17 grudnia 2022

21. CHAOS

— Pani pro… profesor, proszę poczekać! — udało się Albusowi wyjąkać, pomimo kompletnego oszołomienia, ale Blackwood wystrzeliła dawno z pokoju. Uświadomiwszy sobie, że działanie pod wpływem impulsu zebrało już dziś swe żniwa, nie ruszył się z miejsca, nadal siedząc w pobliżu Zasłony. Postanowił rozważyć opcje. Z jednej strony był bezpieczny, a z drugiej nie trwałoby to wiecznie, gdyby rzeczywiście nieoczekiwanym gościem okazał się Diabli Alians. Biorąc pod uwagę stan psychiczny Idy Blackwood, najprawdopodobniej nie stanowiłaby dla nich większego problemu. Nie chciał, aby była nauczycielka została ranna…

Przeskoczył przez łóżko i ciężko oddychając, dobył różdżki. Wyszedł z pokoju i zaczął przemierzać korytarz prowadzący do schodów, kiedy dobiegł go piskliwy, o wiele milej słyszalny głos, niż ten należący do Sebastiana Darvy'ego.

— Rzuć różdżkę! Jestem Szefem Biura Aurorów!

Janine Fischer, zawyrokował nadzwyczaj chłodno Albus. Zaczął schodzić na parter, gdzie zobaczył, że Blackwood stoi na najniższym stopniu, różdżką celując w przybysza. Chłopiec wyciągnął szyję i dostrzegł, że Fischer była sama — ubrana w tradycyjną szatę, potargana jak zwykle. Kiedy skrzyżowała z nim spojrzenie, uśmiechnęła się zwycięsko.

— Spędziłam tygodnie, śledząc twój Namiar, by przyłapać się na gorącym uczynku i w końcu moje wysiłki zostały nagrodzone! — wykrzyknęła. — Podczas egzaminów, w trakcie czynu zabronionego, w podejrzanym towarzystwie… Wspaniale, po prostu wspaniale…

Blackwood odwróciła się do Albusa. W oczach miała szaleńczy błysk, a gdy się w końcu odezwała, z jej ust wydobył się zaledwie szept.

— Kim…? Kim ona jest…? — Była rozzłoszczona i zraniona. Ślizgon wykrył w głosie kobiety nutę przypominającą zdradę.

— Pani… pani profesor…

— Kim ona jest, San? — warknęła, wyglądając na bliską łez.

— Natychmiast tutaj podejdź, Potter. — Fischer zignorowała tę wymianę słów. — Zabieram cię z powrotem do szkoły… — Nie dokończyła, ponieważ Blackwood rzuciła się w jej kierunku, dziko wymachując przy tym różdżką. Smuga czerwonego światła minęła czarownicę o cal. Fischer zdążyła uchylić się w ostatnim momencie. — Jak śmiesz?! — ryknęła, także unosząc wyżej swoją różdżkę.

— Proszę poczekać, pani Fischer! — Albus instynktownie, z zamiarem rozdzielenia walczących kobiet, przeskoczył przez poręcz schodów. — Ona ma nie po kolei w głowie! — błagał.

— Nie przeszkadzaj mi, Potter! I tak jesteś już w tarapatach…

Zanim jednak doszło do prawdziwych rękoczynów, rozległ się kolejny wyjątkowo niepożądany hałas: gniewne głosy. W następnej chwili drzwi wejściowe zostały wysadzone z zawiasów i Albus uświadomił sobie, że przybyli ludzie z Ministerstwa…

— To Potter! Tam jest!

Była to grupa mrocznych czarodziejów, która swe oblicza skrywała za czerwonymi przerażającymi maskami. Ślizgon naliczył siedmioro, zanim stracił rachubę.

— Za mnie! — wrzasnęły zarówno Fischer, jak i Blackwood, i co zaskakujące, obie wysunęły się naprzód; zamiast w siebie, wycelowały w nowych przeciwników. Zostały przez niektórych wyśmiane i w sekundzie zrozumiał, dlaczego — były absolutnie niedopasowane.

Albus przykucnął za swoimi strażniczkami, czując się zwyczajnie upokorzony. Nie powinien się tak ukrywać…

— Przekażcie Warrenowi, że go nie dostaniecie! — syknęła Blackwood. — San nie zrobił niczego złego!

Nawet pomimo przywdzianych masek można było łatwo stwierdzić, że członkowie Diablego Aliansu byli w szoku. Fischer także rzuciła towarzyszce niedowierzające spojrzenie.

— Upuśćcie różdżki! — powiedziała z przekonaniem aurorka, przez co przypomniała Albusowi wujka Rona na weselu Lisy Vincent. — Współpracujcie, albo…

Drętwota! — krzyknął jeden z nieprzyjaciół, a Fischer sprawnym ruchem w górę odbiła zaklęcie; poleciało w innego zamaskowanego wroga, który upadł na plecy. Diabli Alians wydał z siebie gniewny ryk i przystąpił do aktywnej bitwy.

— Do kuchni! — syknęła Fischer, podczas gdy w jej stronę poleciały najróżniejsze przekleństwa i klątwy. Albus nie czekał, tylko od razu zanurkował w kierunku jadalni; Blackwood poszła jego śladem.

— Nie! — odkrzyknął, gdy się obejrzał. Bez względu na to, co czuł do tej kobiety, nie życzył jej śmierci. Okazało się jednak, że nie musiał się tak bardzo martwić. Fischer zręcznie uniknęła wszystkich czarów — można się było tego w sumie spodziewać; z zawodu była aurorem.

W międzyczasie Blackwood popchnęła go do wejścia do brudnej kuchni, gdzie oboje schowali się za dużym barem. Gdy tylko przykucnęli, Ida natychmiast się do niego odwróciła i chwyciła za brodę, zmuszając do spojrzenia sobie prosto w twarz.

— Kim jest ta kobieta? — zażądała.

— To naprawdę nie jest właściwy czas, pani profesor. Przepraszam, ale nie wie pani wszystkiego…

— Warren zna naszą lokalizację — ucięła mu w połowie zdania. — Młot zjawi się tu lada moment…

— Pani profesor! — krzyknął i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wcale nie musi jej tak dłużej nazywać. Mimo to niezręcznie byłoby mu zwracać się do niej inaczej. — To nie Wybawczy Alians Różdżek, pani profesor! To Diabli…

Fischer pospieszyła w ich kierunku, w biegu ciskając za siebie, bez konkretnego celu, żółtawą klątwą. Albus usłyszał głośny jęk bólu i wiedział, że napastnik oberwał.

— Posłuchaj mnie, Potter…

— Kim jesteś? — Blackwood nie wytrzymała.

Zmieszana Fischer spojrzała z dezorientacją na ślizgona, a następnie odezwała się głośno, żeby przekrzyczeć odgłosy walk nad ich głowami.

— Jaki ona ma problem?

— To długa historia — odpowiedział szybko. — Myśli, że jestem kimś innym…

— Wysadzić tę cholerną kuchnię! — wrzasnął jeden z nieprzyjaciół, na co serce Albusa zamarło.

Expulso!

Blackwood wstała.

Confringo! — powiedziała nieoczekiwanie i z tego, co usłyszał chłopiec, dwa niszczycielskie czary spotkały się w powietrzu. Chwilę później posypał się gruz, a ludzie zaczęli kaszleć i pluć z powodu dymu. Albus wychylił głowę i zobaczył, że jadalnia została całkowicie zniszczona — nie ocalał nawet spleśniały stół; stał się stosem drzazg.

— Posłuchaj mnie, Potter. — Fischer znów wcieliła się w tryb aurora. — Zaklęcia, którymi obłożony jest ten dom, uniemożliwiają naruszenie rzeczywistych zewnętrznych ścian. Zwrócę na siebie ich uwagę i zajmę. Ty pójdziesz na górę i tam się schowasz! Nie będziesz się wychylał!

— Nie przybędą pani posiłki? — zapytał ze zmrużonymi oczami — pył osiadł mu na powiekach, utrudniając widzenie.

Fischer tak gwałtownie pokręciła głową, że prawie spadły jej z nosa okulary.

— Podążanie twoim tropem było moją osobistą ambicją, ale teraz, kiedy mamy trochę wolnego czasu… — Machnęła różdżką, z której czubka wypłynęła srebrzysta mgiełka. Albus widział wcześniej to zaklęcie w wykonaniu Fairharta i z góry założył, że należy ono do powszechnej praktyki Ministerstwa Magii. Patronus przez sekundę formował kształt i w końcu ustabilizował się na małym ptaku z zakrzywionym dziobem: papudze. — Zawiadom Ministerstwo — nakazała. — Ostatnie informacje o użyciu proszku Insta–Fiuu stanowią miejsce naszej aktualnej lokalizacji. Jesteśmy atakowani. Jest ze mną Potter! — dodała natarczywie.

Usłyszeli szelest kroków, podczas gdy ptak przelatywał przez zadymioną kuchnię. Blackwood i Fischer wstały z podniesionymi do góry rękami, jednocześnie wystrzeliwując oszałamiacze, które połączyły się w drodze i zwaliły najbliższego nieprzyjaciela z nóg; upadł na stos drewna.

— Teraz, Potter! — Aurorka dała znać, że nadszedł czas. Całą trójką wybiegli z jadalni i wpadli do salonu, gdzie wciąż było jeszcze kilku wrogów — wszyscy ciskali jakimiś śmiercionośnymi zaklęciami.

— Nie! — krzyknął Albus, gdy zauważył, że w kierunku Fischer leci śmiertelnie wyglądająca purpurowa klątwa; kobieta jej nie widziała, ponieważ była odwrócona doń plecami. Zareagował i uniósł wysoko w górę różdżkę. Protego, pomyślał, nie tracąc czasu na artykułowanie inkantacji.

Zaklęcie zadziałało idealnie — fioletowy czar przeciwnika odbił się od niewidzialnej bariery i wrócił do swego twórcy; ten upadł na ziemię, płacząc w agonii. Ślizgon był zaskoczony swoją niewerbalną biegłością, że nawet nie zauważył zakamuflowanej za sobą postaci, która cisnęła w niego ogniście pomarańczowym przekleństwem…

Blackwood siłą zmusiła go do zgięcia się w pół, a tym samym i do opuszczenia w dół głowy, a następnie z łatwością rzuciła własne kontrzaklęcie. Na rozkoszowanie się sukcesem nie było czasu. Albus nie miał zielonego pojęcia, ile może minąć, zanim na miejsce przybędą posiłki z Ministerstwa Magii, ale te Diablego Aliansu stawiły się na wezwanie. Przez zniszczone drzwi przedzierało się więcej zamaskowanych, ubranych na czarno postaci.

— Co ty wyprawiasz, Potter? — ryknęła Fischer, zręcznie unikając lecącej klątwy i jednocześnie machając różdżką. Telewizor, który z jakiegoś niewiadomego powodu przetrwał dotychczasową walkę, wzniósł się w powietrze i bardzo szybko wystrzelił w kierunku jednego z zamaskowanych mężczyzn, zaskakując go i uderzając bezpośrednio w głowę. Po salonie rozszedł się okropny chrzęst. — Wynoś się stąd!

Albus pokiwał głową, po czym przeskoczył nad ciałem nieprzytomnego czarodzieja i pobiegł schodami na górę. W pośpiechu przeskakiwał po dwa stopnie naraz.

— Za nim! — ktoś krzyknął i nie minęła dłuższa chwila, nim w pogoń rzucił się bliżej niezidentyfikowany nieprzyjaciel.

Chłopiec wskazał różdżką na stopnie i pomyślał o zaklęciu potknięcia[1]. Niczego nieświadomy osobnik upadł do przodu i uderzył głową o krawędź jednego ze stopni. Maska spadła mu z twarzy, ukazując zakrwawione oblicze. Bezwładne ciało bez większych trudności stoczyło się w dół, ale w trakcie swej podróży zostało przeskoczone przez kolejną ubraną na czarno, przygotowaną do walki postać…

Błysnęło zielone światło i ten człowiek także się przewrócił, ale tym razem nie było żadnych wątpliwości co do inkantacji zaklęcia — mężczyzna był martwy. U podnóża schodów stała Blackwood, sprawiając wrażenie równie obłąkanej co zwykle; jej zdolność do bezrefleksyjnego zabijania przypominała Albusowi skuteczność Fairharta. Nastolatek przyglądał się, jak czarownica z powrotem dołącza do walki, a następnie pobiegł korytarzem.

Nie wiedział do końca, dlaczego tak postąpił, ale instynktownie wrócił do głównej sypialni — tej z Zasłoną Skazańca. Dopiero stanąwszy obok imponującego i niedającego spokoju magicznego artefaktu, zdał sobie sprawę z własnych intencji.

— Ozłoć się, ozłoć się, ozłoć się… — wymamrotał wielokrotnie i mgliście uświadomił sobie, że był to pierwszy raz, kiedy naprawdę pragnął, aby ta niesamowita moc zdołała go posiąść. Chciał zrobić wszystko, aby pomóc na dole. Chciał przyczynić się do zwycięstwa, ale nic się nie wydarzyło. Dlaczego nie mógł mieć nad tym większej kontroli?

Trzaski i eksplozje z parteru za każdym razem przynosiły mu cierpienia, ale paradoksalnie to właśnie te odgłosy utrzymywały go przy życiu. Wtem zrozumiał, że dopóki walka trwa, jego dwie obrończynie także żyją. Fischer wydawała się być o wiele bardziej wykwalifikowana niż na pierwszy rzut oka, a Blackwood — choć otumaniona i pełna urojeń — również świetnie sobie radziła w bitce. Czy to wystarczy…?

Usłyszał gromowe kroki i natychmiast się przygotował. Wycelował w drzwi i, bo jakże by inaczej, do środka wślizgnęła się zamaskowana postać. Zamiast unieść różdżkę, nieznajomy stanął niczym wryty w ziemię, a w widocznych przez dziurki w masce oczach błyszczało zainteresowanie i podziw. Albus zmarszczył lekko brwi, zastanawiając się, co go tak zaskoczyło…

Zasłona! — pisnął wróg, brzmiąc na zaskoczonego. — Szef miał rację! Zasłona Skazańca była tu ukryta…

Silencio! — zawołał Ślizgon, natychmiast przerywając ten zbędny monolog. — Reducto! — Członek Diablego Aliansu został odrzucony na odległość kilku stóp i wpadł przez drzwi naprzeciwko do innego pokoju, który z wyglądu okazał się okropnie brudną, zaniedbaną łazienką.

Przez ułamek sekundy wokół panowała kompletna, wręcz nienaturalna cisza, a potem do uszu chłopca dobiegły odgłosy kroków większej ilości stóp — gdy dotarło do niego, że na piętrze jest cała grupa pojedynkowiczów, przełknął gorzko ślinę; od razu zrozumiał, do czego zmierza to wszystko. Diabli Alians był nie tylko zainteresowany ich zwłokami — Darvy pragnął także Zasłony Skazańca. Fischer także planowała ją przechwycić, gdyż oficjalnie była własnością Ministerstwa Magii. Co bardzo ciekawe, ze wszystkich tu obecnych, tylko Blackwood sprawiała wrażenie zupełnie niezainteresowanej ważnością magicznego artefaktu — zbyt skupiała się na bezpieczeństwie „podopiecznego". Nie chcąc, by Diabli Alians znalazł się w pobliżu Zasłony, Albus wybiegł z sypialni i skierował się w stronę schodów. W drodze doszedł do wniosku, że napotka pięciu lub sześciu napastników…

Glisseo[2]! — wykrzyknął, czym przyciągnął uwagę. Zamaskowani czarodzieje spojrzeli na niego ze zdziwieniem, najprawdopodobniej nie spodziewając się interwencji dziecka. Stopnie, na których stali, w momencie przekształciły się w płaską, pozbawioną zdobień, dywanową powierzchnię. W efekcie wszyscy zjechali po zjeżdżalni; na dole stworzyli stos umorusanych szat i czerwonych masek. Albus wycelował różdżką w sufit ponad tą nieskładną kupką kończyn. — Deprimo! Deprimo! — zawołał z naciskiem, a ściana zaczęła pękać; cegły wysunęły się do wewnątrz i poleciały w dół, wprost na swoje ofiary.

Kiedy spojrzał na grupę obezwładnionych nieprzyjaciół, pomimo wstrząśnięcia obrotem sytuacji, nie mógł się powstrzymać od zadowolonego uśmiechu. Na dalsze napawanie się sukcesem nie było jednak czasu — na środku salonu wciąż toczyła się bitwa. Co dziwne, Fischer i Blackwood dobrze współpracowały ze sobą, choć ich opór zaczął powoli słabnąć…

Uwagę przyciągnęła potężna eksplozja od strony drzwi wejściowych i wkrótce pokój znów wypełnił duszący ciemny dym. Albus omiótł otoczenie zmrużonymi oczyma, a to co, zobaczył sprawiło, że omal nie zemdlał.

— Wy! — Młot szarpnął głową w kierunku towarzyszących mu renegatów po lewej. — Zdobądźcie Zasłonę. Reszta ma pomóc mi posprzątać ten bałagan!

Starcie pomiędzy członkami Diablego Aliansu, a Blackwood i Fischer zakończyło się nagle: poplecznicy Sebastiana Darvy'ego zwrócili uwagę na nowo przybyłych. Młot, odziany w typowy strój wojenny, sprawiał wrażenie o wiele bardziej onieśmielającego i zastraszającego niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawnym, zamaszystym ruchem różdżki sprawił, że dwóch członków Diablego Aliansu uniosło się w powietrze i zostało odrzuconych do tyłu. Następnie sięgnął do stosu szmacianych lalek, który utworzył Albus i gołymi rękami złapał za gardło jednego z mężczyzn — niespodziewanie, w sposób podobny do hagridowego, cisnął nim na wcześniej pokonanych.

Ślizgon nie miał czasu na roztrząsanie tej szaleńczej sceny — wydawało się, że członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek wiedzieli, że przybyli pod właściwy adres; że posiadłość stanowiła kryjówkę dla Zasłony Skazańca. Najprawdopodobniej grupa pojękujących, przywalonych gruzem czarodziejów była wskazówką, gdzie dokładnie jest magiczny artefakt, gdyż od razu skierowali się w kierunku schodów na piętro. Albus w momencie odwrócił się na pięcie i pobiegł do odpowiedniej komnaty, ale zanim to się stało, był świadkiem naprawdę szokującej sceny. Z racji tego, iż Diabli Alians zaabsorbowany był walką z Wybawczym Aliansem Różdżek, Blackwood zwróciła się przeciwko Fischer — cisnęła w nią śmiertelnie wyglądające, białawe zaklęcie.

— Nie! — Krzyk chłopca zaalarmował aurorkę. Odskoczyła od strumienia światła i odwróciła do starej przeciwniczki. Nie czekając na kolejny atak, zamachnęła się własną różdżką i wystrzeliła niebieski urok, który w locie rozdzielił się na wiele mniejszych; wybuchały we wzorze przypominającym staccato[3]. Blackwood eliminowała je po kolei, ale Potter zmusił się do zignorowania tego incydentu i odwrócenia wzroku — powrót do sypialni z Zasłoną był priorytetem.

Elementy tragicznej układanki zgrabnie łączyły się w spójną całość. Blackwood, święcie przekonana, że Albus — w którym widziała Fairharta — był bezpieczny, pojedynkowała się o coś, co tylko jej zraniony umysł mógł w pełni zrozumieć. Odnośnie drugiej bojowniczki: nastolatek zdał sobie sprawę, że Fischer wprost wyznała mu, w jaki sposób dotarła aż tutaj. Wszyscy śledzili Namiar — on przyciągnął wrogów. Za obecną sytuację odpowiadała więc seria przecieków, prowadząca do starej mugolskiej rezydencji; na temat Albusa, na temat Zasłony i połączenia tych dwóch składowych…

Znów zanurkował za łóżko, łudząc się, że ani Fischer, ani Blackwood nie wyrządzą sobie nawzajem trwałych szkód oraz że ministerialne posiłki przybędą na czas. Zbyt buzowała w nim adrenalina, aby był przestraszony bądź przepełniony nadzieją. Koncentrował się tylko i wyłącznie na jednym: wszystko będzie dobrze, kiedy zjawi się ojciec razem z zespołem wykwalifikowanych aurorów.

Z odgłosów dobiegających z dołu wywnioskował, że Ministerstwo nadal nie przybyło, a niespodziewany upadek bliżej niezidentyfikowanych osobników przypomniał, że schodowa pułapka wciąż dawała mu pewną osłonę. Nie był do końca pewien, dlaczego tak bardzo martwiła go perspektywa przejęcia Zasłony przez Wybawczy Alians Różdżek — i tak była to o wiele lepsza opcja, niż Diabli Alians. Nie wiedząc czemu, zachowywał się dziwnie opiekuńczo względem Zasłony i ponad wszystko pragnął, aby znalazła się z powrotem w bezpiecznych rękach Ministerstwa...

W drzwiach stanęło dwóch podwładnych Waddleswortha. Albus instynktownie wyciągnął przed siebie różdżkę i wycelował. Mocno skoncentrowany na zaklęciu ogłuszającym, wystrzelił szkarłatny czar, ale został on z łatwością odbity.

— Nie zamierzamy cię skrzywdzić, Potter! Skończ z tą dziecinadą! — warknął starzej wyglądający mężczyzna, plując wokół śliną. — Nie zmuszaj nas, abyśmy stali się wstrętni…

Drugi renegat przeciął powietrze różdżką i wystrzelił strumień czerwonego światła. Ślizgon, działając pod wpływem czystego impulsu, zaklęciem wyrzucił w górę materac z łóżka, który służąc mu za tarczę, przyjął na siebie siłę czaru i finalnie nadpalony, odleciał w kąt.

Albus, niepewny, w jaki sposób należy walczyć z dwoma groźnymi przeciwnikami w tak ciasnej klitce i zza gołego łóżka, z którego wystają sprężyny, zaczął przypadkowo miotać zaklęciami rozbrajającymi z nadzieją, że chociaż jeden z nich zostanie złapany z zaskoczenia. Niestety, nic takiego nie miało miejsca. Jakby w zwolnionym tempie przez chwilę patrzył, jak z niebezpiecznym błyskiem w oku unoszą wyżej różdżki…

W ostatnim momencie zanurkował w dół — klątwy przypaliły mu skórę na karku i uderzyły w ścianę po dwóch bokach Zasłony; mimo to architektura nic się nie zmieniła, nie było ani czarnego śladu. Spod łóżka zobaczył stopy wrogów i w mig zrozumiał, że nie spodziewają się tak banalnego, niedojrzałego psikusa…

Skoncentrował się na dywanie i ostro machnął różdżką w bok. Zadziałało. W wyniku dziecinnego zaklęcia wykładzina uniosła się gwałtownie w górę, a niczego się niespodziewający mężczyźni zatoczyli się w tył i prawie przewrócili. W następnej chwili Albus wyściubił głowę i przeskoczył nad łóżkiem, boleśnie uderzając się w kolano. Finalnie znalazł się w pozycji ofensywnej.

Drętwota! Drętwota! — wykrzyknął z zapałem, podczas gdy nieznajomi nadaremnie próbowali złapać równowagę. Nie udało im się i nieprzytomni upadli na podłogę.

Chłopiec odetchnął z ulgą i z szaleńczo bijącym sercem zastanowił się, kiedy nadejdzie kolejna fala renegatów oraz, co zdecydowanie ważniejsze, czy Ministerstwo w ogóle otrzymało wiadomość od Fischer. Z kłującym bólem zastanowił się także nad bezpieczeństwem swoich dwóch towarzyszek w bitwie. Wziął głęboki, uspokajający oddech i wyszedł z sypialni. Przeszedł nad obezwładnionymi czarodziejami i podszedł do schodów, skąd zobaczył, że poprzednie ofiary wciąż leżały przywalone gruzem, a hałas znacząco się zmniejszył. Ostrożnie zerknął w dół…

Salon wyglądał na zrujnowany. Wszystko pokryte było popiołem i kurzem, łącznie z drżącymi bądź nieruchomymi ciałami porozrzucanymi po całej podłodze. Sczerniała kanapa się dymiła, co z kolei świadczyło o tym, że w pewnym momencie stanęła w ogniu. Szafki i stoliczki z fotografiami zostały poprzewracane, a ramki potrzaskane. Z zaciśniętym w żołądku nerwowym supłem Albus uświadomił sobie, że kominek był doszczętnie zniszczony. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu tylko stojący w rogu dziadkowy zegar był w nienaruszonym stanie.

W salonie wciąż toczyły się dwie bitwy.

Młot ze swoją grupą bawił się w oprawców i ofiary z trzema bądź czterema ledwo trzymającymi się w pionie członkami Diablego Aliansu. Zamaskowane postacie z trudnością uchylały się przed przewagą klątw przeciwnika i co rusz jęczały z bólu.

Drugi pojedynek toczył się pomiędzy Blackwood a Fischer. Była opiekunka Slytherinu miotała zaklęciami w okrutny i złowrogi sposób, obnażając przy tym zęby i wytrzeszczając oczy. Aurorka głównie się broniła, ze względną łatwością odbijając czary przeciwniczki; mimo to sprawiała wrażenie zmęczonej. Albus chciał się odezwać, aby powstrzymać je od dalszej walki, ale nie marzył o tym, by zwrócić na siebie uwagę. Wtem coś sprawiło, że pomyślał o czymś zgoła innym.

Serce chłopca podskoczyło, gdy do jego uszu dobiegł dźwięk głośnej eksplozji wewnątrz domu. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że pochodzi gdzieś z okolic kuchni. Czy Fischer nie twierdziła przypadkiem, że bariery ochraniające posiadłość, uniemożliwiają penetrację ścian? Wniosek był jeden i niepodważalny: wybuch spowodował piekielnie potężny czarodziej. Może… Harry Potter?

Zeskoczył ze schodów, przeskoczył nad grupką na podłodze i razem z walczącym tłumem spojrzał w kierunku jadalni — jedynego pomieszczenia oddzielającego rzeczywistą salonową bitkę od brudnej, podejrzanej kuchni. Usłyszał kroki…

Albusowi opadła szczęka. To nie był Harry Potter. Zamiast tego w futrynie drzwi stanęła wysoka, odziana w srebro, majestatyczna postać z przymocowaną do twarzy maską i zwisającą luźno z boku różdżką. Przybył Srebrny Czarodziej. Wszyscy w salonie zaczęli wrzeszczeć wniebogłosy i tylko Albus uważnie obserwował zachowanie tajemniczego gościa. Koniecznie chciał wiedzieć, co działo się w jego umyśle.

Mężczyzna pochylił głowę i choć nie dało się dostrzec wyrazu jego oczu, Ślizgon był pewien, że skupił się na rozbitych ramkach fotografii losowo porozrzucanych na zniszczonej podłodze. Srebrny Czarodziej zaczął się trząść, czym pokazał wszem wobec, że jest wściekły.

Zamaskowany wybawca uniósł wysoko różdżkę i powietrze przecięła zielona błyskawica, dziwacznie lecąc wprost na Młota. Albus bez tchu patrzył, jak ten natychmiast złapał za szatę jednego ze swoich towarzyszy i wypchnął go do przodu, czyniąc z niego żywą tarczą. Pechowiec przyjął na siebie potęgę klątwy i nie minęła nawet sekunda, nim padł martwy na ziemię. Zarówno członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek, jak i Diablego Aliansu zjednoczyli siły i stanęli ramię w ramię, by stawić czoła wspólnemu, jakże realnemu zagrożeniu.

Srebrny Czarodziej smagnął w powietrzu różdżką i strumień czerwonego światła przeleciał przez cały dom; w międzyczasie odbił się od kilku ścian i trafił w dwie lub trzy osoby, które nieszczęśliwie znalazły się w samym środku pandemonium. Po przetrawieniu pierwszego szoku chłopiec zauważył, że Fischer uchyliła się spod toru zaklęcia i przestała zwracać uwagę na Blackwood, którą dziwnym trafem w ogóle nie znajdowała się w pobliżu trasy czaru. Współszefowa Biura Aurorów przez chwilę pożerała wzrokiem Srebrnego Czarodzieja i było jasne, że pomimo wszechobecnego zamieszania i zmęczenia udziałem w bitwie, wprawiła ambitne trybiki w głowie w ruch; zastanawiała się nad najlepszym sposobem na schwytanie osobnika, którego poszukiwała przez cały rok.

Albus przyległ plecami do ściany i przyglądał się, jak tajemniczy mężczyzna ruszył do przodu, z gracją unikając lecących nań klątw i przekleństw; zwyczajnie się od nich uchylał. W pewnym momencie Srebrny Czarodziej wyczarował coś, co do złudzenia przypominało podmuch silnego wiatru i zderzyło się z dwoma członkami Diablego Aliansu, którzy niczym szmaciane lalki, polecieli w tył, wirując, jakby wciągnął ich prawdziwy cyklon. Wrzeszczeli przy tym z przerażenia, podczas gdy ich głowy co chwilę się zderzały; zrzucone maski leżały gdzieś w kącie.

Chłopiec usłyszał ciche, niewyraźne pomruki i rozejrzał się szybko, próbując zlokalizować źródło hałasu: zorientował się, kiedy spojrzał w dół. Poplecznicy Darvy'ego, na których spadł kawałek sufitu, odzyskali przytomność i zaczęli się niemrawo ruszać, próbując z siebie zrzucić betonowe odłamki…

Srebrny Czarodziej kontynuował dziesiątkowanie walczących nieprzyjaciół, ani na chwilę nie przestając wymachiwać różdżką. Młot po ustawieniu się za nim, potajemnie wystrzelił niebiesko lodowe zaklęcie, ale zostało ono zablokowane: zamaskowany osobnik zwyczajnie utworzył tarczę sponad swojej głowy, nawet nieszczególnie celując. Bąbelkowa substancja odepchnęła modry urok, który koniec końców poszybował w stronę Młota; ten uderzony w twarz upadł na ziemię, krzywiąc się z bólu.

Wszyscy pozostali wrogowie poukrywali się za podniszczonymi meblami. Albus zauważył, że Srebrny Czarodziej miał tendencję do celowania w ziemię i miotania klątwami zabijającymi w nieruchomych już przeciwników, jak gdyby chciał się upewnić, że ci rzeczywiście nie żyją. Rozpoznał taktykę ze sceny, której był świadkiem około godzinę temu. Czy to możliwe…?

Srebrny Czarodziej dwukrotnie machnął w powietrzu różdżką i dwa identyczne szmaragdowe klątwy zabiły tych, którzy próbowali znaleźć sobie inną kryjówkę. Chłopiec nie ruszył się z miejsca, odrętwiały. Nie był pod wrażeniem tego, co widział, lecz pełen obrzydzenia. Kiedy ostatnim razem był świadkiem starcia tego człowieka, owszem, dostrzegał to okrucieństwo, lecz nikt nie stracił życia. Teraz jednak, sprawiał wrażenie zbyt wściekłego, by się tym przejmować…

Albus został nagle zwalony z nóg, a kiedy złapał się za obolałe żebra, zrozumiał, kto podniósł na niego rękę. Dwóch członków Diablego Aliansu, którzy jeszcze przed chwilą byli na wpół świadomi obrotu sytuacji, wypełzło spod gruzu i skierowało się w kierunku schodów na piętro. Nie było żadnych wątpliwości: chcieli choć w połowie zakończyć powierzoną im przez przywódcę misję; chcieli wyjść na wpół zwycięsko z tej katastrofalnej wyprawy.

Rzucił okiem na środek salonu, gdzie Srebrny Czarodziej wbił w ziemię następnego zrozpaczonego renegata i zdał sobie sprawę, że nie ma się co martwić o ewentualny pościg. Odwrócił się na pięcie i pognał za dwiema zamaskowanymi postaciami, które nie bacząc na poranione nogi, niezgarbione wdrapywały się na szczyt schodów.

W biegu chwycił się za żebra, nagle nabierając pewności, że choć odczuwał ból, nie wyrządzono mu trwałych obrażeń. Sapiąc z wysiłku, ścigał dwóch znacząco osłabionych czarodziejów, którzy nie byli nawet w stanie go uśmiercić, gdy stał pod ścianą i niczego nie podejrzewał. Nie wątpiąc w to ani przez sekundę, zdecydował, że uda mu się ich unieszkodliwić.

Chwiejnym krokiem weszli do sypialni z Zasłoną Skazańca, a Albus z wysoko uniesioną różdżką, za nimi. Był przekonany, że jeżeli zatrzyma tę dwójkę, zapewni bezpieczeństwo magicznemu obiektowi. Jeden z mężczyzn dźgnął końcem różdżki pierwszą z brzegu, leżącą na podłodze poduszkę.

Portus! — warknął ten ze zmrużonymi paciorkowatymi oczami i brudnymi, długimi włosami; obficie krwawił z nosa. W efekcie jasiek zaczął świecić się na niebiesko.

Drę… — zaczął chłopiec, całkowicie zapominając o zastosowaniu magii niewerbalnej — i właśnie to przesądziło sprawę.

Crucio! — ryknął drugi członek Diablego Aliansu; był zwyczajnie szybszy.

Niewyobrażalny ból ogarnął całe ciało Albusa; nigdy nie czuł intensywniejszego. Miał wrażenie, że ogień palił każdy minimetr jego skóry. Było to znacznie gorsze uczucie od tego, którego doświadczał w chwilach przed swoją niewytłumaczalną przemianą. Z sekundy na sekundę cierpiał coraz bardziej, a rozdzierający ból był jedynym, co mógł zarejestrować jego mózg. Mimo że słyszał własne mrożące krew w żyłach krzyki — całkowicie niekontrolowane — wciąż mógł zobaczyć, co się dzieje wokół jego ciała. Długowłosy członek Diablego Aliansu jedną ręką dotykał Zasłony, a drugą poduszki, gotowy do magicznego transportu, zaś drugi z szerokim szaleńczym uśmiechem na twarzy, stał niewzruszony z wycelowaną różdżką; jego spojrzenie zapowiadało, iż był to dopiero początek tortur…

Chociaż nie słyszał nic poza własnymi nieludzkimi wrzaskami, czuł zbliżające się kroki. Podczas gdy jego ciało niekontrolowanie wykrzywiało się i wykręcało, by sprostać okropnemu bólowi, który odczuwał, kątem oka dostrzegł błysk srebrnych szat na poziomie gruntu. Nawet nie wiedząc jakim cudem, zdołał nieco unieść głowę i spojrzeć na najniebezpieczniejszą osobę w tym domu.

Sprzątnij tego z Zasłoną! Tego z Zasłoną! Zignoruj mnie!, niemo krzyczał, jakby to miało jakieś znaczenie.

Srebrny Czarodziej uniósł różdżkę…

Błysnęło zielone światło i ból ustał. Albus poczuł dziwne uczucie ulgi i dreszcz niezadowolenia przebiegł mu po kręgosłupie. Mężczyzna, który go torturował, leżał martwy na podłodze, ale jego towarzysz — ten, co trzymał Zasłonę — zniknął. Przerywając cierpienia chłopca, Srebrny Czarodziej utracił szansę na przechwycenie Zasłony Skazańca.

— Nie… — wykrztusił Albus, po raz pierwszy czując się bliski łez na tym nędznym polu bitwy — został ostatecznie pokonany.

Wciąż trząsł się z bólu, kiedy zamaskowany nieznajomy chwycił go i dźwignął do góry. Zanim stało się cokolwiek innego, do jego uszu dobiegło skomlenie. Srebrny Czarodziej rzucił się w kierunku schodów na parter, a Albus, którego nie tylko klatkę piersiową wciąż palił ogień, został zmuszony do ciągnięcia się za nim. Gdy schodził w dół, zniszczona balustrada służyła mu za cień wsparcia, które mógł sobie zapewnić; to, po czym stąpał, z pewnością nie mogło być już nazywane stopniami.

Srebrny Czarodziej wyeliminował wszelką opozycję, ale ślizgon zauważył, że miejsce, w którym powinien leżeć Młot, było puste. Wszystko wskazywało na to, że w trakcie krwawej masakry jemu jedynemu udało się zbiec z terenu posiadłości; przeżył. Niemniej jednak Blackwood i Fischer wciąż się pojedynkowały.

Confringo! — ryknęła była nauczycielka; jej szaty były w wielu miejscach podarte, a dłoń, w której trzymała różdżkę, cała zakrwawiona.

Fischer uchyliła się w ostatnim momencie.

— Daj sobie spokój, szalona wiedźmo! — wrzasnęła, a Albus zdał sobie sprawę, że ta wciąż nie wie, z jakiego powodu jest atakowana; może w głowie zaklasyfikowała ją jako ostatnią członkinię Wybawczego Aliansu Różdżek bądź Diablego Aliansu. Uniknęła następnego ciśniętego w jej stronę zaklęcia, lecz wszystko miało swą cenę: okulary potoczyły się po podłodze, a szaty zapaliły; w pewnym momencie zostały z nich zaledwie nadpalone szczątki.

Srebrny Czarodziej patrzył pomiędzy kobietami, najwyraźniej rozważając najlepszy sposób na przerwanie tej bezsensownej konfrontacji. Wtem Albus coś sobie uświadomił: żadna z nich nie reprezentowała już swojej strony: Blackwood nie była renegatką, a Fischer pracowniczką Ministerstwa Magii.

Pospieszył w kierunku walczących, chcąc jakoś zakończyć tę bitwę i to był poważny błąd. Został złapany w ogień krzyżowy, a pomarańczowa klątwa wystrzelona przez Fischer, uderzyła go w ramię. Potknął się i stracił równowagę. Instynktownie złapał się za bolące ramię, lecz wtem wymęczone ciało zaklasyfikowało się do mniej ważnych problemów. Piękna niegdyś blondynka ryknęła z wściekłości i uniosła wysoko różdżkę.

— Nie! — Albus gwałtownie wciągnął powietrze, opadając na ziemię, ale było już za późno.

Avada Kedavra! — wrzasnęła Blackwood, wystrzeliwując strumień zielonego światła.

— Jak śmiesz?! — Fischer z ledwością uniknęła klątwy, zeskakując z toru. Zrewanżowała się wymyślnym ruchem nadgarstka i ogniście fioletowym, śmiertelnie wyglądającym czarem. Blackwood, która obserwowała Albusa, żeby upewnić się, że nic mu nie jest, została ugodzona prosto w klatkę piersiową, tuż nad obojczykiem.

— Nie! — znów zawył, wyciągając ku niej rękę.

Kobieta zatoczyła się do tyłu, chwytając się za szyję. Splunęła. Srebrny Czarodziej rzucił się w jej kierunku, lecz nie był wystarczająco szybki. Czarownica wpadła na dziadkowy zegar, który zatrząsł się i przewrócił…

Blackwood wydała z siebie słaby krzyk, gdy wysoki i potężny słup drewna z metalowymi elementami spadł wprost na nią. Siła uderzenie sprawiła, że zakrztusiła się krwią. Albusowi ciężko było złapać oddech, gdy obserwował, jak z rany na gardle byłej nauczycielki wylewa się coraz to więcej ciemnoczerwonego osocza — bez wątpienia była to konsekwencja zarówno siły zaklęcia, jak i ciężaru zegara.

Fischer przyglądała się tej scenie na poły spokojnie, na poły ze zdenerwowaniem, ale nie starała się w żaden sposób wtrącić czy pomóc; sprawiała wrażenie człowieka, który na nowo przeżywał to, że zagrażające życiu niebezpieczeństwo bezpowrotnie minęło.

Wtem, bez żadnego ostrzeżenia, Srebrny Czarodziej przemówił.

— Ida! Nie! — Znajomy głos sprawił, że serce Albusa zamarło. Wiedziałem, przemknęło chłopcu przez myśl.

Mężczyzna opadł na kolana i na czworakach zbliżył się do Blackwood. W międzyczasie zdjął też maskę, odsłaniając zalane łzami oblicze. Fairhart uniósł różdżkę i machnął nią w powietrzu — ogromny zegar uniósł się i odleciał w kąt pokoju, gdzie opadłszy, dołączył do grona zniszczonych dekoracji.

— Ida! Ida! Spójrz na mnie! — zawołał Srebrny Czarodziej, przytulając do siebie ciało umierającej przyjaciółki. Blackwood znów zakaszlała krwią. Fairhart nie tracił więcej czasu — zaczął mamrotać uroki i machać różdżką nad otwartą raną; natychmiast przystąpił do akcji ratunkowej. Albus mgliście przypomniał sobie, że dawno temu, mentor wyznał mu, że nieszczególnie dobrze sobie radzi z magią leczniczą…

Blackwood wciąż się dusiła, a jej twarz zrobiła się kredowo blada. Ślizgon podniósł się do pozycji siedzącej, zarówno zaskoczony, jak i przerażony obrotem sytuacji. Mimo to jego twarz była niczym w porównaniu do Idy — kobieta nawet na skraju śmierci była widocznie zakłopotana i chyba nie mogła już bardziej wytrzeszczyć oczu. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w twarz Fairharta, a potem przeniosła spojrzenie na Albusa.

— Ja… ja… ja… ja… nie rozu… — Z jej ust trysnęła krew.

— Zostań ze mną, Ido! — warknął Srebrny Czarodziej i od razu wrócił do mamrotania uzdrawiających inkantacji; ciepłymi łzami moczył twarz kobiety. Nie tylko on płakał, Blackwood także roniła łzy — pomieszane z wydzielinami z nosa i krwią. Kiedy otworzyła usta, by wypowiedzieć jedną z ostatnich sentencji, wyglądała na bardzo zmieszaną i wzruszoną.

— Sa… San… — Zakrztusiła się, nie przerywając z nim kontaktu wzrokowego. — Tak ba… bardzo… przepra… za zabicie…

— Nie, nie, nie, nie, nie, nie! — powtarzał Fairhart, a Albus zaryzykował spojrzenie na Fischer. Aurorka sprawiała wrażenie całkiem obojętnej. Mimo że jej ręka wisiała swobodnie wzdłuż ciała, dłoń miała kurczowo zaciśniętą na różdżce — bez cienia wątpliwości szukała najlepszej okazji do schwytania Srebrnego Czarodzieja. — Zostań ze mną, Ido! Zostań, Ido! — kontynuował błagania Fairhart, tuląc przyjaciółkę, jakby była najcenniejszym na świecie, choć ulotnym skarbem.

— Tak… ba… bardzo… mi przykro… — wykrztusiła Blackwood i z widocznym trudem uniosła rękę, próbując dotknąć twarzy ukochanego; szkarłatna krew, mieszając się ze łzami, skapywała po jej brodzie. — Przepraszam, że… cię zabi… zabiłam… — zakończyła i wzięła ostatni, charczący oddech.

Albus nie był pewien, kto ugruntował ten fakt: kobieta wydająca z siebie ostatnie tchnienie, czy krzyczący z bólu mężczyzna. Cierpienie umierającej się zakończyło. Ida Blackwood była martwa.

Fairhart opadł na jej ciało, zawodząc głośniej i tragiczniej niż chłopiec kiedykolwiek wcześniej słyszał; dłoń wsunął w niegdyś piękne, brudne blond włosy i zacisnął ją w udręce.



[1] Zaklęcie potknięcia (z ang.: Trip Jinx) — zaklęcie o nieznanej inkantacji, powodujące podcięcie nóg ofiary przez niewidzialną siłę, w wyniku której trafiony się przewraca. W oryginalnej serii Użył go Draco Malfoy w 1996 roku na Harrym Potterze, aby go złapać i oddać w ręce Dolores Umbridge, która dowiedziała się o istnieniu Gwardii Dumbledore'a. Na skutek zaklęcia Harry przewrócił się i przejechał na brzuchu jeszcze dwa metry, co rozbawiło Malfoya. Następnie Potter został odprowadzony do gabinetu dyrektora. Draco za ten wyczyn został nagrodzony pięćdziesięcioma punktami dla swojego domu, Slytherinu, a Korneliusz Knot powiedział, że wspomni o tym Lucjuszowi

[2] Glisseo — zaklęcie to, choć rzadko wspominane, jest integralną częścią zabezpieczeń szkoły. Nałożone na dormitoria uczniów, zabrania chłopcom wchodzenia do sypialni dziewcząt. Swój inkantowany debiut miało w siódmej części oryginalnego cyklu, podczas Bitwy o Hogwart, kiedy to Hermiona, Ron i Harry uciekali przed śmierciożercami

[3] Staccato — technika artykulacji w grze na instrumentach muzycznych, w której kolejne dźwięki są grane oddzielnie, ze skracaniem ich wartości

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz