14 grudnia 2022

14. NAJTAJNIEJSZY STRAŻNIK TAJEMNICY

Tak jak przewidywał Albus, teorie szybko zostały obalone.

— Zbyt skupiasz się na jednym słowie i robisz dużo zamieszania, stary — powiedział Morrison, ziewając na niedzielnym śniadaniu.

— Zgadzam się z tym — stwierdził z pełną buzią Scorpius.

Albus zakrztusił się sokiem dyniowym.

— To przecież ty…

— Ciszej… — zganił go przyjaciel.

— To przecież ty powiedziałeś mi, jak ważna jest ta Zasłona — dokończył.

— Zasłona, owszem. Twój główny podejrzany, nie. Nawet jeżeli to ten sam przedmiot, o którym wspominał ci Fairhart, szczerze wątpię, że był jedyną osobą na świecie, która wiedziała o jego istnieniu. Wyciągasz zbyt pochopne wnioski, opierając się na pojedynczym wspomnieniu.

— Wszystko do siebie pasuje! — Albus twardo obstawiał przy swoim. — Na własne oczy widziałem, że Fairhart był brutalnym pojedynkowiczem. I już wcześniej wysyłał mi anonimowe listy. No i wie o Zasłonie!

Morrison podrapał się po brodzie.

— Chłopak ma trochę racji — powiedział do Scorpiusa, a serce Albusa przyspieszyło swój rytm.

— W rzeczywistości, ta teoria ma tylko jedną lukę. Facet nie żyje! — krzyknął, odwracając się do bruneta. Położył tak duży nacisk na ostatnie zdanie, że kilka pobliskich osób spojrzało na nich z zaciekawieniem, przez co musieli natychmiast zakończyć tę rozmowę.

Mniej więcej godzinę później Albus wciąż tkwił w tym samym punkcie, choć fizycznie w innym miejscu.

— Cóż, z powodzeniem wyeliminowałeś Fairharta i mojego tatę — zadrwił ze Scorpiusa, gdy byli na boisku do quidditcha. Unosili się w powietrzu i patrzyli, jak reszta drużyny ćwiczyła unikanie tłuczków. — Na kogo więc stawiasz?

— Mam odpowiedzieć szczerze? — Blondyn nawet na moment nie oderwał spojrzenia od drużyny. — Srebrnym Czarodziejem najprawdopodobniej jest ktoś, o kim niczego nigdy nie słyszeliśmy — nieznajomy.

— Och, daj spokój…

— Ockham Brzytwa[1] — powiedział szybko Scorpius.

— Że kto taki? — Albus uniósł brwi.

Malfoy przewrócił oczami na tę głupotę i odchrząknął, wyraźnie przygotowując się do udzielenia przyjacielowi lekcji.

— Dopóki nie dowiemy się czegoś więcej, najprostsze rozwiązanie powinniśmy uznać za najtrafniejsze. Ponieważ nie mamy żadnego obiecującego kandydata na naszego Srebrnego Czarodzieja i istnieje szansa, że nigdy nie poznamy jego prawdziwej tożsamości, a przez to nie rozgryziemy tej spraw, musimy brać pod uwagę całą magiczną społeczność — miliony ludzi, których nigdy nie spotkasz osobiście.

— No niby tak, ale wróg wtargnął na wesele siostry Morrisona…

— Po pierwsze: to był Diabli Alians. Po drugie: to, że byliśmy gośćmi na tym ślubie, nic jeszcze nie znaczy…

— Pojawili się tam niesamowicie szybko, biorąc pod uwagę to, że…

— Możesz mi wierzyć lub nie, ale aportacja jest błyskawiczna — szybsza nawet od mrugnięcia okiem…

Sprzeczali się ponad minutę, aż w końcu przerwał im Barnabus Curder.

— Hej, bo my tu sobie, no wiesz… jakby latamy wokół. Czy jest coś szczególnego, co powinniśmy przy tym robić?

— Tak, tak. Świetnie wam idzie. — Albus kompletnie go zignorował.

— Nawet mnie nie słuchasz…

— Słucham. Powiedz Barry'emu, żeby kontynuował, bo dobrze wam idzie…

Barnabus wymruczał coś niegrzecznego pod nosem, ale posłusznie wrócił do treningu.

Scorpius przyglądał się tej scenie z szeroko otwartą buzią.

— Jesteś kapitanem! — okrzyczał Albusa, gdy zostali sami. — Może powinieneś wziąć się do roboty i zacząć kapitanować?

— Przecież dobrze sobie radzą. — W rzeczy samej, nie skłamał. Od czasu nieszczęsnego pierwszego meczu, drużyna drastycznie się poprawiła. Nastolatek mógł tylko zgadywać, że za taki stan rzeczy odpowiada lepsza kondycja psychiczna graczy — w końcu przestały ich zjadać nerwy, gdyż nabyli trochę doświadczenia. Kolejna rozgrywka zaplanowana jest na początek lutego, na około tydzień przed walentynkową wycieczką do Hogsmeade, a Albus nareszcie poczuł coś względem swojej drużyny, czego wcześniej się nawet nie spodziewał — pewność zwycięstwa.

— Owszem, lepiej latają na miotłach, ale nie poprawili się jako zespół — powiedział ponuro Scorpius. — Podstawą następnego meczu nadal będzie moja obrona i twoja zręczność. Czy jeżeli zgodzę się z twoimi teoriami na temat Srebrnego Czarodzieja, to ruszysz tyłek i znów wcielisz się w rolę kapitana?

To nie było takie proste. Obsesja Albusa rosła z tygodnia na tydzień, a jej gwałtowny rozwój spowodowany był tym, że był święcie przekonany, iż jego podejrzenia są słuszne. Wiedział, że rówieśnicy uważają go za patetycznego i przepełnionego nadzieją. Wiedział, że sprawia wrażenie chwytającego się ostatków idei dziecka, które za wszelką cenę pragnie wierzyć, że dawny nauczyciel wciąż jest wśród żywych i systematycznie ściera się z dwiema oddzielnymi frakcjami, przyodziewając srebrną maskę. Ciężko było nie wyciągnąć takich wniosków ze zdobytych dotąd informacji, tym bardziej że próbował dojść do czegoś innego. Co, poza przez nikogo niewidzianą śmiercią Fairharta, stało jeszcze na drodze?

Niestety, dalszych wskazówek nie było, więc pozostały tylko listy. Ignorując komplikacje związane z różnicą charakteru pisma i gramatyką, postanowił skoncentrować się na tym, co pomogło mu stworzyć podstawy swojej hipotezy, a mianowicie na Zasłonie Skazańca. Był całkowicie pewien, że wspominany w liście obiekt jest dokładnie tym samym z Departamentu Tajemnic, ale to nijak posuwało sprawę naprzód. Zarówno szkolna biblioteka, jak i Pokój Życzeń nie przyniosły mu żadnych nowych informacji, a tylko potwierdzały mistycyzm artefaktu i podsycały pragnienie wiedzy.

Albus wiele nocy spędził na analizie tajemniczej poczty: pierwszej, pomarszczonej wiadomości, a także kolejnych, o wiele lepiej napisanych — bezskutecznie. Badając każdy pergamin, nie potrafił się oprzeć wrażeniu, iż listy stanowiły części trzech różnych zagadek, choć każdy miał niewielkie cechy przypominające co najmniej jeden z pozostałych; brakowało im tylko rzeczywistego podpisu. Nie sposób było w ogóle odbierać ich jako wspólnej całości. Zasłona nie była nawet wspominana w pierwszych dwóch listach, a mimo to Albus był przekonany, że nadawca był jeden i ten sam, choć wciąż nie miał żadnego podejrzanego. Próbował dosłownie wszystkiego — nawet kombinował szyfr złożony z losowo wielkich liter oraz dopasowywał do siebie błędy ortograficzne; ponownie nadaremnie.

Jedyną osobą, z którą mógł porozmawiać o problemach z układanką, była jego dziewczyna, kiedy w końcu przyjęła przeprosiny za zrujnowaną rankę i kiedy przekonał ją zdesperowanym wyrazem twarzy. Niemniej jednak podobnie jak Morrison i Scorpius, nie szczędziła gorzkich słów.

— Mam wrażenie, że za bardzo czegoś się tutaj doszukujesz — powiedziała lekko. — W sensie: kto w ogóle wywnioskował, że te listy mają cokolwiek wspólnego ze Srebrnym Czarodziejem? Czy naprawdę nadawca tej dziwacznej poczty musi być jakkolwiek powiązany z człowiekiem, który nokautuje niedobrych ludzi?

— Owszem, ale tylko, gdy w grę wchodzi Fairhart — odpowiedział Albus, łapiąc się za i tak już rozczochrane włosy i wbijając łokcie w leżący przed sobą podręcznik.

Zupełnie tego nie rozumiał, ale pomimo wiedzy o Pokoju Życzeń, gryfonka wciąż preferowała szkolną bibliotekę. Niestety, rozmowa przy stosach książek, musiała być prowadzona w spokoju.

— Cóż…

Albus uniósł dłoń, uciszając dziewczynę.

— Jeżeli zamierzasz mi udzielić kolejnego wykładu, że Fairhart nie żyje, to uwierz, że słyszałem to już wcześniej…

— Nic z tych rzeczy — oznajmiła ostro Mirra. — Podążam za twoim tokiem myślowym. Także, przez wzgląd na tę rozmowę, zakładam, że Fairhart nie zginął.

Chłopiec odetchnął z ulgą.

— No dobrze, kontynuuj.

— Jeżeli profesor Fairhart rzeczywiście żyje, to dlaczego to wszystko miałoby się w ogóle dziać? Z jakiego powodu wysyłałby ci te niespójne listy? Dlaczego zdecydowałby się na ukrycie prawdziwej tożsamości? — Potrząsnęła lekko głową.

— To nie byłby pierwszy raz, kiedy wysłał mi anonimowy liścik — zauważył rzeczowym tonem Albus.

— Dobrze, ale czy tamta notka była czytelna i przejrzysta? Czy miała wyraźnie określony cel?

— Tak — przyznał. — Co nie zmienia faktu, że nie są to wymagania na list!

— W porządku, niech ci będzie. — Mirra machnęła dłonią. — W takim bądź razie, dlaczego Fairhart zataił swoją tożsamość?

— No cóż, bo nie chce, żeby ludzie wiedzieli, że jednak żyje — burknął, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

— Chodzi mi o to właśnie, czemu tak.

— Nie… nie wiem… może ma swoje powody…?

— Naprawdę chcę, żebyś miał rację. Naprawdę. — Wydała z siebie ciężkie westchnienie. — Myślę, że dopóki nie znajdziesz odpowiedzi na te pytania, musisz przystopować z tymi rozważaniami.

Albus jęknął i pochylił głowę, by finalnie czołem dotknąć chłodnego blatu stołu. Czemu nikt nie potrafił bawić się tym pomysłem tak dobrze, jak on? Oczywiście, sam musiał przyznać, że z zewnątrz nie wyglądało to najlogiczniej, ale co szkodziło trochę ponaginać fakty, żeby coś wykombinować…?

— Powinnam już iść — powiedziała niespodziewanie Mirra, na co ślizgon podniósł głowę i zobaczył, że zdążyła już spakować część swoich rzeczy. — Spotkanie prefektów. McGonagall chciała o czymś z nami porozmawiać — dodała przepraszająco.

Albus się przeciągnął.

— Wydaje mi się, że też będę się zbierał — stwierdził ochoczo, po czym wrzucił do torby nieotwarte nawet podręczniki i przybory, pisząc na rogu pergaminu szybką notatkę, żeby przed jutrem odrobić pracę domową z transmutacji — nie było za dużo czasu na relaks.

— Porozmawiamy później, dobrze? — zapytała, pocałowała go w policzek i odeszła energicznym krokiem.

Albus pomachał jej ręką na pożegnanie i jakby na potwierdzenie słów dziewczyny, z biblioteki wyszło dwóch innych prefektów: Winona Soreeno i Milton Parish. Nie mając już dłużej powodu do przebywania w tej sali, wstał z krzesła i skierował się ku wyjściu.

Natrafił na dziwaczny niecodzienny widok. Na jednym z długich stołów rozsypana była fala rudych włosów, a chłopiec nie musiał się nawet zbyt długo im przyglądać, by rozpoznać właścicielkę. Rose miała głowę schowaną w ramionach. Obok niej siedział Charles Eckley i lekko klepał ją po dłoni — sprawiał wrażenie pocieszyciela. W następnej chwili on również wstał i opuścił bibliotekę, co przypomniało Albusowi, że chłopak, którego przez moment obserwował, również był prefektem Gryffindoru.

Odczekał moment, żeby upewnić się, iż nastolatek odszedł na dobre, po czym podszedł do kuzynki. Oczywiście, niczego się nie bał — bo przecież zawsze tak dobrze im się układało, więc nie było ku temu powodu — ale zwyczajnie nie chciał im się wcinać w rozmowę; wolał zacząć nową. W ciszy usiadł obok dziewczyny, niezauważony.

Szarpnął za kołnierzyk. Czy Rose w ogóle sypiała? Nawet nie widząc wyrazu jej twarzy, wiedział, że jest zrozpaczona, a to z kolei sprawiało, że czuł się nieswojo. Albus rzadko z nią gawędził, podobnie jak podczas roku szkolnego z resztą rodziny. Oddzielenie wieloma magicznymi schodami i marmurowymi blokami, znacząco utrudniało sprawę. Mimo iż ślizgoni mieli zajęcia łączone z Gryfonami, chłopiec był równie blisko z Rose, co podczas jej zeszłorocznych huśtawek emocjonalnych. Nie zbaczając jednak na te wszystkie przeciwności, wciąż pozostawali kuzynostwem, prawda…? Czy zapytanie, jak się czuje, nie było jego obowiązkiem…?

Zakaszlał słabo, a potem — nie czekając na jej reakcję — zakaszlał raz jeszcze, tym razem mocniej. Rose powoli podniosła głowę, powodując tym samym, że Albus momentalnie się skulił. Oczy miała podpuchnięte, a policzki zaczerwienione — fakt, że płakała, nie pozostawiał żadnych wątpliwości.

— Wszy… Czy wszystko w porządku? — wyjąkał.

Przed dłuższą chwilę po prostu na niego patrzyła, a potem zachrypniętym głosem, zapytała:

— Nigdy więcej się już do mnie nie odezwie, prawda? — Nie czekając na odpowiedź, gwałtownie wstała i chwyciła za torbę. Z opuszczoną głową praktycznie wybiegła z biblioteki. Albus westchnął, nie ruszywszy się z miejsca. Był wmieszany w o wiele za dużo spraw.

Minęły tygodnie a w styczniu temperatura jeszcze bardziej spadła. Każdemu porankowi towarzyszyło prószenie śniegu, nigdy szczególnie wietrzne, ale i tak coraz to częściej uczniowie przesiadywali w pokojach wspólnych przed cieplutkim kominkowym ogniem; co poniektórzy wyglądali, jakby od tego zależało ich życie.

Powszechny mróz nie wystarczył, by ostudzić sportowego ducha ślizgońskiej drużyny quidditcha. Albus miał tyle szczęścia, że zyskał kilka dodatkowych tygodni, które mógł przeznaczyć na dalszy trening, gdyż James z bandą swoich lwów zwyciężył krukonów niedługo po Bożym Narodzeniu. Nastolatek przyglądał się tej grze z ciarkami przebiegającymi po kręgosłupie, i to nie z powodu nieprzyjaznej pogody. Gryffindor nigdy wcześniej nie sprawiał wrażenia tak dominującego i niepokonanego.

— Dwieście dwadzieścia do pięćdziesięciu! — Głos komentatora, niczym ostrze, przeciął lodowate powietrze. Albus słuchał go, dłońmi zakrywając oczy na tę masakrę. — Potter twardo trzyma się swojej obrony…

Z całą pewnością to stwierdzenie nie miało w sobie nawet nuty fałszu. Godzinna rzeź zakończyła się dopiero, wtedy gdy Gryffindor wyprzedził Ravenclaw o ponad czterysta punktów, a Albus natychmiast zrozumiał dlaczego. Chociaż Jamie był znacznie lepszy niż szukający krukonów, zdecydował się przyjąć taktykę opartą na bloku, a nie na rywalizacji. Czerwono–złoci ścigający byli tak dobrzy, że wbijali punkty za punktami — każdy ich kafel osiągnął swego celu. Po Jamesie było widać, że liczył na to, że zapewnią drużynie drogę do samego finału. W quidditchu, jakby na to nie patrzeć, wszystko sprowadza się do punktacji. Kapitan Gryffindoru zagwarantował, że ma ich wystarczająco dużo, by zaklepać swojej drużynie miejsce w ostatecznych rozgrywkach. Albus z zaciśniętymi ustami obserwował wysoko uniesioną głowę brata, gdy ten triumfalnie schodził z boiska. Zanim zniknął w szatni, odwrócił się do trybun ze wzrokiem wbitym w loże Slytherinu.

Wyzwanie zostało rzucone.

Następnego dnia ślizgoni wznowili energiczne praktyki.

— Dziś przetestujemy nową taktykę — zakomunikował zespołowi Albus. Wszyscy stali stłoczeni wokół niego.

Część jęknęła, a część westchnęła, czym zasłużyli sobie na surowe spojrzenie kapitana. Scorpius wyprostował plecy, gdy jako jedyny nie otrzymał niewerbalnej nagany — od momentu początku zbiórki uśmiechał się złośliwie.

— Co? Nie lubicie poprawiać swoich umiejętności?

— Nie potrzebujemy nowych technik! — Barry Bryant był zirytowany. — Pokonaliśmy Gryffindor, czyż nie?

Przez tłum przeszedł szmer aprobaty. Wyjątkiem od reguły był Scorpius, który uniósł wysoko brwi i mruknął ciche „my?". W jego głosie słychać był niedowierzanie.

Albus przeskanował wszystkich wzrokiem.

— Może podczas przerwy wypadło wam to z głów, ale zwyciężyliśmy przede wszystkim dzięki punktom za złapanie znicza. Oczywiście rozumiem, że zbliżający się mecz z Hufflepuffem nie będzie niósł za sobą aż takich emocji, ale w finale zmierzymy się z Gryffindorem, który ostatnio ładnie się poprawił. Możemy ćwiczyć nowe techniki, zdobyć trochę doświadczenia w starciu przeciwko takim półgłówkom jak puchoni i walczyć jak równy z równym z Jame… to znaczy… z gryfonami. Hop na miotły i w górę! Skupcie się!

Pierwszą nowością był Zwis Leniwca[2], fantazyjny manewr unikający, osobisty faworyt Albusa (był pewien, że nikt w drużynie nawet go nie znał). Po około dwudziestu minach ćwiczeń pałkarzy przyszedł czas na ćwiczenia zespołowe z nimi w roli głównej. Jednym z trafnych spostrzeżeń z poprzedniego meczu był fakt, iż drużynie brakuje koordynacji pomiędzy dwoma najbardziej niebezpiecznymi graczami. Było to niedociągnięcie najwyższej wagi, którym należało się zająć w pierwszej kolejności.

— Nie powinniście razem lecieć za jednym tłuczkiem. W powietrzu jest dwóch pałkarzy i dwie piłki. Gdy jeden nie trafi celu, zadaniem drugiego jest nadlecieć z przeciwnej strony — zakomunikował zespołowi kapitan. — No dobra, zrobimy tak! Ja i ścigający będziemy krążyć sobie tutaj dookoła, a wy z dwóch stron będziecie próbowali nas pozabijać!

Okazało się, że udzielona lekcja przyniosła pozytywne rezultaty. Barry Bryant i Yin Luong stawali się coraz to dokładniejsi przy każdym machnięciu pałkami. Albusowi udało się zsiąść z miotły bez żadnej kontuzji, ale reszta została trafiona przynajmniej raz. W międzyczasie unoszący się leniwie nad jedną z obręczy Scorpius z wyrazem bezbrzeżnego znudzenia podśpiewywał sobie pod nosem.

— Co powinienem tak właściwie robić? — spytał blondyn w połowie ćwiczeń, gdy Tiffani Garrett została prawie że zrzucona z miotły.

— Śpiewaj dalej! — odkrzyknął przyjacielowi Albus, nie mogąc powiedzieć mu czegoś więcej. Co jak co, ale Scorpius nie musiał pracować nad nową taktyką.

Trening zakończył się po mniej więcej dwudziestu minutach. Zespół buntowniczo mruczał, narzekając przy tym na pogodę.

— Odwaliliście dzisiaj kawał dobrej roboty! — wrzasnął za nimi kapitan, a drużyna pomachała mu bez większego entuzjazmu.

— Czym się tak napaliłeś? — zapytał Scorpius, gdy pomagał Albusowi chować piłki.

Odpowiedź była tylko jedna.

— Jamesem.

Chociaż Potter chciał mieć więcej czasu na rozwikłanie zagadki tożsamości Srebrnego Czarodzieja i treningi quidditcha, zintensyfikowana szkolna praca nieustannie stawała mu na drodze. Przy skróconym czasie spędzonym wspólnie z Mirrą, udawało mu się pogodzić ze sobą te rzeczy, niemniej jednak napotykał okazjonalne przeszkody. Niespodziewane spotkanie z Puckerdem (dogodnie zaplanowane przez nauczyciela na sobotnie popołudnie) było jedną z nich.

— Odkąd wróciliśmy do szkoły, oddałeś trzy wypracowania i wszystkie zaliczyłeś. — Mężczyzna odchylił się na lekko na krześle w pustej klasie w lochach; byli tylko we dwójkę. Albus siedział naprzeciwko mistrza eliksirów, co było typowe dla każdego przeprowadzonego w szkole przesłuchania. Notatnik swobodnie leżał na biurku.

— Tak — odpowiedział chłopiec, nie do końca będąc pewnym, czy powinien mruknąć coś więcej, czy skomentować bądź potwierdzić.

Puckerd przejechał dłonią po papierach z folderu, opisanego jako ALBUS POTTER.

— Och, tak, tak. Spełniłeś wszystkie wymogi. Mimo to, co bardzo ciekawe, ze swojego najnowszego eseju otrzymałeś Powyżej Oczekiwań, zamiast zwyczajowego Wybitnego.

Ślizgon rzucił nauczycielowi puste spojrzenie, nie bardzo wiedząc, co ten może z tym zrobić. Musiał przyznać, że niespecjalnie się starał przy ostatnim wypracowaniu — czternastu cali na temat właściwości skórki boomslanga — ale to tylko dlatego, że spędził tamtą noc na rozmyślaniu o tożsamości Srebrnego Czarodzieja. Puckerd nie musiał tego wiedzieć.

— Tak — powiedział stanowczo, znów nie będąc pewnym, czy jest to właściwa odpowiedź.

— Dlaczego tak? — Twarz mężczyzny brzydko się wykrzywiła.

Albus wzruszył ramionami.

— Za niedługo mecz quidditcha. — Nie skłamał, więc to na plus.

— Hm, rozumiem.

Opiekun Slytherinu zapisał całą stronę w notatniku, po czym przewrócił kartkę. Chłopiec poczuł nagłą potrzebę zwymiotowania, ale wtem starszy czarodziej pochylił się do przodu tak bardzo, że widać mu było łój osiadający na włosach. Podrapał się po nosie i otworzył usta.

— Czy jest coś, co cię niepokoi, panie Potter? — zapytał cicho, prawie że kojąco. — Rozumiem, że możesz się czuć niekomfortowo, gawędząc ze mną na tematy o charakterze osobistym, ale moim obowiązkiem jest upewnić się, że jesteś dobrze przygotowany do nadchodzących egzaminów. Nie chciałbym, żebyś czuł się nadmiernie zestresowany, ponieważ wchodzimy w kluczowe, decydujące miesiące przygotowań.

— Wszystko w porządku — odpowiedział natychmiast Albus, tuż po tym, jak profesor skończył mówić.

Puckerd ciężko westchnął.

— Być może, ale i tak nie mogę powstrzymać przekonania, że nie będę właściwie wykonywał mojej pracy, jeżeli nie sprawdzę, co może cię niepokoić. Czy czujesz wokół siebie zwiększone uczucie zagrożenia? Czy wydarzenia, które miały miejsce podczas przerwy świątecznej, bardzo tobą wstrząsnęły? Gdybyś opisał mi scenę ataku, być może mógłbym ci pomóc w rozwiązaniu twoich kłopotów…

Tym razem Albus nie czekał, aż wykładowca skończy monolog. Najzwyczajniej w świecie się roześmiał. Głośno, nie zważając na otoczenie.

Puckerd zagapił się na niego, zastygły w miejscu i czasie, a potem cicho zachichotał.

— Także lubię sobie pożartować, panie Potter, ale nastę…

Albus kontynuował rechot. Facet niczego nie łapie, pomyślał. Żałosna próba skierowania rozmowy na temat Srebrnego Czarodzieja, łatwo zauważalna taktyka — wyśmiewał to wszystko tak bardzo, że aż rozbolały go żebra.

— Panie Potter! — Nozdrza Puckerda rozszerzyły się gwałtownie. — Jeśli będziesz dalej się tak zachowywał, nie będę miał innego wyboru, jak odjąć Slytherinowi punkty.

O ile to w ogóle było możliwe, banalne stwierdzenie jeszcze bardziej rozśmieszyło chłopca. Po pełnej minucie rżenia w końcu złapał oddech, od czasu do czasu przerywany świszczeniem.

— Wyjdę stąd, proszę pana — zakomunikował wszem wobec i wstał z miejsca.

— Słucham? — Puckerd uniósł brwi. — Nie odprawiłem cię.

— Nie obchodzi mnie to — oznajmił z naciskiem i przestał się uśmiechać. — Nic pan nie rozumie? Nie wykazuje pan nawet odrobiny sprytu w tym, co robi. Fischer lepiej podchodziła do sprawy.

— Jak śmiesz mówić o niej tak, jakby była częścią twojej niegodziwej paczki przyjaciół…?

— Nie wiem, kim jest Srebrny Czarodziej — zakomunikował zwięźle Albus, przez co Puckerd omal nie spadł z krzesła. — Naprawdę nie mam zielonego pojęcia. Jeśli bym wiedział, to i tak bym nie powiedział, ale serio nie wiem. Mam pewne przypuszczenia, ale nic więcej. Pomyślałem, że zaoszczędzę panu kłopotów z następnym bezużytecznym przesłuchaniem. Łapię, dobrze? Wiem, że Fischer wysłała pana do Hogwartu w celu zebrania informacji na temat mojego taty i wiem, że przekształciło się w wywieranie na mnie nacisku — naprawdę nie mam w zanadrzu żadnych odkrywczych nowinek. Doszedłem do tego wszystkiego, nie dlatego, że ktoś mi szepnął kilka słów, a dlatego, że oboje sprawiliście, że wasz plan stał się jasny i przejrzysty; jesteście aż nazbyt oczywiści.

Puckerd wyglądał, jakby został uderzony prosto w twarz. Palcami stukał w blat stołu, sprawiając wrażenie człowieka, który najchętniej natychmiast sięgnąłby ku ukochanemu notatnikowi, ale ze wszystkich sił się powstrzymywał — ale nic takiego nie miało miejsca; być może był zbyt rozgoryczony i oszołomiony. Albus kontynuował pompatycznie — po raz drugi w ciągu dwóch miesięcy cieszył się zawstydzaniem popierających Fischer pracowników Ministerstwa.

— Zabierz Slytherinowi punkty. Daj mi szlaban. Oblej mnie. Wszystko, co zrobisz, tylko potwierdzi twoje zaniedbania wychowawcze. Nic nie wyciągniesz także od moich przyjaciół, więc równie dobrze możesz przestać ciągać ich po przesłuchaniach. Po prostu przestań!

Wyszedł. Dopiero gdy dotarł do pokoju wspólnego, pozwolił, by dotarło do niego to, co uczynił. Morrison przytulał się z Melonie na jednym z foteli, a Scorpius znów czytał PORADNIK PREFEKTA HOGWARTU. Malfoyowi powtórzył tę rozmowę jako pierwszemu, a w ciągu kolejnych dziesięciu minut otoczył go tłum.

— Naprawdę mu powiedziałeś, że nie jest szczególnie mądry? — W głosie Denise Toils słychać było czysty podziw.

— Naprawdę mu powiedziałeś, że może odebrać Slytherinowi punkty? — zapytał z niedowierzaniem jakiś szóstoroczny, sprawiając wrażenie rozgniewanego.

Finalnie Albus trzykrotnie opowiadał historię o tym, jak zrobił z Puckerda głupka, bo co rusz ktoś mu przerywał i dopytywał o dokładniejsze szczegóły. Oczywiście, w trakcie z największą ostrożnością omijał pikantniejsze ciekawostki związane ze Srebrnym Czarodziejem, a autentyczną wersję wydarzeń poznali tylko Morrison i Scorpius, najbliżsi przyjaciele. Obaj wydawali się zadowoleni z tego, co uczynił, choć jednocześnie nerwowo przygryzali wargi.

— Wylecisz z drużyny quidditcha, zanim się obejrzysz, stary! — skwitował z napięciem blondyn.

— Taką zagrywką sprawiłby, że cały Slytherin by go znienawidził — zadrwił Albus. — Nie odważyłby się zaatakować w ten sposób.

— Koniec końców sprawiłeś, że Puckerd pojął istotę rzeczy, prawda? — Uśmiechnął się Morrison. — Dużo uchodzi ci na sucho, no nie?

— Nie tylko Puckerd ogarnął — odpowiedział bezczelnie. — Ministerialni stronnicy Fischer z pewnością także.

Chociaż zdecydowana większość Slytherinu była pod ogromnym wrażeniem czynu Albusa, z Gryffindoru była jedna osoba, która nie podzielała powszechnego entuzjazmu, a wręcz przeciwnie — nie miała za dużo do powiedzenia na ten temat. Opowieść była powtarzana przez zaznajomionych z nią uczniów wielokrotnie, ale w bibliotece Mirra usłyszała dokładną wersję. Siedziała na krześle z twarzą ukrytą w dłoniach.

— Cóż, genialna robota, Al. — Uniosła głowę, a na jej twarzy widać było rozczarowanie. — Wiesz, co byłoby lepsze? Wiesz, co by to przebiło? Wybicie mu zębów miotłą! Dzięki temu wyleciałbyś ze szkoły o wiele szybciej, niż gdy celujesz w jego inteligencję…

— Och, proszę cię. Nie musisz być taka dramatyczna. — Albus przewrócił oczami. — Nie planuję opuścić w ten sposób Hogwartu. Jeśli mam być szczery, to zachowujesz się jak…

— Jesteś uczniem, a on profesorem. Czy tego chcesz, czy nie, tak to właśnie wygląda — wywarczała poprzez zaciśnięte zęby.

Chłopiec westchnął.

— Dlaczego ostatnio w ogóle nie możesz się ze mną zgodzić?

Mirra nie zwróciła na niego uwagi. Głowę odwróciła w bok, a na jej twarzy pojawił się poruszony wyraz.

— Coś nie w porządku? — spytał, również patrząc w tamtą stronę.

Przy stoliku nieopodal samotnie siedziała Rose. Przed sobą miała otworzoną pojedynczą książkę. Wydawało się, że czyta, ale Albus dostrzegł, że jej oczy nie poruszają się — są wpatrzone w jeden i ten sam punkt. Mirra wydała z siebie cichy, gniewny parsk.

— Przesiaduje tu w dokładnie te same dni, co ja — powiedziała. — Zaczynam myśleć, że specjalnie szuka zwady…

— Nie możesz być tego pewna — stwierdził, zniżając głos. — Nie tak dawno temu widziałem ją załamaną i na bank chodziło o ciebie.

Mirra sapnęła i z trzaskiem zamknęła książkę.

— W takim bądź razie powinna udać się z tym prosto do mnie!

Opowieść o tym, jak Albus postawił się Puckerdowi, nie okrążyła całej szkoły i temat roztrząsali tylko ślizgoni. Wyglądało na to, że mistrz eiksirów szybko się pozbierał, bo wrócił do tradycyjnego nauczania, z tym wyjątkiem, że traktował swojego ulubionego podopiecznego tak, jak innych. Chłopiec przyjął to ze złowieszczą ulgą. Co więcej, mężczyzna przystopował ze swoimi przesłuchaniami i ograniczył się do zaledwie jednego na tydzień.

Nic z tego nie miało jednak większego znaczenia. W miarę zbliżania się lutego, dla całego zamku quidditch stał się najważniejszy. Puchoni także byli entuzjastycznie nastawieni. Tuż przed przerwą świąteczną pięknie pokonali Ravenclaw, a ponieważ potem Gryffindor rozgromił krukonów w ostatnim starciu, błękit i brąz został oficjalnie wykluczony ze sportowego wyścigu. Wniosek z tego jeden: w zależności od punktacji, ten kto zwycięży w nadchodzącym meczu, zmierzy się w finale z gryfonami. Nie było tajemnicą, że Hogwart kibicował głównie Hufflepuffowi, ale tym razem nie przez wzgląd na starożytne piętno, które dziedziczyło każde nowe pokolenie ślizgonów. Wygrana Slytherinu oznaczałaby bowiem piąty rok z rzędu identyczny finał, a to najprawdopodobniej doprowadziłoby pozostałe domy do końca.

Właśnie takie odczucia przygotowały grunt pod wietrzny sobotni poranek. Albus chodził raz w jedną, raz w drugą stronę, spacerując po całej szatni. Przypominał generała, przygotowującego się do objęcia dowództwa nad całą armią.

— Wszyscy jesteście młodzi — zaczął przemowę, zignorowawszy głośny udawany kaszel Scorpiusa. — Czasami doświadczenie nie jest tak konieczne jak wysiłek. Wygramy tę grę i wejdziemy do finału. Wygramy ten mecz, a wy — po raz pierwszy w życiu — zostaniecie czempionami.

— Wygrałem mistrzostwo Ligi Juniorów w quidditchu, kiedy miałem siedem lat — powiedział szybko Barnabus Curder, czym wytrącił kapitana z rytmu.

Potter zatrzymał się w pół kroku i uderzył dłonią w czoło.

— Po prostu… po prostu wyjdźcie na boisko i zagrajcie! — syknął ze złością.

Wymaszerowali z szatni, a towarzyszyły im znajome gwizdy i parsknięcia. Albus nie odwrócił się nawet na moment, żeby w jakiś sposób to skomentować. Jakby na to nie patrzeć, nie była to żadna nowość — doświadczyli tego samego ostatnim razem. Najlepiej, żeby drużyna przyzwyczaiła się do takiego stanu rzeczy, jeśli chcieli grać razem dalej.

Chłopiec spojrzał w górę, wprost na trybuny Slytherinu i zobaczył, że ślizgoni zdzierali sobie gardła, kibicując ile sił w płucach. Morrison i Melonie wspólnie trzymali olbrzymi transparent. Albus nawet nie podejrzewał, że Grue przejawiała malarski talent i miała rękę do farb. Specjalnie na tę okazję namalowała przepiękny plakat przedstawiający potężnego węża z szeroko otwartą szczęką, owiniętego wokół małego borsuka.

Co zaskakujące, do uszu Ala dobiegły także pojedyncze oklaski z innych części trybun. Wiwatowało kilku gryfonów, wśród których rozpoznał członków swojej rodziny. W pierwszym rzędzie dostrzegł także Mirrę, która klaskała tak mocno, że nawet z daleka widać było jej czerwone dłonie. Obok niej stali Eckley i Hornsbrook, także klaszczący, choć tylko dwoma palcami o spód dłoni i bez większego entuzjazmu. Spośród wszystkich gryfonów, to James był najłatwiejszy do wypatrzenia — stał wyprostowanym i z wysoko uniesioną głową oraz rękami schowanymi w kieszeniach płaszcza; przyglądał się ślizgonom z widocznym zainteresowaniem. Sprawiał wrażenie człowieka, który przygotowywał się do szczegółowej analizy zespołu. Czyżby liczył na rewanż?

Drużyna puchonów otrzymała o wiele większe brawa. Nie zważając na to, Albus podszedł do kapitana Hufflepuffu, wysokiego blondyna o bulwiastym nosie, który wyglądał na starszego o rok. Uścisnęli sobie dłonie, a pan Wood stanął obok nich, gotowy do wypuszczenia znicza.

Rozległ się gwizdek i rozpoczął się mecz. Albus kątem oka zobaczył, że Scorpius pędzi w kierunku obręczy, sprawiając wrażenie niezwykle opanowanego. Pałkarze ustawili się po dwóch stronach swojego kapitana i naprawdę nie potrafił opanować uśmiechu cisnącego mu się na usta.

— I wystartowali! — zagrzmiał komentator.

Albus postanowił skoncentrować się tylko i wyłącznie na meczu. Gdy zaczął przyspieszać, wiatr szumiał mu w uszach. Mimo to musiał przyznać, że trafili na jeden z lepszych zimowych dni. Poleciał wysoko i omiótł całe boisko wzrokiem.

— Potter stosuje starą taktykę i ustawia się tak, żeby mieć w zasięgu wzroku całe pole. Czeka na odpowiedni moment. Zobaczymy czy Gunner zawalczy z nim jak równy z równym…

Gunner, jak się okazało, nie tylko był kapitanem Hufflepuffu, ale także szukającym swojej drużyny. Od samego początku gry nie mógł nadążyć za Albusem. Próbował dorównać przeciwnikowi, od czasu do czasu siedząc mu na ogonie, ale był zbyt powolny i nieskoordynowany.

Ślizgon pierwsze dziesięć minut meczu spędził na wsłuchiwaniu się w irytujący głos komentatora, choć powinien się cieszyć, bo ten nie mógł powiedzieć nic negatywnego. Scorpius ze względną łatwością obronił cztery strzały, a dwa dobrze wykonane podania Gartha Moone'a zapewniły Slytherinowi dwadzieścia punktów.

Albus starał się wypatrzeć znicza, ale było to niezwykle trudne, biorąc pod uwagę niedbałe, śmieszne wyczyny na boisku. Nie był do końca pewien, jakim cudem Hufflepuff zaszedł tak wysoko, ale być może była to wina tegorocznej fatalnej gry Ravenclawu. Żółto–czarni wypadali gorzej niż ślizgoni w pierwszym wspólnym meczu, ponieważ nie mieli ani solidnego obrońcy, ani dobrego szukającego, którzy podtrzymywaliby starcie. Co kilka minut zdarzały się stłuczki i na szczęście zawsze wpadali na siebie puchoni, bardzo rzadko ciągnąc za sobą pojedynczego ślizgona.

Po następnych dziesięciu minutach i kolejnych pięciu strzelonych golach Albus zaczął się czuć jak piąte koło u wozu — miał wrażenie, że jako jedyny nie uczestniczy w tym meczu i nie odciąża swojej drużyny. Pałkarze grali według nowej taktyki, wszem wobec pokazując, czego nowego się nauczyli, ścigający nabijali punkty, zaś Scorpius był zwyczajnym sobą. Albus nie mógł wyrzucić z głowy myśli, że jak tak dalej pójdzie, to nie będzie miał powodów, żeby poklepać się po ramieniu, chyba że wkrótce złapie znicza.

Szansę otrzymał po upływie następnych dziesięciu minut. Dostrzegł błysk złotej piłeczki nieco za słupkami obręczy puchonów. Niewiele myśląc, ruszył do boju. Szumiący w uszach wiatr zagłuszył wycie publiczności. Mimo to wyraźnie słyszał za sobą straszliwie rozpraszające jęki i sapanie drugiego szukającego.

— Gunner nie może nadążyć za Potterem, który jest już blisko celu!

Puchońscy pałkarze zdecydowali się zablokować Albusa, ale ich wysiłek poszedł na marne, gdyż Bryant i Luong dobrze uderzyli tłuczki: pierwszy rozproszył duet, a drugi uderzył jednego prosto w pierś. Zielonooki kapitan ryknął z podekscytowania i złapał znicza. Hałas z trybun był ogłuszający.

— Łatwe zwycięstwo Slytherinu! — ogłosił komentator, choć w jego magicznie pogłośnionym głosie słyszalne było rozczarowanie. — Niedługa rozgrywka…

Albus wciąż unosił się nad ziemią, trzymając w wyciągniętej dłoni złotą piłeczkę, kiedy otoczyła go drużyna. Ta wygrana nie zadowoliła go tak bardzo, jak poprzednia, ale mimo to serce waliło mu jak młotem. Raz jeszcze zmierzy się z bratem w finale. Dobra passa wciąż trwa: trzeba obronić tytuł.

— Impreza w pokoju wspólnym! — krzyknął znany głos, w którym Albus rozpoznał Morrisona. Przyjaciel z Melonie u boku torował sobie drogę wśród tłumu ślizgonów, finalnie wychodząc na sam przód.

Kapitan pozwolił się klepać po plecach i przyjął wszystkie słowa uznania, a następnie swoją uwagę skierował ku górze. Trybuny w dużej mierze już opustoszały, ale to nie było ważne. Wbił wzrok w szkarłatno–złote rzędy, gdzie na widowni zostało zaledwie kilka osób, a wśród nich ta najważniejsza — James. Brat wyprostował się jeszcze bardziej (o ile było to fizycznie możliwe) i nie wyjmując rąk z kieszeni, skinął mu ostro głową i się uśmiechnął. Ślizgon odwzajemnił ten gest.

To zadziwiające, jak szybko impreza się rozkręciła — nie minęło nawet dwadzieścia minut od zejścia drużyny z boiska, a już wszyscy dobrze się bawili; nie skończyła się nawet wtedy, gdy zapadł zmrok. Albus został poproszony o wygłoszenie porywającego przemówienia na temat tego, że po raz kolejny poprowadził swój zespół do finału, ale wykręcił się i oddał ten honor Scorpiusowi, który finalnie z czerwonymi policzkami jąkał się przez całą przemowę.

Morrison momentalnie wkręcił się w imprezę i razem z Melonie przetańczył większą jej część. Reszta zespołu rozłożyła się na kanapach i wygrzewała w oślepiającym blasku dwóch prostych wygranych z rzędu. Albus uśmiechnął się lekko, kiedy zobaczył, że Barnabus Curder zgromadził wokół siebie młodsze roczniki i opowiadał im szczegóły morderczych treningów.

W pewnym momencie Potter wycofał się do dormitorium. Naprawdę doceniał wysiłek włożony w świętowanie zwycięstwa i był niezmiernie zadowolony, że dotarli tak daleko, ale dzięki zakończonemu starciu i oficjalnie usuniętej z drogi przeszkody, mógł w końcu wrócić do bardziej palących kwestii.

W ciągu ułamku sekundy ponownie wyjął wszystkie trzy skrzętnie schowane listy i obejrzał je dokładnie tak samo szczegółowo, jak sto razy wcześniej. Niestety, znów nadaremnie. Wciąż nic z tego nie rozumiał.

Do dormitorium wszedł Morrison. Twarz miał spoconą a włosy potargane.

— Gdzie do jasnej ciasnej znik…? Cholera, stary! — wykrzyknął, wyrzucając ręce w powietrze.

— No co? — Albus prawie że podskoczył w miejscu, a potem z prędkością światła odepchnął od siebie pomięte pergaminy — wolał, by zniknęły z pola widzenia przyjaciela.

— Czemu się teraz tym zajmujesz? Słyszysz, co się dzieje na dole? — Morrison palcem wskazał dolne piętro, skąd dobiegała muzyka i wesoła paplanina współdomowników. — To wszystko dla ciebie!

— Moja drużyna wygrała, nie ja — powiedział stanowczo. — Mogę robić, co tylko zechcę…

— A czy możesz przynajmniej wyjść ze swojej skorupy i oglądać te listy na kanapie? Impreza robi się dziwaczna, kiedy brakuje lidera…

Albus jęknął, schował kartki w kieszeni spodni i chwilę później dołączył do reszty kolegów, stanowczo odmówiwszy przy tym analizowania swojej kontrabandy, gdy wokół co rusz patrzyły na niego wścibskie oczy. Do kontemplacji listów wymagany jest spokój i zacisze, tak więc będzie mógł się tym zająć dopiero później.

Impreza zaczęła się kończyć późnym wieczorem, a ludzie rozchodzić się około godziny dwudziestej czwartej. Nikt nic nie sprzątnął, więc pokój wspólny pełen był najróżniejszych śmieci. Ślizgoni pomaszerowali do swoich dormitorium, ściskając się za przejedzone brzuchy.

— Czekaj. Pozwól, że ci pomogę — powiedział Dante Haug, gdy Albus zaczął się schylać, żeby pozbierać puste kubki i talerze, by następnie wrzucić je do kosza.

— W porządku, nie trzeba. Idź do łóżka. Posprzątamy…

— No dobrze. Dobranoc, chłopaki… Świetny mecz, Al!

— Yhym…

Przed trzema przyjaciółmi było sporo pracy. Sprzątali jeszcze długo po tym, jak współdomownicy poszli spać. Albus nie widział w tym tylko obowiązku Kapitana, ale także pretekst, by mieć Pokój Wspólny tylko dla siebie. Kiedy pomieszczenie zostało wysprzątane, podszedł do niego Scorpius.

— Gdzie tak zniknąłeś w trakcie imprezy?

— Hm? Nig…

— Wgapiał się w te szemrane listy — wtrącił się Morrison, za co otrzymał klepnięcie w ramię. Albus prawie pogruchotał sobie kości tym pacnięciem.

Blondyn westchnął.

— Tak właśnie sądziłem — mruknął do siebie. — Wyciągnąłeś z nich coś nowego?

Potter obejrzał się przez ramię przynajmniej z dziesięć razy, żeby upewnić się, że nikt ich nie podgląda, po czym opróżnił kieszenie i rozłożył pergaminy na podłodze.

— Nie — powiedział bez ogródek i usiadł przed nimi.

Przyjaciele poszli za jego przykładem, przez co utworzyli trójstronną barierę wokół listów. Raz czy dwa Morrison zabrał głos, uważając, że odkrył nowinkę, ale potem uświadomił sobie, że kilka razy przeczytał ten sam fragment listu i się pomylił. Scorpius w milczeniu przyglądał się kartkom, a Albus na zmianę mruczał pod nosem i akcentował co ważniejsze słowa. Chciał zobaczyć, czy coś się zmieniło. Niestety, nic takiego nie miało miejsca.

Światło w pokoju wspólnym przygasło, przez co zrozumieli, że musiało być długo po północy — być może nawet po pierwszej. Równocześnie pomyśleli, że to chyba najlepszy moment, żeby ugasić ogień w kominku, ale wtem usłyszeli głos.

— Gracie w butelkę, chłopcy?

Albus odwrócił się i zobaczył, że w palenisku uformowała się ludzka twarz, w której momentalnie rozpoznał uśmiechniętego bliskiego krewnego.

— Wujek Ron! — zawołał, a Morrison i Scorpius skoczyli na równe nogi.

— Nad czym się tak stłoczyliście? — Auror uniósł brew.

— Co ty tutaj robisz? — Albus zignorował go i zadał własne pytanie.

— Och, tata ci wyjaśni. — Z twarzy wujka zniknął uśmiech.

Ślizgon patrzył, jak wujek znika z paleniska, a na jego miejscu pojawia się ojciec.

— Tato! — sapnął natychmiast.

— Witaj, Albusie. Witajcie, chłopcy — przywitał się Harry, po kolei każdemu kiwając głową. Wyglądał niemal identycznie, jak podczas przerwy świątecznej, z tym wyjątkiem, że sprawiał wrażenie odrobinę bledszego — najwyraźniej nie wychodził zbyt dużo na dwór. — Kogo dzisiaj pokonałeś? — zapytał, zanim syn zadał swoje pytanie.

— Hę? — Ślizgon był zdezorientowany.

— Hufflepuff — odpowiedział za niego Scorpius. — Zmiażdżyliśmy ich.

— Dobra robota. — Uśmiechnął się szeroko Harry.

— Skąd w ogóle wiedziałeś, że rozgrywaliśmy dzisiaj mecz? — zapytał Albus, podejrzewając, że być może James wysłał rodzicom krótki list.

— Razem z wujkiem pełniliśmy tu dziś wartę i widzieliśmy migawki z imprezy. To już drugi raz, kiedy udało mi się złapać cię o tak późnej porze w pokoju wspólnym. Zaczynam uważać się za szczęśliwca. Co porabialiście?

— Wiesz, jest sobota. — Nonszalancko wzruszył ramionami. — Zwyczajnie gadaliśmy. A coś się stało? Co tam słychać? Co tu robisz?

Ojciec zamrugał parę razy, po czym przemówił. Został jednak zagłuszony przez stłumione krzyki z wnętrza ognia, dobiegające najpewniej z pokoju, w którym się znajdował. Odwrócił głowę w kierunku drugiego rozmówcy, przez co w palenisku widać było tylko lewą stronę jego twarzy.

— Najwyższa półka, Ron. Nie ma? Żadnych? Hm, jutro odbiorę większą ilość…

— Co się dzieje? — Albus zmarszczył lekko brwi.

— Troszkę zarywamy z wujkiem nockę. Mamy kilka spraw do przedyskutowania. Obawiam się, że teraz wyszedł i znów zjadł wszystkie ciasteczka, które sobie przygotowaliśmy… — Pokręcił głową. — Niemniej, jednak zanim obiegniemy od tematu: czy wszystko z tobą w porządku? Wyglądasz, jakbyś balansował na skraju przepaści…

— Tak, jest okej — odpowiedział natychmiast, zdecydowanie zbyt szybko. Nie wiedział nawet, dlaczego czuł się taki zdenerwowany. Być może poniekąd obawiał się reakcji taty na wieść o tym, co powiedział Puckerdowi, bo jakby na to nie patrzeć, ten prosił go, by trzymał język za zębami. Pomijają ten fakt, Harry trafił na całkiem dobry moment. Z tyłu na podłodze leżały trzy listy, z których przyznał się tylko do jednego.

— Jak tam twoja siostra, Morrisonie? — zapytał dorosły czarodziej.

— Myślę, że ma się dobrze — odpowiedział pytany. — Słyszałem, że razem z Mikiem pojechali na miesiąc miodowy. Niestety, facet rozochocił się w kwestii magii…

— Tato? — wtrącił się lekko drżącym głosem Albus. — Czym jest Zasłona Skazańca? — W oczekiwaniu zacisnął dłonie w pięści.

Bez względu na to, jakiej reakcji oczekiwał, z pewnością nie liczył na coś takiego. Harry zadławił się w niekontrolowany sposób i dopiero po kilku długich sekundach, chłopiec uświadomił sobie, że musiał zaciągnąć się dymem z kominka.

— Tato! Tato! Nic ci nie jest?

— Żyję. Żyję… — wyjąkał mężczyzna, wciąż kaszląc. Albus nawet poprzez żar widział kropelki potu na czole ojca.

— Wszystko w porządku, Harry? — Ślizgonów dobiegł stłumiony głos Ronalda Weasleya.

— Tak! — odkrzyknął pytany, ponownie odwracając trochę twarz w stronę szwagra. Gdy się pozbierał, zauważył, że syn wciąż czeka na odpowiedź. — Albusie, gdzie…? Gdzie…? Kto ci…? Albusie…?

— Cóż — powiedział ostrożnie nastolatek. — Co to takiego?

Ojciec patrzył na niego szeroko otwartymi ustami. Kiedy się odezwał, jego głos był nienaturalnie chłodny i zdarzyło się, że ślizgon słyszał go niegdyś w dzieciństwie. Nagle poczuł się tak, jakby coś zbroił i miał być zaraz odesłany do swojego pokoju.

— Gdzie usłyszałeś to określenie, Albusie? — zapytał surowo Harry.

Być może wyczuwając nadchodzącą reprymendę, Morrison natychmiast odwrócił się i złapał odpowiedni list. Podsunął go bliżej kominka, żeby mężczyzna mógł go przeczytać.

— Nie rozumiem… — mruknął cicho Harry, choć wciąż wyglądał bardzo niedostępnie. — Kto ci go wysłał, Albusie?

— Nie wiem — wyznał chłopiec. — Nie ma żadnego podpisu…

— Podobnie jak ostatni list — stwierdził dorosły, a jego głos stał się ostrzejszy. — Prosiłem cię, żebyś mnie informował, gdy…

— Ten jest najnowszy! — usprawiedliwił się szybko Albus, a przyjaciele natychmiast go poparli, ochoczo kiwając głowami. — Dostałem go tuż po powrocie z przerwy świątecznej!

— Nie ma innych?

— Yy…

— Albusie!

— Łącznie były trzy, ale ten drugi nie miał najmniejszego sensu, był najprawdziwszym bełkotem! Istne bzdury! — Scorpius pospieszył z pomocą. — Najnowszy list jest pierwszym poprawnym gramatycznie i w miarę zrozumiałym…

— Pokażcie mi drugą notkę — zażądał Harry i Morrison znów wcielił się w rolę posłańca.

Gdy cała poczta znalazła się nad paleniskiem, Albus się skulił.

— Nie tak blisko ognia… Macie rację, z drugiego listu nic konkretnego nie da się wyczytać — przyznał auror, choć nadal uważnie studiował najnowszy. — Wciąż jednak czegoś nie rozumiem. Pomijając anonimowość notek, skąd wytrzasnąłeś swoje pytanie? Nadawca napisał zasłona i nie skonkretyzował, o jaką dokładnie chodzi.

— Noo, ta „zasłona" jest z wielkiej litery — zauważył chłopiec.

— To rzeczywiście prawda, ale w zaparte obstawiasz Zasłonę Skazańca. Gdzie usłyszałeś taką nazwę?

— Hm, przy… przypomniałem ją sobie… — odpowiedział z wahaniem.

— Skąd, Albusie?!

— Od Fairharta! — wyrzucił z siebie.

— Słucham? — Ojciec zbladł.

— To może my pójdziemy już spać? — zapytał szybko Morrison. — No chodź. — Trącił Scorpiusa w ramię.

— Chłopcy. Zostańcie, proszę — poprosił Harry, na co obaj ślizgoni zamarli w miejscu.

— Tak, proszę pana — odpowiedzieli równocześnie.

— Wyjaśnij, Albusie — kontynuował auror. — Kiedy San wspominał o tym artefakcie?

— Dwa lata temu w Departamencie Tajemnic — wyznał szczerze. — Wspomniał o tym tylko raz, ale zwyczajnie to zapamiętałem…

Harry ze świstem wypuścił wstrzymywane dotąd powietrze.

— Ale ty nie…? Ty nie…? Nieważne…

— Co takiego? — Ciekawość zapłonęła w piersi chłopca.

— Nic istotnego…

— To niesprawiedliwe! Byłem z tobą szczery, a ty…

— Jestem twoim ojcem, Albusie! Nie będziesz się do mnie zwracał w ten sposób! — Harry stracił cierpliwość, a ślizgon rzeczywiście zamilkł, z niedowierzaniem wpatrując się w twarz taty.

Morrison i Scorpius wymienili pełne przerażenia spojrzenia.

— Z jakiego powodu chciałeś ze mną porozmawiać? — zapytał nastolatek, uznając, że najlepszym rozwiązaniem będzie nie naciskać na drażliwy temat. — Dlaczego tu jesteś?

— Ja… hm, chciałem cię prosić o przysługę — powiedział niepewnie Harry.

Albus zaśmiał się drwiąco.

— Naprawdę już późno, tato. Czas iść do łóżka…

— Nawet się nie waż ruszyć z miejsca! — Z głosu mężczyzny zniknęła wątpliwa nuta. Znów był stanowczy. — Czy naprawdę chcesz się dowiedzieć wszystkiego o Zasłonie Skazańca?

— Tak — odpowiedział natychmiast.

— Chłopcy… — Harry rzucił Scorpiusowi i Morrisonowi znaczące spojrzenie.

— Wiemy…

— Absolutna dyskrecja…

Auror wydał z siebie ciężkie westchnienie.

— No dobrze. Oto wasze informacje. Zasłona Skazańca… oznacza kłopoty. — Zamilkł.

— Wielkie dzięki, tato. — Albus przewrócił oczami, zirytowany.

— Mówię całkowicie poważnie. — Ojciec zmarszczył lekko brwi. — Nawet my tylko tyle o niej wiemy.

— No dobrze, ale co to w ogóle jest? — zapytał Morrison, dołączając do rozmowy. — Hm, o ile oczywiście nie ma pan nic przeciwko, panie Potter.

— To zasłona. Po prostu — odpowiedział ochryple Harry. — Olbrzymia czarna zasłona przymocowana do kamiennego łuku.

— Brzmi przerażająco — stwierdził Vincent, a Albus dałby sobie rękę uciąć, że wyczuł w jego głosie lekki sarkazm.

— Cóż… to zasłona jedynie na zewnątrz. Sprawa jest dość skomplikowana i ma w sobie coś znacznie więcej.

— To znaczy? — Brunet nie zamierzał ustąpić.

Harry odchrząknął.

— Poczekajcie chwileczkę — poprosił, po czym zniknął z paleniska, a w międzyczasie chłopcy zdecydowali się na milczenie. Wrócił minutę później. — Wybaczcie. Musiałem się upewnić, że Ron nie zasnął… A tak nawiasem mówiąc, czy tylko wy nie śpicie?

— Wszystkich innych wykończyła impreza. — Albus wzruszył ramionami. — Więc tak, tylko my. Nie musisz się obawiać.

Auror raz jeszcze ze świstem wypuścił powietrze.

— Zasłona Skazańca rzeczywiście jest zasłoną, ale… jednocześnie starożytnym, magicznym artefaktem; tak starym, że nie sposób zidentyfikować jego twórcy — Ministerstwo zwyczajnie nazwało go Wielkich Architektem.

— Czy ten Architekt mógłby być dziewczyną? — zapytał szybko Morrison.

Scorpius spojrzał na niego, zirytowany.

— A ty znowu o tym samym…

— Owszem, mógłby — odpowiedział grzecznie Harry. — Szczerze wątpię, byśmy kiedykolwiek poznali jego właściwą płeć, a nie będę pisał własnej wersji historii. Ten człowiek raczej zawsze będzie określany Wielkim Architektem, ale to nie jest istotne. Ważne jest to, że Zasłona Skazańca — nazywana jest tak z powodu napisu na kamiennym łuku — razem z Nikczemną Księgą, jest najstarszą relikwią powiązaną z mroczną sztuką nekromancji — to znaczy, z dziedziną magii dotyczącą komunikacji ze zmarłymi.

— Można więc zaryzykować stwierdzenie, że zawiera w sobie podobne informacje, co Księga — powiedział Scorpius.

— Nie — zaprzeczył natychmiast mężczyzna. — To portal.

— Że jak? — Trójka ślizgonów uniosła wysoko brwi, a mózg Albusa zaczął pracować na najwyższych obrotach.

— Zasłona Skazańca jest bramą pomiędzy naszym światem a światem zmarłych. Bez względu na to, jak wygląda tamta rzeczywistość, nigdy się tego nie dowiemy. Ten, kto przejdzie przez Zasłonę, nigdy już nie wraca — na zawsze pozostaje po tamtej stronie.

— W jaki sposób można potwierdzić to, że podróżnik naprawdę nie żyje? — zapytał rezolutnie Scorpius.

— Prowadzono niegdyś badania na ten temat i różnego rodzaju eksperymenty — odpowiedział auror. — Zaklęcia ochotników, którzy przekraczali granicę światów, automatycznie się dezaktywowały, co ma miejsce wtedy, gdy czarodziej umiera. To stare informacje. Na dzień dzisiejszy Zasłona jest stosunkowo rzadko obiektem badań. Artefakt jest przechowywany w Sali Śmierci w Departamencie Tajemnic, tylko w celach obserwacyjnych.

— Czy widział pan, jak ktoś kiedyś przez nią przechodził? — zapytał podekscytowany Morrison.

— Tak — przyznał Harry, na co Albus uniósł brwi. — Zakończmy ten temat, bo nie będę prowadził dalszych dywagacji.

— Hm, no dobrze… — powiedział zielonooki nastolatek. — Ale i tak to wciąż niczego nie wyjaśnia… W sensie mam na myśli to, dlaczego wspomnienie w liście Zasłony jest kiepską wiadomością, skoro stoi sobie spokojnie w Ministerstwie?

— Sęk w tym, że nie ma jej tam — wyznał ojciec, na co cała trójka aż sapnęła z wrażenia.

— Została skradziona? — zapytał Scorpius.

— Nie. Cóż, tak. Niekoniecznie. Poniekąd tak — plątał się Harry, co chwilę kręcąc głową. Sprawiał wrażenie człowieka, który toczy wewnętrzną walkę.

— Hę?

— Ministerstwo Magii nie zna dokładnej lokalizacji Zasłony.

Coś zaskoczyło w głowie Albusa. Co takiego powiedział tata w dniu, w którym został prawie że aresztowany przez Fischer? Co powiedział w dniu wycieczki do Gringotta? Że Ministerstwo nie wiedziało, gdzie znajduje się pewien wartościowy przedmiot…?

— Od jak dawna? — spytał.

— Przyłapałeś mnie, Albusie. — Uśmiechnął się krzywo ojciec. — Owszem, to o Zasłonie Skazańca mówiłem kilka miesięcy temu.

— Co dokładnie się stało? Kiedy skradziono Zasłonę? — drążył.

— To skomplikowane.

— Nie krępuj się, tato. Przed nami cała noc — powiedział bezczelnie, a przyjaciele poparli go, przytakując głowami.

Harry westchnął.

— Zgoda, ale nie będę się powtarzał, także się skoncentrujcie. — Oblizał usta. — Zasłona została przeniesiona.

— Z jakiego powodu? — Albus zmarszczył brwi.

— I kiedy? — dodał Morrison.

— Nadstawcie uszu i dajcie mi się wysłowić! Nieco ponad rok temu nie byłem aż tak popularny w Ministerstwie, jak obecnie. Straciłem całe poważanie i wiedziałem, że nie będę traktowany poważnie. Nieustannie obawiałem się, że Zasłona nie jest bezpieczna. W tamtym czasie Ares wciąż żył oraz miał Nikczemną Księgę i Smoczą Różdżkę — dwa przedmioty, które nieodzownie związane są z nekromancją. Red nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jest w jakikolwiek sposób zainteresowany Zasłoną. Najprawdopodobniej uważał ten artefakt za zbyt tajemniczy i niewystarczająco ważny, by podjąć próbę jego przejęcia. Z tyłu głowy miałem jednak, że gromadzi armię i czułem, że należy podjąć wszelki środki ostrożności. Ares udowodnił, że jest w stanie praktycznie swobodnie wejść do Ministerstwa, a także odejść stamtąd bez większego szwanku. Departament Tajemnic nie był dla niego fortecą nie do zdobycia, żadnym wyzwaniem. Nie mogłem dalej ryzykować, że pewnego dnia mu się zamarzy Zasłona Śmierci i zwyczajnie po nią przyjdzie — wytłumaczył cierpliwie Harry.

— Nie rozumiem, jakie ma to znaczenie — powiedział Scorpius. — Przepraszam. — Uniósł dłoń. — Mam na myśli to, że co w sumie można zrobić z Zasłoną? Czy ona nie działa przypadkiem tylko w jedną stronę? Nie ma więc powodu, żeby się o nią wybitnie starać.

— Nie byłbym tego taki pewien — odpowiedział ze zmarszczonymi brwiami Harry. — Prawda jest taka, że nekromancja jest szczególnie nieprzejrzystą i nieprecyzyjną dziedziną magii. Żadne zaklęcie nie przywróci zmarłemu życia i, jak sami widzieliście na przykładzie siluet i inferiusów, nie można się nawet do tego zbliżyć. Smocza Różdżka okazała się zdolna do tworzenia stworzeń, których korzenie rzeczywiście sięgają samej śmierci — ziemskich potworów, które nie są ani żywe, ani martwe; można powiedzieć, że przypominają dementorów. — Potrząsnął głową, jakby wciąż ciężko było mu w to uwierzyć. — Mogę tylko spekulować, że Zasłona nie działa w obie strony, na podstawie tego, że czarodzieje, którzy przeszli do krainy zmarłych, nigdy stamtąd nie wrócili, a może i nawet zwyczajnie nie chcieli wrócić bądź nie wiedzą, jak tego dokonać. Nie znam prawdziwej potęgi Smoczej Różdżki, ale gdyby rzeczywiście mogła do pewnego stopnia kontrolować umarłych, Zasłona może okazać się dwukierunkowym portalem. Ares — a teraz nawet Darvy — mógłby w ciągu kilku godzin zgromadzić pokaźną armię; co więcej, zupełnie inną niż ta, którą znamy obecnie — to niekoniecznie musiałyby być odrobinę ludzkie siluety. To, co wyszłoby z drugiej strony, mogłoby być o wiele bardziej niebezpieczne i mroczniejsze, niż wszystko to, co znamy. Właśnie biorąc to pod uwagę, doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie ukryć Zasłonę Skazańca.

— Tak więc ukryłeś ją i… co w sumie? Zmieniłeś tylko jej lokalizację? — zapytał Albus.

— Nie — odpowiedział prosto tata. — Osobiście nie przyłożyłem nawet do tego ręki. W tamtym czasie nie pracowałem dla Ministerstwa Magii. Poprosiłem wujka Rona, żeby się tym zajął.

— I co dalej? — Chłopiec nie mógł się doczekać, żeby usłyszeć, co poszło nie tak.

Na twarzy Harry'ego odbiły się różne emocje. Sprawiał wrażenie nagle zdenerwowanego. Odchrząknął i kilkakrotnie zamrugał. Kiedy się odezwał, po swojej stronie kominka najprawdopodobniej wbił wzrok w podłogę, gdyż jego oblicze w palenisku zaczęło przyglądać się małym płomieniom.

— Artefakt dałem na przechowanie zaufanej osobie z nadzieją, że gdy przyjdzie co do czego, będzie w stanie ją ochronić.

— Komu?

— Okłamałem cię, Albusie — wyznał szybko tata, a zmieszany chłopiec przekrzywił głowę.

— W tym momencie?

— Nie, kilka miesięcy temu. Na Ulicy Pokątnej.

— Kiedy konkretnie?

— Gdy poszliśmy do Gringotta — odpowiedział skrzekliwie Harry. — Przypomnę ci, jeżeli nie pamiętasz. Zapytałeś mnie o skrytkę, którą odwiedzałem. Skłamałem i wmówiłem ci, że nie chodziło o nic ważnego; że zwyczajnie wykonuję swoją pracę. To nie była prawda. — Przełknął ciężko ślinę. — Skrytka, w której sprawie ułożyłem się z goblinem, należała do Sancticusa Fairharta.

— Co takiego? — ryknął Albus tak głośno, że Morrison natychmiast przycisnął mu dłoń do ust, by zapobiec dalszym krzykom. Nie chciał, by jakiś współdomownik przez przypadek się obudził i zszedł do pokoju wspólnego. Ślizgoni wyglądali na oszołomionych.

Mózg Ala znów zaczął pracować na najwyższych obrotach. Informacja, którą przekazał mu teraz ojciec, bez wątpienia była kluczowa — łączyła się ze wszystkimi innymi i nadawała całej sprawie nowego sensu. Chłopiec zaczął szybciej oddychać.

— Potrzebowaliśmy kogoś, kto będzie sprawował nadzór nad Zasłoną Skazańca. Potrzebowaliśmy kogoś wykwalifikowanego i dobrze chronionego. To było mniej więcej w tym samym czasie, gdy poprosiłem Sana o infiltrację Wybawczego Aliansu Różdżek. Wierzyłem, że status renegata zapewni mu bezpieczeństwo przed Diablim Aliansem, lub Apostołami Zmian, gdyż tak byli wówczas znani. Czułem się okropnie, narażając go w ten sposób, ale on właśnie tego chciał — poprosił mnie o przekazanie mu Zasłony. Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że wykazywał nią pewne zainteresowanie… — Tata przygryzł dolną wargę. — Wiesz, jak to się skończyło, Albusie. Po nieudanych poszukiwaniach ciała Sana dokładnie przeszukałem miejsce jego zamieszkania, gdzie znalazłem tylko i wyłącznie gruzy i nieżyjących członków Wybawczego Aliansu Różdżek. Waddlesworth wykrył nasze oszustwo i pokazał, że zdrada równa się śmierci. Pośród pokruszonych ścian znalazłem także pierścień. Po Zasłonie nie było ani śladu. Może i wyda ci się to bezduszne, ale miałem nadzieję, że San zdążył ukryć zasłonę, zanim stoczył ostatni pojedynek. Podejrzewałem, że bezpiecznie stoi w skrytce, ale tam także jej nie było. Sancticus Fairhart był ostatnią osobą, która miała Zasłonę, a teraz, gdy już nie żyje, możemy tylko spekulować, kim jest kolejny właściciel.

W pokoju wspólnym zapadła nieprzyjemna cisza. Albus toczył wewnętrzny bój, pragnąc powiedzieć, że artefakt być może wciąż jest w rękach Fairharta, że ten wciąż jest żywy, ale czuł, że takie oświadczenie przysporzyłoby mu tylko dodatkowych kłopotów. W przeciwieństwie do niego Scorpius nie miał nic do stracenia.

— Ekhem, panie Potter? Czy biorąc pod uwagę to, jak działa Zasłona oraz to, że ciało profesora Fairharta nigdy nie zostało znalezione… czy możemy założyć, że…?

— Przypuszczenia zwyczajowo nie są zbyt mądre, ale dedukcja jest cennym narzędziem do rozwiązywania tajemnic. Wybawczy Alians Różdżek rzeczywiście wtargnął do mieszkania Sancticusa Fairharta, a z racji wyżej wymienionych argumentów, można wywnioskować, że ten… albo wpadł za Zasłonę, albo został za nią wepchnięty — co w gruncie rzeczy równa się śmierci. Nie mam nawet najmniejszych wątpliwości, że nie spuszczał Zasłony z oczu, a ponieważ nie posiadał na swoim koncie żadnych innych czarodziejskich rezydencji, możemy wywnioskować, że artefakt wciąż był w mieszkaniu, kiedy Wybawczy Alians Różdżek przypuścił swój atak. Niestety, ale to czyni los Zasłony praktycznie przesądzony. Co gorsza, prowadzi też do wyciągnięcia kolejnego słusznego wniosku.

— Waddlesworth zawłaszczył sobie Zasłonę — stwierdził ponuro Albus. — To dlatego byłeś co do niego taki podejrzliwy, gdy powiedziałem ci, że widziałem go pod Gringottem. I to dlatego tak bardzo chcesz się dostać do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek!

— Owszem — odpowiedział natychmiast tata. — Moją odpowiedzią na zniknięcie Zasłony jest Warren Waddlesworth. Na szczęście wątpię, aby wiedział, jaki potężny artefakt wpadł mu w ręce — mógł go nawet zabrać, żeby poprzez kradzież zamaskować swoją zbrodnię. Nie wiem, gdzie dokładnie jest Zasłona, ale wierzę, że mogę spokojnie powiedzieć, że jest pod nadzorem Wybawczego Aliansu Różdżek. Najbardziej prawdopodobnym miejscem jej przetrzymywania będzie kwatera główna — odzyskanie artefaktu jest koniecznością. Jeżeli Darvy dojdzie do takich samych wniosków, nie będzie miał najmniejszych skrupułów, by rozgromić Waddleswortha przy pomocy swojej paskudnej armii. Wybawczy Alians Różdżek — bez względu na to, jak potężny się wydaje swojemu liderowi — nie będzie miał szans na wygraną. — Potarł z roztargnieniem czoło. — Co więcej, jeśli odzyskamy Zasłonę, zyskamy kluczowy dowód w naszej walce przeciwko Wybawczemu Aliansowi Różdżek — dowód na to, że dopuścili się kradzieży ministerialnego, starożytnego artefaktu, a także na to, że zamordowali Sancticusa Fairharta, gdyż ten miał ją w tamtym czasie. W końcu będziemy mogli formalnie oskarżyć Warrena Waddleswortha.

— A więc musisz odwiedzić tę kwaterę główną! — podsumował czarnowłosy ślizgon.

— Bardzo bym chciał, ale list, który otrzymałeś, przeraża mnie, Albusie — wyznał Harry, kiwając głową w kierunku trzymanego przez Morrisona pergaminu. — Ktokolwiek napisał tę notkę, wiedział o Zasłonie i, choć nie mogę za wiele powiedzieć o dwóch poprzednich, wyczuwam w tym jakiegoś rodzaju pułapkę. Niemniej jednak wróćmy do sprawy, dla której zaryzykowałem te późnonocne odwiedziny. Chciałbym cię o coś poprosić, synu.

— O co takiego? — zapytał chłopiec. — Czy ten interes jest związany z naszym tematem?

— Tak — stwierdził bez ogródek Harry. — I jest niebezpieczny.

Albus wymienił pełne ciekawości i radości spojrzenia z obydwoma przyjaciółmi, którzy z oczekiwania wstrzymali na moment oddech.

— O co chodzi, tato?

— Na początek musisz mi złożyć dwie obietnice, dobrze?

— Tak. — Ślizgon skinął głową, zirytowany.

— Po pierwsze: poważnie się zastanowisz, zanim udzielisz mi odpowiedzi. Przemyślisz dokładnie tę sprawę oraz przeanalizujesz, czy jesteś na to przygotowany, czy też nie.

— Dobrze — powiedział niedbale Albus. Ojciec przybrał surowszy wyraz twarzy.

— Po drugie: nigdy, ale to nigdy–przenigdy, nie powiesz o tym swojej matce. — Harry zacisnął usta.

— Dobrze — powtórzył. — O co chodzi?

— Chciałbym, żebyś zabrał mnie i wujka Rona do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek.

— Co takiego? — Albus uniósł wysoko brwi, niezmiernie zaskoczony. Scorpius i Morrison także wyglądali na zdezorientowanych. — Niby jak? Czy nie potrzebujesz do tego Strażnika Tajemnicy?

— Zgadza się, synu. Ty jesteś ich Strażnikiem Tajemnicy — najtajniejszym ze wszystkich. W rzeczywistości nie jestem nawet pewien, czy Wybawczy Alians Różdżek zdaje sobie z tego sprawę.

— Hę? Ja… jakim cudem?

— Nie wszedłbyś do ich kwatery głównej w zeszłym roku, gdyby nie zaprowadził cię tam Strażnik Tajemnicy — nie ma innej opcji. Z tego, co wiemy na temat zaklęcia Fideliusa, każda osoba, która ujawnia informacje o lokalizacji chronionego miejsca, może uzyskać dostęp do tej lokalizacji. Nie może jednak przyprowadzać innych. Z racji tego, że zostałeś tam przywiedziony osobiście, pozycja Strażnika została ci przypadkowo przekazana. Mówiłeś, że to Młot pokazał ci kwaterę główną, prawda? W takim razie teraz obaj jesteście Strażnikami. Oficjalnie oraz w pozornie bezproblemowy sposób możesz przyprowadzać do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek innych ludzi, Albusie.

— Czy aby jesteś pewien, że to tak działa, tato? — zapytał, z dezorientacją drapiąc się po czole.

— Owszem. Przed laty istniała grupa mrocznych czarodziejów, którzy nie mogli uzyskać dostępu do domu, w którym mieszkałem razem z twoim wujkiem i ciocią. Kiedy przez przypadek Hermiona aportowała się z jednym z nich, przyczepionym do niej, przywiodła go tam i musieliśmy znaleźć inną miejscówkę — nie mogliśmy wrócić, ponieważ stał się Strażnikiem Tajemnicy i mógł przyprowadzać innych, a raczej niewątpliwie to zrobił — wytłumaczył sedno sprawy Harry. — Sytuacja jest taka sama, z tym wyjątkiem, że mamy wyraźną przewagę, bo Waddlesworth najprawdopodobniej nie wie, że możesz nas do niego doprowadzić.

— No to pewnie! — Wyszczerzył się Albus. — Zaprowadzę was do tej kwatery!

— Będziesz dobrze chroniony — zapewnił syna ojciec. — Mimo to nadal radzę ci dobrze przemyśleć tę eskapadę. Jeżeli się zdecydujesz…

— Postanowiłem, tato. Serio! Zaprowadzę was, tylko… No właśnie, kiedy…?

— Siedziba Wybawczego Aliansu Różdżek jest w Hogsmeade, prawda? Czy nie macie w najbliższym czasie szkolnej wycieczki?

— Tak, tylko… cóż, w Walentynki…

Albusowi momentalnie oklapły uszy. Właśnie coś sobie uświadomił — Walentynki to przecież święto zakochanych…

— Ach. Widzę, że miałeś już plany — stwierdził Harry. — W takim razie nieważne. Znajdziemy inny sposób…

— Nie! — Nastolatek szybko pokręcił przecząco głową. — Nie. Przemyślę sprawę i jakoś załagodzę to z Mirrą. Naprawdę chcę wam pomóc — dodał, czując wracające podekscytowanie. Nie myślał już o Srebrnym Czarodzieju czy nawet o tajemniczych listach. Wszystkie myśli, kłębiące mu się w głowie, były skoncentrowane wokół jednego: udzielenia tacie pomocy i przyczyniania się do rozwiązania problemu. W ten sposób odpokutuje każdy błąd, jaki do tej pory popełnił…

— Cóż, Walentynki wypadają za ponad tydzień. Przygotowania poczynimy odpowiednio wcześnie — powiedział ojciec. — Idźcie już spać, chłopcy. Powinniście choć trochę się wyspać i odpocząć. Zapewne nie chcecie być całą noc na nogach, bo będziecie nieprzytomni na poniedziałkowych zajęciach…

Ślizgoni mruknęli aprobująco, ale umysł Albusa wciąż galopował.

— Dobranoc, panie Potter — pożegnali się z pokorą Scorpius i Morrison.

— Dobranoc, tato.

— Miłej nocy. — Uśmiechnął się Harry. — Albusie? Zanim zniknę, chciałbym ci jeszcze przypomnieć, że w każdej chwili możesz zrezygnować ze swojego udziału w naszej sekretnej misji; zawsze możesz zmienić zdanie.

— Wiem, ale nic z tego.

Uśmiech taty poszerzył się, a w oczach błysnęło coś, co ciężko było zidentyfikować.

— Zdaję sobie z tego sprawę, synu. Aż za dobrze cię znam. Czuję się okropnie, że twój harmonogram dnia tak bardzo się zmienił. Zrób mi przysługę i przeproś swoją dziewczynę w moim imieniu, dobrze? Jeśli jest jeszcze jedna osoba, której możesz o wszystkim powiedzieć, to zdecydowanie ona. Mirra jest czarującą damą i zasługuje na to, żeby wiedzieć, co robi jej chłopak w najbardziej romantyczny dzień w roku, zamiast spędzać z nią czas.

— Tak zrobię, tato — powiedział Albus.

Harry skinął głową.

W pokoju wspólnym rozległ się wirujący hałas, a żar w kominku przygasł. Twarz ojca zniknęła, pozostawiając tylko lekko tlące się zarzewie.

Chłopcy wstali z podłogi i pozbierali listy. W ciszy wymienili spojrzenia, po czym zgodnie pomaszerowali do dormitorium.

Albus długo nie mógł zasnąć.



[1] Ockham Brzytwa, a właściwie Brzytwa Ockhama (z ang.: Occam's Razor) — nazywana także zasadą ekonomii lub zasadą ekonomii myślenia, reguła od nazwiska twórcy–filozofa, zgodnie z którą w wyjaśnianiu zjawisk należy dążyć do prostoty, wybierając takie wyjaśnienia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie założeń i pojęć. W języku angielskim „Occam's Razor" pasuje do kontekstu, a po polsku trzeba było zrobić z tej zasady nazwisko, żeby był dobrze oddany sens zdania

[2] Zwis Leniwca (z ang.: Sloth Grip Roll) — manewr stosowany w grze w quidditcha. Gracz zawisa na miotle do góry nogami, trzymając się dłońmi i stopami, celem uniknięcia lecącego nań tłuczka. Unik ten zastosował Harry Potter w piątym tomie sagi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz