Ostatnie dni lata przeleciały w niezręcznych ciszach i z bardzo dużym bólem oka. Albus codziennie spoglądał w lustro w łazience, mając nadzieję, że zobaczy, że zarówno obrzęk się zmniejsza, jak i kolor znika, ale się rozczarowywał. Lód nie pomógł – bał się wyjaśniać swoim przyjaciołom, skąd nabawił się śliwy i ciągle kombinował nad dobrym wytłumaczeniem.
W międzyczasie rodzice zachowywali się dość osobliwie. Wydawało mu się, że ojciec żałuje, że opowiedział mu tak dużo o zamieszkach i nie próbował nawet normalnie z nim porozmawiać, ale jednocześnie sprawiał wrażenie, jakby go to bolało. Wyglądało na to, że nie miał o czym rozmawiać ze swoim synem. Matka z kolei, wypominała im kiedy tylko mogła zdarzenie na Pokątnej, jakby wyrzuty mogły odwrócić bieg wydarzeń.
– Wyprasowałam twoje ubrania – zakomunikowała, wchodząc do kuchni i nalewając sobie szklankę mleka.
– Okej – odpowiedział prosto.
– Zapakowałeś wszystkie książki?
– Tak.
– A różdżkę?
– Tak. Mamo, przecież wiesz, że zawsze pakuję się wcześniej – dodał z irytacją.
– Och, najmocniej przepraszam – powiedziała głosem ociekającym sarkazmem. Była odwrócona do niego plecami, robiła sobie herbaty. – Po prostu czasami dzieci nie zawsze myślą na zapas. Czasami robią rzeczy takie jak och, no nie wiem, może wlatują w tłum rozszalałych lu...
– Proszę, nie zaczynaj – westchnął.
Niemal już wychodził z kuchni, kiedy Ginny ponownie się odezwała.
– James jest spakowany?
– Tak sądzę...
– No to lepiej bądź pewien! – powiedziała.
Wyszedł więc z kuchni, mamrocząc pod nosem. Oprócz ciągłego wypominania minionych wydarzeń i nieostrożności swoich dzieci, ogółem wydawała się dosyć nieprzyjemna. Jej temperament ciągle dawał o sobie znać – i był to kolejny dobry powód, żeby wrócić do Hogwartu.
Wszedł po schodach i zapukał do drzwi Jamesa, przez które – oczywiście – cały czas słychać było głośną muzykę. Zapukał więc jeszcze raz, o wiele, wiele mocniej i ku swojemu zaskoczeniu, brat w końcu się odezwał.
– Czego? – zapytał, zirytowany.
– Mama mówi...
– Tak, tak. – James go zlekceważył.
– ...że masz się spakować...
– Spakować się, wiem! – przekrzyczał muzykę gryfon. – Już się za to zabieram! – dodał, choć Albus dostrzegł rozłożony na jego łóżku list. Jeśli się nie mylił, brat był właśnie w trakcie czytania wyznań jednej ze swoich licznych przyjaciółek.
Jaimie zatrzasnął mu drzwi przed nosem, kiedy tylko zauważył, że został przyłapany na gorącym uczynku. Trochę niezadowolony chłopiec położył się na łóżku i spróbował się przespać.
Ostatnio miał z tym trudności. Każdego poranka budził się z mokrą, przyklejoną do ciała koszulą, wściekle mrugając oczami z powodu światła, którego w rzeczywistości nawet nie było w ciemnym pokoju.
W jakiś sposób wiedział, że nieprzyjemne pobudki poprzedzał szczególny sen, choć nie do końca był pewien, o czym on był. Nigdy nie mógł go sobie przypomnieć. W nocy położył się spać, nie skupiając się nawet na następnym dniu, w którym miał wyjechać do Hogwartu. Zastanawiał się potem, o czym tak mniej więcej śnił. Miał nieodparte wrażenie, że ktoś się w nim krztusił oraz pamiętał straszny śmiech... I chyba też jakiś chichot...
Stał w pustym, białym pokoju w kształcie kwadratu, w którym znajdowało się jedynie jedno, srebrne krzesło, leżące zapomniane na podłodze. Naprzeciwko niego znajdował się skulony ze strachu człowiek. Jego długie blond włosy przykleiły się do spoconej twarzy, a elektryzujące niebieskie oczy drgały, jakby w niedowierzaniu przed tym, co widział.
– Bardzo mi przykro – powiedział głosem w ogóle niepasującym do wyglądu; dźwięki, które opuszczały jego usta, przypominały skrzek. – Nie chciałem nikogo skrzywdzić...
Albus zignorował go. Uniósł różdżkę i zobaczył, że to nie była jego zwyczajowa różdżka. Ta była cała złota, miała jedynie czarny uchwyt. Zaśmiał się złośliwie, słysząc przeprosiny Sebastiana Darvy'ego i pomimo obłąkanego śmiechu zdołał wymamrotać dwa słowa. Zielone światło zalało biały pokój...
– SZESNASTY ROK ŻYCIA, JAMES! MAJĄC SZESNAŚCIE LAT, NADAL NIE NAUCZYŁEŚ SIĘ PAKOWAĆ DO SZKOŁY?
Chłopiec prawie wyskoczył z łóżka. Rozejrzał się, oszołomiony hałasem i zorientował, że po szyi spływa mu pot. Cholera, znowu miał ten sen. O czym był?
Nie mógł się jednak skupić, ponieważ matka nadal krzyczała.
– Nie wiem co mam z tobą zrobić, James! Wiem, że kazano ci się spakować. Kazałam Albusowi ci o tym przypomnieć!
– Nic mi nie powiedział! – Ślizgon usłyszał kłamstwo Jamesa. – Zamknął się na całą noc!
– Och, chyba żartujesz – wymamrotał do siebie, wygrzebując się z pościeli i przeszukał wzrokiem pokój, by dostrzec swój kufer. Miał nadzieję, że nie spakował się jedynie w majakach sennych...
Na szczęście tak nie było – wszystko było starannie popakowane, czekając na schowanie w magicznie powiększonym samochodzie. Odetchnąwszy z ulgą, szybko otworzył drzwi i wystawił głowę. Niemożliwe, żeby był już ranek...
Niestety. W łazience światło było włączone i płynęła woda, wskazując, że Lily była już tam od dwudziestu minut. Albus wskoczył na schody, próbując wyłapać resztę kłótni, która w ciągu kilku chwil z głośnej zamieniła się w cichą.
– Po prostu... po prostu tego nie rozumiem, James – powiedziała powoli Ginny, wymachując rękami, kiedy wrzucała jego książki do kufra. Ślizgona zalało nagłe uczucie deja vu. Czy nie to samo działo się w zeszłych latach? – Każdego roku. KAŻDEGO ROKU. A tym razem nie mamy samochodu z Ministerstwa...
– Czekaj, co? – zapytał Albus, czym zwrócił na siebie uwagę matki.
– Och, jak dobrze, że jesteś – stwierdziła. – Nie powiedziałeś wczoraj Jamesowi, żeby się spakował?
– Powiedziałem!
– Nieprawda! – powiedział Jaimie, wrzucając do kufra dużą książkę oprawioną w skórę, tak niedbale, że Albus niemal usłyszał płacz biednych kartek.
– Kłamiesz! – odpowiedział. – Zapukałem, a ty mi powiedziałeś, że już się pakujesz...
– To nigdy się nie wydarzyło...
– Och, daj spokój...
– Przestańcie! – przerwała im matka. – Przestańcie. James, pakuj się. Albus – idź zjeść śniadanie. I pospiesz się!
– Czekaj, a jak się dostaniemy na peron? – zapytał.
– Twój ojciec nas zawiezie. Skoro Ministerstwo nie udostępni nam w tym roku samochodu, musimy użyć naszego. I tak, to znaczy, że nie przyspieszymy jazdy, więc się pospieszcie!
Chłopiec wszedł do kuchni i zobaczył swojego tatę siedzącego przy stole, trzymającego PROROKA CODZIENNEGO opartego o kubek kawy. Zauważywszy syna, Harry podniósł głowę.
– Dzień dobry – powiedział.
– Dobry – odpowiedział niedbale, dostrzegając talerz jajek i kiełbasek, które ugotowała jego matka. Nałożył sobie porcję, a następnie zjadł w milczeniu.
Ciche śniadanie zakończyła Ginny, zwołując całą gromadkę. James właśnie kończył pakowanie, mrucząc przy tym pod nosem coś, co brzmiało jak „dorosły mężczyzna” i „kapitan quidditcha”. Po paru minutach krzątaniny, podczas której Albus ubrał się w normalne, mugolskie ubrania (przebierze się przecież w pociągu), a potem cała piątka wyszła z rezydencji Potterów.
Im bliżej podchodzili starego, zardzewiałego, czerwonego samochodu, tym lepiej przypominał sobie, jak ciężka była ostatnia nim podróż. Było to pierwszego dnia jego pierwszego roku. Pamiętał, jak bardzo niewygodna była ta jazda, kiedy cała trójka siedziała z tyłu. Pamiętał, jak James szydził z niego, że skończy w Slytherinie – wtedy Albus gwałtownie zaprzeczał.
Uśmiechając się nieznacznie, patrzył, jak ojciec otwiera tył pojazdu, który jak wiedział, był magicznie powiększony. Wszystkie kufry zostały umieszczone w bagażniku, a trójka dzieci zapakowała się na siedzenia, w kolejności na podstawie wieku – James wszedł jako pierwszy, a Lily jako ostatnia. Albus siedział pośrodku w pełni świadomy, że jemu było najbardziej niewygodnie.
– Okej, powinniśmy się spieszyć – powiedział ojciec, uruchamiając samochód, ustawiając lusterko i uśmiechając się nerwowo do żony. Albus wiedział, że tata lekko się denerwuje. Najprawdopodobniej nie prowadził auta, odkąd ostatnio nim jechali.
– Ostatni raz – powiedziała matka. – Wszyscy wszystko mają?
– Tak, mamo! – odpowiedzieli chórem, po czym wyjechali.
Atmosfera jazdy była łatwa do przewidzenia. W ciągu kilku sekund każdy z nich zaczął się kłócić o wiele drobiazgów, w tym o miejsce w aucie.
– Zejdź z mojej strony... – powiedział James.
– Jestem na środku – walczył.
– Mamo, stopa Albusa jest po mojej części – skarżyła się Lily.
– To Jamesa...!
– James, weź swoją stopę z części siostry – powiedział ojciec.
– Nie mogę – Albus mi przeszkadza...
– Och, gówno pra...
– Język – upomniała go lodowato matka, po czym zapadła kilkusekundowa cisza, którą przełamała Lilka.
– Mamo, James stroi do mnie miny – poskarżyła się.
– Ziewałem...
– Przez całą minutę!
Tym razem to matka się do nich odwróciła.
– Cisza! – powiedziała. – Albo przysięgam, zawrócimy auto i będziecie się uczyć w domu!
Cała trójka zamilkła.
– Ojciec prowadzi – kontynuowała mama. – Dajcie mu się skoncentrować...
Jak się okazało, tata był o wiele lepszym kierowcą niż wujek Ron – i o wiele cichszym. Nie wyglądał przez okno, wrzeszcząc na kogoś, nikt na niego nie zatrąbił oraz wydawał się być o wiele bardziej zrelaksowany, prowadząc samochód. Albus zauważył, że parokrotnie sprawdzał coś we wstecznym lusterku – i aż dwa razy ich zielone oczy się spotkały.
Dotarli na stację dużo przed czasem i wszyscy niby przypadkiem prześlizgnęli się przez barierkę. Ostatecznie mieli mnóstwo czasu na znalezienie przyjaciół.
– Czekamy na wujka Rona? – zapytała Lily.
Ojciec sprawdził zegarek.
– Powinni tutaj za niedługo być. Wiem, że wujek George zawsze się spóźnia. Może byście poszli poszukać znajomych i spotkamy się tutaj za trochę?
Jamesowi nie trzeba było mówić dwa razy – odepchnął swój kufer i natychmiast zniknął w tłumie ludzi. Albus chciał podążyć za nim, ale zatrzymała go ręka na ramieniu.
– Mogę z tobą przez sekundę porozmawiać ? – zapytał go ojciec.
Kiwnął więc głową i poszedł za nim z daleka od mamy i Lily, które stały niedaleko barierki, czekając na resztę rodziny. Kiedy pokonali znaczną odległość, Harry odwrócił się do syna. Wyglądał na bardzo spiętego.
– Albusie, posłuchaj. Ja po prostu...
Chłopiec obserwował, jak tata męczy się ze słowami. Zaczął wyginać nieco palce, a na czole pojawiły mu się zmarszczki, jeszcze bardziej zauważalne dzięki bliźnie w kształcie błyskawicy, którą posiadał.
– Tak? – zapytał, chcąc już iść szukać przyjaciół.
Ojciec pokręcił głową.
– Nieważne – stwierdził. – Idź... idź znaleźć kolegów.
Chłopiec obdarzył mężczyznę zdziwionym spojrzeniem, po czym odwrócił się i przeszedł przez platformę. Cóż za niezręczny moment. Zdążył się już przyzwyczaić do tej ciszy – ale to było o wiele dziwniejsze. Tata naprawdę chciał mu coś powiedzieć, ale nie był w stanie.
Mknął przez peron dziewięć i trzy czwarte, mając oczy szeroko otwarte w poszukiwaniu wysokiego, głupio wyglądającego ucznia, w którym rozpozna Morrisona. Albus bardzo chciał go znaleźć. Zamieszki tak go rozproszyły, że nigdy mu nie odpisał i chciał mu się pochwalić, że został mianowany kapitanem drużyny quidditcha. Morrison nie był jednak pierwszą przyjazną twarzą, którą znalazł. Przechodząc przez tłum, dostrzegł pchającą bagaż Mirrę.
Zarumieniwszy się, zaczął iść w jej kierunku, próbując zobaczyć, jak wiele się zmieniła od poprzedniego roku. Nie wyglądała na znacznie wyższą, chociaż jej czarne włosy były dłuższe i lekko się kręciły. Była równie ładna co zwykle. Ślizgon podszedł do niej z wysoko uniesioną głową, mając nadzieję, że dzięki temu będzie promieniował pewnością siebie i fajnością.
Odwróciła się i zobaczyła go, gdy był już niedaleko. Uśmiechając się, porzuciła swój kufer.
– Albusie! – powiedziała i zauważył, że jej głos też się nie zmienił.
– Hej – powiedział głosem o wiele dojrzalszym aniżeli w samochodzie.
Również zostawił kufer i wyciągnął ręce, żeby się uściskać. Znajome uczucie ciepła rozprzestrzeniło się po jego ciele i o mało co nie powąchał jej włosów. Na szczęście opanował się w ostatnim momencie. Mimo to wciąż istniała szansa, że zostanie pocałowany w policzek...
Kiedy skończyli się ściskać, odsunęła się nieznacznie i mu się przyjrzała. Wtem przez jej twarz przyozdobił dziwny grymas. Uśmiechnął się do niej, czekając na...
– O mój boże! – powiedziała, zakrywając usta ręką. – Co ci się stało w oko?
– Co? A, tak... – powiedział, marszcząc brwi. Kompletnie zapomniał o podbitym oku i dopiero teraz uświadomił sobie, że nie ma żadnego usprawiedliwienia. Czy nie myślał o jakimś? – Quidditch – powiedział szybko, mając nadzieję, że podłapie temat i będzie jej mógł powiedzieć o mianowaniu na kapitana.
– Quidditch? – zapytała zakłopotana. – Kiedy?
– Och, parę dni temu grałem z rodziną – skłamał. – Leciałem po znicza i oberwałem. Oczywiście, udało mi się go złapać! – dodał, zastanawiając się, jak bardzo opowieść jest wiarygodna. – Rozsadziliśmy drugą drużynę... – Wtedy zrozumiał, że zwycięstwo ledwo, ledwo było lepszą historią. – To znaczy, ogólnie przegrywaliśmy, ale moja akcja nas uratowała. Ale tak, właśnie wtedy, kiedy nurkowałem...
Zostało mu jednak przerwane. Odwracając się, zobaczył, że zmierza w ich kierunku Rose ze swoim kufrem. Mirra szybko się odwróciła i zaczęła z nią przytulać. Skoncentrowały się na sobie tak bardzo, że Albus wątpił, czy któraś w ogóle zauważyła, że wciąż tam stał.
Klepnął kuzynkę w ramię.
– Właśnie mówiłem, że...
Rose jednak go zignorowała, w zamian paplając o wakacjach z Mirrą. Najprawdopodobniej nieświadomie, ale jednak, zarzuciła rudymi włosami i tym samym go nimi uderzyła. Uznał to za znak, żeby się zbierać.
– Dobrze, to złapię was później – powiedział głośno, mocno zawiedziony, starając się nie pokazywać tego na twarzy.
Jeśli Mirra go usłyszała, nie dała tego po sobie poznać – nadal plotkowała z Rose. Zaczął spacerować po platformie, obserwując znajome twarze. Zobaczył Bartleby'ego Binga, kolegę ze Slytherinu z tego samego roku, rozmawiającego ze swoją matką i osobą, wyglądającą na straszą siostrę. Niedaleko niego stał Parish Milton z Ravenclawu – chłopiec poznał jego nazwisko na zeszłorocznej obronie przed czarną magią. Już miał się odwracać, by wrócić do swojej rodziny, gdy usłyszał, jak ktoś go woła.
– Ahoj, Albusie!
Odwrócił się i zobaczył Morrisona, który wyglądał... jak zwykle. W przeciwieństwie do zeszłego roku, gdy urósł i pojawiły mu się wąsy (albo wydawały się urosnąć), wyglądał całkiem normalnie. Nie miał zarostu na twarzy i nie wydawał się być wyższy. Albus się tego spodziewał. Nie mógł sobie wyobrazić przyjaciela znowu skaczącego ze wzrostem. Gdyby w tak szybkim tempie dochodziłyby mu centymetry, w momencie opuszczania szkoły z pewnością dorównałby Hagridowi.
– Co ci się stało w oko? – zapytał przerażony Morrison, gdy tylko się zbliżył; mimo to przybili sobie piątki.
– Dłuższa historia – odpowiedział Albus. – Ale Mirze powiedziałem, że to wypadek podczas gry w quidditcha.
– A, jarzę – powiedział Vincent z bezczelnym uśmiechem. Oparł się wygodnie o swój kufer, drapiąc się po brązowych, mysich włosach. – Więc wciąż ci nie przeszło. Jak tam? Widziałeś ją już?
– Tak, jest z Rose – odpowiedział, rzucając złowieszcze spojrzenie w kierunku, w którym stały, choć znajdowały się tak daleko, że nie można było ich dostrzec. – I ledwo co mogłem z nią porozmawiać, Rose mi ucięła...
– Tak, ona ma do tego tendencję – stwierdził Morrison. – Więc co się dzieje? Coś się stało w lecie?
– Trochę – powiedział Albus, zdając sobie jednocześnie sprawę, jak bardzo chce opowiedzieć o zamieszkach. – Ale o tym później. – Chciał, żeby był tutaj też Scorpius. – Jak twoja nowa miotła?
Morrison wzruszył ramionami.
– W porządku. Latałem całe lato, robię się całkiem niezły. Myślę, że tym razem naprawdę spróbuję się dostać do drużyny. Atticus już opuścił szkołę, prawda? Muszę więc zaimponować nowemu kapitanowi i będę w...
Albus uśmiechnął się szeroko.
– Mam wrażenie, że cię polubi – powiedział, mając nadzieję, że nie zaskoczył zbytnio przyjaciela. Chciał, by w momencie przechwałki, byli we trójkę.
– Znasz go? – zapytał Morrison.
– Spotkaliśmy się już – rzekł krótko. – Widziałeś może Scorpiusa?
– Nie, ale zwykle się trochę spóźnia, prawda? Chodź, przejdziemy się trochę. Słyszałem, że Melonie Grue naprawdę zaokrągliła się całkiem ładnie podczas tego lata...
Zaczęli przepychać się przez tłum ludzi, pchając swoje kufry. Morrison używał swojego ciała, aby oczyścić drogę i ułatwić im życie. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, zwracali uwagę na znajome twarze i im machali. Potter raczej słuchał – Vincent narzekał zaś na swoje wakacje.
– Moja siostra ma teraz nowego chłopaka. Przysięgam, co miesiąc chodzi z innym. Powiedziałem do niego – Michaela – „Wiesz, że Lisa była wcześniej zaręczona, prawda?” Wtedy weszła i zaczęła tyradę, że nie powinienem mówić o rzeczach, których nie rozumiem i trzymać gębę na kłódkę w jego towarzystwie. Ale wiesz, to też mój dom – mam prawo rozmawiać z gościem, który najprawdopodobniej zagarnie mój pokój, a ja będę musiał spać na tej cholernej kanapie. O, i czy mówiłem ci? Trelawney przydzieliła nam nową książkę. Najgłupsza, jaką do tej pory przeczytałem, niemal ją zwróciłem. Powinienem porzucić wróżbiarstwo i, za waszym przykładem, spróbować mugoloznawstwa...
Chłopiec mówił bardzo szybko i Albus wiedział, że najprawdopodobniej trochę mu to jeszcze zajmie. Ledwo co go jednak słuchał. Wzrokiem szukał blond włosów, ale nigdzie nie mógł dostrzec spiczastej twarzy czy bladych policzków, które wskazywałyby na pojawienie się Scorpiusa.
W końcu obaj zrezygnowali z poszukiwań przyjaciela, wiedząc, że i tak spotkają się z nim w pociągu. Albus zaczął się kierować ku swojej rodzinie. Miał piętnaście minut do odjazdu ekspresu i wiedział, że musi się jeszcze pożegnać.
– A ty nie chcesz się pogadać jeszcze z rodzicami? – zapytał Morrisona.
Przyjaciel zaśmiał się głośno.
– Stary, moja rodzina odjechała, gdy wciąż się wypakowywałem z bagażnika. Tkwiłem tutaj z godzinę, zanim się pojawiłeś. Ten gruby facet, co pilnuje wszystkiego na zewnątrz, doczepił się do mnie, że niby pojawiłem się o wiele za wcześnie...
Chłopiec poprowadził go więc do swojej rodziny, która – z wyjątkiem Rose – czekała na odjazd pociągu. Ojciec wyglądał na bardzo zniecierpliwionego i ślizgon wiedział dlaczego. Platforma była coraz bardziej zatłoczona i ludzie zaczynali się na niego gapić. Wujek Ron z kolei zdawał się tym w ogóle nie przejmować.
– W porządku, Albusie? – zapytał wujek, gdy się do nich zbliżyli; potem uścisnął dłoń Morrisona. – Vincent, czy jakoś tak?
Morrison kiwnął głową i uścisnął wyciągniętą dłoń. Szybko złapał dobry kontakt z Ronem Weasleyem, bo po chwili już obaj się śmiali z czegoś niedojrzałego. Albus odwrócił się do matki, która akurat rozmawiała z Lily.
– I pamiętaj, że możesz do mnie zawsze napisać...
– Wiem, mamo!
– A jeśli będziesz miała problem z innymi uczniami, powiesz...? – Ginny zrobiła pauzę, by jej córka mogła odpowiedzieć.
– Jamesowi?
– Absolutnie nie! – matka skomentowała głośnie. – Nauczycielowi. Neville bardzo chętnie ci pomoże...
Wujek George pouczał Freddy'ego, podczas gdy Roxanne stała obok, będąc jeszcze za małą na Hogwart. Nie wyglądała jednak, jakby bardzo ją to bolało. Raczej wydawała się zadowolona, że będzie miała dom na wyłączność, bez kręcącego się wokół starszego brata. Kilka metrów dalej stał wujek Percy ze swoimi córkami.
– Co z pracami domowymi? – zapytał je.
– Będziemy odrabiać – powiedziała Molly.
– Nawet te dodatkowe – dodała Lucy.
– Dlaczego? – drążył wujek.
Obie westchnęły i jednocześnie powiedziały:
– Abyśmy mogły być pierwszą parą naczelnych prefektów dziewcząt w historii Hogwartu.
– Dokładnie...
Gdy po peronie rozległ się donośny gwizdek, Albus uświadomił sobie, że Rose musiała już dawno wsiąść do pociągu razem z Mirą. Zaczął się przyglądać, jak jego młodsze kuzynostwo jest ściskane (nawet James uściskał lekko mamę), po czym poczuł, jak czyjeś ramiona niespodziewanie go obejmują.
To był ojciec.
– Dbaj o siebie, synu – powiedział szybko, przytulając go mocniej, a następnie odszedł do Lily, zanim Albus był w stanie mu cokolwiek odpowiedzieć. Nieco przestraszony przyglądał się, jak Morrison pakuje ich oba ślizgońskie kufry do pociągu, a potem zabiera się za weasleyowskie.
– Dziękuję ci, skarbie – podziękowała ciocia Hermiona, po czym chwyciła kufer Hugona i pocałowała syna w policzek. Wszyscy inni też już się żegnali ze swoimi pociechami.
Chłopcy wsiedli do pociągu. Albus przez moment przyglądał się, jak matka mu macha. Kuzynostwo i reszta rodzeństwa wsiadła tuż za nimi. Nie minęło dużo czasu, jak reszta rodzina przyłączyła się do machania. Morrison dołączył do niego – wyglądał naprawdę komicznie, żegnając się z ludźmi, których praktycznie nie znał. Wkrótce pociąg ruszył i powoli przyspieszał. Po chwili Potterowie zupełnie zniknęli z zasięgu wzroku.
– Znajdźmy naszego drogiego przyjaciela – powiedział Morrison z udawanym akcentem.
Albus zachichotał, po czym obaj zaczęli się przepychać. Wtedy też poczuł szarpnięcie za koszulę.
– Czy mogę z wami...? – zaczął Hugo, ale wtedy odezwał się Fred.
– Hugo! – zawołał z ostatniego przedziału. – Tutaj jest dużo miejsca!
Albus patrzył przez moment, jak młodszy chłopiec rzuca mu wściekłe spojrzenie. Ostatecznie, po chwili wahania, bez słowa sprzeciwu poszedł w tamtym kierunku.
Ślizgon, nieco zdezorientowany, podążył za Morrisonem, od czasu do czasu wsadzając głowę do przedziałów, szukając blond włosów Malfoya. Gdy go znaleźli, wyglądał na całkowicie znudzonego. Wciąż czesał się do tyłu i miał bladą cerę. Gdy weszli, szybko się jednak ożywił.
– Zajęte – zażartował, gdy Morrison zaczął siadać. Albus usiadł naprzeciwko niego, obok Scorpiusa. Wszyscy przybili sobie piątki, choć to brunet przywitał się z nim pierwszy.
– Jak minęło ci lato? – spytał grzecznie.
Malfoy wzruszył ramionami.
– Nie mogę narzekać – powiedział. – A jak tam u ciebie? Co ci się stało z okiem? Wyglądasz, jakbyś przegrał walkę z drzwiami.
Albus spojrzał na niego chłodno, a potem się uśmiechnął. Teraz był doskonały moment, żeby opowiedzieć swoją historię.
– Okej – zaczął. – Więc, pod koniec wakacji poszedłem na Pokątną...
– Niemożliwe! – krzyknął Morrison, nagle się prostując. – Byłeś na tych zamieszkach?
– Co? Jak...?
– Byłeś tam? – dopytywał Scorpius.
– Skąd o nich wiecie? – zapytał, lekko rozczarowany.
– Żartujesz, prawda? – spytał Morrison, najwyraźniej zdumiony jego głupotą. – Stary, nie czytasz PROROKA...?
– Nie – odpowiedział szczerze Albus. Nigdy nie czuł większego zainteresowania gazetami, a teraz to już w ogóle, odkąd jego ojciec stał się najbardziej oczernianym i znienawidzonym człowiekiem we wszechświecie. Wtedy też przypomniał sobie swoje obawy dotyczące zachowania kolegów, gdy już znajdzie się w Hogwarcie. Do tej pory nie oberwał ani razu, ani nikt mu nie rzucił żadnego nienawistnego spojrzenia... To był bardzo dobry znak.
– To było info tygodnia – wyjaśnił Scorpius. – Wszyscy o tym mówili.
– Naprawdę tam byłeś? – zapytał podekscytowany Morrison. – Widziałeś, jak rzucili się na scenę i zaatakowali tego całego Waddlesa?
– Nie, ale widziałem go potem, jak jeden z jego ochroniarzy dosłownie kimś rzucił.
Przyjaciele wymienili spojrzenia pełne radości. Albus chrząknął, po czym zaczął opowiadać całą historię. Zaczął od wbiegającego w zdziczały tłum Jamesa, a skończył na świstokliku wprost do rezydencji Potterów. Oczywiście zmienił kilka szczegółów – na początku dał im wyraźnie do zrozumienia, że stoczył całkiem dobrą walkę z młodym mężczyzną, który go zaatakował, a podbite oko było wynikiem pojedynczego uderzenia tego frajera. Pominął też moment, w którym niemal stracił nad sobą panowanie i przebudził tę dziwaczną moc – bardziej skupił się na otaczającym go wtedy chaosie.
– Łał! – powiedział Morrison. – To jakieś szaleństwo. Chciałbym tam być i...
– Nie chciałbyś – odpowiedział mu Albus. – To było naprawdę straszne. Ludzie się przewracali, a wokoło latały oszałamiacze.
Miał ochotę się palnąć. Od razu wiedział, że popełnił gafę. Vincent wysunął lekko dolną wargę i zrobił żałosną minę.
– Och, mały Albus się przestraszył? – zadrwił. – Potrzebujesz pocieszenia...?
Scorpius się roześmiał i Potter zrozumiał, że jego historia właśnie straciła uznanie. Teraz gdy będą mu dokuczać, musi działać szybko.
– A więc, Score? – powiedział, odwracając się do kumpla. – Będziesz próbował w tym roku dostać się do naszej drużyny?
Malfoy uśmiechnął się szeroko.
– Mama mówi, że mogę grać tak długo, jak będę otrzymywał Wybitne.
– Wybitne? – krzyknął Morrison. – To śmieszne!
– Taka jest cena zabawy. – Scorpius zmrużył oczy.
– Nie dla mnie – odparował Morrison. – Ja będę grał z Nędznymi.
– Och, och, spokojnie – powiedział Albus, uśmiechając się promiennie. – Nie bądźcie tacy pewni, nie pozwoliłem wam jeszcze grać w drużynie...
Obaj przyjaciele patrzyli na niego w szoku z szeroko otwartymi oczami.
– Czekaj, co? – spytał zdezorientowany Morrison.
Albus uniósł dłoń do ust z udawanym zaskoczeniem.
– Ups! – powiedział. – Nie wspomniałem wam jeszcze, że zostałem nowym kapitanem?
Obaj nadal się na niego zwyczajnie gapili. Dopiero gdy sięgnął do kieszeni i wyciągnął lśniącą odznakę, obaj wydali z siebie głośne okrzyki.
– Teraz na pewno się dostaniemy! – ryknął Morrison.
Albus się zaczerwienił. Morrison i Scorpius byli jego najlepszymi przyjaciółmi, ale nie chciał, żeby obaj myśleli, że dzięki tej przyjaźni mają gwarantowane miejsca. W końcu, jako kapitan, będzie się musiał kierować dobrem zespołu. Mimo to, to było naprawdę przyjemne uczucie – być najważniejszą osobą w przedziale...
– Człowieku, nie jesteś nawet prefektem, a już zostałeś kapitanem quidditcha! Masz dopiero czternaście lat!
Scorpius potrząsnął głową i otarł udawaną łzę.
– Tak wiele się wydarzyło tego lata – powiedział. – Albus został kapitanem, a Morrison nauczył się liczyć do ponad dziesięciu. Moi chłopcy tak szybko rosną!
Cała trójka wybuchnęła śmiechem, a potem brunet chciał ich wypytać o pozycje, na które chcą startować, ale drzwi przedziału się otworzyły. Stały dwie osoby, a jedną z nich była Rose. Albus zamrugał zdziwiony, bo myślał, że towarzyszyć jej będzie Mirra. Był to jednak chłopiec, dość wysoki i przystojny. Miał długie, lśniące blond włosy, które wydawały się doskonale pasować do jego dłutem rzeźbionej twarzy. Wykonał ruch ręką, odrzucając włosy na plecy, po czym się uśmiechnął. Jego zęby były oślepiająco białe. Oczy miał tak błękitne, że Albus niemal się w nich zatracił. Miały cudowny odcień oceanu. Z transu wyrwał go dopiero głos kuzynki.
– Cześć, chłopaki – powiedziała Rose, podczas gdy ślizgon zauważył, że była już przebrana w uniform Hogwartu.
– Hej – odpowiedzieli razem.
– Kto to? – spytał Morrison.
Gryfonka zrobiła krok w bok.
– Nazywam się Lance – powiedział chłodno. – Lance Disona[1]. – Wyciągnął dłoń i uścisnął im wszystkim rękę. Dopiero wtedy Albus zauważył, że jego palce były całe obandażowane. To chyba była jego jedyna skaza na tym perfekcyjnym ciele.
Zanim jednak zdążył się przedstawić, chłopiec uśmiechnął się do niego.
– Słynny Albus Potter, oczywiście.
Ślizgon przygotował się mentalnie na jakąś zniewagę.
– Poprowadziłeś Slytherin do pierwszego od dłuższego czasu zwycięstwa Slytherinu w Pucharze Quidditcha. W finale grałeś po prostu fantastycznie – kontynuował blondyn.
– Dzięki – powiedział Albus, szczerząc się lekko. Właśnie miał też zapytać, czy chłopak gra dla Gryffindoru, ale wtedy zauważył, że także był przebrany w szkolne szaty. Czerń podszyta była żółcią. Lance Disona przynależał do Hufflepuffu.
– A co się stało z twoim okiem? – zapytał tonem sugerującym, że przeprowadza niewinne śledztwo.
– Zostałem zaatakowany przez hipogryfa – powiedział, nie czując się na siłach, żeby opowiadać któryś już raz tę samą historię. – A co z twoimi palcami? – spytał, równie przyjemnym tonem.
– Zaatakowała mnie mantykora – odpowiedział puchon. – Doprawdy, powinniśmy mieć mniej szalone wakacje, nieprawdaż?
Albus nieszczerze się roześmiał.
– W porządku. Jak już się wszyscy znamy, to mogę powiedzieć, dlaczego tu jestem – przerwała im prowokacyjnie Rose. – Mirra powiedziała, żebyście poczekali, jak wysiądziecie z pociągu. Chcemy jechać tym samym wozem.
– Sie wie – odpowiedział Morrison, po czym wszyscy się pożegnali. Kiedy tamci wyszli, Albus zauważył, że Scorpius dziwnie milczał.
– Widzieliście go kiedyś? – spytał powoli przyjaciół.
Obaj potrząsnęli głowami.
– Musi być od nas starszy – powiedział Albus. – Poznałbym go, gdyby był z naszego roku.
Scorpius zmrużył oczy.
– Czemu?
– Żartujesz? – spytał Morrison. – Ten koleś jest ekstra!
Obaj spojrzeli na niego tępo.
– Hej, jestem facetem i nie mam problemu z mówieniem tego. To przystojniaczek.
Albus zastanowił się przez chwilę, czy Morrison aby na pewno widział żółty kolor na jego szacie.
– Niezupełnie – zadrwił Scorpius. – Jak dla mnie to wyglądał całkiem przeciętnie. – Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć na ten temat, ale się powstrzymywał. – Coś jeszcze interesującego wydarzyło się w wakacje? – zmienił temat.
Morrison znowu zaczął narzekać na swoją siostrę, podczas gdy Albus zastanowił się, czy uchylić przyjaciołom rąbka tajemnicy o zamieszkach. Obaj wiedzieli, jak wyglądała sprawa z Darvym i zawsze potrafili dotrzymać sekretu. Żałował, że nie może napisać w tej sprawie do Fairharta. Z ojcem też nie mógł poruszyć tego tematu – między nimi wciąż nie było jakoś rewelacyjnie.
– Najgorsze jest to, że ona nie jest nawet czarownicą! Jest jak mugolka z magicznymi rodzicami. Nie może powiedzieć swojemu chłopakowi o Hogwarcie, więc powiedziała mu, że chodzę do szkoły dla nastoletnich kryminalistów! Co prawda wcześniej rozgruchotałem samochód, ale mogło się zdarzyć każdemu! – kontynuował Vincent.
Scorpius wydawał się słuchać go tylko jednym uchem – wyraźnie był zaabsorbowany czymś innym.
– Hej, a mogę o czymś z wami porozmawiać tak na szybko? – spytał Albus.
Morrison zamilkł.
– Jasne – odpowiedział Malfoy, najwyraźniej nieco zaintrygowany jego nagłym wtrąceniem.
Albus otworzył usta, ale zanim zdążył wypowiedzieć choćby słowo, przerwał mu Morrison.
– Momencik, stary. Scorpius? Mogę rzucić okiem na twoją książkę do zaawansowanych eliksirów? Kupiłem swoją, ale nie jestem pewien, czy aby tę właściwą. Chcę tylko sprawdzić. Dopiero teraz sobie przypomniałem.
– Jasne, jest w moim kufrze – powiedział blondyn. – Co mówiłeś? – zapytał, ponownie skupiając się na brunecie.
– Pamiętacie jak w zeszłym roku...?
Jego słowa zostały zagłuszone okrzykiem Morrisona, który szybko skoczył do tyłu, niemal się przewracając. Przez chwilę Albus siedział osłupiały, zastanawiając się, dlaczego Vincent tak zareagował. Powód poznał dopiero po chwili. Morrison w ręku nie miał książki do eliksirów, a gnijącą, szarą rękę, która chwyciła w żelazny uścisk jego nadgarstek i nie chciała puścić. Nie krzyknął, ale podskoczył w miejscu, kiedy Morrison się do niego odwrócił.
Scorpius zachichotał, po czym chwycił tę dłoń i lekko ją uścisnął. Zasuszona ręka puściła Morrisona, który przestał krzyczeć i trzymał się za ramię, wytrzeszczając oczy.
– Co to... co to jest? DLACZEGO NA SIEDEM PIEKIEŁ TRZYMASZ JAKIEŚ PODEJRZANE DŁONIE W KUFRZE?!
– Mógłbyś nieco się przymknąć? – zapytał Malfoy, nadal chichocząc. – To ręka Glorii, idioto. Jest naprawdę rzadka i nie robi nikomu krzywdy.
– Nie tego się obawiam! – powiedział ostro Morrison. – Martwię się, że wylądujesz w Azkabanie za zamordowanie jakiegoś biedaka!
– Ta ręka ma setki lat! Nikogo nie pokroiłem – wyjaśnił Scorpius. – Ręka jest naprawdę przydatna, dupku. Na przykład, trzyma ci świeczkę, a więc stanowi źródło światła. Nie jest żywa, ani nic w tym guście. Złapała cię, bo świeczki też łapie, ośle.
Albus przysunął się bliżej, bardzo ciekawy, dlaczego Malfoy ma coś takiego.
– Skąd ją masz?
– Dostałem na urodziny na drugim roku – powiedział blondyn. – Wcześniej należała do mojego taty.
– Dlaczego nigdy nam o tym nie powiedziałeś? – zapytał oburzony Morrison.
– Nie pytałeś...
– Nigdy też nie pytaliśmy cię, czy aby nie jesteś wampirem! – powiedział Vincent. – Albus powiedział nam o pelerynie!
Albus lekko się uśmiechnął. Nadal im nie powiedział, że brat dał mu Mapę Huncwotów – kolejne bardzo przydatne i oczywiście nielegalne narzędzie. To jednak nie był odpowiedni czas, żeby o tym wspominać.
– Ale dlaczego to masz? – spytał Scorpiusa. – Dlaczego teraz skoro dostałeś to dwa lata temu.
Malfoy się zaczerwienił.
– Po prostu... Nie wiem. Pomyślałem, że wolałbym mieć ją ze sobą w Hogwarcie, niż zostawiać w domu – stwierdził, jakby zawstydzony. – Tak jest bezpieczniej.
– Co jest u ciebie takiego niebezpiecznego? – zapytał brunet.
– No dalej, zero sekretów – dodał Morrison.
Przyjaciel odchrząknął.
– Po prostu... dziadek częściej wychodzi z domu i już kilka razy pytał mnie o tę rękę. Nie chcę, żeby jej używał – wytłumaczył ze zmarszczonymi brwiami.
Albus z zapałem kiwnął głową – doskonale to rozumiał. Dziadek Scorpiusa, Lucjusz Malfoy, jest byłym czarnoksiężnikiem i za czasów wojny był jednym z popleczników Lorda Voldemorta. Tę informację pozyskał właściwie od wujka Rona, który zwykł obrażać rodzinę Malfoyów (choć wydawał się lubić Scorpiusa), jak i od samego Lucjusza. Zaledwie dwa lata temu podsłuchał jego rozmowę z innym mrocznym czarodziejem o nazwisku Rookwood o jakichś ciemnych sprawkach. Jeśli częściej wychodził z domu, to automatycznie stawał się bardziej podejrzany. Ares w końcu zbierał zwolenników, prawda? I na pewno legendarna ręka Glorii, która dawała światła jedynie swojemu właścicielowi, byłaby przydatna w nocy na jakiejś odległej wyspie...
– Jestem pewien, że to tylko zbieg okoliczności – powiedział uspokajająco. – Ale wiem, o co ci chodzi.
Scorpius kiwnął głową, a Morrison wzruszył ramionami.
– No nie wiem – powiedział. – Może po prostu twój dziadek wychodzi, bo jesteś irytującym głupkiem?
Blondyn się uśmiechnął, po czym zgiął palce Glorii tak, że w górze został tylko ten środkowy. Wszyscy się roześmiali. Podczas reszty jazdy chłopcy wygłupiali się z udziałem ręki (grali w kalambury) i Albus zdecydował, że nie będzie przybliżać im sytuacji podczas zamieszek. Zbyt dobrze się teraz bawili. Nie było najmniejszego sensu w tym momencie wspominać o swojej niedoszłej, dziwacznej transformacji. Nie widział się z nimi tak długo i dopiero na nowo zaczynali do siebie przywykać.
Gdy pociąg zaczął zwalniać, przebrali się w szkolne szaty. Na dworze było ciemno.
Zostawili swoje kufry (w jednym z nich i rękę Glorii), po czym wyszli na zewnątrz.
– Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie!
Gdy ślizgon usłyszał znajomy głos, na jego twarzy momentalnie pojawił się uśmiech. Potem w ciemności zmrużył oczy i dostrzegł olbrzymią sylwetkę Hagrida.
– W porząsiu, Albusie? – zapytał gajowy, kiedy do niego podeszli.
– Jest dobrze – odpowiedział, zastanawiając się, dlaczego Hagrid jeszcze go nie zapytał o podbite oko, ale wtedy uświadomił sobie, że przecież stoją pośród kompletnej ciemnicy i zapewne mężczyzna zwyczajnie nie widział tej purpury zdobiącej jego twarz.
– Mam dla was parę świtnych lekcji. Se zobaczycie – zachichotał nauczyciel.
– Chimery? – Wyszczerzył się Morrison.
– Dopiero na piątym roku, ale wciąż będzie fajnie. – Uśmiechnął się Hagrid.
Akurat w tym momencie podjechały powozy, ciągnięte przez niewidzialne bestie. Albus pomachał gajowemu na pożegnanie, podczas gdy ten zaczynał kierować przerażonych pierwszaków do łódek – tradycyjnie mieli płynąć przez czarne jezioro. Stał więc i rozglądał się okazjonalnie w poszukiwaniu Mirry i Rose z nadzieją, że już teraz nie będą musieli znosić tych ich przygłupich gryfońskich palantów.
– Chodźmy – powiedział przyjaciel.
– Co...? – zapytał, widząc jak Scorpius wspina się do jednego z powozów. – Przecież mieliśmy poczekać...
– To zajmuje im wieki – odpowiedział blondyn, patrząc w ciemności na wolno zbliżające się gryfonki. Znienawidzeni Eckley i Hornsbrook byli z nimi, ale wydawali się wlec za dziewczynami, aniżeli iść koło nich. Zamiast tego, Rose szła ramię w ramię z Lance’em. Mirra zaś maszerowała z drugiej strony.
– Możemy przecież poczekać jeszcze z minutę...
– Och, daj spokój, stary – powiedział Morrison, także zajmując miejsce w powozie. – Jest lodowato.
Albus jęknął cicho, po czym dołączył do przyjaciół. Mirra go zobaczyła i skrzywiła się, zrozumiawszy, że nie poczekał. Do ich powozu weszła mała ślizgonka o imieniu Melonie. Miała okrągłe różowe policzki i blond włosy – była ich czwartym pasażerem. Teraz, jak o tym brunet pomyślał, to w sumie całkiem często przesiadywał z Melonie w pokoju wspólnym. Mimo to rozmawiali ze sobą dość rzadko. Morrison natychmiast rozpoczął z nią rozmowę, a Albus przyjrzał się Scorpiusowi, który oglądał się za siebie. Zaciekawiony, też rzucił okiem w tamtym kierunku i dostrzegł, że Mirra nadal stoi razem z Rose i Lance’em, czekając na powóz. Dziewczyna się skrzywiła, gdy zobaczyła, że na nich nie poczekali.
Podróż nie była długa, ale z niewiadomych przyczyn bardzo zimna. Skończył się właśnie sierpień i rozpoczął wrzesień. Wiało od początku miesiąca. Gdy w końcu wysiedli z powozu, cały się trząsł. Uczniowie natychmiast ruszyli do drzwi Hogwartu i Albus z wielką przyjemnością przywitał ciepło zamku.
– Jak dobrze być w ciepełku – powiedział do przyjaciół.
Scorpius ograniczył się do mało zobowiązującego chrząknięcia oznaczającego, że słucha i się zgadza.
– No. Teraz współczuję tym pierwszakom na jeziorze – powiedział Morrison, gdy kierowali się w stronę drzwi do Wielkiej Sali. Nie byli tam jednak pierwsi – przed nimi byli jeszcze siedmioroczni krukoni, trzymając wrota otwarte dla innych uczniów.
Komnata była, jak zwykle, fantastyczna. W wypolerowanej tafli podłogi odbijał się gwieździsty sufit. Stół nauczycielski był już pełen. Miejsce dyrektora szkoły zajmowała Profesor McGonagall, która objęła ten urząd zeszłego roku. Kobieta witała wchodzących podopiecznych kiwnięciem głowy.
Usiedli przy stole Slytherinu (Albus w środku, z Morrisonem i Scorpiusem po jednej i drugiej stronie – przez te wszystkie lata zdążył się już przyzwyczaić do tej konfiguracji) i z przerażeniem uświadomił sobie, że nie widzi części znajomych twarzy. W oczy rzucił mu się przede wszystkim brak Atticusa, byłego kapitana ślizgońskiej drużyny quidditcha, który ukończył już szkołę. Potem przypomniał sobie ostatnią rozmowę z nim, gdy absolwent mówił mu o „dobrym wyborze” na swojego następcę. Wspomnienie sprawiło, że szeroko się uśmiechnął.
Kilka minut później drzwi ponownie się otworzyły i do środka wkroczył profesor Longbottom – którego Albus mógł nazywać prywatnie Neville’em – razem z nadal przerażonymi pierwszorocznymi. Maluchy ustawiły się w rzędzie pomiędzy stołem puchonów a krukonów. Wciąż wyglądali na bardzo niepewnych. Czy tylko mu się wydawało, czy z roku na rok sprawiali wrażenie coraz to mniejszych?
Albus przyglądał się, jak nauczyciel zielarstwa odchodzi na moment, po czym wraca ze zniszczonym taboretkiem i jeszcze bardziej wyświechtaną Tiarą Przydziału. Wszystkie rozmowy i szepty natychmiast ucichły. Każdy patrzył na profesora, który trzymał wysoko stary kapelusz, który po chwili otworzył usta i zaśpiewał.
Och, a teraz jesteście w Hogwarcie,
Gdzie przygoda jest pewna!
Pełna książek, pokoi i zaklęć,
Nuda nie jest tu wymierna!
Wiem, co teraz myślicie – kapelusz mowę zna?
To nie jedyna ma zaleta!
W głąb waszych głów zajrzę,
I pokieruję was, gdzie będziecie gnać!
Może jesteś krukonem,
Co umysł ma analityczny?
A może ślizgonem,
Przebiegłym i ostrożnym,
Co zawsze wybiera praktycznie?
Może pisany ci Gryffindor,
Jeśli jesteś mężny i silny?
A może Hufflepuff,
Jeśli nie pasujesz gdzie indziej,
I jesteś lojalny?
Nie tylko przydzielam – niosę też przesłanie,
Ostrzeżenie godne zapamiętania!
Choć dzielę na cztery,
Ważne jest pojednanie!
Gdy już zostaniesz przydzielony,
Zmienisz się na lepsze!
Jeśli tylko stać będziesz pewnie,
Od reszty nieodłączony!
A teraz czas wypełnić moje przeznaczenie,
Więc krok w przód i niech rozpocznie się przydzielenie!
Gdy kapelusz gwałtownie zamknął swoje usta, cała komnata wybuchnęła oklaskami. Albus był nieco zaskoczony krótką wersją piosenki – zwykle była znacznie dłuższa, ale przyłączył się do klaskania. Kilku odważnych nawet zagwizdało, gdy Tiara ukłoniła się każdemu stołowi z osobna, po czym zamilkła i znieruchomiała, w pełni gotowa do wypełnienia swojego obowiązku.
– Kiedy wywołam wasze nazwisko, zrobicie krok i nałożycie sobie na głowę Tiarę Przydziału – wytłumaczył pierwszoroczniakom Neville.
Albus zauważył, że kilkoro westchnęło z wyraźną ulgą i zastanowił się, czego tak naprawdę się spodziewali. Potem ponownie skupił na profesorze.
– Arkin, Sonya!
Mała, grzecznie wyglądająca dziewczyna podeszła i nerwowo założyła kapelusz na głowę. Zaledwie kilka sekund później Tiara ryknęła „GRYFFINDOR!”
Albus przewrócił oczami i odwrócił głowę. Znowu to samo. Wygląda na to, że i tym razem większość nowych uczniów zostanie gryfonami. Najwyraźniej Gryffindor był jedynym domem, do którego warto jest zostać przydzielonym.
Jego przypuszczenia okazały się dość dokładne. Od czasu do czasu Tiara krzyczała „Ravenclaw” lub „Hufflepuff”, zaś „Slytherin” był rzadkością. W tym roku te przydziały jednak nie były aż tak bolesne, jak w zeszłym. Ostatnim razem musiał oglądać, jak całe jego kuzynostwo i młodsza siostra byli od niego oddzielani i kierowali się do rywalizującego ze Slytherinem stołu. Teraz niemal zasypiał.
Koniec końców, dom Salazara zyskał sześciu dodatkowych uczniów – trzech chłopców, z których dwóch było bliźniakami i trzy dziewczynki. Gdy go mijali, starał się przywitać ich z entuzjazmem, ale wszyscy szli ze świadomością, że nie dołączyli do cieszącego się szacunkiem domu.
Gdy zajęli swoje miejsca, pani dyrektor powstała.
– Dobry wieczór, uczniowie! – powiedziała pewnym głosem, przyglądając się wszystkim zgromadzonym w Wielkiej Sali. Jej twarz była poważna, a usta zaciśnięte w wąską linię. Budziła respekt. – Witam w kolejnym roku nauki! Nowych uczniów witam w ich pierwszym, niezapomnianym szkolnym dniu. Pozwólcie, że przypomnę się tym, którzy mają kiepską pamięć i przedstawię się tym, którzy widzą mnie po raz pierwszy – jestem dyrektorem szkoły i nazywam się Minerwa McGonagall. Hogwart zawsze był dla mnie czymś więcej niż domem i mam szczerą nadzieję, że dla was też stanie się takim miejscem.
Albus rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszyscy uczniowie patrzyli na kobietę wyczekująco, a kilku rozglądało się wokół. Wiedział dlaczego – każdy był ciekawy, co pani dyrektor powie na temat minionych zamieszek. Niemniej jednak się rozczarowali.
– Nim przystąpimy do wspaniałej uczty, kilka ogłoszeń – kontynuowała McGonagall. – Profesor Handit wraca na stanowisko pełnoetatowego nauczyciela obrony przed czarną magią. W poprzednim roku ktoś inny nauczał tego przedmiotu, ale teraz wracamy do korzeni. Profesor Handit był bardziej niż chętny do ponownego nauczania was obrony.
Nauczyciel otrzymał uprzejme oklaski, do których Albus także się przyłączył. Wiedział, że wielu uczniów wolało Fairharta, którego metody nauczania były bardziej mgliste i wciągające, lecz Handit też był dobrym wykładowcą. Co więcej, mężczyzna wydawał się być bardzo entuzjastycznie nastawiony, ponieważ machał radośnie ręką z szerokim uśmiechem na twarzy.
Ślizgon ponownie skupił swoją uwagę na panią dyrektor. Bez żadnych wątpliwości, teraz przedstawi im nowego mistrza eliksirów. Był ciekawy, kto został mianowany. Jakby na to nie patrzeć, uczniom został przydzielony zaawansowany podręcznik.
– Stanowisko nauczyciela eliksirów obejmie profesor Blackwood! To jej pierwszy rok w szkole i mam nadzieję, że powitacie ją z największym szacunkiem!
Profesor Blackwood wstała ze swojego miejsca. Otrzymała zdecydowanie więcej oklasków, niż poprzedni nauczyciel, ale Albus sądził, że zawdzięcza to swojemu wyglądowi. Kobieta miała proste, długie blond włosy opadające jej na ramiona i twarz w kształcie serca. Wydawała się surowa. Nie była ani stara, ani młoda. Najprawdopodobniej Harry Potter był od niej starszy tylko o kilka lat – nie dało się jednak zaprzeczyć, że wciąż widać w niej było młodzieńczą nutę. Przybrawszy nieczytelny wyraz twarzy, stała zupełnie nieruchomo.
Oklaski dla niej trwały też znacznie dłużej, niż dla profesora Handita. Albus usłyszał nawet, że ktoś gwiżdże. Postawiłby galeona, że to James.
Morrison też klaskał entuzjastycznie.
– A myślałem, że to profesor Bellinger jest gorąca – stwierdził bezczelnie. – Takiej dziewczyny właśnie potrzebuję.
Scorpius przewrócił oczami, a Albus się roześmiał. Profesor Blackwood przyjrzała się każdemu stołowi z osobna, a jej oczy przez dłuższy czas spoczywały na Slytherinie. Albus mógłby przysiąc, że rzuca im pogardliwe spojrzenia, choć może i była to jedynie sztuczka padającego na jej twarz światła. Wygładziła ekspresję, gdy McGonagall znów zabrała głos.
– Profesor Blackwood będzie także opiekunką Slytherinu – powiedziała pani dyrektor, kiedy klaskanie ucichło. – Co do reszty ogłoszeń: Zakazany Las jest, oczywiście, zakazany. Żaden uczeń nie ma pozwolenia na zbliżanie się do niego. Lekcje latania nie są obowiązkowe, ale zalecane. Chętnych zapraszam do zgłoszenia się do pana Wooda. Przypominam też kapitanom drużyn quidditcha o rozmowie z opiekunami swoich domów na temat harmonogramów treningów.
Albus pokiwał sobie na to głową (pomimo faktu, że McGonagall nie zwracała się bezpośrednio do niego) i w jakiś dziwny sposób wiedział, że jego brat też kiwał głową przy swoim stole. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to oznacza dość szybą rozmowę z profesor Blackwood.
Morrison także sobie to uświadomił.
– Szczęściarz – powiedział, dając mu lekkiego kuksańca w żebra. – Powiedz jej o mnie coś dobrego. Mam wrażenie, że z nią trzeba ostro, jeśli oczywiście wiesz, co mam na myśli.
Albus się zaśmiał, a pani dyrektor zapowiedziała ucztę. Stoły wypełniły się pysznym jedzeniem. Natychmiast sięgnął po kubek soku dyniowego, który przed momentem jeszcze był pusty i zaczął nabierać sobie smakołyków.
Rozmowa oczywiście dotyczyła nowej nauczycielki.
– Bellinger jest lepsza – powiedział Bartleby Bing.
Morrison zagapił się na niego.
– Jesteś szalony. Nie zrozum mnie źle. Bellinger jest okej, ale ta babka jest...
– Chłopcy – przerwała im chłodno Melonie Grue.
Vincent natychmiast się do niej odwrócił.
– No co? Nie ma nic złego w komplementowaniu atrakcyjnych kobiet. Właśnie z tego powodu kobiety się malują, prawda? Poza tym nigdy nie rozmawiałaś na temat przystojnych nauczycieli z koleżankami? Nigdy nie przyglądałaś się bliżej profesorowi Longbottomowi?
Melonie patrzyła na niego przez chwilę, po czym potrząsnęła głową i z niesmakiem wróciła do swojego talerza.
– A co z tobą, Scorpiusie? – zapytał Dante Haug. – Którą z nich wolisz?
– Żadną – odpowiedział sucho Malfoy, a Albus zauważył, że nawet nie sięgnął po jedzenie. Przy stole zapanowała cisza i wszyscy chłopcy natychmiast zaczęli się uważniej mu przypatrywać. Kiedy ten zauważył swoją pomyłkę, szybko nałożył sobie na talerz zapiekane ciasto z wołowiną i cynaderkami[2]. – To znaczy, że jedną i drugą. – dodał, wzruszając ramionami. Kilka osób roześmiało się głośno, a brunet zauważył, że Scorpius dyskretnie spojrzał przez ramię w bliżej nieokreślone miejsce.
Albus nie brał czynnego udziału w rozmowie. Chociaż nie mógł tego wyjaśnić, ale profesor Blackwood wydawała mu się dziwna. Dziwnie znajoma. Czy widział jej już gdzieś wcześniej?
Uczta trwała w najlepsze i z każdą sekundą było coraz bardziej radośnie i wesoło. W końcu profesor McGonagall obwieściła koniec i zagoniła wszystkich do łóżek. Do lochów więc zszedł absolutnie najedzony i szczęśliwy.
Jak tylko dotarli do odpowiedniej kamiennej ściany, piątoroczny prefekt imieniem Robert wypowiedział hasło i otworzył im przejście. Albus z zadowoleniem wszedł do pokoju wspólnego i przez moment próbował nacieszyć się jego obecnością. Niesamowite zielone światło dawało poczucie komfortu i nie pragnął już niczego więcej, jak tylko zapaść się w wygodnym, wyrzeźbionym w kamieniu fotelu. Powstrzymał go przed tym tylko przebłysk świadomości, że w dormitorium czeka na niego jeszcze cudowniejsze łóżko. Robert pokierował ich do odpowiednich pokoi i już po kilku sekundach był zakopany w kołdrze, ziewając i leniwie mrugając ciężkimi powiekami.
– Branoc – mruknął do pozostałych chłopców, którzy odmruknęli mu to samo.
Albus przewrócił się na bok. Ziewnął raz jeszcze, po czym wyszczerzył się do swojej poduszki. Wrócił do Hogwartu. Był ze swoimi przyjaciółmi. Znowu będzie grał w qudditcha i spotykał się z Mirrą w bibliotece. Znowu będzie męczył się nad pracami domowymi z Morrisonem i zdobywał najwyższe stopnie na eliksirach ze Scorpiusem.
Zasnął z uśmiechem na twarzy. Z jakiegoś dziwnego powodu wiedział, że tym razem nie obudzi się zlany potem.
[1] Nazwisko Lance'a jest anagramem do Adonisa, postaci greckiej, która postrzegana jest jako piękny młodzieniec
[2] Zapiekane ciasto z wołowiną i cynaderkami (z ang. steak and kidney pie) – jedno z najbardziej klasycznych dań pubowych w Anglii. Jest szczególnie popularne na północnym zachodzie kraju
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz