Albus przyglądał się, jak Ares cofa się pod drzewa ze strachu. Światło księżyca rozświetliło poprzez gałęzie drzew wyraz przerażenia na jego twarzy oraz złotą różdżkę skierowaną ku niemu.
– Nie! Proszę, nie! – bąkał Ares, czołgając się pod drzewo, sprawiając wrażenie gotowego do mozolnej wspinaczki.
Albus roześmiał się okrutnie. Nieznacznie opuścił różdżkę, ustawiając ją w dogodnej dla siebie pozycji – wycelowaną idealnie na człowieka zdanego na jego łaskę.
– Proszę, nie!
Chłopiec zaśmiał się jeszcze głośniej, choć był już zmęczony błaganiami mężczyzny.
Nastał czas, aby to zakończyć. Chwycił mocniej Smoczą Różdżkę.
– Avada Kedavra!
Strumień zielonego światła uderzył Aresa prosto w twarz. Ten przewrócił się niczym szmaciana lalka, uderzając głową w korzenie ogromnego drzewa, pod którym się znajdował. Albus podszedł bliżej i spojrzał na tę żałosną, słabą twarz. Widział własne odbicie w martwych oczach swej ofiary. Zareagował śmiechem, podczas gdy jego oczy jarzyły się złotem, choć nic się za nim nie kryło. Był pusty, nie posiadał duszy, był...
Drzwi się otworzyły. Chłopiec natychmiast usiadł prosto i rozejrzał gorączkowo, by upewnić się, że wciąż leży w łóżku, po czym zerknął na drzwi – to tylko Lily.
– Mama mówi, żebyś już wstawał – powiedziała. – Masz zejść na śniadanie.
– Co z pukaniem? – odparował, kompletnie ignorując to, co rzekła siostra. Wytarł pot z twarzy. Dlaczego tak ciężko oddychał?
Lily odgarnęła długie, rude włosy na bok i zapukała w drzwi, które już były otwarte, pomijając fakt, że i tak była w pokoju brata.
– Lepiej? Mama mówi, że masz wstawać. – Następnie wyszła, zostawiając Albusa zaplątanego w kołdrze. Chłopiec spróbował sobie przypomnieć, co mu się śniło. Ktoś się śmiał? Wszystko było takie rozmyte...
Piętnaście minut zajęło mu ubranie się, a potem ponownie opadł na łóżko, ucinając sobie małą drzemkę, przez co w konsekwencji na dole był w ciągu godziny. Wciąż ziewając i ciągnąc się za koszulkę, żeby się ochłodzić, wszedł do kuchni i zobaczył, że pomieszczenie nie było puste. Mała, rudowłosa postać siedziała do niego tyłem i nalewała sobie pełną szklankę soku pomarańczowego przy stole.
Hugo odwrócił się, kiedy usłyszał, że ktoś wchodzi.
– O... cze... cześć, Albusie – powiedział, jąkając się nieco. – Przepraszam, chyba nie zostawiłem ci za dużo...
– Jest okej, masę tego jeszcze – odpowiedział Albus, także nalewając sobie szklankę. Zrozumiał przy tym, że się pomylił. Soku starczyło jedynie na pół kubka.
– Przepraszam – powtórzył Hugo nieśmiało.
– Nie przejmuj się – odpowiedział niespokojnie, biorąc jednocześnie mały łyk, żeby się ukoić nerwy. I tak był zbyt rozproszony, żeby się o to troszczyć. Wciąż próbował sobie przypomnieć sen, chociaż było mu bardzo trudno. Podrapał się po policzku i wtem coś do niego dotarło. Hugo wciąż był w jego kuchni. – A co ty tu w ogóle robisz? – zapytał.
– Tata mnie podrzucił, a potem poszedł. Powiedział, że szybko wróci. – Hugo upił duży łyk. – Podobno ma być tutaj jakieś duże spotkanie...
Albus zmarszczył brwi. Nie było dnia, w którym nie mieliby gości. Mężczyźni i kobiety różnego pochodzenia pukali bez przerwy do drzwi, prosząc o rozmowę z Harrym Potterem, którą potem odbywali w kuchni. Nawet w jego urodziny odbyło się stosunkowo duże spotkanie, podczas którego młodzieży nie wolno było zejść na dół.
A potem zrozumiał coś jeszcze. Skoro Hugo został tutaj podrzucony, to na pewno...
– Albusie!
Krzyk Rose słychać było na całym dole. Jęknął, kiedy kuzynka wpadła do pokoju. Włosy miała związane w kucyka, a zirytowany wyraz twarzy wydawał się dawać do zrozumienia, że szukała go nie wiadomo gdzie.
– Albusie! – powtórzyła, gdy zobaczyła go opierającego się o ladę.
– Słyszałem cię – odpowiedział sucho.
– Dobrze, muszę pożyczyć Huncwota – zażądała.
Uniósł brwi.
– Dlaczego?
Nie słuchała go jednak, bo zauważyła swojego młodszego brata i natychmiast zabrała mu szklankę z sokiem.
– Hej, to moje! – krzyknął.
– Hugo, musisz nauczyć się dzielić! – rzuciła pompatycznie i wzięła duży łyk, po czym wytarła usta. – Co mówiłeś? – odwróciła się w kierunku Pottera.
– Zadałem ci pytanie. Czemu potrzebujesz Huncwota? – odpowiedział. – Nie masz swojej sowy?
– Errol jest naprawdę stary i chyba też chory. Tata nie chce, żeby latał na duże odległości...
– Duże odległości? – zapytał Albus, podczas gdy Hugo spoglądał to na jednego to na drugiego z nich. – Jak daleko? Do kogo piszesz?
– Nie twoja sprawa – odpowiedziała ostro.
– To jest moja sprawa! To moja sowa! A ty pewnie piszesz do tych dwóch kretynów!
– Nieprawda! – wykrzyknęła, ale wiedział, że kłamała. I miała ku temu dobry powód. Albus nienawidził obydwu, a jego pogarda w stosunku do Charlesa Eckleya dodatkowo wzrosła, kiedy on pierwszy zaczął chodzić w zeszłym roku z dziewczyną, która mu się podobała. Chociaż Albus dokonał małej zemsty na boisku quidditcha w finałowym meczu, nie zrobił nic, by zakończyć tę wrogość. Rose wciąż wiedziała, że on nie chce, żeby jego sowa doręczała list jednemu z tych gryfonów. – Nie piszę do żadnego z nich! – powiedziała. – I to nie jest twoja sowa! Należy do twojej rodziny! I mojej!
– Cóż, tak czy inaczej nie możesz jej użyć – powiedział Albus z satysfakcją. – Bo właśnie dostarcza list Morrisonowi, piszemy ze sobą.
Wyrzuciła ręce wściekle do przodu.
– Albusie, czemu to zrobiłeś?!
Chłopiec zmrużył oczy.
– Nie wiedziałem, że będziesz jej potrzebowała – powiedział. – Jak możesz mnie za to winić?
Teraz to Rose zmrużyła oczy i położyła obie dłonie na biodrach.
– Dobrze! – powiedziała. – Powiedz mi, jak wróci!
Po tym stwierdzeniu odwróciła się szybko i wyszła, wciąż trzymają szklankę Hugona.– Z roku na rok robi się coraz gorsza – wymamrotał do siebie i uśmiechnął się lekko do młodszego kuzyna. Potem zauważył, że ten nie ma już swojego picia. Podał mu więc własną szklankę.
– Dzięki – odpowiedział chłopczyk z wdzięcznością.
– Żaden problem – powiedział i opuścił kuchnię, by przejść się po domu. Nie odszedł jednak za daleko. Jak tylko przekroczył próg salonu, usłyszał głośne pukanie do drzwi. Sądząc, że to Hagrid, który ostatnio dość często ich odwiedzał, od razu otworzył drzwi.
To zdecydowanie nie był Hagrid. Zamiast niego, stał tam wysoki i tęgi mężczyzna o zakrzywionym nosie i ziemistej cerze. Jego małe, czarne brwi uniosły się wysoko, a oczy zaczęły lustrować chłopca kwaśno. Albus zdążył się przyzwyczaić jednak do tego wyglądu. Spotkał już przecież tego człowieka.
– Dzień dobry, panie Krum – powiedział i otworzył drzwi szerzej, żeby mężczyzna mógł wejść.
– Dzień dobry. – Bułgar przyglądał się, jak chłopiec zamyka za nim drzwi. – Wiesz, gdzie jest twój ojciec? – dodał, zanim ślizgon zdążył coś powiedzieć.
– Wiem, że wyszedł – rzekł. Tata zazwyczaj większość czasu spędzał poza domem. – Chce pan poczekać, aż wróci? Wujek Ron też zaraz powinien być.
Pan Krum zmarszczył czoło, a Albus tak naprawdę nie był pewien, czy wujek Ron wróci szybciej niż Harry Potter. Za każdym razem, gdy wujek był w jednym pokoju z Wiktorem Krumem, można było wyczuć między nimi napięcie, w dużej mierze kreowane przez wujka, który wpatrywał się w drugiego czarodzieja złośliwie z powodów, których Albus nie mógł zrozumieć.
– Sądzę, że poczekam – powiedział. – O ile to nie problem.
Albus już miał go zaprowadzić do kuchni, kiedy na dół zeszła jego matka z koszem do prania.
– Wiktorze! – zawołała, gdy zobaczyła gościa, odłożyła kosz i przytuliła go. Następnie obróciła się do Albusa. – Jadłeś już?
– Nie...
– To musisz się pospieszyć! – powiedziała. – Trochę ludzi dzisiaj przyjdzie – będziemy potrzebować kuchni i jadalni, więc się pospiesz! I obudź też Jamesa!
Albus jęknął i zaczął wspinać się po schodach. Raz jeszcze został zmuszony do siedzenia na górze podczas spotkania na dole. Dodatkowo było to coś większego, skoro pojawił się pan Krum. Wiktor Krum, jak Albus wiedział, był członkiem Bułgarskiego Ministerstwa Magii, a dokładniej Szefem Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Najprawdopodobniej musiał być świetnym graczem quidditcha w młodości. Nie był pewien, w jaki sposób jego rodzina poznała się z nim, ale wiedział, dlaczego wpadł.
Z powodu Aresa.
Każdego dnia począwszy od końca jego trzeciego roku nauki, wszyscy dookoła w domu rozmawiali o człowieku, który tak poważnie skrzywdził Jamesa poprzedniego roku. Joseph Delvin, członek Irlandzkiego Ministerstwa Magii, wpadał każdej soboty. Iwona Mazur, Polska Minister Magii, była u nich na obiedzie nie tak dawno temu.
Rozmowa zawsze była długa i cicha, chociaż udało mu się zawsze podsłyszeć jej temat – gdzie Ares był i co w tym momencie robił. Jeśli miał być szczerym – nie przykładał do tego dużej uwagi. Jeśli chodzi o tę sprawę, wiedział już wszystko, czego potrzebował i teraz chciał się trzymać z dala od kłopotów. Nie było jeszcze ani jednego roku w Hogwarcie, w którym nie byłby w jakimś niebezpieczeństwie.
Obecność pana Kruma jednak była istotna – Albus wiedział, że jest on zajęty sprawami swojego kraju i takie wezwanie go musiało znaczyć coś bardzo ważnego. Chłopiec koniec końców oczekiwał nie mniej niż pięćdziesięciu ludzi na tym spotkaniu, wliczając w to jego profesorów ze szkoły.
Doszedł w końcu do sypialni Jamesa, a dźwięki rozmowy mamy i pana Kruma umilkły. Brat słuchał CSB[1] tak głośno, że Albus myślał, że drzwi z pewnością zostaną wyrwane z zawiasów przez te wycia. Dźwięki dudniących bębnów i piski gitar powiedziały mu, że James słucha swojego ulubionego zespołu, Dźwięków Tysiąca Testrali[2].
Otworzył drzwi i zobaczył brata ruszającego głową w takt muzyki. Nie miał na sobie koszulki, odsłaniając ładnie wyrzeźbioną treningami quidditcha klatkę piersiową (oznaczoną teraz długą blizną od prawej strony) i poruszał szybko palcami, naśladując grę na gitarze.
– James! – próbował przekrzyczeć muzykę, choć zdawał sobie sprawę, że nawet przy otwartych drzwiach, wciąż była bardzo głośna i że brat i tak go nie usłyszał. – James! – powtórzył. – Mama mówi...
Gryfon wyłączył radio i odwrócił się do niego w ciszy.
– A co z pukaniem? – zapytał.
Albus zignorował upomnienie.
– Mama mówi, że masz iść zjeść śniadanie – powiedział. – Znowu będziemy mieli tutaj trochę gości.
– Tego niskiego blondyna? – zapytał James. – Devlina?
Ślizgon wzruszył ramionami.
– Może, nie wiem. Ale będzie ich naprawdę sporo. Pan Krum tu jest.
James wyglądał przez moment jakby chciał coś powiedzieć, ale jednak zdecydował się włączyć z powrotem radio. Grająca muzyka zmusiła Albusa do zamknięcia drzwi – obawiał się późniejszego bólu głowy.
Mamrocząc do siebie, zaczął ponownie schodzić w dół, gdzie usłyszał wiele różnych głosów. Wydawało mu się, że było ich dwukrotnie więcej, aniżeli jak szedł na górę. Skierował się do jadalni i zaczął wpatrywać się w kuchnię. Wysoki, blady mężczyzna z przyciemnionymi okularami, którego Albus nie rozpoznawał, siedział obok pana Kruma. Czarodzieje cicho rozmawiali. Naprzeciwko Bułgara siedział niski, łysy mężczyzna, najbardziej przygarbiony ze wszystkich, ocierający sobie czoło chusteczką. Albus nigdy wcześniej go nie widział. Nie wiedział też, kim była kłócąca się z nim kobieta, która – jak uświadomił sobie chłopiec w szoku – była niemal tak wysoka jak Hagrid.
Miała oliwkową skórę i nieco wyłupiaste czarne oczy dziwnie przypominające te, które posiadają kamienni strażnicy Hogwartu. Jej włosy były gładkie, nie potargane; lekko siwiały. Mówiła z dużą pewnością siebie głosem gardłowym, głośnym i wyraźnym, co sprawiało, że rozmowa była dobrze słyszalna w drugim pokoju.
– Au contraire, Meester Tommelson[3] – powiedziała, potrząsając dużą dłonią w powietrzu w kierunku świszczącego mężczyzny. – To nie kwestia wiedzy, a igno'ancji! Olbzymi nie słyszały nawet takiego nazwiska... Waddleswo'th... Nie mają powodu, by wspierać ani jego, ani A'esa...
Albus zwrócił teraz swoją uwagę na matkę, która była odwrócona do niego plecami i przygotowywała herbatę dla gości. Była jedyną osobą w tym pokoju, która wiedziała, że podsłuchuje, więc opuścił kuchnię i zamierzał skierować się na górę, by nie wgłębiać się dalej w tę ważną rozmowę. Wtedy też zauważył, że drzwi wejściowe nie były zamknięte.
Jego rodzice stali się tego lata bardzo surowi odnośnie zabezpieczenia domu i ciągle przypominali im, że drzwi mają być zamknięte. Co więcej, ojciec nałożył dodatkowe magiczne ochrony na całą rezydencję, upierając się, że przyda się każde dodatkowe zabezpieczenie. Tak więc podszedł do drzwi i zaczął sięgać do zamka – w tym momencie się otworzyły.
Chłopiec odskoczył z zaskoczenia i stanął twarzą w twarz ze swoim tatą. Przez moment gapili się na siebie, po czym Albus zrealizował swój pierwotny plan pójścia na górę.
Podczas tego lata wyczuwalne było między nimi spore napięcie. Od momentu katastrofy pod koniec poprzedniego roku szkolnego, obydwoje wydawali się być niechętni do zainicjowania rozmowy. Albus wiedział, że jego ojciec czuje się okropnie z powodu tego co się stało – to Harry wypuścił i Aresa i Fango Wilde'a z Azkabanu (chociaż w innym czasie i z innych powodów, ale wciąż!) a teraz zdaje sobie sprawę, iż syn zna jego błędy. Podobnie, ślizgon nie był w stanie wybaczyć mu całkowicie, nawet wiedząc, że ojciec bardzo cierpi. Sytuacja między nimi wydawała się coraz bardziej napięta z dnia na dzień i naprawdę smutne było to, że Al nie widział żadnego rozwiązania. Od zawsze idealizował, ubóstwiał swojego ojca, ale po poznaniu jego błędów trudno mu było go wspierać. Dodatkowo, rozmowy między nimi były krótkie i odbywały się tylko w razie najpilniejszej potrzeby, uczestniczyli też we wspólnej rozmowie jedynie w towarzystwie większej ilości osób.
Na szczęście, wszyscy dookoła byli zbyt zajęci, by dostrzec tę sytuację. James obsesyjnie trenował quidditcha (był bardzo zmotywowany, ponieważ w ostatnim roku przegrał finały) a Lily nie mogła się doczekać nadchodzącego roku i siedziała zakopana w książkach, przez co spędzała masę czasu z Rose. Jedynie Ginny Potter wydawała się zauważać gęstniejącą atmosferę pomiędzy swoim mężem i synem, i wyglądała na zdeterminowaną, żeby coś z tym zrobić. Często subtelnie proponowała mu wspólne spędzenie czasu z ojcem, co Albus z powodzeniem ignorował.
Unikanie czasu wspólnego z tatą stało się trudniejsze zwłaszcza od połowy lipca. Harry stracił stanowisko Szefa Biura Aurorów pod koniec zeszłego roku szkolnego, a w lipcu oficjalnie odszedł z Ministerstwa Magii i teraz jest bezrobotny. Wywarło to niezłe zamieszanie w mediach, chociaż według matki, ojciec miał dobre powody, żeby to zrobić i postąpił właściwie. Teraz spędzał więcej czasu w domu, przeważnie gotując obiady i zawsze zajmując się tajemniczymi rzeczami, podczas gdy ludzie z innych krajów okupowali rodzinną kuchnię.
Albus rzucił się na łóżko i pozwolił, by jego myśli zaczęły wędrować. Wciąż starał się przypomnieć sobie przynajmniej chociaż kawałki snu, ale ten powoli znikał z jego głowy i niejasne szczegóły oddalały się jeszcze bardziej. Wpatrując się w sufit, doszedł do wniosku, że usłyszał stukanie. Tak, głośne stukanie – teraz słyszał je wyraźnie...
Wyprostował się na łóżku, zupełnie jak rano, po czym odwrócił się w stronę okna, gdzie przysiadła sobie piękna puszysta sówka i pukała mu w szybę. Podszedł do okna i otworzył je, wpuszczając Huncwota, który podleciał do łóżka i upuścił na kołdrę kopertę. Albus podniósł ją i zobaczył swoje imię nabazgrane bardzo niechlujnie na przedzie. Otworzył ją i od razu zaczął czytać list od Morrisona.
Al.
Dostałem miotłę. Jeden ze starszych modeli albo jak moja mama mówi „klasyczna”.
W każdym razie jest chyba przyzwoita jak na dzisiejsze standardy. Nazywa się Nimbus Dwa Tysiące. Myślę, że w tym roku na serio spróbuję dostać się do drużyny.
Serio, nie ściemniam tym razem.
To kiepsko, że różni ludzie kręcą się na okrągło po twoim domu, ale przynajmniej wiesz coś więcej z tego wszystkiego. Słyszałeś o tym, co się teraz dzieje? Są zamieszki i ludzie zewsząd protestują przed Ministerstwem, czyste szaleństwo. Każdy myśli inaczej o tym całym zamieszaniu z Aresem.
Mam nadzieję, że to grzmotnie, ale tylko raz, bo nie chcę, żeby anulowani wycieczki do Hogsmeade w tym roku, tak jak się to stało w poprzednim.
Tak czy inaczej, napisałem do Scorpiusa i powiedział mi, że czeka na list ze szkoły, żeby iść na Pokątną. Jest szansa, że spotkamy się tam wszyscy razem? Tak się nudziłem w te wakacje – utknąłem w tym cholernym domu z siostrą.
Do zobaczenia, Morrison.
P.S. Ani brody, ani wąsów. Kiepsko, kiepsko.
Albus zachichotał na list przyjaciela, ale ubaw nie trwał długo. Sekundę po tym jak odłożył papier, usłyszał za sobą nieprzyjemny głos.
– Dobrze, teraz ja wyślę notkę.
Zostawił drzwi otwarte i teraz tego żałował. Rose weszła mu do pokoju i próbowała nakłonić Huncwota, żeby siedział nieruchomo.
– Pozwolisz mu chociaż odpocząć? – zapytał zirytowany. – Dopiero co wrócił.
– Nic mu nie będzie, Albusie – rzekła Rose. – Sowy są bardzo wytrwałe. – dodała, wciąż zmagając się ze stworzeniem. Potter dostrzegł w jej dłoni bardzo grubą kopertę, jakby napisała więcej stron niż zwykle.
– Widzę, że masz dużo do powiedzenia Donny'emu... – zaczął groźnie.
– Już ci powiedziałam, że to do ani jednego, ani drugiego – powiedziała, kiedy Huncwot nadal skakał dookoła, odmawiając spokojnego stania. Chłopiec był zadowolony z walki, w jakiej bierze udział ptak. – Nie znasz osoby, do której piszę.
– Ach tak? – zaszydził. – To jak on ją znajdzie?
Rose przewróciła oczami.
– Sowy są magicznymi stworzeniami. Znajdują ludzi, ponieważ listy, które piszemy, są specjalne. A teraz, pozwól mi to zrobić! – powiedziała, przywiązując w końcu list do nóżki Huncwota. Sowa wydała z siebie niezadowolony huknięcie.
– A, tak, przepraszam – odpowiedział Albus. – Już wychodzę z twojego pokoju – dodał, przewracając oczami, po czym zaczął drapać pieszczotliwie sowę po dziobie i usłyszał o wiele bardziej zadowalające huknięcia. – A teraz zanieś mu to – rzekł cicho. – I podziób go trochę. Mocno.
– Albusie, to straszne co mówisz! – krzyknęła Rose. – I poza tym, powiedziałam ci już, że to nie do Charliego lub Donny'ego, więc przestań zachowywać się jak głupek!
Przeniosła Huncwota do okna, kiedy ślizgon śpiewnym głosem nucił „kłamczucha”. Dziewczyna wyrzuciła go, lecz sowa opadła o dwa–trzy centymetry w dół z powodu ciężkiego listu. Potem zamknęła okno i zarzuciła włosami, zanim się odezwała do kuzyna.
– Wiesz co? – powiedziała. – Jesteś bardzo niedojrzały.
Minęła go i wyszła z pokoju, zostawiając Albusa samego. Położył się więc po raz kolejny na łóżku, pogrążając w myśleniu. Spędził całe popołudnie w swoim pokoju, głównie się nudząc. Słyszał okazjonalne otwieranie i zamykanie drzwi wejściowych, dźwięk przesuwanych zamków i to byłoby tyle. Miał jednak towarzystwo. Lily i Hugo do niego przyszli dopytując się, dlaczego nie mogą posiedzieć na dole. Nie byli zachwyceni odpowiedziami, które udzielił.
– Mówiłem wam już – oznajmił zaniepokojony tym, jak go molestowali. – Mamy górskie trolle w domu, nie jest tam bezpiecznie. Pozwólmy dorosłym się tym zająć, dobra?
Hugo zmarszczył brwi, lecz Lily nadal się upierała.
– Mamy dwanaście lat i nie jesteśmy głupi, bracie – powiedziała. – Wiemy, że mają ogromne spotkanie na dole. Na temat tego faceta, o którym wszyscy mówią. Tego, który was porwał w zeszłym roku, prawda?
Albus przewrócił oczami i ciężko westchnął.
– Nie wiem – odpowiedział i tym razem było to kłamstwem jedynie w połowie. Nie znał żadnych detali z rozmowy toczonej na dole. – Nie martwcie się tym.
– Nie martwię się – odpowiedziała Lily w przeciwieństwie do Hugona, który milczał wymownie, wszem wobec ukazując swoje przerażenie. Nastąpiła chwila ciszy, a po niej rozległ się dźwięk otwieranych drzwi.
Albus odwrócił się, gotów wyprosić osobę, która ponownie nie zapukała, lecz była to jego matka. Wyglądała na zdenerwowaną, jakby wcześniej się z kimś spierała, ale zaraz się trochę rozpogodziła, jak dostrzegła w jego pokoju Lilkę i Hugona.
– Możecie już zejść na obiad – powiedziała do całej trójki. – Mamy gulasz z kurczaka.
– Spotkanie się skończyło? – zapytał ślizgon.
– Wszyscy już wychodzą. A tak przy okazji, zapomniałam ci powiedzieć, przyszła poczta – powiedziała, pokazując trzy koperty. – Ten najcięższy jest twój, Albusie. Muszę jeszcze dać Jamesowi i Rose po jednym...
Odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Hugo i Lily od razu rozerwali swoje koperty, by zobaczyć, czego potrzebują do szkoły, ale brunet badał swoją ze zdziwieniem. Faktycznie była cięższa niż zwykle.
– Zaawansowane eliksiry? – Siostra była niepocieszona. – W ogóle nie patrzyłam na eliksiry w wakacje! Kto to ustalał?
Ślizgon nie słuchał jednak. Otworzył list i zobaczył zwyczajową listę podręczników, i rzeczywiście, w górnym rogu znajdowała się książka z zaawansowanych eliksirów. Na wykazie znalazła się także Standardowa Księga Zaklęć: Stopień Czwarty i uaktualnione wydanie Tysiąca Magicznych Ziół i Grzybów. Nie było nic nowego, więc nie mógł zrozumieć, dlaczego list wydawał się być cięższy.
– Albusie, upuściłeś coś – powiedział Hugo, schylając się i podnosząc złożony papier. – Wypadło ci z koperty... – dodał, wręczając kartkę starszemu chłopcu. Ten rozłożył list. Szczęka niemal mu opadła, gdy zobaczył srebrną odznakę wypadającą na łóżko. Najpierw jednak zdecydował się przeczytać list.
Szanowny Panie Potter.
Z przyjemnością informujemy Pana, że został Pan wybrany kapitanem drużyny quidditcha Slytherinu. Taki honor został Panu przyznany z uwagi na wyjątkowe umiejętności, zdolności przywódcze i widoczną miłość do tego sportu.
Musi Pan jednak wiedzieć, że to nie tylko zaszczyt, ale również obowiązki, które musi Pan spełniać, żeby utrzymać tę pozycję. Kapitan drużyny quidditcha musi posiadać duże osiągnięcia naukowe, wykazywać dojrzałość i być przykładem dla innych uczniów. Każda oznaka złego zachowania lub słabszych ocen może skutkować ewentualnym usunięciem ze stanowiska kapitana.
Do zadań lidera zespołu należy układanie planu ćwiczeń, wybór członków drużyny, a także radzenie z sytuacjami, w które uwikłani są zawodnicy. Kapitan quidditcha musi także wykazywać się uczciwością na boisku oraz wymieniać uściski dłoni z pozostałymi kapitanami.
Z życzeniami dobrego dnia i powodzenia w związku z nową funkcją
Dyrektor Minerwa McGonagall.
Albus wpatrywał się w podpis na dole, a potem kolejny raz przeczytał list. Jego oddech przyspieszył. Lily i Hugo wciąż ze sobą rozmawiali, nie zauważając co się dzieje. Podniósł dużą odznakę z wygrawerowaną na niej literą K. Wyszczerzył zęby.
– Hej, nie idziesz...? – zaczął Hugo, ale ślizgon już opuszczał pokój. Wciąż trzymał złożoną kartkę i srebrną odznakę w dłoni, gdy zamykał za sobą drzwi. Komu powinien powiedzieć pierwszemu? Mamie? Nie... Jamesowi. Chciał, żeby to James dowiedział się pierwszy. Brat, który do tej pory, będąc już na szóstym roku, ani razu nie był kapitanem drużyny, kiedy to Albus został nim na czwartym.
Wtem zobaczył Jaimiego biegnącego ku niemu. Poniósł więc rękę, by pokazać mu odznakę...
– Bum! – krzyknął gryfon, zatrzymując się i pokazując mu swoją własną. – Jestem plakietkowym już drugi rok z rzędu...!
Albus nadal trzymał w górze ślizgońską odznakę i James w momencie zamilkł. Przyjrzał się jej, jakby była fałszywa.
– Jak to możliwe? – powiedział po potwierdzeniu jej autentyczności. – Przecież ledwo skończyłeś jedenaście lat...!
Chłopiec zignorował ten docinek, z zachwytem uciszając brata spojrzeniem. Oboje gapili się na siebie przez chwilę, którą w końcu przerwał James.
– Okej – powiedział. – Wiec obydwaj jesteśmy kapitanami naszych drużyn, tak? W porządku. I tak jestem lepszym graczem od ciebie, więc udowodnię też, że jestem o wiele lepszym kapitanem...
Albus zaśmiał się chłodno.
– Zobaczymy – zaszydził, patrząc bratu prosto w oczy i próbując zachowywać się nonszalancko. Oboje kręcili się nieco w miejscu, aż wreszcie James zaczął schodzić na dół, a Al skierował się ku piętru, chcąc pokazać odznakę matce, która była przecież profesjonalnym graczem. Doszedł do pokoju rodziców i zobaczył, że drzwi były lekko uchylone. Wtedy też usłyszał coś, co brzmiało jak szlochanie.
Natychmiast zatrzymał się w miejscu i przysunął ucho do drzwi.
– Wszystko będzie dobrze, Harry... – powiedziała łagodnie Ginny.
– Mój syn mnie nienawidzi – oznajmił ojciec i Albus zauważył, że jednak nie płakał, ale był blisko.
– Wcale cię nie nienawidzi – odpowiedziała ponuro mama. – Jak możesz tak myśleć? Ma dopiero czternaście lat – dużo teraz przeżywa, to wszystko! Nie pamiętasz, jaki byłeś w jego wieku?
– Walczyłem ze smokami! – niemal krzyknął Harry. – I z druzgotkami...
Nastąpiła krótka cisza, zakłócona jedynie dźwiękiem sprężyn łóżka. Oczywiste było, że Ginny siadła obok męża.
– Musisz po prostu spędzić z nim trochę więcej czasu, to wszystko.
– Byłem jego bohaterem – powiedział tata stłumionym głosem, jakby usta zakrywał dłonią. – Teraz nawet ze mną nie rozmawia, ledwo na mnie patrzy. Nawet James taki nie jest, mimo że to on został...
– Harry, posłuchaj mnie – ucięła mu matka. – Nie możesz wiecznie być dziecięcym bohaterem. Każdy popełnia błędy i Albus to widzi. Teraz musisz być po prostu jego ojcem, spędzić z nim więcej czasu. Dzieci dostały dzisiaj listy – powinieneś iść z nami na Pokątną...
– Nie wiem, czy będę w stanie – powiedział. – Może będę musiał się udać do Panamy. San ma przewagę i sądzi, że Ares ma bazę na wyspie.
– No cóż, zrobisz to, co będziesz musiał – powiedziała matka. – Myślę jednak, że potrzebujesz czasu na rozwiązanie sprawy z Albusem. On...
Chłopiec odszedł niezadowolony od drzwi, ściskając w dłoni odznakę kapitana tak mocno, że aż go ręka rozbolała. Nagle poczuł chęć, żeby nie mówić o tym żadnemu z rodziców...
[1] CSB – Czarodziejska Sieć Bezprzewodowa – z ang. WWN (Wizarding Wireless Network). Dość popularna stacja wśród czarodziejów. Jednym z jej programów była Potterwarta (Harry Potter i Insygnia Śmierci I)
[2] Dźwięki Tysiąca Testrali – czarodziejski zespół muzyczny wymyślony na potrzeby „Diablego Aliansu” przez autora oryginału
[3] „Au contraire, Meester Tommelson" – z franc. „Wręcz przeciwnie, panie Tommelson"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz