Następne dni wlekły się niemiłosiernie. Szkolne zajęcia wydawały się wręcz nudne w porównaniu do tego, co rzeczywiście działo się w życiu Albusa, a po pewnym czasie chłopiec odkrył, że mechanicznie je posiłki i zmusza się do snu, jak gdyby zmiana rytmu dnia i prędkości codziennej rutyny, w magiczny sposób przyspieszyła nadejście Walentynek. Chciałby mieć więcej czasu tylko na jedno: na szczegółowe wyjaśnienie swojej dziewczynie, w czym tkwi szkopuł. Randka w Hogsmeade finalnie okazała się ogromną przeszkodą w pomocy wujkowi i tacie w dostaniu się do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek.
— Nie, serio, okej — powiedziała powoli Mirra, z roztargnieniem przerzucając stronę swojego notatnika; znów tkwili w bibliotece. — To tylko jeden jedyny dzień, prawda? Przed nami cała masa innych, które będziemy mogli spędzić razem…
— Nie rób tego. — Albus oparł twarz na złożonych dłoniach.
— Niczego nie… No dobrze, może robię… Przepraszam cię bardzo! — syknęła. — Nic nie poradzę na to, że nie mogłam się doczekać tej randki! No i teraz nawet nie wiem, co powinnam ze sobą zrobić w Walentynki…
— Dołącz do Scorpiusa i Morrisona — stwierdził prosto.
Mirra wbiła w niego skwaszony wzrok, czego w ogóle się nie spodziewał.
— Nie zamierzam przeszkadzać Melonie i Morrisonowi w ich specjalnym dniu!
— A Scorpius…?
— To zupełnie coś innego — on się z nimi blisko przyjaźni…
— Cóż, tak czy inaczej będzie piątym kołem u wozu! — jęknął Albus, starając się wyłożyć kawę na ławę. — Potowarzyszysz mu i nawet…
— Chcesz, żebym poszła na randkę ze Scorpiusem?
— No, w pewnym sensie… Ale to nie tak! — dodał szybko, widząc jej obrażony wyraz twarzy. — Słuchaj: chodzi mi o to, że… to dla mnie naprawdę bardzo ważne, dobrze? — zakończył nieporadnie, choć w jego głosie zabrzmiała stalowa nuta, której nie używał zbyt często.
Mirra zdmuchnęła zabłąkany kosmyk włosów z twarzy i pozwoliła, by jej oblicze złagodniało.
— Wiem. Naprawdę to rozumiem. — Jakby na potwierdzenie swoich słów, kiwnęła potakująco głową. — Niemniej jednak przyznaję, że trochę mnie to martwi…
Albus się roześmiał, przez co jeden z bliżej siedzących uczniów syknął do niego „ciii!".
— O co w ogóle? Będę z moim tatą. No weź, nie ma żadnych powodów do zmartwień.
— Jak możesz tak mówić? — zapytała, kompletnie zaskoczona. — Ci ludzie chcieli się kiedyś ukatrupić!
— Nie udało im się, prawda? I tym razem będzie zupełnie inaczej. Tata i wujek wysłali mi list ze szczegółami dotyczącymi naszego planu. Moim zadaniem będzie ich tam zaprowadzić i trochę oprowadzić po wnętrzu, oni aresztują złych gości… i to w sumie tyle. Cała operacja nie zajmie dużo czasu, więc po niej najprawdopodobniej będę mógł do ciebie dołączyć…
Prawda była taka, że bardziej nie mógł się doczekać pierwszej połowy sobotniego dnia, niż drugiej — towarzyskiej. Uwielbiał spędzać czas ze swoją dziewczyną i z całą pewnością chciał z nią spędzić romantyczne Walentynki w Hogsmeade, ale to, czego ostatnio pragnął, to uzyskanie odpowiedzi na dręczące go pytania i podjęcie konkretnych działań.
Nowo zdobyte informacje od ojca na temat Zasłony Skazańca, stanowiły cios w odniesieniu do teorii, że Fairhart żyje, ale jednocześnie utwierdziły Albusa w pierwotnym przekonaniu, że te dwie sprawy są ze sobą w jakiś sposób połączone. Gdyby w kwaterze głównej Wybawczego Aliansu Różdżek rzeczywiście znaleźli Zasłonę, zyskaliby nawet więcej niż potrzeba, by przyskrzynić Warrena Waddleswortha. Ktokolwiek był nadawcą tajemniczych listów, wiedział o istnieniu takiego mrocznego obiektu, a to z kolei oznaczało, że zwiększyły się szanse na poznanie jego tożsamości — krąg poszukiwań został poniekąd zawężony.
To, rzecz jasna, w żaden sposób nie pomogło w spekulacjach na temat Srebrnego Czarodzieja, a i informacja publiczna zdawała się coraz to mniej o nim wspominać. Od czasu wznowienia roku szkolnego w PROROKU CODZIENNYM nie pojawił się już żaden traktujący o nim pasjonujący artykuł i, choć Albus był pewien, że za niedługo się to zmieni, nie potrafił wykombinować powiązania, które łączyłoby zamaskowanego nieznajomego i niepodpisane listy. Pomijając te wszystkie szczegóły, Srebrny Czarodziej i tak stał się przeżytkiem w Hogwarcie. Umysł każdego ucznia zaprzątał teraz finał quidditcha, zaplanowany na kilka dni przed pierwszym końcoworocznym egzaminem Albusa.
Tak jak przewidywał, puchoni i krukoni byli bardzo poruszeni ostatnim zwycięstwem Slytherinu, gdyż właśnie dzięki niemu ślizgoni znów będą walczyć o tytuł z gryfonami. Mimo to nawet przy tak zajadłych uczuciach nie można było nie być podekscytowanym. Albus wiedział, że będzie to najbardziej wyrównane starcie od lat — zielono–srebrna drużyna składała się z młodej, świeżej krwi, zaś czerwono–złota z doświadczonych, zaprawionych w boju graczy. Największym sportowym pragnieniem Albusa było nie pozwolenie, żeby Puchar Quidditcha trafił w ręce Jamesa. Z racji tego, iż Jaimie nigdy nie złapał znicza w grze finałowej, nie chciał, by miało to miejsce — zamierzał zakończyć karierę szkolną brata przegraną Gryffindoru.
To oczekiwanie stanowiło podłoże dziwacznej sceny w czwartkowe popołudnie. W drodze powrotnej z łazienki po lekcji zielarstwa natknął się na grupkę uczniów, obgadujących temat, z którego zdecydowanie nie był na bieżąco. Wszyscy stłoczyli się w rogu korytarza.
— Myślę, że dziesięć minut w zupełności wystarczy…
— Założę się, że wyjdzie mądrzej, gdy usłyszy o tym od twojej kuzynki…
— Że co? Wynoście się stąd! — fuknął na nich Albus, wycierając brudną dłonią pot z czoła i odpędzając wesołą gromadkę. Zauważył, że wśród podejrzanej grupki nie ma żadnego ślizgona — wszyscy kibicowali Gryffindorowi, bez względu na przynależność domową.
— Wierzę w ciebie, Al! — krzyknął chłopiec, sprawiający wrażenie drugorocznego, wprost ze środka tłumu; na piersi miał symbol węża, a w dłoni garstkę monet. A jednak. — Założę się, że Fred nie da rady zrzucić cię z miotły!
— Słucham? Fred…?
Mętne myśli Albusa rozjaśniły się, kiedy tłum odrobinę się przerzedził, a z rogu pospieszyły do niego dwie znajome osoby: pierwszą rzeczywiście był Freddie, a drugą, nieco bardziej z tyłu, Lily.
— Jak leci, Al? — zapytał kuzyn; w rękach miał absurdalnie dużą liczbę galeonów.
— O co w tym chodzi?
— O nic — odpowiedział nonszalancko Weasley. — Zwyczajnie przyjmuję zakłady, w którym momencie gry zrzucę cię z miotły.
— Cudownie. — Uśmiechnął się Albus, w duchu wyszydzając zuchwałość gryfona. — Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że minie jeszcze kilka miesięcy, zanim w ogóle rozegramy ten mecz, prawda?
— Och, no jasne — odpowiedział radośnie kuzyn. — Ale mój tata zawsze powtarza, że jeśli można zagwarantować sobie przypływ gotówki, to należy działać zdecydowanie i nie zastanawiać się za długo.
— Ach. — Albus potrząsnął głową i odwrócił się do młodszej siostry. — A ciebie co tu sprowadza? Przyjmujesz zakłady, jak szybko rozpadnie się mój związek?
— Tak właściwie, to chciałam ci przekazać wiadomość — odpowiedziała Lily.
— Od Jamesa?
— Od Rose.
Albusowi momentalnie ścierpła skóra. O co się może rozchodzić…?
— Hm… Co to za nowina? — spytał ostrożnie.
— Rose prosiła, żebym się zapytała, czy nie chcielibyście spędzić razem Walentynek — odpowiedziała, wzruszając przy tym ramionami.
Albusowi opadła szczęka.
— Co ma na myśli, mówiąc „razem"?
— No, cóż: ciebie, Mirrę, Scorpiusa, Morrisona i tę dziewczynę, z którą był na weselu…
— Dam jej później znać — stwierdził i po kilku chwilach siedział już w Wielkiej Sali. Scorpius i Morrison zajmowali miejsca naprzeciwko niego. Wyjaśnił pobieżnie zaistniałą sytuację i natychmiast został zbombardowany pytaniami.
— Co zamierzasz zrobić? — Morrison lekko odepchnął od ust dłoń Melonie. Dziewczyna chciała go nakarmić pieczoną wołowiną.
— Cóż, to oczywiste, że nigdzie się nie wybieram — mruknął.
— Strasznie cię proszę — nie każ mi samemu dotrzymywać im towarzystwa! — jęknął Scorpius. — W grę wchodzi Rose i Lance, i to jeszcze w dzień zakochanych!
Albus skulił się, choć myślał, że to, co miał w głowie w związku z zaistniałą niedawno sytuacją, byłoby o wiele gorsze niż to, co zrobił Scorpius. Wszystko wskazywało jednak na to, że Rose była gotowa przynajmniej porozmawiać z Mirrą, a z racji tego, iż ta uparcie odmawiała nawiązania konwersacji, nie wyglądało to za dobrze, dokładając do tego dodatkowo groźbę Lance'a. Jak dotąd puchon nie wprowadził swego niecnego planu w życie, ale koncentrując się na nowych okolicznościach, coś mogłoby się zmienić…
— Cóż, to Walentynki — powiedział Albus, bawiąc się kukurydzą na talerzu. — Czy na weselu nie przyznałeś, że idzie ci dobrze; że czas najwyższy w końcu do niej uderzyć?
Scorpius natychmiast przestał jęczeć i narzekać. Zamiast tego jego twarz wyrażała tylko zaskoczenie.
— Naprawdę?
— Serio — stwierdził Albus i rzeczywiście miał to na myśli. Wiedział, że najprawdopodobniej nie skończy się to szczęśliwie, ale niedawno zdał sobie sprawę, że najlepiej będzie, jeżeli zaloty przyjaciela w końcu zostaną odrzucone. — Wyznaj swoje uczucia prosto z mostu. W Hogsmeade za wsparcie będziesz miał Mirrę i Morrisona oraz jestem pewien, że znajdą jakiś sposób, żeby dać ci z nią trochę czasu sam na sam — może przekonają Eckleya i Hornsbrooka, by gdzieś sobie poszli…
Scorpius spojrzał na Morrisona, a ten tylko skinął głową; był zbyt zajęty przeżuwaniem jedzenia. W ciągu ułamku sekundy mina blondyna zmieniła się — zdziwienie zastąpiła determinacja.
— No to ustawione! — oznajmił z uniesioną wysoko głową. — W tę sobotę powiem Rose!
— I to rozwiązuje twój problem. — Uśmiechnął się Vincent. — A co z twoim, Al? Rose zaplanowała sobie spotkanie z całą naszą grupką, czyli ciebie też wliczyła.
Albus przewrócił oczami.
— Zagwarantuję sobie proste alibi na czas, kiedy będę z tatą. Zawsze mogę być chory, prawda?
— A jak skończysz biznes, to ot tak sobie się pojawisz?
— No wiesz, ludzie nie chorują wiecznie…
Sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Następnego dnia ojciec wysłał mu karteczkę ze szczegółowymi instrukcjami, gdzie Albus spotka się z nim i z wujkiem, a także na samym końcu dopisał, że na potrzeby planu niezbędna będzie peleryna niewidka.
Ślizgon nie mógł się pod nią ukryć, podczas gdy Neville sprawdzał, czy aby na pewno wszyscy uczniowie mają podpisane przez rodziców pozwolenia na wyjście do Hogsmeade. Zbyt dobrze znając opiekuna Gryffindoru i zbyt dobrze wiedząc, że jest bardzo miły, gdyby tylko dowiedział się o chorobie syna dobrego przyjaciela, najprawdopodobniej zaniósłby Albusowi zupę do pokoju wspólnego i spróbowałby go rozweselić — stąd też chłopiec był zmuszony do ukrywania się za przypadkowymi osobami w taki sposób, żeby Rose i jej grupa nigdzie go nie wypatrzyła. Koniec końców operacja została zakończona sukcesem i bezpiecznie, pod czujnym okiem profesora Longbottoma, opuścił zamek.
— Niepotrzebnie utrudnione wyjście — mruknął do kolegów, potajemnie zarzucając na siebie pelerynę niewidkę. — Dołączę do was później — dodał i patrzył, jak podchodzą do grupki gryfonów. Mirra i Melonie najwyraźniej stały już z nimi od jakiegoś czasu. Lance tradycyjnie wyglądał nieskazitelnie — na tę okazję przywdział szkarłat oraz otoczył ramieniem swoją dziewczynę. Scorpius szedł nienaturalnie blisko Rose.
Ze wszystkich przedstawicielek płci pięknej, najładniej wyglądała Mirra. Ubrała się w tak nietypowy dla siebie róż, a włosy związała w kucyk. Jej przyjemny dla oka wygląd sprawił, że w brzuchu Albusa rozentuzjazmowały się motylki — naprawdę miał wielką nadzieję, że po wykonaniu sekretnej misji, będzie mógł spędzić z nią trochę walentynkowego czasu.
Z racji tego, iż musiał oddzielić się od znajomej grupki, spacer do Hogsmeade był przeraźliwie nudny. Chłodna pogoda nie umiliła mu marszu, a Albus nie zdawał sobie dotąd sprawy, że w trakcie zwyczajowych szkolnych wycieczek pokonuje tyle kilometrów — najwyraźniej minuty spędzone na pogawędkach przyspieszają drogę. Szedł przed siebie z uśmiechem na twarzy i ze świadomością, że podjęty wysiłek jest tego warty. Wkrótce rzeczywiście będzie mógł twierdzić, że pomógł ojcu wygrać wojnę. Dziś jest wielki dzień; dziś Wybawczy Alians Różdżek naprawdę mocno oberwie.
Gdy przybył do wioski, zauważył, że ta nieco straciła na swoim cudownym wyglądzie. Mało kto był zaskoczony cudownym pięknem okolicy czy wybitnie skupiał się na najnowszych sklepach, a co gorsza, tłum sprzedawców stał się uciążliwy — ciężko było się poruszać po zatłoczonych uliczkach, na nikogo przy okazji nie wpadając. Praktycznie natychmiast stracił kontakt ze swoimi przyjaciółmi i z góry założył, że od razu udali się do Trzech Mioteł, aby się rozgrzać. Cel Albusa był stosunkowo daleko. Tata poprosił go, żeby spotkanie odbyło się przed Gospodą Pod Świńskim Łbem — miejscem, którego tak właściwie chłopiec nawet nie znał i żeby tam dotrzeć, potrzebował konkretniejszych wskazówek.
Znalazł umówioną Gospodę, choć trochę mu to zajęło. Karczma była obskurna i tak niezauważalna, że w normalnych okolicznościach zwyczajnie by ją minął, nawet nie zaszczycając spojrzeniem, ale tym razem coś przykuło jego uwagę — dwie stojące w cieniu postacie. Tata i wujek sprawiali wrażenie typowych śmiejących się przechodniów; żaden z nich nie miał na sobie aurorskiego uniformu.
Albus szarpnął szaty ojca, żeby wzbudzić jego zainteresowanie.
— Tato! — syknął, sprawiając, że chichoty momentalnie ustały.
— Al? Możesz zdjąć z siebie pelerynę. Nie wydaje mi się, by był w pobliżu ktoś, kto cię zauważyłby.
Ślizgon zrobił to, co mu kazano, a wujek natychmiast wyrwał mu płaszcz z dłoni.
— Och, stary. Świetnie pamiętam to maleństwo. — Uśmiechnął się szeroko Ron. — Jak ci służy, dzieciaku?
— Niczym zaklęcie — odpowiedział szczerze Albus.
— Czy możemy ją sobie pożyczyć, stary? — Wujek spojrzał na swojego szwagra. W jego oczach można było dostrzec prośbę i nadzieję. — Tylko na chwilę, tak przez wzgląd na stare, dobre czasy…?
— Nie — odpowiedział stanowczo Harry, wyrwał Ronowi rodzinny artefakt i oddał go synowi. — Naszym priorytetem jest bezpieczeństwo. Chcę, żeby Albus miał pelerynę zawsze przy sobie. Pomijam już to, że i tak byśmy się pod nią nie zmieścili…
— Ugh, no dobrze…
Tata uśmiechnął się nostalgicznie do szwagra, a potem przybrał żywszy wyraz twarzy.
— Wiesz, że wciąż możesz się wycofać, Albusie?
— Tak, wiem…
— Chcesz, czy nie chcesz, muszę ci coś wyjaśnić. Nie wydaje mi się, by groziło nam jakieś niebezpieczeństwo, ale jakbyśmy z wujkiem wpadli w kłopoty, musisz jak najszybciej się stamtąd wydostać…
— Wiem…
— Na czas ucieczki daję ci pozwolenie na użycie dowolnego zaklęcia, uroku, a nawet przekleństwa, które jako pierwsze przyjdzie ci do głowy…
— No wiem, tato! — Albus był zirytowany ciągłymi pouczeniami. — Swoją pogadanką sprawiasz, że wydaje mi się, że naprawdę oczekujesz, iż będę musiał walczyć…
— Nieprawda. — Ojciec pokręcił przecząco głową. — Co nie oznacza, iż zyskujesz całkowitą pewność. Radzenie sobie z renegatami to nie lada sztuka — są o wiele bardziej dumni niż przeciętni członkowie Diablego Aliansu oraz odnoszą wrażenie, że mają pełne prawo do najpierw atakowania, a potem odpowiadania na pytania. Uważam, że razem z wujkiem jakoś sobie z nimi poradzimy, ale muszę wiedzieć, czy będziesz reagował odpowiednio do sytuacji.
— Pójdzie gładko, Harry. Albusowi nic nie grozi — powiedział spokojnie Ron. — Przecież nie będzie tam sam… — Zamilkł, uciszony jadowitym spojrzeniem szwagra.
Przekomarzanka dotycząca względnego bezpieczeństwa akcji została szybko przerwana, gdy na twarzy Harry'ego pojawiło się przerażenie.
— Wskakuj pod pelerynę! Szybko!
Niepewny, czy to trening, czy niekoniecznie, Albus rozejrzał się w oszołomieniu, ignorując nalegania taty. Widok, który zobaczył, sprawił, że niezdarnie spełnił polecenie — Puckerd właśnie skręcał za róg i zatrzymał się gwałtownie, gdy zobaczył dwójkę ministerialnych znajomych (szkolnego podopiecznego zwyczajnie nie mógł zauważyć) i się uśmiechnął. Podszedł do nich pewnym siebie, żwawym krokiem.
— Panie Potter — powiedział, kiwając głową w kierunku Harry'ego.
— Wendell.
— Ron. — Uśmiechnął się szerzej, kiedy odwrócił się w stronę drugiego mężczyzny.
— Wendy. — Wujek zmrużył oczy.
— Co was sprowadza do Hogsmeade w tak romantyczny dzień? — zapytał Puckerd, a Albus zrobił kilka kroków wstecz.
— Zapomnieliśmy kupić naszym żonom prezentów — odpowiedział Ron. — Doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, jak pobuszujemy trochę po sklepach i przygotujemy niespodziankę na później. — Trzeba było przyznać, że to dość przekonujące kłamstwo.
— Ach. — Uśmiechnął się mistrz eliksirów.
— A co ciebie tu sprowadza, Wendell? — zapytał, najwyraźniej szczerze zaciekawiony, Harry.
— Cóż, dziś dzień wycieczki szkolnej i nauczyciele tradycyjnie towarzyszą uczniom. Muszę jednak przyznać, że to interesujące, choć nieoczekiwane, spotkanie. Mam nadzieję, że omówimy temat pańskiego syna.
— Och? — Harry uniósł brwi, a Albus przełknął nerwowo ślinę. — No dobrze. W takim razie jak sobie radzi James?
Puckerd otworzył usta, najprawdopodobniej chcąc powiedzieć coś dowcipnego, ale finalnie na jego twarzy zagościł uśmiech.
— Z Jamesem wszystko w porządku. Jeśli mam być szczery, to jeden z moich najlepszych owutemowych uczniów. Przewiduję, że bezproblemowo zda egzamin. Miałem jednak na myśli pańskiego młodszego chłopca.
— Yhym. Jak się miewa Albus?
— Najważniejsza informacja: jest chory. — Mistrz eliksirów nie potrafił ukryć radosnej nuty w swoim głosie. — Przed momentem byłem w Trzech Miotłach i słyszałem, jak jego przyjaciele o tym rozmawiali.
— Co za pech… — Wujek Ron potrząsnął głową.
— Tak właściwie jednak jestem bardziej zmartwiony jego zachowaniem — kontynuował Puckerd, a ślizgon tak gwałtownie się zarumienił, że doszedł do wniosku, iż peleryna niewidka jest w tym momencie bezużyteczna — tę głęboką czerwień pewnie było widać nawet przez nią.
— Coś nie w porządku? — Harry sprawiał wrażenie zaintrygowanego i jednocześnie zaniepokojonego. — Poproszę o szczegóły.
— Albus wydaje się być przeciwko współpracowaniu z autorytetami; jest rozdrażniony i przy wielu okazjach, kiedy próbowałem do niego dotrzeć, nie tylko mi odmówił i zanegował moje stanowisko, ale także stał się agresywny, a nawet posunął się do deprecjacji mojej pozycji w szkole — i to w gabinecie nauczyciela!
— Naprawdę? — zapytał zainteresowany ojciec i dosłownie na sekundę jego spojrzenie powędrowało w kierunku ukrytego pod peleryną syna.
Wujek Ron uśmiechnął się dziko.
— Rozumiem. — Harry znów skupił się na Puckerdzie. — W obliczu takich rewelacji będę musiał przeprowadzić z nim porządną rozmowę. Może po prostu dużo się teraz dzieje w życiu chłopca. Bądźmy szczerzy, to rok SUMów.
— Całkiem prawdopodobne — odpowiedział mężczyzna. — Ale wydaje mi się, że przeżywa również dość niezwykłą fascynację bardzo znaną postacią — Srebrnym Czarodziejem. Podczas naszej ostatniej wspólnej rozmowy, przypadkowo skupił się akurat na tym fenomenie i oskarżył mnie o próbę wyłudzenia od niego ciekawych informacji. To naprawdę dziwny tok myślenia. Albus nie wiadomo skąd wywnioskował, żeby zwrócę się do niego z problemem wagi narodowej. To zupełnie tak, jakby nakazano mu trzymać gardę…
— Cóż, Srebrny Czarodziej stał się wielką ikoną — przerwał mu wujek Ron. — Wiele dzieciaków plotkuje na jego temat. Nawet sobie sprawy nie zdajesz, jak wybujałe są wyobraźnie piętnasto… nastolatków. — Zmienione w ostatniej chwili zdanie miało na celu sprawienie, by siostrzeniec wydawał się mniej dojrzały.
— Rzeczywiście, choć to i tak trochę niepokojące — stwierdził skwaszony Puckerd, zupełnie jakby nienawidził sposobu mówienia rudowłosego znajomego. Przez chwilę prawie że piorunował go wzrokiem, po czym odwrócił się do Współszefa Departamentu Aurorów. — Chciałem pana tylko poinformować.
— Cóż, dziękuję — wydusił przez zaciśnięte zęby Harry. — Na pewno omówię z nim ten problem, gdy tylko będę miał taką możliwość.
— Dobrze wiedzieć. — Uśmiechnął się opiekun Slytherinu. — Powinienem dodać, że Albus także świetnie sobie na eliksirach. Życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia. Wybaczcie mi, panowie. Muszę wracać do wykonywania obowiązków. Powodzenia w polowaniu na prezenty!
— Dziękujemy. Szczęśliwych Walentynek…
Puckerd skinął głową i odszedł. Gdy tylko skręcił za róg, wujek Ron machnął ręką.
— Nienawidzę tego faceta, naprawdę…
Ślizgon zdjął z siebie pelerynę niewidkę i zauważył, że ojciec uważnie mu się przygląda.
— Właśnie odbyłem interesującą rozmowę z twoim nauczycielem, Albusie — stwierdził zwięźle.
— Tak, sły… słyszałem. Tato, bo ja…
— Omówimy to w drodze. — Harry skinął głową. — Załóż pelerynę. Nie powiedziałem, że możesz ją zdjąć.
Nastolatek bez słowa sprzeciwu spełnił polecenie i choć nikt go nie widział, ruszył naprzód z lekko pochyloną głową. Czuł się wyjątkowo ponuro — od początku sprawy nie toczyły się tak, jak sobie w myślach zaplanował. Dopiero gdy dotarli do końca uliczki i zatrzymali się na małym skrzyżowaniu, zdał sobie sprawę, że tata i wujek patrzą to w jedną, to w drugą stronę, jakby nie byli pewni, gdzie powinni skręcić.
— No? — zapytał sprytnie Harry. Nie podniósł szczególnie głosu, by przechodzący obok przechodnie nie zwrócili na niego większej uwagi, ale jednocześnie postarał się, żeby syn go usłyszał.
— Gdzie dalej?
— Co takiego? — Albus uniósł brwi, zdziwiony. — Hm, masz na myśli… że nie wiecie?
— Niby skąd? — Uśmiechnął się krzywo wujek. — Żaden z nas nie jest Strażnikiem Tajemnicy…
— Och.
Nie rozumiejąc dlaczego, chłopiec nagle poczuł się zdenerwowany. Nie był pewien dokładniejszego kierunku — w siedzibie Wybawczego Aliansu Różdżek świadomie był tylko raz (gdy eskortował go Młot), a nieświadomie, gdy dotarł tam w szale podczas ataku Diablego Aliansu. Oblizał spierzchnięte wargi i zmusił swój mózg do intensywniejszej pracy. Spróbował zwizualizować sobie mapę wyobrażeniową — potrzebował punktu wyjścia…
— Hm, czy wiecie może, gdzie jest Hospen? — zapytał, mgliście przypominając sobie szczegóły zeszłorocznej niezręcznej mini–pogawędki z Młotem.
— Masz na myśli Hogpenn. — Ojciec zadrżał.
— Tak, wiemy. — Na twarzy wujka pojawił się niesmak. — To tam, gdzie lubią sobie przesiadywać takie okropne typki jak Pentinhouse. Prawda, Harry?
— Kim jest Pentinhouse? — zapytał z ciekawością Albus.
— Facet od papierkowej roboty z naszego biura — jęknął wujek. — Jest po prostu okropny. Nie potrafi dobrze przeliterować ani jednego cholernego słowa i zawsze śmierdzi jak zgniły tuńczyk…
— Hogpenn to określenie na bardzo rozległe obrzeża Hogsmeade. Możemy zaprowadzić cię w tamte rejony, ale dalej będziesz musiał nas poprowadzić — wtrącił się stanowczo tata.
— No dobrze, tak zrobimy — zgodził się Albus, zadowolony, że w końcu poczynił pewne postępy, choć jednocześnie dziwacznie zdołowany. Może to dlatego, że wciąż czekał na reprymendę od ojca…?
— Wydawało mi się, że mówiłem ci, żebyś trzymał język za zębami w obecności Puckerda — powiedział surowo Harry, po jakichś pięciu minutach swobodnego marszu.
— No wiem — odpowiedział pospiesznie. — I naprawdę próbowałem, ale gościu to zło wcielone! Przesłuchuje wszystkich moich przyjaciół, zrujnował mi randkę z Mirrą, a potem…
— Rozumiem, że jesteś w trudnej sytuacji — przerwał mu nieznoszącym sprzeciwu głosem tata. — Spodziewałem się jednak, że będziesz w stanie sobie z tym poradzić.
Albus zmrużył oczy i parsknął. Peleryna niewidka nagle stała się o wiele bardziej pożyteczna, niż kiedykolwiek mógł sobie w ogóle wyobrazić.
— Cóż, jeżeli myślisz, że sobie nie radzę, to tutaj was zostawię. Powodzenia w poszukiwaniach kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek — oznajmił, zanim zdążył się powstrzymać. Nie zamierzał brzmieć tak autorytarnie, ale zły humor w połączeniu z myślą, że jeszcze przed chwilą groziło mu zbesztanie, w końcu pchnęło go do działania.
Co zaskakujące, wujek Ron zachichotał.
— I tu cię ma, Harry. Świetnie rozegrane, młody.
Ojciec zaniemówił, wpatrzony w miejsce, gdzie stało jego dziecko.
— Na mój gust, to stajesz się zbyt ślizgoński, synu — stwierdził z lekkim uśmiechem na twarzy, gdy skręcili za róg.
Spacer kontynuowali kilkanaście minut, co chwilę skręcając w boczne uliczki. Zgiełk tłumu cichł powoli, dzięki czemu Albus wiedział, że dotarli do mniej popularnej części wioski. Koniec końców stanęli na rozwidleniu dróg, a jedno spojrzenie na tłoczący się hen daleko tłum jasno stwierdzało, że doszli do właściwego miejsca. Czarodzieje w połatanych szatach, kurczowo przyciskający do klatki piersiowej butelkę whisky lub mruczący do siebie, co rusz zatrzymywali się i podejrzliwie patrzyli na słynnego Harry'ego Pottera. Byli to stali bywalcy Hogpenn — co znaczyło, że rzeczywiście byli na obrzeżach.
— Gdzie teraz, synu? — zapytał cicho tata.
— Hm, w tę stronę! — odpowiedział i natychmiast zdał sobie sprawę, że kiwnięcie głową w danym kierunku zdało się na nic — wciąż miał na sobie pelerynę niewidkę. — To znaczy: prosto, a następnie w lewo…
Podczas spaceru Albus był zadowolony z tego, że miał zapewnioną niewidzialność i nie był częścią tego przerażającego dla innych pochodu. Ku swojemu zaskoczeniu wybrał właściwą drogę. Po chwili zostali otoczeni obskurnymi sklepami z pozabijanymi deskami okiennicami, a jeszcze minutę później stanęli pod budynkiem ze zniszczonym napisem.
— Markowy Sprzęt do Quidditcha — przeczytał na głos wujek. — Czy ta miejscówka tobie także przypomina jeden wielki bajzel, Al?
— Ano — odpowiedział. — Możecie go zobaczyć?
— Tak. Spodziewałem się tego. — Tata skinął głową. — Na większość czarodziejskich budynków nałożone są zaklęcia kamuflujące, dzięki którym sprawiając wrażenie ruin lub wyglądają mniej estetycznie. Nawet Strażnik Tajemnicy widzi je w ten sposób. — Odwrócił się do syna. — Musisz otworzyć nam drzwi i zaprosić do środka, Albusie. Nie wiemy, gdzie dokładnie się znajdziemy.
— Czy powinienem zdjąć pelerynę? — zapytał rezolutnie chłopiec.
— To może być najlepsze rozwiązanie — powiedział po chwili namysłu ojciec. — Chciałbym mieć na ciebie oko.
— W porządku. — Wujek Ron wyciągnął swoją różdżkę i przyjął stabilniejszą postawę. — Do dzieła! Otwieraj, Albusie!
Ślizgon zdjął z siebie pelerynę, po czym pchnął drzwi. Wszedł do środka z dwoma dorosłymi po obu stronach.
Siedziba główna Wybawczego Aliansu Różdżek wyglądała praktycznie identycznie jak podczas pierwszej wizyty. Podupadły wygląd zewnętrzny nie odwzorowywał wnętrza. Całą trójką stali w magicznie powiększonym pomieszczeniu, które z ulicy sprawiało wrażenie parterowego sklepu. Salon urządzony był przepięknie — karmazynowy dywan wyglądał nienagannie, a wygodne fotele i kanapy tylko wabiły, żeby zatopić się w ich miękkości i rozluźnić napięte mięśnie.
Albus oderwał wzrok od wiszących na ścianach obrazów i zwrócił większą uwagę na tubylców. Cicha, kameralna muzyka, której wcześniej nawet nie zarejestrował, nagle przestała grać. Około dwudziestu odzianych w identyczne czarne szaty ludzi, zarówno czarodziejów, jak i czarownic, wpatrywało się w nowo przybyłych z otwartymi z szoku ustami; niektórzy przecierali oczy, najpewniej nie mogąc uwierzyć w to, co widzą. Jedna osoba — młody chłopak o poprzekłuwanych uszach i płaskim nosie — ze zdziwienia upuścił na podłogę kieliszek wina.
— Co się dzie…?
— Warren nic nam nie powie…
— Jakim cudem oni…?
— To ten chłopiec!
Wszyscy mruczeli, przerażeni, a ci, którym udało się w miarę rozluźnić, wstali i trzęśli się w miejscu, nie robiąc nawet kroku. Na ich tle wyróżniało się kilka osób, które sprawiały wrażenie starych członków organizacji — ci byli ewidentnie zirytowali, a nawet źli, gdyż marszczyli niebezpiecznie brwi.
— Co tu robicie? — krzyknął najbliżej stojący renegat, a Albus ledwo co widział jego wargi ukryte wśród jego gęstej, splątanej czarnej brody. Przełknąwszy z trudem ślinę, uświadomił sobie, że tym mężczyzną był ojciec Donovana Hornsbrooka. Co więcej, był jednym z nielicznych odważnych, którzy dumnie prostowali plecy; wyglądał na bardziej rozwścieczonego niż przestraszonego.
— Czy macie nakaz? — Wysoka, żylasta kobieta, stojąca z tyłu pokoju uniosła wysoko głowę.
— Hm, tak szczerze mówiąc, to nie — odpowiedział wujek Ron, wciąż dziko uśmiechnięty od ucha do ucha, z różdżką przygotowaną do ewentualnego rzucenia zaklęcia. — W rzeczywistości nie jesteśmy tutaj z oficjalnej stopy. Nie kieruje nami żaden ministerialny interes. Nie potrzebujemy formalnego nakazu, żeby się tu zjawić. Zwyczajnie sobie tędy przechodziliśmy i wpadliśmy w odwiedziny. Oczywiście, mimo to nie zwalnia nas z wykonywanego zawodu i wciąż jesteśmy aurorami, tak więc jeżeli ktoś nas zaatakujemy, mamy pełne prawo do obsadzenia cel w Azkabanie na… hm, jakieś pięćdziesiąt lat. Nie pomyliłem się przypadkiem, Harry?
— No, mniej więcej na tyle — odparł pytany, a Albus nie mógł powstrzymać się przed zdumieniem, jak śmiali są jego dzisiejsi towarzysze. Z drugiej strony, nie powinien być tak zaskoczony. Tata i wujek najprawdopodobniej przeżyli w swoim życiu o wiele bardziej niebezpieczne sytuacje niż właśnie ta.
— To oburzające! — warknął jeden z bliżej stojących czarodziejów. Był tak zdenerwowany, że wyrażając swoją złość, popluł drewnianą podłogę. — To się nazywa najście i włamanie!
Weasley zaśmiał się cicho.
— Z waszego punku widzenia najprawdopodobniej tak. Za przejście zapłacę wam cztery galeony…
— Nie mamy zamiaru nikogo aresztować — powiedział Harry, zwracając się bezpośrednio do pana Hornsbrooka. — Przyszliśmy zobaczyć się z Warrenem Waddlesworthem.
— Ciekawa informacja dla tych, którzy o tym nie wiedzą — kontynuował bezczelnie wujek. — To taki wysoki facet o długich rudych włosach… z koloru trochę podobnych do mojej córki. Jest też szczupły… też nieco jak moja córka. Ma też poniekąd kobiecą twarz… i w tym też przypomina moją córkę…
— Nie ma go tu! — splunął jeden z renegatów.
— Zamknij jadaczkę, Wallace! — zganił kolegę ten stojący z przodu. — Nie ma sensu go ukrywać. I tak przeszukają budynek wzdłuż i wszerz…
— Całkowita racja, sklątko tylnowybuchowa — powiedział wujek Ron. — Więc jeśli byś mógł, pokaż nam łaskawie odpowiedni kierunek…
Zanim zdążył skończyć złośliwe zdanie, po schodach z tyłu pokoju zeszła zastraszająca postać. Drugi Strażnik Tajemnicy Wybawczego Aliansu Różdżek szedł powoli, niespiesznie, z groźnym wyrazem twarzy.
— Możecie się z nim zobaczyć — zakomunikował Młot, na co w salonie zapanowała kompletna cisza. Po chwili wzrok mężczyzny skupił się na Albusie, który wytrzymał to spojrzenie, próbując nie okazać strachu. Zauważył, że coś jest nie tak z jego prawą ręką — wyglądała inaczej. Co więcej, podbródek i szyję zdobiła mu długa, wyraźna blizna — bez wątpienia pamiątka po krótkiej bitwie z Aresem.
— Cóż, nie przedłużajmy. Chodźmy od razu — powiedział Harry, robiąc krok naprzód. — Albusie, bądź tuż za mną…
Ślizgon ustawił się za tatą i gdy odwrócił głowę, zobaczył, że za nim stanął wujek Ron. Ten dziwaczny pochód rozpoczynał Młot, ale szedł zadziwiająco powoli — sprawiał wrażenie wyjątkowo ostrożnego.
— Pan Waddlesworth nie oczekiwał gości — stwierdził gwałtownie osiłek. — Wybaczcie mu, jeżeli będzie wyglądał na rozczochranego.
— To nie ma najmniejszego znaczenia — odpowiedział Harry, a Albus mógł przysiąc, że usłyszał w jego głosie zapał.
Dotarli do znajomego białego, prowadzącego do różnych pomieszczeń, korytarza. Chłopiec skulił się, gdy zobaczył drzwi na końcu — całe poobijane, prowadzące do komnaty, w której raz był: komnaty zaprojektowanej do przesłuchań i tortur. Nigdy nie zapomni tego ostatniego razu, kiedy widział w niej Fairharta…
Zatrzymali się przed drzwiami z lewej strony. Biuro Waddleswortha także wyglądało prawie identycznie jak podczas ostatnich odwiedzin Albusa. Jedyną różnicą był bardziej ujednolicony, bardziej biznesowy wystrój. Najważniejszym elementem w pomieszczeniu było stojące na samym środku solidne biurko, za którym siedział Warren Waddlesworth.
— Dziękuję, Zydrunasie — powiedział, praktycznie promieniejąc. Młot, zamiast wyjść, podszedł do rogu pokoju i oparł się plecami o ścianę, przez co postawą przypominał marmurowy posąg.
Waddlesworth rzeczywiście wyglądał na trochę zaniedbanego, ale wciąż otaczała go aura, do której Albus był przyzwyczajony. Tym razem miał na sobie jednolity biały garnitur, a czerwony krawat idealnie komponował się z kolorem włosów. Co dziwne, w nieco podejrzany sposób popijał kawę — i pomyśleć, że ostatnim razem nie mógł się powstrzymać od komentarzy na temat wyrafinowanego wina, które sączył przez całą rozmowę.
Mężczyzna odchrząknął, żeby przeczyścić gardło i uśmiechnął się do gości.
— Cóż za fantastyczna niespodzianka! — oznajmił dziko. — Co was do mnie sprowadza? — zapytał, po czym spojrzał na każdego czarodzieja z osobna.
— Chcieliśmy się tylko trochę rozejrzeć, Warrenie — odpowiedział Harry.
— Och? Nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać, że niewiele tu rzeczy do oglądania, choć na dole jest kilka wspaniałych dzieł sztuki…
— Szukamy konkretnego przedmiotu — przerwał mu Ron.
— Owszem. — Tata kiwnął aprobująco głową. — I nie chodzi o żaden obraz.
Waddlesworth spojrzał na gości z zakłopotaniem.
— A czy mogę zapytać, jak się tu dostaliście, zanim wznowimy tę rozmowę?
— Niestety — odpowiedział Harry, a Albus niemal instynktownie, przysunął się do niego bliżej.
— Słuchaj, zwyczajnie przejdźmy do konkretów — zaproponował głośniej wujek, wciąż trzymając w pogotowiu różdżkę. — Rozwalimy cały ten budynek, szukając go, a zapewne nie chcesz, żebyśmy zniszczyli twoje cenne dzieła sztuki…
— A czego w ogóle szukacie, o ile mogę spytać? — Waddlesworth zmarszczył brwi.
Albus był szczerze zaskoczony słyszalnym w głosie mężczyzny sarkazmem. Z własnych doświadczeń i artykułów prasowych wiedział, że Warren zawsze zachowuje spokój i jest opanowany, bez względu na okoliczności. Tym razem zaś poddał się złości z zadziwiającą łatwością.
— Zasłony — odpowiedział Harry, przez co ślizgon drgnął i rzucił mu uważniejsze spojrzenie. Twarz taty była surowa, jakby z kamienia — postawą wszem wobec pokazywał, że nie przyszedł tu, by grać w różnego rodzaju gierki.
Odkrycie tej karty stanowiło wielką niespodziankę. Zdziwienie na twarzy Waddleswortha rzeczywiście było autentyczne.
— Obawiam się, że nie wiem, o czym mówicie — stwierdził, po czym upił łyka kawy. — Nigdy nie słyszałem o takim arte…
— Po prostu powiedz nam, gdzie ona jest! — ryknął Ron, wystąpił naprzód i wycelował różdżkę wprost w twarz swojego rozmówcy.
Albus sapnął i w tym momencie Młot oderwał się od ściany oraz w ułamku sekundy znalazł się przy wujku — z wielką śmiałością chwycił go mocno za ramię. Ten spojrzał na niego, jakby wyrosła mu druga głowa i nigdy wcześniej nie widział czegoś tak nadzwyczajnego.
— Masz czas do końca tego zdania, żeby zabrać te tłuste, kiełbasiane paluchy…
— Ron — upomniał szwagra Harry, choć sam wycelował różdżką w Młota.
Albus nie cofnął się o krok, ale pozwolił, by jego dłoń powędrowała do kieszeni. Miał wrażenie, że wszystko wymknęło się spod kontroli.
— Zabierz tę rękę — kontynuował tata. — Wolałbym nie ciskać tu zaklęciami.
Młot spojrzał na Waddleswortha, który kiwnął głową. Za pozwoleniem szefa rzeczywiście wykonał polecenie.
— Nie znam waszych intencji — powiedział Warren ze słyszalną w głosie mieszaniną strachu i niepokoju. — Nie wiem, jak weszliście do budynku. Nie wiem, co to za „zasłona", której szukacie. I z całą pewnością nie wiem, na jakiej podstawie rościcie sobie prawo do napadania mnie i wysuwania żądań! Nie przedstawiliście żadnego nakazu czy czegokolwiek, co dawałoby wam prawo do przebywania tutaj! Uparcie twierdzicie, że przyszliście w poszukiwaniu jakiegoś artefaktu, więc proszę, droga wolna — a potem wyjdźcie!
Albus, Harry i Ron zamarli, zmrożeni w miejscu. W głowie chłopca kłębiła się jedna myśl: była to podejrzanie niewinna sugestia. Czy Waddlesworth rzeczywiście zezwoliłby im na przeszukanie kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek, gdyby Zasłona Skazańca naprawdę została tu ukryta? Ojciec wydawał się myśleć dokładnie tak samo, bo opuścił rękę i zacisnął wargi w cienką linię — sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego. Stali tak zszokowani obrotem sytuacji, dopóki Waddlesworth znów się nie odezwał.
— Jeżeli nie macie powodu, żeby się tu dłużej szwendać — oprócz oczywiście tego, że chcieliście zaszczycić mnie swoją obecnością — to muszę prosić, byście opuścili to miejsce. — Był stanowczy. — Panie Potter. Panie Weasley. Panie Potter. — Ukłonił się każdemu.
Coś uderzyło w Albusa. Co Waddlesworth właśnie powiedział…?
— Że jak mnie nazwałeś? — zapytał, zanim pomyślał i była to pierwsza kwestia, którą wypowiedział na głos od momentu wejścia do gabinetu. Tata i wujek spojrzeli na niego zdziwieni, ale to Waddlesworth sprawiał wrażenie najbardziej zdumionego.
— Słucham? Potraktowałem cię jak całkowicie dorosłego mężczyznę…
Ślizgon natychmiast wyciągnął różdżkę i wycelował w nią w zszokowanego czarodzieja. Wszyscy w pokoju sapnęli, a Młot chrząknął z dezorientacji.
— Co ty robisz, Albusie? — krzyknął ojciec, lecz został zignorowany — chłopiec wciąż trzymał pewnie różdżkę.
— Która figura jest najbardziej niebezpieczna na szachownicy? — warknął.
— Ja… Co takiego…?
— Odpowiedz!
— Albusie! — krzyknął ponownie tata, ale gdy zauważył zdeterminowany wyraz twarzy syna, również odwrócił się do Waddleswortha. — Odpowiedz na pytanie!
— Ja… Co takiego…? — wyjąkał zakłopotany mężczyzna, chwiejąc się, jakby miał zaraz spaść z zajmowanego krzesła. W całym gabinecie zapadła grobowa cisza i wszyscy, nawet Młot, czekali na odpowiedź. — Oczywiście, że królowa…
Albus usłyszał to, co chciał.
— Accio kubek! — Machnął różdżką i po chwili trzymał w dłoni ceramiczny wytwór. Waddlesworth próbował go złapać w locie, ale minął go o dosłownie cal. Chłopiec natychmiast obrócił kubek do góry dnem i wylał kawę na dywan. — Eliksir Wielosokowy! — zawyrokował, obserwując ciemny, musujący napój. — To fałszywy Warren!
Podstawiony Waddlesworth skurczył się na swoim miejscu, podczas gdy trzej nieproszeni goście szybko go otaczali. Strużka potu spłynęła mu po szyi, a Młot przyglądał się temu z widocznym zaniepokojeniem.
— Wysłuchajcie mnie! — Fałszywiec uniósł do góry wskazujący palec. — Mogę… mogę to… — Zanim skończył bąkać to zdanie, zwinnym ruchem przeskoczył biurko. Albus zatoczył się do tyłu, a tata został zmuszony do złapania go za ramię, żeby uratować przed upadkiem. „Waddlesworth" wyskoczył z gabinetu i machnął różdżką, celując przez ramię. — Colloportus! — wrzasnął, na co drzwi zatrzasnęły się magicznie, zostawiając czwórkę zamkniętych mężczyzn samych sobie.
W ciągu ułamku sekundy wujek Ron odwrócił się w miejscu i wycelował różdżką w Młota — błysnął strumień czerwonego światła i przeciwnik padł nieprzytomny na ziemię. Tata zaklęciem przeciął drzwi, które finalnie wypadły także z zawiasów. Całą trójką wyskoczyli na korytarz w samą porę, żeby zobaczyć znikające za rogiem rude włosy.
— Za nim! — krzyknął Harry, na co wszyscy rzucili się biegiem za uciekinierem. Właśnie wtedy Albus uświadomił sobie, że mięśnie wyrobione podczas treningów i meczów quidditcha nie mogą się równać z atletyczną sylwetkom dwóch pełnoprawnych aurorów — z ledwością za nimi nadążał.
Dotarli do schodów i zobaczyli, że renegaci z dołu postanowili ich spowolnić. Wszyscy, niczym jeden mąż, wymachiwali różdżkami, wzmacniając postawioną zawczasu barierę. Harry wydał z siebie potężny gniewny ryk i posłał w ich kierunku serię wielobarwnych uroków — czarodzieje się rozproszyli albo ich zaklęcia straciły moc i stały się bezużyteczne.
— Na zewnątrz się rozdzielimy! — zawołał do szwagra. — Wydostań się stąd, Albusie! Pędź do swoich przyjaciół! Poradzimy sobie…
— Chcę pomóc…
— Zabieraj się stąd i wróć do bezpiecznej części wioski!
Wybiegli przez drzwi zrujnowanego sklepu, a wujek odwrócił się i wystrzelił kilka klątw w kierunku wejścia. W ciągu kilku sekund obaj aurorzy zniknęli z pola widzenia Albusa, który nie zamierzał się grzecznie wycofać — nie był aż tak posłusznym dzieckiem. On był tym, który rozpoczął ten pościg i nie zamierzał zaprzepaścić teraz swojego udziału. Zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i zaczął się przedzierać przez brudne ulice, zmierzając w tym samym kierunku, co tata i wujek. Gdzie mógł uciec fałszywy Waddlesworth?
Najprawdopodobniej tam, gdzie duża liczba ludzi stanowić będzie trudną do pokonania przeszkodę. Nie ukryłby się w Hogpenn, co oznacza, że musi biec w stronę najbardziej zaludnionych rejonów typu Trzy Miotły.
Teraz gdy przypomniał sobie drogę tam i z powrotem, chłopiec prześlizgnął się przez kilka krętych zaułków i wrócił na bardziej zatłoczone uliczki. Zobaczył, że wujek Ron rozglądał się gorączkowo, co rusz zaczepiając przypadkową osobę i najpewniej wypytując ją o jakieś niecodzienne zdarzenie.
Albus z góry odrzucił tę taktykę. Zobaczywszy przewrócone kilka stóp dalej stoisko z przekąskami, zrozumiał, że dokonał tego bardzo spieszący się człowiek. Ruszył w tym kierunku, a następnie wskoczył w uliczkę, żeby pobiec na skróty.
Uśmiechnął się. Osoba podająca się za Waddleswortha uparcie brnęła przez alejkę, choć jej tempo było o wiele wolniejsze niż na początku — najwyraźniej oszust zdecydował się na w miarę miarowy marsz, by nie przyciągać większej uwagi i nie hałasować.
— Petrificus Totalus! — Albus wycelował różdżką i niespodziewająca się ofiara przewróciła się do przodu, sztywna niczym deska. Ślizgon zapiszczał z radości i zdjął z siebie pelerynę. — Tutaj! — krzyknął przez uliczkę. — Operacja zakończona sukcesem!
Tata i wujek w momencie stanęli obok niego, a ich twarze wyrażały zarówno radość, jak i zaskoczenie.
— Wspaniale, Albusie! — odezwał się Harry, brzmiąc, jakby naprawdę był pod ogromnym wrażeniem.
— Genialna robota, dzieciaku. — Ron puścił nastolatkowi oko. — Z całą pewnością płynie w tobie aurorska krew!
— Skąd w ogóle wiedziałeś, że ten Waddlesworth był fałszywy? — zapytał z ciekawością tata.
— Och, to długa historia. — Uśmiechnął się Albus, dumny z otrzymanych pochwał.
Wujek zbliżył się do obezwładnionego mężczyzny i posunął się o krok dalej — zaklęciem związał go cienkimi sznurami. Przy pomocy kolejnego ruchu różdżki zniwelował urok siostrzeńca, dzięki czemu obezwładniony odzyskał przytomność i zdolność mówienia; zrobił to natychmiast, gdy otworzył oczy i rozeznał się w sytuacji.
— Zostałem do tego zmuszony! — krzyknął gwałtownie, potrząsając głową niczym wariat. — Przysięgam, że tego nie chciałem! Wymykał się i potrzebował kogoś, kto będzie robił za przykrywkę! Zostałem wybrany…
— Uspokój się — powiedział powoli Harry, po czym przy pomocy zaklęcia uciszył oszusta. — Kiedy dotrzemy do Biura Aurorów, podamy ci veritaserum.
— Możecie go aresztować? — zapytał podekscytowany Albus.
— Och, tak. Istnieje przerażająca ilość regulacji prawnych dotyczących wykorzystania eliksirów. Amortencja, Felix Felicis, eliksir welosokowy — zwłaszcza te mikstury mają wiele ograniczeń użycia. Jeżeli nasz podejrzany użył tego eliksiru nielegalnie i bez zezwolenia Ministerstwa Magii, to myślę, że będziemy mieli wystarczająco zarzutów, żeby go przymknąć. Oczywiście, o ile nie będzie chciał z nami współpracować — dodał, patrząc wprost na „Waddleswortha", który gwałtownie pokiwał głową.
— No więc…? No to co te…?
— Teraz możesz swobodnie cieszyć się resztą dnia — stwierdził niby przyjemnie tata, choć w jego głosie słychać było stanowczą nutę; brzmiał, jakby za wszelką cenę nie chciał zmienić zdania.
— Dlaczego…?
— Od tego miejsca robi się już nudno, Al — przyznał wujek. — Naprawdę.
— Przekażę ci potem wszystko, czego się dowiemy. W pełni zasługujesz na takie traktowanie — obiecał ojciec. — Myślę, że najlepiej będzie, żebyś stąd zniknął, zanim zjawi się Puckerd.
Albus skinął głową, choć z frustracji tupnął w ziemię. Fałszywy Waddlesworth wciąż miotał się w niemym krzyku.
— Idź poszukać przyjaciół, synu. Raz jeszcze bardzo ci dziękuję. — Harry poklepał pokrzepiająco syna, a Ron puścił chłopcu oko.
Ślizgon postanowił ustąpić i oddalił się z miejsca pojmania. Skręciwszy za róg, pozwolił sobie na zwycięski okrzyk.
Dziś był naprawdę wielkim wsparciem i sporo pomógł. Niestety, nie dostali dokładnie tego, co chcieli, ale i tak poczynili wielkie postępy — zrobili coś ważnego. I pomyśleć, że to właśnie on — Albus! — był decydującym czynnikiem w całym przedsięwzięciu.
Stopy niosły go same i nawet nie wiedział, którą dróżką maszeruje. Na twarzy miał uśmiech, który nie mógłby być już szerszy i radośniejszy. Był z siebie bardzo zadowolony. Co kilka kroków przez głowę przemykało mu niezapomniane wspomnienie z tatą w roli głównej: rozwalającego drzwi i miotającego tak mocnymi zaklęciami, że wrogowie padali jak muchy…
Być może aurorska kariera wcale nie byłaby tak zła… Jako mistrz eliksirów nieszczególnie dobywałbym różdżki…
W świetnym humorze wszedł do Trzech Mioteł — wiedział, że gdy tylko zobaczy przyjaciół, wszystko im opowie. Co prawda, nie znaleźli Zasłony Skazańca, ani nie dowiedzieli się niczego więcej na temat tajemniczych listów oraz sprawa nie miała nic wspólnego ze Srebrnym Czarodziejem, którego temat wałkowali przez długie miesiące, ale i tak dzisiejsza operacja była małym — a dla Albusa i także prywatnym — triumfem, a to z kolei sprawiało, że należało w kółko ją powtarzać.
Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, nie zastał przyjaciół w Trzech Miotłach. Nigdzie nie widział wysokiej, niezgrabnej postaci Morrisona i mógł tylko zakładać, że wycieczka do Hogpenn z tatą zajęła więcej czasu, niż początkowo zakładał. Wtem coś przykuło jego uwagę. W rogu zatłoczonego pubu dostrzegł znajome twarze.
Rose sprawiała wrażenie wściekłej — policzki miała zarumienione, a splątane włosy wyglądały, jakby próbowała je wyrwać. Albus zastanawiał się, czy jak podejdzie bliżej, to czy nie zostanie poparzony buchającą z niej parą. Lance obejmował dziewczynę, co rusz potrząsał głową i nucił coś cicho, co najwyraźniej miało ją uspokoić. Hornsbrook i Eckley byli pogrążeni we własnej rozmowie, choć także wydawali się zaniepokojeni.
Ślizgon ostrożnie podszedł do stołu gryfonów.
— Hej. Czy wiecie może, gdzie…?
— Ty! — Rose wycelowała w niego drżący palec. Lance musiał użyć siły, żeby przytrzymać Weasley w miejscu. Eckley i Hornsbrook natychmiast ucichli.
— Że co ja? — zapytał, zdezorientowany. Cała radość i podniecenie związane z minioną akcją nagle zaczęły z niego uchodzić.
— Ty… ty… Nie mogę uwierzyć… — wyjąkała nieskładnie i podniosła się z siedzenia.
— Twoja dziewczyna i koledzy kilka minut temu wyruszyli do zamku — odezwał się niespodziewanie Eckley. — Też powinieneś się zbierać — dodał ostrzegawczo.
Albus rzucił szybkie spojrzenie na Lance'a, który w dość podejrzany i jednoznaczny sposób unikał jego wzroku. Odwrócił się na pięcie i wybiegł z Trzech Mioteł.
Scorpius. Sprawy zdecydowanie nie potoczyły się rytmem, na który liczył przyjaciel. Nie spodziewał się jednak, że duża, międzydomowa grupka się od siebie odłączy. Z jakiego powodu Rose była aż tak wkurzona? Czy Lance naprawdę…?
Albus przedzierał się przez uliczki, niemal zderzając się z mijającymi go przechodniami. Skoro przyjaciele dopiero co wyszli z pubu i rozpoczęli podróż powrotną do szkoły, wciąż miał szansę, żeby ich złapać, zanim rzeczywiście dojdą do Hogwartu.
Opuszczając Hogsmeade, biegł tak szybko, że poczuł kłujący ból w boku. Motywował go widok idącego daleko z przodu Scorpiusa, który sprawiał wrażenie opuszczonego i zdruzgotanego — szedł samotnie. Nie wiedząc, gdzie jest Morrison, Melonie i Mirra, Albus pospiesznie go dogonił, chwycił mocno za ramię i obrócił w miejscu.
— Scorp…
— Rose wie — wycharczał blondyn, ukazując światu załzawione oczy i zarumienione od smagania wiatru policzki.
— Rose…? Co wie…?
— Lance się wygadał! — wrzasnął, a serce Albusa się zatrzymało. — Spełnił swoją groźbę i wyznał jej, do czego się posunęliśmy w zeszłym roku!
— Że co? — zapytał z niedowierzaniem, po czym rozejrzał się dziko. — A gdzie pozostali…?
— Dawno z powrotem w szkole. Chcia... chciałem być sam — odpowiedział Scorpius z lekkim jąkaniem — nie wiadomo, czy to z powodu przejmującego zimna, czy odczuwania głębokiego smutku, którego Potterowi los dotychczas oszczędził. — Opowiedział jej… wszystko…
— Kiedy? — warknął, nagle rozwścieczony. Był zły zarówno na Lance'a, jak i na siebie.
Bezmyślnie zignorował groźbę puchona.
— Przed momentem — burknął blondyn. — Kiedy stałem tuż obok.
Albusowi opadła szczęka. Natychmiast zdał sobie sprawę z okropnego położenia, w którym znalazł się przyjaciel. Scorpius został zmuszony do siedzenia i obserwowania, jak dziewczyna, która mu się podoba, jest informowana o takiej zdradzie — prawdziwe okrucieństwo. Ze strony Lance'a było to iście diabelskie posunięcie; nikt go nawet nie podejrzewał o coś takiego.
— Co się stało potem? — Usta Albusa zadrżały.
— Spróbowałem to wyjaśnić. — Po policzku Malfoya spłynęła pojedyncza łza. — Spróbowałem… po… powiedzieć jej, że… Powiedzieć, dlaczego…
Brunet zesztywniał, w myślach dopowiadając sobie resztę. Bez cienia wątpienia przyjaciel spróbował wyznać Rose swoje uczucia, jednocześnie zauroczeniem próbując usprawiedliwić podjęte działania. Nie skończyło się to dobrze.
Scorpius okazał się niezdolny do dokończenia zdania i po prostu rzucił się na Albusa — przytulił się do niego z wielką desperacją, że było to aż niewyobrażalne; nigdy nie widział czegoś podobnego. Nie wiedząc, co powinien zrobić, odwzajemnił uścisk i słuchał co rusz urywanego szlochu. Wszystkie myśli dotyczące taty, wujka i Waddleswortha w jednym momencie wyleciały mu z głowy.
Pojedyncza, unosząca się tuż pod sufitem świeca, lekko oświetlała scenerię poniżej: brązowy, kwadratowy stół i dwa krzesła po obu stronach, na których siedziało dwóch mężczyzn — byli całkowitymi przeciwieństwami. Czarodziej po prawej stronie, z kępką brązowych włosów i pozbawioną emocji twarzą, odziany w czarny płaszcz, który idealnie komponował się z panującym wokół półmrokiem, wyglądał na niezmiernie znudzonego. Po drugiej stronie biurka zasiadał człowiek z długimi rudymi, w odcieniu zupy pomidorowej, włosami spływającymi falami na ramiona, z ostrymi rysami i blady. On także miał na sobie ciemny płaszcz, choć w przeciwieństwie do swojego rozmówcy, sprawiał wrażenie człowieka, który za wszelką cenę chciał ukryć nim swoją tożsamość.
— Jakie dziś przynosisz mi wieści, Fango? — zapytał przebiegle Warren Waddlesworth.
— Diabli Alians zinfiltrował Ministerstwo Magii. — Wilde od razu przeszedł do sedna sprawy; nie zamierzał owijać w bawełnę.
— Cóż za niespodzianka. — Ironia w głosie Waddleswortha była aż nadto wyczuwalna. Mężczyzna przewrócił oczami. — Jakim cudem udało im się dokonać, czego tak niewyobrażalnie trudnego?
— Myślę, że powinienem doprecyzować — stwierdził Fango. — Diabli Alians przeniknął do niższych departamentów. Nie są ani blisko Biura Aurorów, Biura Ministra Magii, ani niczego podobnego. Niemniej jednak Darvy wykorzystał kilka sztuczek jakże ukochanego brata, a mianowicie skoncentrował się na klątwie Imperius. Złamał zabezpieczenia Biura ds. Nieletnich Czarodziejów[1] i uzyskał dostęp do Namiaru.
— Rozumiem… — Waddlesworth podrapał się po podbródku. — To wyjaśnia, w jaki sposób dotarli do ślubu, o którym było głośno w gazetach — Darvy może śledzić dzieci.
— Tak właściwie to po głowie chodzi mu tylko jedno dziecko. Sam zapewne doszedłeś do poprawnych wniosków, ale chodzi mu o chłopca Pottera. Z dostępem do jego Namiaru, może zawsze przystąpić do ataku, kiedy dzieciak nie jest wystarczająco dobrze chroniony. Dla przykładu: wiedząc, że jest w Hogwarcie, naprawdę niewiele go powstrzymuje przed najazdem na szkołę.
— A dlaczego tak bardzo zależy mu na chłopcu? — zapytał Waddlesworth, mrużąc podejrzliwie oczy. — Wydawało mi się, że dąży do pozyskania tej całej „zasłony".
— Darvy pragnie i jednego i drugiego, ale z różnych powodów — odpowiedział szczerze Wilde.
— Wierzy, że Zasłona Skazańca pozwoli mu stworzyć i okiełznać o wiele silniejszą armię niż Smocza Różdżka. Jeśli chodzi o chłopca, to zwyczajnie chce, żeby zginął praktycznie dla samej zasady. Poza tym Darvy wydaje się łączyć ze sobą te dwa pragnienia. Dziecko Pottera sprawia wrażenie podatnego na kłopoty. Darvy bez cienia wątpliwości oczekuje, że chłopiec zaprowadzi go do Zasłony; jest leniwy, tak więc będzie próbował upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
— Śledzi chłopca w nadziei, że ten zaprowadzi do go Zasłony… Gdy to się stanie, wykona swój ruch?
— Tak — stwierdził prosto Fango.
— A zatem mogę śmiało zakładać, że jeżeli ten plan się powiedzie i dziecko dotrze do Zasłony, zostanę o tym powiadomiony odpowiednio wcześnie, tak?
— Tak.
— Bardzo dobrze… Chłopiec nie mógłby mnie już mniej obchodzić, ale lubię być o krok przed innymi. Zdobywając Zasłonę, zanim zrobi to Darvy, okradnę go z miesięcy ciężkiej pracy. Szkoda tylko, że nie mam najmniejszego pojęcia, gdzie jest ten artefakt.
— Jak wszyscy. — Wilde westchnął i pokręcił głową. — Wiemy naprawdę niewiele — tylko tyle, że w zeszłym roku Zasłona została przeniesiona z Departamentu Tajemnic. Dalej, odnośnie obecnej kryjówki, możemy tylko spekulować.
— Hm, a nawiasem mówiąc… — Waddlesworth zupełnie zignorował wypowiedź swojego rozmówcy. — Czy nagłe pojawienie się na scenie moich ludzi (z zaledwie kilkusekundowym opóźnieniem), nie wyda się Darvy'emu zbyt dziwne? Najprawdopodobniej zacznie węszyć spisek, prawda?
Wilde nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł głowę i spojrzał na lewitowaną świecę. Waddlesworth uśmiechnął się złośliwie, ale nie naciskał.
— Mamy jeszcze jedną sprawę do omówienia — Srebrnego Czarodzieja.
Wilde obrócił się dziko, próbując przejrzeć wszechobecny półmrok. Dłoń przycisnął do rozszalałego w momencie serca. Kiedy odwrócił się z powrotem do towarzysza, zauważył, że ten z ledwością tłumi śmiech.
— Aleś nerwowy, Fango. Nie byłem śledzony. — Warren uniósł prowokująco brew. — Niecodzienność… Wydajesz się niezwykle przerażony na samo wspomnienie zamaskowanego „bohatera".
— Słyszałem zbyt wiele historii na jego temat — odpowiedział Wilde. — Ja… To nie ma żadnego znaczenia.
— To nie on, Fango — stwierdził Waddlesworth, a potem z godnością zniósł lodowate spojrzenie.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Och, wiesz. Zapewniam cię, że możesz swobodnie odetchnąć. To nie on.
— Skąd ta pewność? — Głos Wilde'a drżał.
— Cóż, mam wiarygodną relację naocznego świadka morderstwa — wyjaśnił.
— Czy to nie przypadkiem ten sam świadek, który cię zdradził, a następnie uciekł? — ryknął Fango, uderzając pięścią w stół.
— Owszem, ale w chwili popełniania morderstwa wciąż była moją podwładną. Co więcej, zeznawała pod wpływem veritaserum. Przyznała, że zabiła cel, choć zrobiła to z dużą niechęcią. Oczywiście, wciąż jej szukamy i rzecz jasna, gdy ją złapiemy, poniesie konsekwencje zdrady. Jeżeli chcesz, przed śmiercią możemy ją torturować — w ten sposób uzyskasz wiarygodne informacje i pozbędziesz się wątpliwości.
Wilde nie potrafił znaleźć odpowiedniego kontrargumentu. Nadal wyglądał na zaniepokojonego.
— Byłem zaledwie… Srebrny Czarodziej, kimkolwiek by nie był, dowiódł, że jest niesamowicie dobry w śledzeniu ludzi… Z racji tego przypomina mi…
— W pełni rozumiem twoje zmartwienia, ale jeśli Sancticus Fairhart rzeczywiście przeżył i jest Srebrnym Czarodziejem, o wiele bardziej jest zainteresowany moją śmiercią niż twoją — swobodnie mogę cię o tym zapewnić — powiedział Waddlesworth.
— Szczerze w to wątpię — stwierdził Wilde, choć nie rozwinął tej myśli. — Tak czy inaczej, dlaczego omawiamy teraz ten temat? Twierdziłeś, że mamy problem, który należy rozwiązać.
— Mniej więcej. — Warren złożył dłonie w koszyczek. — Ofiary Srebrnego Czarodzieja sprawiają wrażenie przypadkowych, ale mam wrażenie, że co poniektórzy moi podwładni są następni w kolejce. Czy jest jakaś szansa na powrót do tego, czym pierwotnie się zajmowaliśmy? Przekonywania Darvy'ego, że powinien wysyłać ludzi na proste, służbowe zadania? Z pewnością posłużyłoby to za dobry rozpraszacz.
— Zobaczę, co da się zrobić. — Wilde skinął głową.
Waddlesworth odwzajemnił gest, a potem sięgnął do swojej szaty i wyciągnął z niej małą skórzaną sakiewkę. Zabrzęczała, gdy położył ją na stole i popchnął w stronę rozmówcy.
— Zapłata — zakomunikował żywo. Fango odepchnął od siebie woreczek.
— Możesz zachować złoto — powiedział ochryple.
Waddlesworthowi zrzedła mina. Zdezorientowany, wsunął luźny kosmyk włosów za ucho.
— Słucham? Nigdy wcześniej nie odrzucałeś pieniędzy.
Wilde sięgnął do własnych szat i wyciągnął na wierzch cztery identyczne skórzane torebki. Każdą, wypchaną po brzegi, przesunął w stronę Warrena.
— Nigdy nie pragnąłem złota. Poprosiłem o zapłatę za przekazywane informacje tylko dlatego, że za nic w świecie byś mi nie uwierzył, że chcę się spotkać za darmo. Rozmawiam z tobą, bo jestem przeciwny Darvy'emu i uważam, że Wybawczy Alians Różdżek ma większe szanse na zatrzymanie Diablego Aliansu niż ministerialne wymówki Fischer. Wizja świata Darvy'ego jest zupełnie inna od tej Reginalda Aresa i nie zamierzam brać udziału w jej urzeczywistnianiu.
Waddlesworth wybuchnął śmiechem. W półmroku zabrzmiał wyrachowanie.
— Czy rozumiesz, że cię zabiję, Fango? Że nic, nawet kilka dobrych uczynków, nie może temu zapobiec? Jesteś przestępcą. Kryminalistą. Kiedy tylko przestaniesz być przydatny…
— Nie groź mi — przerwał rozmówcy Wilde. — I pamiętaj, że to ty bawisz się w przebieranki i chowanego, żeby się ze mną spotykać. Gdyby twoi cenni wyznawcy dowiedzieli się, gdzie się szwendasz, Wybawczy Alians Różdżek momentalnie by się rozpadł. Straciłbyś ostatnią odrobinę wiarygodności. — Uśmiechnął się chłodno. — Niemniej jednak rozumiem moje przeznaczenie.
— Aby na pewno? — zapytał ostro Waddlesworth.
— Darvy mną gardzi i — podobnie jak ty — trzyma w pobliżu, ponieważ jestem efektownym pracownikiem i ponieważ wiele wiem o Ministerstwie Magii — wciąż nie wyczerpałem przydatnych informacji. Zginę, jeżeli Diabli Alians wygra tę wojnę. Gdy powstrzymasz Darvy'ego, wydasz odpowiedni rozkaz i także zginę. I w jednym, i w drugim przypadku będę martwy. Wszystko, co na ten moment mi pozostaje, to działać zgodnie z moim sumieniem.
— Cieszę się, że akceptujesz przyszłość. — Uśmiechnął się krzywo Warren.
Na twarz Wilde'a wrócił cyniczny wyraz. Po chwili milczenia znów sięgnął do kieszeni szat i wyjął fiolkę mętnego płynu.
— Więcej wielosokowego — wyjaśnił. — Kontynuuj swoją zabawę. — Popchnął eliksir ku drugiemu mężczyźnie, a ten od razu ją pochwycił i schował.
— Wspaniale. Ile jeszcze masz?
— Wystarczająco. — Wilde wzruszył niedbale ramionami. — Dwa lata temu Darvy uwarzył, na polecenie Aresa oczywiście, kilka kociołków. Służyły mi, kiedy byłem jeszcze pod nadzorem Ministerstwa. Czy miałeś jeszcze jakieś większe nieprzyjemności od czasu zdemaskowania się w okolicach Gringotta?
— Na całe szczęście nie — odpowiedział Waddlesworth; był bardzo zadowolony z siebie. — Obawiam się, że nie zostało za dużo czasu, zanim mój brak aktywności zostanie zauważony. Muszę przekazać tę fiolkę komuś, kto dobrze mnie zagra. Z tego, co słyszałem, moje dotychczasowe wcielenia były zwyczajnie okropne.
— Rozumiem. — Wilde wstał. — Myślę, że spotkanie można uznać za zakończone. Ostrzegę cię, kiedy Darvy rozpocznie operację przechwycenia Zasłony.
— Bardzo dobrze. — Warren wrócił do onieśmielającej wersji siebie. Przez chwilę patrzył, jak szpieg poprawia krzesło, a potem odchodzi w ciemność. Zanim zdążył całkowicie zniknąć z pola widzenia, zabrał głos. — Och, Fango?
Czarodziej odwrócił się i uniósł pytająco brew. Waddlesworth odchrząknął. Kiedy wznowił swą myśl, pełen był czystej złośliwości.
— Czuję, że powinienem cię przeprosić.
— A czemuż to?
— Oczywiście, za śmierć Sancticusa.
Wilde zmrużył oczy, oszołomiony tym wyznaniem.
— Dlaczego miałbyś za to przepraszać?
Warren rzucił mu zadowolone spojrzenie.
— Cokolwiek byś nie pomyślał, niegdyś byłem naprawdę blisko z Sancticusem, Fango. Zdrada, której się dopuścił i późniejsza śmierć były szczególnie niefortunne. Podczas wspólnych rozmów, czuł się wystarczająco swobodnie w moim towarzystwie, że wyjawić mi kilka tajemnic.
— I? — Wilde obnażył zęby.
Waddlesworth rzucił rozmówcy nienawistne spojrzenie, całkowicie sprzeczne z wesołym wyrazem twarzy.
— Twoja śmierć będzie miała osobisty wydźwięk, Fango. Przykro mi, że zabiłem Sancticusa, ponieważ jestem pewien, że twoim największym żalem jest to, że nie skończyłeś swojej pracy i nie zdążyłeś zniszczyć mu drugiej połowy twarzy, zanim odszedł na dobre! — zagrzmiał zjadliwie.
Z oblicza Wilde'a odpłynęły nagle wszystkie kolory — stał się blady niczym ściana.
— Jest wiele rzeczy, których żałuję w związku z moją przeszłością z Sancticusem Fairhartem — przyznał. — Wiedz, że się mylisz i to nie jest jedna z nich. — W ekspresowym tempie wskoczył w ciemność, nie dając Waddlesworthowi szansy na dalsze utyskiwać człowiekowi, którego mógł uważać za najbliższego przyjaciela.
[1] Biuro ds. Nieletnich Czarodziejów (z ang.: The Underage Magic Office) — zmyślony przez autora tekstu magiczny departament. W oryginalnej sadze sprawą Namiaru zajmuje się Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów, mieszczący się w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zaklęcie Namiaru znika automatycznie w chwili, gdy niepełnoletni kończy 17 lat
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz