Albus nie rozmawiał z ojcem przez resztę ferii. Tak właściwie to nie rozmawiał z nikim, jedząc posiłki w kompletnej ciszy i spędzając większość czasu w swoim pokoju, ściskając w dłoni pierścień i zastanawiając się nad tożsamością tajemniczego Sama. Osoba, która nosiła go wcześniej, znikła raz na zawsze...
Nie mógł zmusić się do odpisania przyjaciołom na listy, ani do rozmów z kuzynostwem czy rodzeństwem (którzy, jak podejrzewał, nie mieli pojęcia o losie Sancticusa Fairharta). Pragnął samotności, a w konsekwencji unikał wszelkich wymagających współpracy czynności. Sen zaczął przychodzić mu z większą łatwością i nie budził się w nocy, czy też nad ranem ze świadomością przeżywania bliżej nieokreślonych, aczkolwiek straszliwych i przerażających koszmarów. Niestety, teraz najgorszymi myślami kręcił się wokół rzeczywistości. Obawiał się powrotu do Hogwartu, gdzie będzie musiał stanąć twarzą w twarz z innymi uczniami i nie uniknie rozmów, zatrzaskując za sobą drzwi ślizgońskiego dormitorium. Naturalną więc koleją rzeczy było to, że dzień powrotu do szkoły przyszedł zdecydowanie za wcześnie.
– Nadwyrężysz się, Lily. Przestań! James, pomóż siostrze! – krzyczała na nich matka, gdy wyjmowali swoje kufry z bagażnika samochodu.
Albus przyglądał się scenie z daleka, podczas gdy Jaimie wykonywał najgorszą robotę. Opierał się o metalową barierkę – nie tę, która stanowi przejście do magicznego świata – i starał się odciąć od wszechobecnego hałasu. Oczywiście, wzniesienie mentalnej bariery zakończyło się spektakularnym fiaskiem, bo stali na zatłoczonym peronie. Co gorsza, koncentrację osłabiał mu ojciec, który obserwował go zza szyby samochodu. Gdy mieli skrzyżować spojrzenie, natychmiast odwrócił głowę.
Byli gotowi w przeciągu kilku minut. Albus jako pierwszy prześlizgnął się przez barierkę, chcąc przynajmniej na chwilę odseparować się od rodziny, a tata jako ostatni.
– Wujek Ron powinien się wkrótce pojawić – zakomunikował, uprzednio sprawdziwszy godzinę. – Jesteśmy przed czasem, więc może rozejrzycie się za przyjaciółmi?
Albus i James natychmiast ruszyli do przodu, choć po dwóch krokach automatycznie się rozdzielili. Zanim poszedł w swoją stronę, ślizgon rzucił okiem na ojca. Na początku roku szkolnego, zanim nadszedł czas odjazdu, Harry chciał z nim porozmawiać. Czy powinien liczyć na powtórkę...?
Główkując, przechadzał się po peronie i rozglądał wokół, wypatrując znajomych twarzy. Gdy ktoś zapytał go po drodze, czy miał dobre święta, odmrukiwał, że „jasne”. W oddali dostrzegł Mirrę, ale nie podszedł bliżej, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował, była dobitka. Zdecydowanie nie chciał znów wysłuchiwać, że jest paskudny.
– W porządku, stary...?
Odwróciwszy się zaskoczony, zobaczył nadciągających przyjaciół. Scorpius sprawiał wrażenie szczęśliwego i podekscytowanego (najprawdopodobniej był spragniony wieści, bo przecież nie odpowiedział mu na zaszyfrowany list), a Morrison nierozgarniętego, jakby dosłownie przed sekundą przeszedł przez barierkę; wciąż ciągnął za sobą szkolny kufer.
– Cóż, bywało lepiej – oświadczył uroczyście i z sympatią przybił im piątki.
– Wciąż wyglądasz na chorego. – Vincent się skrzywił. – Nie przeszło ci przez święta?
– Potem wam powiem. – Naprawdę chciał odłożyć w czasie ten bolesny temat. W domu opanował to do perfekcji, a teraz, kiedy znów miał się rzucić w wir szkolnych zajęć, nie był przekonany, czy powinien wyjawiać chłopakom prawdę. Z drugiej strony, jeżeli nie on, to kto ich wtajemniczy...? – Jak minęły wam ferie? – dodał szybko, robiąc sobie mentalną notatkę, by później rzeczywiście wszystko im opowiedzieć.
Postanowili poczekać, aż większość uczniów zapakuje się do pociągu, więc po prostu bezmyślnie krążyli po peronie, od czasu do czasu machając znajomym ludziom. Morrison jako pierwszy otworzył buzię i zaczął się rozwodzić nad swoją okropną siostrą i jej chłopakiem.
– Koleś chce być magikiem! Mówi, że „taką wybrał karierę”! Genialne! – zachichotał. – No wiecie, mugolskie sztuczki z kartami i tym podobne. Facet myśli, że jest niesamowity, bo potrafi ugryźć monetę[1]!
Albus pokiwał głową, by przyjaciel odniósł wrażenie, że jest słuchany. W myślach prosił, żeby w końcu usiedli w przedziale. Oczywiście, nie spieszył się do powrotu do szkoły, ale wolał znaleźć się w pociągu.
– Miałem fantastyczne święta! Było naprawdę super! – zaszczebiotał szczęśliwie Scorpius. To prawdziwa rzadkość, bo Malfoy zazwyczaj nie jest równie promienny. – Wspaniale spędziłem czas, bardzo rodzinnie. Możecie nie dawać wiary, ale dziadek praktycznie się do mnie przykleił. Z nim najlepiej się bawiłem.
Żołądek Albusa zaprotestował. Ostatecznie nie powiedział ojcu o podejrzeniach wobec Blackwood i podstaw jej nienawiści do Scorpiusa. Zadrżał, kiedy pomyślał o możliwych konsekwencjach nierozważnej paplaniny. Dzięki rozmowie w kuchni zrozumiał, czego należy się spodziewać po Ministerstwie Magii i zastępie aurorów. Tata z pewnością wykorzystałby Malfoya jako przynętę, wabik na złoczyńcę lub coś podobnego; gdyby przyszło co do czego, zdecydowałby się zaryzykować życiem niewinnego dziecka...
No właśnie. Czy powinien wtajemniczyć w to Scorpiusa? Czy miał prawo wiedzieć? Zwłaszcza teraz, gdy niemal pieje z radości na myśl o czasie spędzonym z dziadkiem?
Miał wątpliwości.
– To naprawdę dziwne, ale nawet zaczął dogadywać się z mamą... – Scorpiusowi przerwał dźwięk gwizdka pociągu, sygnał zbliżającego się odjazdu.
Ślizgoni podeszli do rodziny Potterów, gdzie Weasleyowie i James zajmowali się kuframi młodszych. Morrison natychmiast rzucił się do pomocy i nim minęła chwila, odebrał od wujka George’a skrzynię Freddy’ego.
– Wielkie dzięki. – Uśmiechnął się wuj. – Kto następny? Lily?
Albus przyglądał się scenie, kątem oka obserwując zachowanie ojca. Harry ściszonym głosem rozmawiał o czymś z Ginny, podczas gdy silnik pociągu zaczynał pracować coraz to głośniej. Wujek George, wujek Ron, James i Morrison oficjalnie stali się stacyjnymi pomagierami od bagażów – zajęli się nawet kuframi mniejszych, nieznajomych uczniów.
– Co ty tam masz, dzieciaku? Dinozaura? – Uśmiechnął się George do nieśmiało wyglądającego chłopca, który – zdaniem Albusa – miał zostać przydzielony dopiero w tym roku. Niektóre ze skrzyń były na tyle duże, że wymagały siły dwóch lub nawet trzech osób.
– Czy te dzieciaki nie mają rodziców? – Jaimie zmarszczył brwi, kiedy razem z Morrisonem dźwigał kufer jakiejś dziewczyny, bodajże krukonki, która zawczasu wsiadła do pociągu.
– Oszczędź sobie komentarzy, James. Wcale nie są zabawne. – Harry zmarszczył groźnie brwi. – Moim bagażem zajmowali się zawsze twoi wujkowie, Fred i George. W sumie od pierwszego roku.
– To ciekawe, bo mi nigdy nie pomagali – zaśmiał się Ron.
– Mogę cię prosić na słówko, Albusie? – zapytała z pewnej odległości Ginny.
Ślizgon wewnętrznie westchnął i trochę się ociągając, podszedł do mamy. W drodze odwrócił się przez ramię i zauważył, że Morrison razem z Jamesem dźwigają kufer Mirry, która uśmiechnęła się w podzięce. Gdy uświadomił sobie, że dziewczyna najprawdopodobniej specjalnie czekała, aż oddali się od przyjaciół, żeby podejść do Morrisona i Scorpiusa, lekko się w nim zagotowało. Zmarszczył brwi, niezadowolony.
– Hm...?
– Chciałam o czymś z tobą porozmawiać. Oczywiście, na szybko, bo zaraz wsiądziecie do pociągu – stwierdziła, niepewnie zawieszając wzrok na Harrym.
– Chodzi o mnie i o tatę? – zapytał, zirytowany.
– Właściwie to tylko o ciebie – odpowiedziała chłodno, najwyraźniej niezadowolona z tonu jego głosu. – Rozumiem, że jesteś rozgoryczony i nie zamierzasz słuchać się ojca. Znam dobrze was obu i wiem, że jesteście jednakowo uparci. Gdy się zacietrzewicie, nic was nie ułagodzi. – Zacisnęła usta. – Zrób pierwszy krok, Albusie. Skończ z tym obwinianiem...
– Nie mamy czasu!
– Pociąg, Gin! – krzyknął Harry, a w tle rozległ się sygnał do odjazdu.
– Skończ z...
– Spadam, mamo!
– Pociąg, Gin!
Mama westchnęła ciężko, a Albus odetchnął z ulgą. Podbiegł do pociągu, który naprawdę wyglądał, jakby za sekundę miał ruszyć i wskoczył na schody.
– Scorpius i Morrison zaopiekowali się twoim kufrem – poinformował go ojciec, sprawiając wrażenie człowieka, który toczy wewnętrzną walkę – wyglądał, jakby chciał coś dopowiedzieć.
– Okej – odpowiedział ślizgon, gdy pociąg zaczął powoli odjeżdżać.
– Powodzenia w Hogwarcie, synu... – wyjąkał ostatecznie Harry.
Albus zlustrował tatę wzrokiem od podskakujących w miejscu ze zdenerwowania stóp, poprzez zmarszczki na czole, bliznę i przekrwione oczy, po zaniedbane ciemne włosy. Nie potrafił się zdobyć na odwzajemnienie dobrego słowa, czy też wykonanie jakiegokolwiek miłego gestu. Zbyt dużo było teraz między nimi wrogości. Dopiero gdy pociąg zaczął przyspieszać, udało mu się skinąć głową, a dosłownie kilka sekund później tata zniknął z pola widzenia.
Zamknął za sobą drzwi i zaczął iść korytarzem, omijając czarownicę, która pchała wózek ze słodyczami i lunchami. Patrząc przez szyby do poszczególnych przedziałów, próbował wykombinować, gdzie osiedli jego przyjaciele. W jednym zobaczył brata z jakąś dziewczyną na kolanach (James kupił już kociołkowe pieguski), potem kuzynostwo, które swobodnie ze sobą rozmawiało oraz Mirrę z Rose, Eckleyem i Hornsbrookiem. Zmrużywszy oczy, wznowił wędrówkę. Zgodnie z przewidywaniami, przyjaciele zajęli jeden z ostatnich przedziałów.
– Co tak długo? – spytał Morrison, chrupiąc lukrecjową różdżkę i zdejmując stopy z siedzenia, żeby Albus mógł usiąść.
– Musiałem jeszcze pogadać z mamą – powiedział rozdrażniony, po czym wydał z siebie zirytowane westchnięcie.
– Coś ważnego? – zapytał Scorpius, grzebiąc w swoim bagażu.
– Nie, pierdoła. – Machnął lekceważąco ręką z nadzieją, że tyle przyjaciołom wystarczy i zaraz zmienią temat.
Sukces. Przez większość podróży Scorpius i Morrison wymieniali się historiami i ciekawostkami dotyczącymi ferii świątecznych, a potem do ich przedziału weszła Melonie Grue, z którą przyjaźnił się Vincent. Dziewczyna nieco z nimi posiedziała, a jak poszła, przyjaciele zdecydowali się poruszyć temat, którego najbardziej się obawiał.
– Oglądałeś...? – zapytał niepewnie Morrison, uprzednio upewniwszy się, że drzwi są zamknięte.
Albus się zagapił.
– Co takiego? – zapytał, a po policzku spłynęła mu kropla potu.
Scorpius zmarszczył brwi.
– No stary, weź. Nie rżnij głupka!
– Wspomnienie Fairharta, gamoniu! – dodał Vincent. – Obejrzałeś?
Albus otworzył usta i zorientował się, że jego gardło jest ściśnięte. Przez chwilę nie mógł wydusić słowa.
– Nie... – skłamał, a miny chłopakom natychmiast zrzedły. – Fairhart... Fairhart nie żyje.
– Co? – krzyknął głośno Morrison, podczas gdy Scorpius wywalił oczy. – Poważnie?
– No przecież nie żartuję! – powiedział sarkastycznie, przepełniony goryczą. Czy naprawdę sądzili, że zmyślał...?
– To niemożliwe! Jak do tego wszystkiego doszło? – zapytał Vincent, wstrząśnięty. – O czym ty mówisz?
Albus westchnął, po czym opowiedział im prawie całą historię, skrzętnie ominąwszy temat wspomnienia. W trakcie opowieści uznał, że najlepiej będzie, jeżeli oszczędzi przyjaciołom potwornych szczegółów. Nie chciał, by patrzeli na Fairharta przez pryzmat tortur, w których uczestniczył. Rzutowałoby to na jego wizerunek, a przecież chciał, by został zapamiętany jako bohater. W wyjaśnieniach posunął się nawet do przedstawienia im zasłyszanego od taty i wujka cwanego sposobu Ministerstwa Magii na „uspokojenie nastrojów społecznych”. Mówił przez bite piętnaście minut. Gdy skończył, wyprostował się na siedzeniu, a w przedziale zapadła głucha cisza. Po chwili wahania sięgnął do swojego kufra i wyciągnął z niego srebrny pierścień.
– To dowód – powiedział cicho. – Wszystko, co po nim zostało.
Morrison wyrwał mu z ręki sygnet i przez moment oglądał go uważnie. Scorpius zrobił potem dokładnie to samo.
– Widzę grawerunek, ale nie potrafię go rozczytać. – Malfoy zmrużył oczy. – Wiesz coś na ten temat? – zapytał i oddał pierścień.
– Yhym. – Albus skinął głową. – Sygnet, z niewiadomego powodu, świeci w ciemności. I tak właściwie to nie należał nawet do Fairharta, tylko do faceta o imieniu Sam. Najwyraźniej oddał go Fairhartowi.
Kiedy skończył mówić, zamilkli na dłuższy moment. Zastanawiali się, rozważając wszystkie możliwości, czy to pewne, że pierścień nie skrywa w sobie żadnej innej tajemnicy, żadnego zaszyfrowanego komunikatu, a jedynie stanowi pamiątkę po wspaniałym czarodzieju, który bezpowrotnie zniknął ze świata żywych.
Morrison przeczesał rękoma włosy.
– Ciężko w to uwierzyć. – Morrison przeczesał włosy rękoma. Wciąż sprawiał wrażenie oszołomionego. – Mówiłeś, że to sprawka Wybawczego Aliansu Różdżek...?
– Tak, według mojego taty.
– Myślicie, że Blackwood była na miejscu zdarzenia? – zapytał niby lekkim tonem Scorpius, próbując podtrzymywać pozory. W rzeczywistości chciał jedynie mieć kolejny powód, by swobodnie nienawidzić tej wiedźmy.
– Szczerze wątpię – powiedział Albus. – Łączyła ich przecież silna więź – dodał, mając ochotę walnąć się w czoło. Czemu zawsze musiał palnąć coś nieodpowiedniego...?
Chłopcy się zaciekawili.
– Skąd równie niedorzeczny pomysł? – zapytał logicznie Scorpius.
– Hm, pamiętacie tamto zdjęcie...? – wymyślił naprędce. – Stali naprawdę blisko siebie, a potem wymieniali przecież korespondencję...
– Och, rzeczywiście... – Morrison wzruszył ramionami. – Ej, a zastanawiam się, czy Blackwood została w ogóle poinformowana, że Fairhart zginął w walce. Skoro się kolegowali, pewnie będzie jej ciężko dalej spiskować z renegatami i jednocześnie prowadzić zajęcia w Hogwa... – urwał, ponieważ drzwi przedziału otworzyły się gwałtownie.
Albus spojrzał na przybysza, nie wiedząc nawet, kogo się spodziewał i sapnął, mile zaskoczony.
Lance trochę się zmienił. Chociaż był wyraźnie skonfundowany, zachował spokój.
– Hej.
– Cześć – odpowiedzieli mu grzecznie Albus i Morrison, podczas gdy Scorpius zacisnął usta.
– Wybaczcie, mała pomyłka – wytłumaczył natychmiast puchon. – Pomyliłem cię z Jamesem. Przez okno wyglądaliście identycznie – dodał w stronę bruneta.
– Och. – Potter westchnął i mimowolnie się zastanowił, czy wszystkim w przedziale jest równie niezręcznie co jemu. Morrison zachowywał się przyjaźnie, ale Scorpius się obruszył. Odmawiając nawiązania kontaktu wzrokowego z Lance’em, przyjął wyzywającą postawę i spojrzał w bok, jakby byli tylko we trójkę. – Cóż, siedzi we wcześniejszym przedziale, chyba w drugim po lewej.
– Och, dzięki – powiedział Lance, omiatając ślizgonów wzrokiem. – To... do zobaczenia później.
Albus skinął głową, a kiedy drzwi zamknęły się za puchonem, odezwał się Scorpius.
– Gamoń – podsumował ze złośliwością.
– Nie jest żadnym gamoniem! – zaprotestował, gromiąc przyjaciela wzrokiem. – Och, właśnie mi przypomniałeś, że jeszcze raz musimy omówić to zamieszanie.
Malfoy momentalnie się ożywił, ale szczęśliwa mina szybko mu zrzedła, gdy wciąż był sztyletowany. Zaaferowany wszechobecnymi manipulacjami, Albus opowiedział chłopakom o śmierci Fairharta, Harrym Potterze i ministerialno-aliansowym ambarasie, całkowicie zapomniawszy o streszczeniu rozmowy z Rose – podczas której praktycznie wypłakiwała mu się na ramieniu. Siedząc obok kuzynki, zrobił sobie mentalną notatkę, aby wyjaśnić sprawy ze Scorpiusem i raz na zawsze ustalić, że załamanie emocjonalne dziewczyny stanowi ich obopólną winę – właśnie dlatego muszą wziąć się w garść i naprawić to, co perfidnie i samolubnie zepsuli. Niemniej jednak nie teraz, gdyż przed sobą miał jeszcze jedną bardzo ważną rozmowę do przeprowadzenia.
– Potem pogadamy, stary. Zaraz wrócę – dodał, wstając z miejsca
– Gdzie idziesz? – zażądał Scorpius.
– Muszę pogadać z Lance’em – odpowiedział wyzywająco.
– Lepiej, żebyś trzymał buzię...
Albus nie słuchał. Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi, całkowicie odcinając Malfoya. Naturalnie, nie zamierzał przyznawać się do klapy w Hogsmeade, zwłaszcza że niedawno zaprzeczył wszystkim oskarżeniom. Współudział w zbrodni nie oznaczał jednak, że miał związane ręce w postępowaniu naprawczym. Naprawdę chciał ułagodzić sytuację i wziąć na siebie przynajmniej częściową odpowiedzialność za wyrządzone krzywdy. Na szczęście dawno minęły czasy, kiedy nie przejawiał nawet najmniejszej inicjatywy. Zawinił i zamierzał odpokutować swoje błędy. Miał robotę do wykonania.
Disona wciąż był w zasięgu wzroku. Wedle wskazówek, szedł do przedziału okupowanego przez Jamesa.
– Hej, Lance!
Chłopak się odwrócił.
– Co tam?
– Słuchaj, ostatnia wycieczka do Hogsmeade nie wyszła nam za dobrze. Najpierw to w Trzech Miotłach, a potem ta zaczepka ze strony podejrzanego nieznajomego... – Albus ze wszystkich sił starał się nie wbić wzroku w ziemię. Nie chciał wyglądać na winnego. – Niepotrzebnie straciliśmy masę czasu. Może spróbujemy powtórzyć tę wycieczkę...?
Lance spojrzał przez ramię, jakby w poszukiwaniu wsparcia przyjaciół, chociaż byli na korytarzu tylko we dwójkę. Nerwowe zachowanie zdradzało, że poczuł się przyparty do muru.
– Ee, jasne – odpowiedział, wyraźnie spięty. – Z kim jeszcze się poszwendamy...? – dodał, z pozoru nonszalancko.
– Och, nie wybiegałem myślami tak daleko w przyszłość – przyznał, nie chcąc nawet wypowiadać imienia Rose. – Na razie obstawiam moich przyjaciół. Och, zaproś też kogoś z Hufflepuffu. Gdy się zbierzemy, pomyślimy, na co będziemy mieć ochotę...
– W porządku – powiedział Lance, nawet nie próbując zapanować nad rozbieganym ze zdenerwowania spojrzeniem. – Zapamiętam, żeby zaklepać termin. Cóż, na razie.
– Super. – Albus skinął głową i się odwrócił.
To tyle. Zrobił, co mógł.
– To najpodlejsza z możliwych zdrada! – wykrzyczał godzinę później Scorpius, kiedy profesor McGonagall powitała ich ponownie w Hogwarcie. W Wielkiej Sali panował tradycyjny chaos i harmider, tak więc nikt postronny go nie usłyszał. Wszyscy uczniowie byli zajęci relacjonowaniem sobie przebiegu przerwy świątecznej.
– Że z mojej strony...? – odkrzyknął mu z powrotem, biorąc duży kęs z nogi indyka. – Oczytydodablamóisz? – zapytał, przeżuwając jedzenie.
– Ugadałeś się z Lance’em! Wykorzystałeś okazję!
Albus przełknął ślinę i spojrzał na Morrisona, który w konflikcie pozostał neutralny – w żaden sposób nie skomentował faktu, iż na pierwszą wycieczkę po feriach, wybiorą się w towarzystwie puchonów.
– Uspokój się, stary. – Podniósł ręce do góry w wyrazie niewinności. Nie zamierzał kontynuować sprzeczki. – Lance uderzał do Rose, a myśmy namieszali. Osądzając obiektywnie, również mogłeś zaprosić ją na randkę. Umówiłem spotkanie w Hogsmeade, abyście obaj mieli równe szanse.
– Wręcz przeciwnie, stary! – argumentował blondyn.
– Niby czemu?
– Lance wymiata, a Scorpius średnio – wtrącił się Morrison. – Plus Rose jest zauroczona Lance’em.
– W takim razie dostaniesz szansę, żeby to zmienić – podsumował Albus, zanim wziął do buzi kolejny kęs.
Scorpius siedział przez moment z zaciśniętymi ustami, a potem zaczął mamrotać pod nosem.
– Zupełnie nie rozumiem, po kiego w ogóle interweniowałeś...
– Co takiego? Nie widziałeś jej, stary. Rose jest rozdarta – stwierdził ponuro. – Wspólne wyjście może naprawić kilka rzeczy i jednocześnie da ci sprawiedliwą szansę.
– Nie twoim zadaniem było to naprawić – skontrował blondyn. – Poczuwasz się do odpowiedzialności, chociaż prawie nic nie zrobiłeś.
– Właśnie – powiedział chłodno Albus. – Stałem z boku i patrzyłem.
Chwilę zajęło mu zrozumienie, że niedawno usłyszał identyczną kwestię. Gdy uświadomił sobie, kogo zacytował, bezwiednie spojrzał na stół nauczycielski.
Neville niedbale rozmawiał z profesor Bellinger, a obok niej Hagrid wsuwał jedzenie do ust w niesamowicie szybkim tempie. Albus poczuł nagłe ukłucie winy. Widok pałaszującego gajowego uzmysłowił mu, że od początku roku szkolnego ani razu nie wpadł do niego na herbatę i ciasteczka; widywali się wyłączanie na stopie służbowej na lekcjach opieki nad magicznymi stworzeniami. Cóż, należy nadrobić zaległości. Z ciężkim sercem zerknął na miejsce obok Hagrida...
Blackwood była nieobecna.
Albus zamrugał, otępiały. Co to może oznaczać? Była w domu? Opłakiwała stratę dobrego przyjaciela? A może po prostu, tak samo, co on, nie była w stanie patrzeć na uśmiechnięte twarze uczniów? W końcu znała Fairharta o wiele dłużej... Mimowolnie zaczął jej współczuć, a przed oczami stanęła mu załamana, krucha kobieta, krzycząca z rozpaczy i ściskająca w dłoniach podniszczoną fotografię Lucjusza Malfoya...
– Będziesz to jadł, czy nie?
Gdy się ocknął, spojrzał na Morrisona, który wskazywał na miseczkę pełną puddingu.
– Och, sorka. Tak – powiedział defensywnie i przyciągnął do siebie salaterkę.
– Czemu się tak przyglądałeś? – zapytał Scorpius i choć ton jego głosu wciąż nie był najcieplejszy, to wydawał się zaintrygowany.
– Blackwood jest nieobecna – odparł, wciąż marszcząc brwi na widok pustego krzesła. Inni nauczyciele wydawali się nim nieporuszeni.
Scorpius ugryzł kawałek indyka i również popatrzył na stół kadry, aczkolwiek nijak to skomentował.
– Może wróciła do domu na Boże Narodzenie? – zasugerował Morrison. – I może nie powiesiła na ścianie kalendarza, który przypomniałby jej, że ferie się skończyły – parsknął, a Malfoy złośliwie zachichotał.
– Najprawdopodobniej – podsumował, ledwie zwracając uwagę na uszczypliwości przyjaciela. Wciąż gdybał, gdzie jest Blackwood i kiedy zamierza wrócić do szkoły. Podczas tradycyjnej przemowy na początku uczty profesor McGonagall nie wspominała nic o żadnym zastępstwie z eliksirów, a tym bardziej o przyczynie nieobecności jednej z nauczycielek. Może zbyt się rozwodził...? Z drugiej strony nie obserwował stołu na podwyższeniu od samego początku, tak więc Blackwood mogła po prostu zjeść i wyjść wcześniej; mogła przygotowywać się do zajęć w gabinecie, albo przechadzać się tajemniczym tunelem prowadzącym do Hogsmeade...
Uczta skończyła się dziesięć minut później. Albus złapał się za przejedzony brzuch ze świadomością, że czas skończyć wcinanie. W tym momencie nie pragnął niczego innego, jak tylko położyć się do cieplutkiego łóżka z baldachimem. Od jutra znowu zaczną się zajęcia. Ostatnim razem, gdy uczęszczał na lekcje, Fairhart żył i miał się dobrze...
Kiedy schodził do lochów razem ze współdomownikami, próbował odsunąć od siebie te nieprzyjemne myśli. W ciągu następnych dziesięciu minut jego życzenie się spełniło – rzucił się na łóżko i wbił wzrok w ciemny sufit w dormitorium.
Wrócił do Hogwartu. Ot tak, po prostu. Życie normalnie toczyło się własnym rytmem.
Gdy usłyszał ciche chrapanie dobiegające z łóżka Morrisona, przewrócił się na bok. Vincentowi nie trzeba było wiele.
– Branoc, stary – szepnął w ciemności Scorpius.
– Dobranoc – odpowiedział i zamknął oczy, próbując zapaść w sen.
Po mniej więcej piętnastu minutach okazało się jednak, że Malfoy też nie potrafił zasnąć. Wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego.
– Hm...?
– Przykro mi z powodu Fairharta...
Albus nie potrafił wykrztusić słowa, zupełnie zaniemówił. Niezdolny do otworzenia choćby buzi, żywił nadzieję, że Scorpius pomyśli, że zdążył zasnąć, a wymruczane „hm” było tylko leniwym miauknięciem. Ostatecznie nieprzyjemne myśli krążyły mu po głowie przez praktycznie całą noc.
Fairhart nie żyje. Wciąż nie potrafił na spokojnie przyjąć tego do wiadomości. Początkowo, będąc w szoku, całą winę za śmierć mężczyzny zrzucił na ojca i popełnione przez niego głupstwa, choć w głębi duszy wiedział, że nie on był odpowiedzialny; pomimo to nadal go obwiniał, zupełnie jak wszystkich wokół.
Puste miejsce Blackwood przypomniało mu, że nie jest jedynym, który cierpi w samotności. Owszem, ktoś będzie tęsknił za Fairhartem, ale czy komuś będzie go szczerze brakować...? Morrison i Scorpius wydawali się zszokowani i zasmuceni straszną nowiną, ale najprawdopodobniej szybko przywykną. Czy ktokolwiek jeszcze przejmował się śmiercią Fairharta?
Wszystko skończyło się w okamgnieniu. Zadaniem mężczyzny było szpiegostwo, prawda...? Właśnie dlatego Wybawczy Alians Różdżki wydał na niego wyrok śmierci, prawda...? Ojciec twierdził, że Fairhart zgłosił się na ochotnika. Mówił też, że był człowiekiem z odpowiednimi kwalifikacjami oraz że zdawał sobie sprawę z wszelkich możliwych konsekwencji. Z drugiej strony, kto chciałby parać się inwigilacją stwarzającej zagrożenie organizacji? Kto godziłby się na wiedzenie podwójnego życia? Kto dobrowolnie wystawiłby się na tak wielkie niebezpieczeństwo? Albus mielił ten temat przez całą noc. Kto nie grzeszył mądrością, bądź po prostu nie miał nic do stracenia, aby zgodzić się na rolę szpiega...?
*
Reginald Ares wygiął drwiąco usta, zamykając grubą, czarną księgę, podczas gdy upiorna, blada postać powoli znikała ze wszechwiedzącym, diabelskim uśmiechem.
Znajdował się w dużej kamiennej, brudnej komnacie na obskurnej wyspie. Oczywiście, wszystkie ważne wydarzenia miały miejsce w pobliżu Nikczemnej Księgi. Za żadne skarby świata nie zamierzał pozwolić, aby Sebastian położył na niej swoją dłoń. Niedbale oparty o ścianę naprzeciwko stał jednak drugi czarodziej, toczący galeon pomiędzy palcami do momentu, kiedy pewnym skomplikowanym ruchem sprawił, że moneta zniknęła.
– Chciałeś się ze mną widzieć, Fango? – Ares odwrócił się do towarzysza.
Wilde odsunął się od ściany i wyprostował. Krótkie, brązowe włosy miał zakurzone od wszechobecnego pyłu, a twarz wychudzoną. Wyglądał, jakby od dawna chciał powiedzieć coś istotnego.
– Vesnovitch jest raczej dość pewny swoich przypuszczeń – stwierdził. – Co się zmieniło?
– Systematyczne eliminowanie wszystkich innych możliwości – odpowiedział szorstko Ares. – Najwyraźniej moce Różdżki faktycznie uległy rozdzieleniu. To jedyne... logiczne wytłumaczenie – dodał, wyraźnie niezadowolony.
– Znowu nawaliła?
– Nie, ostatnio ani razu. – Pokręcił głową. – A przynajmniej nie od momentu, dawno temu, kiedy chciałem podreparować kilka rzeczy.
– Co z jej drugim właścicielem? – zapytał Wilde. – Jesteś całkowicie pewien, że...
– Wolałbym skoncentrować się na czymś zgoła innym. Zajmę się problemem, gdy nadejdzie odpowiedni czas – przerwał mu Ares. – Prosiłeś mnie o audiencję, więc najprawdopodobniej masz pytania.
– Niekoniecznie. – Fango westchnął. – Chciałbym poruszyć temat, który jest równie ważny.
Ares prychnął z powątpiewaniem.
– Wątpię, ale proszę, kontynuuj.
– Chodzi o twojego brata – powiedział głośno Wilde.
Red powoli odwrócił się twarzą do Księgi, tym samym zapewniając sobie dobry kamuflaż i unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. W nikłym świetle świec nikt nie dostrzeże, że zbladł.
– Słucham? – zapytał, jakby od niechcenia.
– Skończ przedstawienie – powiedział twardo Fango, a postronny obserwator mógłby śmiało odnieść wrażenie, że to on kontroluje przebieg rozmowy. – Twój brat stanowi zagrożenie. Wszystko, co robi, naraża nas na niebezpieczeństwo.
– Muszę przyznać, że Sebastian rzeczywiście trochę się spieszy, ale...
– Jest nieprzewidywalny! Kapryśny. Egoistyczny. Kieruje się własnym dobrem i samolubnymi zachciankami, a nie naszymi priorytetami. – Wilde zrobił krok do przodu, przerywając mu w pół zdania. – Co gorsza, panoszy się niczym król, patrząc na wszystkich z góry.
– Sebastian zna swoje miejsce – odpowiedział uspokajająco Ares.
– Och, naprawdę? – zadrwił Fango. – W jaki sposób odpowiesz na jego groźby terrorystyczne w stosunku do Ministerstwa? Żądał wydania Pottera. Mieliśmy przeogromne szczęście, że urzędnicy zinterpretowali to jako polecenie wydania Harry’ego Pottera, a nie Albusa. Gdyby się dowiedzieli, że szukamy chłopaka, bylibyśmy w o wiele gorszej sytuacji. Społeczeństwo mogłoby się zjednoczyć przeciwko nam i...
– Nie musisz mi przypominać o możliwych konsekwencjach! – Ares odwrócił się tak szybko, że zatrzepotał płaszczem, a osiadły na skałach pył poszybował w górę. – Wszystko wspaniale rozumiem, dziękuję za nakreślenie sytuacji.
Wilde zrobił krok wstecz. Red znów wyszedł na prowadzenie.
– Sebastian wysunął groźby, bo uznał, że to najlepsze rozwiązanie. My zaś w międzyczasie szukaliśmy odpowiedzi na pytania, które pomogą nam schwytać chłopca. Wysiłek się opłacił, gdyż wiemy wszystko, co chcieliśmy wiedzieć.
– Najlepsze rozwiązanie...? Skończ z wyszukiwaniem wymówek. Skończ z usprawiedliwianiem – parsknął sarkastycznie Fango. – Jak ustosunkujesz się do nonsensów o „Diablim Aliansie”, o którym szepczą nasi towarzysze? Z łatwością zostali omotani mrzonkami i teraz chlubią się pseudonimem diabłów. Są przekonani, że rzeczywiście tak się nazywamy. Jeżeli pobłażasz bratu, co z Apostołami Zmian...?
– Niewarte rozmyślań bzdury. Apostołowie Zmian, czy też Diabli Alians to tylko nazwy! – krzyknął Ares, próbując wywrzeć na swoim rozmówcy jeszcze więcej nacisku. – Naprawdę uważasz, że przykładam wagę do terminologii? – splunął, a potem wskazał palcem na podłogę; na niższej kondygnacji zgromadzili się jego poplecznicy. – Jak dla mnie, te szumowiny równie dobrze mogą określać się mianem „Czekoladowej Kawalerii”, żadna różnica! Apostołowie Zmian stanowili wiadomość dla Ministerstwa Magii. Mieli dać do zrozumienia, że rewolucja Reginalda Aresa nie jest odosobnionym przypadkiem; że nie będę walczył samotnie, a w dużo liczniejszej grupie!
– Te szumowiny podążają teraz za Sebastianem! Co rusz szczycą się stworzonym przez nowego przywódcę pseudonimem. Są niespokojni i nie potrafią usiedzieć w miejscu, ponieważ Darvy jest w gorącej wodzie kąpany – argumentował Wilde, zacietrzewiony. – Żałuję, że nie przysłuchujesz się sposobowi, w jaki rozmawiają. Połowę z naszych sił stanowią dawni śmierciożercy, chcący po prostu torturować mugoli i siać zniszczenie, jak za czasów terroru Czarnego Pana. – Zacisnął usta. – Sebastian z kolei nie ma najmniejszego problemu z zaopatrywaniem wojsk w ofiary.
Ares nie odpowiedział. Odwrócił się ponownie i zaczął spacerować, jakby próbował zostawić za sobą gorzkie słowa Wilde’a. Kiedy w końcu się odezwał, w jego głosie dało się słyszeć desperacką nutę.
– Co proponowałbyś, żebym zrobił, Fango?
– Usuń przeszkodę. Chcesz z daleka oglądać to, jak społeczeństwo dokonuje autodestrukcji, podczas gdy Sebastian pragnie w przebraniu wilka wparować do owczarni i siać spustoszenie. Wasze cele są rozbieżne, a właściwie przeciwstawne – podsumował przez zaciśnięte zęby Wilde. – Nie sposób jednocześnie przeprowadzić rewolucji i przyjaźnić się z opozycjonistą. Darvy z każdym krokiem ciągnie cię w dół. Zaczyna pociągać za sznurki i zdobywać poparcie wśród twoich podwładnych. Szumowiny z niższego piętra mają serdecznie dość ukrywania się w opuszczonych grotach; pragną konkretnej walki oraz rozlewu krwi. Nieustannie wyciągają do przodu ręce, chcąc więcej i więcej, niosąc tylko zniszczenie. – Potrząsnął głową, poniekąd w niezrozumieniu. – Co gorsza, zaczynają też plotkować, jakoby twoja obietnica nadchodzącej wojny była tylko czczą deklaracją.
– Spokojnie, przyjdzie im jeszcze walczyć. – Ares machnął lekceważąco dłonią. – Wojna, której pragną, a konflikt, który dostaną, to dwie zupełnie inne sprawy.
– Sam powiedziałeś, że to kanalie! Mają gdzieś twoją rewolucję, a więc nie są zainteresowani wprowadzeniem modyfikacji w struktury rządowe. Chcą jedynie unieść w górę różdżki i wystrzelić w niebo Mroczny Znak, po czym kąpać się w chwale wszechobecnego strachu! Sebastian naprowadza ich na tę właśnie ścieżkę! – krzyknął Wilde. – Wiem, że Darvy jest niezwykle utalentowanym warzycielem, ale jestem przekonany, iż do osiągnięcia mistrzostwa wiele mu brakuje. Eliksiry z roku na rok są udoskonalane, a zaprzestanie dalszego kształcenia odbija się na jego umiejętnościach, które na chwilę obecną są zwyczajnie przestarzałe. Talent, którym dysponuje, nie jest wart naszej sprawy. Usuń przeszkodę, Red. Nie twierdzę, że musisz posuwać się do ostateczności. Wystarczy, że zepchniesz Darvy’ego w cień.
Ares się odwrócił.
– Z rodziny pozostał mi tylko Sebastian, Fango – powiedział miękko.
– Wiem – odpowiedział równie łagodnie Wilde. – Niemniej jednak od niektórych rozwiązań nie ma ucieczki. Musisz przyjąć to do wiadomości.
Ares przez chwilę się nie odzywał, a potem podszedł do Nikczemnej Księgi i z namaszczeniem przejechał dłonią po twardej oprawie.
– Nie opuszczę brata, bo nie jestem podobny do matki. Sebastian jest częścią naszej grupy i nią pozostanie. To ostateczna decyzja, niepodważalna. Nasi towarzysze z kolei dostaną powód do wojny, ale na moich warunkach. Ustaliłem harmonogram. Na początku lata obecne Ministerstwo Magii bezpowrotnie zniknie, a gdy nastanie jesień, powróci zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami...
– Zamierzasz przejąć kontrolę nad armią tych... stworzeń w ciągu zaledwie kilku miesięcy? – zapytał z niedowierzaniem Fango.
– Ich zadaniem nie będzie bezmyślne mordowanie, chociaż na chwilę obecną tylko to potrafią poprawnie. Jeżeli się okaże, że Vesnovitch miał rację i nie znajdziemy innego rozwiązania, osobiście zajmę się chłopcem. Wiem, który moment będzie najlepszy. Lucjusz podał mi wszystkie daty najbliższych wycieczek szkolnych do Hogsmeade.
– Malfoy nie jest godzin zaufania. – Wilde zmarszczył brwi. Brzmiał, jakby nie był pewien, czy Aresowi spodoba się podobna opinia. – Siedział w kieszeni Pottera zdecydowanie zbyt długo. Mam co do niego dziwne przeczucia.
– I prawidłowo – powiedział Red. – To szpieg.
Fango wytrzeszczył oczy.
– Co...? Skąd... skąd ty to...? Użyłeś legilimencji...?
– Nie, w dedukcji kierowałem się wyłącznie zdrowym rozsądkiem. Dwa lata temu Lucjusz odrzucił ofertę Augustusa. Nie miał żadnego powodu, żeby do nas przystąpić, zwłaszcza tak niespodziewanie. – Uśmiechnął się chłodno Ares. – Cóż, potrafię też spojrzeć na sprawę z perspektywy Harry’ego Pottera. Spośród wszystkich innych śmierciożerców, Lucjusz był najlepszym kandydatem, a skoro Potter urządził sobie samowolkę i pracuje nad sprawą poza jurysdykcją Ministerstwa Magii, pozbawiony oficjalnych rządowych kontaktów, Malfoy jest jego jedynym łącznikiem z naszą organizacją i dostarczycielem potrzebnych informacji.
– Czyli zostanie zlikwidowany...? – zapytał Wilde.
– W odpowiednim czasie, naturalnie – odpowiedział, bardzo zadowolony, że rozmowa o Sebastianie definitywnie dobiegła końca; odsunął więc na bok niepokojące zapędy brata. – Mimo wszystko Lucjusz ma wiele zalet. Wystawia nam chłopca na tacy, podając daty wizyt uczniów w Hogsmeade. W szeregach popleczników Voldemorta zajmował zaś wysoką pozycję. Jego obecność na spotkaniach naszej grupy dodaje wsparcia i podbudowuje moralnie byłych śmierciożerców. Mimo upływu lat i splamionego w oczach świata nazwiska wciąż jest szanowany i dodaje innym pewności siebie. – Uśmiechnął się przebiegle. – Mogę też do woli nim manipulować. Wystarczy, że przekażę mu nieprawdziwe informacje, a naprowadzę Pottera na fałszywy trop. Czasem zaczynam się zastanawiać, czy on aby nie przesadził, dając Malfoyowi tak dużo władzy...
Fango skinął głową.
– Czyli teraz Lucjusz przekaże Potterowi, że znasz dni szkolnych wycieczek.
– Właśnie. Oczywiście, odpowiednio się zabezpieczyłem. Lucjusz podejrzewa, że zależało mi na datach, aby zastać zamek pusty i najsłabiej chroniony. Strach o wnuka przyćmiewa mu szerszą perspektywę. – Red pokręcił głową. – Nie wie, że zależy mi na czymś zgoła przeciwnym, a mianowicie na pełnej po brzegi wiosce. Podczas gdy Potter wzniesie bariery ochronne wokół Hogwartu, my przygotujemy zasadzkę w Hogsmeade.
Wilde przytaknął i, uznawszy, że rozmowa dobiegła końca, odwrócił się w stronę ukrytego przejścia. Gdy podszedł bliżej, ściana rozsunęła się, ukazując schodzące w dół kamienne schody. Zanim zdążył choć postawić stopę na pierwszym schodku, Ares ponownie przemówił.
– Dlaczego tutaj jesteś, Fango?
Czarodziej przystanął, szczerze zdziwiony. Potem się odwrócił.
– Chciałem z tobą porozmawiać o zachowaniu Sebastiana...
– Słuchasz, ale nie słyszysz. – Ares potrząsnął przecząco głową. – Zapytałem, dlaczego tutaj jesteś. Czemu zadajesz sobie trud, aby uzyskać audiencję i okazujesz zainteresowanie moimi celami? Czemu nie utożsamiasz się z szumowinami z piętra niżej?
– Cóż, po prostu zgadzam się z twoimi ideałami – odpowiedział prosto Wilde. – Czarodziejski świat zastygł w stagnacji i potrzebuje rewolucji, wymaga gruntownych zmian oraz odpowiedniego skoordynowania władzy. Chcę ci pomóc w realizacji planu...
– Nie okłamuj mnie, Fango – przerwał mu żywiołowo Ares. – Zdradziłeś przyjaciela z powodu żądzy władzy i odwróciłeś się od Ministerstwa z powodu chciwości. Utraciwszy dach nad głową, nie masz żadnej innej kryjówki. Jesteś skończony, więc kto cię przygarnie? Władasz naprawdę dużo wysiłku w urzeczywistnienie mojej wizji świata, o wiele, wiele więcej aniżeli te zwierzęta na dole. Muszę przyznać, że... doceniam twoje starania.
Wilde nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę patrzył na Reda w milczeniu, a następnie odwrócił się z zamiarem wyjścia. I znowu, zanim postawił stopę na stopniu, został zatrzymany.
– To ciekawe. Słyszałeś najnowsze wieści...? – zapytał Ares. – Odnośnie twojego starego przyjaciela...?
Fango zrobił krok wstecz.
– Co z nim...? – spytał, szczerze zainteresowany.
– Nie żyje – podsumował cicho Red.
Wilde natychmiast zbladł, przez co przez moment wyglądał, jakby ktoś, bez wcześniejszego uprzedzenia, wylał na niego kubeł lodowatej wody. Gdy przemówił, głos mu się lekko trząsł.
– Sa... Fairhart nie żyje...? – W ostatniej chwili zdążył się poprawić. – Jak to...? Skąd wiesz...? Kto jest odpowiedzialny...?
– Nawet nie wiesz, ile przydatnych informacji idzie dowiedzieć się z przypadkowego ulicznego wywiadu. Z tego, co się dowiedziałem, odpowiedzialny jest Warren. Oczywiście, nie bezpośrednio. Waddlesworth jest co najmniej przeciętnym czarodziejem, a do tego wielkim tchórzem. Niemniej jednak ma władzę i ludzi na swoje rozkazy. Twój stary przyjaciel najprawdopodobniej odmówił mu wykonania ważnego zadania. Sprzeciw dawał do myślenia i Warren całkiem szybko wyciągnął poprawne wnioski. Najwyraźniej Sancticus Fairhart odgrywał dokładnie tę samą rolę, co nasz drogi Lucjusz. To wystarczyło, aby skazać go na śmierć.
Wilde przez chwilę gapił się w ziemię.
– Wyglądasz na zasmuconego, Fango – kontynuował Ares, ponownie się odwracając. – Niecodzienny, aczkolwiek interesujący widok...
– Gdzież tam, jestem po prostu zaskoczony – odpowiedział szybko mężczyzna. – W końcu był bardzo zdolnym czarodziejem.
– W rzeczy samej – zgodził się Red. – W każdej plotce tkwi ziarno prawdy. Najprawdopodobniej wywiązała się całkiem ostra bójka, a ostatni cios zadała obecna nauczycielka eliksirów w Hogwarcie. Z niewiadomego powodu Fairhart odmówił z nią walki.
Wilde nadal patrzył w ziemię.
– I jak zwykle los ponownie zadziałał na naszą korzyść, ponieważ Fairhart był łącznikiem Pottera z Wybawczym Aliansem Różdżek – kontynuował Reginald. – Połączenie to zostało zerwane i nie potrwa długo, zanim Ministerstwo opowie się przeciwko nim, oczyszczając tym samym nasze pole działania. Idiotyzm Warrena, chociaż w dużej mierze oczekiwany, w odpowiednim momencie okazał się prawdziwym błogosławieństwem. Sprawy całkiem dobrze się ułożyły, Fango. Nie musisz się martwić o towarzyszy z dołu. Za niedługo będą mieli szansę rozprostować nogi. Wystarczy tylko poczekać, trochę cierpliwości...
Wilde kiwnął niemrawo głową, chociaż jego zachowanie wyraźnie wskazywało, że nie zarejestrował drugiej części wypowiedzi Aresa. Wciąż rozmyślał na temat śmierci Sancticusa Fairharta. Po kilku minutach przedłużającego się milczenia zszedł na niższe piętro.
Red westchnął, po czym ponownie odwrócił się ku Księdze.
Wkrótce, pomyślał i ponownie pogłaskał oprawę. Wkrótce wykonam zadanie, jakie postawił przede mną los.
[1] Sztuczka z nagryzioną monetą – (z ang.: bite coin) – magiczna sztuczka polegająca na braniu od widza monety (obojętnie jakiej) a potem jej szybkiej podmianie (tak, żeby nikt nie zauważył) na specjalną. Magik gryzie monetę i pokazuje wszystkim, że brakuje jej fragmentu. Potem zbliża ją do ust i chucha, dzięki czemu ogryziony kawałek „wraca” na swoje miejsce. Widz dostaje z powrotem prawdziwą, całą monetę. Sztuczkę tą przedstawił David Blain w jednym ze swoich pierwszych telewizyjnych wystąpień
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz