Tak jak przewidział, następnego ranka obudził się wypoczęty i szczęśliwy. W powietrzu czuć już było atmosferę pierwszego dnia szkoły – chłodny dreszcz przebiegał po kręgosłupie na myśl o czekającej ciężkiej pracy i planie lekcji. Mimo to miał dobre przeczucie co do tego dnia. Jego przyjaciele najprawdopodobniej myśleli tak samo.
– Pierwszy dzień naszego czwartego roku – powiedział nostalgicznie Morrison, ziewając przy śniadaniu w Wielkiej Sali. – To środek naszych lat w Hogwarcie, zdajecie sobie z tego sprawę, prawda? Trzy za nami, trzy przed nami. To przełom. – Chłopiec rzucił spojrzenie Scorpiusowi, oczekując jakiegoś błyskotliwego komentarza, ale ślizgon siedział prosto, oczy miał zamknięte. – Scorpius? – zapytał, lekko go szturchając.
– Hm? – wymamrotał Malfoy, podskakując na swoim miejscu.
– W porządku, stary? – zapytał z zaciekawieniem Albus, bo przyjaciel bardzo rzadko bywał zmęczony.
– W porządku – odpowiedział blondyn, mrugając wściekle i próbując się przyzwyczaić do otaczającego go światła. Potem nałożył sobie na talerz naleśników i wyglądał, jakby próbował wyłapać strzępki rozmów innych. – Nie spałem zbyt dobrze.
– Cóż, może nam się poszczęści i będziemy mieć dziś mugoloznawstwo? – spytał przekornie. – Albo historię magii?
Scorpius uśmiechnął się delikatnie, polewając sobie śniadanie syropem. Oba te zajęcia znane były z nudy i możliwości odespania ciężkich nocy.
W międzyczasie nowy prefekt, którego Albus wcześniej nie zauważył, zajął się rozdawaniem planów lekcji.
– Poniedziałek będzie dobry... – Morrison zawiesił głos i podał im harmonogramy. – Najpierw Hagrid – to cię powinno rozbudzić! – powiedział, klepiąc Malfoya w plecy.
Scorpius jęknął cicho i kontynuował powolne jedzenie.
Albus przyjrzał się dokładniej rozkładowi zajęć i z pewnym niepokojem dostrzegł popołudniowe podwójne eliksiry, naturalnie, z gryfonami, z którymi mieli także opiekę nad magicznymi stworzeniami.
– Eliksiry w poniedziałek? – zapytał, zaskoczony tą zmianą – nigdy wcześniej tak nie było.
– No, dziwne – skomentował Morrison. – Wyłączając tylko czterdzieści minut transmutacji, dzisiaj cały dzień będziemy pracowali z Gryffindorem.
Malfoy też zerknął w plan, wyglądając na głęboko zamyślonego.
– Ile zajęć mamy z gryfonami w tym roku?
– Eliksiry, zielarstwo i Hagrida – odpowiedział Albus. – Eliksiry tylko raz w tygodniu. Czemu pytasz?
– Jestem po prostu ciekawy – powiedział po dłuższej chwili blondyn. Najwyraźniej wciąż głęboko nad czymś rozmyślał. – Gotowi?
– Gotowi? – zapytał z niedowierzaniem Morrison, rozsmarowując ketchup na swoim talerzu i podsuwając do siebie talerz z jajkami. – Jeszcze nie zjedliśmy! – dodał, wskazując na niemal nietknięte naleśniki Scorpiusa.
– Nie jestem szczególnie głodny.
Vincent spojrzał najpierw na przyjaciela, na jego naleśniki, na przyjaciela, a potem znów na naleśniki. Potem powoli wyciągnął ku nim rękę i przyciągnął talerz do siebie. Najprawdopodobniej i to zamierzał zjeść.
– Cóż, nie wiem jak ty, ale ja muszę jeść codziennie.
– A nie jadłeś wczoraj kolacji? – zadał poniekąd retoryczne pytanie Albus, bo przecież znał odpowiedź – w końcu siedział obok niego.
– Taak, ale to już zapomniana przeszłość. Technicznie rzecz biorąc, dzisiaj jeszcze nic nie zjadłem – stwierdził Morrison, zaczynając pałaszować śniadanie. Ignorując etykę, najzwyczajniej w świecie wymieszał wszystko ze sobą.
Scorpius westchnął ciężko.
– Chcesz iść wcześniej do Hagrida? – zapytał drugiego przyjaciela.
Albus zmarszczył brwi. Sam był trochę głodny, ale wyczuwając, że Scorpius naprawdę chciał stąd wyjść, skinął głową, po czym oboje zostawili Morrisona samego przy stole.
Na dworze wiał delikatny wietrzyk. Ten przeraźliwie zimny z wczoraj skończył się w nocy i teraz Albusowi było ciepło. Kierowali się ku chatce gajowego, obecnie schodząc trawiastym zboczem w pobliżu Lasu. To zawsze tam odbywały się lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami. Chłopiec zauważył, że nie są jedynymi, którzy postanowili pominąć śniadanie. Na miejscu czekało już kilku gryfonów, wyglądając zdecydowanie na niespokojnych. Zajęcia Hagrida zawsze były ciekawe, ale niestety też dość niebezpieczne.
Scorpius milczał przez większą część spaceru. Tak właściwie to powiedział mu tylko „na zdrowie”, gdy kichnął. Po kilku chwilach spokojnie dotarli do czekających już uczniów.
Wtedy Scorpius zdecydował się rozpocząć z nim rozmowę.
– Czy Hagrid nie powiedział nam, że ta lekcja będzie naprawdę super? – zapytał.
– Nie wiem – odpowiedział, skupiając się na ostatniej pogawędce z nauczycielem. – Mówił chyba ogółem o całym roku. Chociaż może i faktycznie tylko o tej lekcji...
Po około dziesięciu minutach zauważyli, że po ścieżce z góry idzie ku nim kolejna grupka. Wśród niej był Morrison, który wesoło rozmawiał z idącą na przedzie Melonie. To z nią właśnie sprzeczał się na wczorajszej uczcie. Za nimi szła paczka znajomych gryfonów – Rose, Mirra, Eckley i Hornsbrook; dziewczęta pogrążone były w rozmowie.
Albus uśmiechnął się szybko na ich widok, po czym odwrócił się do Scorpiusa.
– Jak moje oko? – zapytał.
Przyjaciel zmrużył oczy.
– Wygląda dobrze – odpowiedział po chwili. – Nieszczególnie lepiej, ale się nie pogorszył. Za dwa, trzy dni powinno być po sprawie.
Albus pokiwał głową w momencie, w którym podeszli do nich gryfoni. Rose tylko się uśmiechnęła, zaś Mirra pomachała. Albus odmachał jej i chciał podejść bliżej, ponieważ razem ze Scorpiusem stali trochę z tyłu, ale przerwał mu głos Hagrida.
– Hej, dzieciaki! – powiedział, wychodząc ze swojej chatki.
– Dzień dobry, profesorze Hagrid – wymamrotali uczniowie.
Gajowy nie przejął się brakiem entuzjazmu – klasnął w swoje potężne dłonie i uśmiechnął do nich szeroko.
– Mam dla was dzisiej cosik specjalnego. Zobaczycie se. Poczekajcie no tylko chwilę – powiedział, po czym wszedł do Zakazanego Lasu.
– Dlaczego idzie akurat do Lasu? – zapytał ktoś.
– Och kurczę, mam nadzieję, że nie przytaszczy znowu garboroga[1]! – skomentował ktoś inny.
Okazało się jednak, że zwierzęta, które przyprowadził nauczyciel były o wiele piękniejsze niż garborogi. Mężczyzna wyszedł z gęstwiny po dosłownie dwóch minutach, prowadząc parę przewspaniałych, jasnych koni z dużymi rogami na głowach.
– Och – wyjęczało kilka dziewcząt.
Zwierzęta maszerowały za profesorem dość swobodnie, a jeden z nich nawet pocierał głową o jego ciężki płaszcz, czego ten nawet nie zauważył.
– Jednorożce – ogłosił dumnie Hagrid. – Jest ich kilka w Lesie, ale nawet jakbyście se tam weszli, to byście ich nie zobaczyli. Piekielnie szybkie są, skurczybyki. Te dwa to moje ulubione – zachichotał. – I spójrzcie tam! Dzieciaki se też przylazły! – dodał radośnie.
Z Lasu za nim wyłoniły się jeszcze trzy o wiele mniejsze jednorożce. Dwa były srebrzyste a jeden, ten najmniejszy, był koloru jasnego złota. Wśród uczniów było słychać zachwycone westchnienia. Wszyscy byli zaskoczeni pięknem tych zwierząt.
– Źrebaki są bardziej jaskrawe, rozumiecie? Te są młode. Ten najmniejszy ma może z sześć, siedem lat – powiedział Hagrid. – Starsze są srebrne.
– Mają imiona? – zapytała jakaś gryfonka.
– Nie – przyznał nauczyciel. – Tak naprawdę to ich nie hodujemy, są wolne. Kilka z nich mnie rozpoznaje, to se pomyślałem, że wam je pokażę.
– Czy mogą używać swoich rogów do walki? – zapytał Donovan Hornsbrook.
Hagrid zaśmiał się cicho.
– Mogą ale tylko jeśli będą się czuły zagrożone. Zazwyczaj są takie, jak powiedziałem wcześniej – szybkie! Potem wam jeszcze nieco poopowiadam, ale teraz się przywitajcie! Najpierw dziewczęta. Starsze lubią dotyk kobiecych dłoni.
Chłopcy odsunęli się nieco, dając więcej miejsca swoim koleżankom. Dziewczęta zapiszczały radośnie. Albus zauważył, że największą atencją otaczany jest ten najmniejszy, złocisty jednorożec. Dorosłe zwierzęta wydawały się zaś zaniepokojone. Jeden z nich parokrotnie tupnął kopytami, co wydawało się znaczącym ostrzeżeniem. Hagrid zdołał go uspokoić, głaszcząc delikatnie po grzbiecie i szepcząc mu. Mirra upodobała sobie jednego z młodych srebrnych. Źrebak położył się na plecach niczym pies i pozwalał się głaskać po brzuchu.
Hagrid zachichotał na ten widok.
– Myślę, że on bardzo lubi twój dotyk, Mirro – powiedział, uśmiechając się wesoło.
– Też lubię jej dotyk – mruknął Eckley do Hornsbrooka, całkiem dobrze naśladując głos półolbrzyma. Donovan zachichotał, a potem szybko rozejrzał się czy ktoś ich słyszy.
Mirra nie, ale Albus tak. W zamian rzucił im niezwykle paskudne spojrzenie, które ten pierwszy podłapał.
– Co się stało z twoim okiem, Potter? – zapytał głośno znienawidzony gryfon, szukając zaczepki. Miał nadzieję, że wszyscy w pobliżu się zainteresują.
– A teraz słuchajcie. Mimo że nie używają se magii, wciąż mają magiczne właściwości. Włos z ich ogona może być też w kilku waszych różdżkach... – kontynuował w międzyczasie Hagrid.
– Quidditch – powiedział, starając się zachować w głowie poprzednią wersję historii.
– Nie uniknąłeś tłuczka? – spytał złośliwie gryfon. Albus doskonale wiedział do czego ten zmierza – Eckley był przecież pałkarzem drużyny Gryffindoru.
Hornsbrook roześmiał się, a brunet nie będąc w stanie szybko wymyślić dobrej riposty, zdecydował się odpowiedzieć tylko zwyczajne „nie”. Został jednak nieco wyratowany przez Morrisona.
– Hej, Eckley! – wtrącił się głośniej przyjaciel. Zadbał też o to, żeby jego głos był nadal niesłyszalny dla Hagrida.
– Co?
– Widziałem twoją mamę wczoraj na peronie. Jest gruba i brzydka. Pachnie jak benzyna!
Albus roześmiał się głośno z powodu absurdalności i przypadkowości tej zniewagi. Eckley z kolei obnażył zęby i wyglądał, jakby szykował się do ataku. Wszystko przerwał nauczyciel, oderwany od wykładu dzięki tamtemu chichotowi.
– Hej wy, uważacie no trochę? – zawołał.
– Tak – odpowiedział Albus, przybierając porządny wyraz twarzy.
Hagrid skrzywił się lekko i wrócił do swojego monologu.
– A teraz no patrzcie – widzicie, że kopyta wszystkich są takie jaskrawe? No, to jedyna rzecz, która się w nich nie zmieni przez całe życie, cholibka...
Ślizgon uśmiechnął się i odwrócił do Morrisona.
– Czy jego matka naprawdę tak wyglądała? – zapytał dyskretnie.
– Nie mam zielonego pojęcia. Tak naprawdę, to nawet nie widziałem jej... – odpowiedział przyjaciel, wzruszając ramionami.
Po kilku minutach wykładu Hagrid zarządził zmianę i pozwolił chłopcom podejść do jednorożców. Albus musiał przyznać, że było to zdecydowanie najprzyjemniejsze doświadczenie na opiece nad magicznymi stworzeniami. Półolbrzym najwyraźniej nie miał żadnego problemu z tym że uczyli się o czymś, co najprawdopodobniej nie dałoby rady ich zabić. Co więcej, naprawdę wiele wiedział o jednorożcach. Albus zaczął głaskać jednego ze starszych razem z Morrisonem, podczas gdy gajowy rozdawał klasie jakieś dziwne jagody, żeby je nakarmić. Zachichotał cicho, gdy w czasie podbierania owocu, jednorożec liznął go językiem. Odwrócił się, żeby zobaczyć co na to Scorpius, ale przyjaciela nie było obok.
– Hej, a gdzie jest Sco...? – zaczął i wtedy go dostrzegł. Malfoy pieścił złocistego jednorożca razem z Rose. Co zadziwiające – ich rozmowa wydawała się przebiegać miło i bez zwyczajowych złośliwości. Jego głos był delikatny i stracił sarkastyczną nutę. Śmiał się też nieco nawet za dużo, jak na niego.
Albus przyjrzał im się dokładniej – poczuł się zaintrygowany. Nigdy wcześniej nie widział ich tak swobodnie rozmawiających. Zawsze się kłócili, choć czasem bardziej na żarty. Po chwili odwrócił wzrok, szukając Mirry i zobaczył, że bawi się ze srebrzystym jednorożcem w towarzystwie Eckleya i Hornsbrooka.
Czując, że zaraz go rozniesie i że jest to idealny moment, żeby im poprzeszkadzać, zostawił złocistego konia i ruszył w stronę gryfonów.
– Wszyscy gotowi na eliksiry? – zapytał.
– Tak długo jak będzie możliwa współpraca. – Uśmiechnęła się Mirra. – Eliksiry wciąż nie są moim konikiem.
– Jestem pewien, że babka nam pozwoli. Wygląda na miłą – zapewnił ją Albus. – Poza tym pewnie będzie chciała, żeby jej dom wygrał w tym roku, a ja zostałem kapitanem quidditcha więc... – powiedział nonszalancko, mając nadzieję, że dziewczyna podchwyci temat i powie mu jakiś komplement. Nie chciał też, żeby to wyszło na jaw, jak jest to dla niego ważne.
Mirra wciąż się uśmiechała, głaszcząc swojego jednorożca.
– Wiem – odpowiedziała. – James powiedział mi wczoraj.
Albus zmarszczył lekko brwi. Głupi James. Wewnętrznie wzdychając, zaczął też głaskać to stworzenie. Nie miał szans, by coś jeszcze powiedzieć, bo Eckley zaczął opowiadać jak to jego brat (który podobno też ma własną hodowlę hipogryfów) znalazł kiedyś rannego źrebaka jednorożca i go opatrzył. Podczas tej przechwałki, chłopiec starał się utrzymać wymuszony uśmiech z nadzieją, że wcale nie wygląda tak wymuszenie. On przynajmniej, chcąc zaimponować Mirze, powiedział prawdę.
Koniec końców, lekcja okazała się bardzo udana i o dziwo, czuł się rozczarowany, gdy się skończyła. Gdy wracał z przyjaciółmi do zamku po trawiastym zboczu, Morrison rozpoczął rozmowę.
– Hagrid naprawdę wie sporo – powiedział z namysłem, kiedy zaczęli się kierować do sali transmutacji; to była ich następna lekcja. – Znaczy, wiecie... Mam na myśli, że w sumie specjalizuje się niebezpiecznych stworach i w ogóle, a jednak o jednorożcach też posiada wiedzę... Aż dziwne...
Albus rzucił spojrzenie ku Scorpiusowi, by sprawdzić, czy on też się z tym zgadzał i zauważył, że Malfoy najprawdopodobniej w ogóle ich nie słuchał. Wydawał się za to być o wiele bardziej ożywiony i szczęśliwszy aniżeli na śniadaniu – najwidoczniej lekcja także i jemu sprawiła wiele przyjemności. Orzeźwiający wiatr zapewne również odegrał swoją rolę.
W klasie od razu podeszli do tylnich ławek. Siedzieli tutaj praktycznie na każdych zajęciach. Nie minęła chwila, gdy odezwała się profesor Bellinger.
– Transmutacja – zaczęła jeszcze zanim wszyscy uczniowie zajęli miejsca – jest gałęzią magii niezdolną do całkowitego zrozumienia, ale jako studenci czwartego roku powinniście poszerzać swoją wiedzę z poziomu podstawowego i skupić się na poziomie średniozaawansowanym, a potem i na zaawansowanym. Niezbędne podstawy już znacie. Teraz znajdujecie się w samym środku edukacyjnej kariery. W tym roku ciężka praca będzie bardziej potrzebna, niż surowe umiejętności. Egzaminy...
– Egzaminy! – zawołał Morrison. – Znowu? To czwarty rok z rzędu!
Kilku ślizgonów zachichotało, zaś puchoni spojrzeli na nich z protekcjonalnymi wyrazami twarzy.
– Rzeczywiście, panie Vincent – powiedziała surowo profesor Bellinger. – Jeśli zamierza pan je zdawać, to sugeruję, żeby pan przestał wydzierać się w sali. Jak już mówiłam, egzaminy na czwartym roku to ostatnie egzaminy przed owutemami. Musicie być odpowiednio przygotowani zarówno do egzaminów teoretycznych, jak i praktycznych...
Wykład o determinacji i ciężkiej pracy zajął ponad połowę lekcji, przez co na normalne zajęcia zostało około dziesięciu minut. Oczywiście, nie miało to najmniejszego znaczenia. Tyle wystarczyło, żeby Albus zrozumiał, że będzie to bardzo ciężki rok. O wiele, wiele cięższy aniżeli poprzedni.
Transmutacja zawsze była jego najgorszym przedmiotem. Ich zadaniem było przeobrazić pióra w ten sposób, żeby zostały z nich tylko końcówki do pisania – była to dość specyficzna dziedzina magii, polegająca na transmutacji poniekąd z powietrza i tylko Scorpius osiągnął sukces.
– Z roku na rok jest coraz trudniej – skomentował Morrison, gdy wychodzili z klasy. – Dlaczego ona nie może być podobna do Hagrida? Wiecie, dawać nam nowe rzeczy, ale z takim samym poziomem trudności.
– Przynajmniej nie wlepiła nam pracy domowej – powiedział Albus, wzruszając ramionami, kiedy wchodzili do Wielkiej Sali na obiad. – Myślicie, że ta Blackwood nam da?
– Nie, nie oprze się mojemu nieodpartemu urokowi...
Scorpius parsknął.
W drodze do stołu Albusa zatrzymała czyjaś ręka na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył przed sobą brata.
– W porządku, młody?
James stał obok jakiejś ładnej dziewczyny – puchonki, wnioskując po kolorach szaty – która patrzyła na niego z tęsknym wyrazem twarzy. Jaimie nie zwracał na nią większej uwagi, bardziej skupiony na bracie.
– Jasne – powiedział. – A to kto?
James podrapał się po głowie z nieśmiałym uśmiechem – najwyraźniej nie spodziewał się pytania i nie był przygotowany, żeby ją przedstawić.
– To... Hm, Marg...?
– Maya – odparła szybko dziewczyna i co w tym najlepsze, nawet nie wyglądała na zaniepokojoną faktem, iż chłopak, z którym była związana, nie pamiętał jej imienia.
– Dokładnie. – Uśmiechnął się gryfon. – Tak czy inaczej, zaplanowałeś już wszystkie treningi?
– Nie, przecież jeszcze się pierwszy dzień szkoły nie skończył – przyznał Albus. – A ty?
– Och, tak – powiedział. – Właśnie odbyłem po zielarstwie małą rozmowę z Neville’em. Zarezerwowałem pole. Proponuję, żebyś zrobił to samo.
– Na kiedy?
– Bardzo subtelnie, bracie. Nie oszukasz mnie. – James się zaśmiał. – Naprawdę myślisz, że powiem ci, kiedy będę wybierał swój zespół, żebyś mógł wysłać jakichś małych oślizgłych ślizgonów na przeszpiegi?
Albus przewrócił oczami.
– Jasne – parsknął. – Naprawdę potrzebujemy szpiegów po naszej miażdżącej porażce w zeszłym roku.
Jaimie zmrużył oczy i wstrzymał się z odpowiedzią. Albus poczuł się mile połechtany – rzadko udawało mu się w tak spektakularny sposób uciąć słowotok brata.
– Chodźmy, Margaret – powiedział James, po czym dramatycznie odciągnął swoją dziewczynę od stołu sportowego rywala.
Albus zachichotał i dołączył do swoich przyjaciół, gdzie Scorpius był wygłodniały. Też zjadł obfity posiłek i na dźwięk znanego już dzwonka, zeszli do lochów na lekcję eliksirów.
Gdy znaleźli się pod drzwiami sali, poczuł się zaniepokojony faktem, jak pani profesor otrzymała tę pracę. Darvy został nauczycielem dzięki Aresowi – była to część ich planów. Woleli być blisko siebie. Profesor Handit zajmował to stanowisko tylko i wyłącznie dlatego, że Fairhart został nauczycielem obrony.
Czy ta kobieta będzie kompetentnym wykładowcą?
Nie minęła dłuższa chwila, kiedy dołączyli do nich gryfoni. Przez moment wszyscy stali dość niezdecydowani.
– Powinniśmy po prostu wejść? – spytał głośno Bartleby Bing.
Ledwo wypowiedział te słowa, a drzwi się otworzyły. Albus podążył za kolegami i zajął miejsce przy środkowym stole, oczywiście pomiędzy Scorpiusem a Morrisonem. Jego stanowisko pracy często zmieniało miejsce – na początku siedział na przedzie klasy, potem na jej tyłach. Działo się tak dlatego, że po prostu był dobry w te klocki, a w zeszłym roku nie byli zbyt produktywni na zajęciach.
Obejrzał się za siebie i zobaczył, że Mirra i Rose siedzą tuż za nimi. Mirra uśmiechnęła się do niego promiennie. Odwzajemnił uśmiech.
Profesor Blackwood siedziała przy swoim biurku i przyglądała się im z pustym wyrazem twarzy. Albus przypomniał sobie, jak zachowywał się Fairhart na pierwszych zajęciach. Na początku się przedstawił i pozwolił uczniom zadawać pytania. Miał dziwne przeczucie, że ta nauczycielka nie będzie tak przyjemna.
Kobieta odgarnęła włosy z twarzy, a Morrison się uśmiechnął.
– Bing! – powiedziała sekundę po tym, jak wyjęła pergamin z ich nazwiskami.
– Obecny! – krzyknął Bartleby z przedniego rzędu, nieco zaskoczony oschłym tonem głosu czarownicy.
Kobieta wyczytywała nazwiska, niczego nie komentując. Wciąż używała tego ostrego tonu. Albus zauważył jednak, że uśmiechnęła się lekko, czytając nazwisko „Hornsbrook”. Gdy dotarła do Scorpiusa, stało się coś dziwnego.
– Malfoy! – zawołała lodowato.
– Obecny! – odpowiedział wyczytany.
Wykładowczyni wbiła w niego wzrok. Nie było to zwyczajne spojrzenie. Jej oczy wwiercały się ucznia oraz wyrażały tylko i wyłącznie pogardę. Usta wykrzywiła w szyderczym wyrazie. Scorpius najwidoczniej też to zauważył i skurczył się na swoim siedzeniu. Ten dziwny wyraz twarzy zniknął równie szybko jak się pojawił, przez co Albus nie był nawet pewien, czy ktoś inny w ogóle zwrócił na to uwagę. Kobieta nadal wyczytywała nazwiska mocnym tonem. Nic nadzwyczajnego już się nie wydarzyło, aż do ostatniego nazwiska na liście.
– Vincent!
– Obecny – odpowiedział ślizgon. – Ale proszę mówić mi Morrison. – Uśmiechnął się i puścił czarownicy oczko.
Albus ukrył twarz w dłoniach, przypominając sobie żarty przyjaciela o poderwaniu nauczycielki. Wszyscy spodziewali się śmiechu ze strony kobiety, jednak ta nie wydawała się ani trochę rozbawiona.
– Słucham? – zapytała, wstając.
Każda rozsądna osoba w tym momencie przerwałaby przymilanie się, przeprosiłaby grzecznie i już nie odzywałaby się słowem, jednak Morrison wciąż głupio kontynuował. Potter znał go na tyle dobrze, że wiedział, iż przyjaciel nie był wystarczająco inteligentny, gdy chodziło o poważniejsze rozmowy z profesorami.
– Morrison – powiedział wesoło. – Proszę mi wybaczyć, lubię mieć przyjazne stosunki z nauczycielami. Czy mogę zapytać jak ma pani na imię? – Ton jego głosu ewidentnie był rycerski. Albusowi mimowolnie się zastanowił, czy przyjaciel nie pobierał jakichś sekretnych lekcji od Jamesa.
Profesor Blackwood patrzyła jednak na ucznia, nie sprawiając wrażenia urzeczonej niewiasty. Wielu uczniów uśmiechało się lekko, bawiąc się zuchwalstwem kolegi. Na twarzy niektórych gryfonów pojawiły się oznaki szacunku za męstwo, które okazał chłopak.
– Ida – odpowiedziała krótko.
Morrison wyglądał, jakby właśnie trafił go piorun.
– Ida – powiedział sennie, opierając twarz na złożonych rękach; wyglądał na rozanielonego. – Bardzo ładne imię. Z jakiego języka? Suahili[2]? – zapytał głupio.
– Dziesięć punktów od Slytherinu – warknęła kobieta, na co kilku ślizgonów zamruczało z niezadowolenia. Gryfoni z kolei wydali z siebie aprobujące pomruki.
Morrisonowi opadła szczęka.
– Mamy tutaj co tydzień półtorej godziny, więc nie będziemy omawiać niczego niewartego uwagi. Panie Vincent, niech pan będzie cicho lub wyjdzie – powiedziała.
Chłopiec zmarszczył brwi i osunął się bardziej na krześle.
Profesor Blackwood odwróciła się i Albus zauważył, że teraz wiele straciła na swojej atrakcyjności, mimo że wciąż była bardzo ładna. Nauczycielka machnęła różdżką w kierunku tablicy, na której pojawił się napis „Wywar Żywej Śmierci”.
– Nie sądzę, żeby jakiekolwiek wprowadzenie było konieczne – powiedziała krótko. – Jestem waszym nauczycielem, a wy jesteście moimi uczniami. Żeby zdać, musicie wykonywać swoją pracę. Pierwsza lekcja będzie dotyczyła Wywaru Żywej Śmierci. Kto wie co to za eliksir?
Scorpius natychmiast podniósł rękę. Pani profesor odwróciła się i rzuciła mu twarde spojrzenie, po czym ostentacyjnie go zignorowała. Gdy Rose zdała sobie sprawę, że ślizgon nie zostanie wywołany do odpowiedzi, podniosła rękę.
– Panno Weasley?
– Eliksir sprawia, że sen osoby, która go przyjęła, jest tak silny, że przypomina śmierć. Jedyną rzeczą, jaka może z niego wybudzić, prócz standardowych zaklęć, jest Eliksir Wiggenwalda.
– Dobrze – skomentowała pani profesor.
Rose ewidentnie czekała na nagrodę punktową, ale kobieta kontynuowała, nie nagradzając Gryffindoru.
– Wywar Żywej Śmierci jest często nauczany w wyższej klasie, ale zajmiecie się nim dzisiaj. Nie wierzę w żądne pomiary dotyczące umiejętności uczniów. O wiele ważniejsza w warzeniu eliksirów jest logika. Instrukcje do przyrządzenia Wywaru są w waszych książkach. Ufam, że umiecie korzystać z indeksu – znajdźcie odpowiednią stronę i przygotujcie miksturę do końca lekcji. Składniki są w szafkach.
Klasa gapiła się na nią w milczeniu. Czy pani profesor właśnie nakazała im przygotowanie eliksiru na poziomie owutemów...?
Nauczycielka powoli usiadła za swoim biurkiem i zaczęła ich całkowicie ignorować. Po kilku chwilach uczniowie zaczęli wyciągać podręczniki, a potem ruszyli w stronę szafek z ingrediencjami.
Albus także skierował się do składzika, uprzednio rzucając okiem na spis odpowiednich składników. Nie minęło kilka sekund, gdy wrócił ze wszystkim.
W całym pomieszczeniu było niesamowicie cicho. Słychać było jedynie odgłosy wydawane przez bulgoczące kociołków. Morrison co kilka sekund rzucał kobiecie pogardliwe spojrzenia, a Scorpius wydawał się zdeterminowany, by skończyć swój eliksir. Albus zauważył, że kilka osób rozglądało się niepewnie. Na eliksirach do tej pory była stosowana praca grupowa. Uczniowie zastanawiali się, czy mogą złączyć stanowiska pracy. Spojrzał za siebie i zobaczył, że Mirra też się zastanawia nad przeniesieniem swoich rzeczy do jego stolika.
Był tylko jeden sposób, by dowiedzieć się, czy było to możliwe. Podniósł więc swój kociołek.
– Macie pozostać przy swoich miejscach – powiedziała pani profesor.
– Ehm – zaczął Albus. – Zazwyczaj...
– Macie pozostać przy swoich biurkach i pracować w ciszy – zaznaczyła nauczycielka. – Praca w grupach jest niedozwolona. Do czytania instrukcji wystarczy tylko jedna osoba.
Albus, zrezygnowany, odstawił kociołek na stół, uważając przy tym, żeby czegoś nie palnąć. Niejedno chciałby teraz powiedzieć. Potem rozejrzał się po ludziach. Wszyscy spuścili głowy w dół i zabrali się do pracy. Morrison wciąż gniewnie zerkał na profesor Blackwood. Albus poczuł się przybity i dołączył do niego w rzucaniu nauczycielce gniewnych spojrzeń – współpraca z Mirrą była jedną z najbardziej oczekiwanych przez niego rzeczy na eliksirach. Zaczął wściekle przeglądać podręcznik, zastanawiając się, kim do diabła była ta kobieta, że kazała im robić tak ciężką miksturę na pierwszych zajęciach. I nie pozwolić przy tym na partnerstwo?
Klasa dzielnie walczyła z ciężkim eliksirem, podczas gdy kobieta wciąż wydawała się nie dbać o to, co robią jej uczniowie. Wszystkim przyglądała się z zaciśniętymi ustami. Zamiast warg na jej twarzy była tylko cienka linia. Kiedy dwa razy komuś eksplodował kociołek (za pierwszym razem Bartleby'emu Bingowi, a za drugim Dante Haugowi), nawet nie podniosła się z miejsca, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku lub żeby posprzątać bałagan.
Albus starał się jak mógł, co było dość zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo był rozkojarzony podczas pracy. To był dopiero pierwszy prawdziwy dzień szkoły. Tyle mu wystarczyło, żeby zrozumieć, że nie znosi tej kobiety. Co było nie tak z nauczycielem eliksirów każdego niemal roku? Ich najlepszym mistrzem był dotąd Sebastian Darvy, który koniec końców okazał się być spiskowcem i mordercą...
Kolor swojej mikstury ocenił jako „ciemną porzeczkę” i cieszył się, że eliksir był niemal doskonały. Spojrzał w bok i zobaczył, że Wywar Scorpiusa też bardzo dobrze się obroni, chociaż bulgotał nieco zbyt gwałtownie. Przyjaciel najprawdopodobniej źle zamieszał akonit. Następnie rzucił okiem na Morrisona, który wydawał się absolutnie pokonany. Płomień pod jego kociołkiem był nierównomierny – co chwilę mu zanikał, a potem buchał z dużą siłą. Chłopiec zaś niemal leżał na stole, okazjonalnie ziewając.
Albus wrócił do swojego eliksiru i przeczytał jeszcze raz instrukcje. Wziął ze stołu małą Fasolkę Sopophorusa i przyjrzał się jej uważnie. Była niebieska i bardzo twarda. Wyglądała, jakby po bokach była bardziej mięsista – wydawała się mieć delikatniejsze krawędzie. U góry i u dołu miała jakby skorupę. Zastanowił się, jak ma wycisnąć z niej sok, nie krusząc jej. Czy istnieje na to jakiś sposób?
Położył fasolkę na stół i zamiast ją pociąć, zmiażdżył ją płaską stroną srebrnego sztyletu. Efekt był natychmiastowy. Sok wyciekł przez delikatne brzegi, rozlewając się na stół. Owoc okazał się być bardzo soczysty. Aż dziwne, biorąc pod uwagę jego rozmiary. Zebrał go i wrzucił do kociołka, a eliksir zmienił barwę na odcień olśniewającego bzu.
– Dwadzieścia minut do końca – powiedziała zimno i głośno profesor Blackwood. Było to pierwsze zdanie, jakie wypowiedziała od pamiętnej konfrontacji.
Albus zaczął czytać instrukcje i pracować jeszcze szybciej, starając się desperacko skończyć Wywar. Z jakiegoś powodu chciał, żeby był doskonały. Jeszcze raz szybko zerknął na Scorpiusa, który także wydawał się być bardzo zaabsorbowany. Malfoy obecnie zajmował się rozgnieceniem na proszek rośliny, którą zaraz miał dodać i co chwila rzucał okiem do podręcznika.
Brunet ponownie spojrzał w instrukcje. Powinien teraz wielokrotnie zamieszać w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Łatwizna. Zaczął więc mieszać, lecz zatrzymał się po szóstym lub siódmym ruchu. Zaczął wpatrywać się w swój fioletowy eliksir, widząc, że na jego powierzchni powstaje niewielki wir. Najprawdopodobniej sok z fasolki zdominował korzeń asfodelusa, którego dodał wcześniej. Musiał znaleźć sposób, żeby to odwrócić lub chociaż zrównoważyć. Zaczął mieszać w drugą stronę. Gdy skończył, jego mikstura przybrała kolor delikatnego różu.
Popatrzył na swoje dzieło z dumą i złapał się za nos, próbując zablokować dobiegający do niego zapach eliksiru Morrisona, który pachniał wymiocinami. Po kilku minutach nauczycielka kazała im przestać, wstała ze swojego miejsca i zaczęła się przechadzać po klasie, przyglądając się tworom uczniów.
Wydawała się spacerować, nie skupiając się nawet za bardzo na stworzonych miksturach. Uczniowie w pierwszych rzędach wręcz kurczyli się na swoich siedzeniach, gdy przechodziła obok. Kiedy dotarła do eliksiru Albusa, przystanęła na dłuższą chwilę. Od razu wiedział, że przykuł uwagę całego rocznika obydwu domów. Ślizgon spojrzał na nią wyzywająco i nie wykonał żadnego innego ruchu. Potem Blackwood odwróciła głowę w kierunku kociołka Scorpiusa, rzucając przy tym chłopcu pogardliwe spojrzenie.
– Co to jest? – zapytała lodowato.
– Wywar Żywej Śmierci? – odpowiedział niepewnie blondyn.
Albus uśmiechnął się delikatnie. Kolor eliksiru Scorpiusa nie był idealny, ale całość komponowała się dobrze.
– Jak podszedłeś do akonitu, panie Malfoy?
Scorpius zarumienił się lekko.
– Hm...
Profesor Blackwood machnęła różdżką i zawartość jego kociołka natychmiast zniknęła. Albus poczuł, jak opada mu szczęka i unoszą się brwi. Ten eliksir wcale nie był zły! Z całą pewnością był o wiele, wiele lepszy od tworu Morrisona, który nauczycielka całkowicie pominęła!
– Czytanie jest koniecznością na tych zajęciach, panie Malfoy. Proponuję się nauczyć tej sztuki – powiedziała chłodno, uprzednio się pochylając, żeby jej głos nie był słyszalny dla tych siedzących dalej.
Scorpius zbladł, na co pani profesor się wyprostowała. Albus wymienił spojrzenie z Morrisonem.
– Reszta z was ma napełnić fiolki swoim eliksirem, podpisać je i zostawić na moim biurku. Teraz.
Wszyscy wykonali polecenie. Malfoy wyglądał, jakby zaraz miał eksplodować, patrząc z niedowierzaniem na swój pusty kociołek. Nie zaliczył tego zadania – nie miał nawet kropli do oddania do oceny.
Gdy zadzwonił dzwonek, odłożyli fiolki na biurko nauczycielki i był to jedyny dźwięk, który dało się słyszeć. Gdy wychodzili z klasy, towarzyszyła im już tylko cisza. Nikt nie odezwał się, nawet kiedy drzwi zostały zamknięte, a profesor Blackwood znalazła się poza zasięgiem słuchu.
– Łał – szepnęła po dłuższej chwili Mirra. – To... to było straszne – dodała niepewnie, odgarniając czarne loczki z twarzy.
Najwidoczniej jej dwaj przygłupi gryfońscy przyjaciele oraz Rose poszli przodem...
– Myślałem, że będzie okej – przyznał Albus. – Że nie będzie kompletną...
– Wiedźmą? – podpowiedziała mu Mirra.
– Tak – skłamał, mając na myśli o wiele bardziej cięte określenie.
– Myślisz, że zaliczyłeś? – zapytała gryfonka.
Wzruszył ramionami.
– Skinęła głową – odpowiedział. – A ty?
Mirra zmarszczyła brwi.
– Niezbyt dobrze mi poszło... I pewnie dalej tak będzie, bo nie można sobie partnerować... – W jej głosie dało się słyszeć wahanie. Miał przez to wrażenie, że dziewczyna stara się skierować rozmowę na inne tory.
Albus bardzo chętnie porozmawiałby z nią dłużej, ale właśnie minął go Scorpius, wyglądając na kompletnie załamanego. Decydując, że to on jest teraz ważniejszy, zwrócił się do przyjaciółki.
– Muszę go dogonić – powiedział, kiwając głową na blondyna. – Do zobaczenia później.
– Racja – odpowiedziała pogodnie. – Do zobaczenia.
– Tak, do później – rzucił w jej kierunku, przyspieszając kroku.
W drodze go pokoju wspólnego Slytherinu ani Morrison, ani Scorpius nic nie powiedzieli. Albys zastanawiał się, który z nich był bardziej skołowany – czy Morrison swoją nieudaną próbą nawiązania nierealnego od samego początku romansu, czy może Scorpius, będący obrażony na nauczycielkę, która jednym ruchem różdżki zniszczyła jego niemal godzinną pracę...
Gdy znaleźli się w bezpiecznym dormitorium, chłopcy natychmiast wykrzyczeli swoje frustracje.
– Co za su...! – zaczął Morrison.
– TROLL! – krzyknął Scorpius, zagłuszając przyjaciela. – MÓJ PIERWSZY TROLL W HISTORII!
Albus usiadł na swoim łóżku i pomyślał nad tym. Malfoy miał całkowitą rację. W ciągu ostatnich trzech lat, jego przyjaciel zaliczał każde ćwiczenie. Nie dostał ani jednego słabego stopnia...
– Normalnie nie mogę uwierzyć – powiedział Morrison, zwijając się w kłębek na swoim łóżku. – Przynajmniej nie zadała pracy domowej...
Scorpius nie mógł się uspokoić. Chodził po dormitorium w tę i z powrotem.
– Troll! Mój eliksir nie zasłużył sobie na Trolla! TEN BABSZTYL CHCE SIĘ MNIE POZBYĆ Z HOGWARTU! – krzyczał.
– No nie wiem – odpowiedział Albus, chcąc go uspokoić. – Nie sądzę, żeby chciała cię zamordować, chociaż wygląda na zołzę...
– Nie! – krzyknął donośnie Scorpius, mierząc w niego palcem. – Gapiła się na mnie, gdy czytała moje nazwisko, a potem sabotowała mój eliksir, mimo że Morrisona był pięćdziesiąt razy gorszy! Bez obrazy – dodał w kierunku Vincenta.
Morrison machnął tylko ręką. Nie przejmował się takimi pierdołami.
– Nie wiem, jak wytrzymam z nią cały rok – kontynuował blondyn, wciąż chodząc gniewnie. – Nie możemy się do siebie odzywać ani nawet współpracować. Moja praca za każdym razem będzie znikać...
– Nigdy nie współpracowałeś z nikim na eliksirach! – wypomniał mu Morrison, unosząc głowę znad poduszki.
Scorpius podskoczył nerwowo w miejscu parę razy.
– Cóż, może chciałbym z kimś w tym roku? – niemal wywarczał.
Albus zamrugał. W międzyczasie przyjaciel wciąż narzekał na Blackwood.
Scorpius powiedział to na poważnie, ale miał wrażenie, że pod jego słowami kryło się coś więcej. Z kim chciał pracować? Z pewnością nie z nim, bo on był zbyt zauroczony Mirrą, a Morrison kompletnie się na eliksirach nie zna...
Może z Rose?
Albus niemal się roześmiał na tę myśl. Z drugiej strony jednak to nie byłoby takie dziwne. Rose i Scorpius często się sprzeczali, ale mimo wszystko byli przyjaciółmi. Ale to chyba nie miało znaczenia. W końcu... nie potraktował za dobrze przyjaciela Rose, Lance'a, prawda? Chłopca, który wydawał się być fajnym gościem? No i był dla niej dość uprzejmy na opiece nad magicznymi stworzeniami...
Nagle ta myśl uderzyła go tak mocno, że niemal spadł z łóżka. To była straszna myśl! Musiał zamrugać wściekle, by znowu skupić swoją uwagę na rozwścieczonym Scorpiusie.
– A dlaczego w ogóle McGonagall ją zatrudniła? Ta baba może w ogóle nie mieć doświadczenia! Nie próbuje nas niczego nauczyć...
– Lubisz Rose? – zapytał szybko, czując, że dłużej nie wytrzyma w niewiedzy. Scorpius zatrzymał się w połowie kroku, a Morrison momentalnie ponownie uniósł głowę.
– Co? – zapytał Malfoy.
– Rose – powtórzył. – Lubisz ją?
– Cóż... no tak. Przecież się przyjaźnimy – powiedział powoli blondyn, a Albus mógłby przysiąc, że widzi nagle pojawiającą się kroplę potu na jego czole.
– Nie, nie. – Potrząsnął głową. – Czy lubisz ją tak, jak ja Mirrę...?
– Stary, nie sądzę, żeby ktokolwiek lubił kogokolwiek, tak jak ty Mirrę... – parsknął sarkastycznie Scorpius.
– Po prostu odpowiedz na pytanie – wtrącił się Morrison, teraz już siedząc i przypatrując mu się uważnie.
Scorpius spojrzał najpierw na Albusa, a potem na Morrisona i zmrużył oczy. Już dwukrotnie próbował zmienić temat tej rozmowy. Podejrzane. Wyglądało też na to, że próbował im coś powiedzieć, ale nie potrafił. Dopiero po jakiejś minucie absolutnej ciszy w końcu się odezwał.
– Tak – wyszeptał.
Albus niemal poczuł uderzenie wiatru. Czuł się oszołomiony tym, że Scorpius mógł lubić Rose bardziej niż jako przyjaciółkę. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zauważył, że teraz on nie jest w stanie wydukać ani jednego słowa.
– Czy... czy wszystko w porządku? – w zamian zapytał wolno Vincent.
– Nie jestem chory, Morrison! – powiedział Scorpius, machając do niego dłonią. – To nie tak, że cierpię na jakiś Syndrom Rose lub coś takiego...
– Nie to miałem na myśli! Chciałem tylko...
– Myślę... – zaczął Albus, ratując Morrisona. – To znaczy... Jak... jak długo?
– Och, niedługo – wymamrotał Scorpius, siadając na swoim łóżku, mamrocząc pod nosem coś, co podejrzanie przypominało „od pierwszego roku”.
– Od pierwszego roku? – wrzasnął Vincent. – Niemożliwe!
– Przestań – zganił go Albus. – Jakim cudem nic wcześniej nie zauważyłem...? W sensie, że do dzisiaj...
– Po prostu potrafię się lepiej od ciebie kryć. – Malfoy wzruszył ramionami.
– I tak naprawdę... Nie wiem... Wcześniej myślałem, że nie mam żadnej szansy – wiecie, różne domy i w ogóle...
– Więc co się zmieniło? – zapytał z zaciekawieniem brunet.
Scorpius westchnął ciężko i przeczesał swoje włosy. Następnie położył się na łóżku, zakrywając swoją twarz.
– Ty – mruknął.
– Co?
– Ty – powtórzył wyzywająco.
Morrison prychnął.
– Co masz na myśli? – zapytał Albus.
Malfoy usiadł i otworzył usta. Rozpaczliwie próbował znaleźć odpowiednie słowa.
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – To głupie...
– Mówię poważnie – odpowiedział wymagającym tonem. – Coś zrobiłem?
Scorpius westchnął.
– W zeszłym roku... mniej więcej powiedziałem ci, że powinieneś zrezygnować z Mirry, bo jesteście w innych domach, a ślizgoni wybierają spośród siebie...
– No? – pogonił go Albus.
– Cóż, nie zrezygnowałeś – burknął blondyn, odwracając wzrok. – I nie spaprałeś... mimo że na twojej drodze stanęło kilka przeszkód... No wiesz, ta walka z Jamesem i Eckley... I wtedy pomyślałem, że... Ech, to takie głupie...
– Nie – powiedział szybko, rzucając spojrzenie Morrisonowi, który wyglądał na niewiarygodnie zakłopotanego. Sprawiał wrażenie człowieka, który jest zdeterminowany, aby nie brać udziału w prywatnym momencie dwójki najlepszych przyjaciół. – To nie jest głupie... Chyba zrozumiałem.
Między nimi nastąpiła dłuższa chwila ciszy, podczas której Albus wciąż próbował pojąć, jakim cudem Scorpius może lubić jego kuzynkę. I nagle wszystko zaczęło do siebie pasować. Scorpius nie polubił puchońskiego przyjaciela Rose... A potem ich sprzeczki stały się żartobliwe, zupełnie jak te wujka Rona i cioci Hermiony...
Spróbował wyrzucić z głowy tę ostatnią myśl i właśnie ten moment właśnie wykorzystał Morrison na wtrącenie.
– Szkoda, że wcześniej nam nie powiedziałeś, stary – stwierdził, obracając się tak, że teraz leżał na brzuchu. – Mógłbym ci dać jakieś wskazówki, czy coś...
Scorpius odwrócił głowę w jego kierunku tak szybko, że brunet niemal usłyszał, jak coś mu strzeliło w szyi.
– Och, przestań – parsknął blondyn. – Masz tyle samo doświadczenia z dziewczynami co ja!
Morrison parsknął i przewrócił oczami.
– No proszę cię...
– Kim była ostatnia dziewczyna, z którą się całowałeś? – wypluł Scorpius.
Albus poczuł, że jego policzki robią się czerwone i zrobił sobie mentalną notatkę, żeby im teraz nie przeszkadzać. Jakby nie patrzeć, jego kontakty z płcią przeciwną były bardzo ograniczone. Najwięcej, do czego się posunął, to dostanie buziaka w policzek od Mirry i wolał się za bardzo nie odsłaniać przed przyjaciółmi. Zwłaszcza że Morrison faktycznie zachowywał się tak, jakby był przynajmniej o krok przed nim...
Teraz, jak o tym pomyślał, to nabrał przypuszczeń, że to nic nadzwyczajnego. Naprawdę, wiele z jego zmartwień było zasługą Jamesa i jego nadzwyczajnej popularności, ponieważ będąc w jego wieku, brat już normalnie się z kimś umawiał...
– Z jakąś dziewczynę w wakacje – powiedział Morrison. – Gdy byłem w Ameryce z moim tatą. Och, i to nie był nawet mój pierwszy pocałunek...
– Całkiem wygodnie – powiedział Scorpius. – Jak się nazywała?
– Jane – odpowiedział szybko Vincent. Widać po nim jednak było, że zaczyna się powoli denerwować.
– Jane jaka? – dopytywał pompatycznie Malfoy, siadając już na swoim łóżku. Albus nagle doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby, gdyby któryś z ich współdomowników nagle wszedł do dormitorium. Dwaj pozostali mieszkańcy ich sypialni musieli być przecież w pokoju wspólnym, prawda? Może będą chcieli zostawić tutaj swoje torby przed zejściem na kolację...?
– Co masz na myśli? – spytał Morrison.
– Jak się nazywała? Podaj nam nazwisko, stary.
Vincent wydał z siebie dziwny dźwięk, brzmiący komicznie w jego wydaniu. Kompletnie nie pasował do jego głosu.
– Nie wiem – odpowiedział kwaśno. – Nie obchodziło mnie to...
– Ha! – wykrzyknął Scorpius. – Nie nazywała się przypadkiem Fake? Jane Fake[3]?
Morrison popatrzył na niego w milczeniu, a Scorpius najwyraźniej poczuł, że odrobił swoją pracę domową, bo odwrócił się z powrotem do Albusa, który aktualnie podgryzał swoje paznokcie, żeby mieć jakieś zajęcie w trakcie ich sprzeczki.
– Tak czy inaczej – kontynuował. – Wróćmy do rzeczy, które faktycznie miały miejsce. – Rzucił mroczne spojrzenie Morrisonowi. – To dopiero nasz pierwszy dzień, a ja już dostałem kulką. Nie mogę z nią nawet zrobić eliksiru!
– To tylko pierwsze zajęcia, stary – powiedział Albus pocieszająco. Jakby nie patrzeć, sam był w takiej samej sytuacji. – I właśnie – to był dopiero nasz pierwszy dzień! Masz przed sobą cały rok i opiekę nad magicznymi stworzeniami! Spójrz optymistyczniej... Poza tym myślę, że mogę ci trochę pomóc.
Obaj przyjaciele unieśli na to stwierdzenie brwi. Najwidoczniej Morrison odzyskał już swoją gotowość do rozmowy.
– Dużo czasu spędzam z Mirrą i jestem pewien, że mógłbym, no wiesz... przygotować ci grunt – powiedział pewnie.
– Poważnie? – spytał z nadzieją Scorpius.
– Tak. – Skinął głową. – Nie mam nic przeciwko temu... To nic wielkiego przecież... I tak jak już mówiłem, to dopiero nasz pierwszy dzień.
Scorpius przyjrzał mu się uważnie, a potem zerknął na Morrisona, który także kiwnął głową.
– Okej. Super... – skomentował.
Cała trójka milczała przez chwilę, ugruntowując tym samym swoją umowę. W jednym momencie zjednoczyli się, głowiąc nad pojedynczym zadaniem. Czy jeszcze przed dziesięcioma minutami nie drżeli przed Idą Blackwood? Czy nie obgadywali jej?
– Dobra, chodźmy zjeść kolację – powiedział w końcu Morrison, energicznie wstając i kierując się ku drzwiom dormitorium. – Trzeba nieco oczyścić umysł.
– Tak, musimy skupić się na innych rzeczach – dodał Albus, na co Scorpius kiwnął głową. – Na przykład na tym, że muszę iść do Blackwood pogadać z nią o quidditchu...
Wszyscy się zaśmiali dość niezręcznie.
– A wiecie już na jakie pozycje będziecie startować do zespołu? – zapytał, gdy Morrison otworzył już drzwi i zrobił pierwszy krok w kierunku pokoju wspólnego.
– Obrońcy – odpowiedzieli w tym samym czasie. Morrison momentalnie się zatrzymał i odwrócił, by spojrzeć na Scorpiusa, którzy przyglądał mu się ze stalowym spojrzeniem.
Albus utkwił wzrok gdzieś pomiędzy nimi.
I znowu zapadła cisza...
[1] Garboróg (z ang.: graphorn) – duże, szaro−fioletowe, agresywne zwierzę z garbem na grzbiecie i dwoma ostrymi rogami. Występowało w górzystych regionach Europy. Sproszkowany róg garboroga jest składnikiem wielu eliksirów, ale był on bardzo drogi z powodu trudności, na jakie napotykało się przy próbie jego zdobycia. Jedną z przyczyn tej sytuacji był fakt, że skóra garboroga była grubsza nawet od smoczej, co dawało mu znakomitą odporność na zaklęcia i uroki. Stworzenie miało swój debiut w filmie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”
[2] Suahili – język używany w Afryce Środkowej i Wschodniej (w: Kenii, Tanzanii, Demokratycznej Republiki Konga, Ugandzie)
[3] „Jane Fake” – zostawione w oryginale – dialog przetłumaczony dosłownie brzmiałby dziwnie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz