28 kwietnia 2021

4. CHAOS NA POKĄTNEJ

Głośne odgłosy i drobne eksplozje trwały jeszcze kilka chwil, zanim nagle ucichły, pozostawiając po sobie niezręczną ciszę. Potem, bez żadnego ostrzeżenia, rozbrzmiało się coś, co przypominało ogólną panikę i Albus mógł zobaczyć ludzi biegnących ku nim z daleka, wyglądających na przerażonych.

– Zostańcie tutaj – powiedział wujek Ron, biegnąc już w ich stronę z wyciągniętą różdżką i pełnym obaw wyrazem twarzy.

– Bądź ostrożny... – zaczęła jego żona, ale została zagłuszona przez przebiegających obok czarodziejów.

Rose krzyknęła, Hugo zaś wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Coraz to większa ilość ludzi szybko koło nich przemykała, nie dbając o nikogo prócz siebie.

Albus stał nieruchomo, zamrożony, podczas gdy jego bębenki słuchowe przechodziły przeciążenie, a mózg próbował zrozumieć, co się dzieje. Co się stało? Dlaczego te przerażone masy biegną przez Pokątną?

I wtedy to usłyszał.

– Zabili go? – ktoś zapytał.

– Nie, klątwa nie trafiła. To znaczy, tak myślę, zapisywałem się wtedy...

W oddali rzucono klątwę uśmiercającą. Albus nie pojmował dlaczego, ale wiedział, że jego wuj pobiegł właśnie w tamto miejsce. Najwyraźniej było to wszystko, co musiał zrozumieć także jego brat.

– James, ty nigdzie nie idziesz! Zostań! – krzyknęła Ginny, łapiąc starszego syna. Gryfon odepchnął ją jednak na bok i rzucił się w uciekający tłum.

– Jaimie! – wrzasnęła Lily, również rzucając się w pogoń.

– Lily, nie!

Rose i Hugo trzymali się swojej matki, która wyglądała na bardzo zmartwioną. Albus wiedział, że została tutaj tylko przez wzgląd na swoje dzieci, a z kolei one nie pobiegły za swoim tatą tylko dzięki temu, że ominęła ich genetycznie dziedziczona potterowska głupota, która często prowadziła do wplątywania się w niebezpieczne sytuacje.

Chwila, moment. Przecież też jestem Potterem! Wolno mi podejmować głupie decyzje!

Gdy tylko w jego umyśle pojawiły się te słowa, stopy samoistnie się poruszyły. Zaczął biec, walcząc z uciekającymi ludźmi, kierując się śladem rodzeństwa.

– Och nie, nie ma mowy! – Usłyszał krzyk Ginny. – Petrificus Totalus!

Albus nie pozwolił, by szok po tym, jak matka cisnęła w niego zaklęciem, przejął nad nim władzę. Instynktownie pochylił głowę, niemal czując, jak urok mija go o cal, trafiając w przypadkowego mężczyznę, który przewrócił się i upadł na ulicę sztywny niczym deska. Ludzie zaczęli się o niego potykać, dodając chłopcu odwagi, której będzie potrzebował w walce.

Przebił się przez tłum, wpadając na spieszących się czarodziejów. Kilkakrotnie prawie został przewrócony. Do przodu pchała go myśl, że trzech członków jego rodziny jest w tym chaosie i tylko wujek był odpowiednio wytrenowany. Od razu przyszła mu do głowy siostra. Musi ją stamtąd wydostać.

Wciąż wpadając na ludzi, niemal stratował upadającego właśnie małego chłopca. Stanął i pomógł mu się podnieść, a kiedy dziecko było w trakcie mówienia „dziękuję”, zostawił je i kontynuował swój bieg, mając oczy szeroko otwarte. Wszędzie wypatrywał rudych włosów Lily. Podczas torowania sobie drogi, do jego uszu dobiegł fragment rozmowy.

– Próba zamachu? Ale kto...?

– Wiedziałem! Wiedziałem, że to zły pomysł! Wiedziałem...!

            – Stary Waddlesworth z całą pewnością będzie teraz przemawiał bliżej Nokturnu!

Ślizgon kontynuował swoją wędrówkę i nieświadomie wyciągnął różdżkę, choć nie widział ani nie słyszał żadnych odgłosów walki. Aż do...

– Drętwota!

Strumień światła minął go, a wyznaczony cel, kimkolwiek był, upadł na ziemię. Nagle wszędzie zaczęły latać czerwone zaklęcia, co sprawiało wrażenie ogólnego przyzwolenia na użycie różdżki.

Albus zmusił się, by upaść, aczkolwiek wciąż był bardzo zdeterminowany, by znaleźć swoją siostrę. Kontynuował więc podróż na kolanach. Przeszedł tak przez całą ulicę, a potem, z niewielkim wstrząsem, uświadomił sobie, że znajduje się niezbyt daleko od miejsca, w którym znajdowała się scena. Teraz na jej miejscu były jedynie duże odłamki drewna – została wysadzona w powietrze.

Rozejrzał się wokół zniszczonej platformy i zobaczył Warrena Waddleswortha opierającego się o pozostawiony bez opieki sklep – jego olśniewający niebieski garnitur poplamiony był czerwienią, podobnie jak twarz. Obok niego koczował łysy mężczyzna zwany Młotem. Sprawiał wrażenie, jakby stał na straży swojego rannego przywódcy. Nie będąc pewnym, kto ze zbliżających się do nich jest sojusznikiem, chcącym oferować pomoc bądź wrogiem, nie mając czasu wypytywać o szczegóły, Młot łapał ludzi obiema rękami niczym szmacianą lalkę i odrzucał w tłum. Następnie pochylił się i podciągnął Waddleswortha do góry.

Kiedy do Albusa dotarło, że się rozproszył, zaczął szybko rozglądać się ponownie. Zaklęcia oszałamiające nie były wystrzeliwane już tak gwałtownie – pomyślał więc, że może zaryzykować i się podnieść. Zrobił to i zobaczył, że kilka kolejnych osób biegnie w kierunku Waddleswortha.

– Rusz się, dzieciaku! – warknął na niego zastraszający, kobiecy głos.

Albus został brutalnie odepchnięty na bok. Wtedy też zobaczył, że była to niska czarownica o długich, prostych blond włosach, spiesząca ku przemawiającemu, wraz z dwiema lub trzema osobami za nią. Młot ich nie zaatakował.

Tak wyglądały zamieszki. Przypomniał sobie, że czytał o nich w zeszłym roku i dopiero teraz pojął, dlaczego przyciągały tyle uwagi. Były niebezpieczne. Wokół leżały nieprzytomne ciała, ludzie przechodzili nad nimi, tratowali je, uciekając i nie patrząc pod nogi. Spojrzał raz jeszcze na zakrwawioną twarz Waddleswortha i od razu zrozumiał, co się wydarzyło. Ktoś wpadł na scenę i próbował go zaatakować, a to, co się działo teraz, było bezpośrednim rezultatem zamachu.

Tuż obok przeleciał oszałamiacz i chłopiec ponownie się schylił, wracając do pełzania i przeklinając, że zaryzykował trafienie. Wykręcił szyję, próbując dostrzec gdzieś Lily, lecz nigdzie jej nie było. Zmieszanie sytuacją nieco minęło i zostało zastąpione niepokojem. Gdzie była jego mała siostrzyczka?

Spojrzał na ziemię i zauważył mężczyznę w średnim wieku z długimi brązowymi włosami z rękoma związanymi na plecach grubymi sznurami. Mężczyzna próbował wstać, chociaż było to trudne zadanie, biorąc pod uwagę fakt, iż ktoś właśnie nadepnął mu na twarz. Albus spojrzał w górę i zobaczył, że stopa należała do Ronalda Weasleya.

– Zostajesz tutaj. – Wujek wyciągnął różdżkę.

Ktoś go minął, a auror, najwyraźniej uznając tę osobę za zagrożenie, wycelował z różdżki i strzelił. Grube liny związały kolejnego czarodzieja, który upadł na ziemię z trzaskiem, a następnie zaczął wierzgać, by móc wstać. W międzyczasie zwycięzca wciąż naciskał stopą na twarz pierwszego związanego. Brunet zastanawiał się, ilu schwytanych było dziełem jednego człowieka.

– Albusie? – zapytał Ron ze złością, dostrzegając swojego siostrzeńca na ziemi. – Co do cholery...?

– James i Lily! – oznajmił szybko chłopiec, wstając. – Obydwoje za tobą polecieli!

Wujek wydał z siebie ciężkie westchnienie i jednocześnie uniósł przez ramię różdżkę oraz, z wielką dokładnością, o którą mało kto by go podejrzewał, rzucił zadziwiające zaklęcie wprost na nieznajomego, który próbował się wyplątać z lin parę stóp dalej. Człowiek ten ponownie upadł na ziemię.

– Gdzie Rose i Hugo? – zapytał.

– Zostali z tyłu, z twoją rodziną wszystko w porządku! – Albus musiał przekrzyczeć hałas. – I myślę, że moja mama też tu przybiegła! – dodał.

Teraz gdy o tym pomyślał, to Ginny nie miała powodu, by zostać z tyłu – wszystkie jej dzieci naraziły się wszak na niebezpieczeństwo.

– Jamesowi nic nie będzie – powiedział wujek. – Rozdzielmy się i poszukajmy Lily. Jeśli znajdziesz siostrę, wystrzel czerwone iskry.

Albus kiwnął głową, choć nie był pewien czy potrafi wykonać takie zaklęcie. Odwrócił się od aurora i zaczął przepychać się przez tłum, co dalej było ciężkie. Nie był zbyt wysoki i trudno mu było się poruszać.

Głowę wciąż trzymał nisko, jednocześnie nie przestając szukać rudych włosów. Może James znalazł Lilkę i zabrał w bezpieczne miejsce? Może teraz szukał jej już na próżno? I gdzie był Jaimie? Wtem przypomniał sobie bójkę na boisku quidditcha na swoim pierwszym roku. Brat na pewno był w samym środku zamieszania...

Ktoś wpadł na niego z dużą siłą. Chłopiec zachwiał się lekko, a potem został poturbowany ponownie, co powiedziało mu, że nie było to dzieło przypadku. Upadł na ziemię, uderzając o nią głową, a jego dłonie otarły się o beton. Przygryzł wargę z bólu, ale dosłownie w tej chwili zauważył swoją siostrę.

Opierała się o opuszczony sklep kilka stóp dalej i wyglądała na przerażoną. Kołnierzyk koszulki miała podniesiony aż do podbródka i drżała – wyraźnie zdawała sobie sprawę, że popełniła duży błąd. Próbowała odepchnąć się od ściany i wpaść w tłum ludzi, ale ci biegali w jedną i w drugą stronę, mijając ją tak szybko, że nie śmiała ryzykować.

Chciał ją zawołać, kazać jej zostać tam, gdzie stoi, dopóki po nią nie przyjdzie, ale wtedy dostał z łokcia prosto w usta. Odwrócił głowę, by zobaczyć, kto go atakuje podczas zamieszek pełnych dorosłych dwukrotnie od niego większych i dostrzegł tego samego chłopaka, który wpadł wcześniej na Jamesa.

– Owalsie – udało mu się jęknąć, chociaż niewyobrażalnie bolała go szczęka. Napastnik nie ruszył się, lecz zamachnął, gotów do kolejnego uderzenia.

I zrobił to. Albus został uderzony tuż nad okiem, a myśl, że właśnie bije go jakiś nieznajomy chuligan, nawet nie przyszła mu do głowy. Jedyne, o czym mógł myśleć, to to, że jego mała siostrzyczka zaraz mogła zostać porwana przez zdziczały tłum, a on był tutaj, obok, wielokrotnie uderzany w twarz...

Kiedy dosięgły go kolejne ciosy, zacisnął oczy, zęby i dłoń w pięść, próbując się odwdzięczyć, lecz okazało się to niemożliwe. Poczuł następne uderzenie, i następne, podczas gdy jego siostra zapewne go teraz obserwowała, już ku niemu biegnąc tylko po to, żeby zostać równie skatowaną...

Nagle poczuł nieprzyjemny ból niemający nic wspólnego z ciosami nieznajomego. Dziwne brzęczenie wypełniło mu uszy, a swoiste – dziwacznie znajome uczucie – przechodziło przez jego ciało. Poprzez zaciśnięte powieki dostrzegał błyski światła i wiedział, że w tym momencie jego oczy zmieniają kolor z soczystej zieleni na delikatny odcień złota. Z jakiegoś powodu wiedział, że długo nie będzie w takim stanie...

I wtedy wszystko się zatrzymało. Poczuł ogromną ulgę, gdy ktoś podciągnął go do góry. Oddychając ciężko, zauważył, że brzęczenie ustało i że jego oczy wróciły do normalności. Cokolwiek miało się wydarzyć, zostało powstrzymane w połowie przez osobę, która zrzuciła z niego napastnika. Siadł wyprostowany i uświadomił sobie, że uratował go brat.

– Nie próbuj... – James uderzył tamtego chłopaka w twarz, a potem pociągnął go za kołnierz. – go nawet... – kolejne uderzenie – dotykać... – następne – po raz... – następne uderzenie, przy którym Albus zauważył lecący w powietrzu ząb chłopaka. – kolejny...!

Albus skoczył na równe nogi i odciągnął brata od czarodzieja, który upadł na ziemię, wyglądając o wiele gorzej niż ktokolwiek, kogo ogłuszył Ron Weasley.

– Nie mamy na to czasu – spróbował przemówić bratu do rozsądku. – Lilka...!

James zobaczył siostrę, jak tylko wskazano mu sklep. Potem Albus przyglądał się, jak gryfon przechodzi nad niemal nieżywą osobą i zbliża się do dziewczynki, z którą ostatecznie przeprowadził szybką i cichą rozmowę, która zakończyła się w momencie, kiedy Lily wzięła Jaimiego za rękę. Brat przeprowadził siostrę przez dziki tłum, po drodze prawie się z kimś zderzając. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i teraz w trójkę siedzieli w samym środku tłumu, skuleni, unikając rozdzielenia i desperacko szukając wyjścia.

– Nie puszczaj mojej ręki, mała – powiedział James surowo i rozpoczął powolną wędrówkę, podczas gdy Lily praktycznie miażdżyła mu dłoń. – Al, podejdź trochę do przodu... Albusie?

Ślizgon nie słuchał. Ból głowy przyćmiewał mu umysł. Teraz kiedy siostra była bezpieczna, mógł skupić się na innych rzeczach, które się dzisiaj wydarzyły. Intensywny ból, dziwne brzęczenie – to zdarzyło się już wcześniej. Dziwny, złoty odcień, który widział przez powieki...

– ALBUSIE!

Otrząsnął się z oszołomienia i spojrzał na brata.

– Co jest z tobą? – zapytał James. – Bądź skupiony, wszystko będzie dobrze!

– Wiem – odpowiedział szybko. – Po prostu... boli mnie oko, to wszystko.

To nie było dalekie od kłamstwa. Lewe oko naprawdę bardzo go bolało i wiedział – nawet bez patrzenia – że było czarno–niebieskie.

James nadal prowadził ich przez tłum, który na szczęście, nieco się przerzedził. Wielu ludzi uciekło, wielu było też na ziemi, związanych lub nieprzytomnych. Albus wiedział, że wujek Ron nie mógł być odpowiedzialny za wszystkie związania – musieli więc przybyć aurorzy. Zerknął na zniszczoną scenę i zobaczył, że Waddlesworth zniknął, podobnie jak ludzie, którzy go ochraniali.

– Tutaj! – Usłyszeli czyjś krzyk, rozejrzeli się i zauważyli wujka – z rozbieganej masy wyróżniały go przede wszystkim ognistorude włosy. – Co wyście, do diabła, robili? – zaczął ich besztać kiedy podeszli, choć Albus zauważył, że reprymenda była głównie skierowana do jego brata. Zanim jednak ten mógł odpowiedzieć, wujek wyciągnął pognieciony kawałek papieru, który najprawdopodobniej został wyrwany z PROROKA CODZIENNEGO. Cała trójka wpatrywała się w niego ze zmieszaniem na twarzy, podczas gdy wokół wciąż trwały walki. – Złapcie i się trzymajcie. To świstoklik.

– Co...? – Lily nie zrozumiała.

– Natychmiast!

Wykonali polecenie.

Ron puścił papier, który zaczął się świecić na niebiesko, a następnej sekundzie Albus poczuł się tak samo, jak podczas wycieczki do Hogsmeade parę miesięcy temu...

Nastąpiło szarpnięcie i odniósł wrażenie, że podróżuje przez kosmos, z kimś ciągnącym go za kołnierz na czele. Oczy miał zamknięte i słyszał, jak Lily nieskładnie krzyczała...

Uderzył o ziemię ze świadomością, że rodzeństwo stoi tuż obok. Zanim zdążył się podnieść, a nawet zanim zdążył uchylić powieki i zobaczyć, gdzie się znajdują, usłyszał straszliwy wrzask.

– JAK MOGLIŚCIE?!

Albus pomyślał, że zaraz ogłuchnie. Otworzył oczy i zobaczył, że wylądowali w salonie rodzinnej rezydencji, a przyczyną tego przeraźliwego wrzasku była Ginny Potter. Wycelowany w nich palec niekontrolowanie drżał, podczas gdy kobieta omiatała ich rozwścieczonym spojrzeniem.

– JESTEŚCIE SZALENI?! BIEC W SAM ŚRODEK ZAMIESZEK! Kiedy wasz wujek wysłał mi wiadomość, że stworzył dla was świstoklik, na wpół świadoma chciałam mu powiedzieć, żeby się wstrzymał! Może taka nauczka przemówiłaby wam do rozsądku... Wskakiwanie wprost pod latające zewsząd zaklęcia zabijające, kto to widział...

– Chciałem tylko pomóc wujkowi, mamo... – zaczął Jaimie, a młodszy chłopiec ukrył twarz w dłoniach.

Z całej ich trójki jedynie James był na tyle głupi, żeby podjąć próbę spierania się z matką. W przeciwieństwie do brata Albus i Lily wiedzieli, kiedy powinni milczeć.

– MYŚLAŁEŚ, ŻE POTRZEBUJE TWOJEJ POMOCY?! MYŚLAŁEŚ, ŻE POTRZEBUJE UMIERAJĄCEGO SIOSTRZEŃCA?!

Próby sprzeciwu Jamesa były nieskuteczne, gdyż jego głos został zagłuszony wrzaskami Ginny. Przez ponad trzydzieści minut ich matka krzyczała bez ani jednej przerwy na oddech, jej ton głosu zmieniał się tylko wtedy, gdy wydawała się bliska łez na myśl o utracie całej trójki dzieci na raz, lecz potem ponownie wracała do zirytowanego tonu, którym mówiła bardziej do siebie niż do nich.

– Kiedy powiem Harry'emu... – warknęła. – Cała trójka na górę – dodała normalnym głosem.

Albus odetchnął z ulgą.

– Ale mamo... – zaczął James.

– Na górę – ucięła. – NATYCHMIAST. Zawołam was na obiad.

Mile zaskoczony, że wciąż może liczyć na obiad, ślizgon pomaszerował do swojego pokoju. Idąca za nim Lilka była bardzo cicha, zaś wyznaczający trasę James bardzo skołowany. Jak tylko usłyszał trzask zamykanych drzwi pokoju brata, opadł na swoje łóżko, dotykając lewego oka. Dotkliwy ból podpowiedział mu, że siniaki tak szybko nie zejdą.

Leżał przez jakiś czas na plecach, pozwalając, by wydarzenia dzisiejszego dnia, powtarzały się w jego umyśle. Na scenie był Waddlesworth wygłaszający porywającą przemowę. Potem Młot przyjmował chętnych. Następnie wrzaski i wielkie zamieszki...

I Lily wbiegająca w sam ich środek. W pogoni uchylał się od zaklęć, a chwilę potem był bity przez tego samego młodego chłopaka, który wcześniej wpadł na Jamesa.

Dlaczego ludzie zachowywali się jak chuligani? Tak właściwie, teraz kiedy o tym pomyślał, nie bardzo pasowało to do schematu zamieszek. To nie był zwyczajny wandalizm. Ludzie walczyli? Pamiętał, jak atakowali na oślep... To był czysty chaos.

Czy ludzie nie potrafią się kontrolować? Czy są z natury aż tak brutalni?

Spróbował przewrócić się na brzuch, ale stwierdził, że nacisk poduszki na oko jest zbyt duży, by mógł to wytrzymać. Skończył więc leżąc na boku, wpatrując się w przestrzeń i zastanawiając się, jak to będzie, gdy za kilka dni wróci do Hogwartu. Czy tam ludzie też nie będą go lubić? Czy ktoś jeszcze czekał, żeby uderzyć go tylko dlatego, że z wyglądu jest podobny do swojego taty?

Zapiekło go oko, a to z kolei podsunęło mu coś jeszcze. Jego oczy. Przez powieki widział promienie światła, pięknego złotego światła, które dawało mu poczucie dziwnej i niespotykanej mocy. Zostało to nagle zatrzymane – ale uczucie wciąż w nim tkwiło. I to nie był pierwszy raz. Parę miesięcy temu wydarzyło się coś uderzająco podobnego. Nie mógł jednak przyznać się nikomu o wypadku na Pokątnej. Jedyni ludzie, którzy o tym wiedzieli, przysięgli dochować tajemnicy. Jeśli profesor Fairhart nie potrafił ewenementu wyjaśnić, nie chciał, żeby ktokolwiek o tym wiedział...

Po paru długich chwilach został w końcu zawołany na obiad. Kiedy usiadł przy stole pomiędzy dwójką swojego rodzeństwa, poczuł wyraźny niepokój. Ojciec był teraz w domu, a jego szaty wyglądały na osmalone i zmaltretowane – ewidentnie był na zamieszkach. Wujek Ron siedział obok niego, sprawiając wrażenie wyczerpanego i wygłodniałego. Albus obserwował Ginny, która ze spiętym wyrazem twarzy kładła przed każdym po talerzu.

– Gdzie jest ciocia Hermio...? – zaczął James, ale matka znowu mu ucięła.

– Nie odzywaj się podczas jedzenia! – warknęła, polewając ziemniaki sosem. Dopiero gdy wróciła do kuchni, cisza została przerwana.

– Wróciła do domu razem z Rosie i Hugonem – odpowiedział wujek. – Wpadłem, bo musiałem porozmawiać z waszym tatą...

– TO SIĘ TYCZY TAKŻE CIEBIE, RONALDZIE!

Zrugany przez młodszą siostrę Ron posłusznie zamilkł i zaczął nakładać sobie tłuczonych ziemniaków.

Obiad trwał w ten sposób przez około dwadzieścia minut. Wszyscy siedzieli w ciszy, kiedy Ginny nakładała składniki, a chłopiec zauważył, że ze wszystkich przy stole, najbardziej była zła na Harry’ego. Kiedy talerze były już puste, zakomunikowała, że idzie do łóżka i wściekła jak osa, popędziła po schodach, dokładnie tak samo, jak zawsze robiła jej córka.

– Mama nie jest na was zła – powiedział tata po tym, jak zatrzasnęła za sobą drzwi. – Bardzo się o bała.

– Przecież widać, że jest na kogoś wściekła – stwierdził James, a następnie wylizał swój talerz do czysta.

– Owszem, na mnie. – Uśmiechnął się krzywo Harry.

Teraz kiedy w piątkę siedzieli przy stole, Albus, wolny od przytłaczającej obecności matki, mógł bliżej się przyjrzeć ojcu. Nie tylko jego szaty wyglądały, jakby wiele przeszły – on sam sprawiał wrażenie podłamanego.

– Dlaczego mama jest na ciebie tak zła, tatusiu? – zapytała Lily.

– Czasami nie we wszystkim się zgadzamy – powiedział. – Na przykład, powiedziałem mamie, że uważam, że James jest na tyle dorosły, że może sam zadecydować czy pomóc...

– Bo jestem! – rzekł pompatycznie Jamie.

            – Ostatecznie wybuchnęła mi w twarz – zakończył ojciec i na moment zamilkł. – Wasza trójka rozumie, że źle postąpiła, prawda? Nie jesteśmy źli, po prostu... bardzo się o was baliśmy.

– Nie było cię na Pokątnej – powiedział szybko Albus, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo niegrzecznie to zabrzmiało. – To znaczy, kiedy my tam byliśmy.

– Przybyłem, jak tylko usłyszałem, że wbiegliście w sam środek zamieszek. To było bardzo ryzykowne... bez względu na wasz wiek. – Spojrzał surowo na Jamesa. – Na szczęście, kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że wszyscy jesteście już bezpieczni.

– Zamieszanie się skończyło? – zapytała Lily.

– Masz na myśli zamieszki? – spytał wujek. – Tak, skończyły się. Niestety, to nie pierwszy raz. Na Pokątnej... dużo rzeczy zostało zniszczonych. Na pewno będzie trzeba sporo naprawić.

– Ale dlaczego w ogóle odbyła się ta zamieszka? – zapytała dziewczynka i Albus był z tego zadowolony. Nie chciał ciągnąć bliskich za język, ale nadal potrzebował odpowiedzi na dręczące go pytania.

Ron się przeciągnął.

– Jakiś idiota zaatakował scenę i Waddleswortha.

– Kogo? – zapytał James, a ślizgon przypomniał sobie, że brat nie był świadkiem przemówienia.

– Waddleswortha – tego schludnego kolesia... – Wuj także zapomniał, że siostrzeńca nie było wśród widowni. – Tego faceta z trochę spiczastym nosem...

– Czekaj, ktoś wpadł na scenę? – zapytała Lily. – I co wtedy?

– Rozeszła się plotka, że wystrzelono klątwę zabijającą, ale patrzyłbym na to z przymrużeniem oka. Bardziej prawdopodobne jest to, że Warren uniknął mocniejszego zaklęcia i nadstawił się łagodniejszemu, żeby dało to dramatyczny efekt – wyjaśnił tata. – Tak czy inaczej, ludzie z tłumu zaczęli gonić za tym, który wystrzelił zaklęcie i wtedy jego grupa się zaangażowała. Pandemonium nastąpiło, kiedy zjawili się aurorzy.

– Dlaczego w ogóle ktoś miałby go zaatakować? – zapytał Albus.

Ojciec spojrzał na niego, zaskoczony. Najwyraźniej nie spodziewał się, że syn się bezpośrednio do niego odezwie. To zaś sprawiło, że chłopiec poczuł się nieswojo.

– Ponieważ ludzie go nienawidzą – odpowiedział.

– Co?

– Niecałe społeczeństwo pragnie dołączyć do WAR – wyjaśnił wujek. – Na każdą osobę, która uznaje Waddleswortha za najlepszą rzecz od czasu wynalezienia piwa kremowego, przypadają dwie bądź trzy, które nie popierają renegatów. To nie znaczy oczywiście, że są po stronie Ministerstwa –  po prostu uważają, że Wybawczy Alians Różdżek działa nieprawidłowo.

– Trzeba kierować się naprawdę dziwnym zbiorem zasad moralnych, by myśleć, że renegaci są w porządku – dodał Harry, zwracając na siebie uwagę młodszego syna. – Albo w 100% wspierasz Warrena Waddleswortha, albo jesteś przeciwko niemu. Tylko nieliczni twierdzą, że widzą dwie strony medalu. Na jednej są więc zwolennicy WAR lub ich pomocnicy – którzy są przekonani, że robią właściwie, przygotowując się do bitwy i dobrowolnie torturując lub zabijając...

– A na drugiej masz resztę – dokończył Ron. – Tych, którzy nie wiedzą, co należy zrobić z Aresem, ale jednocześnie są przeciwni metodom WAR, gdyż te zbyt przypominają im praktyki śmierciożerców. Pomiędzy tymi dwoma jest Ministerstwo Magii, próbujące powstrzymać ludzi przed rozrywaniem się na strzępy i obwiniania ich za wszystko...

– Święta racja – przyznał Harry, kiedy dzieci spojrzał na niego, lekko zdziwione. – Waddlesworth ma za sobą sporą grupę popleczników – i ona ciągle się powiększa. Nikt nie stoi po stronie Ministerstwa, jedynie samo Ministerstwo. Nasza popularność osiągnęła najniższy poziom od czasów wojny z Voldemortem i niestety słusznie. Nikt już nam nie ufa...

– I zauważcie, że Warren w ogóle nie walczył. Nie zakończył tamtego bałaganu, prawda? Wiedział, że nie byśmy go nie aresztowali – kontynuował wujek. – Co więcej, zamiast tego rozejdzie się plotka, że ktoś „próbował go zamordować”, a on „odmówił walki”. Następnie nazwany zostanie pacyfistą, wystarczy tylko poczekać. Jego twarz będzie na koszulkach i pudełkach płatków śniadaniowych.

– Ale... co to wszystko daje? – zapytał Albus obu dorosłych i po ich zaciekawionych wyrazach twarzy zrozumiał, że nie do końca go zrozumieli. – Chodzi mi o to, że wszyscy jesteśmy przeciwko Aresowi. Jaki jest więc sens walki pomiędzy sobą?

Ojciec uśmiechnął się do niego dziwnym, szerokim uśmiechem, który pokazywał, jak bardzo był zadowolony.

– Nie ma żadnego, synu. Trafiłeś w samo sedno. Właśnie dlatego Ares zwycięża.

– Zwycięża?

– O, tak – kontynuował Harry. – Spójrz na to z jego perspektywy. Ludzie się boją. Walczą na ulicach o to, jak sobie z nim poradzić, a on od czasu bitwy w Departamencie Tajemnic nie wykonał żadnego ruchu. Czarodziejski świat jest na skraju wojny domowej, której Ministerstwo nie może powstrzymać, ponieważ jest trzecią jej stroną i może jedynie obserwować przebieg sytuacji. Kiedy już będzie gotów wykonać swój ruch, my nie będziemy mieli czasu, energii i siły, bo przez ten cały czas traciliśmy je na rozwiązywanie przyziemnych konfliktów. Bitwa się zakończy, zanim zdąży się zacząć. Nie sądzisz, że to całkiem sprytne?

– A więc... on chce wszcząć wojnę? – zapytał ślizgon. – Tak jak Waddlesworth mówił?

– Chce coś osiągnąć – skorygował wniosek wujek. – Nie czeka, by znaleźć odpowiednie słowa, by przeprosić. Ukrywa się z jakiegoś powodu. I z Waddlesworthem podnoszącym go do rangi Voldemorta – której oczywiście nie posiada – może zostać w ukryciu tyle, ile zechce.

– Reżim Voldemorta to wcale nie takie odległe czasy – powiedział Harry. – To około dwudziestu lat wstecz – wciąż jest w pamięci ludzi. Nie zdają sobie sprawy, jak potężny jest Ares, a nie jest on Voldemortem. Nie posiada również armii czarnomagicznych stworzeń, a jedynie garstkę wiernych ludzi, którzy uniknęli Azkabanu. Mimo to ludzie już się przygotowują. Cała ta uwaga skupiona na Aresie sprawia, że staje się on większym zagrożeniem, niż jest w rzeczywistości, a kiedy coś faktycznie się wydarzy, będziemy całkowicie nieprzygotowani.

– Jak myślicie, co on próbuje osiągnąć? – zapytał Albus i dopiero wtedy zauważył, że jako jedyny ze swojego rodzeństwa wciąż bierze udział w rozmowie. James poszedł po salonu, a Lily niemal usypiała przy stole.

– Naprawdę nie wiemy. – Ojciec pochylił głowę i zmarszczył brwi. – Sądzimy, że do tego potrzebuje czegoś więcej, może wsparcia. Właśnie dlatego staramy się go odizolować.

– Odizolować?

– Ci wszyscy ludzie, którzy się tutaj od czasu do czasu kręcą, Albusie – nieprzypadkowo wszyscy pochodzą z różnych krajów. Mam na oku cały świat. Tak naprawdę, tylko tutaj jestem nienawidzony. Za granicą mam masę wsparcia, co się opłaca. Myślimy, że Ares opuścił Wielką Brytanię, ale mogę go szukać wszędzie. Kontakty... Cóż, znam paru ludzi. Ares najprawdopodobniej utknął, chowając się na jakiejś małej wyspie lub gdzieś w lesie, ale nie mogę tego zagwarantować. Nie ruszy się nigdzie, bo ludzie pana Kruma mają oko na całe swoje Ministerstwo. Co najwyżej, może wysłać zwolenników, ale wtedy ich złapiemy i zdobędziemy trop. Ares chce z kimś walczyć, to na pewno... Może nawet właśnie z Ministerstwem...

– Z Ministerstwem Magii? – Albus nie mógł uwierzyć. – Ze wszystkimi oddziałami aurorskimi?

– Ze wszystkimi z rządu – stwierdził wujek. – Ares bardzo nas nienawidzi. Wiem, że brzmi to niedorzecznie, bo kto jest na tyle głupi, żeby podjąć się ataku na cały system, który stworzony jest z ludzi? Aczkolwiek trzeba przyznać, że Ares jest dość odważny. To główny powód, dla którego staramy się go izolować na wyspie. Nie chcemy, żeby gromadził olbrzymów, dementorów czy inne stworzenia, tak jak robił to kiedyś Voldemort. Nie możemy pozwolić mu stworzyć armii, bo wtedy zaistniałoby duże prawdopodobieństwo, że będzie mógł zrobić, co tylko sobie wymarzy.

– W sumie nie szuka zwykłych popleczników. – Harry podrapał się po brodzie. – To dość osobliwa sytuacja, nie był na otwartej przestrzeni od jakiegoś czasu. Wygląda, jakby czegoś pragnął i nie potrafił sobie z tym poradzić. To naprawdę dziwne, bo każda ciemna istota jest przez nas sprawdzana. Mamy na nie oko. Nawet na gobliny, które nie są dużą grupą w Ministerstwie i mówią, że nie chcą mieć z nim nic wspólnego.

– Jeśli możemy być z tobą szczerzy... – Wujek zawiesił na chwilę głos. – Ares to tylko połowa naszego problemu – drugą stanowi jego brat.

– Co? – zapytał Albus, zaskoczony tą informacją. – Darvy? Dlaczego?

– Jest dość przeciętnym czarodziejem, ale cechuje go nieprzewidywalność – odpowiedział ojciec. – Ares kieruje się pewnym zestawem ideałów – poniekąd możemy wyodrębnić jego punkt widzenia, a co za tym idzie, dowiedzieć się czego chce.

– Jego brat jest inny – wtrącił Ron. – Widziałem już różnych sadystów i psychopatów, ale Sebastian Darvy to zupełnie inna liga. Świetnie grał, będąc w szkole profesorem – ale to socjopata[1].

Albus kiwnął głową, wyrażając niemą zgodę. W zeszłym roku ponownie spotkał się z byłym nauczycielem eliksirów i przekonał się, że ten jest nikim innym, jak tylko wrogiem. Nie tłumaczyło to jednak, dlaczego stanowił jedynie „połowę problemu”.

– Dlaczego jest taki ważny? – zapytał chłopiec. – Jest szalony, ale co z tego? Przecież powiedzieliście, że jest przeciętny.

– Nie chodzi jedynie o moc – stwierdził wujek. – Spójrz na Warrena Waddleswortha. Chodzi o władzę.

– Krążą pogłoski, że Darvy mówi o w ogóle innych przedsięwzięciach, niż jego brat – wyznał Harry. – Jak powiedziałem wcześniej – ludzie Aresa są jedynie pionkami, narzędziami gotowymi do użycia. On naprawdę nie może znieść czarnej magii i niemal się nią nie posługuje, ale Darvy wydaje się postrzegać to inaczej. Praktycznie mianował się drugim dowódcą – kocha uwagę.

– Skąd o tym wiesz? – zapytał Albus. – Że Ares się ukrywa?

Tata ściszył głos, jakby nie chciał obudzić Lily, która teraz spała na stole, oddychając miarowo z głową schowaną w ramionach.

– Ludzie gadają, synu. Ares naprawdę nie uważa się za jakiegoś tyrana. Swoich ludzi nazywa Apostołami Zmian, lecz Darvy poszedł jeszcze dalej. Za plecami brata nazywa ich Diablim Aliansem.

– Diablim Aliansem? – powtórzył ślizgon, zaskoczony nowinką.

– Tak, okropna nazwa, prawda? – Ron zmarszczył brwi. – Ukradł nawet nasz stary akronim, co nie, Harry? D.A.[2] Mówię ci...

            – Co to znaczy, że za plecami Aresa?

– Cóż, to właśnie jest połowa problemu – odpowiedział ojciec. – Darvy kocha uwagę tak bardzo, że nadał tym ludziom określenie, które ma wzbudzać strach, zaś Ares woli poczekać, zanim zaangażuje swoich „Apostołów Zmian” – Darvy chce po prostu wywołać zamieszanie. Wysłał nawet groźbę do Ministerstwa, nie tak dawno temu, której Ares na sto procent mu nie zlecił. Liczy na jakąś akcję, chce być kimś wielkim. Nie możemy zaufać Aresowi, że posiada władzę nad bratem, a to oznacza, że w każdej chwili Sebastian Darvy może zacząć siać spustoszenie. Właśnie dlatego musimy działać szybko – trzeba znaleźć ich jak najszybciej.

– Skąd to wszystko wiecie? O tym całym Diablim Aliansie...? Macie jakiegoś szpiega czy coś? – zapytał.

Mężczyźni wymienili spojrzenia, bardzo dla niego znajome. Morrison i Scorpius, jego najlepsi przyjaciele, wymieniali dokładnie takie same, jak chcieli coś przed nim zataić.

– Nie, nie szpiega – powiedział krótko ojciec.

Zdecydowanie nie – dodał wujek.

Zdecydowanie – kontynuował ojciec.

– Nie bądź dzieciakiem, Albusie – zakończył Ron.

Z kamiennymi wyrazami twarzy ponownie wymienili spojrzenia. W tym momencie Albus śmiało mógł powiedzieć, że żałują rozpoczęcia całej tej rozmowy i przez chwilę zastanawiał się, jak w ogóle do niej doszło. Zawsze bywa zbywany.

Zrozumienie uderzyło w niego, niczym grom z jasnego nieba. Wystarczyło tylko przelotne spojrzenie na twarz Harry’ego. Tata chciał z nim tylko porozmawiać. Syn zadał mu pytanie, więc się zaangażował. Nie obchodziło go, jak wiele sekretów po drodze wyjawi, po prostu zwyczajnie znowu chciał być rodzicem. To z kolei wywołało u chłopca wielkie poczucie winy, ale nie mógł nic poradzić na to, że wcale nie był usatysfakcjonowany.

– Więc... to nie jest szpieg... – podsumował.

– Nie. To po prostu inteligencja, jak również najnowsze dane wywiadowcze sugerujące, że Ares ukrywa się gdzieś na Panamie – przyznał Harry. – Jest tam wiele wysp. San je bada – twój były nauczyciel. Nasze wskazówki są dosyć trafne na ten moment, choć nie ma w nich nic sugerującego, że Ares nie ma więcej niż jednej kryjówki. I jak dobrze znam Reda, będą obłożone całą masą zaklęć i barier...

– Dlaczego to robisz? – przerwał ojcu Albus.

– Co takiego?

– Właśnie to. – Znów zaczął w nim buzować gniew. Czy jeszcze przed momentem nie czuł się winny? – Czasami nazywasz go Aresem, a czasem Redem. Jakbyś nie był pewny czy to twój wróg, czy stary kumpel po fachu.

Harry gapił się na niego, ze zmęczeniem starając się przybrać zawstydzone spojrzenie, ale ostatecznie zawiódł. Nie odpowiedział na pytanie i chłopiec poczuł jak szczęście, które znalazł w rozmowie z ojcem, wyparowało.

– Może powinieneś iść do łóżka – powiedział Harry, lekko rozczarowany. – Za parę dni wracasz do Hogwartu, powinieneś się nieco przespać. Przed tą całą nauką...

Ślizgon zmarszczył brwi i spojrzał na Rona, który położył stopy na stole i kiwnął głową, popierając swojego szwagra. W milczeniu opuścił więc pokój.

– Przyłóż sobie trochę lodu do oka! – Gdy wchodził po schodach, dobiegł go jeszcze krzyk wujka.

Zignorował radę i pomaszerował korytarzem na piętrze, zamykając za sobą cicho drzwi tuż przed położeniem się na łóżku. Nawet będąc na dole i jedząc obiad, czuł ostatki krążącej w żyłach adrenaliny – pozostałości po zamieszkach. Spróbował przemyśleć jeszcze raz to, czego się dziś dowiedział – zarówno z chaosu na Pokątnej, jak i informacji, które wyjawił mu ojciec. Wszystko się ze sobą łączyło. Źródłem wszelkiego zła był Reginald Ares, tak więc Albus mógł śmiało stwierdzić, że to w sumie on podbił mu oko.

I wtedy usłyszał w głowie głos ojca. Albo w 100% wspierasz Waddleswortha, albo jesteś przeciwko niemu. Tylko nieliczni twierdzą, że widzą dwie strony medalu.

Albus nie widział żadnej strony. Tak naprawdę to z nikim się nie zgadzał. Obrócił się na bok i naciągnął na siebie kołdrę. Pierwszy września chyba nie nadejdzie wystarczająco szybko.



[1] Socjopata – zaburzenie osobowości, przejawiające się nierespektowaniem podstawowych norm etycznych oraz wzorców zachowań w społeczeństwie, uwidaczniające się w wyraźnym braku przystosowania do życia w społeczeństwie. Wśród cech charakterystycznych socjopaty można wyróżnić między innymi: brak sumienia i poczucia odpowiedzialności za innych, brak wstydu, poczucia winy i skruchy, manipulowanie innymi, brak reakcji na zaufanie, miłość i czułość oraz brak empatii emocjonalnej

[2] D.A. – skrót od: Dumbledore's Army – pozostawiony w oryginale; gdyby został zmieniony, wypowiedź Rona straciłaby sens

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz