Im bliżej było do wycieczki do Hogsmeade, tym więcej czasu Albus poświęcał na słuchanie o tajemniczym ostrzeżeniu od „przyjaciela”. W żaden sposób go nie zlekceważył, ale też nie rozmyślał nad nim jakoś szczególnie. Większym zainteresowaniem notatka cieszyła się wśród jego przyjaciół.
– Daj spokój, to ewidentnie Eckley – powiedział Morrison, przyciskając oko do swojego teleskopu. Była wtorkowa noc i akurat mieli astronomię, kolejną lekcję, która wydawała się niezmiernie dłużyć, nawet jeśli w rzeczywistości była całkiem krótka. – Chce zrobić po swojemu i dlatego wysłał ci ten głupi list, że niby jesteś w niebezpieczeństwie... Właśnie tak, bo jesteś blisko wyrwania dziewczyny, która mu się podoba...
– Nie jestem przekonany – odpowiedział Albus, skupiwszy się na czerwonej planecie i zaznaczywszy ją na wykresie. – Bo niby dlaczego i skąd wykombinowałby dosyć specyficznego ptaka? Czemu nie wysłałby mi wiadomości o normalnej porze, tylko czekał aż do obiadu?
Morrison westchnął.
– Nigdy wcześniej nie próbowałeś nikogo zastraszyć, stary...? Ot, dla dramatycznego efektu! Zwyczajna sowa znikłaby w tłumie, ale kruk...
– Wrona – poprawił przyjaciela Scorpius, a potem, obrzuciwszy go chłodnym spojrzeniem , z powrotem skupił się na swoim wykresie, sprawiając wrażenie głęboko zamyślonego. – Myślę, że za notką stoi Lance. Wie, że jesteś łącznikiem i dlatego chce zniechęcić cię do wycieczki. Wystarczy na niego spojrzeć, żeby zauważyć, że to nikczemny typek, który bez najmniejszych wątpliwości posunąłby się do zastraszenia niewygodnego kolegi.
Albus zmrużył oczy.
– Nie zapominaj, że z reguły to nie puchoni posuwają się do podłych sztuczek. Jeżeli mam być szczery, Lance wydaje się całkiem sympatyczny...
Scorpius wymruczał coś pod nosem.
– Zdrajca – dodał głośniej.
Albus zignorował ten przytyk. Zamiast tego skupił się na wyrażaniu własnej opinii, choć czuł, że przyjaciele wiedzą lepiej.
– Myślę, że to kruk Blackwood. – Podsumował rozważania i postawił wszystko na jedną kartę, która nie dawała mu spokoju. Postarał się też, żeby brzmieć na zdystansowanego, by chłopcy odczytali ten wniosek jako chłodną kalkulację.
Morrison przewrócił oczami, po czym przesunął swój teleskop.
– Tak, ta baba zdecydowanie jest zgorzkniałą wiedźmą – stwierdził i rozejrzał się podejrzliwie, najprawdopodobniej żeby sprawdzić, czy kobieta przypadkiem w jakiś niewytłumaczalny sposób go nie podsłuchuje, pomimo faktu, że okupowała gabinet w lochach, aż siedem pięter poniżej. – Z drugiej strony, nie widzę w tej logice za dużo sensu. Gdyby nie chciała, żebyś szedł na wycieczkę, zwyczajnie mogłaby ci zabronić opuszczenia zamku, albo wlepić szlaban za głośne oddychanie. I dlaczego właściwie chciałaby zatrzymać cię w zamku...?
– Ciężko powiedzieć, to trudne pytanie. – Wzruszył ramionami. – Z jakiegokolwiek banalnego powodu.
Scorpius pokręcił głową.
– Nie cierpię kobiety, ale za dużo próbujesz wykombinować, stary. Wiedziałem, że tak będzie, odkąd powiedziałeś nam o fotografii.
– To żaden kaprys czy przypadkowy wniosek – bronił się zawzięcie Albus. – Gdy wziąłem kopertę do rąk, spojrzała mi prosto w oczy. Wyglądała na przestraszoną i zmartwioną, jakby obawiała się, że jej nie uwierzę. A potem list się zapalił – przecież to znak mrocznego czarodzieja!
– Mrocznego Czarodzieja...? Bądźże poważny. – Scorpius wybuchnął śmiechem i zaznaczył kolejne pozycje gwiazd na swoim wykresie. – To członkini Wybawczego Aliansu Różdżek!
– Czyli organizacji zrzeszającej typki spod ciemnej gwiazdy – argumentował. – Czemu właściwie jej bronisz?
– Nie bronię – powiedział dobitnie przyjaciel. – Nie chcę, żebyś się znowu w coś mieszał. Jakby nie patrzeć, mamy o wiele ważniejsze sprawy na głowie...
Albus nie do końca wiedział, co Scorpius dokładnie ma na myśli. Możliwe, że dwie rzeczy. Z pewnością niepokoił się o Hogsmeade. Diabelski plan zniszczenia kiełkującego związku Rose i Lance'a wymagał pomocy tak zwanego łącznika, więc według opinii Malfoya, powinien skoncentrować się na priorytetach, a nie wymyślać „teorie spiskowe”.
Scorpius, równie dobrze, mógł po prostu go nastrajać, że tajemniczy wroni list naprawdę nie miał większego znaczenia i nie należało się nad nim szczególnie rozwodzić. To całkiem w jego stylu.
Z drugiej jednak strony, zdecydowanie obiektywnej, być może myślał o zbliżającym się meczu quidditcha. Wycieczka do Hogsmeade jest za cztery dni, a mecz krótko po niej. Albus (o dziwo) nie bał się starcia na boisku – miał dziwne wrażenie, że Jaimie nie był wystarczająco surowy dla swoich gryfonów. Mimo to wiedział, że nie należy lekceważyć strategii brata, który, w przypływie twórczego natchnienia, nadał jemu i Scorpiusowi przezwisko „Scrubs”.
Scorpius najprawdopodobniej również nie bagatelizował doświadczenia Jamesa Pottera.
– No dalej, celujcie w prawą obręcz! Nie widzicie, że lecę w lewo? – drwił kpiącym tonem, widząc, jak ścigający wciąż dają ciała. – Musicie obserwować obrońcę, bo obręcze są nieruchome! – mówił na treningu.
Damian Peesley rzucił więc kaflem ku prawej obręczy, używając przy tym niesamowicie dużo siły, ale Scorpius i tak był szybszy – zablokował go. Był to ich drugi trening, dwa dni przed planowaną wycieczką szkolną. Albus rezerwował boisko raz za razem, bo James podchodził do ćwiczeń zupełnie przypadkowo; nawet w oparciu o wróżbiarstwo, nie dało się przewidzieć, kiedy będzie okupował pole. Wiedział też, że profesor Blackwood nie jest zainteresowana quidditchem – nie była chętna do udzielenia mu żadnej pomocy, jeżeli chodzi o harmonogram ślizgońskich treningów.
– Scorpius ma rację! – zganił ścigających i skrzywił się na widok nadciągającej mżawki. Kropla deszczu wpadła mu prosto do oka. – Jest was trzech, współpracujcie i hop! Wszyscy musicie pilnować obrońcy. Śledźcie jego ruchy i korzystajcie z nieuwagi. Gdy odleci za daleko, pędźcie ile sił.
Ścigający chrząknęli, dając tym znak, że słyszą. Tyler Graham zrobił to tak energicznie, że niemal nie zauważył zbliżającego się tłuczka, uderzonego przez Holdera Rhawna. W samą porę udało mu się go uniknąć, choć prawie spadł miotły.
– Jak wytrzymywał Atticus...? – mruknął do siebie Albus, potrząsając głową z zażenowaniem i odwracając się, by zobaczyć, czy nikt nie podgląda treningu. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu na trybunach wypatrzył rudą głowę. Zmrużył oczy, by upewnić się, że dobrze widzi.
Hugo, wyraźnie onieśmielony, siedział na najniższych ławkach, obgryzając paznokcie. Sprawiał wrażenie malutkiego, choć mogła być to kwestia innej perspektywy. Sprawa miała podejrzany wydźwięk, bo chłopiec był już na drugim roku i co gorsza, Albus nie miał zielonego pojęcia, dlaczego i jak długo tam sterczał. Czemu nikt wcześniej nie poinformował go o gryfońskiej inwigilacji...?
– Kontynuujcie grę! – zawołał do swojej drużyny. – Pałkarze, celujcie w ścigających. Ścigający, wykiwajcie obrońcę. Róbcie to, co robiliście do tej pory.
Scorpius kiwnął mu głową, po czym z łatwością obronił kolejny strzał. Albus zrobił w tył zwrot i, z miotłą przewieszoną przez ramię, zaczął maszerować w kierunku Hugona. Był naprawdę zaciekawiony.
– Co tu robisz? – zapytał, gdy usiadł na trybunach.
– Chciałem z tobą porozmawiać – odpowiedział kuzyn, wciąż obgryzając paznokcie. – Mogę poczekać na koniec treningu....
– Śmiało, mów, co cię dręczy – zachęcił, obserwując ślizgońską drużynę z daleka. Scorpius z łatwością obronił kolejny strzał, tym razem kopiąc kafla czubkiem stopy. Upewniwszy się, że ekipa stosuje się do jego poleceń, spojrzał na gryfona. – Co tam?
Hugo zmarszczył brwi i zrobił coś nadzwyczajnego, a mianowicie kopnął leżącą przed nim grudkę ziemi.
– Hm, chciałem zapytać, czy to prawda... to znaczy, o twoim tacie i...
Albus westchnął ciężko.
– Bardzo obrywasz...? – zapytał. – Co z Fredem, Molly i Lu...?
– Nie, z nami w porządku – odpowiedział natychmiast chłopiec. – Hm, mniej więcej, bo pewnego dnia ktoś splunął na Lily...
– Co? – Albus poczerwieniał na twarzy. – Kto...? – zapytał natarczywym tonem, chociaż w pojedynkę był zupełnie bezsilny.
– Jakiś krukon – przyznał Hugo. – Teraz jest nawet dobrze, a tamten wylądował w skrzydle szpitalnym. James roztoczył nad nim szczególną opiekę...
– Och. – Westchnął, skołowany. – Hm, odnośnie twoich niepokojów... ostatnio nie rozmawiam za bardzo z moim tatą, ale... ten „Chłopiec, Który Się Ukrył” to zwykłe kłamstwo. Nie trzeba się martwić, bo po prostu szukają wymówek, żeby mieć na kogo zwalić winę za swoje niepowodzenia. Ludzie potrzebują kozła ofiarnego – wyjaśnił i poczochrał włosy kuzyna.
Gryfon przytaknął.
– A co z moim tatą...?
– Z wujkiem Ronem...? – Uśmiechnął się Albus. – Wujek nigdy przed nikim nie uciekał! Oczywiście, nie licząc twojej mamy.
Hugo roześmiał się i w końcu trochę rozpogodził.
– Dlaczego siedzisz na niższych kondygnacjach trybun? – zapytał ślizgon, mimo wszystko chcąc trzymać kuzyna z daleka od swojej drużyny, zanim ta, zdenerwowana miernymi efektami treningów, na niego naskoczy za zbytnie pouchwalanie się z kapitanem i cichą inwigilację.
– Mam lęk wysokości. Wyższe miejsca trochę mnie przerażają – przyznał Hugo, wzruszając ramionami. – Fred mnie trochę wyśmiewa, ale... jakoś sobie radzę.
Albus lekko zmarszczył brwi i się pochylił.
– Zdradzę ci najpilniej strzeżony sekret. Zanim zacząłem latać też się bałem dużych wysokości. Gdy podczas meczów chciałem siadać niżej, mój przyjaciel, Morrison, upierał się na miejsca w środkowych rzędach. Muszę przyznać, że ta strategia się sprawdziła i poniekąd dzięki niemu zwalczyłem swój strach – powiedział konspiracyjnym tonem. – Spróbuj usiąść w drugim lub trzecim rzędzie. Zobaczysz, że z czasem do wszystkiego się przyzwyczaisz.
Hugo skinął niepewnie głową i wszedł na trybunę wyżej, wcale nie wyglądając na mniej przestraszonego. Albus uśmiechnął się promiennie, po czym pobiegł z powrotem na boisko.
– Dobra, dobra, jeszcze kilka razy! Pałkarze skupią się na jednym, wybranym przez siebie graczu i spróbują postawić go przed ścianą. Potem nastąpi zmiana. Chcę zobaczyć choć jeden Zwis Leniwca[1]...
Nawet z quidditchem, zajmującym ważne miejsce w głowie, Hogsmeade wciąż było wielkim wydarzeniem. W dzień wycieczki Albus ostrożnie wybierał swój strój, Scorpius zresztą tak samo. Jakby nie patrzeć, w końcu umówił się na prawie randkę z Mirrą. To był wielki dzień. Po zeszłorocznej katastrofie wreszcie mógł na coś liczyć.
Z przyjaciółmi spotkał się w pokoju wspólnym. Żałował tylko, że nie wyjrzał wcześniej przez okno i nie wiedział dokładnie, jaka ma być pogoda.
– Najprawdopodobniej będzie zimno – powiedział Morrison, odchylając się jakby od niechcenia na jednym z kamiennych foteli. – No wiesz, jest listopad.
– Myślisz, że potrzebuję kurtki? – zapytał Albus, poprawiając swój kołnierzyk. – Nie chcę przyćmić nią mojej koszuli.
Morrison się zagapił.
– W życiu nie widziałem bardziej oryginalnego wdzianka. Najnowszy krzyk mody – zwykła, zielona koszula.
– Nie zwyczajna, bo z kołnierzykiem – podkreślił. – Jest bardzo gustowna i elegancka. Podkreśla kolor moich oczu.
– Och, tak. Ten kolor jest drugim najpopularniejszym po groszkach. – Uśmiechnął się sarkastycznie Vincent. – Dlaczego po prostu nie wskoczysz w pierwszy lepszy kombinezon, skoro ubrałeś się w ten sposób? Serio, stary...?
Zanim brunet wymyślił satysfakcjonującą odpowiedź, przerwał im Scorpius.
– Stop, stop. Musimy się skupić. Czy wszyscy wszystko wiedzą? – zapytał. – Moim zadaniem jest ostudzić motywację Lance’a. Albusie?
Przewrócił oczami – ślęczeli nad schematem planu bitą godzinę zeszłej nocy. Zdecydowanie przepracowali wszelkie scenariusze.
– Oddzielam gryfonów od Lance'a, żebyś ty mógł przystąpić do pracy.
– Zgadza się. Morrison?
– Nie odzywam się niepytany. – Uśmiechnął się Vincent.
– Dokładnie, czyli wszystko jest jasne – powiedział Scorpius z zaciekłym wyrazem twarzy, poprawiając swoje zaczesane do tyłu włosy. – Zmień tę zieloną koszulę, stary. Jest nijaka.
Ostatecznie stroili się ponad godzinę. Zniecierpliwiony Morrison posunął się nawet do gróźb, że jak tak dalej pójdzie, to on dołoży starań, aby szli do wioski na golasa. Albus miał jednak jeszcze jedną sprawę i zdecydował się podjąć temat, jak wchodzili do Wielkiej Sali.
– Mamy pewność co do tego ostrzeżenia, prawda? – Spróbował rozwiać wątpliwości. – To była tylko próba zmuszenia mnie do zmiany planów, prawda? Nie ma żadnego prawdziwego zagrożenia, prawda?
Morrison zaczął układać sobie na talerzu naleśniki, kiedy wciąż stali. Gdy usiedli, w jego ustach wylądował pierwszy widelec.
– Stary, to jedyne sensowne wyjaśnienie – stwierdził uspokajająco. – Gdybyś naprawdę był w niebezpieczeństwie, to „przyjaciel” nie byłby dzieciakiem i normalnie podpisał się imieniem i nazwiskiem. Tylko żartownisie robią inaczej. Gdyby „zagrożenie” było realne, tajemniczy nadawca listu podałby też argumentację.
– Ma rację – powiedział Scorpius, starannie układając sobie jajko na toście; chciał, żeby było idealnie dopasowane. Kiedy skończył, wytrzeszczył oczy. – O kurna, Morrison ma rację. Czy to... czy to sen? – zapytał z drwiącym uśmiechem.
Vincent zignorował przytyk i kontynuował swój wywód.
– Poza tym, ostrzeżenie ma sens tylko wtedy, kiedy założymy, że „przyjaciel” nie chce cię widzieć w Hogsmeade z innego powodu, niż to całe „wielkie niebezpieczeństwo”; chce, żebyś wycieczkę przesiedział w zamku. Jakby na to nie patrzeć, w wiosce będzie nawet bezpieczniej niż tutaj, bo „przyjaciel” pragnie czegoś niezwiązanego z Hogsmeade.
– No, niby racja... – zgodził się Albus.
– Niemniej jednak żart jest marny – dodał Scorpius. – Lance jest kiepski w robieniu dowcipów, prawda?
– Nie, nie, Eckley... – Morrison potrząsnął głową.
– Nie ustaliliśmy tożsamości mojego „przyjaciela” – uspokoił chłopców Albus, przyglądając się pełnemu talerzowi jedzenia. Nie mógł nic przełknąć. Dlaczego był taki zdenerwowany? Wcześniej nie roztrząsał tajemniczego listu, a przecież stanowił wyraźne ostrzeżenie. Najgorsze, że nie mógł się na niczym innym skoncentrować, a powinien zastanawiać się nad rozegraniem sprawy z Mirrą. – Po prostu... – kontynuował. – Ostatnim razem jak poszedłem do Hogsmeade, to faktycznie byłem w niebezpieczeństwie i jeszcze wszystkich naraziłem.
Po tych słowach przy stole zapadła cisza, tak przytłaczająca, że nawet okoliczne rozmowy sprawiały wrażenie cichszych, aniżeli zazwyczaj.
Obaj przyjaciele spojrzeli na niego uważnie.
– Stary, zeszły rok to zeszły rok – powiedział po dłuższej chwili Morrison. – Nie żyj przeszłością. Ta wycieczka będzie się różnić od poprzedniej.
– Dokładnie. Teraz mamy dodatkową ochronę i będziemy w wiosce dużo większą grupą. Nikt cię nie ściga, stary. Nie tym razem. I nie przejmuj się bagnem z Diablim Aliansem – potwierdził łagodnie Scorpius. – Spędźmy miło czas.
Albus kiwnął głową i już po chwili Neville zaczął nawoływać dzieciaki do wyjścia z zamku.
– Trzeci rok i wyżej! – krzyczał opiekun Gryffindoru. – Pamiętajcie, że bez podpisanej zgody zostajecie w zamku. Zasady to zasady.
– Czy to prawda, że będziemy mieć dodatkową ochronę? – zapytała jakaś mała dziewczynka, kiedy uczniowie zaczęli się tłoczyć w jednym miejscu.
– Dokładnie. Będę w Hogsmeade, podobnie jak inni nauczyciele oraz przedstawiciele Ministerstwa Magii. – powiedział profesor Longbottom. – Spokojnie, będziecie bezpieczni – dodał pompatycznie.
– Wszyscy gotowi? – zapytał ktoś z tyłu. Albus odwrócił się i zobaczył Mirrę razem z grupką gryfonów. Zmarszczył brwi, gdy zobaczył, w co dziewczyna była ubrana. W zeszłym roku miała na sobie bardzo przyjemny dla oka strój, a teraz zaledwie standardowy ubiór. Żaden gryfon się nie wyróżniał – nawet Eckley zrezygnował ze swoich zwyczajowych czerwonych nauszników.
– Tak, gotowi – odpowiedział Scorpius i całą siódemką podeszli do drzwi wyjściowych.
– O której Lance ma się z nami spotkać? – zapytał swojej kuzynki Albus, gdy już wychodzili. Malfoy kazał mu zadać to pytanie od razu, na początku wyprawy.
– Za jakiś czas – odpowiedziała Rose. Jej włosy wściekle powiewały na wietrze. – Trochę sobie pochodzimy, a potem spotkamy się w Trzech Miotłach. Lance jest bardzo popularny – dodała z zadowoleniem.
– Mhm – mruknął, nie potrafiąc wykrzesać z siebie za dużo entuzjazmu.
Spacer był dość dziwaczny i nawet pogoda im nie sprzyjała. Zazwyczaj w takie zimno każdy brodził w śniegu opatulony od stóp do głów, z rękoma w kieszeniach i szalikiem zakrywającym niemal całą twarz. Teraz jednak nie było żadnego śniegu – pozostał tylko przeraźliwy chłód i okropny wiatr, który niemal przewrócił Albusa kilka razy. Jeśli miał być szczery, to niestety nie ocenił dobrze pogody. Oprócz kurtki nie miał na sobie nic więcej. Jego myśli mimowolnie powędrowały do zeszłego roku, kiedy to było na tyle mroźno, że Eckley objął ramieniem swoją dziewczynę. W tym roku na szczęście, nic takiego nie będzie miało miejsca.
Grupa była w większości milcząca. Albus próbował zainicjować rozmowę z Mirrą, ale wydawało mu się, że nie jest w stanie wymyślić nic interesującego. Zazwyczaj pomagali mu w tym przyjaciele, ale teraz było inaczej. Morrison wydawał się niepewny czegokolwiek, zaś Scorpius przez całą drogę oglądał ziemię pod swoimi stopami. Mówiła przede wszystkim Rose.
– Potem ja i Lance nieco się od was oderwiemy – chcemy zobaczyć Wrzeszczącą Chatę. Zwykłe tam nie chodzę, bo wygląda naprawdę okropnie z daleka, ale Lance mówi, że z bliska to całkiem inny widok. Podobno niesamowity. To jedno z najpopularniejszych miejsc w Hogsmeade od ponad pięćdziesięciu lat...
Albus miał jej dość już w połowie drogi. Niemal odetchnął z ulgą, gdy dotarli do czarodziejskiej wioski. Ruchliwe ulice i jaskrawe sklepy dały im wreszcie temat do rozmowy. Kiedy przystanęli, postanowili się naradzić.
– Najpierw Miodowe Królestwo? – zapytał Morrison, wskazując na najbliższy im sklep ze słodyczami.
– Powinniśmy głosować – powiedziała autorytarnie Rose, na co Vincent przewrócił oczami.
– Czy wszyscy popierają wejście do ciepłego miejsca tak szybko, jak to możliwe? – zapytał, unosząc wysoko rękę. Wszyscy się roześmiali – z wyjątkiem Eckleya i Hornsbrooka, po czym weszli do sklepu.
Pomysł Morrisona okazał się strzałem w dziesiątkę. Nim minęła dłuższa chwila, Albus rozpoczął rozmowę z Mirrą.
– No chodź, spróbuj – zaśmiał się szczerze.
– Nie! – zachichotała dziewczyna. – Nie!
Chłopiec machnął jej kwachem[2] przed twarzą.
– Te lizaki naprawdę nie są takie złe. James kiedyś podpuścił mnie, żebym zjadł trzy pod rząd.
– Z twoimi ustami wszystko było okej? – zaśmiała się zaciekawiona.
– Och, gdzie tam – powiedział. – Miałem wielką dziurę w języku...
Mirra roześmiała się głośno i podniosła Musy-Świstusy.
– To najlepsze słodycze w sklepie – powiedziała. – Jak zjesz kilka sztuk, to będziesz się unosił nad ziemią.
Albus zaśmiał się cicho.
– Nie muszę jeść lewitujących słodyczy. Mogę latać, kiedy tylko chcę...
– Nie lepiej niż James – skomentowała bezczelnie Mirra.
– No proszę cię...!
Sprzeczali się jeszcze chwilę, podczas gdy Morrison kupował wielki kawałek słynnej ciemnej czekolady Honeydukes. Albus odwrócił się do Scorpiusa, oczekując, że zobaczy, jak przyjaciel ciężko pracuje, ale się rozczarował. Malfoy był sam, a Rose rozmawiała z Eckleyem i Hornsbrookiem, którzy wydawali się bardzo zadowoleni z poświęcanej im uwagi. Dopiero wtedy zrozumiał, że przyjaciel postępował słusznie – jego dzisiejszym celem nie było zbliżenie się do Rose, a odciągnięcie od niej Lance’a.
Potem poszli do sklepu Scrivenshafta, gdzie dziewczyny kupiły nowe pióra i atramenty zmieniające kolor. Albus nie mógł sobie nawet wyobrazić, na co coś takiego mogłoby się przydać, ale dobrze się bawił, widząc Morrisona nakładającego sobie na usta różnego rodzaju pióra i udającego, że ma bujne wąsy.
– Prawie takie same jak te twoje fałszywki, nie? – mruknął do niego, gdy nikogo nie było w pobliżu. Morrison wzruszył ramionami i przyłożył do twarzy kolejne, tym razem różowe pióro.
Następnie weszli do Derwisza i Bangesa, ponieważ Hornsbrook czegoś potrzebował. Gdy już załatwili wszystkie sprawy, skierowali się do Trzech Mioteł, czyli na miejsce spotkania z Lance’em. Rose nie mogła iść spokojnie. Wydawała się być wręcz oszołomiona na myśl o prawie randce z chłopakiem.
Zanim weszli do pubu, Albus wymienił spojrzenia z przyjaciółmi.
Nadszedł czas.
Lance czekał w środku. Nie wystroił się, chociaż w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia. Tym lepiej. Wciąż nie związał włosów, a jego twarz zdobił przyjazny uśmiech. Gdyby się nie ruszał, przypominałby statyczny, piękny obraz. Chłopak opierał się o krzesło przy pustym stole – najwyraźniej zarezerwował miejsca dla wszystkich i gdy podeszli bliżej, od razu zwrócił się do barmana.
– Poproszę osiem kremowych – powiedział, wyciągając pieniądze z kieszeni.
– Nie musisz tego robić. – Albus od razu poczuł się winny najgorszej zbrodni.
– Przynajmniej tyle mogę – stwierdził uprzejmie Lance i zapłacił.
– Wiesz, zamiast tego... – odpowiedział, ale został całkowicie zignorowany, a temat definitywnie zakończył wciśnięty do ręki drewniany kufel.
Rose zajęła miejsce obok obiektu swoich westchnień, zanim ktokolwiek inny zdołał usiąść. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, niezręcznie patrząc na kremowe piwo.
– Co myślicie o Blackwood? – zapytał wszem wobec Lance.
Albus musiał przyznać, że to był doskonały pomysł, żeby wciągnąć wszystkich w rozmowę. Uskarżali się pełną parą i tylko Hornsbrook podejrzanie milczał. Rose narzekała, że odpowiada poprawnie na zadawane pytania i nie dostaje za to punktów, Morrison na temat swojego odrzucenia, zaś Mirra i Albus komentowali niemożliwość partnerstwa na zajęciach. Temat eliksirów pokierował ich na inne przedmioty szkolne. Niemal wszyscy dobrze się bawili.
– Mugoloznawstwo – powiedział Albus sekundę po tym, jak zostało zadane pytanie o najnudniejsze lekcje. – I pomyśleć, że wcześniej byłem przekonany, że historia magii...
– Jak możesz tak mówić? – zapytała Rose, wcinając mu się w zdanie. – Przecież historia magii jest po prostu fascynująca!
– Nie skłamałem, mugoloznawstwo jest niesamowicie nudne – odpowiedział. – Normalnie nie mogę... – przerwał, z trudem powstrzymując cisnący się na usta uśmiech. – Ciężko jest się uczyć o rzeczach, które nigdy się nie przydadzą. Pamiętasz ten papierek na elektryczność, Scorpius? – spytał, szturchając przyjaciela w żebra.
– Hm? – mruknął nieco oszołomiony blondyn.
– Och, też chodzisz na mugoloznawstwo, Scorp? – zapytał Lance.
Hornsbrook i Eckley zachichotali, a Scorpius spojrzał na Lance’a z wielką niechęcią. Albus wiedział dlaczego, nie musiał nawet zgadywać. Malfoy naprawdę nie znosił, gdy zdrobniano jego imię. Lance, naturalnie, nie mógł o tym wiedzieć, co nie zmienia faktu, że nie zostanie mu wybaczone. Zanim zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, ślizgon upił łyk kremowego, właściwie, opróżniając na raz cały kufel. Gdy skończył, odłożył go z trzaskiem na stół.
– Tak – burknął, a reszta grupki ucichła, wyraźnie zdekoncentrowana.
– Naprawdę jest tak źle jak opowiada nam Albus? – drążył Lance, najwyraźniej niezrażony wzrokiem godnym bazyliszka i zdawkowymi bąknięciami.
– Tak – powtórzył tym samym tonem Malfoy.
– Czyli zajęcia zmieniły trochę kierunek. – Disona wzruszył ramionami. – Dostałem O na SUMach. Odpuściłem sobie, żeby móc bardziej skupić się na innych przedmiotach. Jeśli będziecie potrzebować pomocy, śmiało możecie do mnie uderzać, chłopaki.
– Dzięki wielkie – wycedził przez zaciśnięte zęby Scorpius. Jak Lance mógł nie zauważyć jego ciskających pioruny oczu?
Od dalszego ciągu niezręcznej sytuacji uratował ich znajomy głos.
– W porządku, ferajno?
Albus spojrzał do góry i zobaczył Jamesa. Nie przejmując się innymi, gryfon podszedł do sąsiedniego stołu i zwinął jedno krzesło, zapewne zarezerwowane dla czwartej osoby. Pozostała trójka uczniów próbowała mu w tym przeszkodzić, zwracając delikatnie uwagę, ale Jamie zupełnie zignorował. Gdy dosiadł się do mieszanego stolika, bez krępacji włączył się do rozmowy, nieświadomie rozładowując napięcie.
– Na zewnątrz zimniej, co? Wiedziałem, że będziecie tutaj – powiedział i klepnął młodszego brata po ramieniu; potem wyciągnął rękę do Disony. W ciągu kilku chwil okazało się, że James i Lance znają się lepiej niż Albus wcześniej przypuszczał. Przez parę minut wspominali stare, dobre czasy.
– Bezcenne – wydukał puchon, wycierając łzę śmiechu z oka. Właśnie opowiedzieli wszem wobec historię o tym, jak profesorowi Handitowi spadły spodnie podczas jednej z lekcji. – Och, a to? – Uśmiechnął się, opierając dłoń o stół. – Czy pamiętasz, jak na drugim roku wyzwałem cię, żebyś roztopił tamtą klamkę?
James się wzdrygnął, a Albus roześmiał. Znał ten kawał z autopsji – brat omyłkowo podpalił wówczas cały korytarz, za co nieźle mu się oberwało. W zamian zdziwiło go, że Lance również był w sprawę zaangażowany. Tknięty przeczuciem, spojrzał przelotnie na Scorpiusa, żeby sprawdzić, czy on też się śmieje, ale przyjaciel miał na twarzy kamienną maskę. Nie ciężko było zrozumieć, nad czym główkuje. Czy naprawdę wszyscy uwielbiali Lance'a...?
Wbrew powszechnej opinii, niekoniecznie. Odkąd weszli do pubu, Eckley i Hornsbrook także zachowali milczenie. Obaj wydawali się niezadowoleni z faktu, że to starszy kolega przyciągał więcej uwagi. Ze wszystkich to Rose i James mówili najwięcej, zaś Mirra przysłuchiwała się opowiastkom i wspominkom z szerokim uśmiechem na twarzy. Na żadną z tych rzeczy nie sposób było czegoś poradzić, a akcja Scorpiusa opierała się głównie na interwencji Albusa.
Może nadszedł czas, aby wprowadzić plan w życie?
– O! – wykrzyknął nagle Jaimie, gdy w drzwiach dostrzegł bardzo ładną dziewczynę. – Matylda... Maya! – automatycznie się poprawił. – Muszę spadać, wesoła ferajno – powiedział, po czym wstał i przybił piątki wszystkim kolegom; koleżankom zaś pomachał.
Lance otarł ostatnią łzę.
– Ciągle tęsknię za tym gościem – powiedział, kręcąc głową. – Kiedyś Gryffindor miał z Hufflepuffem naprawdę dużo zajęć, a teraz kiedy zapisaliśmy się na inne przedmioty, nie mamy za czasu na spotkanka. – wyjaśnił, po czym upił łyk kremowego. Na chwilę zamilkł, a potem, gdy podniósł głowę, w pełni skupił się na Albusie. – Chciałbym postawić sprawę jasno, stary. Wolałbym nawet o tym nie wspominać, ale czuję, że muszę. Czytałem PROROKA CODZIENNEGO i nie wierzę w ani jedno słowo, jakie napisali o Harrym Potterze. Myślę, że Ministerstwo Magii zawsze szuka winnego nie tam, gdzie powinno. To prawdziwa parodia sprawiedliwości.
Albus zmarszczył brwi i powoli mu przytaknął. Czemu tak właściwie miał nie lubić Lance’a...?
– Wspierasz Wybawczy Alians Różdżek? – zapytał Hornsbrook, na co ślizgon niemalże podskoczył w miejscu. Odzwyczaił się od barwy jego głosu i był zaskoczony, że jednak postanowił przyłączyć się do rozmowy.
Puchon wzruszył ramionami.
– Nie popieram, ale też nie sprzeciwiam się idei. Jestem neutralny. Chciałbym, żeby ten zamęt się skończył.
Rose z entuzjazmem pokiwała głową, cała w skowronkach. Morrison milczał, czyli sukcesywnie realizował plan. Spojrzawszy na Scorpiusa, Albus zdecydował, że czas zacząć działać.
– Czy mogę z tobą porozmawiać w kąciku, Rose...? – zagaił. – Bez obrazy, to prywatna sprawa – dodał. – Chodzi o mojego tatę.
– Żaden problem. – Uśmiechnął się łagodnie Lance i machnął ręką. – Śmiało.
Sprawiając wrażenie zaintrygowanej niecodzienną propozycją, dziewczyna wstała z miejsca. Albus wymienił szybkie, znaczące spojrzenie ze Scorpiusem, po czym poszedł z kuzynką do kącika pubu.
– Co się dzieje? – zapytała, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu.
– Nie zamierzam cię okłamywać – zaczął, dając sobie mentalnego kopniaka w tyłek. – Nie chciałem porozmawiać o moim tacie, tylko o tobie – syknął.
– Co? Nie rozumiem...
– Litości, Rose – powiedział. – Wiem, że podoba ci się Lance. Wystarczy spojrzeć, to oczywiste, ale radzisz sobie po prostu fatalnie.
Dziewczyna się zaczerwieniła, a jej oczy niebezpiecznie się zaszkliły. Wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem, przez co Albus ogarnęło poczucie winy. Czemu pozwolił się wciągnąć w tę maskaradę...?
– Co robię źle...? – zapytała, podłamana.
Westchnął ciężko.
– Przytłaczasz go, Rose.
– Co? W jaki sposób...?
– Zaprosiłaś go do Trzech Mioteł. Lance musiał zrezygnować ze spotkania z przyjaciółmi na koszt przebywania z ludźmi, których praktycznie nie zna. O czym ma rozmawiać na przykład z Morrisonem? – improwizował. – Widzisz, jak czuje się niekomfortowo? Bez przerwy paplasz, a on... zaczyna odczuwać presję. No dalej, zerknij na niego. Naprawdę nie widzisz, jak bardzo jest zdenerwowany...?
Oboje się odwrócili. Lance siedział wygodnie na krześle, wyraźnie zrelaksowany i popijał piwko kremowe, aktualnie pogrążony w rozmowie z Eckleyem.
– No nieszczególnie...
– Nie doszukujesz się drugiego dna, Rose. – Albus nie mógł uwierzyć, że kuzynka tak chętnie łapie haczyk. Czy naprawdę kłamał przekonująco...? Zaniepokojenie własną nikczemnością osiadło mu na żołądku. – Właśnie w ten sposób faceci ukrywają swoje prawdziwe uczucia. To, co obecnie widzisz, to fasada. Lance zaczyna się zastanawiać, co tutaj właściwie robi...
Kuzynka przysunęła dłoń do ust i zaczęła obgryzać paznokcie. W nerwach naprawdę przypominała Hugona.
– Co powinnam zrobić...? – zapytała, spanikowana. – Nie znam się na chłopcach.
– Wiem – powiedział spokojnie. – Spokojnie, służę pomocą. Musisz postępować według moich instrukcji, dobrze?
Rose natychmiast skinęła głową.
– Po pierwsze i najważniejsze, jakby ktoś się zainteresował, naprawdę rozmawialiśmy o moim tacie. Po drugie... myślę, że musisz wyjść.
– Co...? – wydukała niepewnie.
– Zgadza się. Weź ze sobą Ec... Charliego i Donny'ego. Mirrę też. Gryfonów. Lance'a zostaw z nam.
– Dlaczego? – zapytała.
Albus prawie zaniemówił. Jeszcze nigdy nie miał równie wielkiej przewagi nad Rose. To wręcz nieprawdopodobne, jak dobrze mu szło.
Czy naprawdę był mistrzem kłamstwa, oszustwa i manipulacji...?
– To facet, Rose. Chce odpocząć, trochę pogadać o quidditchu, odetchnąć i uspokoić nerwy. Posiadówka w Trzech Miotłach nie przypomina randki, a wiesz, normalnemu spotkaniu nie powinna towarzyszyć żadna presja. Jak wrócisz, on będzie wypoczęty i atmosfera nieco się oczyści. Nie zawal sprawy – nie możesz zachowywać się podejrzanie, bo to wskazywałoby palcem na mnie. Myślę, że jakieś dwadzieścia minut wystarczy. My w międzyczasie spróbujemy go przekonać, że nie ma powodu do niepokoju, nie musi się spinać i udawać wyluzowanego twardziela. Udowodnimy mu, że jesteśmy na zwyczajnej, całkowicie niewinnej wycieczce do Hogsmeade. Zrozumiałaś?
Kuzynka pokiwała głową, a serce Albusa na moment stanęło. Scorpius z pewnością będzie zadowolony, ale czy on jest...? Czy był potworem...?
Rose z furią wytarła oczy i dopiero wtedy zdecydowali się wrócić do stołu. Pogawędzili jeszcze przez kilka minut o tym, z jakimi zwierzętami Lance miał styczność na opiece nad magicznymi stworzeniami, po czym dziewczyna przystąpiła do działania.
– O kurczę! – powiedziała. – Właśnie sobie przypomniałam, że miałam iść na pocztę coś wysłać... znaczy, list do mojego taty. – Rzuciła okiem na Albusa. – Mirra, pójdziesz ze mną?
– Hm, jasne – odpowiedziała przyjaciółka, chociaż wyglądała na wyraźnie zaintrygowaną. – Ale nie pamiętam, żebyś mówiła coś o jakimś...
– Na was też mogę liczyć, chłopaki? – przerwała jej Rose, patrząc na Eckleya i Hornsbrooka. Obaj wzruszyli ramionami i wstali. Najwyraźniej nie interesowała ich przyczyna nagłego zrywu. Lance też wstał. – Nie! – zatrzymała go. – Nie skończyłeś jeszcze swojego kremowego!
Albus miał ochotę uderzyć się w czoło. Rose była taka subtelna... W gruncie rzeczy nikt jeszcze nie opróżnił kufla, ale Lance nie zwrócił na to większej uwagi.
– Jesteś pewna? – zapytał.
– Tak, zaraz wrócimy. To nie potrwa długo – odpowiedziała stanowczo. – Kiedy nas nie będzie, dokończcie sobie.
Gdy wyszli z pubu, Albus poczuł mdłości. Wiedział, co będzie dalej. Scorpius musi teraz dobrze rozegrać swoje karty.
Malfoy wyraźnie odetchnął z ulgą. Nawet usiadł wygodniej – do tej pory siedział niczym na szpilkach. Wyglądał na bezprecedensowego zwycięzcę. Pociągnął łyk piwa z praktycznie pustego kufla i spojrzał na puchona niczym wilk na swoją ofiarę.
W tym momencie siedzenie przy stole wydało się Albusowi niesamowicie niewygodne. Zżerało go poczucie winy. Disona z kolei wciąż zachowywał się radośnie – bez wątpienia był prawdziwym facetem.
– Więc, Lance... – zagaił Scorpius, bawiąc się kuflem. – To wasza pierwsza randka?
Albus rzucił przyjacielowi szybkie, lekko przestraszone spojrzenie. Nie spodziewał się tak bezpośredniego podejścia. Przecież Scorpius był ślizgonem! Nie mógł rozegrać sprawy w ten sposób!
– Co? – zapytał puchon, sprawiając wrażenie prawdziwie otumanionego.
– Daj spokój, wszyscy jesteśmy facetami i żaden z nas nie jest w ciemię bity. – Uśmiechnął się Scorpius. – To twoja pierwsza randka z Rose?
– Chyba tak... A co? – powiedział po chwili Lance, nadal wyglądając na nieco wstrząśniętego.
– Bez szczególnego powodu. – Malfoy przybrał szyderczą postawę. Był pewien swego. – Po prostu... cieszę się, że Rose chce się znowu w to pakować. Naprawdę.
Albus spojrzał dziwnie na Scorpiusa i zobaczył, że Morrison zrobił dokładnie to samo.
– Co? – Lance pochylił się do przodu, wyglądając teraz na naprawdę skonfundowanego. – Chyba nie rozumiem, do czego dążysz.
– Cóż. – Scorpius wyglądał na uosobienie niewinności. – Jeżeli jesteśmy w kwestii randek, to cieszę się, że doszła do siebie, zwłaszcza po tym zamieszaniu z jej ostatnim chłopakiem.
– Jakim ostatnim chłopaku? – Lance zmrużył oczy.
Malfoy wytrzeszczył oczy.
– Och, nieważne.
– Nie, nie, możesz mi powiedzieć...
Albus miał ochotę ukryć twarz w dłoniach. Jak można być tak naiwnym? Był też pod wrażeniem umiejętności manipulacyjnych Scorpiusa – grał doskonale.
– Nic, nic – odparł szybko Malfoy. – Wybacz, ale naprawdę nie powinienem paplać... Założyłem, że Rose ci powiedziała, to nic wielkiego...
– No powiedz. – Lance się nie poddawał. – Co nie jest niczym wielkim? – dopytywał i w tym momencie nawet jego blond włosy wydawały się niedoskonałe. Najwyraźniej udzieliła mu się konsternacja.
– Słuchaj, nie powinienem tego mówić. Ja i mój wielki dziób... Zawsze coś chlapnę... Jesteś dość odważny, to znaczy... Przepraszam...
– No mów – zaczął naciskać puchon, którego zaciekawienie przemieniło się w strach.
Scorpius spojrzał na niego, wyglądając na naprawdę niezdecydowanego. Otworzył usta i szybko je zamknął. Koniec końców pochylił się lekko do przodu, mając na twarzy zmieszaną minę. To było doskonałe. Sposób, w jaki się poruszał, sposób, w jaki mówił, a nawet sposób, w jaki mrugał – Albus był pod wielkim wrażeniem. Nawet subtelne ruchy dłonią czy przechylenie głowy – Malfoy był piekielnym geniuszem! Wszystko było takie wyćwiczone, dopracowane. Jeśli miał być szczery, gdyby nie wiedział lepiej, to założyłby, że przyjaciel trenował do przedstawienia dziś rano przed lustrem.
– No dobrze, stary, chociaż naprawdę ciężko mi zdradzać zaufanie wieloletniej przyjaciółki... – stwierdził po dłuższej chwili Scorpius; mówił cicho, ale jednocześnie dramatycznie. – Wiesz pewnie, że Ron Weasley, tata Rose niezbyt entuzjastycznie podchodzi do jej chłopaków, prawda? Jest aurorem.
– Tak, słyszałem – stwierdził Lance. – Mówiła też, że jest miły i zabawny...
– Właśnie, to wspaniały ojciec! Aż za dobry. Jest nieco nadopiekuńczy... – powiedział Scorpius. – Ostatni chłopak Rose już skończył szkołę. Wątpię, by kiedykolwiek w ogóle miała o nim wspominać...
– Co z nim...? – drążył Lance, wyraźnie zaniepokojony. Strach odzwierciedlał się również w jego błyszczących od nadmiaru emocji oczach.
Albus mimowolnie zaczął mu współczuć i nurzać się w poczuciu winy. To wszystko aż nazbyt przypominało jedno wielkie pranie mózgu. Scorpius zdecydowanie wiedział, co robi. Był tak wspaniałym aktorem, że prawie przekonał ślizgonów, że Rose była wcześniej w związku.
– To nieistotne, ale lepiej o nim nie wspominać – powiedział szybko Malfoy. – Też tak myślisz, prawda, Albusie?
Zmierzył przyjaciela twardym wzrokiem. Czym innym było odciągnięcie Rose od Lance'a i danie przyjacielowi wolnej ręki do działania, a czym innym było bezpośrednie wciąganie go w gierkę. Scorpius posunął się za daleko. W tym momencie poprosił go o pomoc w pociągnięciu tego złośliwego, niesamowicie dobrze skonstruowanego kłamstwa...
Co miał teraz zrobić? Co powinien zrobić? Przerwać to wszystko? Wyznać Lance'owi prawdę?
Morrison spojrzał na niego z nieskrywaną ciekawością.
– Ano. – Ugiął się pod presją i zwiesił głowę. Nie chciał, żeby zdradził go udręczony wyraz twarzy. W życiu nie był bardziej zdegustowany własnym postępowaniem. – Lepiej o tym nie wspominać. Nie było zbyt dobrze... – wymamrotał pod nosem.
Po potwierdzeniu swoich słów Scorpius kontynuował maskaradę.
– Nie strzelam ci w kolano, stary – dodał szybko, podczas gdy Lance rzucił mu przerażone spojrzenie. – Mówię tylko, że to wspaniałe, że Rose w końcu wróciła do tematu randek. Wspieram cię całym sercem, stary. Jesteś mega odważny – dodał.
Puchon zamrugał, najwyraźniej przetwarzając nowo zdobyte informacje. Jego oczy straciły przyjazny wyraz. Został skutecznie oszukany. Albus miał wielką nadzieję, że zaraz zapadnie kurtyna.
– Co więcej, Rose też potrafi nieraz zaleźć za skórę – kontynuował przyjaciel, a brunet wewnętrznie jęknął. Za ile syfu będzie jeszcze odpowiedzialny?
– Co masz na myśli...? Przecież jest miła...
– Oszem, jest wspaniała! Miła, zabawna, inteligentna, urocza i w ogóle... – powiedział blondyn, unosząc ręce w górę w niewinnym geście. – Mówię o jej złych dniach, stary.
– Jakie znowu złe dni...? – zapytał Lance, spoglądając na Albusa, który nie chciał mu patrzeć w oczy i spuścił wzrok, zaciskając usta. Ewidentnie szukał u niego potwierdzenia kolejnej porcji informacji.
– Nie musisz udawać, stary – kontynuował Scorpius. – Spędzasz z nią przecież masę czasu...
Lance pokręcił przecząco głową. Brunet po raz kolejny żałował, że nie może ukryć twarzy w dłoniach.
– Nie spędzam z nią... aż tak dużo czasu... – powiedział niepewnie puchon.
– Och. – Malfoy spojrzał w dół. – No cóż, czasem, jak sprawy nie idą po jej myśli, to potrafi być... hm...
Albus nie dał się zwieść – doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Scorpius zaplanował każde słowo tej rozmowy. Wiedział więc, jakiego określenia chce użyć.
– ...nieco przykra... – dokończył blondwłosy ślizgon. – Nie sądzisz, Albusie?
– I wojownicza – potwierdził, zaskoczony, że właśnie takim słowem określiłby zachowanie kuzynki. Czemu akurat ono przyszło mu do głowy...?
– I wredna – dodał Morrison.
– Zamknij się, stary – powiedział szybko Scorpius.
Lance wyglądał na oszołomionego najnowszymi rewelacjami. Ramiona przykurczył do boków i rzucał płochliwe spojrzenie na każdego z nich, szczególną uwagę zwracając na Malfoya. Facet był w szoku, a Scorpius z kolei wyglądał, jakby przed momentem skończył piec cudowny, lukrowany tort i została mu do nałożenia jedynie wisienka na czubek.
– Wracając do początku naszej rozmowy, trzymam za was kciuki – kontynuował. – Jesteś naprawdę odważny, to cudowne. Wasza pierwsza randka przebiega w świetnej atmosferze i w ogóle...
Disona zmarszczył brwi i podrapał się nerwowo w tył głowy. Pocił się obficie i co chwila omiatał wzrokiem wejście do pubu, jakby spodziewał się, że Rose zaraz na niego naskoczy. Co minutę też nerwowo szarpał swój kołnierzyk. Nie sprawiał wrażenia szczęśliwie zauroczonego człowieka. Nie to było jednak najbardziej przerażającym widokiem – Scorpius uśmiechał się od ucha do ucha. Jego misja niemal została zakończona, pozostał jeszcze tylko jeden mały drobiazg...
– Czy może to zostać między nami? – zapytał po chwili milczenia blondyn. – Nie chciałbym, żeby wyszło, że to ja wszystko wypaplałem...
– Och, tak, jasne – skrzeknął puchon. – Logiczne, stary.
Zanim grupka Rose wróciła, wszyscy byli gotowi opuścić Trzy Miotły. W trakcie drogi Lance zdecydował się obrać taktykę niedrażnienia smoka. Rose nieustannie mówiła, zaś on tylko jej potakiwał lub sporadycznie burczał niemrawą odpowiedź. Eckley znów stał się Panem Popularnym i wkrótce ślizgoni zostali zmuszeni do słuchania jednej z jego niewiarygodnych, fałszywych historii.
– A potem – normalnie nie uwierzycie – przyszedł sam Minister Magii! Stwierdził, że był wielkim fanem polowań na kołkogonki[3]! To podobno jakaś ministerialna tradycja, czy coś w tym guście. Mój tata mu potem powiedział: „Jasne, panie Shacklebolt. Zapraszamy do przyłączenia się do nas.”, ale to było kilka lat temu, zanim sytuacja się pogmatwała...
Albus zupełnie się wyłączył, aby nie popaść w jeszcze gorszy nastrój. Nie chciał słuchać zmyślonych bajeczek i czuł się fatalnie. Oszukał Rose i pomógł omamić Lance'a. Kłamstwo poganiało kłamstwo. I dlaczego? Czemu się angażował w miłosne przepychanki? Bo wspierał swojego przyjaciela? Koniec końców okazało się, że Lance był dobrym kolesiem. Jeśli faktycznie chciał spotykać się z Rose, to nie powinien był się mieszać. I ta mina kuzynki, gdy jej pokłamał prosto w oczy... Aż go coś zatrzęsło. Zrujnował zaczątek przyjemnego związku...
Scorpius błysnął do niego zębami. Uniósł też dwa kciuki w górę, ale Albus nie odwzajemnił zwycięskiego gestu; nie czuł się wygranym. Zamiast tego spuścił wzrok i zareagował, dopiero gdy ktoś szarpnął go za koszulę. Podniósł głowę i spojrzał wprost w oczy Mirry, smutne i ponure. Automatycznie zwolnił kroku.
– Wiesz, to dziwne – wymamrotała. – Odniosłam wrażenie, że Rose całkiem dobrze sobie radziła... – wytknęła chłodno, taksując go wszechwiedzącym spojrzeniem. Była zbyt spostrzegawcza i nie umykały jej drobne szczegóły. W przeciwieństwie do przyjaciółki Mirra nie próbowała zdobyć względów starszego kolegi.
Wiedziała.
Wszystko legło w gruzach...
Stosując starą, sprawdzoną metodę, wybrał dyplomatyczne milczenie. Po chwili cichego marszu, podczas którego ignorował głośną rozmowę Eckleya z Hornsbrookiem i rzucał okiem na kuzynkę, która próbowała wciągnąć Lance’a w dyskusję, na swoim ramieniu poczuł dłoń, która w momencie zatrzymała go w miejscu; krzepką, silną i dużą dłoń; olbrzymią. Sapnął, gdy się odwrócił.
Zydrunas, zwany też Młotem, z bliska był jeszcze bardziej przerażający, aniżeli z oddali. Wzrostem górował nad przechodzącymi obok ludźmi, czym przywodził na myśl tę Francuzkę, która kiedyś odwiedziła rezydencję Potterów. Gdy Albus oswoił się z niecodziennym widokiem, uderzyło w niego przekonanie, iż Młot najprawdopodobniej dorównuje siłą Hagridowi.
Mężczyzna obnażył żółte zęby.
– Chodź ze mną – powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem. W wypowiedziane przez sobie polecenie włożył o wiele więcej wysiłku, niż Blackwood podczas całej lekcji eliksirów. Co ciekawe, jego głos pozbawiony był akcentu.
– Yyy... – wydukał ślizgon, a jego paczka, oceniwszy sytuację, przystanęła na środku ulicy.
Pierwszy zainterweniował Morrison.
– Hej, odczep się od niego! – krzyknął obronnie.
– Chłopiec nie ma żadnych kłopotów – opowiedział Młot, drapieżnym wzrokiem świdrując całą grupkę. – Pan Waddlesworth chciałby się z tobą spotkać – dodał w kierunku Albusa.
Ślizgon spróbował poluzować żelazny uchwyt, ale nawet jego dziesięć palców nie zrobiło większej różnicy. Zwyczajnie był za słaby.
– Wa... Waddlesworth?
Czarodziej skinął ostro głową.
– Niech ktoś sprowadzi pomoc – sapnęła Mirra, przerażona, a Lance natychmiast zrobił kilka kroków do przodu.
– To nie będzie konieczne – stwierdził Młot, głosem wciąż zimnym niczym lód. – Chłopiec nie ma kłopotów, ani nie jest w niebezpieczeństwie. Wróci za chwilę.
– Nigdzie się nie wybieram – powiedział Albus, wciąż próbując odgiąć palce potężnego mężczyzny.
– Idziesz ze mną. Pan Waddlesworth liczy na spotkanie – powtórzył Młot. – Nie masz żadnych kłopotów. Możemy to też rozwiązać inaczej – stwierdził, rzucając chłodne spojrzenie dziewczętom, Mirze i Rose, najsłabszym ogniwom w grupie...
Albus odwrócił głowę. Przez chwilę pomyślał, że czarodziej blefuje, bo nikt normalny nie zaatakowałby dziecka bez najmniejszego powodu i to jeszcze na środku ruchliwej uliczki, ale potem przypomniał sobie, że przecież widział Młota w akcji podczas zamieszek. Zydrunas był nie tylko członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek, ale również człowiekiem od brudnej roboty. Najprawdopodobniej nie obchodziło go, ile osób ucierpi, gdy będzie osiągał swój cel...
– No dobra, dobra! – powiedział szybko. – Zobaczę się z Waddlesworthem, ale nie rań nikogo...
– Albusie! – krzyknęli przyjaciele, zaś Eckley i Hornsbrook milczeli.
– Wszystko będzie w porządku – oświadczył, aby ich wesprzeć. W rzeczywistości był naprawdę przerażony. – To nie zajmie długo. Zaraz wrócę, prawda...? – zapytał Młota.
Mężczyzna skinął ostro głową.
– Wykluczone, Albusie! – krzyknęła Mirra.
– Idę po nauczyciela... – zaczął Scorpius.
– Zaraz się gościem zajmę – ryknął Morrison.
– Skończcie te dziecinne przepychanki! – warknął Albus, który dobrze wiedział, jak potężnym człowiekiem jest Młot. Nie chciał, by komuś stała się krzywda. – Pochodzę trochę po wiosce, spacer się przyda. Wszystko będzie dobrze.
Uspokoiwszy przyjaciół, skoncentrował się na Zydrunasie. Mężczyzna, zobaczywszy jego zgodę na spotkanie, nieco poluzował uchwyt, choć go nie puścił. W zamian w pokazie siły zaczął go niemalże ciągnąć w drugą stronę, w tłum ludzi, którzy zachowywali się, jakby ta niecodzienna sytuacja w ogóle nie miała miejsca.
– Czego chce ode mnie Waddlesworth...? – zapytał ze strachem po mniej więcej pięciu minutach regularnego marszu.
– Jedynie porozmawiać.
– Umiem chodzić samodzielnie – powiedział w miarę pewnym siebie głosem, a następnie, na potwierdzenie swoich słów, dotknął grubych palców zaciśniętych na jego kołnierzyku.
– Wolę cię prowadzić – odparł nieprzyjemnie czarodziej. – Zaraz będziemy na miejscu.
Chłopiec przełknął ślinę i uświadomił sobie, że nie wie, gdzie właściwie jest. Nie potrafił się w żaden sposób określić. Najwyraźniej renegat ciągnął go jakimś skrótem, który wyglądał całkiem ponuro. Sapnął, gdy zrozumiał, że kierują się do miejsca, w którym ostatnio spotkał Fango Wilde’a...
– Gdzie... gdzie jesteśmy? – wydukał.
– Na obrzeżach Hogsmeade. To Hogpenn – odpowiedział Młot. – Nie jest takie złe, jak się wydaje – dodał, kiedy mijali brudnego, sponiewieranego mężczyznę, siedzącego na ziemi i liczącego kapsle, zupełnie jakby były prawdziwymi monetami.
Maszerowali jeszcze jakieś pięć minut i zatrzymali się dopiero pod małym sklepem, którego nazwa głosiła „Markowy Sprzęt do Quidditcha”.
– Co takiego...? Markowy Sprzęt do Quidditcha...? – zapytał. – Jeden jest też na Pokątnej.
– Zgadza się, filia jest całkiem spora – odpowiedział Młot. – To stary budynek, zamknięty dawno temu.
Och, z pewnością. Drzwi sklepu wyglądały w porządku, ale okna zabito deskami. Farba, która kiedyś z pewnością była porządna, teraz odpryskiwała i utraciła cały swój blask. Część ściany była też odłupana.
– Hm, skoro jest zamknięty... to chyba nie możemy wejść – stwierdził niepewnie.
Młot nie odpowiedział. Zamiast tego, otworzył drzwi i zmusił Albusa do wejścia do środka, popychając tak mocno, że prawie wylądował na czworakach; w ostatniej chwili złapał równowagę.
Chłopiec podniósł głowę i rozejrzał się po wnętrzu. Przypominało przeogromny salon, który wydawał się z piętnaście razy większy niż na zewnątrz. Być może nałożony został na niego ten sam powiększający czar, co zazwyczaj na potterowski lub ministerialny samochód. Ściany sklepu pokryte były majestatycznie wyglądającymi obrazami, a na podłodze leżał olśniewający dywan w kolorze krwistej czerwieni ze złotymi zdobieniami. Wyposażenie wnętrza sprawiało wrażenie aż nazbyt fantazyjnego, fotele i kanapy wyglądały na miękkie. W ścianę wbudowany był też przyjemnie ciepły kominek. Na samym środku sufitu wisiał olśniewający i duży żyrandol, który wydawał się iskrzyć w świetle ognia. Albus mógłby przysiąc, że słyszy cichą muzykę klasyczną, choć w pobliżu nie było żadnego sprzętu muzycznego.
Wszystkie fotele i kanapy były zajęte. Siedzieli w nich mężczyźni i kobiety w różnym wieku i o różnych kolorach skóry. Niektórzy rozmawiali ze sobą, inni popijali wino, a jeszcze inni czytali książki w miękkiej oprawie. Wszyscy byli ubrani w identyczne czarne szaty z małym srebrnym emblematem, którego Albus nie był w stanie rozpoznać. Niewiele osób zauważyło ich przybycie. Ci, którzy to zrobili, wrócili do swoich wcześniejszych zajęć bez większego zaciekawienia.
Ślizgona olśniło. To była siedziba główna Wybawczego Aliansu Różdżek! Ci ludzie byli renegatami, ale nie pierwszymi lepszymi – to oficjalni członkowie stowarzyszenia, bardziej zorganizowana grupa! Gdy rozejrzał się po twarzach czarodziejów i czarownic wypatrzył dość znajomo wyglądającego mężczyznę z białą brodą. Kiedy się zastanowił, doszedł do wniosku, że przypomina mu troszkę Donovana Hornsbrooka...
Młot szturchnął go i poprowadził przez cały pokój. Nikt im nie przeszkodził, ani nie zaszedł drogi. Czytający książki ludzie nawet na nich nie spojrzeli, chociaż jeden z nich przykurczył swoje nogi, żeby mogli swobodnie przejść. Wychodząc ze wspaniałego salonu, Albus znalazł się małym pomieszczeniu przypominającym klatką schodową.
– Jak duże jest to miejsce? – zapytał ze zdziwieniem.
– Większe, niż ci się wydaje – odpowiedział mu zimno renegat, wchodząc po schodach na piętro. Szli jeszcze przez chwilę, po czym zatrzymali się przy długim, białym korytarzu, na którego widok Albusa aż przeszły dreszcze. Wyglądał niemal tak, jak ten w Departamencie Tajemnic, a gdyż podłogę wyścielał dokładnie taki sam dywan, co parter. Na samym jego końcu znajdowały się poobijane drewniane drzwi. Nie podeszli do nich, a zatrzymali się przed czerwonymi drzwiami po lewej stronie.
Młot otworzył je i wepchnął Albusa do środka. Znowu znaleźli się w ładnie urządzonym pokoju z czerwonym dywanem i portretami na ścianach. Rozmiarowo, był jednak o wiele mniejszy niż salon z dołu.
To był gabinet. A w nim, siedzący za dużym biurkiem, czekał Warren Waddlesworth.
– Panie Potter! – powiedział gładko mężczyzna, podnosząc wzrok zza biurka, na którym znajdował się znaczny stos papierów. – Cieszę się, że zdecydował się pan do mnie dołączyć! Zydrunasie, zostaw chłopca, proszę, przecież nie ucieknie!
Młot natychmiast wykonał polecenie, ale nie ruszył się ani o krok; wciąż stał w jednym miejscu. Waddlesworth uśmiechnął się nich obu i Albus w końcu mógł się mu uważniej przyjrzeć. Jego długie, rude włosy były proste niczym struna i opadały mu luzem na ramiona. Mężczyzna nie miał na sobie tych samych szat, co ludzie na dole, a czarny, elegancki garnitur z czerwonym krawatem, pasującym do koloru włosów.
Waddlesworth splótł dłonie i pochylił się do przodu.
– Dziękuję bardzo, Zydrunasie. Nie jestem w stanie odpowiednio wyrazić mojej wdzięczności, ale chciałbym zamienić kilka słów na osobności z panem Potterem, więc jakbyś mógł chwilkę poczekać na zewnątrz... – zawiesił znacząco głos, a Młot pochylił służalczo głowę, po czym wyszedł bez słowa sprzeciwu.
Albus rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że po drugiej stronie biurka stało krzesło. Czy powinien zająć to miejsce...? Co tu w ogóle robił...?
– Usiądź, proszę – powiedział uprzejmie gospodarz, wskazując na ten właśnie fotel. Ślizgon posłusznie spoczął i nim minęła chwila, stwierdził, że było mu bardzo wygodnie. Czarodziej uśmiechał się do niego przez moment, po czym zapytał: – Może kieliszek wina?
Waddlesworth pstryknął palcami i drzwi po jego prawej stronie (których Albus z początku nie zauważył) otworzyły się na oścież. Z pokoju obok wyszedł mężczyzna o grubych wąsach i czarnych włosach z dwoma kieliszkami i butelką wina na tacy. Lokaj stanął nieruchomo, podczas gdy Waddlesworth wziął do ręki szkło.
– Ehm. Nie jestem jeszcze pełnoletni, więc nie mogę pić alkoholu – stwierdził chłopiec, z zaniepokojeniem lustrując reakcję kamerdynera.
Waddlesworth zaśmiał się głośno.
– Nie bądź głupi. Jesteś wystarczająco dorosły, żeby wypić ze mną chociaż jeden kieliszek!
Och, co za perswazyjny ton głosu. Chłopiec poczuł nagłą pokusę, by przyznać mężczyźnie rację i sięgnąć po szkło, chociażby po to, żeby skosztować wybornego trunku.
– Nie, dziękuję – odpowiedział koniec końców.
Uśmiech na twarzy przywódcy Wybawczego Aliansu Różdżek zamigotał przez moment, a Albus ledwie to zauważył. Mężczyzna odłożył swój kieliszek z powrotem na tacę. Najwyraźniej zdecydował, że nie należy pić, kiedy gość odmawia. Ponownie pstryknął palcami i lokaj wyszedł bez słowa przez dokładnie te same drzwi, którymi przyszedł.
– Czy wiesz, kim jestem, panie Potter? – zapytał ciepło.
– Tak – odpowiedział szczerze ślizgon, wciąż nie mając pojęcia, dlaczego tutaj siedzi. – Pan Waddlesworth.
Mężczyzna głośno się zaśmiał.
– Proszę cię, nie postarzaj mnie tak bardzo! Mów mi po prostu Warren. Naprawdę nie wydaje mi się właściwe, żebyś zwracał się do mnie inaczej, panie Pott... Hm, czy również mogę ci mówić po imieniu?
– Hm, tak...
– Fantastycznie. – Uśmiechnął się Warren. – Przepraszam cię na moment. Mimo wszystko... – Strzelił palcami i do biura ponownie wszedł lokaj, tym razem z jednym kieliszkiem na tacy. Waddlesworth wziął go do ręki i ponownie pstryknął.
Czarnowłosy lokaj ukłonił się nisko, po czym odłożył tacę z winem na drewnianym biurku i wyszedł. Warren upił łyk trunku. Gdy odłożył go na stół, kontynuował swój wywód.
– Przepyszne – skomentował, cmokając wargami. – Głupio z mojej strony, że odmówiłem sobie za pierwszym razem – wino jest niczym miód na podniebienie. – Oczywiście, nigdy w nadmiarze! – dodał pospiesznie, wciąż tym samym perswazyjnym tonem. – Nie myśl o mnie źle, ale tu i tam, czasami... po prostu nie mogę się oprzeć dobremu rocznikowi.
– Mhm – mruknął bez entuzjazmu chłopiec, nie mogąc za wiele z siebie wykrzesać.
W międzyczasie Warren kontynuował.
– Cieszę się, że mnie znasz, Albu... Czy mogę mówić do ciebie Al? – zapytał, a gdy ślizgon skinął głową, znów się uśmiechnął. – Fantastycznie – powtórzył. – To, że mnie znasz, pozwala nam zaoszczędzić masę czasu. Jestem pewien, że z radością wrócisz do swojej wycieczki. Słyszałem, że ta wioska – Hogsmeade – to naprawdę niesamowity widok na uczniów Hogwartu. W każdym razie, zanim odbiegnę od tematu, to powiem ci, że też cię znam.
– Tak...? – zapytał, lekko osuwając się na krześle.
Co się tutaj wyprawiało...?
– Owszem, albo raczej, widziałem cię już wcześniej. Nie powinienem twierdzić, że cię znam, bo jest to nieprawda. Obydwaj jesteśmy świadomi pewnych fasad – możemy widzieć pewne rzeczy, ale w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że niezbyt dobrze je rozumiemy, a przynajmniej nigdy do końca. Tak więc, spotkałem cię już wcześniej.
– Kiedy...? – zapytał niepewnie.
– Podczas zamieszek – odpowiedział prosto Warren, sadowiąc się wygodniej na swoim krześle. – Być może nie rozpoznajesz mnie, ale byłem wtedy nieco pokryty krwią – powiedział chytrze.
– Nic o tym nie wiem – stwierdził szybko Albus, szarpiąc swój kołnierzyk. – Nikogo nie widziałem, ani niczego, ani...
– Uspokój się, Al. – Waddlesworth wybuchnął śmiechem. – Nie jesteś w żadnych tarapatach, więc dlaczego tak się mnie obawiasz? Czyżby Zydrunas cię przestraszył? Uderzył cię? – dodał, skupiając na nim całą swoją uwagę.
– Nie – odpowiedział szybko.
– Gdyby jednak przekroczył pewną granicę, to zapewniam cię, że wyciągnąłbym odpowiednie konsekwencje...
– Nie! Nic mi nie zrobił, naprawdę! – odpowiedział Albus bardziej stanowczym tonem. – Nieważne, nie jestem przestraszony.
Warren przez chwilę uważnie mu się przyglądał.
– Tak jak już mówiłem, widziałem cię podczas zamieszek – wrócił do tematu. – Czołgałeś się po ziemi. Czegoś szukałeś?
– Młodszej siostry – odpowiedział automatycznie. – Przypadkiem się wmieszała.
– Och. Czy nic jej nie jest? – zapytał mężczyzna.
Albus pomyślał, że zdecydowanie brzmi, jakby był zmartwiony. Całkiem ciekawy zabieg.
– Tak, wszystko w porządku – odpowiedział po chwili.
– Fantastycznie. Zamieszki są paskudne. I dlatego też podziwiam twoją odwagę. Słyszałem, że to dość powszechna cecha gryfonów – stwierdził z uśmiechem czarodziej.
– Zostałem przydzielony do Slytherinu – odparł Albus, momentalnie się czerwieniąc.
Warren uśmiechnął się szerzej.
– Naprawdę...? – spytał, biorąc kolejny łyk wina. – W młodości nie chodziłem do Hogwartu. Gdybym jednak miał taką przyjemność, Slytherin zdecydowanie byłby moim ulubionym domem. Znałem jednak wielu, wielu ślizgonów i mogę ci szczerze powiedzieć, że wyróżniała się u nich wszystkich jedna znacząca umiejętność – och, żadne knowanie czy manipulacje, jak zapewne myślisz – a umiejętność szerszego spojrzenia na otaczający ich świat. Ślizgoni potrafią patrzeć na wydarzenia, rzeczy i osoby z różnych perspektyw; potrafią odsunąć się na moment, zrobić krok w tył i przemyśleć wszystko na spokojnie. Odwaga i inteligencja z pewnością są wspaniałymi cechami, ale nie mogę sobie wyobrazić, żeby były lepsze, niż właśnie ta perspektywiczność, umiejętność dobrego rozeznania i zrozumienia sytuacji. Niektórzy nazywają to apatią, a to tylko i wyłącznie zdrowa logika. Czy rozumiesz, o czym mówię?
– Hm...
– Pozwól mi wytłumaczyć. – Warren znów się napił. – W każdej sytuacji można przyjąć wiele perspektyw. Np. widząc – och, dajmy na to – zamieszki, jeden może pomyśleć, że społeczeństwo wykazuje oznaki recesji, zaś drugi pomyśli, że to oznaka poprawy, rozwoju społeczeństwa... Slytherin – z tego, co wiem – widzi zawsze dwie strony medalu. Wiem, że ślizgońskimi kolorami są zielony i srebrny, aczkolwiek moim zdaniem powinniśmy ograniczył się do jednego, a mianowicie szarego. Czy kiedykolwiek czułeś się właśnie w ten sposób? Czułeś się „szary”...? Czy potrafiłeś spojrzeć na świat perspektywicznie...? Z jednej strony zamieszki wydają się okropne i przerażające, wzbudzają poczucie winy u postronnych obserwatorów, zaś z drugiej – tej, której inni nie dostrzegają – niosą za sobą dobroczynne przesłanie. Czy widziałeś w ten właśnie sposób kiedyś jakąś sytuację...?
Albus skurczył się lekko na swoim krześle. Nie chciał nawet zaprzątać sobie tym głowy, chcąc się jedynie dowiedzieć, co właściwie tutaj robił. Po chwili jednak mimowolnie skupił się na słowach Waddleswortha, gdyż mimo wszystko były całkiem interesujące.
Przed chwilą sabotował przyszły związek Rose dla poprawy pozycji Scorpiusa... Dwie strony medalu, dwie perspektywy...
– Chyba tak – odpowiedział w końcu. – Tak.
– Tak myślałem. – Uśmiechnął się Warren. – Niektórzy mogliby też powiedzieć, że tą umiejętność posiadają nawet członkowie mojej grupy – Wybawczego Aliansu Różdżek.
– Hm, nie sądzę... – stwierdził, nieco zdziwiony własną zuchwałością i zadowolony ze swojego sprzeciwu. Spodziewał się, że rudowłosy czarodziej zmarszczy brwi lub zrobi coś okazującego niezadowolenie, aczkolwiek się pomylił. Waddlesworth wciąż się uśmiechał.
– Nie lubisz Wybawczego Aliansu Różdżek...? – zapytał. – Nie zgadzasz się naszymi ideami...?
– Nie – odpowiedział wyraźnie chłopiec.
– Dlaczego?
Albus uniósł brwi. Nie mógł uwierzyć, że siedzi teraz w gabinecie Warrena Waddleswortha i dyskutuje z nim na temat podejrzanych akcji Aliansu. Czy przed momentem jeszcze nie był w Miodowym Królestwie razem z Mirrą?
– Cóż, łamiecie prawo – podsumował.
– Och, rzeczywiście. Niektóre z naszych działań mogą się balansować na granicach prawa – Uśmiechnął się mężczyzna. – Rozumiem, że odnosisz się do Zaklęć Niewybaczalnych, morderstw oraz tortur?
Albus skinął głową. Automatycznie się zjeżył na myśl o specyficznym doborze słów swojego rozmówcy.
– To niesłychanie ciekawe, bo widzisz, one dopiero teraz wydają się niemoralne i absolutnie zakazane; w sumie od niedawna są zabronione i nie można ich rzucać wedle kaprysu... Czy jednak wiesz, że podczas pierwszej wojny z Voldemortem, aurorzy mieli rządowe pozwolenie na używanie Zaklęć Niewybaczalnych...?
Chłopiec zapatrzył się na Waddleswortha. Nie wiedział, ale czy to miało większe znaczenie? Warren rzucił mu uważniejsze spojrzenie i po chwili milczenia, kontynuował.
– Aurorzy – tacy jak twój ojciec – do całkiem niedawna mogli otwarcie poddawać schwytanych torturom, a potem pozbawiać życia. Czy łamali prawo, Albusie...?
Ślizgon się zawahał. To było naprawdę dobre pytanie.
– Nie, bo dostali oficjalne zezwolenie od samego Ministra Magii.
– Więc jeśli Minister wyrazi zgodę i mojej grupie, to będzie znaczyło, że tortury i morderstwa są w porządku...? Że Wybawczy Alians Różdżek będzie mógł niszczyć innym życie...? Jeżeli Minister przyklasnie zabijaniu niewinnych dzieci, nie będzie to sprzeczne z prawem...? Prawem ustanowionym przez jedną osobę? Przez jeden rząd? – zapytał, na co Albus milczał. – Wierzę, że jedyną osobą mogącą dobrze ocenić, co jest dobre, a co niewłaściwe, co legalne, a co szemrane, co moralne, a co nikczemne, jest szary, zwyczajny obywatel... Kiedy aurorzy zabijają, to nie jest niezgodne z obowiązującym prawem, a kiedy my postępujemy tak samo... to jest sprzeczne? Odpowiedz mi na jedno pytanie. Czy prawo naprawdę jest prawem, gdy nie wszyscy musimy go przestrzegać...?
– Ja... nie wiem – odparł szczerze, żałując, że nie błądzi myślami gdzieś indziej.
– Powiem ci prawdę, Al – powiedział cicho Warren. – Spójrz mi w oczy.
Albus posłusznie wykonał polecenie – spojrzał w te niebieskie oczy, po czym szybko spuścił wzrok na biurko.
– No patrz, szukaj odpowiedzi! – niemal krzyknął Waddlesworth, czym zaskarbił sobie pełną uwagę chłopca, który automatycznie podniósł z powrotem głowę. Tym razem nawiązali dłuższy kontakt wzrokowy. – Chcę, żebyś się skupił. Wiesz, że mówię prawdę. Nigdy nie kłamię, gdy patrzę drugiemu człowiekowi prosto w oczy. Nawet bym się nie ośmielił. Oczy są przecież zwierciadłem duszy.
Hm, twój wygląd. Złote oczy...? Tylko tęczówka czy całe oko...?
– Patrzysz? – zapytał Waddlesworth.
– Tak – odpowiedział cicho, ze spojrzeniem wbitym w mężczyznę.
– Mówię prawdę, Albusie. Nie lubię krzywdzić ludzi i nie lubię, gdy zostają ranni, ale toczymy obecnie wojnę. I stąd też nasza nazwa. A, z czego doskonale zdajesz sobie sprawę, podczas wojny ludzie zostają ranni. Niektórzy mogą się cofnąć wstecz i odwrócić wzrok, ale ja nie jestem tego typu człowiekiem. Nie potrafię. Jeśli ktoś ma zostać skrzywdzony, to nie chcę, aby padło na niewinnych. Chcę, żeby byli to ci, którzy tę krzywdę rozprzestrzeniają. Wojna nigdy nie jest cudowna, Albusie. Przysięgam ci na wszystko, co jest mi drogie, że nienawidzę konfliktów zbrojnych. Nienawidzę walki. Nienawidzę artykułów w gazetach i nienawidzę plotek. Nie znoszę też, gdy jeden z moich ludzi jest bliski zniszczenia mrocznego czarodzieja... kogoś, kto chwilę wcześniej chciał poświęcić dla swoich celów niewinne dziecko; dziecko, takie jak ty, czy twoja młodsza siostrzyczka, którą próbowałeś ratować podczas zamieszek. Wojna musi skończyć. Ofiary są konieczne – ktoś musi zostać zraniony. Muszę znaleźć Reginalda Aresa, Albusie. Robię to wszystko, bo jestem absolutnie przekonany, że mogę zakończyć konflikt na wczesnym, początkowym etapie, zanim dojdzie do najgorszego. Przysięgam, że tego dokonam.
– A co z pozostałymi ludźmi? – zapytał ślizgon. – Słyszałem... słyszałem, że znalazłeś też innych. W.O., czy jakoś podobnie...
Warren kiwnął głową i Albus w końcu odwrócił wzrok. Obydwaj przestali na siebie patrzeć.
– Czy wiesz, czym są szachy, Al...?
– Mam czternaście lat – stwierdził sucho, mając nadzieję, że to wystarczy za odpowiedź.
Warren się roześmiał.
– Wybacz, powinienem bardziej doprecyzować swoje pytanie. Czy potrafisz grać w szachy?
– Tak.
– Pozwól więc zadać mi kolejne pytanie: która figura jest najbardziej niebezpieczna na szachownicy?
– Królowa – odpowiedział, a Warren spojrzał na niego surowo.
– Nie zgadzam się z tobą. Myślę, że jest to pionek.
– Pionek...?
– Tak, Albusie – potwierdził Waddlesworth, upijając łyk wina ze swojego niemal pustego kieliszka. – Bo widzisz, to pionek jest najbardziej nieprzewidywalny. To jedyna figura, którą tak naprawdę można zbić przeciwnikowi, a potem używać jako własnej. Pionek porusza się tak, jak chce tego prowadzący daną partię gracz. Gdy nie będziesz zwracał odpowiedniej uwagi na pionka, możesz nie dostrzec skrywanego w nim potencjału. To z kolei uniemożliwi ci wykonanie naprawdę dobrego ruchu. Co więcej, pionek może stać się królową, jeśli dobrze się go przypilnuje. Różnica między zwykłą królową a pionkiem, który się nią stał, jest taka, że pionek przechodzi metamorfozę na wrogim terytorium i czeka na swoją kolej, gotowy do uderzenia w odpowiednim momencie. To przyczajony zabójca. Dobrze wiesz, Al – królowa jest gotowa do ataku od początku każdej partii i każdy gracz, nawet ten najmniej rozgarnięty, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. A pionki... pionki pojawiają się znikąd... – Uśmiechnął się tajemniczo. – Czy rozumiesz analogię...?
– Hm...
– To ludzie, Al. Oni są pionkami, a my chcemy dorwać króla... Musimy więc wyeliminować wszystkie pionki, zanim wyrządzą jeszcze więcej szkody. Musimy uważać na nie, musimy je powstrzymać... W pełni rozumiem, że ta analogia może wydawać ci się skomplikowana, ale uwierz, wiem, że wciąż jesteś młody...
– Nie, nie – zaprzeczył Albus. – Rozumiem, po prostu... Cóż, sam nie wiem...
– Nie ma nic złego w niezgadzaniu się z postulatami Wybawczego Aliansu Różdżek, Al. Jak mógłbym cię za to winić...? Dorastałeś w świecie ukształtowanym przez Ministerstwo Magii, w którym twój własny ojciec – którego bardzo szanuję – był najbardziej znanym aurorem przez całe dwie dekady. Nie chcę, byś wybierał strony, Albusie, moją lub Harry’ego Pottera – to w żadnym wypadku nie jest mój zamiar. Gdy nadejdzie odpowiednia pora, sam podejmiesz decyzję. Jedyne, na czym mi teraz zależy, to na tym, żebyś zobaczył moją organizację z różnych perspektyw, ponieważ naprawdę nie znoszę sytuacji, w których ludzie łypią złym okiem na Wybawczy Alians Różdżek, nurzając się w morzu niedoinformowania.
– Czyli to dlatego chciałeś ze mną porozmawiać...? – zapytał zaskoczony.
– Och, nie, nie! – Warren wybuchnął tak głośnym śmiechem, że na moment stracił swój perswazyjny ton. – Wybacz, zagalopowałem się z rozważaniami, odszedłem od głównego tematu... Poprosiłem Zydrunasa, żeby cię tutaj przyprowadził – och, i za to też przepraszam – ponieważ chciałem zadać ci całkiem interesujące pytanie. Czy mogę, Al...?
– Jasne, pytaj – odparł, nieco zdezorientowany. Co jeszcze Waddlesworth miał do powiedzenia...?
– Czy jest w tobie coś... wyjątkowego?
– Co takiego? Nie rozumiem – powiedział z pełnym przekonaniem Albus.
– Coś szczególnie... interesującego? Może coś... niezwykłego?
– Nie. – Wzruszył ramionami, będąc całkowicie szczerym. – Przepraszam – dodał, nie do końca wiedząc, dlaczego tak właściwie przeprasza.
– Wspaniałe, prawdziwa skromność. – Uśmiechnął się Warren. – Moim zdaniem to właśnie najbardziej niezwykła ze wszystkich możliwych cech ludzkiego charakteru. Bo widzisz, Al – osoba skromna nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka jest. Osoba odważna może poznać swoją odwagę, osoba sprytna wie, że jest sprytna, ale osoba skromna nigdy nie zrozumie, że tak naprawdę jest skromna. I o to właśnie chodzi, rozumiesz? W tym cały sęk. Kiedy ktoś chwali się swoją skromnością, grzeszy pychą. Przyznam, że zazdroszczę ci tej cechy, bo niestety, nie współdzielimy jej. Mimo to czuję, że jest w tobie coś wyjątkowego – może coś, czego natury nie pojmujesz. Czy wiesz, o jakiej unikalności mówię...?
Albus pokręcił głową. O czym gada ten facet...?
– Przepraszam – powiedział. – Wciąż nie rozumiem.
– Fantastycznie. – Warren zmarszczył brwi. Był to pierwszy raz od początku dziwacznej rozmowy, gdy sprawiał wrażenie niezadowolonego. – Jeżeli chcesz, możesz wrócić do przyjaciół. Jestem pewien, że bardzo się o ciebie martwią. Chciałbym jednak, żebyś zapamiętał, że zawsze jesteś tutaj mile widziany. Byłbym wdzięczny, gdybyś bliżej przyjrzał się Wybawczemu Aliansowi Różdżek, poznał nasze plany i środki, którymi osiągamy cele. Co powiesz na małe spotkanie podczas twojej kolejnej wizyty w Hogsmeade?
– Hm, w porządku – odpowiedział niepewnie. Mimo wszystko Albus musiał przyznać, że ta rozmowa była dość pouczająca.
– Potrzebujesz eskorty? – zapytał Warren. – Jestem przekonany, że Zydrunas bardzo chętnie cię odprowadzi...
– Nie, dziękuję – odburknął szybko, nie mając najmniejszej ochoty na ponowne bycie popychadłem. – W porządku, naprawdę.
– Na przedmieściach wioski naprawdę łatwo zabłądzić, Al...
– Wszystko będzie dobrze – powtórzył. – Tak czy inaczej, dzięki wielkie.
Warren się uśmiechnął i odprowadził go aż do samych drzwi.
Gdy stanął na pustym korytarzu, poddał się oszołomieniu. Czy Warrenowi Waddlesworthowi chodziło o tak niewiele...? Czy naprawdę chciał się tylko dowiedzieć, czy nie ma w nim przypadkiem czegoś wyjątkowego...?
Dość dziwne.
Z drugiej strony cały dzień był osobliwy. Zatopiwszy się w myślach, zaczął iść w kierunku wyjścia. Powrót do zamku będzie istnym błogosławieństwem. Podróż do Hogsmeade była żmudna i okazała się bardziej problematyczna, niż początkowo przypuszczał...
W momencie jakieś drzwi otworzyły się i poczuł, że ktoś chwyta go mocno za kołnierz. Oczywiście, próbował walczyć, ale przeciwnik był silniejszy i w rezultacie, nim się obejrzał, został brutalnie wciągnięty do ciemnego pokoju. Chciał odeprzeć potężną rękę i jednocześnie sięgnąć po różdżkę...
Przeciwnik, jakby na to właśnie przygotowany, zareagował pierwszy. Rozbłysło czerwone światło, a oręże Albusa odleciało w powietrze. Gdy światła zamigotały, zrozumiał, że został rozbrojony.
Zamrugał i zdębiał.
– Profesorze Fairhart! – sapnął, patrząc wprost na znajomą twarz – zdecydowanie największą niespodziankę dzisiejszego dnia. Przed nim rzeczywiście stał były nauczyciel obrony przed czarną magią, chociaż wyglądał nieco inaczej, niż chłopiec go zapamiętał. Prawa strona jego twarzy wciąż była niewiarygodnie oszpecona, a włosy wciąż kruczoczarne, ale, co dziwne, miał na sobie nieprzemakalny płaszcz.
– Co tutaj robisz, Albusie? – zapytał go agresywnie.
– Co ty...? – Ślizgon, nieprzyzwyczajony do podobnego tonu głosu, zatrzymał się w połowie zdania. Dopiero teraz uświadomił sobie, że czarodziej przywdział czarne szaty z tym specyficznym srebrnym znaczkiem. Emblemat przedstawiał coś przypominającego dwa skrzyżowane miecze, zastąpione dwoma różdżkami. – Jesteś członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek! – krzyknął, czując rozchodzące się po ciele odrętwienie.
Wtem spłynęło na niego zrozumienie.
Fairhart był czwartą osobą na zdjęciu Idy Blackwood. W dniu fotografii miał kaptur zarzucony na głowę.
– Mniej więcej. Ciężko to wytłumaczyć. Skomplikowana sprawa – odpowiedział czarodziej, oddając mu różdżkę. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. – Dlaczego tutaj jesteś? Przecież pisałem, że jesteś w niebezpieczeństwie!
– Co mi pisa...? Czekaj, to ty wysłałeś tę notkę...?
– Skup się, Albusie. Szkoda, że mnie nie posłuchałeś – powiedział Fairhart, sprawiając wrażenie spanikowanego. – Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo i musisz natychmiast wyjść. Nigdy też tutaj nie wracaj, rozumiesz...?
– Nie – powiedział. – No właśnie rozmawiałem sobie z Warrenem...
– Z Warrenem...?
– Wszystko w porządku. Nic mi nie jest, chciał tylko ze mną porozmawiać... – zapewnił natychmiast Albus. – I może tu wrócę – dodał wyzywająco.
– Wykluczone, ci ludzie są niebezpieczni!
– Głównie dla innych, ale w niektórych sprawach mają trochę racji – odpowiedział. – Skoro stanowią zagrożenie, to dlaczego tutaj jesteś? – dodał.
Fairhart się zagapił.
– To nieistotne, Albusie. Jestem tutaj, bo muszę. Wybawczy Alians Różdżek to niebezpieczna organizacja, w której łamane jest prawo...
– Czy aby na pewno...? – zaczął. – Skoro i tak nie zrzesza tłumów...
– Och, Merlinie! – Fairhart przyłożył sobie rękę do twarzy. – Już cię przekabacił! – mruknął bardziej do siebie, niż do niego. – Musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać, Albusie. – Kucnął i w ojcowskim geście położył mu dłonie na ramionach. Niemalże zrównali się wzrostem.
Albus spojrzał w prawo i dostrzegł na palcu czarodzieja srebrny lśniący pierścień. Gdyby mógł się dłużej przyglądać, rozszyfrowałby napis grawerunku...
– Ci ludzie mówią samymi pół–prawdami. Mają ukryte motywy. Nigdy tu nie wracaj. Nigdy!
– Nie! – Potrząsnął z uporem głową. Darzył Fairharta naprawdę wielkim szacunkiem, ale miał dosyć dziecinnego traktowania. Nie chciał już robić tego, co mu kazano. Czy przed momentem nie zgodził się z Warrenem, że jest kowalem własnego losu...? Że tylko on wiedział, gdzie jest jego miejsce na świecie...? – Mogę sam podejmować decyzje...
Fairhart westchnął ciężko i wstał. Potem rozejrzał się po pokoju, mrucząc do siebie pod nosem.
– Jak mogę udowodnić rację...? – wyszeptał.
Albus też rozejrzał się po komnacie i zobaczył, że ta w dużej mierze przypomina dawne biuro byłego nauczyciela. Na wyposażenie składało się małe łóżko, niewielki okrągły stolik oraz półka, na której w szkole stała pamiętna myślodsiewnia...
Nagłe pukanie do drzwi sprawiło, że obaj podskoczyli.
– Nie waż się odzywać – syknął cicho czarodziej. – Czego? – warknął przez drzwi.
– Sancticus! Warren chce cię widzieć! – krzyknął głośno głos, którego właściciela Albus zdążył już poznać.
– Przyjdę za kilka minut!
– Nie zaraz, a teraz! – ryknął Młot.
– Powiedziałem, że potrzebuję kilku minut! – odkrzyknął Fairhart.
– Nie każ mi rozbijać drzwi!
– Nie każ mi rozbijać drzwi! – powtórzył po nim złośliwie auror.
Po tej kwestii nastąpiła krótka chwila ciszy, po czym dało się słyszeć odgłos oddających się kroków. Fairhart podszedł zamyślony do półki i pogrzebał w drobiazgach. W końcu wyjął małą szklanką fiolkę.
– Weź. Znajdź myślodsiewnię i obejrzyj – powiedział, podając Albusowi wspomnienie. – Może wtedy... może wtedy zrozumiesz...
– Co tu się wyprawia...? – zapytał ślizgon, zdezorientowany. – Co zawiera wspomnienie...? Co tutaj tak naprawdę robisz...? O co w tym wszystkim chodzi...?
– Wyjdź stąd i postaraj się być niewidoczny. Nie mów nikomu, że się widzieliśmy. I nie dziel się moim wspomnieniem. No idź! – powiedział po raz ostatni mężczyzna i wypchnął go za drzwi, zatrzaskując mu je przed twarzą.
– Hej! – krzyknął chłopiec, oburzony, a jego głos poniósł się echem po pustym korytarzu. Uderzył w drzwi. – Otwórz! – zawołał ponownie, ale odpowiedziała mu tylko cisza. – No otwórz! – powtórzył. Dobijał się przez kilka chwil, ale bez rezultatu.
Albus zaklął pod nosem i schował fiolkę do kieszeni szat. Przez chwilę wpatrywał się w zamknięty pokój, po czym odwrócił się na pięcie i zaczął zmierzać ku wyjściu. Gdy opuścił podejrzany sklep, długo jeszcze wędrował po Hogsmeade, szukając swoich przyjaciół. Nie wiedział, że w tym czasie miała miejsce jeszcze jedna, niezwykle ważna rozmowa.
Waddlesworth wciąż siedział w swoim biurze, a na jego twarzy nie było widać śladu uśmiechu. Skończył też z piciem. Zydrunas stał obok biurka ze skrzyżowanymi rękami, podczas gdy Fairhart wybrał kąt gabinetu, gdzie oparł się niedbale o ścianę.
– Myślisz, że kłamał? – zapytał Młot.
– Nie mam całkowitej pewności. Wszystko zależy od informacji od naszych kontaktów – odpowiedział Warren. – Jeśli nasz człowiek u Aresa jest sprawdzony, to możemy założyć, że Red potrzebuje chłopca. Jeśli nasz kontakt w szkole jest wiarygodny, to chłopiec wie o swojej dziwnej mocy, ale nie wiemy, czy nawiązał już połączenie.
– Co z nim zrobimy? – zapytał Zydrunas.
Waddlesworth zwrócił się do Fairharta.
– Zbadaj sprawę, Sancticusie. Miej oko na Albusa Pottera. Dowiedz się, dlaczego jest Aresowi niezbędny, a jeżeli rzeczywiście potrzebuje go żywego... zlikwiduj cel, zanim ktokolwiek inny do niego dotrze.
Po krótkiej chwili jakby namysłu Fairhart skinął głową.
– A myślałem, że nie zabijamy niewinnych dzieci – zaszydził Młot z paskudnym uśmiechem na twarzy.
– Szachy, Zydrunasie... – odpowiedział tajemniczo Waddlesworth. – Czasami trzeba poświęcić parę pionków...
[1] Zwis Leniwca (z ang. Sloth Grip Rolls) – manewr, polegający na zawiśnięciu na miotle do góry nogami, trzymając się jej rękami i stopami, w celu uniknięcia uderzenia tłuczkiem. Harry zastosował tą taktykę w piątym tomie (tylko w książce)
[2] Kwach (z ang.: Acid Pop) – słodycze przypominające wyglądem mugolskie lizaki. Są bardzo kwaśne. Urazy przez nie spowodowane można łatwo wyleczyć – nie ma też po nich żadnych powikłań. Są sprzedawane pomimo małego niebezpieczeństwa urazu języka
[3] Kołkogonek (z ang. Nogtail) – demon spotykany w rolniczych rejonach Europy, Rosji i Ameryki.Przypomina karłowatą świnię o długich nogach, serdelkowatych ogonach i wąskich, czarnych oczach. Kołkogonek wkrada się do chlewu i ssie maciorę razem z jej prawdziwymi młodymi. Im dłużej będzie przebywał w zagrodzie i im większy urośnie, tym dłużej gospodarza będzie dręczyła zła passa. Kołkogonek jest wyjątkowo szybki i trudny do schwytania, ale jeśli zostanie przepędzony za granice gospodarstwa przez całkowicie białego psa lub kota, nigdy już do niego nie powróci. Zwierzę miało swój debiut w książce „Harry Potter i Zakon Feniksa” – opowiadał o nim Cormac McLaggen na spotkaniu Klubu Ślimaka. Kołkogonek pojawił się też w „Fantastycznych Zwierzętach (...)”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz