28 lipca 2022

18. NAD JEZIOREM

Spór ze Scorpiusem nie przypominał kłótni z nikim innym. Zawsze, gdy Albus pluł się o jakąś pierdołę, niszcząc przy tym całkiem dobre stosunki z ludźmi, było w tym coś skomplikowanego. W zeszłym roku, kiedy żarł się z Jamesem, obydwaj uważali, że ten drugi jest w błędzie. Z Mirrą zawsze szamotał się tylko dlatego, że za bardzo ją lubił. W przeciwieństwie do wszystkich wyżej wymienionych Malfoy był prosty, ale trudny w obyciu.

W trakcie kłótni wciąż ze sobą rozmawiali oraz spędzali wspólnie czas. Jednocześnie chowali względem siebie urazę, a zatem każdy aspekt dotyczący ich przyjaźni, był napięty do granic możliwości. Konwersacje średnio się kleiły, poruszali tylko i wyłącznie płytkie, nieskomplikowane tematy, a także nie śmiali się ze swoich żartów. Przyjaciel, kierowany hojnością, a nie dobrym sercem, wciąż pozwalał Albusowi spisywać prace domowe, ale przez nieczyste intencje, odmówił. Zdecydowanie nie chciał przyjmować pomocnej ręki od buntownika.

Ślizgon po prostu nie mógł przejść do porządku dziennego z myślą, że jest w błędzie – to Scorpius, absolutnie i niepodważalnie, wpadł w zasadzkę własnego umysłu; ubzdurał sobie, że wie, w jaki sposób należy poprowadzić drużynę do zwycięstwa i próbował przekonać wszystkich wokół, że ma pewną władzę. Rzeczywistość była zgoła inna – McGonagall nie powierzyła mu funkcji kapitana, a co za tym idzie, nie przewodniczył treningom. Oparłszy się na tej argumentacji, Albus utwierdził się w przekonaniu, że Malfoy nie miał żadnego prawa na niego naskoczyć, wydawać poleceń oraz otwarcie krytykować przyjętą strategię, zwłaszcza gdy w ostatecznym rozrachunku okazywały się skuteczne i prowadziły do zwycięstwa. Scorpius nie miał więc podstaw do wysuwania pretensji o „nieodpowiednie nastawienie”, ponieważ stres, w którym przyszło mu ostatnio egzystować, związany był głównie z pomocą przyjacielowi w jego romantycznych przedsięwzięciach.  

Zdesperowany bezradnością, spróbował przekazać Morrisonowi zarys konceptu, ale Vincent zachował całkowitą bezstronność – stwierdził, że obaj są po prostu niedorzeczni i odmówił udzielania jakiejkolwiek wsparcia. I w ten oto sposób, po dwóch tygodniach spożywania posiłków w lekko niezręcznej ciszy, w zimne sobotnie popołudnie znalazł się pobliżu Zakazanego Lasu.

– Ach, chłopcy zawsze będą chłopcami. – Hagrid ze stoickim spokojem zalał herbaty wrzątkiem.

W chatce było ciepło – buchający z kominka ogień stanowił naprawdę wspaniałą odskocznię od chłodu na dworze. Z początku Albus skreślił pomysł wyżalenia się Hagridowi, głównie przez wzgląd na finał ostatniej wycieczki do Hogsmeade, ale po głębszym przemyśleniu sprawy zdecydował się zaryzykować. Na szczęście wciąż czuł się komfortowo w jego obecności, czyli bez krępacji mógł ze szczegółami zrelacjonować przebieg kłótni.

– Wiem, wiem – burknął i upił łyk herbaty. Zupełnie zapomniał, że woda dopiero co się zagotowała, przez co popalił sobie przełyk. – Wszyscy wiedzą... że Scorpius się myli – dodał, gdy przestał kaszleć. 

– Możliwe, ale nie to jest chyba najważniejsze, prawda? – Nauczyciel wzruszył ramionami.

Albus zamrugał, zdziwiony.

– Wręcz przeciwnie! Scorpius otwarcie podważa mój autorytet!

– Cholibka, zabrzmiałeś jak prefekt. – Uśmiechnął się Hagrid. – Może sprawisz se odznakę, co...?

Ślizgon zmarszczył brwi.

– Nie chciałem, by wyszło w ten sposób...

– Wiesz, ludzie czasem się kłócą. Pamiętam, że kiedyś twój wujek i ciocia strasznie się posprzeczali, twój staruszek też; każdy miał ciutkę inne zdanie. O ile się nie mylę, chyba na trzecim roku...

– Serio? Czyżby o coś szczególnego? – zainteresował się Albus.

          – Chodziło o miotłę. – Nauczyciel zachichotał. – I o szczura. No, mniej więcej, bo w sumie to nie był szczur...

– Cóż, dawne dzieje. Ich sprzeczka nie miała większego znaczenia.

– Jak i twoja! – podsumował półolbrzym, wyrzucając w powietrze potężne dłonie; następnie napił się herbaty, chociaż wciąż wyglądała na bardzo gorącą. – Władza i kontrola, miotły i szczury – czy są ważniejsze, niż wasza przyjaźń?

Albus westchnął ciężko.

– Raczej nie, ale przecież nie zawsze będzie idealnie! To znaczy, obaj mamy teraz trochę na głowie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zazwyczaj sprzeczamy się, gdy nadciąga koniec roku – stwierdził. – Wszystko niespodziewanie się rozpada – dodał pod nosem, bardziej do siebie, aniżeli do rozmówcy.

– To zostało wam ino naprawić ciutkę rzeczy. – Uśmiechnął się Hagrid, a potem szybko spochmurniał. – Se przypomniałem, cholibka. Gwoli wyjaśnienia – to, co się stało w Hogsmeade...

Ślizgon machnął lekceważąco ręką.

– Obiecałem, że nie będę się włóczył. Nie musisz mi przypominać.

– Wiem. – Czarodziej pochylił się do przodu i ściszył głos. Najwyraźniej zapomniał, że siedzieli przy herbatce tylko we dwóch. – Chcę, żeby było między nami dobrze. Zależy mi na twoim bezpieczeństwie. Czasem trzeba cię ochronić.

Albus oblał się rumieńcem. Miał serdecznie dość ludzi, którzy na siłę próbowali zapewnić mu ochronę, jakby był zupełnie bezbronnym cielęciem. W ramach ostrzeżenia Fairhart dał mu wspomnienie – jak skończył...?

– Nad czym dumasz? – zapytał Hagrid, zauważając jego puste spojrzenie.

Albus zamrugał i z powrotem skierował na przyjaciela swoją uwagę.

          – Hm...? – Chłopiec zamrugał i z powrotem skupił się na przyjacielu. – Nad niczym, wszystko w porządku – skłamał bez zająknięcia.

Na zewnątrz było przeraźliwie zimno, a finał quidditcha dopiero za jakiś czas, więc zrobił sobie przerwę od agresywnego kapitanowania i dał drużynie trochę odsapnąć. Zawodnicy przyjęli to ze spokojem. Żaden nie potraktował taryfy ulgowej jako gestu dobrej woli, a wręcz przeciwnie, jako coś naturalnego. Nikt też nie zaczepił go na korytarzu, pytając o najbliższy trening.

I w ten właśnie sposób Albus ponownie wpadł w wypracowaną wcześniej szkolną rutynę. Gdy wyczołgał się z łóżka, sprawdzał PROROKA CODZIENNEGO, ciekawy dalszego oczerniania Harry’ego Pottera; po lekcjach odrabiał pracę domową, a następnie szedł spać. Całkiem szybko przyzwyczaił się do nowego stanu rzeczy i po pewnym czasie zauważył, że cieszy się chwilami „samotności” bez towarzystwa Scorpiusa. Noce wciąż były niespokojne. Dziwaczne sny nadal go dręczyły, a po przebudzeniu nie potrafił przypomnieć sobie żadnych szczegółów. Jedyne, co zapamiętywał, to że kończyły się złotym bądź zielonym błyskiem oraz przerażonymi, niemożliwymi do zidentyfikowania krzykami.

– W porządku, nieco poszperałem. Wciąż myślę, że to stek bzdur, ale skoro jesteś zainteresowany... – powiedział pewnego dnia Morrison, gdy we dwójkę siedzieli przy kominku w pokoju wspólnym. Scorpius poszedł do sowiarni, aby wysłać list do dziadka; ostatnio często do siebie pisali. – Podręcznik do wróżbiarstwa twierdzi, że niepamiętanie wyobrażeń sennych jest dobrym znakiem. W trakcie snu ludzkie oczy ciągle się ruszają, a niektórzy czarodzieje potrafią zerknąć w niedaleką przyszłość, albo coś w tym guście, ciężko powiedzieć. Kijowo. Trochę to pokręcone, ale niezapamiętywanie snów znaczy, że są one po prostu twoimi przypuszczeniami, możliwymi wizjami przyszłości, a nie prawdziwą przyszłością. Skomplikowane. Czaisz?

Albus palnął się w czoło.

– Problem w tym, że zostają mi w głowie pewne fragmenty, a nie pamiętam szczegółów. – Rozłożył bezradnie ręce. – Czy to znaczy, że część z tych rzeczy może się naprawdę wydarzyć, a druga część jest wymysłem wyobraźni...?

Morrison podrapał się po brodzie.

– Czas zgłębić niezbadane – podsumował filozoficznym tonem.

Brunet westchnął ciężko. Ostatnio działo się zwyczajnie za dużo i nie rozumiał, dlaczego tak bardzo skupia się na znaczeniu koszmarów sennych. Jakby nie patrzeć, ugrzązł w nich od miesięcy i nie zapowiadało się, że w najbliższym czasie prześpi spokojnie noc.

– Co czujesz, gdy się wybudzasz?

– Czemu pytasz?

– Nietrudno zgadnąć. – Morrison wzruszył ramionami. – Jestem starym zgredem, który tłumi w sobie duże pokłady empatii. Czasem, gdy sobie o nich przypomnę, interesuję się stanem psychicznym mojego przyjaciela.

– Jestem strasznie spocony. – Albus był szczerze poruszony. Nagle pożałował, że wcześniej nie zwrócił się z prośbą o pomoc do Vincenta, a samodzielnie i na własne życzenie zagrzebywał się dalej w bagnie.

– Czy się złościsz?

– W gruncie rzeczy to tak, budzę się rozgniewany – odpowiedział chłodno.

Morrison uniósł brwi ze zdziwienia.

– Chcę ci pomóc, stary. Nie musisz się na mnie wyżywać.

– Nawet nie mam takiego zamiaru! – warknął, zirytowany idiotycznymi insynuacjami, a potem zamilkł, podłapawszy twarde, sugestywne spojrzenie trzeciorocznego ślizgona, którego Vincent próbował niegdyś przekonać do odrobienia za niego zadania domowego. Wziął głęboki oddech i spróbował uspokoić nerwy. – Przepraszam – powiedział po dłuższej chwili, całkowicie normalnym głosem. – Czasem trudno mi się opanować. Wszystko przez tą sprzeczkę ze Scorpiusem oraz zamieszanie z Wybawczym Aliansem Różdżek...

– Będzie dobrze, stary. – Morrison poklepał Albusa po ramieniu. – Zobaczysz, czas wyleczy rany... – przerwał, ponieważ do pokoju wspólnego wszedł Scorpius. Cała trójka popatrzyła na siebie w milczeniu, które dziwnym trafem ciągnęło się do końca wieczora i przez cały następny dzień.

Na przełomie lutego i marca jedyne, co się poprawiło, to pogoda. Rozmowy z Malfoyem wciąż ograniczały się do wymiany kilku sporadycznych słów, które od czasu do czasu łączyły się w jedno wspólne zdanie. Prawdę powiedziawszy, odzywali się do siebie tylko i wyłącznie dlatego, żeby uspokoić skołatanego Morrisona, który próbował wymusić na nich w miarę normalną komunikację.

Niestety, Vincent również zaczynał być powoli zmęczony tą sytuacją, a że Albus nie miał teraz większego kontaktu z Rose (wciąż nie wiedział, jak wygląda sprawa z Lance’em), dlatego cenił sobie nieliczne lekcje, na których mógł swobodnie porozmawiać z Mirrą.

– Zobaczysz, że wszystko samo się ułoży – powiedziała mu dziewczyna, podczas zielarstwa, ze stoickim spokojem pieszcząc gładkie pędy indonezyjskiego kameleokrzewu[1] – niesamowicie brzydkiej rośliny, która potrafiła wtopić się w otoczenie, zmieniając barwę. – Poproszę więcej pokruszonych liści – dodała, wyciągając dłoń.

Albus był bardzo szczęśliwy, że mógł z nią współdziałać, gdyż profesor zarządził pracę w parach. Bez chwili wahania podał jej garstkę suszonych zielonych listków, które pachniały co najmniej odpychająco – nikt przecież nie lubił zapachu zgnilizny. Mirra dwoma palcami chwyciła szczyptę i spróbowała wsunąć ją w usta kameleokrzewu, ale została zupełnie zignorowana.

– Wszyscy tak myślą – odpowiedział cicho, bo stanowisko dalej pracowali wspólnie jego przyjaciele. – Ty, Morrison, Hagrid...

– Życzenie się spełni. – Uśmiechnęła się Mirra. – W końcu obaj zrozumiecie, że kłótnia o coś równie głupiego, jak quidditch...

Albus rzucił jej drwiące spojrzenie.

– Słucham? – zapytał, uprzednio rzuciwszy jej drwiące spojrzenie. Mimowolnie uniósł też kąciki ust w lekkim uśmiechu i była to pierwsza oznaka radości, jaką okazał od dłuższego czasu.

– Och, najmocniej przepraszam, panie kapitanie – powiedziała lekceważąco. – Zapomniałam, że chłopcy naprawdę przejmują się podobnymi pierdołami.

Ślizgon zachichotał.

          – Quidditch to nie przelewki, a tym bardziej żadna pierdoła! Chodzi głównie o...

– Celowe podważanie twojej pozycji i wynajdowanie przez drużynę problemów, których w rzeczywistości nie ma – dokończyła sucho. Beznamiętny ton jej głosu jasno wskazywał, że cytowała usłyszane wcześniej zdanie niemal słowo w słowo.

– Istotnie, prawda – potwierdził, po czym skruszył liście w dłoni.

– Jak sobie z tym radzisz? – zapytała gryfonka. – Jakby nie patrzeć, przecież w pokoju wspólnym musicie się czuć trochę niezręcznie...

Albus wzruszył ramionami.

– Nie spędzam tam za dużo czasu – powiedział szczerze. – Więcej przesiaduję w Poko... ekhem, w bibliotece. Skupiam się głównie na odrabianiu prac domowych.

W odpowiednim momencie ugryzł się w język, bo omal nie wyjawił dziewczynie prawdy o Pokoju Życzeń, o którego istnieniu wiedzieli tylko nieliczni wtajemniczeni. Jednocześnie, prawie nie skłamał. Naprawdę wolał zapuszczać korzenie w odizolowanej, tajemniczej komnacie, aniżeli w ślizgońskim sanktuarium, czy też dormitorium. Co więcej, Pokój Życzeń idealnie sprawdzał się do nauki – był bardzo przydatny, gdy przychodziło do wyszukiwania materiałów do zadanych przez nauczycieli esejów – oraz dostarczał mu podręczniki, zapewniał poczucie prywatności i ciszę, których potrzebował. Zdecydowanie stanowił najlepszą miejscówkę do samotnych rozmyślań.

– Interesujące. Nie widuję cię w bibliotece – stwierdziła z namysłem Mirra. Albus chciał jej odpowiedzieć, ale właśnie wtedy zadzwonił dzwonek oznaczający koniec lekcji.

– Zapamiętajcie! Esej ma zawierać dwanaście cali na temat zalet zdolności przystosowania się do otoczenia kameleokrzewu! Omówcie możliwości zarówno defensywne, jak i ofensywne! – krzyknął na odchodne Neville. – Jesteś mi winien jeszcze poprzedni esej, Bing! Jeżeli nie oddasz go na następnych zajęciach, dostaniesz Trolla. Radzę się przyłożyć, bo mówię śmiertelnie poważnie!

– Dobrze, profesorze Longbottom! – zawołał Bartleby, kręcąc głową i uśmiechając się pod nosem.

Albus rozdzielił się z Mirrą tuż przed wejściem do zamku. Kiedy rozeszli się w dwóch różnych kierunkach, dobiegł do niego Morrison.

– Hej, a gdzie Scorpius?

– Powiedział, że chce o czymś pogadać z profesorem Longbottomem.

Parsknął.

          – Czyli standardowo. Znów unika mojego towarzystwa – zadrwił.

          – Możliwe. – Morrison wzruszył ramionami, wyraźnie zirytowany. – Chodź, zostawimy nasze książki...

Albus nie widział Scorpiusa przez resztę dnia, a nawet podczas kolacji. Nie miał pojęcia, gdzie przyjaciel mógł się zaszyć, ale postanowił nie wspominać o tym Vincentowi. Nie chciał zostać oskarżony o niecne zamiary, czy coś równie niedorzecznego. Wybrawszy milczenie, postanowił zmienić taktykę. Gdy po kolacji znalazł się w bezpiecznym dormitorium, wyciągnął z kufra Mapę Huncwotów.

– Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego. – Stuknął w pergamin czubkiem różdżki. Błyskawicznie przeskanował teren zamku, wszędzie wypatrując nazwiska przyjaciela, ale bardzo się zawiódł.

Podejrzane.

Wtem w głowie stanęła mu Blackwood – ona również potrafiła zniknąć z Mapy. Instynktownie skontrolował jej gabinet, ale kropka nauczycielki nie siedziała za biurkiem, a przemieszczała się szybkim krokiem w kierunku korytarza na trzecim piętrze.

Albus westchnął ciężko. Wiedział doskonale, gdzie pędzi nauczycielka. Blackwood zamierzała użyć tajemniczego przejścia, aby stawić się na zebraniu w kwaterze głównej Wybawczego Aliansu Różdżek. Co prawda, kilka tygodni temu na poważnie rozważał zabawienie się w szpiega i zgłębienie sekretów pozornie improwizowanych renegackich spotkań, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Ograniczył się do nadziei, że Waddlesworth w żaden sposób jej nie skrzywdzi.

Odkrycie nie sprawiło, że sprawa Scorpiusa straciła na wadze. Skoro Blackwood szła do Hogsmeade, gdzie mógł się ukryć przyjaciel...? Wtem odpowiedź sama zaświtała mu w głowie. Zamek skrywał naprawdę wiele tajemnic, ale było tylko jedno (z tego, co wiedział) nienanoszalne miejsce, które nie pokazywało się na Mapie Huncwotów.

Niewiarygodne, pomyślał z goryczą. Scorpius dobrze wiedział, że przesiaduję w Pokoju Życzeń, a i tak zajął mi miejscówkę!  Westchnął, uświadomiwszy sobie błąd w rozumowaniu. Jakby nie patrzeć, obaj wiedzieli o tajemnej komnacie od pierwszego roku nauki i w sumie nie powinien być zaskoczony rozwojem wydarzeń. Tym, co go naprawdę ubodło, była malfoyowska śmiałość. Scorpius – niestety, w pełni świadomie – odebrał mu samotnię do głębszych rozmyślań.

Wyczyścił Mapę i ze złością wepchnął ją do kieszeni. I pomyśleć, że zamierzał skryć się wieczorem w Pokoju Życzeń. Mimowolnie się zastanowił, czy był sens zaczekania na siódmym piętrze, aby złapać wychodzącego z komnaty Scorpiusa, ale doszedł do wniosku, że nie będzie rozpętywał kolejnej burzy. Mógł też inaczej rozegrać sprawę i faktycznie pomaszerować do biblioteki, tak jak powiedział na zielarstwie Mirze. Jeżeli dopisze mu szczęście, może będą pisać esej przy jednym stoliku.

Mając w głowie gotowy plan, zszedł do pokoju wspólnego.

– Idę do biblioteki – zakomunikował Morrisonowi, który grał w Eksplodującego Durnia razem z Melonie Grue i Denise Toils.

– Baw się dobrze – odpowiedział mu przyjaciel, nie zaszczycając go uwagą, zbyt zajęty precyzyjnym układaniem karty na szczycie zamku. Gdy Albus wychodził, usłyszał jeszcze cichy dźwięk eksplozji.

Do biblioteki dotarł w ekspresowym tempie. Z jakiegoś powodu, jego stopy poruszały się bardziej niespokojnie niż zazwyczaj. Zdecydował, że podczas czytania, będzie miał oko na Mapę, żeby wiedzieć, kiedy Scorpius lub Blackwood wrócą. Niemal od razu po przekroczeniu progu, dostrzegł znajomą ciemną czuprynę.

James okupował stoliczek najbliżej wejścia, aczkolwiek ciężko było stwierdzić, co tak właściwie robił. Leżał na rozłożonym przed sobą podręczniku, z twarzą przyciśniętą do stron. Zamiast się uczyć, ucinał sobie drzemkę. Albus podszedł bliżej, a następnie z zaciekawieniem klepnął go w ramię.

Jaimie natychmiast wystrzelił do pionu. Najprawdopodobniej miał mokry od potu policzek, bo kiedy się gwałtownie wyprostował, nieświadomie wyrwał jedną ze stron.

– Co się dzie...? Och. Hej, bracie. – Ziewnął szeroko, a potem zrozumiał, że dopuścił się bibliotecznego wykroczenia i oderwał kartkę od twarzy. – Jasna cholera – mruknął pod nosem i zmiażdżył ją w dłoni.

– Dlaczego po prostu nie naprawisz tego podręcznika? – zapytał Albus.

– Bo teraz, gdy już go podarłem, jestem dumny z mojego wyczynu. – James rozejrzał się szaleńczo wokół. – Czasem jestem dziwny. Kiedy coś zniszczę, nawet jeżeli nie planuję, niczego nie naprawiam, zwłaszcza książek...

– Co tu właściwie robisz? – zapytał. Prawdę powiedziawszy, był zaniepokojony tym, że brat dobrowolnie, nieprzykuty do krzesła łańcuchami, przebywa w szkolnej bibliotece. Pal licho naderwany podręcznik.

Jaimie wskazał palcem na stojący niedaleko regał. Stała przy nim bardzo ładna dziewczyna, którą Albus kojarzył tylko z widzenia, i wyciągała książki. Od razu je przeglądała – zerkała na pierwsze strony, a potem odkładała zbędne na swoje miejsce.

– Mary chciała, żebyśmy się przyłożyli do egzaminów – powiedział, jakby nie mogąc w to uwierzyć. – Ona szuka materiałów do nauki zaklęć, podczas gdy ja czytam... – podniósłszy sponiewieraną lekturę, zerknął na okładkę – „Mroczne dni Goblinów. Historia rewolucji goblinów z trzynastego wieku”. – Skrzywił się z odrazą. – Najprawdopodobniej podświadomie chciałem zniszczyć to ustrojstwo...

– Nie, żebym ingerował, ale czy twoja dziewczyna nie miała przypadkiem na imię Maya...? – Albus usiadł naprzeciwko.

James jedną ręką walnął w stół, a drugą wplątał we włosy.

– Cholera, masz całkowitą rację! Dlaczego ciągle się mylę? Muszę zrestartować mój system. Mary, Mary, Mary, Mary, Mary, Mary, Mary, Mary – powtarzał w kółko, a gdy w końcu przestał, na chwilę zamilkł. – Maya – podsumował z radością. – Mam nadzieję, że nie zapomnę po kilku sekundach...

– To wcale nie takie trudne – odpowiedział, bo nawet on pamiętał imię dziewczyny brata, a w ogóle ze sobą nie rozmawiali.

          – Cóż, dla mnie jest! – argumentował Jaimie. – Co właściwie robisz w bibliotece? Przecież nie umiesz jeszcze czytać.

Ślizgon przewrócił oczami.

– Potrzebowałem spokojnego miejsca, gdzie mógłbym zabić trochę czasu – powiedział szczerze. – W pokoju wspólnym jedzie nudą.

– Aaa, skoro tak twierdzisz. – James rzucił mu porozumiewawcze spojrzenie. – W takim razie znajdź swoje miejsce – zaproponował i wskazał palcem bliżej nieokreślony stolik w głębi biblioteki, gdzie z pewnością nie będą się widzieć. – Nie powinieneś mnie rozpraszać, bo bardzo zależy mi na dobrych stopniach.

– Och, oczywiście. Najmocniej pana przepraszam – odpowiedział sarkastycznie Albus i zostawił brata samego. Po drodze do pustego biurka wybrał kilka książkowych pozycji, które uznał za warte uwagi (włącznie z podręcznikiem o podstawowych klątwach, gdyż w tym roku trochę sobie odpuścił obronę przed czarną magią), a kiedy usiadł, zapobiegawczo obejrzał się przez ramię. Gdy nie zaobserwował niczego podejrzanego, wyciągnął Mapę Huncwotów. Stuknął w nią różdżką i cicho wymruczał formułkę, po czym wbił spojrzenie w tworzące się linie.

Miał oko zwłaszcza na trzecie i siódme piętro, sprawdzając je w różnych odstępach czasu. Był naprawdę bardzo ciekaw, kiedy wrócą Blackwood i Scorpius. Niestety, o wiele mniej uwagi poświęcał przez to zgromadzonym podręcznikom – czytał jedną stronę przez dobre piętnaście minut, co chwilę badając szkolne korytarze. Zanim się zorientował w sytuacji, oglądał cały zamek. Profesor McGonagall znajdowała się w gabinecie dyrektora, najprawdopodobniej siedząc za biurkiem, gdyż jej kropka prawie się nie ruszała z miejsca. Neville i Hagrid rozmawiali przy ogrodzie warzywnym, zaś Lance był w pokoju wspólnym Hufflepuffu, otoczony przez swoich puchońskich znajomych. Morrison zaś wciąż siedział z dziewczynami w lochach.

Mapa Huncwotów w pełni go zaaferowała, więc zaniedbał obserwację samej biblioteki. Zamierzał właśnie skontrolować wieżę Gryffindoru (był ciekawy, czy Mirra i Rose dobrze się bawią z Eckleyem i Hornsbrookiem), ale przeszkodziła mu czyjaś dłoń, która wystrzeliła zza jego pleców i sprawnym ruchem chwyciła otwarty pergamin.

– Co tam malujesz, Potter? – zaszydził denerwujący głos.

Albus natychmiast się odwrócił, a serce niemal wyskoczyło mu z piesi. Naprawdę nie wiedział, czego szuka w bibliotece Eckley, ale nie mógł pozwolić, aby poznał sekret Mapy Huncwotów. Niestety, zanim zrobił coś więcej, gryfon wbił w pergamin zaintrygowane spojrzenie.

– Co to jest...? – zapytał, widocznie osłupiały.

– Oddawaj! – Ślizgon rzucił się, aby pochwycić pergamin, ale Eckley był szybszy – automatycznie uniósł rękę do góry, przez co Mapa znalazła się w powietrzu.

– Oj, bardzo nieładnie. – Uśmiechnął się złośliwie wyższy chłopak. – Jeżeli chcesz to dostać z powrotem, musisz ślicznie poprosić.

Skóra Albusa zamrowiła z nienawiści. Eckley, najprawdopodobniej chcąc go bardziej sprowokować, kilkukrotnie poruszał bezczelnie brwiami. Nagle zawisło nad nimi widmo nierozwiązanej utarczki z lochów, a tym razem nie towarzyszył im żaden współdomownik, który w razie wypadku, mógłby zainterweniować.

– Oddawaj – powtórzył, zaciskając mocno zęby i pięści.

          Eckley zrobił krok naprzód, przez co znalazł się tak blisko Albusa, że ten poczuł na swojej skórze ciepły oddech.

– A jeżeli nie...? – wymruczał z diabelskim błyskiem w oku, przypominając znęcającego się nad bezbronną ofiarą drapieżnika. Wyraźnie lubił, gdy miał nad kimś przewagę i upajał się tym momentem. – Co zrobisz, jeżeli odmówię...? – zapytał, cedząc słowa.

– Charlie, przestań!

Albus w sekundę zrozumiał, co robił tutaj Eckley. Niespodziewana interwencja Mirry potwierdziła, że najprawdopodobniej umówili się w bibliotece na wspólną naukę.

– Czy jesteś w stanie coś zrobić...? – spytał cicho, zupełnie zignorowawszy ostrzeżenie dziewczyny, a następnie odłożył pergamin na stół, aby mieć wolne ręce. Wolał być przygotowany.

– Mówię poważnie, Charlie! – syknęła Mirra, ale gdy się zorientowała, że obrana przez nią taktyka nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, spróbowała innego podejścia. – Radzę ci uważać, bo po drodze minęłam Jamesa...

W Albusie zagotowała się krew. Ostatnim, czego teraz potrzebował, to interwencja Jaimiego. Nie chciał, by brat się zaangażował. Jeżeli miał być szczery, cieszył się, że był tutaj sam. Nie chciał nawet widzieć Morrisona czy Scorpiusa – żadnej pomocnej dłoni. Miał szczerze dosyć tego, że każdy chciał za niego walczyć. Czemu wszyscy myśleli, że potrzebuje ochrony...? Że w obliczu prawdziwego zagrożenia jest zupełnie bezbronny...? 

– Charlie...

Nie pozwolił Mirze skończyć. Świadomość bliskiej, wciąż zastraszającej obecności Eckleya działała na niego niczym płachta na byka. Porzuciwszy ostatki kontroli, wydał z siebie wściekły ryk i popchnął stojącego naprzeciwko chłopaka.

Nie spodziewał się żadnego efektu i był przekonany, że co najwyżej gryfonowi zadrżą ramiona. Nie przypuszczał, że osiągnie jakikolwiek inny rezultat, więc był bardzo zaskoczony, gdy Eckley krzyknął, zmuszony do cofnięcia się o kilka kroków, przez co uderzył plecami w jeden z drewnianych regałów; siła pchnięcia sprawiła, że kilka podręczników spadło mu na głowę.

– Albusie! – sapnęła Mirra.

– Wynocha, wynocha, wynocha, wynocha! – Obok nich pojawiła się zgorzkniała stara bibliotekarka, zdruzgotana na samą myśl, że coś mogło przydarzyć się jej cennym książkom – albo że nieuważny uczeń nie odłożył ich w odpowiednie miejsce. – W bibliotece panuje zakaz bójek. Nie będę tolerowała podobnego zachowania! Oboje, wynocha!

Ślizgon nawet na sekundę nie oderwał wzroku od Eckleya, który siedział na podłodze, trzymając się za głowę – najprawdopodobniej solidnie oberwał. Gdy w końcu oprzytomniał, spojrzał na swoje dłonie i zgiął palce. Dziwne. Dotąd nawet mu do głowy nie przyszło, że był taki silny...

Mirra automatycznie przykucnęła przy koledze, aby sprawdzić, czy na pewno wszystko z nim w porządku, ale bibliotekarka nie przestała złorzeczyć. Kilka osób obejrzało się na nich, zaciekawieni powodem hałasu.

– WYNOCHA!

Albus odwrócił się na pięcie z mieszaniną satysfakcji i gniewu, mając świadomość, że udało mu się odeprzeć atak znienawidzonego gryfona. Gdy wychodził z biblioteki, mijający go uczniowie próbowali rozeznać się w sytuacji, ale wszystkich zignorował. Chciał jak najszybciej odejść z miejsca zdarzenia. Kiedy znalazł się na korytarzu, pozwolił sobie na mały, zadowolony uśmiech.

W końcu samodzielnie się obronił! Nie potrzebował niczyjej pomocy, żeby wykaraskać się z tarapatów. Morrison go nie odciągnął, James nie interweniował, a Mirra ledwo co się wtrąciła. Sam stoczył tę bitwę. I wygrał. Potrzebna mu była do tego tylko i wyłącznie dobra motywacja...

          W jednym momencie całe podniecenie i radość zniknęły, a żołądek zmroził strach. Stał na środku korytarza jak jakiś ciołek, czując wszechogarniającą rozpacz.

Mapa Huncwotów. Och, nie. Mapa...

Odwrócił się i rzucił biegiem z powrotem. Dlaczego chciał uciec stamtąd jak najszybciej? W pośpiechu o mało co nie zderzył się z jakimś trzeciorocznym uczniem wychodzącym akurat zza rogu, a gdy przed oczami stanęło mu wejście do biblioteki, gdy ktoś go zablokował.

– Nie tak szybko! – krzyknęła piskliwie stara wiedźma, wskazując na niego cienkim, drżącym palcem. – Jasno i wyraźnie powiedziałam, że dziś straciłeś swoje przywileje, chłopcze! Nie wejdziesz ponownie do biblioteki!

– Proszę pani, zostawiłem w środku coś bardzo ważnego...

– Nie miałeś przy sobie żadnej torby – warknęła.

– Cóż, nie mówię o torbie...

– Twój kolega również wyszedł – przerwała mu wpół zdania. – Jeśli koniecznie chcecie ze sobą walczyć, poszukajcie innego miejsca! W bibliotece ma być cisza i spokój, bo to kraina badań naukowych, a nie odpowiednim wyznaczona strefa do wszczynania mugolskich bójek!

– Proszę! Wyjdę za sekundkę...

– Wynocha! – krzyknęła, uspokoiwszy nerwy. Kościsty, dotąd drżący palec, leniwie wskazał drzwi. Wyglądała, jakby wygrała spór.

Nie mając innego wyboru, Albus zawrócił do pokoju wspólnego, gdzie wściekał się do samej północy.

– Zakradnij się do biblioteki i pod osłoną nocy zwiń Mapę – doradził mu Morrison, wpatrując się w buchający w kominku ogień. Co prawda, inni ślizgoni już dawno poszli do łóżek, ale Vincent nie zamierzał zawieść potrzebującego moralnego wsparcia przyjaciela, zwłaszcza że Scorpius wciąż nie wrócił.

– Coś czuję, że nie będzie już po niej najmniejszego śladu! – Z rozpaczy nie potrafił się uspokoić, dlatego też rozładowywał napięcie poprzez wydeptywanie dziury w podłodze z rękami założonymi za plecami. Intensywnie myślał nad rozwiązaniem problemu, ale nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy. – Nie zdążyłem wyczyścić Mapy... – Przygryzł wargę. – Jakiś uczeń mógł ją podnieść z ziemi, albo ta stara wiedźma zwyczajnie wyrzuciła niby zabazgrany pergamin... Tak czy inaczej, brat mnie zabije...

– Wyluzuj trochę, stary – powiedział spokojnie Morrison. – James nie będzie się bardzo wściekał. To, że pożyczył ci Mapę, oznacza, że nieszczególnie jej potrzebuje.

– Nie w tym problem – zaprotestował Albus, nawet na minutę nie zwalniając kroku. – Przecież Jaimie nie dał mi Mapy, aby przejął ją głupi Eckley... – wydusił przez zaciśnięte zęby.

– Spójrz na drugą stronę medalu – argumentował przyjaciel, a brunet wytrzeszczył oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszał. – Znokautowałeś barana, stary! – powiedział, podkreślając pierwsze słowo. – No wiesz, nienawidziłeś tego dzieciaka od praktycznie pierwszej klasy i w końcu udało ci się pokazać mu, gdzie raki zimują. Co więcej, postawiłeś się przed Mirrą.

– Jeżeli mam być szczery, to zdecydowanie wolałbym, żeby ten ciołek nie naskoczył na mnie w bibliotece. – Albus potrząsnął głową. – Wtedy wciąż miałbym Mapę! – dodał pokonanym tonem i właśnie wtedy do pokoju wspólnego wszedł Scorpius; wyglądał na gotowego do snu. – Gdzie byłeś? – warknął, na nowo rozeźlony.

Niespodziewany atak rozbudził Malfoya. Zatrzymawszy się gwałtownie wpół kroku, zamrugał zdziwiony, a potem zmrużył gniewnie oczy.

– To bez znaczenia. I tak nie jesteś zainteresowany – odpowiedział po chwili blondyn.

– Siedziałeś w Pokoju Życzeń!

– Nawet jeśli, to co? – Scorpius przeszedł do obrony. – Czemu się wściekasz? Czyżby ominęła mnie jakaś niezapowiedziana godzinna praktyka?

– Albus wdał się w bójkę z Eckleyem i zgubił Mapę Huncwotów – interweniował Morrison, zanim pokłócili się jeszcze bardziej.

Malfoy wyglądał na zaskoczonego. Jego kolejne słowa (wbrew powszechnym przypuszczeniom) nie miały nic wspólnego z konfrontacją sprzed chwili.

– Zgubiłeś...? Jak mogłeś w ogóle do tego dopuścić?

– To bez znaczenia. I tak nie jesteś zainteresowany – odpowiedział zawistnie. – Nie poszedłbym do biblioteki, gdybyś mi nie zablokował Pokoju Życzeń. Czy naprawdę potrzebowałeś sobie tam posiedzieć?

– Żadna różnica. – Scorpius potrząsnął głową. – Nie jesteś jego właścicielem.

– Przecież wiedziałeś, że z niego korzystam. Zakładam, że zamknąłeś się w środku, żeby móc w samotności rozpamiętywać porażkę w związku z Rose! – krzyknął. – Czy tych kilka godzin wystarczyło, żebyś zrozumiał, że zupełnie jej nie obchodzisz?

Malfoy zrobił krok w tył, całkowicie wytrącony z równowagi; nigdy wcześniej nie wyglądał na równie zaskoczonego. Usta zacisnął w wąską linię, a Albusowi spociły się dłonie – wiedział, że posunął się za daleko w insynuacjach.

– Przynajmniej mogę spędzać czas z dziewczyną, którą lubię – odpowiedział cicho blondyn. –Tobie zaś musi być naprawdę ciężko uderzać do Mirry, gdy mamusia i tatuś wyciągają swoje drogocenne dziecko z Hogsmeade, żeby nie podzieliło losu Fairharta.

Albus został znokautowany. Także cofnął się o krok i pozwolił, żeby te słowa wryły mu się w pamięć. Stojący z boku Morrison patrzył to na jednego, to na drugiego przyjaciela, wyraźnie martwiąc się eskalacją konfliktu – był jednak na tyle dyskretny, że nie zwrócił na sobie uwagi i nie został kozłem ofiarnym.

Brunet był naprawdę bliski wyrzucenia z siebie „przynajmniej mój dziadek nie jest mordercą”, ale wiedział, że to przeważyłoby szalę. Zamiast tego odwrócił się i poszedł do dormitorium. Chwilę później wrócił do pokoju wspólnego z peleryną niewidką w rękach.

– Wychodzę – zakomunikował głośno, zarzucając na siebie płaszcz i opuszczając przyjaciół. Zanim się oddalił, usłyszał jeszcze strzępki ich rozmowy.

– Dobra robota, stary – parsknął Morrison.

– Co? To on zaczął...

Albus spacerował po ciemku po lochach bez żadnego konkretnego celu. Potrzebował miejsca, w którym mógłby w samotności pomyśleć; miejsca, gdzie mógł się zastanowić, dlaczego życie wymyka mu się spod kontroli.

Nie popędził do Pokoju Życzeń – nie chciał zawłaszczyć sanktuarium Scorpiusa. Co gorsza, bez Mapy nie wiedział, gdzie są inne tajemne pomieszczenia. Naprawdę nie miał zielonego pojęcia, gdzie najlepiej się zaszyć.

 

– Jeśli potrzebujesz miejsca, w którym mógłbyś swobodnie pomyśleć, to polecam ci jezioro około północy. Odkryłem tę miejscówkę, gdy byłem jeszcze w szkole.

– Jezioro? – zapytał. – Odpada.

– Użyj głowy. Kto normalny patroluje w nocy okolice jeziora? Prefekci i nauczyciele skupiają się na zamku. Ja zwyczajnie przeskakiwałem przez skały i kucałem na brzegu, nie za daleko, by nie przeszkadzać kałamarnicy.

Albus skinął powoli głową.

 

Na terenie Hogwartu faktycznie było jezioro. Tak też powiedział mu Teddy. Wędrówka będzie po prostu spacerem po godzinie policyjnej. Po drodze pokona kilka skał, o czym również wspomniał Lupin, i będzie na miejscu.

Ustanowiwszy cel swojej podróży, nie zamierzając dłużej niepotrzebnie zwlekać, przeszedł przez Wielką Salę i opuścił zamek. Marcowa noc była całkiem przyjemna, a światło księżyca na tyle intensywne, że mógł bez problemu zejść po zboczu do czarnego, ogromnego jeziora. Im niżej schodził, trawa pod stopami powoli zmieniała się w błoto. Po kilku minutach miarowego marszu w końcu dotarł do krawędzi wody, gdzie brzeg wyznaczały gładkie duże kamienie.

Jezioro stanowiło spokojny widok. Albus od razu zrozumiał, dlaczego Teddy upodobał sobie zamkowe okolice, zamiast samego budynku. Gwiazdy pięknie odbijały się od tafli wody, tworząc złudzenie posiadania dwóch nieboskłonów – jednego w oddali, a drugiego przed swoimi stopami. Zdjął pelerynę, ponieważ płaszcz w momencie stał się niepotrzebny. Towarzyszyła mu tylko i wyłącznie ciemność, zwłaszcza że nikt nawet nie podejrzewał go o wymykanie się ze szkoły; nikt nie przechadzał się w nocy koło jeziora. Usiadł więc na ziemi i wbił spojrzenie w wodę.

Jak do tego wszystkiego w ogóle doszło...? Śmierć Fairharta zapoczątkowała lawinę pozornie niezwiązanych ze sobą problemów – ludzie z zewnątrz próbowali go zamordować, prawie zakończył przyjaźń ze Scorpiusem, przez nieuwagę stracił Mapę Huncwotów...

Nagle zirytowany, podniósł jeden z blisko leżących, mniejszych kamieni i cisnął nim w jezioro, będąc pewnym, że przynajmniej kilka razy odbije się od powierzchni. Pomylił się – kamień wpadł prosto do wody, ani razu nie podskoczywszy. Wywołana fala sprawiła, że odbicie gwiazd niemalże eksplodowało. Albus zmarszczył brwi i podniósł jeszcze jeden kamień, nieco wyginając przy tym dłoń. Z pewnością odniesie sukces. Nawet dzieci sobie radzą, więc zabawa nie może być przecież szczególnie trudna.

Niestety, próba zakończyła się niepowodzeniem. Kamyczek wpadł prosto do wody, ale nie zniszczył przy tym gwiazd. Wziął do ręki trzeci kamyk, ale wtem dziewczęcy głos prawie przyprawił go o zawał serca.

– Nieczęsto puszczasz kaczki, prawda?

Odwrócił się gwałtownie, a jego ręka automatycznie powędrowała ku leżącej niedaleko pelerynie niewidce. Nie spodziewał się żadnego gościa, a tym bardziej kobiety. Na widok Mirry zwyczajnie zdębiał.

– Jakim cu...? – zaczął i dopiero wtedy zauważył, że trzymała w dłoniach Mapę Huncwotów. W odpowiedzi na pytanie, dziewczyna pomachała mu przed oczami zaczarowanym pergaminem. Miała na sobie śliczną, czerwoną koszulę nocną, a jej czarne włosy były lekko rozczochrane – najprawdopodobniej dopiero co wyczołgała się z łóżka.

– Masz coś przeciwko towarzystwu? – zapytała.

– Siadaj, śmiało. Bez krępacji – wymamrotał, niepewny, czy jest odurzony widokiem ukochanej, czy odnalezionej zguby. Możliwe, że zachwycił się obiema rzeczami.

Wtem dopadł go surrealizm sytuacji. Mirra wykradła się z dormitorium, aby posiedzieć z nim o północy nad szkolnym jeziorem. Nigdy wcześniej nawet nie rozważał podobnego scenariusza.

Cóż za niespodzianka.

Dziewczyna usiadła na żwirze i podciągnęła kolana pod brodę. Albus zauważył, że była boso. Stopy przysunęła bliżej tafli jeziora, pozwalając, by co chwilę oblewała je woda.

Gdy przyłapał się na tym, że za dużo uwagi poświęca jej uroczym palcom u stóp, zamrugał i przeniósł spojrzenie na spokojną taflę.

– Wszedłeś w posiadanie całkiem fajnej Mapy. – Uśmiechnęła się Mirra. – Skąd ją masz?

– Hm, pożyczyłem od brata – odpowiedział szczerze.

– Czy James był jednym z tych ludzi? – zapytała, wyraźnie ciekawa. – Rogaczem albo...?

– Nie. – Pokręcił przecząco głową. – Prawdę powiedziawszy, James ukradł Mapę tacie. Żałuję, ale nie wiem, w jaki sposób znalazła się w naszym domu. Nie znałem żadnego z Huncwotów.

– To nie zmienia faktu, że Huncwoci byli prawdziwymi geniuszami! – podsumowała, po czym podała mu pergamin. Albus jeszcze niczego nie przyjął z podobną wdzięcznością.

– Mam nadzieję, że nie mówiłaś... – urwał, przypomniawszy sobie, że wcześniej pokłócił się z dziewczyną, zahaczając właśnie o temat oskarżeń. Zdecydowanie nie zamierzał ponownie sprzeczać się o pierdołę.

– Nie powiedziałam Rose. Zbyłam nawet Charliego. Milczałam niczym głaz. – Uśmiechnęła się delikatnie Mirra. – Gdy wypadliście z biblioteki, po prostu podniosłam ją z podłogi. Nie musiałam przeprowadzać żadnych badań, bo była praktycznie podpisana twoim nazwiskiem. Spokojnie, leżała w kufrze.

Albus odwzajemnił uśmiech, a złożona w kostkę Mapa wylądowała na pelerynie.

– Śliczny materiał – powiedziała, wskazując na płaszcz.

– Och, tak. – Podniósł cudo i rozłożył, by dziewczyna mogła się uważniej przyjrzeć. – To peleryna niewidka – wytłumaczył, uznając, że dalsze wyjaśnienia są zbędne. – Hm...

– Wiem, to też jest tajemnica – dopowiedziała. – Obiecuję, nikomu nie powiem.

Ślizgon podziękował, odłożył pelerynę na miejsce, a potem zanurzył się we wszechobecnej ciszy. Mirra zaczęła bawić się wodą – leniwymi ruchami dotykała jeziora palcami, a następnie obserwowała tworzące się kręgi – podczas gdy on trochę się powiercił, aby w końcu zastygnąć w najbardziej niewygodnej pozycji, jaką mógł wykombinować. Żeby dać ujście napięciu, podciągnął kolana aż po samą brodę.

W oddali jakby huczała sowa, ale dobrze wiedział, iż to tylko wytwór jego wyobraźni. Umysł wolał skoncentrować się na wyimaginowanym ptactwie, aniżeli nad niezręcznością sytuacji.

Wtem uderzyła go myśl, że przecież... nie powinno być skrępowany, bo, jakby nie patrzeć, nie po raz pierwszy rozmawiał z Mirrą na osobności. Z drugiej strony... oboje wymknęli się z zamku, aby posiedzieć w nocy nad ciemnym jeziorem... 

– Często tu przychodzisz? – Uśmiechnęła się dziewczyna.

– To mój pierwszy raz – wymamrotał.

Dziewczyna skinęła głową, po czym podniosła jeden z gładszych kamyków i swobodnie puściła kaczkę. Będąc pod wielkim wrażeniem, Albus uniósł jedną brew.

– Zgaduję, że twój nie – dodał.

Mirra ponownie skinęła.

– Na pierwszym roku często tu rozmyślałam – odpowiedziała ściszonym tonem, a żołądek chłopca podskoczył koziołka. W wieku jedenastu lat była zupełnie inną osobą i najprawdopodobniej nie planowała tak odległych wydarzeń. – To naprawdę dobre miejsce do główkowania – podsumowała. – Czym się teraz zamartwiasz?

– Nieszczególnie interesującymi sprawami – stwierdził wymijająco i wbił spojrzenie w spokojną taflę jeziora. Przez moment obawiał się, że rozmówczyni będzie zawiedziona jego lakonicznością, ale gdy nijak ją skomentowała, uśmiechnął się w duchu, zadowolony.

Przez kilka chwil oboje przyglądali się wodzie, po czym dziewczyna się odezwała. Brzmiała, jakby wcale nie chciała o tym opowiadać, ale robiła to pod pewnego rodzaju przymusem.

– Wiesz, że nie miałam wracać do szkoły na drugi rok? Przez tę akcję z moimi rodzicami? – zapytała po dłuższej chwili milczenia. Brzmiała, jakby nie chciała się zwierzać i robiła to pod pewnego rodzaju przymusem.

Albus odwrócił się do niej, zupełnie zaskoczony. Wspominała, co prawda, o wydarzeniach z pierwszego roku nauki, ale nigdy dotąd nie zagrzebywała się we wspomnieniach o rodzicach. Oczywiście, wiedział, że za swoje występki zostali aresztowani, a następnie osadzeni w więzieniu.

– Gdy wszystko wyszło na jaw i zakończono dochodzenie, pracownicy Ministerstwa Magii poinformowali mnie, że zamieszkam z dziadkami, podczas gdy moi rodzice będą „psychoanalizowani”, czy coś w podobnym stylu. Kiedy babcia z dziadkiem dowiedzieli się, że nie byłam dobrze traktowana w domu, natychmiast interweniowali i przygotowali mi pokój. Miałam możliwość powrotu na drugi rok do Hogwartu... ale wkoło słyszałam, że powinnam się wstrzymać, jeszcze raz przemyśleć sprawę, bo powrót do szkoły poskutkuje nawrotem złych wspomnień, a to z kolei może odbić się na mojej psychice. Ministerstwo sugerowało kontynuację nauki w domu i z góry założyło, że nie zawitam ponownie do zamku.

Albus spuścił głowę, niepewny swoich reakcji. Nie wiedział, w jaki sposób powinien dobrze zamaskować zainteresowanie, a tym bardziej, dlaczego Mirze zebrało się na zwierzanie. Chcąc być uprzejmym i nie popędzać, postanowił poczekać, aż sama przejdzie do sedna sprawy.

– Jeżeli mam być szczera, to nie zastanawiałam się nad dobrym rozwiązaniem przez większość wakacji – kontynuowała. – W sierpniu babcia się zapytała, czy znalazłam w szkole przyjaciół. W momencie przypomniałam sobie moment przydziału do Gryffindoru. Może nie wyglądałam na przerażoną, ale strasznie się bałam. Tiara od samego początku wiedziała, co zamierzałam zrobić. Twierdziła jednak, że jestem dzielna i potrzebuję tylko wsparcia kilku przyjaciół, żeby się oswobodzić.

Chłopiec wrócił myślami do czasu, w którym Mirra była przydzielana. Miała zamknięte oczy i kurczowo ściskała swój naszyjnik – klucz, gwoli ścisłości – podczas gdy usta Tiary poruszały się gwałtownie.

– Wiesz, osiągnęłam sukces. Opowiedziałam babci o Rose, Charliem, Donnym – wyliczała, podczas gdy ślizgon czuł się coraz to gorzej. – Opowiedziałam jej też o tobie, Albusie. – Uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała mu prosto w oczy. – Najprawdopodobniej nie zdawałeś sobie z tego sprawy, ale podczas ceremonii przydziału po raz pierwszy usłyszałam, że jestem odważna; ty zaś byłeś pierwszą osobą, która się mną przejmowała. Gdy skończyłam babci wspominać, pomyślałam: „Jeśli nie wrócę do szkoły, nie podziękuję Albusowi. I nigdy nie dowiem się, co zamierzał”. Właśnie wtedy podjęłam decyzję. Wróciłam do Hogwartu z naprawdę wielu powodów, ale najważniejszym zdecydowanie byłeś ty.

          Ślizgon wbił wzrok w ziemię, nawet nie próbując zrozumieć tego, co przed chwilą usłyszał.

– Nie zaprzeczysz, że z roku na rok masz w sobie coraz to mniej z osoby, dla której wróciłam do zamku. W międzyczasie pogorszyła się sytuacja w świecie zewnętrznym, ale nie zawiniłeś żadnej z tych okropności – kontynuowała smutnym tonem. – Ciężko mi jednak przestać myśleć nad rzeczami, których się dopuściłeś, a o których wcześniej byś nawet nie pomyślał, na przykład ściganie tego podejrzanego człowieka w Hogsmeade, czy też zrujnowanie długo wyczekiwanej randki Rose. Cóż, ciężko powiedzieć. Czasami bardzo bym chciała, żebyś wciąż był tym chłopcem, dla którego tu wróciłam.

Albus spuścił głowę i zamknął oczy, próbując przetrawić usłyszane informacje. Mirra miała rację. Owszem, na przestrzeni lat trochę się zmienił, ale przecież tyle się w międzyczasie wydarzyło – zamieszanie z Aresem, Darvym, Fango Wilde’em, Fairhartem oraz, co najgorsze, z Harrym Potterem. Na większość nie miał żadnego wpływu, nie posiadał kontroli absolutnej, ale... rozumiał, co dziewczyna chciała powiedzieć. Przed każdą podjętą decyzją stał przecież na rozwidleniu dróg i w wielu sytuacjach mógł zwyczajnie postąpić inaczej.

Zebrawszy się na odwagę, odwrócił się do rozmówczyni. Nie był do końca pewien, z czego zapragnął się zwierzyć, więc powiedział pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.

– Coś jest ze mną nie w porządku i właśnie dlatego tutaj przyszedłem – przyznał. – Muszę znaleźć odpowiednie rozwiązanie i odpowiedzi na swoje pytania.

– Opowiedz mi więcej. Opowiedz komukolwiek! – poprosiła. – Wiesz, w czym jest problem...? Możesz przez lata ukrywać pelerynę niewidkę czy też tajemniczą mapę Hogwartu, ale jeżeli będziesz w ten sposób skrywał myśli, ktoś postronny może zostać ranny!

Albus z trudem przełknął ślinę, czując wielką gulę w gardle. Wcale nie chciał się zwierzać, chociaż wiedział, że to jedyna szansa na wysłuchanie i uzyskanie wsparcia, bo przyjaciele poniekąd unikali gdybań. Otworzył usta z zamiarem zrzucenia z siebie balastu, ale ostatecznie nie potrafił wydusić nawet pojedynczego słowa.

Mirra pokręciła głową.

– Cokolwiek cię dręczy, oby szybko przeszło – wyszeptała.

Albus przyjrzał się dziewczynie. W nocnym świetle księżyca jej skóra wydawała się bledsza niż zazwyczaj, a przez to sprawiała wrażenie smutniejszej. Słowa, które przed momentem powiedziała, niosły za sobą przesłanie w formie nadziei. Nie chciała zawracać mu głowy pierdołami, czy też pocieszać, że wszystko będzie dobrze, bo zwyczajnie nie wiedziała, czy rzeczywiście da radę rozwiązać swoje problemy. Naturalnie, wiedział, że szczerze życzyła mu najlepiej, a to z kolei znaczyło dla niego więcej niż fałszywa pewność, którą mógł mu zagwarantować każdy inny powiernik. 

– Fairhart nie żyje – wydusił.

          – Wiem. – Mirra była zdziwiona, że jednak zdecydował się mówić. – Rose mi powiedziała. Przy...

– To moja wina – dodał, zanim zaczęła mu współczuć.

– Co? – zapytała, zdumiona.

– Fairhart zginął przeze mnie – powtórzył z naciskiem. – Spotkałem go w Hogsmeade, kiedy ten wielki, łysy czarodziej zaprowadził mnie do Waddleswortha. W pokoju próbował mnie zniechęcić do Wybawczego Aliansu Różdżek, ale jak na przekór powiedziałem mu, że rozważam powrót. Zupełnie nie chciałem go słuchać, więc... dał mi swoje wspomnienie – wyjąkał z niedowierzaniem, bo naprawdę nie mógł przestać paplać. – Waddlesworth musiał się w jakiś sposób dowiedzieć, że postanowił mi pomóc i wydał na niego wyrok. Fairhart został zabity, bo przekazał mi ważne informacje...

– Niemniej jednak to wciąż nie jest twoja wina, Albusie...

– Wysłuchaj mnie do końca! Obwiniałem za wszystko mojego ojca, jakby to on zadał Fairhartowi ostateczny cios; jakby wcale się nie przyjaźnili. Potem celowo zrujnowałem randkę Rose! – wypalił, chociaż wiedział, że Mirra zawczasu go przejrzała. Zwyczajnie nie potrafił powstrzymać słowotoku. – Wziąłem udział w tamtym przedstawieniu. Kazałem Rose opuścić Trzy Miotły, żeby Scorpius mógł podkopać nadzieje Lance’a. Siedziałem w barze i patrzyłem. Brałem czynny udział w spisku!

– Albusie...

– Teraz zaś kłócę się ze Scorpiusem i to tylko dlatego, że jestem totalnym głupkiem – dodał bardzo szybko. – Próbowałem zagrzebać się w nauce i quidditchu, bo – może nie wiedziałaś – ale wszyscy pragną mojej głowy. W międzyczasie miałem gdzieś potrzeby innych...

– Cii, posłuchaj mnie...

– Jeszcze nie skończyłem! – wykrzyknął, zdziwiony, że jeszcze nikt tu nie przyleciał z zamku, zaalarmowany wrzaskami. – W nocy ciągle nękają mnie sny, w których dzieje się komuś krzywda i naprawdę nie rozumiem dlaczego... – powiedział z żałością i ukrył twarz w dłoniach; w momencie przypomniał sobie własny, wywołujący dreszcze i budzący przerażenie, okrutny śmiech. W końcu dotarł do najtrudniejszej części wyznania. – To nie jedyny problem – burknął pod nosem, odsłoniwszy twarz i przetarłszy oczy. Nie płakał, ale dobrze wiedział, że niewiele mu brakuje. – W koszmarach jestem oprawcą, nie ofiarą. Nie zawsze wszystko pamiętam, ale ten sen nawiedza mnie co noc.

Dziewczyna otworzyła usta, ale nie wydukała ani słowa, być może dlatego, że uświadomiła sobie daremność prób przerwania monologu.

– Jest jeszcze gorzej. – Albus odwrócił się do Mirry. – Kiedy się gniewam lub irytuję, czuję mrowienie pod skórą... Czasem agresja nie ogranicza się do snów – dodał, wróciwszy myślami do Eckleya i Młota. – Zdarza się, że pragnę krzywdzić innych, nawet na jawie. Nierzadko szukam dobrej wymówki... Ostatnio jestem w kiepskim stanie, coś jest ze mną nie w porządku. Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić. Próbuję powstrzymać tę agresję, ale po prostu... – urwał, niepewny, jak zakończyć wywód. Nie potrafił wziąć przykładu z dziewczyny – płynnie zacząć od punktu A, przejść przez B i skończyć na C. Zacisnąwszy dłonie w pięści, z nadzieją, że Mirra mu uwierzy, postanowił dorzucić jeszcze jedno zdanie, które niestety było kłamstwem. – Nie jestem złym człowiekiem... – wykrztusił.

– Wiem – powiedziała uspokajająco.

– Nawet nie masz pojęcia! – Ukrył wyraz swojej twarzy.

Gdy odwrócił głowę, stało się coś zupełnie niemożliwego. Miękkie, smukłe palce delikatnie złapały go za podbródek, a kiedy ponownie spojrzał na Mirrę, ta zamknęła oczy i pochyliła się do przodu. Przytłoczony emocjami, Albus ledwie zarejestrował fakt, że również powinien przymknąć powieki...

Nigdy wcześniej nie doświadczył przyjemności płynącej z pocałunku, ale nawet nie przeszło mu przez myśl, że mogło na świecie istnieć coś cudowniejszego. Wargi dziewczyny, ciepłe i miękkie, smakowały najwspanialszą słodyczą, jakiej kiedykolwiek próbował. W momencie przestał panować nad swoim ciałem i reakcjami. Automatycznie położył lewą dłoń na jej policzku, a prawą dotknął podbródka. Wszystkie uporczywe myśli, dotąd krążące mu po głowie, uleciały w ułamku sekundy. Skupiał się tylko i wyłącznie na tym, aby nigdy się nie rozdzielili...

          Mirra przerwała pocałunek, aby zaczerpnąć powietrza, a następnie przyłożyła dłoń do ust, jakby z zamiarem ukrycia typowo dziewczęcego chichotu. Albus nie zamierzał przestać, więc pozbył się tej niezrozumiałej przeszkody i pochylił do przodu.



[1] Indonezyjski kameleokrzew (z ang.: Indonesion chameleon shrub) – czarodziejska roślina wymyślona przez autora na potrzeby opowiadania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz