15 lipca 2022

17. CHŁODNE STARCIA

Nie minęło nawet dziesięć minut po powrocie do zamku, kiedy poznał dotkliwe konsekwencje swojego małego buntu. Pani dyrektor, do którego gabinetu od razu zaciągnął go Hagrid, ze współczuciem powiedziała, że ma absolutny zakaz wizyt w Hogsmeade. Co prawda, sprawiała wrażenie niezadowolonej z roli, która przypadła jej w udziale, ale Albusa niewiele to obchodziło.

– Tego wymaga obecna sytuacja. Naprawdę mi przykro, panie Potter – podsumowała po piętnastu minutach wyjaśniania. – Musisz zrozumieć, że bezpieczeństwo uczniów jest sprawą priorytetową. To żadna kara, a środek zapobiegawczy – dodała żarliwie, lustrując go wzrokiem zza opuszczonych trochę na nos kwadratowych szkieł swoich okularów. Najprawdopodobniej chciała nawiązać z nim dłuższy kontakt.

Albus aż się gotował w środku, gorączkowo próbując wymyślić zadowalające obie strony rozwiązanie. W poszukiwaniu inspiracji spojrzał na wiszące na ścianach portrety, które zdecydowały się na zachowanie milczenia; ten najbardziej rzucający się w oczy – starszy mężczyzna o siwych włosach i dziwnie krzywym nosie – zasnął prawie że na samym początku rozmowy. Obejrzawszy wszystkie, zerknął na wciąż stojącego w kącie, wyraźnie skwaszonego przyjaciela.

– A co z Hagridem? – zapytał szybko, wskazując na gajowego palcem. – Czy nie mógłby, no  nie wiem, trochę się ze mną poszwendać...?

– Nie masz pozwolenia na wizyty w Hogsmeade – odpowiedział mu wyraźnie półolbrzym, czym zasłużył sobie na wściekłe spojrzenie. – Wybacz, nie moja decyzja.

Albus jęknął i spojrzał z powrotem na profesor McGonagall. Okantowanie Teddy’ego w gruncie rzeczy było proste, ale przekonanie dyrektorki do zmiany zdania stanowiło o wiele twardszy orzech do zgryzienia. Ma szansę, dopóki nie wyjdzie z gabinetu. Otworzył więc usta, zdeterminowany do wywalczenia swojej racji, ale zanim zdążył powiedzieć przynajmniej jedno słowo, kobieta mu przerwała.

– Naprawdę mi przykro. To moje ostatnie słowo, panie Potter. – Zacisnęła usta w wąską linię. – Zależy mi na twoim dobru.

Perspektywa spędzenia w zamku następnych wycieczek nie poprawiła jego samopoczucia, a wręcz przeciwnie, gdyż zaczął zachowywać się mniej więcej tak, jak tuż po świętach, a nowina o wyznaczonej za niego cenie nie wydawała się szczególnie go interesować. Inaczej się miała sprawa ze Scorpiusem i Morrisonem, którzy na okrągło gadali o konsekwencjach incydentu w Hogsmeade – nie, żeby spodziewał się czegoś zgoła innego.

– Nie uważasz jednak, że ten twój tajemniczy przyjaciel trochę przesadził? – Malfoy zmarszczył brwi. – Zlecenie morderstwa dziecka to dość poważna sprawa, nawet dla Wybawczego Aliansu Różdżek.

Albus zagapił się bezmyślnie, nie mając ochoty tego komentować.

– Teddy nie miał żadnego powodu, żeby kłamać – stwierdził koniec końców.

– Ale przecież sam powiedziałeś, że twój tata jest w martwym punkcie i nie wie, co robić. –Morrison rozejrzał się po pokoju wspólnym. Ewidentnie chciał się upewnić, że nie są podsłuchiwani. – Może po prostu twoja rodzina zachowuje się paranoicznie?

Potrząsnął głową i wbił wzrok w kominek.

– Ciężko powiedzieć, zwłaszcza po konfrontacji z Młotem. Wszystko wskazuje na to, że Wybawczy Alians Różdżek naprawdę coś do mnie ma...

– Jakiś czas temu również się tobą interesowali. Wtedy byłeś ich sprzymierzeńcem, bo zgadzałeś się z większością postulatów – przypomniał Scorpius. – Może tym razem Waddlesworth też chciał tylko porozmawiać.

– Wtedy było inaczej – odpowiedział.

– Och, tak?

– Fairhart wciąż żył.

Cała trójka zamilkła, a atmosfera znacząco się pogorszyła. Żeby znaleźć zajęcie, każdy przyglądał się swoim paznokciom.

– Czy Mirra coś mówiła...? – zapytał nagle. – W Trzech Miotłach...?

Z powodu bomby informacyjnej, którą zrzucił na niego Teddy, prawie zapomniał o prawdziwym powodzie ich wizyty w Hogsmeade. Scorpius i Morrison nie nadążyli za Hagridem, przez co ostatecznie zostali w wiosce. Gdy wrócili do zamku, Albus wypytał ich o szczegóły, a potem był zadowolony z odpowiedzi, jakich mu udzielili. Okazało się, że Malfoy nie poczynił większych postępów z Rose, ale też nie zrobił kroku wstecz. Co więcej, Lance trzymał się lekko na uboczu, stawiając pewien opór, tak więc istniało prawdopodobieństwo, że rozczarował się zachowaniem Weasleyówny. Zapoznawszy się z detalami, brunet odmówił wzięcia na siebie odpowiedzialności – nie miał żadnego wpływu na rozwój wydarzeń. Kiedy przyjaciele skończyli, skupił się na sobie i na zamieszaniu, jakie wywołał wśród gryfonów.

– Miała nadzieję, że wszystko z tobą w porządku – powiedział Morrison. – Ucieszyła się, że Hagrid przyszedł na ratunek.

– A Eckley? – zapytał z goryczą Albus, mimo że już wielokrotnie słyszał tę odpowiedź.

– Głównie się wyśmiewał. Stwierdził, że pewnie sam poprosiłeś Hagrida o eskortę, bo bałeś się samodzielnego wypadku do Hogsmeade. – Scorpius zmarszczył brwi.

– Marne to pocieszenie, ale tylko Hornsbrook zarechotał – dodał Vincent. – Nikt nie pomyślał, że to było zabawne...

Albus pokiwał głową i przez chwilę wpatrywał się dalej w ogień, po czym podjął decyzję. Głównym celem ustanowił ukończenie szkoły. Słysząc to, przyjaciele przewrócili oczami, ale skoncentrowany na nowym zadaniu, nie wyjaśniał motywów, tylko najzwyczajniej w świecie wyjął z torby pergamin i położył go na stole. Był w pełni przygotowany do ciężkiej pracy.

Zakopał się w nauce, w czym miał dwa ukryte motywy – chciał być zajęty i chociaż odrobinę pragnął poprawić sobie samopoczucie.  Gdy nadszedł luty, wykłady nauczycieli na temat zbliżających się egzaminów przybrały na sile, co stanowiło doskonałą wymówkę, dlaczego nie wyściubia głowy zza książek. Postanowił podciągnąć się z transmutacji, a nawet zmusił się, żeby bardziej przysiąść do mugoloznawstwa, raz za razem obciążając swój umysł coraz to mniej istotnymi informacjami.

Obrona przed czarną magią i zaklęcia też były przedmiotami, do których musiał się bardziej przyłożyć, a ze wszystkich innych był w miarę zadowolony. Jedynymi zajęciami, na których wciąż się wyróżniał z tłumu, były eliksiry. Na ten moment jednak bał się schodzić do lochów i siedzieć w pracowni.

Jeżeli do tej pory Blackwood zachowywała się okropnie, to teraz, w niemal katatonicznym stanie, była po prostu nie do zniesienia. W trakcie lekcji ciągle płakała, przeszkadzając swoim chlipaniem w pracy, a gdy ktoś dłużej się na nią zagapił, chowała głowę w ramionach, jakby w próbie ukrycia się przed światem. Gdy przechadzała się pomiędzy poszczególnymi stanowiskami, komentowała postęp jeszcze rzadziej aniżeli zazwyczaj. Co więcej, przestała również dbać o zasady, które ustaliła na początku roku szkolnego. Świadomie bądź nie, ignorowała wiele występków – na przykład, nie zauważyła, że Bartleby Bing i Dante Haug połączyli siły, aby stworzyć w miarę przyzwoicie wyglądającą miksturę.

Albus żałował, że nie może nawiązać z nią nici porozumienia, okazać wsparcia; powiedzieć, że nie jest sama. Od pierwszego dnia szkoły Blackwood konsekwentnie zwiększała dystans między sobą a ślizgonami, więc wzajemna niechęć codziennie się pogłębiała, zwłaszcza biorąc pod uwagę skomplikowaną sytuację Scorpiusa. Pojednanie było niemożliwe. Nie sposób zapomnieć tego, jak wiele krzywd dotychczas wyrządziła. Co gorsza, gdyby spróbował ją pocieszyć, wyszedłby na zdrajcę.

Ograniczył się więc do rzeczy, którą udoskonalał do perfekcji z każdym nowym rokiem szkolnym – radzeniem sobie ze wszystkim w pojedynkę. Na myśl o zbliżającej się wycieczce do Hogsmeade był wręcz przerażony. Oczekiwał, że przypadkowy renegat jakimś sposobem przedostanie się do Hogwartu i wywlecze go – oczywiście, zmaltretowanego, bo przecież będzie stawiał opór – poza szkolne mury, napędzany chciwością, aby położyć tłuste łapy na wypełnionej po brzegi złotem sakiewce. Dopiero gdy na spokojnie o tym pomyślał, doszedł do wniosku, że w zamku nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo i nie ma sensu wymyślać niestworzonych scenariuszy. Bądź co bądź, miał na głowie inne, o wiele ważniejsze rzeczy.

– Nie bez powodu masz tę pałkę! – krzyknął na Holdena Rawna. – Zacznij jej w końcu używać poprawnie!

Rawn zadrżał i spróbował wzmocnić swój uchwyt na kiju. Wyjątkowo chłodny trening na początku lutego dawał się wszystkim we znaki. Zamiast odpowiedzieć, Holden zaszczękał zębami, a Albus, zirytowany okazaniem słabości, przewrócił oczami i zwołał na ziemię całą drużynę.

– Słuchajcie. – Omiótł zespół wzrokiem. Jedyną osobą, która wydawała sobie radzić z zimnem, był Scorpius, choć i on schował dłonie w ciepłych szatach. – Też mam nadzieję, że podczas naszego meczu z Ravenclawem pogoda cudownie się poprawi, ale bądźmy realistami, dobrze? Jeśli się nie przyzwyczaimy do kiepskich warunków pogodowych, w wielki dzień zwyczajnie się przeziębimy.

– Ć... ćwiczy... ćwiczymy już prze... przez go... godzinę... – wyjąkała z sinymi wargami Connie Orik.

– Owszem, ale prawdziwej gry nie mógłbym odwołać w połowie z powodu zimna – powiedział. – Co w przypadku, kiedy mecz się wydłuży? Chyba lepiej być przygotowanym na najgorsze, czyż nie?

– Nie bę... będziemy musieli grać go... godzinę, jeśli szy... szybko złapiesz zni... znicza! – wydukał Alabastor Kurgish, a pozostali gracze zgodzili się z nim cichym pomrukiem.

Albus przyłożył dłoń do czoła, próbując zebrać myśli. Kiedy zorientował się, że nie jest do tego zdolny, postanowił przejść do ofensywy.

– No dalej, żadnego ociągania! – wydał polecenie, a wszyscy jęknęli i dosiedli mioteł; na ziemi pozostały tylko trzy osoby.

– Mała przerwa nie jest złym pomysłem – zasugerował Morrison. – Wspaniale byłoby się rozgrzać... – urwał, bo Albus rzucił mu groźne spojrzenie. Sromotnie pokonany, wskoczył na miotłę i wystartował.

– W porządku, stary? – mruknął Scorpius, wciąż ze schowanymi dłońmi, gdy zostali we dwójkę. – Wydajesz się dziwnie nerwowy.

– Jest dobrze, zwyczajnie zależy mi na zwycięstwie. – odpowiedział, przyglądając się poczynaniom swoich gderliwych kolegów z drużyny. W rzeczywistości przemilczał prawdziwą przyczynę swojego zachowania. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że zaledwie tydzień temu Gryffindor pokonał Hufflepuff, dzięki czemu zajął drugie miejsce w punktacji ogólnej.

Jeśli Slytherin pokonałby Ravenclaw, mieliby finał z gryfonami. Przegrana zaś sprawiłaby, że spadliby na drugie miejsce. W rankingu pozycja krukonów jest chwiejna, więc gdyby przegrali z nimi mecz, mogliby się całkowicie pożegnać z finałem. Albus nie zamierzał pozwolić, aby najgorsze stało się pod jego dowództwem. Quidditch stanowił wszak najlepszy rozpraszacz – determinacja do przezwyciężenia ostatnich okropności i natrętnych, niedających spokoju myśli na temat świata zewnętrznego straszliwie go motywowała. Sport stanowił wybawienie i po prostu nie chciał pozwolić, aby co innego zaprzątało mu głowę; pragnął wykorzystać swoją szansę.

Zarządził więc codzienne treningi. Tydzień przed zapowiedzianym meczem, dzień za dniem, agresywnie prowadził swoją drużynę przez boisko, zmuszając ją do bolesnych wręcz ćwiczeń, na które oczywiście wszyscy narzekali. Wiedział jednak, że w ostatecznym starciu wyjdą dzięki temu zwycięsko. Wszyscy wydawali się wyczerpani, ale przynajmniej przywykli do zimna. Ślizgoni byli bardziej niż gotowi do gry.

– Przygotowani? – zapytał, maszerując w tę i z powrotem po szatni.

– Jasne – powiedział Scorpius, unosząc lekko w górę kciuki. Tym razem mógł zagrać na pozycji obrońcy, bo Blackwood, pogrążona we własnym świecie żalu, nie zwracała na niego większej uwagi i nie wlepiła mu szlabanu. Jak na razie, był bezpieczny.

Albus spojrzał przelotnie na Damiana Peesleya, który posłał mu słaby uśmiech i zamrugał sennie.

– Wiem, że ostatni tydzień strasznie wam się dłużył, ale jesteśmy gotowi – zaczął swoją przemowę. – W przeciwieństwie do nas Ravenclaw nie okupował boiska w tym miesiącu. Wystraszył ich chłodny wiatr. Woleli siedzieć na tyłkach w pokoju wspólnym przed kominkiem, podczas gdy my ciężko pracowaliśmy w powietrzu nad naszym zwycięstwem! – krzyknął, wyrzucając w górę zaciśniętą pięść. Co prawda, nie było to w jego stylu, ale może stawał się coraz lepszy w kapitańskich przemówieniach.

Zespół, niestety, nie zareagował zbyt entuzjastycznie. Ślizgoni odmruknęli coś niewyraźnie, przez co podniecenie natychmiast zniknęło z twarzy bruneta. Wszyscy wyglądali, jakby naprawdę chcieli zareagować bardziej radośnie, ale odpływali na stojąco. Wtem pożałował, że nie zarządził jednego albo dwóch dni wolnych.

Szybko wyrzucił niechciane myśli z głowy, bo szatnię wypełniły dźwięki z trybun. Tłum głośno ryczał w oczekiwaniu na mecz, a komentator (którego imienia Albus nie zapamiętał) zaczynał swoją tradycyjną mowę. Podszedł do wyjścia z szatni i raz jeszcze zerknął na swoją drużynę. Wyraźnie przepełniało ich zmęczenie, więc naprawdę będzie musiał się pospieszyć i od razu złapać znicza.

– Jest i Slytherin! – zagrzmiał komentator, podczas gry ślizgoni wchodzili na boisko. Trzy czwarte trybun tradycyjnie zabuczało, zagłuszając wiwaty ze strony reszty.

Krukoni wkroczyli na pole jako pierwsi, w pełni przygotowani do gry. Wyglądali na zmarzniętych – szczękali zębami i co chwilę pociągali nosem; u paru widać było kozy nad górną wargą. Mimo dość kiepskiego pierwszego wrażenia, wszyscy byli wypoczęci i w gruncie rzeczy zrelaksowani.

– Malfoy debiutuje dzisiaj na stanowisku obrońcy! Wcześniej był niedysponowany z powodu szlabanu! – krzyczał komentator. – Zastępował go Morrison Vincent, który zagrał znakomicie. Dziś się przekonamy, czy Potter dokonał dobrego wyboru!

Widzowie w odpowiedzi zabuczeli. Brunet odwrócił się do Scorpiusa, ale ten jedynie wzruszył ramionami. Mimo że wyglądał, jakby mu to zwisało i powiewało, nie patrzył na ślizgońskie trybuny, a wręcz przeciwnie – obserwował gryfonów.

Albus podszedł do kapitana przeciwnej drużyny, aroganckiego siedmiorocznego nastolatka, Jaydena Goldsteina. Pamiętał go jeszcze z zeszłego roku, gdy wchodząc na boisko, mieli poczucie nadchodzącej przegranej, a mimo to odnieśli oszałamiające zwycięstwo, podczas gdy krukoni opuścili pole, doznawszy sromotnej porażki. Uśmiechnął się więc groźnie, po czym energicznie potrząsnął jego ręką.

Potem rozbrzmiał się gwizdek.

Oderwał stopy od ziemi, natychmiast unosząc się w powietrze i zignorował powiew chłodu na rzecz skanowania nieba w poszukiwaniu złotego błysku małej latającej piłeczki. Goldstein zdecydował się na rotację w swoim zespole – zmienił szukającego. Albus nie miał zielonego pojęcia, jak nazywa się nowy dzieciak, ale sprawiał wrażenie lekkiego i szybkiego. Sapnął, wystraszony, że chłopaczek da krukonom przewagi, ale potem przypomniał sobie, że przecież ślizgoni ciężko trenowali.

– Kafel w rękach Doyle’a... Ładne podanie do Richardsona, następnie znowu do Doyle’a. Pałkarz Slytherinu nie miał nawet cienia szansy – oświadczył podekscytowany komentator. – Rzut... zablokowany!

Albus odwrócił się, gdy Scorpius akurat rzucał kafla do Peesleya, który natychmiast przystąpił do ataku, choć poruszał się raczej wolno. Ignorując poczynania współdomowników, wznowił poszukiwania znicza. Cieszył się, że Malfoy natychmiast rozwinął swe skrzydła, a świadomość niezrównanej potęgi przyjaciela sprawiła, że poczuł się lżejszy – wiedział, że nie musiał się martwić o obronę pętli. Okrążył więc boisko, szukając piłki zarówno na niskich wysokościach, jak i na wysokich. Szukający krukonów ciągle mu siedział na ogonie.

– Studemire trzyma się blisko Pottera, a to zawsze skuteczna taktyka! – krzyknął komentator. – Wygląda na to, że szukający Ravenclawu w wyścigu po znicza będzie musiał opierać się na swojej szybkości.

Albus przewrócił oczami.

Cóż za ufność. W takim razie może czas na zmyłkę?

Stopniowo zaczął zwiększać prędkość, udając koncentrację. Uniósł się w powietrze, po czym nagle zniżył lot.

– Potter zanurkował!

Ogon natychmiast podążył za nim. Ślizgon uśmiechnął się do siebie, po czym w ostatniej chwili wyhamował. Chociaż Studemire dobrze radził sobie na miotle, nie dorównywał mu umiejętnościami – nie zdążył w porę zwolnić i zarył w ziemię, podczas gdy brunet bez wysiłku wzbił się z powrotem w powietrze.

– Spektakularny podstęp Pottera! – ryknął komentator, przekrzykując zbiorowy jęk uczniów. – Widzieliśmy go już wcześniej! Studemire najprawdopodobniej wymaga pomocy...

Gra została na moment wstrzymana, podczas gdy pan Wood podbiegł do krukona i sprawdził, czy w trakcie upadku nie nabawił się poważniejszych obrażeń.  Chłopak miał zakrwawiony, częściowo zakryty przez słomkowe włosy, nos. Ostatecznie okazało się, że był tylko oszołomiony i zdezorientowany.

– Chwilowe wyeliminowanie przeciwnego szukającego przyniosło ślizgonom same korzyści – podsumował komentator, a Albus zamrugał, szczerze zdziwiony doborem słów. – Drużyna Slytherinu może w końcu nieco odsapnąć.

Instynktownie się odwrócił i przyjrzał swoim zawodnikom – rzeczywiście sprawiali wrażenie doszczętnie wyczerpanych. Holden Rawn wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć, chociaż ani razu nie podał jeszcze nikomu kafla. Ze zdumieniem odnotował, że prócz niego, tylko Scorpius sprawiał wrażenie w pełni gotowego do dalszej gry. Podłapawszy jego spojrzenie, Malfoy podszedł bliżej, podczas gdy komentator objaśniał stan zdrowia Studemire.

– Musisz szybko złapać znicza – stwierdził ściszonym głosem.

– Powiedz coś, czego nie wiem – odpowiedział ostro Albus. – Co z nimi? – dodał, kciukiem wskazując swoją drużynę. Ślizgoni opierali się o miotły, wyglądając, jakby bez drewnianego oparcia przewróciliby się w jednej sekundzie.

– Są wyczerpani.

– Treningami? – zapytał z powątpiewaniem. – Bo z pewnością nie meczem. Nie jesteśmy w powietrzu nawet od pięciu minut...

– Właśnie tak, treningami – powiedział protekcjonalnym tonem Scorpius. – Przez ostatnie dziesięć dni harowaliśmy niczym woły, poprzedniej nocy również. Męczyliśmy się przez cały bity tydzień.

– Na tym polega trening, czyż nie? Teraz jesteśmy dobrze przygotowani – wytłumaczył obronnym tonem.

– Oni też są całkiem dobrze przygotowani. – Malfoy wskazał głową drużynę Ravenclawu, do której akurat podszedł kontuzjowany szukający. – Oraz, co więcej, wypoczęci.

– Ze Studemire wszystko w porządku, wkrótce wróci do gry! – krzyknął komentator. Trzy z czterech trybun wybuchnęły radością. Ślizgoni nie wiwatowali.

Albus odwrócił się do Scorpiusa.

– Leć do obręczy – powiedział, zdenerwowany próbą podważenia jego autorytetu. Przyjaciel rzucił mu zniesmaczone spojrzenie, ale posłusznie wzbił się w powietrze i wrócił do reszty drużyny. Brunet zacisnął usta i wbił wzrok w ziemię. Malfoy nie otrzymał odznaki kapitana ani dodatkowych przywilejów. Dlaczego? Bo – w przeciwieństwie do niego – nie był wystarczająco dobry oraz nie wiedział, w jakim kierunku należy poprowadzić zespół. Pocieszał się tą myślą do momentu, gdy pan Wood zagwizdał, wznawiając z powrotem grę.

Pozycja Scorpiusa nie zmieniała faktu, że to on dzisiaj prowadził drużynę. Szukający nie potrafili wypatrzeć znicza i przez kolejnych dwadzieścia minut na próżno przeszukiwali wzrokiem niebo. W międzyczasie komentator wychwalał ślizgońską defensywę.

– Dwadzieścia trzy obronione rzuty! Malfoy najwyraźniej zamierza pobić rekord! Cóż za oszałamiający debiut! O, Goldstein prosi o czas – może chce zmienić swoją strategię...?

Zarządzono przerwę, podczas której Albus w końcu mógł przyjrzeć się dokładniej Scorpiusowi. Nawet buczenie krukonów i gryfonów nie mogło zagłuszyć wiwatów, jakie otrzymywał Malfoy. Chociaż wydawałoby się to niemożliwe, całkowicie zatrzymał Ravenclaw, przez co sprawiał wrażenie niezwyciężonego. Wciąż krążył w okolicy obręczy z determinacją wypisaną na twarz, zupełnie jakby nie był świadomy uciechy i zachwytu tłumu. Najwyraźniej będzie się zachowywał w ten sposób, dopóki starcie się nie zakończy.

Niestety, w przeciwieństwie do obrońcy, ścigający nie radzili sobie najlepiej ze zdobywaniem punktów na obręczach. Albus nie wiedział, czy miało to związek z brakiem odpowiednich umiejętności jego drużyny, czy dobrą defensywą przeciwników. Ilekroć udało mu się spojrzeć podczas gry na swoich ścigających, nie wykonywali imponujących rzutów i ograniczali się tylko do tych prostych i nieskomplikowanych, dzięki czemu obrońca krukonów nie musiał się wybitnie przemęczać. Ślizgońscy pałkarze również mieli problemy – po zaledwie jednym zamachu kijem dyszeli, jakby co najmniej przebiegli maraton.

Gdy grę wznowiono, Ravenclaw natychmiast przejął kafla i wypróbował skomplikowaną formację „głowę jastrzębia[1]”, żeby zmylić Scorpiusa. Chcąc przerwać ten manewr, Alabastor Kurgish posłał w przeciwników tłuczka, co jednak zakończyło się porażką, bo piłka przeleciała nad celem. Ścigający zaczęli latać raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym jeden z nich w końcu się zamachnął...

– Wspaniała obrona! Malfoy złapał kafla tuż przed lewą obręczą! Czubkiem palców!

Albus odetchnął z ulgą, po czym wznowił poszukiwania znicza, podczas gdy Studemire wciąż siedział mu na ogonie. Ciekawy, czy krukon znów się nabierze na zmyłkę z nurkowaniem, rozważył opcje. Ostatecznie zdecydował się zaniechać podstępu, ponieważ wydłużanie czasu spędzonego w powietrzu nie miało większego sensu. Zamiast tego obniżał się stopniowo, przeszukując wzrokiem trawę – to prawdopodobne, aby złoty znicz ukrywał się w okolicach murawy.

– Kolejny spekta...! – urwał komentator. – Studemire wystrzelił w górę!

– Jasny gwint!

Albus momentalnie szarpnął miotłą i wzbił się gwałtownie w powietrze, gdzie drugi szukający rzeczywiście gonił znicza; zwiększając wysokość, robił ułatwiające sprawę spirale. Gdy odległość między Studemire a piłeczką znacząco się zmniejszyła, tłum na trybunach zaczął wiwatować. Zimny wiatr smagał ślizgona po zaczerwienionych policzkach, ale nie reagował. Przyspieszył, by ostatecznie zrównać się z przeciwnikiem.

Ryzykując naprawdę wiele, skoczył do przodu, niemal spadając z miotły. Wysiłek się opłacił, bo nim minęła sekunda, zacisnął skostniałe palce na wściekle trzepoczącej skrzydełkami piłce. Całe szczęście, że postanowił się zabezpieczyć i opleść trzonek miotły nogami.

– FANTASTYCZNY MANEWR POTTERA! KONIEC MECZU! STYTHERIN ZWYCIĘŻA STO PIĘĆDZIESIĄT DO ZERA!

Zielono–srebrne trybuny wybuchnęły dziką radością, zaś zażenowani krukoni zaczęli się wycofywać. Albus zleciał na ziemię, dumnie trzymając znicza. Stanąwszy na twardym gruncie, z uśmiechem na twarzy czekał, aż drużyna do niego podbiegnie, weźmie na ręce i pogratuluje odważnego zagrania. Niestety, bardzo się przeliczył. Im dłużej patrzył, tym szybciej zrozumiał sytuację.

Ślizgoni, z wyjątkiem Scorpiusa, nie zamierzali świętować na boisku i szybko czmychnęli do szatni, z wysiłkiem ciągnąc za sobą miotły. Wszyscy mamrotali pod nosem, że zamierzają odpocząć i odespać ostatni tydzień. Albus zmarszczył brwi i przez moment pożałował, że żaden z nich się nie obrócił i nie zobaczył wyrazu jego twarzy. Gdy zauważył, że Malfoy uważnie go obserwuje, zacisnął dłoń na zniczu i udał, że jest tego nieświadomy.

Impreza nie była wielka, co można przypisać dwóm rzeczom. Po pierwsze: w pokoju wspólnym naprawdę od dawna nie było głośno, więc ślizgoni mieli prawo zapomnieć, jak należy wywoływać hałas. Co gorsza, prawdopodobieństwo, że dzikie świętowanie przyciągnie uwagę Blackwood, było bardzo wysokie. Jakby nie patrzeć, opiekunka już raz przerwała im imprezę w połowie. Po drugie: brakowało zwycięskiej drużyny, ponieważ prawie wszyscy zawodnicy od razu zniknęli w swoich dormitoriach, chcąc zapomnieć o kiepskich występach i najzwyczajniej w świecie odetchnąć.

Zwinięte z kuchni przekąski wciąż leżały na stole, tylko na wpół zjedzone, a rozmowy toczyły się ściszonymi głosami. Część szósto– i siódmorocznych, widząc tak tandetną imprezę, też postanowiło się ewakuować i poodpoczywać w innych częściach zamku. Starsi uczniowie byli zdecydowanie przyzwyczajeni do o wiele większych i głośniejszych zabaw.

Albus również siedział w dormitorium, nie chcąc nawet słyszeć odgłosów z dołu. Leżał na łóżku i zastanawiał się, dlaczego czuje się taki pusty w środku. Wiedział, że nawalił – jako dobry kapitan powinien zwracać większą uwagę na wytrzymałość innych graczy. Wygrana nie smakowała słodko, bo wszyscy byli padnięci. W zadośćuczynieniu postanowił przeprosić drużynę podczas następnego treningu, który – naturalnie – nie odbyłby się w zbyt szybko. Gdy bardziej przemyślał sprawę, doszedł do wniosku, że przeprosiny sprawiłyby, że wyszedłby na słabego i niekompetentnego przywódcę; zrezygnował więc z tego pomysłu.

Westchnął, skołowany. Co zrobiłby Atticus...?

Z rozmyślań wyrwał go dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi. Kiedy Morrison wszedł do dormitorium, rozejrzał się wokół i na spokojnie zamknął wrota. Byli tylko we dwójkę.

– Nie świętujesz z resztą?

– A ktokolwiek w ogóle świętuje? – odpowiedział Albus, wiedziony myślą, że impreza naprawdę jest kiepska.

– Zabawne, prawda? – Uśmiechnął się szeroko Vincent, a następnie padł na swoje łóżko. – Wyszedłem z imprezy, żeby z tobą pogadać...

– Co masz na myśli? – zapytał ostrzej, niż powinien. Morrison nie był przecież niczemu winny; nijak zawinił.

– Och, nic takiego.

W pokoju zapadła niedługa cisza, podczas której Albus zastanawiał się, po kiego grzyba przyjaciel się fatygował.

– Słuchaj, stary. – Uśmiechnął się pokrzepiająco Vincent. – Nie musisz się ukrywać, ani nic podobnego. Co prawda, drużyna trochę na ciebie naskoczyła, ale...

– Nie rozumiem dlaczego – przerwał mu ostro. – Przecież wygraliśmy, czyż nie?

– Niby tak. – Morrison wzruszył ramionami. – Głównie dzięki... – Zacisnął usta.

– Śmiało, przedstawiasz tylko fakty. Wygraliśmy dzięki Scorpiusowi.

– Nie miałem zamiaru tego powiedzieć. – Morrison uciekł wzrokiem. Chociaż się nie przyznawał, ewidentnie kłamał. – Jesteśmy przyjaciółmi, stary. Wysłuchaj mnie. Zrozum, ostatnio... zachowywał się zupełnie inaczej niż zwykle...

Albus uniósł brwi.

– W jakim sensie?

– Cóż, zakopałeś się w pracach domowych i w książkach... Gdy zacząłeś niemal chłostać naszą drużynę, nie chciałeś nikogo słuchać, nawet Scorpiusa... Mimo ostrzeżenia zostałeś w Hogsmeade i zaryzykowałeś życiem...

Albus westchnął.

– Och, no weź...

– Przestań, tylko mówię! – zaprotestował Morrison. Żeby udowodnić brak złych intencji, wyrzucił do przodu ręce i potrząsnął nimi.

Cmoknął.

– Miałem naprawdę dużo na głowie.

– Wszyscy to rozumieją, nikt nawet nie wątpi. Niemniej jednak nie powinieneś przemęczać swoich zawodników.

Albus zmarszczył brwi. Czy współdzielił stanowisko kapitana...? Westchnął, zrozumiawszy, że Morrison miał trochę racji. To dziwne. Gdyby usłyszał coś podobnego od Scorpiusa, najprawdopodobniej zareagowałby złością. Robiąc mu wywody, Malfoy niewątpliwie dorzuciłby do wypowiedzi nutę sarkazmu, a może nawet dodał jedną, bądź dwie zgryźliwe obelgi. Vincent zdecydowanie lepiej nadawał się do wytykania błędów. Wszystko, co powiedział, miało sens. 

– Wiem, no wiem – przyznał, sromotnie pokonany. – Chciałem tylko wygrać. Nic więcej.

Morrison wzruszył ramionami, a następnie przechylił głowę w bok, zupełnie jakby przyjaciel nie powiedział niczego dziwacznego.

– Cóż, to oczywiste! Przecież jesteś wężem! Ślizgoni są z natury żądni władzy i potęgi, pragną mocy... – zarechotał. – Z naszej trójki jestem wyjątkiem od reguły.

Albus spojrzał na niego z zaciekawieniem. Vincent znów miał rację.

– To prawda. – Zmarszczył brwi. – Dlaczego jesteś w Slytherinie?

Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, ale faktycznie, Morrison nie był ucieleśnieniem przeciętnego ślizgona; nie posiadał predyspozycji oraz nie pasował do stereotypu. Wtem przypomniał sobie słowa ojca, gdy wybierał się na pierwszy rok nauki – że celem przydzielania uczniów do różnych domów jest, wbrew wszystkiemu, wzmacnianie jedności.

– Chcesz prawdy, stary? – zapytał przyjaciel. – Wynegocjowałem z Tiarą przydział.

– Co takiego? Dlaczego? – Albus wytrzeszczył oczy. – Skąd w ogóle wiedziałeś, że jeżeli ładnie poprosisz, to zostaniesz przydzielony tam, gdzie chcesz wylądować?

– Nie miałem zielonego pojęcia. Nie wiedziałem nawet, na jakich zasadach funkcjonuje Hogwart! – krzyknął Morrison. – Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Tiarę, byłem przekonany, że to zwyczajny kapelusz. Gdy zrozumiałem, że jest zaczarowany i potrafi mówić ludzkim głosem, po prostu ją poprosiłem. Wybrałem Slytherin, bo... hm, trochę mi wstyd... bo ty tutaj trafiłeś.

Skinął głową. Z nazwiskiem prawie że kończącym alfabet Vincent został przydzielony jako jeden z ostatnich uczniów. Nie miał innych kolegów, oprócz niego i Rose, z którą w pociągu wymienił zaledwie kilka zdań. Otoczony nieznajomymi, chciał być w tym samym domu, co jego pierwszy magiczny przyjaciel. Dodatkowo, w wieku jedenastu lat naprawdę niewiele wiedział o szkolnych zasadach.

To w sumie logiczne, podsumował rozważania. Wewnętrzny spokój nie trwał jednak długo, bo potem dopadło go poczucie winy.

– Czyli... wtedy nie wiedziałeś, że dostałeś przydział do najbardziej znienawidzonego domu, prawda?

Morrison usiadł na łóżku i wybuchnął śmiechem.

– Nie, odkryłem to dopiero kilka dni później.

          – A gdybyś mógł cofnąć czas i ponownie założyć na głowę Tiarę Przydziału...? Czy po raz drugi zdecydowałbyś się na Slytherin...? – Uśmiechnął się krzywo.

– Och, zdecydowanie! – Wyszczerzył się przyjaciel. – Co z tobą?

Albus splótł dłonie i spuścił wzrok. Rozmowa, którą właśnie prowadzili, miała dość intymny charakter. Morrison był z nim w stu procentach szczery; nie miał też żadnego powodu, żeby skłamać. Czy dałby się ponownie przydzielić do Slytherinu...? Gdyby za pierwszym razem trafił do Gryffindoru, wszystko potoczyłoby się innym torem. Z pewnością automatycznie nawiązałby bliższe stosunki z Rose, a nawet z Mirrą. Ciężko powiedzieć, ale może w zeszłym roku miałby już dziewczynę; może Eckley wciąż był singlem. Czy będąc gryfonem, zaprzyjaźniłby się z Morrisonem i Scorpiusem...? W domu lwa nie doświadczyłby ani trochę negatywnej uwagi, a na boisku kibicowałoby mu trzy czwarte szkoły. Czy pozytywne przeżycia wzmocniłyby go równie mocno, co te negatywne...?

Z rozmyślań wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi, więc momentalnie podniósł wzrok. Kiedy Scorpius wszedł do środka, uważnie zeskanował ich wzrokiem.

– Skończyłeś z dąsami? – zapytał w kierunku bruneta.

– Słucham? – zirytował się Albus. – Wcale się nie dąsam.

          – Cóż, byłem przekonany, że jednak jesteś trochę zdenerwowany. Jakby nie patrzeć, dziś nas zawiodłeś...

– Scorpius, prze... – zaczął Morrison, ale nie zdążył dokończyć.

– Zawiodłem drużynę? – krzyknął. – Wygraliśmy mecz, bo złapałem znicza!

– Spokojnie, chłopaki... – mediował Vincent.

– No, po jakiejś godzinie zamarzania w powietrzu. Uratowała nas tylko i wyłącznie moja doskonała obrona. Gdyby nie moje wysiłki, nawet jeżeli złapałbyś znicza, przegralibyśmy – argumentował blondyn. – Nasi ścigający zasypiali na siedząco, a pałkarze niemal schodzili na miotłach!

– Że niby nasi zawodnicy...? – zapytał, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. – Za jaką część zespołu jesteś tak właściwie odpowiedzialny?

Scorpius otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale wtedy do akcji wkroczył Morrison.

– Słuchajcie, obaj możecie obwiniać się nawzajem, ale grunt, że Slytherin zagra w finale.

– Błąd, nie to jest najważniejsze. – Twarz Scorpiusa ozdobił nikczemny uśmiech. – Nasz kapitan nie zdaje sobie sprawy, że ostatnio jest bardzo wymagający i działa pochopnie! – podsumował, a brunet prawie skoczył na równe nogi. – Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, stary. Może to wina Fairharta, albo...

– Zamknij się wreszcie! – Albus zerwał się z łóżka i zrobił strategiczny krok do przodu. Właśnie dlatego o niektórych, zwłaszcza delikatnych, sprawach lepiej jest rozmawiać z Morrisonem!

Malfoy rzeczywiście się przymknął, ale nie poprzestał na urwanej wypowiedzi. Zamiast kontynuować wykład, również podszedł bliżej. Przez chwilę stał w miejscu z zaciśniętymi ustami, ale zanim zdążył rzucić następną kąśliwą uwagą, Vincent przejął stery.

– Stop! Czekajcie! Scorpius, chodź, zejdziemy razem na dół – powiedział, mając dobre intencje.

Gdy przyjaciel nie spuścił wzroku z Albusa, chłopiec zorientował się, że blondyn chciał go jedynie sprowokować, najprawdopodobniej, żeby publicznie przyznał się do porażki bądź pokazał światu swoje rozgoryczenie. Kiedy zauważył, że jego działania nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, odwrócił się na pięcie i wyszedł razem z Morrisonem, dzięki czemu brunet znów został sam w dormitorium. Mniej rozgniewany, położył się z powrotem na łóżku, a potem przewrócił na bok.

Co Scorpius mógł wiedzieć...? Zmarszczył brwi. Co powiedział...? Że jest „bardzo wymagający” i „działa pochopnie”...? Prawdziwa niedorzeczność! Przyjaciele nie widzieli wspomnienia Fairharta. Nie wisiało nad nimi widmo śmierci i nie ścigali ich renegaci. Nie byli nękani przez dziwne i niezrozumiałe sny. Sprawa ich nie dotyczyła. Nie, zachowywał się poprawnie. Aby zachować zdrowie psychiczne, potrzebował rozpraszacza.

Zamknął oczy i spróbował zasnąć. Nie potrafił.

Następnego ranka dołączył do reszty później niż zwykle, gdyż w Wielkiej Sali panował większy gwar aniżeli zazwyczaj; wszyscy ze smakiem wcinali śniadanie. Sufit miał wygląd nieba – był urzekający.

Chociaż uczniom towarzyszył typowy dla zbliżającego się końca posiłku spokój, chłopcy nie odzywali się do siebie. Gdy przyjaciele wrócili wczoraj do dormitorium, brunet udawał, że zasnął. Było trochę niezręcznie, bo nie wymienili ze sobą nawet zwyczajowego „smacznego”. Albus, co prawda, usiadł naprzeciwko Scorpiusa, ale starał się unikać nawiązania kontaktu wzrokowego. Morrison siedział na pewno od Malfoya i dzięki temu znalazł się na bezstronnej pozycji – było po nim widać, że nie chce opowiadać się po żadnej ze stron. Zachowawszy pełną neutralność, patrzył to na jednego, to na drugiego, powoli i skrupulatnie przeżuwając jedzenie. Wrócił do rzeczywistości, dopiero kiedy Melonie szturchnęła go w ramię. Ostatecznie nawiązał z nią miłą, wesołą rozmowę.

Albus wcinał jajecznicę pośród trzepotu sowich skrzydeł. Uczniowie dostawali paczki i listy, podczas gdy do niego nie przyleciał tym razem żaden ptak. Najwyraźniej rodzice doszli do wniosku, że nauczka poskutkowała i przestali się fatygować. Sowa tradycyjnie zrzuciła przed Scorpiusem PROROKA CODZIENNEGO, ale ten, zamiast go podnieść i przestudiować, w spokoju kontynuował jedzenie.

Widząc brak zainteresowania, brunet zmrużył oczy i sięgnął po najnowsze wydanie. Nie spodziewał się żadnego protestu, bo to z kolei oznaczałoby przymus zabrania głosu. Upewniwszy się, że przyjaciel nie zareagował, rozwinął gazetę, bardziej dla zajęcia rąk niż z własnego zainteresowania. Gdy omiótł wzrokiem pierwszą stronę, automatycznie skupił się na wytłuczonym nagłówku.

 

TOMMELSON ARESZTOWANY ZA POMOC POTTEROWI!

Jacob Tommelson, Szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, został wczoraj aresztowany po tym, jak przyłapano go na próbie zorganizowania spotkania pomiędzy byłym aurorem, Harrym „Chłopcem, Który Przeżył” Potterem a polską Minister Magii, Iwoną Mazur. Według opublikowanych raportów spotkanie miało dotyczyć planów odnalezienia i uwięzienia Reginalda Aresa.

„To całkowicie sprzeczne z prawem. Pracownicy naszego Ministerstwa nie mogą organizować podobnych narad z zagranicznymi rządowymi przedstawicielami, zwłaszcza bez wiedzy Wizengamotu”, mówi Anna D’Inuella, starsza członkini. „Harry Potter ma pełną swobodę komunikowania się z czarodziejami i czarownicami różnych narodowości, ale wykorzystywanie do tego ministerialnych koneksji jest niedopuszczalne. Fakt, że przewodniczącym zebrania miał być właśnie „Chłopiec, Który Przeżył”, również jest niewłaściwe. Inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby do spotkania doszło w trakcie jego kadencji. Na ten moment Harry Potter jest zwyczajnym obywatelem i nie może być traktowany w wyjątkowy sposób”.

D’Innuella dotychczas wypowiadała się o Potterze pozytywnie, co nie zmienia faktu, że opinia publiczna nie podziela jej entuzjazmu. Wielu obywateli uważa, że skoro odmówił żądaniom „Diablego Aliansu” Reginalda Aresa, nie ma on prawa kontaktować się z przywódcami innych krajów.

„Harry Potter nie jest u władzy”, mówi Patrycja Smith, lat 36. „Gdyby naprawdę chciał pomóc, skapitulowałby. Nie powinien mieszać się w sprawy naszego Ministerstwa, nawet jeżeli ubzdurał sobie, że to najlepsze rozwiązanie”.

Tommelson został bardziej skrytykowany.

„Jacob Tommelson jest głównym powodem, dla którego nasz Minister Magii wciąż nie złapał Aresa i raz na zawsze nie skończył z terrorem, który powoli nas ogarnia!” mówi mąż Patrycji, Zachariasz. „Ludzie pokładają wiarę w umiejętności Pottera przez wzgląd na jego wcześniejsze dokonania, nie patrząc przy tym na obecny stan rzeczy. To jasne, że Potter nakłonił Tommelsona do myślenia, że nawiązanie kontaktu z przedstawicielem władz innego kraju jest najlepszym rozwiązaniem. Tommelson jest niepoważny, że mu uwierzył”.

Konsekwencje zorganizowania podobnego spotkania są „katastrofalne”, jak twierdzi obecna Szefowa Departamentu Aurorów, Janine Fischer. Sam fakt, iż Harry Potter próbuje złapać Reginalda Ares bez wsparcia własnego Ministerstwa Magii, jest oburzający.

Poniżej zamieszony został ciekawy komentarz Tommelsona, zdradzający jego brak wyrzutów sumienia.

„Harry Potter jest naszym motorem, dzięki któremu wciąż mamy siły walczyć. Jest też powodem, dla którego walczymy. Ufam mu całym sercem i wiem, że pomagając jemu, pomagam całemu czarodziejskiemu światu.”, powiedział bez cienia skruchy, zanim został wtrącony do aresztu. „Proszę bardzo, zamknijcie mnie w Azkabanie. Śmiało, sprowadźcie z powrotem dementorów. Nie pozwolę, aby moje dzieci dorastały w przekonaniu, że nie uczyniłem wszystkiego, co w mojej mocy oraz unikałem poniesienia konsekwencji!”.

To wiedza powszechna, aczkolwiek dementorzy trzymają się na uboczu – przepisy zabraniają im zbliżać się do ludzi, a Ministerstwo Magii już dawno  zrezygnowało z ich usług w Azkabanie. Komentarze Tommelsona wywołały falę krytyki, nawet większą aniżeli jego działania...

 

Albus zaprzestał dalszego czytania, a jego oczy powędrowały na dół strony, gdzie zamieszczono zdjęcie najnowszego skazanego. Od początku miał przeczucie, że podane do publicznej wiadomości nazwisko wydawało mu się znajome – potem przypomniał sobie, że mówiła o nim ta gigantyczna Francuzka. Tommelson był grubszym, łysiejącym mężczyzną, który gościł u nich w czasie świąt Bożego Narodzenia. Kto by pomyślał, że to dzięki niemu tata mógł kontaktować się z przedstawicielami zagranicznych Ministerstw, między innymi z Wiktorem Krumem i Jospehem Devlinem.

Chociaż chciał, nie mógł oderwać wzroku z czarno–białej ruszającej się fotografii. Tommelson miał związane ręce i pocił się obficie. Wokół niego stali groźnie wyglądający aurorzy i Albus ucieszył się, że nie było wśród nich Rona Weasleya.

Potrząsnął w niedowierzaniu głową. Ten człowiek uwierzył w wymysły Harry’ego Pottera i w nagrodę skończył w Azkabanie. Czemu zawsze obdarza się zaufaniem najbardziej nieodpowiedniego człowieka? Nawet on, chłopiec zaledwie w wieku szkolny, dobrze wiedział, że to, co proponował tata, nie było właściwym rozwiązaniem...

Westchnął, odłożył gazetę i spojrzał na wciąż milczącego Scorpiusa. W momencie ogarnęła go paląca potrzeba przedyskutowania z kimś sedna problemu, ale jeden z jego najlepszych przyjaciół nie wykazywał ani grama zainteresowania, a drugi został wciągnięty w pasjonującą dziewczęcą rozmowę. Zacisnął usta ze świadomością, że został postawiony pod ścianą. Dzięki swojej upartości w sprawie treningów quidditcha utracił przywilej wygadania się Scorpiusowi.

Ponownie potrząsnął głową i odsunął od siebie gazetę. Przez moment przyglądał się ze smutkiem nadjedzonej jajecznicy, a potem rozejrzał się po Wielkiej Sali, zaciekawiony, kto jeszcze przeczytał najnowszy numer – w rękach mieli go niemalże wszyscy. Wiedziony instynktem, postanowił sprawdzić stół nauczycielski. Ida Blackwood również prenumerowała PROROKA CODZIENNEGO i, podobnie jak on, nie miała z kim porozmawiać. Smutny wyraz twarzy kobiety podpowiedział mu, że też miała na talerzu chłodną jajecznicę.

 



[1] Atakująca Formacja „Głowa Jastrzębia” (z ang.: Hawkshead Attacking Formation) – formacja w kształcie grotu, podczas której ścigający szarżowali razem na bramki, czym wzbudzali popłoch wśród przeciwników, którzy najczęściej uciekali wówczas na boki. Wprowadzenie tej formacji przypisane jest Darrenowi O’Hare, który był obrońcą Pustułek z Kenmare

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz