmeade, spowalniał go i marnował cenny czas.

Wtem gryfon, jakby w zrozumieniu, zrobił żałosną minę.

– Nie... odchodź... beze mnie... – wydukał, plując krwią.

Albus przyjrzał się koledze. Będzie musiał zostawić Eckleya, jednakże na środku głównej drogi jest zbyt niebezpiecznie – wciąż kręcili się tutaj renegaci. Otwarta przestrzeń po prostu nie wchodziła w grę. Ludzie Aresa, co prawda, przenieśli się z walkami w inne miejsce, ale... po drodze dobijali rannych...

Jęknął, sfrustrowany. Schylił się i podniósł Eckleya z zaskakującą dla siebie siłą, po czym oparł go o ścianę jednego z nielicznych, mało zniszczonych sklepów. Nie mogąc utrzymać równowagi, chłopak od razu zsunął się na ziemię. Albus zarzucił na niego pelerynę.

– Leż spokojnie. Nie wykonuj gwałtownych ruchów – powiedział wyraźnie. – Gdy znajdę Morrisona, sprowadzę pomoc.

Nie wiedział, czy Eckley w jakiś sposób zareagował, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi, a brak zaprzeczenia w powszechnym mniemaniu oznacza zgodę. Spojrzał w górę, żeby zapamiętać nazwę budynku. Tandetny sklep z ubraniami jakiegoś Travisa...

Otrząsnąwszy się z odrętwienia, ruszył do przodu. Co kilka minut oglądał się do tyłu, żeby sprawdzić, czy nikogo nie ma przypadkiem w pobliżu. Nadal nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Wszystko jest zdemolowane i zniszczone. Wszędzie panował chaos. Ares zabrał życie tylu niewinnym ludziom.

Myślami wrócił do tajemnego przejścia, którym wymknął się z zamku. W jego sercu na nowo zapłonęła nadzieja – zapewnił przyjaciołom drogę ucieczki i bezpieczeństwo. Nauczyciele najprawdopodobniej również skorzystają z posągu na trzecim piętrze, a Blackwood otworzyła im drogę. Nie minie długo, zanim w Hogsmeade znajdzie się Hagrid, profesor Bellinger i pani dyrektor McGonagall. Gdy wesprze ich Ministerstwo, wszystko będzie dobrze i nikomu więcej nie stanie się krzywda...

Po kilku minutach dotarł do tego, co zostało ze sklepu kosmetycznego. Okoliczne sklepy wyglądały jeszcze jako tako stabilnie, ale Ostensa została zredukowana do kupy gruzu. Z pobojowiska unosił się specyficzny zapach, będący kombinacją najróżniejszych kosmetyków, wcześniej ustawionych na regałach i szafeczkach. Gdy chodził po rozłupanym drewnie, narastała w nim panika, gdyż nigdzie nie dostrzegł śladów obecności przyjaciela.

– Morrison! – krzyknął. – Morrison!

Prawdopodobieństwo, że przyjaciel leżał gdzieś pod gruzami, było naprawdę znikome, ale jeżeli się pomylił... wolał nie widzieć przygniecionych pozostałości. Gdy dostrzeże nieruchome, zakrwawione ciało, z pewnością się popłacze, jeśli nie z szoku, to z przejmującego smutku. To w niczym nie przypominało perspektywy utraty Scorpiusa czy Hugona – oni mieli sporą szansę na przeżycie i właśnie byli w połowie drogi do zamku. Vincenta z kolei może więcej nie zobaczyć...

– Tutaj!

Stłumiony krzyk sprawił, że serce Albusa prawie wyskoczyło z piersi.

Ten głos!

– Morrison! – wrzasnął z podekscytowaniem, nie przejmując się hałasem, który robił. Rozejrzał się gorączkowo. – Gdzie jesteś?!

– Pod czymś!

– Może konkretniej? – odkrzyknął, podnosząc z ziemi przypadkowe kawałki drewna i odrzucając je na bok.

– Pod czymś dużym!

Ponownie przestudiował zdewastowany sklep. Rozpaczliwie szukał przedmiotu odpowiadającego opisowi.

– Gdzie?

          – Przecież powiedziałem, że przygniotło mnie coś dużego. Nie znam więcej szczegółów! – zirytował się przyjaciel. – Hm, pachnie malinowo...

Jakim cudem Morrison wychwycił ten zapach spośród wszystkich innych? Czy coś tutaj naprawdę pachniało malinami...? Gdy budynek się zawalił, buteleczki pospadały z półek, a aromaty wymieszały się ze sobą.

– Widzisz cokolwiek? – zapytał, wychodząc na kompletnego idiotę.

– Czekaj, spróbuję coś wyrzucić!

Za Albusem, zaledwie kilka stóp, rozbił się z głośnym trzaskiem szklany flakonik. Natychmiast się odwrócił i pognał w tamto miejsce. Spod gigantycznego kredensu wystawały koniuszki palców dłoni.

– Morrison! – wrzasnął i spróbował podnieść sklepową półkę. – Za ciężkie – podsumował, zrozumiawszy, że jest zbyt słaby, aby unieść drewniany regał.

– Złamałeś różdżkę? – zapytał przytłumionym głosem przyjaciel.

Erecto! – Wskazał orężem na półkę, uprzednio dając sobie mentalnego kopniaka. Kredens uniósł się w powietrze i odsłonił przygniecionego Morrisona.

Chłopiec po chwili zmagań z własnym ciałem, w końcu stanął na nogi. Wyglądał okropnie, chociaż nie jak Scorpius czy Eckley. Przywodził na myśl ciężko chorego, a więc przeszedł prawdziwe piekło. Był brudny, włosy miał skołtunione, a ubrania w kilku miejscach poszarpane. Jeszcze nigdy nie wyglądał na równie kruchego i, paradoksalnie, bo przecież był wysoki, filigranowego. Wraz z kredensem przewróciły się na niego perfumy – pachniał nie malinowo, a jagodowo.

Morrison zakaszlał, a potem wziął go w objęcia.

– Zawdzięczam ci życie, stary – wysapał bez tchu. – Gdzie wszyscy? Jatka się skończyła?

– Niezupełnie – odpowiedział Albus, niezwykle wdzięczny, że został oswobodzony z mocnego uścisku. Intensywny owocowy zapach sprawiał, że ciężko mu było swobodnie oddychać. – Nikomu nie stała się większa krzywda... – Zdecydował, że o obrażeniach Scorpiusa i Hugona powie mu innym razem. – Część ludzi zdołała uciec, ale walki wciąż trwają – podsumował pewniejszym tonem.

– Jak możemy się stąd wydostać?

– Przez zaplecze Miodowego Królestwa...

– Czyli twoim tunelem. – Morrison znów zaniósł się kaszlem. – Co tu robisz? Jak mnie znalazłeś...?

– Spokojnie, wszystkich odszukałem. Najprawdopodobniej są już w skrzydle szpitalnym – wytłumaczył zwięźle. – Hogsmeade zostało zaatakowane. Szuka mnie zarówno Ares, jak i Wybawczy Alians Różdżek...

Przyjaciel wytrzeszczył oczy.

          – To po kiego mnie szukałeś? Pewnie krążyłeś w kółko, wydzierając się wniebogłosy. Zamiast tego, powinieneś był...

– Cóż, miałem pelerynę – powiedział szybko.

– Gdzie ją podziałeś? – Morrison rozejrzał się wokół. Wyraźnie miał nadzieję, że płaszcz leży niedaleko.

– Pożyczyłem Eckleyowi.

– Co takiego...? Dlaczego akurat Eckleyowi...? W sensie, że... temu, którego znamy...? Ma ładną siostrę...?

– Charlesowi Eckleyowi. Wiesz, to długa historia i średnio mamy czas – powtórzył z cierpliwością. – Wydostaniemy się stąd, a po drodze zgarniemy Eckleya. We dwójkę powinniśmy dać sobie z nim radę.

Vincent jęknął cierpiętniczo, ale ostatecznie skinął głową. Gdy się pozbierali i odwrócili, żeby czmychnąć do Miodowego Królestwa, brunet został powalony na kolana przez silne zawroty głowy.

– Albusie...? – krzyknął przyjaciel, chwytając go za ramiona.

Chłopiec spodziewał się powrotu pozłacanej wizji, pieczenia w oczach i buczenia w uszach, ale nic podobnego nie miało miejsca. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale czuł pewnego rodzaju kontrolę, nie siłę. Co to za surrealistyczna władza? Nad czym? Nie miał najmniejszego pojęcia. Wiedział tylko, że stało się coś strasznego i okropnego, w swojej potworności – niesamowitego.

– Albusie! – Głos Morrisona brzmiał, jakby dobiegał z naprawdę daleka. – Wstawaj, stary. Spróbuj się otrząsnąć!

Do rzeczywistości został wrócony przez mocne szarpnięcie, aczkolwiek wstał dopiero po dłuższej chwili. Potrząsnął głową, chcąc się pozbyć dezorientujących myśli, a potem na wszystkie sposoby obmacał różdżkę. 

– W porządku, stary...?

– Czy to moja różdżka? – zapytał ze zdziwieniem, z największą ostrożnością badając smukłą strukturę drewna. Niespodziewanie, co dziwne, poczuł się straszliwie bezbronny.

– Taaak. Chyba tak... – Morrison zmrużył podejrzliwie oczy. – Czyżbyś podniósł po drodze jakąś inną...?

Albus zamrugał kilka razy, a potem wreszcie odzyskał własną świadomość.

– Nie, nie. Mam ją od pierwszego roku. Z pewnością jest moja.

– W takim razie co się stało? – zmartwił się przyjaciel.

– Spokojnie, nic wielkiego – skłamał, nawet nie zarejestrowawszy, że wyszli z rozwalonego budynku. – Ech. W jaki sposób rozpłaszczyłeś się na podłodze?

Zainicjował nowy temat, bo po prostu chciał zmienić kierunek starego. Troskliwego klimatu dodawało rozmowie zadziwiająco spokojne Hogsmeade. Chociaż płonące bądź dymiące sklepy wciąż były widoczne, odgłosy walki zdawały się cichnąć – krzyki czy wybuchy należały do rzadkości. Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że skoro cel nie został znaleziony, uznano, że nie uczestniczył w wycieczce i zarządzono odwrót. Może przecenił to „wielkie nadchodzące niebezpieczeństwo”...?

– Przytrzymywałem wszystkim drzwi. – Morrison uniósł w górę dłonie, żeby pokazać, że i on czasem żałuje spełniania dobrych uczynków. – Wtedy zobaczyłem, że jakaś dziewczyna wylądowała na podłodze, więc wróciłem się, żeby pomóc jej wstać. Zanim się obejrzałem, jeden z tych zamaskowanych idiotów wysadził sklep i przygniótł mnie regał. Nie mogłem się wygramolić, a wszyscy uciekli.

– Nie mogłeś po prostu rozwalić kredensu? – zapytał, gdy przemykali uboczem. Żałował, że nie potrafi poruszać się szybciej i znacząco spowalnia przyjaciela, ale bardzo bolały go stopy. Zwyczajnie był zmęczony po szaleńczej gonitwie.

– Och, najmocniej przepraszam! W przeciwieństwie do ciebie nie potrafię strzelać z różdżki dziwacznym światłem – zakpił Morrison. – Miałem tylko jedną rękę wolną i ledwo się poruszałem. Różdżka była poza moim zasięgiem...

– Czekaj! – Albus wyciągnął dłoń, aby uciszyć przyjaciela. Usłyszał niepokojący, niezbyt głośny dźwięk.

– Hm...?

– Zamilcz na moment. Też to słyszałeś...?

Oboje zastygli w bezruchu, gdyż rozmowę przerwał im rozdzierający wrzask, zbyt przerażający, aby wydał go człowiek. Włosy stanęły Albusowi dęba i chcąc w jakiś sposób zagłuszyć wycie, wsadził sobie palce wskazujące do uszu.

Jakie stworzenie mogło tak ryczeć...?

I wtedy je zobaczyli.

Zza zakrętu wyszła jedna z najobrzydliwszych i najgroźniejszych kreatur, jaką ślizgon w życiu widział. Miała mniej więcej siedem stóp wzrostu i przypominała częściowo rozkładający się szkielet – siwiejąca papierowa skóra dosłownie zwisała z pękniętej i zaokrąglonej czaszki, a z oczodołów co rusz wypełzały białe, długie robaki.

Potwór szedł chwiejnie, powłócząc za sobą jedną z kościstych stóp. Przy każdym niespiesznym kroku wydawał z siebie dźwięk pomiędzy oddychaniem a charczeniem. Chłopcy stali w całkowitym bezruchu, żywiąc nadzieję, że nie zostaną zauważeni...

Szczęście im nie dopisywało. Ta kreatura, czymkolwiek była, spojrzała w bok i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w nich z czymś w rodzaju zaintrygowania – ciężko było znaleźć odpowiedniejsze słowo, bo stwór po prostu nie miał większości twarzy. Gdy zaspokoił ciekawość, rozdziawił pysk i ryknął przeraźliwie. Potem rozpoczął polowanie.

Zmęczenie natychmiast odeszło w niepamięć. Albus w momencie znalazł w sobie siłę, aby biec.

– Co to za bydle...?

– W nogi, w nogi, w nogi, w nogi! – krzyczał raz za razem Morrison, nie zwolniwszy tempa.

Jak na rozpadającego się potwora, był całkiem szybki. Nie zaprzestał pościgu, a nawet wyciągnął do przodu gnijącą, zakończoną ostrymi pazurami, rękę...

Młodość i witalność zdecydowanie są zaletami, ślizgoni wygrywali w przebiegach. Gdy dystans zaczął się zwiększać, odetchnęli z ulgą. Znaczna odległość oznacza szansę na znalezienie dobrej kryjówki.

Wtem stwór opadł na czworaka. Kiedy runął na ziemię, natychmiast przyjął pozycję psa myśliwskiego. Automatycznie zwiększył prędkość, ponieważ zaczął używać i rąk i nóg.

Albus wyciągnął różdżkę i, celując poprzez ramię, rzucił zaklęcie ogłuszające. Czar nie wyrządził potworowi żadnej krzywdy – odbił się od niego, jak niegdyś od Hagrida – i go rozwścieczył; kontynuował swój pościg, w najmniejszym stopniu niezniechęcony. Morrison poszedł za jego przykładem i również zaczął bombardować go ogłuszaczami.

Gdy starania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, postanowili spróbować bardziej ofensywnych zaklęć.

Reducto! Impedimenta! Crescendium!

Wszystkie trzy zaklęcia zawiodły, a stwór się bardziej zirytował. Brunet ponownie uniósł różdżkę, aby wystrzelić następną klątwę, ale wcześniejsze zmęczenie dało o sobie znać i stracił równowagę – potknął się o własne stopy. Z łoskotem runął na ziemię, a potem wrzasnął z bólu, gdyż odruchowo, szukając w locie oparcia, wyciągnął do przodu ręce. Zraniona dłoń zapiekła żywym ogniem.

Morrison wciąż biegł dalej. Odwrócił się dopiero po chwili.

– Albusie!

Gdy ślizgon podniósł głowę i obejrzał się przez ramię, z przerażeniem zarejestrował fakt, że potwór sprawia wrażenie gotowego do ataku. Wydawszy z siebie coś, co można uznać za okrzyk bojowy, przybrał pozycję dogodną do skoku. Musiał być podniecony końcówką polowania, bo zdobyczą zainteresowały się nawet wypełzające mu z oczodołów robaki.

– Ucie...! – zaczął Albus, ale został zignorowany. Morrison natychmiast zawrócił i podbiegł do niego, o wiele, wiele szybciej aniżeli przedtem uciekał, i wziął go na ręce, tak jak Lance rannego Scorpiusa; potem pobiegł w przeciwnym kierunku. – Tylko cię spowalniam! – krzyknął, dobrze wiedząc, że swoje waży, a przyjaciel nie jest zawodowym kulturystą, by bez wysiłku dźwigać ciężary.

Najgorsze, że bestia zaczęła ich doganiać.

– Żaden problem! – Vincent wycelował przez ramię.

– Jest odporny na czary! – wydusił.

– Wiem, cicho! Accidere Moblia!

Z różdżki Morrisona wyskoczyła mała, lśniąca czarna plamka, po czym poleciała w stronę stwora, który został z impetem odrzucony do tyłu, upadłszy wprost na swoją głowę.

Obrzydliwy widok.

– Ha! Ha! – Vincent zawył zwycięsko. – Nawet to bydle nie wstanie po takim... – przerwał i zatrzymał się w miejscu, a Albus stanął na własnych nogach. Kilka stóp przed nimi pojawiło się spore pęknięcie w ziemi, z którego dochodził bardzo nieprzyjemny szum, a wkrótce i czerwone światło...

Ze szczeliny wyskoczył identyczny stwór, a potem okropnie ryknął, aby ogłosić swoje przybycie. Szczelina samoistnie się zamknęła, a unoszący się wokół straszliwy, odrażający odór, o wiele paskudniejszy niż nawet wygląd stworów, powodował mdłości. Albus wymienił szybkie znaczące spojrzenie z Morrisonem i przebiegli obok niego, zanim choćby skończył wrzeszczeć. Potwór wystawił rękę i się zamachnął, przecinając powietrze wielkimi pazurami...

Albus poczuł potężny, odbierający zmysły, ból w udzie, najgorszy, jaki kiedykolwiek przyszło mu odczuwać. Nijak można było go porównać do udręki związanej z nadłamanym zębem, czy dzisiejszą, drażniącą raną dłoni. Bestia zahaczyła o jego nogę pazurami, po czym bez najmniejszego wysiłku oderwała mu kawałek mięsa. Ulicę w momencie zachlapała gorąca krew, a spodnie w ułamku sekundy stały się przemoczone. Z krzykiem upadł na ziemię i spróbował zatamować krwawienie, obejmując ranę dłońmi.

– Albusie! – Morrison natychmiast zawrócił, ale stworzenie wykazało się dobrym refleksem. Zauważyło go, gdy był wystarczająco blisko i wyrzuciło wysoko w powietrze niczym bezwładną szmacianą lalkę. Siła, którą zaprezentowało, była ponadprzeciętna. Stwór przez kilka sekund przenosił spojrzenie z jednego chłopca na drugiego, a potem podjął decyzję i odwrócił się w kierunku zranionej ofiary.

Ślizgon spanikował i spróbował się odczołgać, gdyż przetrwanie było sprawą nadrzędną. Kiedy został powalony przez ból, zgubił różdżkę. Co gorsza, podczas wcześniejszego wybuchu uderzył się w głowę i skaleczył w dłoń, a przed momentem został spowolniony przez niespodziewany atak pazurów, więc mógł ocalić życie tylko i wyłącznie przy użyciu drugiej, w miarę sprawnej ręki. Gdzie ta głupia moc, gdy była potrzebna...? Czemu w obliczu śmierci okazał się bezradny...?

Stwór pochylił się nad nim i powlókł po ulicy za nogę. Na szczęście, zdołał odzyskać różdżkę, bo drugi potwór – ten powalony zaklęciem – doszedł do zdrowia, zupełnie niewzruszony. Stworzenia wymieniły między sobą coś na kształt porozumiewawczych spojrzeń, więc najprawdopodobniej były zdolne do komunikacji, a może nawet do prowadzenia prymitywnej konwersacji.

Wszystko jawiło się w najczarniejszych barwach. Albus utknął w patowej sytuacji, niezdolny do podjęcia walki, podczas gdy Morrison wciąż leżał na ziemi – bestie wiedziały, że wygrały, a ich triumfalne świętowanie miała rozpocząć śmierć obu ofiar.

W ostatniej chwili życia przyjrzał się uważniej oprawcy. Nigdy wcześniej nie widział czegoś paskudniejszego, ale skupienie na szpetocie odciągało jego uwagę od promieniującego bólu w nodze. Najprawdziwszy absurd. Stwór był pozbawiony gałek ocznych, a płaty skóry swobodnie zwisały mu z widocznych, białawych kości, powiewając na chłodnym wietrze. Niewzruszony czujną obserwacją, potwór uniósł masywną rękę i zaprezentował długie, cienkie i szpiczaste pazury. Był zaprojektowanym, bezlitosnym mordercą.

Albus, chociaż sromotnie pokonany, zamknął oczy i z wielkim wysiłkiem spróbował unieść różdżkę, niestety nadaremnie, gdyż nim znalazła się na odpowiedniej wysokości, opadła z powrotem na ziemię. Niezdolny do obrony, zarejestrował świst wiatry, gdy kreatura nań się zamachnęła. Nie chcąc się poddawać, krzyknął pierwsze, co mu przyszło do głowy.

– Przestań! – Nie wytrzymał napięcia i się rzewnie rozpłakał. Gdy zrozumiał, że wciąż jest wśród żywych, uniósł powieki, a potem zamrugał ze zdziwienia, bo koścista dłoń zatrzymała się dosłownie kilka centymetrów przed jego twarzą. Wziął głęboki oddech, żeby uspokoić skołatane nerwy. Co się stało...? Został wysłuchany...? Czy to znaczy, że potwór był mu posłuszny...? – Pu... puść mnie! – powiedział.

Stwór rzeczywiście wykonał polecenie, a następnie odsunął się, jakby w oczekiwaniu na kolejne. Księżyc, który nagle wyszedł zza chmur, dodał mu punktów do wizualnego efektu. Ciężko było to stwierdzić, bo w sumie nie posiadał twarzy, ale w jego oczach błysnęło pewne zrozumienie.

Czy naprawdę miał nad nim władzę...?

Nie potrzebował niczego więcej. Zebrawszy siłę, przetoczył się na bok, a potem zobaczył, że Morrison zdołał wstać i znalazł sobie dobrą kryjówkę – zaszył się za koszami na śmieci, od czasu do czasu wychylając głowę, żeby zorientować się w sytuacji i wyrzucić losowy przedmiot, by odciągnąć uwagę potwora.

– Morrison! – Albus wciąż leżał na ziemi, podczas gdy kreatura stała nieruchomo. – Stwór słucha naszych poleceń! – dodał, zrozumiawszy coś istotnego. Bestie nie były istotami rozumnymi, a dobrze wykonującymi rozkazy marionetkami.

– Co? – odkrzyknął przyjaciel i popchnął jeden z pojemników tak, aby polujący nań potwór potknął się o przeszkodę.

– Stwór słucha naszych poleceń! – powtórzył. – Podejdź bliżej.

Morrison rzucił mu wymowne spojrzenie i nawet z tej odległości widać było jego sceptyczną postawę. Mimo to postanowił działać i ostrożnie, z wyciągniętymi przed siebie rękoma, zrobił kilka kroków naprzód. Zachowywał się jakby miał do czynienia z groźnym dzikim zwierzęciem.

– Prze... przestań! – wyjąkał ze strachem, gdy był wystarczająco blisko.

Stwór zmierzył go uważnym spojrzeniem, po czym się zamachnął. Vincent odskoczył w ostatnim momencie, a Albus był przekonany, że widział, jak potwór odcina mu kilka kosmyków włosów.

– CHCESZ MNIE ZABIĆ, STARY? – Morrison znów się skrył za kontenerami, a bestia wydała z siebie potężny ryk oraz rozpostarła gwałtownie ramiona.

Brunet spanikował. To niemożliwe. Czemu ta kreatura słuchała poleceń, a tamta nie...? Czyżby miał szczęście, bo wylosował ułomną? Może ta, która rzeczywiście się zatrzymała, była po prostu potulniejsza od brata? Prawdę powiedziawszy, nie miał większego wyboru, więc zaryzykował i postawił wszystko na jedną kartę.

– Po... pomóż mojemu przyjacielowi! – krzyknął, wskazując palcem zdrowej dłoni na współdomownika.

Bestia wydała z siebie okrzyk bojowy i ruszyła na pobratymca. Skoczyła jednak tak niefortunnie, że Morrison również został zwalony z nóg, przewrócił się i uderzył plecami w ścianę stojącego z tyłu budynku. Szarża musiała być naprawdę potężna, bo na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie oszołomionego. Walczące potwory upadły na ziemię, gdzie rozpoczęła się bitwa na pazury – co rusz bezlitośnie szarpały swoje ciała i wyrywały wystające kości...

Pojedynek był wyrównany. Albus nie wiedział, którą z kreatur poprosił o pomoc, ponieważ wyglądały niemal identycznie. Raz za razem rzucały się na siebie i dopiero po dłuższej chwili jedna poszła po rozum do głowy i spróbowała dosięgnąć oczu przeciwnika. Cios był na tyle potężny, że zakończył się dekapitacją. Z kościstych palców zwycięzcy skapywała ciemnozielona substancja, która mogła być odpowiednikiem gnilnej krwi. Gdy stworzenie wstało, zawyło triumfalnie.

Ślizgonowi tylko sekundę zajęło uświadomienie sobie, że przegranym był jego czempion. Bestia spojrzała wygłodniałym wzrokiem na Morrisona, a potem zlustrowała drugiego rannego. Albus stał się celem, bo nie widziała w nieprzytomnym chłopcu większego zagrożenia. 

Spróbował się odczołgać na bezpieczną odległość, ale nie był w stanie się poruszyć. Utrata krwi sprawiła, że zaczął odczuwać zawroty głowy i dziwaczne kłucie w klatce piersiowej. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś podobnego. Umierał na ulicy. Chciał otworzyć suche jak wiór usta, żeby wezwać pomocy, ale był bezsilny. Zamrugał kilkakrotnie, bo zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością.

Odpływał.

Stworzenie skoczyło naprzód, a jemu nie zostało nic innego, jak pogodzić się z nieszczęsnym losem...

I właśnie wtedy stwór eksplodował – czyjeś zaklęcie rozerwało go na strzępy. Kończyny szkieletu na moment zawisły w powietrzu, a potem opadły na ziemię, podczas gdy okolicę ochlapała gęsta zielona maź; część pozostałości po wnętrznościach wylądowała również na chłopcu.

Albus został uratowany. Niestety, zbyt wyczerpany, nie mógł nawet podnieść głowy, żeby zobaczyć twarz swojego wybawiciela. Jaki czarodziej był na tyle potężny, że jedną pojedynczą klątwą zmiótł największe zagrożenie w Hogsmeade...? Przymknął powieki, a uszy wypełnił mu niezidentyfikowany szum.

Najpewniej Harry Potter, aczkolwiek zasadniczy problem w tym, że wioskę objęto barierą antyaportacyjną, a więc tata nie zdołałby go ocalić na czas.

Fairhart! To musiał być Fairhart! Wrócił do świata żywych i używając swojej niesamowitej magii, ocalił go przed złą bestią. Takich potężnych zaklęć nie umiał przecież używać, ot tak sobie każdy...

Nim minęła chwila, Albus został podniesiony. Wciąż nie potrafił otworzyć oczu, ale czuł, że jego ubrania są przemoczone od krwi i nieprzyjemnie przyklejone do ciała. Nie czekał długo, zanim stracił przytomność.

 



[1] W Hogsmeade nie ma takiego sklepu. Został wymyślony na potrzeby opowiadania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz