17 listopada 2022

23. NARODZINY DIABLEGO ALIANSU

Albus, zmoczywszy krwią swoje ubranie, nie do końca świadomie uklęknął przy ciele Aresa. Z jakiegoś dziwnego, niewytłumaczalnego powodu, nie mógł odwrócić wzorku od martwego oblicza mężczyzny, który jeszcze przed momentem chciał zabić dziecko, a poniósł sromotną klęskę. Wtem odczuł ulgę, bo uszedł z życiem, oraz – co niespotykane – zanurzył się w litości. Czemu w ogóle współczuł Aresowi…?

Szelest szat uświadomił mu, że jest w objęciach ojca, który wciąż panikował, bo nie odpowiadał na proste pytania. Zaniepokojony jego apatią, tata za wszelką cenę chciał wiedzieć, czy dobrze się czuje.

– Musisz iść do Skrzydła Szpitalnego, Albusie – stwierdził ściszonym głosem wujek, a ślizgon kątem oka zauważył bladoniebieski błysk. W następnej sekundzie mężczyzna wyciągnął ku niemu rękę, trzymając pokrywę kosza na śmieci.

Nastolatek podniósł się z ziemi i nieprzytomnie spojrzał na świstoklik. Był wewnętrznie rozdarty – naprawdę pragnął opuścić Hogsmeade, ale jednocześnie chciał zostać tu dłużej. Spojrzał na niebo i wbił wzrok w wyczarowane przez Darvy’ego szkarłatne ostrze, poświęciwszy chwilę na zrozumienie symbolu.

Czerwony miecz. Czerwona Wojna.

Oznaka kpiny.

– Teraz, Albusie... – Ron nie ustępował.

Harry wypuścił syna z objęć i odsunął się na odległość ramion. Potem obrzucił go bolesnym, aczkolwiek zirytowanym spojrzeniem.

– Świstoklik do Hogwartu, Albusie...

Chłopiec odebrał od wujka pokrywę, gdy ta zaczęła już świecić. Nie minęła nawet minuta, kiedy poczuł charakterystyczne szarpnięcie w okolicach pępka. Ostatnią rzeczą, jaką zarejestrował przed zniknięciem, było zakłopotanie aurorów patrzących na ciało Reginalda Aresa. Najprawdopodobniej zastanawiali się, czy powinni zgłosić morderstwo, czy zostawić sprawę samą sobie…

Gdy tylko dotknął stopami solidnego gruntu, natychmiast upadł na zimną podłogę, całkowicie wyczerpany. Zanim otworzył oczy, usłyszał znajomy głos.

– CO TO MA ZNACZYĆ, ŻE SĄ INNI PACJENCI?

– Proszę zachować spokój, panie Potter! – krzyknęła na wpół rozzłoszczona Madam Clearwater. – Rozumiem pańskie zmartwienie, ale robię wszystko, co mogę!

Albus uniósł powieki i zobaczył, że rzeczywiście jest w Skrzydle Szpitalnym. Całe pomieszczenie zostało magicznie powiększone, ponieważ liczba łóżek z zasłonami była czterokrotnie większa niż zazwyczaj. Ludzie jęczeli, podczas gdy Madam Clearwater się nimi zajmowała; wszyscy byli ofiarami ataku na Hogsmeade. Wokół leżało także kilkadziesiąt porozrzucanych niedbale przedmiotów – między innymi stare gazety, zepsuta kasa fiskalna i rozwalone tenisówki. Ci, którzy nie byli w stanie samodzielnie deportować się z wioski, zostali przeniesieni świstoklikami.

Gdy się rozejrzał po okolicznych twarzach, w głębi długiego korytarza zobaczył wściekłego Jamesa, którego włosy były bardziej rozczochrane aniżeli zazwyczaj. Brat zawisł nad szkolną pielęgniarką niczym szef gotowy do wyrzucenia na bruk niepotrzebnego pracownika. Jego zachowanie można było poniekąd usprawiedliwić, bo w łóżku obok leżał wciąż nieprzytomny Hugo; na szczęście miarowo oddychał. Przed rzuceniem się na Clearwater powstrzymywały Jaimiego Rose oraz dziewczyna, z którą był na randce.

– Nie pomagasz, James!

– Wstrzymujesz tylko pomoc dla innych! Im szybciej dotrze do reszty oczekujących, tym szybciej zajmie się Hugonem! – argumentowała Weasley.

– Sugeruję, żebyś posłuchał mądrzejszych koleżanek. Mówiłam wcześniej, że stan twojego kuzyna jest stabilny. Zostało wam tylko czekać, aż sam się obudzi – wytłumaczyła chłodno czarownica. – A teraz, jeżeli pozwolisz, pójdę zbadać pacjentów, którzy nie mieli wystarczająco dużo szczęścia i nie otrzymali natychmiastowej pomocy medycznej! – dodała gwałtownie, unosząc w górę świecącą zieloną igłę, czym dodała sobie punktów do zastraszającego wizerunku.

Gryfon obnażył zęby. Ewidentnie miał gdzieś wszelkie uwagi.

– Zaraz ci wcisnę tę strzy…

– ALBUSIE!

Ślizgon oprzytomniał, bo Rose go zauważyła i ze zdziwienia puściła trzymane dotąd ramię Jaimiego, który, usłyszawszy imię brata, odwrócił się w jednej sekundzie z wciąż wymalowanym na twarzy gniewem. Albus zaczął powoli podnosić się z ziemi, a James ruszył biegiem w jego kierunku. Przygotowany na prawdziwie niedźwiedzi uścisk, prawie rozłożył ręce…

TRZASK!

Oberwał tak mocno, że z powrotem upadł na podłogę z przekonaniem, że właśnie zmiażdżono mu policzek. Automatycznie złapał się za obolałe miejsce.

– James! – krzyknęły głośno towarzyszące im dziewczyny, ale chłopak nie przejął się skarceniem.

– Czy możesz mi łaskawie wyjaśnić, co do jasnej cholery robiłeś w Hogsmeade? – ryknął w zamian. – Czemu wymknąłeś się z zamku? Chciałeś, żeby cię zabito? No, odpowiedz w końcu na pytanie!

Albus jęknął. Piekący policzek palił żywym ogniem, a przed oczami migotały mu gwiazdy. Nim się zorientował, uklęknęła przy nim pielęgniarka.

– Wynocha! – Spiorunowała Jamesa wzrokiem. – Nie będziesz krzywdził moich pacjentów, chłopcze!

Jeszcze przez chwilę wysłuchiwał tyrady brata z poziomu podłogi, a potem Jaimie został wyprowadzony z sali przez swoją dziewczynę; krzyczeli na siebie tak głośno, że było ich słychać nawet z korytarza. Pielęgniarka pomogła mu stanąć na nogach, a następnie został mocno przytulony przez kuzynkę.

– Czy mogłabyś go odprowadzić? – Madam Clearwater spojrzał na Rose. – Pan Potter najprawdopodobniej dojdzie do łóżka z twoją pomocą. Kiedy będzie odpoczywał, zajmę się… innymi przypadkami.

Rose pokiwała głową, a pielęgniarka natychmiast się oddaliła. Albus, wciąż przyciskając dłoń do obolałego policzka, pozwolił się objąć w pasie i poprowadzić na wolne posłanie. Aby droga była wygodniejsza, zarzucił kuzynce rękę na ramię.

– Czemu się tak zezłościł? – zapytał, rozgniewany. Uderzenie brata niemal pozbawiło go żuchwy, więc kilkakrotnie mocno zacisnął i rozluźnił szczękę. Upewniwszy się, że kości są nienaruszone, sprawdził ruchomość stawów. Najprawdopodobniej wszystko było w porządku.

– Och, brzmisz zupełnie, jakbyś nie znał Jamesa! – podsumowała dziewczyna. – Był wściekły, bo Madam Clearwater powiedziała nam, że nie jest w stanie zidentyfikować zaklęcia, jakim oberwał Hugo. Jeśli spróbowałaby go wybudzić, mogłoby się gorzej skończyć, a mianowicie zapadnięciem w śpiączkę… Stwierdziła też, że po prostu musimy poczekać, aż sam odzyska przytomność… – dokończyła ze łzami w oczach, a Albus dopiero wtedy zauważył, że wyglądała na równie zaniedbaną, co w Miodowym Królestwie. Rose zdecydowanie nie przyszła do Skrzydła Szpitalnego w poszukiwaniu pomocy medycznej.

– Ale dlaczego mnie uderzył...? – zapytał, a wtedy kuzynka zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła; potem wybuchnęła histerycznym płaczem.

– Och, jest mi tak przykro, Albusie! Powinnam była ogłuszyć cię w Miodowym Królestwie, ale miałeś rację. Traciliśmy wówczas cenny czas! – wydusiła. – Nie wiem, czy spotkałam kiedyś bardziej upartego człowieka. Mirra pokazała mi pelerynę i wiedziałam, że nie zgodzisz się na inną opcję. Zwyczajnie pozwoliliśmy ci ruszyć w pojedynkę, a naprawdę długo nie wracałeś i… – urwała i z trudem przełknęła ślinę. Wpadła w histerię.

– Jestem cały i zdrowy – powiedział obronnym tonem i poklepał dziewczynę po plecach. Natychmiast tego pożałował, gdyż poczuł ostre ukłucie w dłoni. Dopiero teraz, po umknięciu śmierci, znów zaczął odczuwać ból. – Gdzie jest Morrison…? – zapytał ze zmrożonym ze strachu sercem. Ares stwierdził, że po prostu zostawił go tam, gdzie leżał, ale czy naprawdę został znaleziony...?

– Zjawił się świstoklikiem. – Rose przetarła załzawione oczy. – Jesteśmy w komplecie... – dodała i ponownie zaczęła go prowadzić. Mówiła coś jeszcze, ale Albus był zbyt rozkojarzony widokami, które się przed nim raz za razem roztaczały.

Wszystkie łóżka, które mijali, były zajęte. Część pacjentów była niewielkiej postury, a przez to wyglądała na trzeciorocznych. Niektórzy krzyczeli, trzymając się za poranione nogi, zaś starsi, dojrzalsi uczniowie ograniczyli się do zaciskania z bólu zębów. Tych, którzy przystąpili do walki, można było poznać po znacznie bardziej różnorodnych urazach i zadrapaniach na ciele. Obok niektórych posłań stało też kilku dorosłych czarodziejów i czarownic, płacząc przy zupełnie nieruchomych dzieciach.

– Ile... ile osób...? – wydukał niepewnie, ucinając kuzynce w połowie mało znaczącego zdania.

– Co...? – spytała, zdezorientowana. Gdy przez dłuższą chwilę patrzyła na niego z niezrozumieniem, Albus szarpnął głową w kierunku przypadkowego, jęczącego pacjenta, leżącego w łóżku po lewej stronie. – Och, rannych ciężko zliczyć, aczkolwiek... raczej nikt nie jest w stanie krytycznym… – dodała ze smutkiem.

– Jak wielu…? Czy ktoś...? Ktokolwiek...? – Nie musiał dokończyć zdania, bo Rose żałośnie pokiwała głową, a następnie wbiła wzrok w podłogę. Wiedziony instynktem, spojrzał na mijane łóżko. Na przykrytym po samą głowę drobnym ciele leżała kobieta, najprawdopodobniej matka, wyjąc wniebogłosy. Nim się zorientowała, straciła ukochane dziecko…

Cisza okazała się nie do zniesienia, a głowę rozsadzał mu kłęb pytań. Nie miał zielonego pojęcia, ile czasu upłynęło odkąd stracił przytomność, a Ares został zamordowany, ale wszystko wskazywało na to, że wystarczająco, aby Ministerstwo przebiło się do Hogsmeade bez większych problemów.

– Sprowadziliście pomoc? – zapytał. – Gdy wróciliście do zamku tunelem?

Rose gwałtownie skinęła głową, a następnie otarła twarz dłońmi.

– Zawołaliśmy nauczycieli, aczkolwiek do wioski ruszyła jedynie połowa z nich. Reszta została, aby pomóc przygotować Madam Clearwater Skrzydło Szpitalne, a potem udzielić pierwszej pomocy rannym. Hagrid też został w szkole, pomagał przechodzić uczniom przez bramę.

– Wszyscy wrócili? – drążył.

– Tak, najprawdopodobniej oprócz jednego. Nigdzie nie widziałam Blackwood – odpowiedziała z namysłem.

Ślizgon zamilkł. Nie wiedział, co powinien myśleć. Blackwood opuściła Hogsmeade, czy może została i walczyła do samego końca? Przeżyła, czy zginęła…?

W pewnym momencie musiał przerwać swoje rozważania, bo zatrzymali się przy czyimś łóżku. Zanim zdążył zobaczyć jego właściciela, został złapany w bolesny, choć tak bardzo znajomy niedźwiedzi uścisk.

– Albusie! – Morrison niemal wycisnął z niego życie, a potem zaczął wyrzucać z siebie słowo za słowem, prawie bez przerwy na oddech. – Tak mi strasznie przykro, chciałem cię szukać! Kiedy się ocknąłem, te rzeczy zniknęły i nigdzie nie było żywej duszy. Nie wiedziałem, co mam robić, ani gdzie iść, więc kręciłem się w kółko. Gdy zobaczyłem nieznajomą grupę, po prostu się ukryłem, poczekałem na odpowiedni moment i przystąpiłem do ataku. Wtedy okazało się, że były to oddziały z Ministerstwa, a razem z nimi twój tata! Zanim się zorientowałem, zwyczajnie mnie oszołomili. Następne, co zarejestrowałem, to pobudka w Skrzydle Szpitalnym…

– Spokojnie, rozumiem. W porządku. – Z trudem łapał oddech. Z całą pewnością do dzisiaj nabytych kontuzji można mu było doliczyć popękane żebra.

W sytuacji rozeznał się, dopiero kiedy Morrison wypuścił go z objęć. W łóżku obok leżał Scorpius. Mimo że połowę twarzy miał zabandażowaną, świdrował go wzrokiem.

– Scorpius...

– Co ci się stało? – przerwał mu blondyn, nawet słowem nie wspominając o swojej kiepskiej kondycji.

Zanim Albus odpowiedział, postanowił lepiej rozeznać się w sytuacji. U boku Malfoya stała Mirra, blada niczym trup. Chociaż emitowała ulgą, była niezdolna do mówienia – albo niezdolna do skomentowania faktu, iż naprawdę przeżył i posłusznie wrócił do Hogwartu. W kącie siedział zgarbiony Lance. Zastygły w niekomfortowej pozycji, spięty i sztywny, sprawiał wrażenie człowieka, który za wszelką cenę starał się zachować pozory pewności siebie. Najprawdopodobniej z własnej i nieprzymuszonej woli postanowił zostać przy Scorpiusie, bo w pobliżu nie było żadnych innych puchonów.

– Co się stało, stary? – zapytał Morrison. – Gdzie się dotąd podziewałeś?

Albus wziął głęboki oddech, zrozumiawszy, że w końcu jest bezpieczny. Tutaj, w hogwardzkich murach, nie groziło mu niebezpieczeństwo. Mógł też swobodnie mówić, bo nikt nie ruszył za nim w pościg.

Zebrał myśli.

– Zostaliśmy zaatakowani przez te... te...

– To wiedzą, opowiedziałem ze szczegółami. – Morrison machnął lekceważąco ręką, a  wszyscy pokiwali głowami. – Skończyłem na tym, że zostałem znokautowany.

Albus ponownie zaczerpnął powietrza.

– Ares mnie znalazł – wyznał.

Grupa sapnęła. Mirra przycisnęła dłonie do ust, a Scorpius zbladł jeszcze bardziej.

– Jak udało ci się...? Co takiego zrobił…?

Ślizgon się zawahał. W myślach ponownie odtworzył to, co powiedział mu Ares. Wszystkie słowa, które dziś wypowiedział, wróciły do niego ze zdwojoną siłą – zarówno te, których uważnie słuchał, jak i te, których słuchania zaniedbał. Zniszczenie, utopia… Swojego rodzaju sadystyczny, nowy świat, w którym nie ma miejsca na najmniejszą pomyłkę...

– Cóż, gdy się obudziłem, po prostu wycelował we mnie różdżką – skłamał, pominąwszy patetyczną przemowę. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu moment zwierzeń wydał mu się bardzo intymny, prywatny. Miał też dziwaczne wrażenie, że Ares nie chciałby, by paplał o nim na lewo i prawo. Czuł się zobowiązany do zachowania tajemnicy.

Wszyscy sapnęli, a Lance poderwał do góry głowę, zaciekawiony i jednocześnie osłupiały. Najwidoczniej był niesamowicie zaintrygowany, jakim cudem uszedł z życiem.

– Wtedy pojawili się aurorzy – dodał pospiesznie. – Mój tata i wujek Ron.

Zdecydował się również pominąć tę wstydliwą część spotkania, podczas której mazał się i błagał o oszczędzenie oraz tę, kiedy rozmyślał nad swoim końcem. Och, i może jeszcze ten moment, gdy Ares zamknął oczy i wyglądał, jakby się wahał…

– Kontynuuj – popędzali przyjaciele.

Chociaż Albus naprawdę się starał, ciężko mu było ubrać wszystko w odpowiednie słowa. Zwyczajnie nie potrafił dobrze streścić przebiegu spotkania. Mimowolnie się zastanowił, czy grupa dojdzie do sedna sprawy na własną rękę, czy też nie. Postanowiwszy ominąć pojedynek, w zwięzły sposób skomentował zakończenie.

– Ares nie żyje.

Wszyscy wytrzeszczyli oczy. Każdy wydał z siebie jakiś dźwięk – część sapnęła, część westchnęła, a pozostali triumfalnie krzyknęli.

– Harry Potter? – zapytał Scorpius.

– Nie... – wyjąkał.

Rose opadła szczęka.

– Mój tata...? – zapytała, będąc jednocześnie zmartwiona i pod wrażeniem.

– Nie – powiedział zdecydowanym tonem.

Wszyscy wymienili między sobą znaczące spojrzenie, a w Skrzydle Szpitalnym na moment zapadła grobowa cisza. Potem Morrison wyszedł przed szereg i uniósł dłoń. Wyglądał, jakby chciał mu przybić piątkę.

– Niezła robota, stary! – Chociaż sprawiał wrażenie rozradowanego, opuścił rękę.

– Nie, nie. – Albus pokręcił przecząco głową. – To nie moja robota, a Darvy’ego.

– Cooooo?

Grupa ewidentnie mu nie uwierzyła. Vincent zaś przechylił głowę w bok, przez co przywodził na myśl zdezorientowanego zwierzaka.

– Co ty mó..?

– Myślę, że jesteś bardzo zmęczony, stary – powiedział Malfoy. – Wyglądasz, jakbyś stracił naprawdę dużo krwi…

– Przecież wiem, co widziałem! – krzyknął z desperacją. Czuł, że zaczyna go swędzieć skóra. Oczywiście, to naturalne, że przyjaciele nie dowierzali. Gdyby ktoś opowiedział mu podobną historię, sam miałby problem z daniem wiary. Ukrył twarz w dłoniach, bo nie wiedział, co powinien w sumie odczuwać. Z pewnością ulgę. Może triumf…? Radość? Jakąkolwiek dobrą emocję, bowiem czarodziej, który zamierzał go zamordować, sam został zamordowany. Hm, może strach…? Lęk przed nieobliczalnością Sebastiana Darvy’ego. Och, zdezorientowanie, gdyż nie sposób przewidzieć tego, co przyniesie przyszłość…

Choć miał zakrytą twarz, wciąż czuł na sobie spojrzenia przyjaciół, którzy wątpili w jego świadectwo, szczerze przekonani, że na skutek traumatycznego przeżycia, doświadczył halucynacji. Ich zwątpienie nie miało jednak większego znaczenia, ponieważ wkrótce przeczytają o wszystkim w gazetach. Najprawdopodobniej nie minie też dużo czasu, zanim Darvy znowu wyśle Ministerstwu Magii jakąś pogróżkę, w której ogłosi się Najpotężniejszym Władcą Wszechświata, czy kimś równie absurdalnym…

Nim minęła dłuższa chwila, oplotły go czyjeś ramiona, skutecznie odciągając uwagę od przytłaczającej ciszy. Nie musiał nawet zgadywać, bo od razu wiedział, że była to Mirra. Nie potrafił spojrzeć na sceptycznych przyjaciół, ani na drugą stronę sali, gdzie wciąż leżeli ranni i płaczący z bólu, więc pozwolił sobie na chwilę relaksu, oparłszy podbródek na czubku głowy dziewczyny.

Lata tkwił w bezruchu, kiedy do rzeczywistości wrócił go głos Madam Clearwater.

– W porządku, twoja kolej. Chodź, obejrzę zranienia – poprosiła, więc Mirra zabrała ręce i Albus zobaczył, że pielęgniarka ociera mokre od potu czoło. Była całkowicie wykończona. – Przede mną jeszcze sporo pracy, wielu ludzi do opatrzenia, więc najpierw rzućmy okiem na twoją rękę.

Chociaż wiedział, że nie stanie mu się żadna krzywda, nie potrafił powstrzymać wzdrygnięcia, gdy czarownica ścisnęła jego zakrwawioną dłoń. Ogarnęła go wtedy dziwaczna mieszanka odrętwienia i bólu, której nie potrafił wytłumaczyć. Kobieta Clearwater obejrzała dokładnie skaleczenie, a potem kazała mu kilkukrotnie zacisnąć palce. W końcu starła też zaschniętą krew.

– Naprawdę nie jesteś pewien, czym została przebita? – zapytała, sprawdzając czucie. Gdy dłoń została przemyta, okazało się, że środek zdobiła mała, przechodząca na wylot dziurka, na widok której przyjaciele się skulili.

– Gruzem, kawałkami drewna…

– To normalna rana – podsumowała fachowym tonem pielęgniarka i wyjęła z kieszeni szaty bandaż, po czym zrobiła mu opatrunek. – Musi być codziennie zmieniany – wyjaśniła. – Jakieś rany poklątwowe?

Albus kiwnął niepewnie głową, zastanawiając się, czy obrażenia zadane przez czarnomagiczne stworzenia zaliczają się do tej kategorii. Wyprostował nogę i podwinął nogawkę spodni na tyle, na ile pozwalał materiał. Zadanie nie należało do najtrudniejszych, bo portki miał porozcinane. Na widok urazu przyjaciele się skrzywili, zaś Madam Clearwater pochyliła się i przyjrzała ranie o wiele uważniej aniżeli dłoni. Cóż, nic dziwnego, bo zamiast być zalana krwią, była spuchnięta i niemal purpurowa.

– Ktoś już to wcześniej uzdrowił? – zapytała, delikatnie przesuwając wskazującym palcem po obrzeżach najbardziej odstającej krawędzi.

– Tak.

– Kto?

– Ee, nie jestem pewien – skłamał naprędce. – Nie pamiętam wszystkich szczegółów – dodał, z nadzieją, że kobieta przyjmie wytłumaczenie do wiadomości, nie będzie drążyła tematu i zwali amnezję na karb powszechnego bitewnego zamieszania. Fakt, że Ares zaopiekował się pozostawioną przez bestię raną, wydawał mu się jeszcze bardziej intymny niż wygłoszona przemowa na temat nowego, lepszego świata.

– Uzdrowiciel, który udzielił ci pierwszej pomocy, wykonał kawał wspaniałej roboty. – Clearwater była pod wrażeniem. – Niemniej jednak uraz wymaga dalszego leczenia. Nawet jeżeli to nie jest rana otwarta, może wdać się zakażenie. Czarna magia jest specyficzna i ma tendencję do głębokiego wżerania się w skórę. Przyniosę odpowiednie antidotum i trochę eliksiru na sen – zakomunikowała, wstając. – Coś jeszcze? – zapytała uprzejmie.

– Nie – odpowiedział, chociaż mógłby wymienić jeszcze kilka innych obolałych miejsc. Czuł, że nie powinien za bardzo skupiać na sobie uwagi, podczas gdy inni pacjenci również potrzebowali pomocy medycznej.

Kobieta wykonała dotąd mu nieznany ruch różdżką i obok łóżka Scorpiusa w magiczny sposób pojawiło się kolejne, a następnie poszła do wcześniej wspominane mikstury, zostawiając Albusa samego z przyjaciółmi.

Mirra wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, a nie tylko go objąć, ale odwrócił głowę w bok. Nie, żeby nie miał ochoty rozmawiać, ale po prostu zagłębił się w konsekwencjach dzisiejszych wydarzeń. Na przeciwległym łóżku leżała mniej więcej czwartoroczna dziewczyna, która najprawdopodobniej dopiero co odzyskała przytomność i wciąż była oszołomiona. Sąsiadująca z nią osoba była obandażowana i niezdolna do ruchu, a skrzydło szpitalne nadal wypełniał harmider. Okazjonalnie ktoś zjawiał się świstoklikiem, czemu towarzyszyły krzyki i westchnięcia ulgi. Od czasu do czasu pacjenci jęczeli z bólu.

– Masz, wypij. – Madam Clearwater zmaterializowała się obok. Albus nie poświęcił nawet chwili rozważaniom, czemu tak szybko wróciła i od razu przechylił otrzymaną fiolkę. Eliksir smakował okropnie, może nawet podobnie do wyciśniętego do szklanki potu ze znoszonych śmierdzących skarpetek. Natychmiast rzucił się na wywar nasenny, mając nadzieję, że chociaż to pomoże mu zniwelować straszny posmak na języku. Niestety, mocno się przeliczył.

Zażywszy lekarstwa, wczołgał się pod kołdrę wyczarowanego łóżka. Przez minutę leżał bez ruchu, podczas gdy przyjaciele dyskutowali pomiędzy sobą, a Mirra przysiadła obok. Wciąż wyglądała na niezdolną do wykrztuszenia jakiegokolwiek sensownego zdania...

Nie spodziewał się, że eliksir tak szybko zadziała i zamrugał, kiedy jego powieki stały się cięższe. Nie chcąc się poddać zmęczeniu, po raz ostatni spróbował zebrać niespójne myśli.

Skoncentrował się na tacie. Czy wciąż był w Hogsmeade? Odnajdował ledwie żywych ludzi i kierował rannych do Hogwartu? Odszukał innych, będących w potrzebie uczniów? Czy natknął się na Eckleya? Jakby nie patrzeć, zostawił mu pelerynę niewidkę…

Znów biegł w ciemności. Rozciągający się przed nim tunel sprawiał wrażenie nieskończonego. Otaczała go pustka, a świadomość, że nie może nawet na minutę przystanąć, dodawała mu sił. Niestety, gdy tylko o tym pomyślał, automatycznie się zatrzymał, a po karku spłynęła mu kropla potu. Kiedy otarł mokre czoło i obejrzał się przez ramię, natychmiast pożałował chwili odpoczynku. Za postój zapłacił wysoką cenę, został bowiem dogoniony.

W panice, ze świstem łapiąc powietrze, rozejrzał się gwałtownie po wszechobecnej ciemnicy. Chciał wiedzieć, skąd nastąpi pierwszy atak. Nim się zorientował, wpadł w pułapkę. Zza jego kostki, z ziemi, wyskoczyła dłoń. Upadł, a potem mgliście zarejestrował, że nie miał do czynienia ze standardową, pozbawioną mięsa ręką, a normalną, zdecydowanie ludzką. Napastnik był więc człowiekiem, a nie przerażającym potworem. Wtem przed nim pojawiła się szczelina, z której promieniowało czerwone światło. Walczył na próżno – dłoń zacisnęła się mocniej i zaczęła ciągnąć go za nogę. Spróbował się czegoś chwycić, ale natrafiał tylko na niewidzialny grunt. Spojrzał w dół i krzyknął z przerażenia, bo w końcu ujrzał napastnika…

Twarz Darvy’ego zdobił obłąkany uśmiech, a w paciorkowatych błękitnych oczach odbijało się szaleństwo. Jedno z silnych szarpnięć sprawiło, że palce Albusa oderwały się od krawędzi, przez co zaczął spadać w przepaść… 

Wtem został złapany za rękę, aczkolwiek zamiast odczuwać ulgę, kiedy uniósł wzrok, wrzasnął z przerażenia. To było jedno z tych... stworzeń. Obrzydliwa i zjełczała bestia świdrowała go pustymi oczodołami i kłapała z determinacją szczękami. Mimo braku twarzy przypominała mocno skoncentrowanego człowieka. Dłoń, którą wyciągnęła mu na ratunek, była pokryta paskudnym śluzem i prawie pozbawiona skóry, ale jednocześnie skrywała w sobie niesłychaną siłę, ponieważ powstrzymała starania Darvy’ego. Albus miał wrażenie, że jest rozciągany z jednej i z drugiej strony. Dlaczego to stworzenie za wszelką cenę chciało go ocalić…?

Zakręciło mu się w głowie, więc na moment zamknął oczy. Gdy je otworzył, okazało się, że nie wisiał, a stał nad przepaścią, w żelaznym uchwycie trzymając czyjś nadgarstek. Zająwszy miejsce stwora, został wybawicielem, a osobą, którą próbował uratować, był Reginald Ares. Darvy wciąż niestrudzenie ciągnął swego brata w dół.

– Weź to, chłopcze! – warknął niespodziewanie Ares, a Albus, usłyszawszy jego znajomy, charakterystycznie szorstki głos, niemal go puścił. – Weź – powtórzył z uporem. –  Wszystko w twoich rękach!

– Chwila, zupełnie nie rozumiem... – urwał i skoncentrował się na udzielaniu pomocy, ponieważ dłoń mężczyzny zaczęła mu się wyślizgiwać spomiędzy palców. Nie wiedział, skąd to nagłe osłabienie, ale nie potrafił go utrzymać, a tym bardziej podciągnąć do góry. Niepewny, dlaczego w ogóle ruszył Aresowi na ratunek, kontynuował wysiłki. Czemu pragnął go ocalić? Czemu nie chciał pozwolić, aby Darvy dopadł swego brata…?

– Wszystko w twoich rękach, chłopcze!

Albusa zaczęła mrowić skóra. Poczuł silny wstrząs, który natychmiast zniknął, a uszy wypełnił ten tradycyjny, dziwaczny szum. Czując przypływ siły, z determinacją zacisnął mocniej palce na nadgarstku Aresa, po czym jednym sprawnym ruchem uwolnił go ze szponów Darvy’ego.

Czuł się niepokonany...

Widział wszystko w złotej barwie, aczkolwiek światło nie kumulowało mu się w oczach. Przez jego ciało przepływała czysta moc, potęga i kontrola. Z przyjemnością zanurzył się w nieznanych dotąd odmętach i pozwolił, aby siła się rozprzestrzeniła w najmniejszych komórkach i splotach nerwowych. Nieświadom swoich działań, uniósł w powietrze migoczące ręce i dopiero wtedy zarejestrował, że Ares i Darvy zniknęli bez śladu. Został sam na sam z ciemnością.

Zgiął palce, będące teraz narzędziami zagłady, a następnie spojrzał na swoje stopy. Nim się zorientował w sytuacji, był w powietrzu. Niemal się zaśmiał. Czuł, że może dokonać cudu, spełnić najskrytsze marzenia, przejąć kontrolę nad życiem i śmiercią…

Złote światło przeniknęło nieskończony mrok, z którego zaczęły się wyłaniać setki szkieletowych stworzeń. Wszystkie ustawiły się w szeregu i złożyły mu pełen szacunku pokłon. Wiedziony instynktem, rozłożył szeroko ramiona i uniósł się wyżej w powietrze. Aby latać, nie potrzebował różdżki czy miotły. Czuł, że gdyby tylko miał ochotę, mógłby rozwiązać wszystkie problemy przy pomocy pstryknięcia palcami, a nawet zniszczyć świat jednym chuchnięciem.

– …prawda, stary?

Wystrzelił prosto, cały spocony i odrętwiały. W momencie zapragnął zerwać z siebie biały koc, którym ktoś wcześniej szczelnie go opatulił.

Ależ realistyczny sen…

– Dzień dobry, śpiąca królewno. – Uśmiechnął się Morrison, a Albus się zorientował, że to właśnie przyjaciel wybudził go z koszmaru. Zamrugał i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wciąż był w głośnym skrzydle szpitalnym, aczkolwiek teraz w okrzykach rodziców słyszalna była ulga, a nie rozpacz. Najwyraźniej przespał najczarniejsze godziny…

Zamrugawszy ponownie, zauważył, że zasłony jego łóżka zostały odsunięte, a potem, że ograniczono mu możliwości ruchu. W nogach posłania, zwinięta niczym kot, z kaskadą rudych włosów rozrzuconych po kocu, leżała Lily.

– Kiedy tu przyszła? – zapytał, szczerze zdezorientowany.

– Cóż, młodszych uczniów wypuszczono z dormitoriów dopiero kilka godzin temu. – Morrison wykonał bliżej niezidentyfikowany ruch dłonią. – Najprawdopodobniej najgorsze za nami.

Albus rozejrzał się po swoim „pokoju”, ciekawy dalszych zmian. Krzesło okupowała Mirra, wciąż sprawiając wrażenie wymęczonej. Mógł się założyć, że ustąpiła miejsca Lilce, a wcześniej nie odstępowała go na krok. Scorpius nadal leżał w łóżku. Mimo licznych opatrunków i bandaży nie odrywał wzroku od dwóch pogrążonych we śnie pod ścianą osób. W rogu pomieszczenia na osobnych, aczkolwiek przysuniętych do siebie siedziskach, zagnieździli się Lance i Rose; dziewczyna oparła głowę na ramieniu chłopaka.

Ślizgon przetarł oczy.

– Czy ktoś wspominał o niebezpieczeństwie? – zapytał głupio.

– Twoja ciocia, znaczy pani Hermiona, też cię odwiedziła – odpowiedział z napięciem Morrison. – Wdała się w małą… sprzeczkę z Madam Clearwater. Hugo odzyskał przytomność, ale pielęgniarka nie chciała go przenieść bliżej, więc twoi wujkowie musieli ustąpić.

– Ciocia Hermiona i wujek Ron? – Albus wychwycił informację, a potem ponownie się rozejrzał. – Gdzie mój tata? – dodał z nadzieją.

Morrison potrząsnął głową.

– Wybacz, stary. Znaczy, najprawdopodobniej wszystko z nim w porządku. Gdyby było inaczej, rozpętałoby się prawdziwe piekło… – wytłumaczył naprędce, a potem uśmiechnął się chytrze. – Właśnie, właśnie. Twój wuj przyniósł coś ciekawego.

Gdy przyjaciel wskazał na Mirrę, Albus zobaczył, że dziewczyna miała w rękach starannie złożone wydanie najnowszego PROROKA CODZIENNEGO. Ostrożnie więc sięgnął po gazetę, ale kiedy spojrzał na pierwszą stronę, po kręgosłupie przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz.

 

PIERWSZY RUCH „DIABLEGO ALIANSU”

– WIĘCEJ NIŻ SZEŚĆDZIESIĘCIU ZABITYCH!

W „Masakrze w Hogsmeade” zginęły sześćdziesiąt trzy osoby. Istnieją spore szanse na zwiększenie się statystyk, ponieważ niektórzy mieszkańcy wciąż widnieją na liście zaginionych. W oficjalnym oświadczeniu Ministra Magii, Kingsleya Shacklebolta, rząd podał do wiadomości publicznej, że atak był pierwszą oznaką zbliżającej się wojny z tak zwanym Diablim Aliansem.

 „Wkrótce po zakończeniu bitwy Ministerstwo Magii otrzymało kolejne groźby terrorystyczne od Sebastiana Darvy’ego, w których oświadczył, że nie poprzestanie na Hogsmeade i czarodziejski świat może oczekiwać następnych ataków. Jako społeczeństwo musimy przede wszystkim zachować spokój i zrozumieć, że Ministerstwo robi co może, aby zapobiegać podobnym przypadkom w przyszłości. Określenie pozycji Darvy’ego jest skomplikowane i może wydawać się trudne w odbiorze, ale był on najbliższym współpracownikiem poprzedniego przywódcy „Diablego Aliansu” Reginalda „Czerwonej Wojny” Aresa; na ten moment jest więc koordynatorem ugrupowania terrorystycznego”.

Kilka godzin temu Shacklebolt ujawnił, że wśród sklepowych ruin odnaleziono ciało Aresa. Wszystkie wskazówki prowadzą do jednego bezspornego wniosku – został on zamordowany. Nieoficjalnie odpowiedzialnych jest dwóch czarodziejów, a mianowicie Reginald Ares oraz Szef Biura Aurorów, słynny Harry „Chłopiec, Który Przeżył” Potter, którego wielu mieszkańców Hogsmeade widziało pod koniec bitwy.

„Widziałem, jak szarżował ulicami, gdy walka słabła”, twierdzi Angus Arherbody, sklepikarz, który pozostał w wiosce do samego końca starcia, by pomagać rannym w ucieczce przy pomocy sieci Fiuu. „Wyglądał, jakby powierzono mu ważną misję. Robił z różdżką niewiarygodne rzeczy”.

Chociaż wiele osób opuściło Hogsmeade przez aktywne kominki, odważniejsi śmiałkowie zdecydowali się na pieszą wędrówkę trasą, którą zawsze chodzili uczniowie Hogwartu. Wcześniejsze przybycie Ministerstwa uniemożliwiały bariery antyaportacyjne nałożone przez wrogów na okoliczny teren. Oprócz Pottera, który zdecydowanie wykazał się na polu bitwy i otrzymał liczne pochwały, jeszcze jedna frakcja znacząco wpłynęła na przebieg walki. Wybawczy Alians Różdżek, ciesząca się dużą popularnością pozarządowa organizacja przeciwdziałająca czarnomagicznej aktywności, w pewien sposób przypominająca niegdysiejszy Zakon Feniksa, straciła wielu ludzi w trakcie obrony wioski i mieszkańców.

 „To nie była nasza powinność, a święty obowiązek”, mówi przywódca grupy, Warren Waddlesworth, również ranny w ataku. „Musimy chronić ludzi, gdy Ministerstwo Magii jest odcięte. Wielu z moich towarzyszy poniosło śmierć, ale ich poświęcenie dla dobra społeczeństwa jest bezcenne i służy wyższemu celowi. Ubolewam, że podczas najazdu zginęły niczemu winne dzieci. Ubolewam, że Wybawczy Alians Różdżek nie zdołał wszystkich ocalić. Nalegam, żeby potrzebujące pomocy finansowej, poszkodowane rodziny odrzuciły wahanie i zgłosiły się bezpośrednio do mnie. Chociaż nie ulżę w bólu, bardzo chętnie wesprę w zorganizowaniu pochówku”.

Oprócz bezprecedensowej hojności i wielkiego współczucia Waddlesworth obiecał także nie ustępować w swoich planach powstrzymania zagrożeń wymierzonych w czarodziejski świat.

„To była pojedyncza walka. Wybawczy Alians Różdżek nie poprzestanie”, stwierdza na krótkiej konferencji prasowej. „Mimo że Ares i kilkunastu jego zwolenników zginęło w ataku, musimy pozostać silni, gdyż również straciliśmy bliskich. Dzięki ich poświęceniu dokonaliśmy czegoś niesamowitego, olbrzymiego postępu. Wybawczy Alians Różdżek został stworzony dla dobra ogółu. Tak długo, jak społeczeństwo będzie walczyć, nie padniemy na kolana. Tak zwany Diabli Alians nie zrozumie wagi naszej jedności. Gdy na nich naparliśmy, uciekli z podkulonymi ogonami, zawstydzeni. Jesteśmy kimś więcej aniżeli grupą prostych, nieskomplikowanych cywili. Każdy, kto tego nie pojmuje, poniesie sromotną klęskę. Nie przywdziewamy masek, nie ukrywamy naszych tożsamości, nie przywołujemy potwornych stworzeń, żeby za nas wojowały. Walczymy odwagą, a bronimy się mądrością. Wybawczy Alians Różdżek nie ustąpi, dopóki wszyscy nie wyzioniemy ducha”.

Waddlesworth odwoływał się oczywiście do groteskowych stworzeń, które wciąż pozostają niezidentyfikowane (więcej informacji na ich temat na stronach 6–7).

 

Albus przerzucił dalsze strony, nie chcąc czytać ostentacyjnych kłamstw Waddleswortha. Wolał dowiedzieć się czegoś interesującego na najciekawszy temat. Gdy szarpał za kartki, Morrison zaczął mówić o zbędności targania papieru, ale został zignorowany.

Znalazłszy odpowiednie zapiski, skupił się na czarno–białej nieruchomej fotografii, przedstawiającej stos skóry i kości. Rozpoznał w nich szczątki stwora, którego w okamgnieniu zniszczył Ares i coś chłodnego osiadło mu na żołądku.

 

Na zdjęciu powyżej przedstawiono pozostałości niezidentyfikowanego mrocznego stworzenia, najprawdopodobniej zniszczonego przez członka Wybawczego Aliansu Różdżek.

 

Albus przewrócił oczami, po czym spuścił wzrok na tekst.

 

Choć „Masakra w Hogsmeade” się skończyła, pozostawiając po sobie tylko krew i zniszczenie, niektóre tajemnice wciąż pozostają nierozwiązane. Do jednej z nich należą niezidentyfikowane, podobne do inferiusów istoty, które widziano na ulicach wioski.

„To była najbardziej odrażająca rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam”, mówi 19–letnia Svetlana Altukhova, która cudem uniknęła śmierci. Czarownica użyła czaru maskującego i ukryła się w zaułku.  „Szła ulicą, utykając. Co krok wydawała z siebie okropny ryk, a jej palce przypominały zwierzęce pazury”.

Chociaż jest to całkiem dokładny opis niezbadanych stworzeń, inni świadkowie twierdzą, że stwory zachowywały się inaczej, co najprawdopodobniej związane jest z wykonaniem ich szkieletu.

„Biegał na czterech łapach, a przynajmniej tak to wyglądało”, stwierdza Curtis Dezerian, członek Wybawczego Aliansu Różdżek, który odniósł poważne obrażenia podczas walk z wyżej wymienionym stworzeniem. „Każde rzucane przeze mnie zaklęcie, nawet to najbardziej śmiercionośne, tylko bardziej go denerwowało”. Dezerian miał wystarczająco szczęścia, że zdołał się oddalić.

Magizoolog Herbert Keen, członek Departamentu Regulacji i Kontroli Magicznych Stworzeń, spróbował zidentyfikować te niebezpieczne stwory, opierając się na pozostałościach widzianych powyżej oraz na relacji naocznych świadków, ale wciąż ma pewne wątpliwości.

„Na myśl automatycznie nasuwają się ożywione zwłoki”, mówi po głębokim namyśle. „Inferiusy są z wyglądu podobne do opisywanych stworzeń, ale poddają się kontroli swego stwórcy. Okrzyki bojowe i w pełni zorganizowany ruch świadczą zaś o większym ilorazie inteligencji, a wśród ich zdolności możemy śmiało wyróżnić prymitywną ofensywę oraz, co gorsza, pewnego rodzaju finezję, gdy jest ona niezbędna”.

Keen odrzucił także ideę zmodyfikowanych dementorów. „Intensywne zimno, które wytykali niektórzy świadkowie, jest raczej naturalną reakcją obronną ludzkiego organizmu, efektem najprawdziwszego strachu i zaskoczenia. Najprawdopodobniej widziane stwory nie posiadają żadnych magicznych właściwości. Dementorzy zaś nie uciekają się do walki fizycznej, a swoją siłę czerpią z przewagi zdobytej w wojnie psychologicznej; ich sposób działania jest w dużej mierze oparty o rzeczywistą magię. Stworzenia z Hogsmeade nie wyglądały na zainteresowanie konsumpcją energii oraz używały w walce pozostałości po mięśniach. Czymkolwiek są – oficjalnie klasyfikuję je jako niezwykle krwiożerczych wrogów”.

Choć te przerażające stworzenia pojawiły się w wiosce mniej więcej w połowie ataku i tajemniczo zniknęły przed zakończeniem bitwy, Ministerstwo prosi wszystkich naocznych świadków o przekazywanie informacji w celu zapewnienia bezpieczeństwa…

 

Albus odrzucił od siebie gazetę, sfrustrowany do granic możliwości. Z powrotem położył się na szpitalnym łóżku, a ulga, którą odczuł wcześniej, została zastąpiona bardzo nieprzyjemnym uczuciem. Jakby nie wystarczyło, że sen, który zgodnie z jego przewidywaniami, nie pozostawił po sobie nawet śladu, przyprawił go o mały wstrząs. Chociaż trochę podrzemał i powinien zregenerować siły, wciąż czuł się zmęczony i schorowany.

– Szybko przeczytałeś – zagaił Morrison.

– Nie, tylko przeleciałem część wzrokiem – odpowiedział szczerze. – Która godzina?

– Ciężko powiedzieć, ale najprawdopodobniej ranek.

Wypełniające skrzydło szpitalne krzyki i popłakiwania zdawały się powoli cichnąć, więc ślizgon wyciągnął się wygodniej na łóżku i przymknął powieki. Nie był nawet pewien, co dokładnie chciał przemyśleć. Głowę momentalnie wypełniły mu migawki wspomnień rzeczy, które robił w Hogsmeade. Lody z Mirrą. Ludzie w powietrzu. Policzek od Lucjusza Malfoya. Zapłakana Blackwood, której dalszy los jawił się pod dużym znakiem zapytania. Leżący w kałuży krwi Eckley. Ucieczka przed potworami. Utrata przytomności. Wycelowana w twarz różdżka Aresa. Zakrwawione, nieruchome ciało leżące na ziemi…

– Co z Eckleyem? – zapytał, tchnięty przeczuciem.

– Został znaleziony.

Albus uderzył pięścią w poduszkę.

– Gdyby mnie nie spowolnił, moglibyśmy spotkać się wcześniej i ucieklibyśmy przed nadejściem tych stworzeń! – rzucił ze złością, chociaż wiedział, że nie powinien obwiniać rannego w ataku ucznia. Był po prostu przyzwyczajony do narzekania na nielubianego chłopaka, a kiedy okazał trochę nerwów, znacznie się uspokoił.  

– Na twoim miejscu zmieniłbym trochę politykę antyeckleyową. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, zaczepił mijających go aurorów – podsumował wydarzenia Morrison. – Wskazał im kierunek, w którym poszedłeś, a nawet nalegał, żeby go podleczyć, by mógł robić za przewodnika. Twój tata się nie zgodził i odesłał go do skrzydła szpitalnego.

Poczuwając się do skruchy, Albus zmarszczył brwi. Chcąc szybko zmienić temat, postanowił skoncentrować się na czymś zgoła innym, ale właśnie wtedy uderzyła w niego jeszcze jedna, bardzo nurtująca myśl.

– Czy ktoś wspominał o mojej pelerynie?

– Została odzyskana.

Odetchnąwszy z ulgą, opadł z powrotem na poduszki, skupiony na następnej migawce wspomnień. Ciszę, jaka zapadła, przerwał dopiero Scorpius. Prawdę powiedziawszy, to były jego pierwsze słowa, które powiedział od czasu pobudki.

– Wszystko się teraz zmieni, prawda? – zapytał, nie odrywając wzroku od Rose i Lance’a, a Albus wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Morrisonem, czując się co najmniej dziwacznie. Sytuacja miała intymny charakter i uważał, że nie powinni jej zakłócać.

– Niektóre rzeczy z pewnością... – Vincent urwał wpół zdania, niepewny sensownego zakończenia.

– Słuchajcie, chłopaki. – Albusowi załamał się głos. Czuł, że musi ubrać myśli w słowa. – Tak bardzo was przepra…

– Zapomnij, stary. Po prostu zapomnij. Co się stało, to się nie odstanie. – Scorpius potrząsnął głową. – Znając życie, Ares przypuściłby atak na Hogsmeade tak czy inaczej. Nie ma sensu gdybać i rozwodzić się nad innymi scenariuszami. Z tego, co wiemy, byłeś bardzo przydatny w wiosce.

Brunet zamilkł. Wiedział, że przyjaciel nie mówił z sarkazmem, ani że w jego wypowiedzi nie było żadnego drugiego dna, ale te z pozoru uspokajające słowa sprawiły, że wrócił do wszystkich poprzedzających starcie rozmów o niebezpieczeństwie, zagrożeniu życia i różnorakich ostrzeżeń. Fakt, że Scorpius postanowił oszczędzić mu bolesnego przypomnienia, naprawdę dużo dla niego znaczył.

Gdy powędrował wzrokiem za spojrzeniem Malfoya, zrozumiał także, że pomimo obecności skulonych pod ścianą Rose i Lance’a, tylko we trójkę byli zorientowani w temacie. Przez chwilę wydawało mu się, że siedzą przy kominku w pokoju wspólnym, gdzie zawsze liczyła się prywatność.

– Czy oni...? – zapytał, patrząc znacząco na kuzynkę.

– Prawdopodobnie. Wspólnie przeżyte trudne chwile zbliżają do siebie ludzi, prawda? – W głosie blondyna pobrzmiewała gorycz. – Pomagają też zrozumieć, na czym ci zależy i co zamierzasz zrobić – dodał, dotykając ręką zabandażowanej twarzy.

Albus zamrugał zdziwiony – zdecydowanie był to nieświadomy gest.

– Co ci się właściwie stało? – zapytał, tknięty przeczuciem.

– Oberwał klątwą – odpowiedział natychmiast Morrison.

– Gratuluję niezwykle wnikliwej analizy – parsknął Malfoy.

– Nie bawmy się w uszczypliwości. Chodziło mi o… – urwał, bo nie wiedział, jak bardzo powinien być delikatny, zwłaszcza że czuł, iż jego podejrzenia okażą się prawdziwe. Chociaż nie był w centrum tamtych wydarzeń, prawie widział ich przebieg na własne oczy. Scorpius był doskonałym pojedynkowiczem, a na czternastoletniego chłopca – wspaniałym, szeroko uzdolnionym czarodziejem. Gdyby miał oberwać klątwą, najprawdopodobniej obroniłby się bez najmniejszego problemu, dlatego też Albus był bardzo zaskoczony, kiedy zobaczył, że przyjaciel wyszedł ze starcia z poważniejszą kontuzją, a ostatecznie wyglądał, jakby wcale się nie bronił – lub jakby zabrakło mu czasu na przejście do defensywy. – Kto był celem…?

Gdy Scorpius nie odpowiedział, Morrison spojrzał na nich obu z widocznym zaciekawieniem na twarzy.

– Czy Rose wie…? – kontynuował, bo po prostu nie mógł tego przemilczeć. – Widziała, że ją zasłoniłeś…?

Malfoy paskudnie się skrzywił, przez co chłopcy odnieśli wrażenie, że bandaże zaraz mu się zsuną. Zamiast rzucić ironiczną ripostę, tylko chrząknął.

– Nie – burknął cicho.

– Myślę, że jesteś jej winny wytłumaczenie – stwierdził z powagą Albus.

Scorpius oderwał w końcu wzrok od Rose i Lance’a.

– Czy powiedzenie jej prawdy zrobi różnicę? – zapytał gorzko. – Choćby minimalną…?

Morrison zmarszczył brwi.

– Wszystko może mieć znaczenie, stary! – podsumował naprędce, pierwszy raz w życiu brzmiąc, jakby nie chciał, by zrobiło się weselej.

Scorpius znowu zamilknął, po czym wbił spojrzenie w parę na krzesłach. Albus poczuł się nieswojo, jakby przeszkadzał przyjacielowi w przeżywaniu zawodu miłosnego. Nie chcąc go jeszcze bardziej dobijać, postanowił rozprostować nogi, bez względu na to, co może zobaczyć na sali.

– Sprawdzę, co tam u Hugona – oświadczył, bo gdyby wahałby się jeszcze przez minutę, zapewne zacząłby bardziej naciskać.

Chłopcy pokiwali głowami, więc Albus ostrożnie wygramolił się z kołdry, a potem zszedł z łóżka. Zdecydowanie nie chciał zafundować Lilce mało przyjemnej pobudki. Gdy wstał, przykrył dziewczynę puchatym kocem. Opuszczając bezpieczne sanktuarium, zaciągnął za sobą zasłony.

Sceneria znacząco się zmieniła, odkąd przybył świstoklikiem. Idąc korytarzem, stwierdził, że skrzydło szpitalne było pogrążone w rozpaczy. Wcześniejszy chaos bezpowrotnie zniknął, zastąpiony apatyczną stagnacją. Nie wszyscy pacjenci pragnęli prywatności parawanów, a ci, się zasłonili, najprawdopodobniej byli w kiepskim stanie. Niektóre płachty były dziwnie ściągnięte, pomarszczone i dochodził zza nich cichy szloch.

Madam Clearwater nie szwendała się po sali, więc Albus doszedł do wniosku, że opiekowała się wyłącznie podopiecznymi, którzy odnieśli najgorsze obrażenia i nie mogli być przeniesieni do Munga. Dookoła krzątali się różni ludzie, ale prawdę powiedziawszy, nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, bo wszyscy myśleli wyłącznie o swoich bliskich. W spokoju przechadzał się pomiędzy łóżkami, rozglądając się za charakterystycznymi rudymi włosami. Po kilku minutach spaceru usłyszał znajomy kobiecy głos dochodzący zza jednych zasuniętych zasłon.

– Nie mogę tego zrozumieć, Hugo.

Mimo że ciocia Hermiona była wyraźnie zirytowana, Albus przystanął w miejscu, aby posłuchać.

– Przepraszam...

– Nie żartuj, dzieciaku. – Wujek Ron próbował uspokoić sytuację. – Nie jesteśmy na ciebie źli...

– Och, oczywiście, że jesteśmy!

– No przecież najważniejsze, że wyszedł z ataku cało…

– Wiedziałam, że to przejście przyniesie same kłopoty! – wytknęła ciocia, a żołądek Albusa automatycznie zacisnął się z nerwów. – Pamiętasz poprzednie, Ronaldzie? Byliśmy na trzecim roku, a Harry się wymknął z zamku!

– Bardziej sprzeciwiałaś się używaniu Mapy...

– Byłam przeciwna obu…

Wujek westchnął ciężko.

– Jak się dowiedziałeś o tajemnym przejściu, Hugo?

Ślizgon wstrzymał oddech, a potem wytarł o spodnie spocone dłonie. Wiedział, co zaraz nastąpi. Wpadnie w poważne tarapaty…

– Przecież ci tłumaczyłem, tato – jęknął Hugo. – Podsłuchałem rozmowę siedmiorocznych. Nawet nie znam ich imion!

– Bardziej interesuje mnie coś innego. – Gdy ciocia była stanowcza i surowa, strasznie przypominała Rose. – Co właściwie robiłeś w Hogsmeade?

– Chciałem zobaczyć wioskę. Nie mogłem się doczekać do następnego roku…

Wysłuchawszy wystarczająco, Albus uznał, że najwyższy czas wkroczyć do akcji. Ostrożnie podszedł do zasłony, a potem delikatnie się ujawnił. Chrząknął, czym skierował na siebie uwagę. Ciocia otrząsnęła się pierwsza.

– Och, Albusie! Tak się cieszymy, że wszystko z tobą w porządku! – powiedziała płaczliwym tonem.

– Hmm... – mruknął niezobowiązująco, dobrze wiedząc, że podobnie jak kuzyn, również wymknął się ze szkoły. Liczył jednak, że uszczerbki na zdrowiu, których doznał podczas ataku, chociaż trochę złagodzą to przewinienie. Najwyraźniej zadziałało, bo Hermiona powściągnęła emocje i serdecznie go uściskała; przez moment włosami zasłoniła mu widok.

– Czy mogłabyś przynieść mi coś do picia, mamo? – zapytał grzecznie Hugo.

Ciocia natychmiast na niego spojrzała i się uśmiechnęła, jakby w momencie przestała się gniewać. Kobiety są po prostu dziwne. A może tylko matki…?

– Oczywiście – powiedziała całkiem spokojnie i przeszła przez zasłony, znikając z zasięgu ich wzroku.

– Lepiej jej pomogę z tym piciem. – Uśmiechnął się wujek Ron, najwyraźniej zauważywszy, że chłopcom potrzeba chwila prywatności. Zanim wyszedł, położył dłoń na ramieniu siostrzeńca. – Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało, Albusie. Hm, a skąd spuchnięty policzek? Wyglądasz niczym cholerny dalmatyńczyk…

Ślizgon automatycznie dotknął ręką miejsca, gdzie wczoraj zarobił od Jamesa.

– Och, to był... Ares.

– Hm, wybacz, nie zauważyłem wcześniej… – rzucił na odchodne Ron.

Nastolatek odczekał dłuższy moment, bo przecież nie chciał, aby wujek podsłuchiwał, po czym usiadł na stołeczku obok Hugona. Gdy bliżej mu się przyjrzał, doszedł do wniosku, że kuzyn nie wyglądał najgorzej – właściwie to całkiem zdrowo, jeżeli nie liczyć bladej twarzy.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Nieco odurzony, ale ogólnie lepiej.

Albus ponownie przyjrzał się Hugonowi. Chłopiec był opatulony od stóp do głów kołdrą do tego stopnia, że z ledwością mógł poruszać głową. Zrobiło mu się cieplej na sercu, bo kiedy był młodszy, mama zawsze go tak okrywała. Co ciekawe, przecież niedawno nawet nad tym rozmyślał…

Nie wiedząc, którą z kwestii chciał poruszyć jako pierwszą, klasnął w dłonie.

– Czemu wymknąłeś się do Hogsmeade…? – zapytał z wahaniem.

– Chciałem cię powstrzymać. – Gryfon spuścił wzrok. – Przepraszam.

Westchnął.

– Skończ z przepraszaniem, bo nie zrobiłeś nic złego. Z naszej dwójki to ja byłem idiotą – podsumował niespokojnie. – Leżysz w łóżku z mojej winy, więc pozwól, że powiem… przepraszam.

Hugo nie odpowiedział, a zagapił się na niego z osobliwym wyrazem twarzy, Wyglądał, jakby nieźle główkował. Najprawdopodobniej próbował przetrawić fakt, że starszy kuzyn dobrowolnie przyznał się do głupoty i choćby chciał… nie mógł w żaden sposób zaprzeczyć temu stwierdzeniu, a tym bardziej zanegować faktu, że rzeczywiście leży w skrzydle szpitalnym…

Albus czekał, aż Hugo przyjmie jego przeprosiny, ale nic takiego nie nastąpiło. Chłopiec jakby zaniemówił, a to zdecydowanie było niecodzienne.

– Może razem polatamy, jak trochę ci się polepszy? – Uśmiechnął się, zrezygnowany. – Jak będziesz chciał, możemy spędzić w powietrzu nawet cały dzień! – dodał, włożywszy w to maksimum entuzjazmu. Wiedział, że kuzyn domagał się tego od dłuższego czasu, więc propozycja na pewno podniesie go na duchu…

– Nie wiem, chyba jednak nie lubię miotły – odpowiedział ze spokojem chłopiec. – Spróbowałem się przekonać, ale to nie dla mnie. 

Żołądek ślizgona zacisnął się z niepokoju.

– Nie masz ochoty...? – zapytał głupio.

– Nieszczególnie. – Hugo wzruszył ramionami i zaczął błądzić spojrzeniem po kołdrze. Zdecydowanie nie chciał nawiązać kontaktu wzrokowego, podczas gdy rozmówca usilnie starał się nie marszczyć czoła. – Czy mógłbyś znaleźć moją mamę? Jednak nie chce mi się tak bardzo pić – dodał grzecznie.

Albus gapił się na niego przez dłuższy czas, niedowierzając temu, co właśnie usłyszał. Zrozumienie przyszło nagle. Tłumaczenia Hugona były zbędne, bo przecież wiedział, że woda stanowiła tylko wymówkę.

– Co? Tak. Tak, jasne – odpowiedział, natychmiast wstając z krzesła.

– Dzięki – burknął pod nosem chłopiec.

Albus podszedł ze smutkiem do zasłony łóżka. Właśnie uświadomił sobie, że Hugo przestał w nim widzieć swojego idola. Najgorsze, że wiedział, z jakiego powodu. Stracił zaufanie kuzyna, stracił uznanie, którym go darzył.

Wyszedł, uprzednio wytarłszy samotną łzę. Czuł się wymemłany i przeżuty. Scorpius miał całkowitą rację – nadeszły spore zmiany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz