Przez następne dni Scorpius był nieobecny duchem. Albus miał świadomość tego, że wszystkie negatywne emocje, które targały blondwłosym nastolatkiem, ukierunkowane były tylko i wyłącznie na Puckerda, ale to w żaden sposób nie poprawiało mu humoru. Fakty były takie, że mistrz eliksirów próbował „dobrać się do jego przyjaciół" i — mimo że tylko w pewnym stopniu — osiągnął sukces.
— Nie złoszczę się na ciebie — wyznał Albusowi ściszonym tonem Scorpius, podczas śniadania. — Nie zrobiłeś nic złego.
— Wiem, ale to z mojego powodu cię przesłuchiwano — odpowiedział równie cicho. — I to ja wpadłem na pomysł manipulacji rozmową. — Spuścił wzrok. — I nie pozwoliłem Morrisonowi przerwać tej farsy.
— Weźcie przestańcie! — Morrison zarechotał nerwowo. — Żaden z was nie zrobił nic złego! To wszystko wina Puckerda…
Pomimo emocjonalnych zapewnień, nie można było zaprzeczyć temu, iż samopoczucie Scorpiusa znacząco się pogorszyło — stał się melancholijny i niczym niezainteresowany, w nic niezaangażowany. Choć z początku zmiany te były dość subtelne, bardzo szybko stały się widoczne, zwłaszcza gdy chłopiec przestał się bawić w posłańca skłóconych dziewcząt.
— Dobrze sobie radziłeś, stary — powiedział mu pewnego dnia Albus podczas mugoloznawstwa.
— Nie rezygnuj z tego…
Scorpius ledwo zauważalnie wzruszył ramionami.
Najsmutniejsze w tej całej sytuacji było to, że Potter dokładnie wiedział, dlaczego blondyn został aż tak zraniony, i co gorsze, nie potrafił dobrze dobrać słów, by go pocieszyć, nie brzmiąc przy tym oskarżycielsko. Pierwszego dnia, gdy się zaprzyjaźnili, Scorpius skomentował degradację swojego nazwiska, a także przyznał, że jest pod presją matki, by przywrócić swojej rodzinie dobre imię. Niezależnie od motywów oferty Puckerda, Albus rozumiał, że była ona kusząca. Nie mógł też poruszyć jakoś tego tematu bez przytoczenia toku myślowego Malfoya — był w stu procentach pewien, że ten już nieraz poważnie rozważał zdradę.
Albus zdecydował się więc na przemilczenie prawdy.
Jak październik minął i rozpoczął się listopad, Morrison postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
— Randki — zakomunikował pewnego dnia, specjalnie poczekawszy do późniejszej godziny, kiedy to młodsi uczniowie poszli spać i w pokoju wspólnym zostali ci starsi, nieprzysłuchujący się uważnie tej rozmowie. — Po ślubie jest wesele, a to oznacza tańce. I, nie chcąc odstawać szczególnie od reszty, będziemy musieli tańczyć.
— Nie będzie tam żadnych dziewczyn? — zapytał Albus.
— Oczywiście, że będą. — Uśmiechnął się Morrison. — Ale i tak najlepiej będzie, jeżeli będziemy ze swoimi partnerkami. Mirra też została zaproszona, więc możesz być spokojny, stary.
Chłopiec wyrzucił w powietrze zaciśniętą pięść, zadowolony, że posiadanie dziewczyny przyniesie mu więcej korzyści, niż wcześniej śmiał przypuszczać. Cieszył się, że nie będzie musiał niezręcznie bawić się z jedną z kuzynek przyjaciela.
— Moją randką będzie Melonie. — Morrison wzruszył niedbale ramionami.
— Och, więc jednak się spotykacie?
— Stary, to najlepsze pytanie, jakie mogłeś teraz zadać! Nie. — Vincent wskazał na Albusa palcem. — Końcówka wesela będzie najważniejsza. Wszystko zaplanowałem. Kiedy wy kombinowaliście i zajmowaliście się posyłkami i bezsensownym rozgrzebywaniem nieużytecznych listów, ja ciężko pracowałem…
— Idziesz z Melonie, a Albus z Mirrą. — Głos Scorpiusa był chrapliwy, gdyż nie odzywał się za często. — Co ze mną?
— Ty, mój drogi panie prefekcie, pójdziesz z Rose. — Morrison uniósł wyzywająco brew.
Albus zamrugał, zdezorientowany, a Scorpius zrobił niedowierzającą minę.
— A co z Lance'em?
— A co ma z nim być? — Vincent machnął lekceważąco dłonią. — Nie zaprosiłem go. Nie chcę, by siedział tam przy stole i oślepiał wszystkich uśmiechem. Rose nie ma partnera, a ty nie masz partnerki, więc pójdziecie razem. O nic się nie martw, pogadam z nią.
Albus nie mógł w żaden sposób wesprzeć zapewnień przyjaciela — nie wiedział, ile Morrison ma władzy nad Rose, dziewczyną, z którą prawie że nie rozmawiał. Mimo że wolałby drastyczniejszą poprawę, to perspektywa weselnej randki, zgodnie z założeniem, rozweseliła Scorpiusa. Po tym, co przeszedł w ostatnich tygodniach, musi wznieść się na wyżyny.
Pierwszy mecz quidditcha zaplanowany był na trzynastego listopada, co skutkowało tym, że Albus zarządził codzienny, wielogodzinny trening — konsekwencją takiego zaangażowania powinna być maksymalnie niewielka strata punktów. Nieprzyjemna i niesprzyjająca pogoda pogarszała i tak już fatalne praktyki, a młodsi gracze wykazywali się ograniczoną mobilnością i co rusz narzekali na wszechobecny chłód.
— Jeśli będzie za zimno, to odwołają mecz, prawda? — Garth Moone dwukrotnie pociągnął nosem. Wśród grupy drugorocznych rozległo się popierające go szemranie.
— Cóż, pewnie nie pozwoliliby nam grać w śniegu…
— No, też tak myślę. W każdym sporcie jest minimalna dopuszczalna temperatura…
— Nie! — krzyknął sfrustrowany Albus, na co wciąż przygnębiony Scorpius rzucił mu mały uśmiech. — Czy ktokolwiek z was oglądał wcześniej mecz quidditcha? Pogoda nie ma żadnego znaczenia! Jeżeli publika potrafi się zjawić, gracze również! Wracać do treningu!
Jakkolwiek by się nie pogorszyły umiejętności drużyny, Albus wiedział, że kluczowym czynnikiem będzie jego brat. Nie mógł siąść sobie swobodnie na trybunach Gryffindoru, tak jak Lily, ale przekazano mu pewne wskazówki co do tego, co może przynieść przyszłość.
— Hej — zaczepił siostrę, łapiąc ją na korytarzu w drodze na Zaklęcia. — Jak się ma James? Czy jego zespół uodpornił się na zimno? Ktoś zachorował?
Gryfonka potrząsnęła gwałtownie głową.
— Nie słyszałam ani jednej skargi. Szczerze mówiąc, bardziej przypomina trenera niż kapitana. W tym roku naprawdę daje z siebie wszystko, a drużyny nie mógł wybrać straszniejszej.
Albus nie poinformował swojego zespołu o zasłyszanych rewelacjach — nie chciał ich zniechęcić, zdemotywować lub pogorszyć im humoru i tym samym odjąć wiary w siebie i nadchodzące zwycięstwo. Dobrze, że zbliżający się mecz będzie stanowić coś więcej niż zwyczajną rozrywkę. Chociaż zeszłoroczny finał quidditcha został odwołany z powodu tragicznych okoliczności, nikt nie wydawał się postrzegać takiego stanu rzeczy jako trwałego. Fakt, iż dawno nie odbyło się żadne starcie, tylko wzmacniało powszechny zapał, a to z kolei znaczyło, że Albus dostał szansę od losu, by odkupić zdradę Slytherinu.
Ostatecznie temat quidditcha został zepchnięty na drugi tor. Podczas halloweenowej uczty ogłoszono, że pierwsza wyprawa do Hogsmeade odbędzie się szóstego, a więc praktycznie tydzień przed meczem gryfonów ze ślizgonami. Nowina wprowadziła zamieszanie wśród uczniów — większość najprawdopodobniej zbyt dobrze pamięta Masakrę; bycie świadkiem wszechobecnych zniszczeń i ludzkich śmierci zostawiało w pamięci trwały ślad.
— Zachowajcie, proszę, spokój! — McGonagall zacisnęła usta w wąską linię, wymachując rękoma niczym nietoperz skrzydłami. — Ministerstwo Magii prosiło, abym poinformowała was, że bezpieczeństwo w Hogsmeade oraz na okolicznym terenie zostało znacząco zwiększone. Otrzymamy pomoc od najbardziej cenionych przedstawicieli Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz kilku specjalizujących się w rozpoznawaniu ukrytych czarnomagicznych aktywności aurorów. — Omiotła Salę spojrzeniem, po czym (o ile było to możliwe) jeszcze bardziej zacisnęła wargi. — Wybawczy Alians Różdżek także będzie zabezpieczać wioskę. Wasze bezpieczeństwo jest sprawą priorytetowej wagi.
Albus zauważył, że Puckerd przewrócił lekceważąco oczy i po raz pierwszy i najprawdopodobniej ostatni, w pełni się z nim zgodził. Ze szwendającymi się po Hogsmeade członkami WAR wcale nie czuł się lepiej chroniony, a wręcz przeciwnie — miał dziwaczne wrażenie, że bitwa może rozgorzeć na długo przed tym, zanim zostanie przypuszczony prawdziwy (zewnętrzny) atak na wioskę.
— Jak ci się wydaje, dlaczego wyjeżdżają teraz z tą wycieczką? — Pochylił się dyskretnie ku Scorpiusowi.
— Pieniądze. — Chłopiec zmarszczył brwi. — Jeżeli uczniowie nie będą robić tam zakupów, w odbudowie nie byłoby najmniejszego sensu. Dzień szkolnych wycieczek jest najbardziej dochodowym dniem w roku; interesy się kręcą.
Perspektywa Hogsmeade dała Albusowi możliwość spędzenia z Mirrą jeszcze więcej czasu. Wiedział, że wciąż nie dogaduje się z Rose, a to oznaczało, że dopóki nagle nie zechce spędzić dnia z Eckleyem, zamiast ze swoim chłopakiem i jego przyjaciółmi, ma wolną rękę.
— No, razem pójdziemy — powiedział mu Scorpius po powrocie ze spotkania prefektów. Omówił temat z Mirrą.
— Zaproszę Melonie! — Morrison odkleił się od ściany i popędził przed siebie.
Choć quidditch i Hogsmeade były najprzyjemniejszymi tematami do rozmów, nie były najważniejszymi. W gazetach nie pojawiła się żadna wzmianka o Srebrnym Czarodzieju, a mimo to tożsamość i aktywność tajemniczej persony wciąż była omawiana na przerwach między lekcjami i na posiłkach w Wielkiej Sali. Nieraz się zdarzyło, że ktoś twierdził, że posiada pewne utajnione informacje lub jest o krok przed Ministerstwem. W końcu i to podniecenie opadło. Wszyscy zrozumieli, że musiałby się stać cud, żeby rzeczywiście ktoś wiedział coś więcej niż prasa. Był jeszcze jeden temat, nad którym uczniowie się rozwodzili — spotkania z Puckerdem.
Albus liczył, że Scorpius będzie jedyną ofiarą przesłuchania mistrza eliksirów, ale był w błędzie. Odrzucenie przez przyjaciela propozycji Puckerda okazało się początkiem drastycznych zmian, które z pewnością zostaną zapamiętane. Potter był zdenerwowany; nikt równie znajomy co Scorpius nie został losowo wybrany, ale profesor zaprosił do siebie kilku innych ślizgonów.
— Co powiedział? — zapytał Bartleby'ego, gdy ten późnym wieczorem wszedł do pokoju wspólnego; wrócił bezpośrednio z pogawędki.
— Niewiele. — Bing wzruszył ramionami. — Wypytywał mnie o cele życiowe, czy mam jakieś rodzeństwo, takie tam…
— A pytał się o mnie? — kontynuował tak ostrym tonem, że Scorpius i Morrison wbili w niego znaczący wzrok.
Kolega rzucił mu zakłopotane spojrzenie.
— Dlaczego miałby się tobą interesować?
Nie odpowiedział, więc Bartleby ruszył w swoją stronę. Albus westchnął ciężko, zirytowany, po czym zatopił się w fotelu.
— To trzecie przesłuchanie w tym tygodniu — stwierdził Scorpius. — Puckerd nawet o tobie nie wspomina.
— Prócz Bartleby'ego przepytał też Barry'ego Bryanta i Denise. — Albus szarpnął głową w kierunku ślizgonki, która uczyła się niedaleko nich.
— Gadał z tą puchonką, Anastasią, czy jak jej tam było. Raz pomagała Albusowi znaleźć książkę w bibliotece; to było chyba na naszym trzecim roku… — Morrison zmarszczył brwi.
— Cóż, zapowiada się na to, że wie o mnie i o moim tacie wystarczająco dużo. Po prostu… No, sam nie wiem. Czuję, że następna wybrana przez Puckerda osoba uderzy we mnie mocno — mruknął markotnie.
Nienawidził mieć racji. W dzień wycieczki do Hogsmeade głośny ślizgoński gwizd oznajmił mu, że do stołu Slytherinu zbliża się gryfon. Mirra błysnęła wszystkim swoją odznaką, osiągając tym względny spokój, po czym wznowiła swój marsz.
— Hej. — Ku niezmiernej irytacji obserwujących ich współdmowników, pocałował ją w policzek.
Starsi wbili w niego stalowe spojrzenie i obnażyli groźnie zęby.
— Hej, słuchaj…
— Podekscytowana?
— Tak właściwie, to muszę ci coś powiedzieć…
— Zapewne będziemy chcieli zacząć od wypicia czegoś ciepłego, więc może pójdziemy najpierw do Trzech Mioteł?
— Nie mogę z wami iść — wyrzuciła z siebie szybko Mirra.
— Co? — zapytał, załamany. — A to dla…? — urwał, zauważając, że dziewczyna trzyma w dłoni otwartą kopertę. — Niemożliwe!
— Właśnie dostałam list — powiedziała. — Spotkanie jest o drugiej, więc nie zdążę wyjść i wrócić na czas. Źle dobrany czas, niestety.
Albus wyrwał jej kopertę.
— Nic z tego! — Nie dbał o papier; rozwijając pergamin, strasznie go pogniótł. — Puckerd wybrał sobie cudowną wręcz godzinę! Zrobił to specjalnie! Olej go i po prostu chodź z nami…
— Nie mogę. — Pokręciła głową, wyglądając na zdruzgotaną. Dłonią wskazała na podniszczony kawałek papieru. — Profesor napisał, że chciałby ze mną przedyskutować obowiązki prefekta. Nie mogę go tak olać…
Albusowi opadła szczęka. Z rozdziawionymi ustami, bezwładny, dał się przytulić Mirze i zapewnić, że zostanie mu to wynagrodzone. Gdy dziewczyna tylko zniknęła z pola widzenia, odwrócił się gwałtownie ku stołowi nauczycielskiemu i rzucił Puckerdowi spojrzenie, którego nie powstydziłby się nawet bazyliszek.
Mistrz eliksirów uśmiechnął się szeroko i pomachał mu wesoło.
— Co za frajerskie zagranie. — Morrison potrząsnął głową.
Albus zacisnął usta i usiadł z powrotem na swoim miejscu, po czym uśmiercił kiełbaskę, którą miał na talerzu; prawie eksplodowała.
— Skąd w ogóle wiedział, że się spotykamy? — rzucił w przestrzeń, nie ukierunkowując tego pytania do kogoś konkretnego.
— Zapewne wydedukował ten wniosek na podstawie waszych całusków, trzymania się za ręce i chichotania w klasie. — Scorpius uniósł wzrok znad podręcznika do zielarstwa.
Albus wbił zniechęcony wzrok w swój talerz i niepocieszony, wyszedł potem ze szkoły. Było równie zimno, co na treningach, ale wiatr wzmógł się do tego stopnia, że ciężko stawiało się kroki; co chwilę byli cofani o kilka cali. Morrison i Melonie szli tak blisko siebie, że pogoda nie miała większego wpływu na przebieg ich rozmowy. W międzyczasie Albus i Scorpius omawiali okropne umiejętności ślizgońskiej drużyny.
— W porządku, gdzie najpierw? — spytał blondyn, kiedy minęli bramy Hogsmeade. Potter nie odezwał się ani słowem, zbyt zajęty przyglądaniem się odnowionej wiosce.
Wyglądała niesamowicie. Bez względu na to, jakie negatywne uczucia żywił do Waddleswortha, nie można było mu odmówić tego, iż ożywienie miasteczka poprzez dodanie do niego elementów w kolorze złota, zdecydowanie było dobrym pomysłem. Uliczki były zatłoczone bardziej, niż zapamiętał, a odrestaurowane sklepy, kolorowe i wystawniejsze, sprawiały wspaniałe wrażenie. Stoiska ustawiono wzdłuż dróg, gdzie łatwiej było zaczepić potencjalnego klienta i sprzedać mu towar lub potrawę.
W pewnym momencie Albus dostrzegł nawet małego chłopca, który odchodził właśnie od jednego ze sklepów i chwalił się przyjacielowi najnowszym nabytkiem — czarną koszulką z błyszczącym z tyłu nadrukiem WYBAWCZY ALIANS RÓŻDŻEK i z charakterystycznym dla tej organizacji insygnium z przodu.
Przeszył go dreszcz, w rzeczywistości niewiele mający wspólnego z nieprzyjazną pogodą i spróbował rozeznać się w uliczkach, dumając, czy uda mu się odnaleźć wzrokiem miejsce, w którym został zamordowany Reginald Ares. Nie było to możliwe.
Koniec końców ślizgoni skierowali się ku Trzem Miotłom. Po drodze przyglądali się wystawom sklepowym i gdybali czy wyposażenie bardzo się zmieniło. Z daleka widzieli Lily i Hugona w grupie trzeciorocznych gryfonów, dobrze się bawiących i oblizujących usta na widok przeróżnych słodyczy. Prócz znajomych budynków, mijali także nowe — między innymi Relikty Przeszłości, sklep pełen staroświeckich zegarów, umiejących co godzinę powtarzać zaklęcie ustawione przez właściciela, a także pięknie wykonanych stołów, ozdobionych jakby egipskimi hieroglifami. W oddali mignął im również spacerujący po dziwacznej galerii sztuki James ze swoją dziewczyną; musząc jej towarzyszyć, wyglądał na znudzonego do granic możliwości. Było jasne jak słońce, że wolałby być zupełnie gdzieś indziej.
Nawet bardziej niż nowe sklepy i mnóstwo ludzi, Albusa przytłoczyło upodobnienie się Hogsmeade do Ulicy Pokątnej. Prawie na każdym rogu o ścianę na baczność stało dwóch odzianych na czarno ludzi — członków Wybawczego Aliansu Różdżek; co kilka chwil omiatali okolicę wzrokiem, wyglądając, jakby szukali kłopotów. W przeciwieństwie do nich oficjalnie odziani pracownicy Ministerstwa Magii spotykani byli sporadycznie — sprawiali wrażenie nonszalanckich. Każdego z nich cechowało bezmyślne spojrzenie, dzięki czemu wyglądali, jakby spali z otwartymi oczami; byli niezbyt czujni.
Ślizgoni dotarli do Trzech Mioteł o wiele wolniej niż normalnie, ponieważ zaczepki sklepikarzy i zachwycanie się nowymi towarami znacznie przedłużyło tę podróż. Przytulne ciepło pubu sprawiło, że na twarzy Albusa zagościł szeroki uśmiech. Przy odbudowie wioski i ta miejscówka nie została pominięta — wypełniały ją nowe stoły i krzesła; wystrój był cudowny. Lada nie zmieniła swojego położenia; była dokładnie tam, gdzie wcześniej. Chłopiec podszedł do niej praktycznie od razu i zamówił po kremowym dla wszystkich przyjaciół.
Kiedy dotarł do okupowanego przez nich stolika, napotkał taki sam widok, jak podczas spaceru. Morrison i Melonie siedzieli nieprzyzwoicie blisko siebie, a Scorpius zwiesił smutno głowę, podpierając się na rękach. Wyraz jego twarzy był równie mdły co pracowników Ministerstwa.
Podczas kolejnych pięciu minut chichotania parki, Albus ze wszystkich swoich sił próbował nie zmałpować ekspresji blondyna. Miał świadomość tego, że owa markotność nie była winą Morrisona, a Puckerda, ale i tak wypad do pubu nie sprawił mu przewidywanej przyjemności.
Po chwili coś go tknęło i zaciekawiony zerknął w kierunku, w który gapił się także Scorpius. Tam, w przytulnym kąciku, siedziała Rose z Lance'em — oboje byli ku sobie pochyleni i pogrążeni w rozchichotanej rozmowie.
Albus szturchnął przyjaciela łokciem.
— Dlaczego się w ogóle na nich patrzysz?
— Bo jestem głupi — powiedział Scorpius, nie odrywając wzroku od obiektu swoich westchnień.
Potter wymownie westchnął i upił duży łyk piwa, zupełnie jakby rozchodzące się po ciele ciepło i dziwne, bąbelkowe uczucie w żołądku były w tym momencie najważniejsze. Mimowolnie myślami powędrował do Mirry. Zastanawiał się, jak sobie radziła i co musiała znosić. Czy Puckerd zadaje jej zwyczajne, średnio ze sobą związane pytania, czy też może postanowił pójść w tym samym kierunku, co w rozmowie ze Scorpiusem? Miał cichą nadzieję, że mistrz eliksirów nie wywlecze na wierzch tematu procesu jej rodziców…
Wtem usłyszał gwałtowne odsuwanie się krzesła i jak wrócił do rzeczywistości, zdał sobie sprawę z tego, że Lance wstał i zaczął iść w ich kierunku. Nie uśmiechał się.
Albus rozejrzał się dziko. Zauważył, że się na nich gapią?
— Cześć, stary — przywitał się z nim niedbale Morrison, absolutnie nieświadomy burzy, która właśnie przebiegła przez głowę przyjaciela.
— Hej. — Uśmiechnęła się uprzejmie Melonie.
— Cześć, miło mi poznać — odpowiedział Lance; sprawiał wrażenie, jakby bardzo się spieszył. — Mogę z tobą porozmawiać? — Rzucił Albusowi znaczące spojrzenie i szarpnął głową w stronę rogu pubu.
Chłopiec spojrzał w drugim kierunku i zobaczył, że Rose bez większego zainteresowania obraca w dłoni swój kufel. Ona także się nie uśmiechała.
— Hm, jasne.
Lance poprowadził go z dłońmi schowanymi w kieszeniach. Gdy stanęli naprzeciwko siebie, Albus zauważył, że siódmoroczny jest takiego samego wzrostu jak James — w sensie, że zastraszająco wysoki — a sympatyczna twarz wcale nie umniejszała grozy, którą swoją postawą rozsiewał.
— Musimy coś obgadać — oznajmił poważnym tonem Disona.
— No, co tam? — Także schował dłonie. Szybko wyjął je z powrotem, gdy uświadomił sobie, że był to dość niegrzeczny gest i wcale nie wyglądał tak fajnie, jak jego rozmówca.
— Zakładam, że wiesz, co się dzieje między Rose a Mirrą — powiedział Lance, nikogo tym nie zaskakując. Tak właściwie to ślizgon spodziewał się takiego przebiegu konwersacji. — Nie zamierzam cię okłamywać. Od czasu początku tej sprzeczki Rose nie jest najprzyjemniejszą osóbką na świecie.
Albus ugryzł się w język, prawie że wylatując z tekstem, że nastolatek przynajmniej teraz na własnej skórze przekonał się, jak czuje się cała czarodziejska społeczność. Zamiast skomentowania tego oświadczenia, po prostu skinął głową.
— A co gorsza... — kontynuował Lance. — Cokolwiek by nie powiedziała, jest naprawdę tym zdenerwowana. Stąd też… potrzebuję twojej pomocy.
— Tak? — Uniósł brwi, zdezorientowany — jak nieprzyjemny nastrój Rose był z nim związany?
— Musisz przekonać Mirrę, by przeprosiła.
Albus prawie że wybuchnął śmiechem.
— Słuchaj, stary. Mnie też się nie podoba to, że Mirra jest zła, ale Rose musi spotkać się z nią w przynajmniej połowie drogi…
— Nie może tego zrobić — przerwał mu puchon. — Dobrze wiesz, jaka jest uparta.
— Nie jestem reprezentantem interesu Mirry. — Zmarszczył brwi. — Nie mogę „negocjować" z moją dziewczyną w tym temacie i sprawić, by była mniej dumna.
— Nie masz innego wyboru! Musisz to zrobić! Nie pozwolę, by mój ostatni rok w szkole został zniszczony przez takie coś…
Albus rzucił mu najpaskudniejsze spojrzenie, na jakie tylko było go stać — wcześniej nawet mu przez myśl nie przeszło, że sprawy zabrną aż tak daleko. Oczywiście, rozumiał punkt widzenia chłopaka. Nie przepadał także za Mirrą skaczącą sobie do gardła z Rose, ale Lance sprawił, że ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie zabrzmiało poniekąd jak groźba…
— Cóż, nie jestem w stanie ci pomóc — powiedział twardo. — Jeżeli chcesz, możesz porozmawiać o tym z Mirrą, ale naprawdę nie zamierzam tracić czasu, próbując ją przekonać…
— Och, zrobisz to. — Twarz Lance pociemniała, a spojrzenie stwardniało. — Tak się składa, że zagadnąłem trochę Rose na temat jej poprzednich chłopców i wygląda na to, że twój najlepszy kumpel — tu szarpnął głową w kierunku wciąż ponurego Scorpiusa — odstawił niezłe przedstawienie, żeby upewnić się, że nie zejdę się z twoją kuzynką. Nie chcę jej jeszcze dodatkowo tym denerwować, ale…
— Łapię! — splunął zdenerwowany Albus.
Lance, najbardziej nieprawdopodobny ze wszystkich do używania brudnych sztuczek, postawił mu właśnie ultimatum. Nigdy go takiego nie widział — jeśli miał być szczery, to zawsze mu się wydawał zbyt miły i przyjaźnie nastawiony, by być chłopakiem Rose. Zastraszenie znacząco wpłynęło na tę opinię. Gdy zamrugał, zobaczył, że stoi przed nim wyższa, mniej atrakcyjna, męska wersja kuzynki.
— Więc zapewne wiesz, co masz zrobić — Twarz Lance'a złagodniała, jakby spłynęła na niego ulga, że udało mu się osiągnąć zamierzony cel; jakby nie spodziewał się, że wszystko poszło tak dobrze.
Albus nie zamierzał dawać mu pełnej satysfakcji.
— Owszem, wiem, na co liczysz — odpowiedział gorzko. — Ale to nie znaczy, że zatańczę w rytm muzyki, którą mi zagrasz.
Puchon pochylił się do przodu.
— Słuchaj, stary. Znam się z twoim bratem od dawna. Nie mam nic przeciwko tobie ani twojemu przyjacielowi, okej? Musisz wyświadczyć mi małą przysługę…
— Bo jak nie to zniszczysz przyjaźń Rose ze Scorpiusem — dokończył za niego poważnie Albus.
Lance zmarszczył lekko brwi, po czym wzruszył ramionami. Przez moment wyglądał nawet, jakby chciał w ten sposób przeprosić za swoje zachowanie. Kolejnych kilka sekund spędzili na mierzeniu się wzrokiem, a potem Disona odwrócił się na pięcie i, wracając do pełnej życia, energicznej wersji siebie, bez dalszego słowa wrócił do stolika.
Albus obserwował ten odwrót. Nie ruszył się nawet o minimetr — zacisnął tylko dłonie w pięści, z trudem hamując rosnący gniew. Przy tym wszystkim, z czym musi się teraz mierzyć — z nieprzyjemnościami między Fischer i Puckerdem, a swoim ojcem; z sytuacją polityczną czarodziejskiego świata; z wszechobecną groźbą ataku — jeszcze Lance dołożył trzy knuty, odkrywając swoją prawdziwą naturę.
Przełknął ciężko ślinę i wrócił do stolika.
— O co mu chodziło? — Scorpius nie tracił czasu.
— Opowiem wam później — odpowiedział Albus. — Wychodzę.
— Co? Dlaczego? — Cała trójka wbiła w niego zaskoczony wzrok.
— Nie czuję się dobrze. — Rzucił Rose i Lance'owi paskudne spojrzenie. — Wrócę do zamku i odrobię pracę domową — skłamał po to, by w następnej sekundzie wypaść na ulicę.
Szedł, nie zważając na chłód, własne bezpieczeństwo i odpowiadanie na zaczepki mijanych sprzedawców. Główkował, ale nie tylko nad prośbą Lance'a, a nad całą tą sytuacją. Miał wystarczająco rzeczy do roboty, a teraz doszła mu jeszcze konieczność wybierania pomiędzy przyjaciółmi. Z jednej strony Scorpius był jednym z jego najlojalniejszych i najbliższych kompanów, i ostatnią rzeczą, której Albus chciał, było odrzucenie go przez Rose. Z drugiej strony nie chciał zmuszać swojej dziewczyny do zrobienia czegoś, co było kompletnie nie na miejscu i czegoś, czego nie chciała robić; zwłaszcza jeżeli krzywda została wyrządzona w ramach szarady.
Westchnął i spuścił głowę. Z każdym kolejnym krokiem odkrywał kolejny ciężki dylemat. Przepychając się przez tłum ludzi, nie mógł nie zauważyć jednak nadzwyczajnego zgromadzenia wokół jednego ze sklepów. Zmarszczył brwi, gdy uświadomił sobie, że z daleka stoisko nie wyróżniało się wśród innych; serwowało gorące kakao. Mimo to większość ludzi z ciekawością mu się przyglądało. Zboczył więc z obranej przez siebie dróżki, by lepiej rozeznać się w sytuacji.
Parsknął śmiechem. Obiektem, na który zwracali uwagę przechodnie, był list gończy — w strukturze identyczny, jak ten Aresa i Darvy'ego sprzed dwóch lat. Nie widniało na nim żadne konkretne zdjęcie — był tylko napis:
OPIS: Srebrny Czarodziej jest niezwykle niebezpieczny. Z zeznań świadków: odziany w srebrne szaty i maskę; średniego wzrostu. W przypadku spotkania: natychmiastowy kontakt z Departamentem Przestrzegania Prawa Czarodziejów — tam: prośba o kontakt z Biurem Aurorów. Uwaga: spotkanie skutkuje zagrożeniem życia!
POSZUKIWANY ZA: niszczycielską działalność, morderstwo
NAGRODA: 1000 galeonów
Albus nie zawracał sobie głowy zaczytywaniem się w szczegółach; czujne oko wychwyciło już zdecydowanie za dużo błędów w tym ogłoszeniu. Nazywanie Srebrnego Czarodzieja mordercą było karygodne. Wyciągając wnioski z artykułów prasowych, które przeczytał, doszedł do wniosku, że nic takiego nie miało miejsca. Co więcej: dlaczego tak właściwie nagroda za tego człowieka była większa, niż dwa lata temu za Darvy'ego i Aresa? Ministerstwo (a przynajmniej ta połowa, którą rządziła Fischer) sprawiała wrażenie bezsilnej i niezdolnej do podjęcia odpowiednich kroków.
Myśl ta bardzo go ucieszyła i poprawiła humor. Zadowolony, wznowił swój marsz. Czuł się co najmniej komfortowo ze świadomością, że cokolwiek by teraz nie przeżywał, Puckerd i jemu podobni także mieli pod górkę.
Po powrocie do zamku, gdzie dowiedział się, że przesłuchanie Mirry nie przyniosło jej żadnych nieprzyjemności, odetchnął z nieskrywaną ulgą.
— Pogadał ze mną o obowiązkach, harmonogramie patrolowania i tak dalej, serio. Nawet nieszczególnie się o ciebie wypytywał.
— Ale w ogóle pytał, prawda? — Uniósł wzrok i omiótł bibliotekę spojrzeniem.
— Tak właściwie to tylko odkąd się znamy. Powiedziałam mu, że od początku pierwszego roku.
Albus zmarszczył brwi, próbują poskładać zgromadzone informacje w spójną całość. Był pewien, że Puckerd nie dowiedział się niczego interesującego. W takim wypadku czy celem wezwania do siebie Mirry było zepsucie im wycieczki do Hogsmeade…?
— I to wszystko? Naprawdę? Obiecujesz?
— Nie, Albusie. — Zmrużyła oczy. — Trochę się też poobściskiwaliśmy na biurku.
Chłopiec uśmiechnął się krzywo, słysząc tak sarkastyczną odpowiedź. Nie skomentował jej inaczej. Mirra założyła za ucho kosmyk włosów, po czym zmieniła temat.
— A jak tam było w Hogsmeade?
— Dobrze — odparł szybko. — W porządku.
Nie wyjawił jej tego, o czym rozmawiał z Lance'em; częściowo dlatego, że wiedział, że zastraszenie tylko by ją zbulwersowało, a częściowo dlatego, że podjudziłoby o jeszcze bardziej spór z Rose. Nie mógł jednak ukryć prawdy przed Scorpiusem, i — zgodnie z oczekiwaniami — przyjaciel nie przyjął tego zbyt dobrze.
— Zrób to. Musisz. Skonfunduj ją, jak będzie trzeba.
Albus westchnął, wpatrzony w tańczący w kominku płomień.
— Dobrze wiesz, że nie mogę. Mirra i tak by się na to nie nabrała.
— To wyjaśnij jej powagę sytuacji. — Scorpius obejrzał się przez ramię, czy nikt ich przypadkiem nie podsłuchiwał. W pokoju wspólnym Slytherinu lepiej jest dmuchać na zimne. — Powiedz jej, że to kwestia życia i śmierci.
— Ale kiedy to…
— Nadal nie mogę uwierzyć, że Lance posunął się do czegoś takiego. — Morrison pokręcił głową. — Zawsze wydawał się naprawdę świetnym facetem.
— Wiedziałem, że gościu jest zły — wywarczał Scorpius przez zaciśnięte zęby. — Lance jest złem w najczystszej postaci. Mówiłem wam to nieraz i obaj mnie ignorowaliście…
— Wiem, że posunął się do manipulacji, ale to nie czyni z niego czarnego charakteru. Podszedł do tej sprawy dość egoistycznie. — Albus spuścił głowę. — Tak czy inaczej, nie wiem, co powinienem zrobić…
— Powiedziałem ci, jak to załatwić! — zaprzeczył się blondyn. — Przekonaj Mirrę do…
— Teraz ty jesteś samolubny, stary — przerwał mu Morrison, zakańczając tę rozmowę.
Gwałtowne nalegania Scorpiusa, by przekonał Mirrę do przeproszenia Rose, siedziały mu w głowie przez kilka następnych dni; tak bardzo, że przeszkadzały mu w nauce. Pomimo wszelkich dotychczasowych problemów i napotkanych na drodze przeszkód, mógł powiedzieć, że był zadowolony ze swoich szkolnych postępów. Nic jednak nie trwało wiecznie.
Na transmutacji zajmowali się teraz wyczarowywaniem rzeczy z powietrza, co było naprawdę niezwykle trudne, ale musiał przyznać, że z niecierpliwością czekał, aż rozpoczną ten temat — nie miało znaczenia, że udało mu się to odrobinę później niż reszcie klasy. Z zajęć na zajęcia nauczyciele zielarstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami pokazywali im coraz to nowsze gatunki, a Hagrid dodatkowo nawet pozwolił dotykać testrali, kiedy wyjaśniał ich specyfikę. Nawet Puckerd — którego Albus mordował wzrokiem przy każdej możliwej lekcyjnej okazji — w końcu wziął się do pracy. Od dłuższego czasu zadawał uczniom do warzenia coraz to trudniejsze mikstury, z którymi nawet ci utalentowani mieli małe problemy.
Całe szczęście, że nastolatek nie pozwolił, by szkolne zajęcia stanęły na drodze temu, co jest najważniejsze: duchowi rywalizacji. I w ten właśnie sposób, przygotowany jak nigdy wcześniej, wstał trzynastego listopada. Do szatni zszedł wcześnie, przebrał się i z niecierpliwością tupał stopą, czekając, aż zejdzie do niego reszta drużyny.
— Co, nikt jeszcze nie przyszedł? — zapytał Scorpius i właśnie w tym momencie do przebieralni wszedł Barnabus Curder — ciemne włosy wyglądały, jakby przylepiły mu się do czoła, kiedy tarł zaspane oczy; był ewidentnie niewyspany.
— Słuchajcie, skoczę zjeść szybkie śniadanko i…
— Nie — zaprotestował Albus. — Nic z tego. Przebierasz się i jak będziemy gotowi, zaczynamy się przygotowywać. Jeśli chciałeś coś zjeść, powinieneś był wstać wcześniej.
Członkowie drużyny po kolei wchodzili do szatni, wszyscy rozczochrani i na wpół śpiąco.
— Dlaczego musieliśmy wstać tak wcześnie?
— Czy to naprawdę konieczne…?
— Tak, bo jestem waszym kapitanem — oznajmił stanowczo, przyglądając się, jak niechlujnie rzucają swoimi ubraniami po kątach. Dopiero gdy wszyscy się wyprostowali, zauważył, że niektórzy wyglądali na bardzo zdenerwowanych. Tiffani Garrett, drugoroczna ścigająca, trzęsła się niczym w febrze.
Zmarszczył brwi.
— Wiem, że wielu z was jest stremowanych, bo mnie też zżerały nerwy podczas pierwszego meczu, ale nie możecie pozwolić, by ten stres siedział wam cały czas w głowach. Jeżeli będziecie sobie wmawiać, że zawiedziecie, nie możecie liczyć na miłą niespodziankę, że odniesiecie sukces. Musicie wyjść na boisko i zrobić wszystko, co w waszych siłach, by wygrać.
Scorpius szarpnął głową w kierunku Albusa, zwracając na siebie uwagę drużyny.
— Słuchajcie go uważnie — powiedział, kiwając palcem w sposób, jakby upominał niegrzeczne psy. — Wygrał Puchar, czyż nie?
Szatnię opuścili ponad godzinę później; Albus z nadzieją, że jego gracze w pełni się obudzili. Przywitały ich zwyczajowe dźwięki pogardy i buczenie, a i widok nie był najprzyjemniejszy — trzy czwarte trybun wyraźnie wspierała Gryffindor. Klaskanie z trybun Slytherinu było ledwo słyszalne, ale Potter już się do tego przyzwyczaił. Jedno zerknięcie w bok uświadomiło mu, że dla drużyny był to poniekąd szok.
— Zignorujcie to! — krzyknął do nich. — Czasem jest więcej frajdy w byciu złym chłopcem; sprawia, że zwycięstwo okazuje się słodsze. Oczywiście, mamy też swoich fanów. — Spojrzał w kierunku szmaragdowej części trybun.
Niektórzy ślizgoni skinęli im głowami, ale zdecydowana większość po prostu na nich patrzyła, nie okazując zbyt wiele.
Dziki ryk tłumu zasygnalizował, że James także wszedł na boisko i rzeczywiście, Albus wkrótce go dojrzał. Brat szedł pewnym krokiem, z dumnie uniesioną głową, a po drodze (mniej więcej pośrodku) zatrzymał się i nisko ukłonił gryfońskiej części trybun.
Kiedy hałas ucichł, po polu rozszedł się głos komentatora — nie był to ten, co w zeszłym roku.
Mimowolnie ślizgon zastanowił się, w jakich kolorach jest jego krawat.
— I starszy Potter wprowadził swoją drużynę! W tym roku sieją istną grozę! Można zaryzykować stwierdzenie, że James Potter pragnie Pucharu Quidditcha na swoim koncie — to jego główny cel przed zakończeniem nauki! — Zrobił efektowną pauzę. — Kapitanowie podadzą sobie teraz rękę!
Chłopcy podeszli do siebie, a gdy byli dostatecznie blisko, Albus zobaczył, że Charles Eckley, pałkarz Gryffindoru, gniewnie pochyla się do przodu, jakby chciał zrobić użytek ze swojej pałki. Obok niego, z podobnym wyrazem twarzy, stał Fred Weasley.
Chociaż Albus nie pokładał zbyt dużej wiary w swoją drużynę, nie mógł nic na to poradzić, że zareagował tak radośnie na zwykły uścisk dłoni. W zeszłym roku nie było żadnego finału a Slytherin pokonał Gryffindor w ostatnim starciu. Ponieważ był to ostatni rok Jamesa w Hogwarcie, istniała możliwość, że to ich ostatnia wspólna gra. By odegrać się za poprzedni raz, obie drużyny muszą dostać się do finału — tak nadrobią zaległości.
Odczuwali coraz to większą presję.
Rozległ się gwizdek i Albus od razu oderwał stopy od ziemi. Krążąc wysoko w powietrzu, zobaczył, że Scorpius przyspiesza w kierunku obręczy. Na twarzy przyjaciela pojawił się wyraz, który uwielbiał nazywać trybem niemożliwym, czyli stanem umysłu, który cechował blondyna, gdy przychodziło do przekraczania własnych granic i czynienia cudów. Uśmiechnął się i przeszukał boisko wzrokiem, próbując wypatrzeć złotego znicza. Nie było czasu na obserwację gry.
— Gryffindor od razu przystępuje do ataku. Thomas, nowy ścigający, przejął kafla i sprawnie uniknął tłuczka posłanego mu przez nowicjusza Slytherinu, Luonga…
To oświadczenie podpowiedziało Albusowi, że komentator najprawdopodobniej był gryfonem. Przez kibicujący przeciwnikowi tłum przeszedł donośny jęk rozczarowania, przez co dowiedział się, jak zakończyła się ta akcja.
— Malfoy wybronił! — Komentator wydawał się zdenerwowany. — A było tak blisko…
Scorpius konsekwentnie przez kolejnych dziesięć minut niszczył pewność siebie wrogich ścigających; do każdego strzału leciał, jakby od tego zależało jego życie. Porównywalnie do płynących z tego korzyści, poszukiwania Albusa nie szły najlepiej — zdawał sobie sprawę z tego, że trochę zbyt bardzo jest skoncentrowany na spoglądaniu, jak radzi sobie ślizgońska drużyna.
— Curder upuszcza kafla! Nie jestem do końca pewien, dlaczego to zrobił, bo w okolicy nie było innego gracza, ani nie zagrażał mu tłuczek…
Uświadamiając sobie, że wszystko sprowadzi się do niego i Jamesa, Albus posunął się krok do przodu i zaczął śledzić poczynania brata. Była to typowa strategia szukającego — irytująca i rozpraszająca przeciwnika. Był na dobrej drodze…
ŁUP!
— Dzięki uprzejmości Freda Weasleya Potter oberwał tłuczkiem prosto w plecy!
— Wybacz! — krzyknął kuzyn, przemykając obok niego.
Albus szybko odzyskał panowanie nad miotłą i wziął głęboki oddech. Potem, tak dobrze, jak tylko mógł, obmacał sobie dłonią plecy. Nic sobie nie połamał — to najważniejsze.
— I strzelono pierwszego gola! Tabbers genialną zmyłką przechytrzył Malfoya, który zostawił lewą obręcz wolną!
Potter spojrzał na przyjaciela, który — zły na siebie — ewidentnie przeklinał pod nosem. Chciał mu powiedzieć, żeby się otrząsnął i grał dalej, ale wiedział, o czym myśli teraz Scorpius: o ich kiepskiej ofensywie. Zacisnął usta — na meczu jak nigdy zaważy znicz.
Nie poddał się i nadal śledził Jamesa, teraz bardziej świadom swojego otoczenia. Pogoda trochę się zmieniła — od początku starcia temperatura znacząco spadła, przez co zaczął się obawiać, jak to wpłynie na nowicjuszy. Z tego, co wiedział, żaden z nich nie lubi zimna.
— Wygląda na to, że Bryant przypadkowo uderzył się własną pałką!
Albus westchnął, dumając na tym, jak to w ogóle możliwe, ale wtem usłyszał charakterystyczne brzęczenie. Rozejrzał się gorączkowo.
— Gryfoński obrońca wpadła w ślizgońskie sidła. Curder i Moone łączą siły — dziesięć do dziesięciu!
Potter zamrugał kilka razy, próbując wrócić do rzeczywistości. Kiedy zdał sobie sprawę, że ponownie stracili przewagę, wrócił do swoich poszukiwań…
Znicz unosił się w tuż przy lewej obręczy przeciwników, ukryty za plecami obrońcy. Albus wystrzelił w jego stronę, sprawnie unikając tłuczka wysłanego przez Eckleya.
— Wygląda na to, że ślizgoni jako pierwsi dostrzegli złotego znicza! Potter leci ku obręczom!
Kontynuował manewry pomiędzy zawodnikami, nie zwracając uwagi na wszechobecny hałas.
Slytherin mógł wygrać ten mecz, nawet z tak kiepską drużyną. Mieli szansę…
Uderzył w przeszkodę w postaci jednego z graczy. Jamesowi jakimś cudem udało się przeciąć mu drogę i zaatakować go — postawił na utrudnienie prób dostania się do znicza niż rzeczywistym złapaniu złotej piłeczki.
— Widzę, że twoim haczykiem na mnie jest szybkość. — Uśmiechnął się brat. — Okej, nie ma sprawy. Co oczywiście nie oznacza, że pozwolę ci przelecieć.
Albus zmrużył oczy i spróbował wykiwać Jaimiego, chcąc wykorzystać lukę pod jego ramieniem. Niestety, bardziej umięśniony i silniejszy fizycznie gryfon, ruszył za nim w dół, rozkładając szeroko ręce, jakby chcąc stworzyć z nich barierę nie do przedarcia się. Taka postawa momentalnie przypomniała młodszemu chłopcu sytuację, kiedy to brat chwalił się swoim ciałem i nie pozwalał mu skorzystać z prysznica.
— Wygląda na to, że James Potter znalazł sposób, by w pojedynkę z powodzeniem zatrzymać Albusa Pottera; ze wspaniałym skutkiem! Znicz zniknął z pola widzenia…
Ślizgon wydał z siebie gniewny warkot i odwrócił się, żeby polecieć w innym kierunku. Będzie musiał przemyśleć plan śledzenia Jaimiego. Na ten moment byli zbyt blisko siebie, a nie mógł ryzykować, że znów napotka przeszkodę.
Doszło i do tego. Dziesięć minut później brat dwukrotnie go zatrzymał, za każdym razem odcinając mu drogę i nie przejmując się pościgiem.
— Czy w ogóle zamierzasz złapać tego znicza? — krzyknął przez wiatr Albus. Uchylił się nieznacznie przed nalatującym tłuczkiem, który przypadkowo mógł zostać uderzony nawet przez jednego ze ślizgońskich pałkarzy. — A może zamierzasz tak nade mną sterczeć, dopóki się nie zestarzejemy i któryś z nas nie kipnie?
— Och, nie. Spokojnie, złapię znicza. — James uniósł wyzywająco brew. — Kiedy będziesz po drugiej stronie boiska. I już ci powiedziałem, że nie będę się z tobą ścigał…
Po upływie kolejnych dziesięciu minut wynik wciąż wynosił dziesięć do dziesięciu, a Albus był osaczony. Jak tylko wypatrywał znicza, brat blokował go z szerokim uśmiechem na twarzy.
Przyspieszył. James zdecydował się na taką taktykę, bo wiedział, że szukający Slytherinu będzie próbował uniknąć kolizji. Tym razem nie Albus się poddał. Nabrał prędkości i nie przejmując się wiatrem szumiącym w uszach, ruszył prosto na gryfona — Jaimie na pewno nie będzie na tyle uparty, by nie ruszyć się z miejsca i zaryzykować bolesne potrącenie.
Niestety, był w błędzie. Zderzyli się, a siła uderzenia odrzuciła ich w dwóch różnych kierunkach. Wirowali i zapanowali nad miotłami dopiero po dłuższym momencie. Albus ledwo utrzymał się na swojej, a gdy poczuł się już pewniej, spojrzał na brata, który — a przynajmniej tak to wyglądało chyba był ranny. Wtem usłyszał dźwięk gwizdka.
— Faul! — Pan Wood, ku ogromnemu szokowi młodszego chłopca, machnął ręką w jego kierunku. — Rozmyślny kontakt miotły z ciałem szukającego poza okolicą miejsca złotego znicza! Rzut karny dla Gryffindoru!
Bracia podlecieli do sędziego. James wyglądał całkiem dobrze, poza tym, że był zwyczajnie rozczochrany.
— Rzut karny? — splunął Albus. — Cały czas stoi mi na drodze! — Szarpnął głową w kierunku brata.
— James Potter nie nawiązał świadomego kontaktu. — Głos pana Wooda brzmiał wyjątkowo oficjalnie.
— Bo zatrzymywałem się za każdym razem!
— Pilnowałem tylko swojego interesu, unosząc się w powietrzu i ciesząc się tym cudownym powiewem wiatru i tak dalej, kiedy ten mały diabeł niespodziewanie we mnie wleciał. — James wypatrzył w tym swoją okazję. — I proponuję dwa rzuty karne, za kłócenie się z sędzią…
— Jeden karny dla Gryffindoru — powtórzył nieugięcie pan Wood.
Ścigający Thomas strzelił celnie — nie wiadomo czy to z powodu rozdrażnienia, czy wyczerpania, Scorpius nie był w stanie go powstrzymać.
Dwadzieścia do dziesięciu. Slytherin przegrywał.
Albus, w przypływie desperacji, chciał prosić o czas, jak tylko gra została wznowiona, ale obawiał się, że jeżeli to zrobi, nigdy nie odrobią straty. Dosłownie chwilę potem Tiffani prawie zderzyła się z Barnabusem, przez co pomyślał, że ta dwójka goni tłuczki, zamiast w nie uderzać. Zamierzając zakończyć tę grę tak szybko, jak to tylko możliwe, wzniósł się w górę i postanowił ponownie okrążyć boisko.
Wiedział, że właśnie na to liczył James — chciał trzymać wrogiego szukającego z daleka od znicza — ale zupełnie nielogiczne było kontynuowanie tej braterskiej przepychanki. Zwłaszcza gdy w grę wchodziły od teraz również rzuty karne. Zamiast tego manewrował, wzrokiem omiatając każdy możliwy skrawek nieba. Jaimie robił dokładnie to samo. Nie chciał, by sytuacja się powtórzyła.
Znicz unosił się na samym środku. Brat nie był wystarczająco blisko, więc nie musiał się martwić powzięciem środków zapobiegawczych.
Zwiększając szybkość, poleciał spiralą w dół. Dźwięki wydawane przez kibiców na trybunach zlały się w jeden głośny ryk, zagłuszający komentatora. Sprawnie uniknął tłuczka, który upodobał sobie jego głowę (po drodze Barry Bryant krzyknął mu „przepraszam!") i skierował się w bok, żeby przemknąć pomiędzy dwoma ścigającymi Gryffindoru. Szum wiatru podpowiedział mu, że James siedzi mu na ogonie, ale nie miało to większego znaczenia — był szybszy. Wyciągnął więc rękę…
Charakterystyczny, trudny do pomylenia brzęczący odgłos wypełnił mu uszy. Co dziwne, nagle wszystko — z wyjątkiem wiatru — ucichło. Albus momentalnie poczuł się chory. Czy aby nie złapał już znicza?
Ciało przeszył mu ból i zacisnął powieki, widząc błysk złotego światła, nijak się mającego do szat Gryffindoru.
Nie znowu, pomyślał. Nie w tym momencie. Dlaczego akurat teraz?
— SLYTHERIN WYGRYWA! Potter okazuje się zbawcą swojej drużyny. Nurkował tak szybko, że brat nie mógł za nim nadążyć. Sto sześćdziesiąt do dwudziestu! Po tym jakże wspaniałym pokazie umiejętności gryfońskiego obrońcy trzeba będzie pogodzić się ze złamanym sercem…
Albus wylądował, szybko mrugając. Znajome uczucie zniknęło, wszystko wróciło do normy. Przeoczył najważniejszy moment meczu. Z pewnym zaskoczeniem otworzył dłoń i zerknął na złotego znicza, nie mając szansy na więcej — zaraz otoczył go zespół. Scorpius poklepał go po plecach, a Barnabus Curder i Barry Bryant rzucili się, żeby go podnieść, ale nie byli wystarczająco silni…
I znowu. Kłujący ból i zezłocenie wizji.
— Al! — Głos zainteresowanego był dziwnie zniekształcony. — Coś nie tak?
Instynktownie poczuł, że zaczyna go otaczać więcej i więcej ludzi — ślizgoni z trybun wbiegli na boisko. Żałował, że tak się stało, bo zaczynał się czuć klaustrofobicznie. Nogi miał jak z waty i upadł na kolana, żeby po chwili odzyskać siłę i wstać. Co rusz ktoś go klepał, gratulował wygranej i próbował zwrócić na siebie jego uwagę, ale ledwo co cokolwiek słyszał…
— W porządku, stary? — zapytał ponownie Scorpius. Zamrugał powoli, nagle czując się lepiej.
— Taa, jest… jest dobrze.
Wtem wybuchnęła prawdziwe pandemonium. Ktoś darł się na trybunach. Albus spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył, że nauczyciele także wbiegli na pole; wyglądali na zdenerwowanych, a co poniektórzy — przestraszonych. Spieszyła ku nim nawet sama Minerwa McGonagall. W międzyczasie Neville machał rękami do gryfonów.
— Wracać do pokoi wspólnych! — krzyczał. — Wszyscy! Natychmiast!
Uczniowie zamruczeli, niezadowoleni.
— Co się dzieje? — spytała Denise Toils, współdomowniczka Albusa.
— Wracać do dormitorium! Natychmiast! NATYCHMIAST! — odpowiedziała dyrektorka; jej nozdrza rozszerzyły się gwałtownie.
— Co? Dlaczego? — skontrował odważny siódmoroczny.
— Zaatakowano okolicę niedaleko Hogwartu!
Z godziny na godzinę wypływało coraz to więcej informacji, a trwało to cały dzień. Zanim pozwolono uczniom opuścić pokoje wspólne celem zjedzenia obiadokolacji, wszystko stało się jasne. Członkowie Diablego Aliansu — wraz z przerażającymi stworami, które Ministerstwo nazwało siluetami praktycznie zmietli z powierzchni ziemi miasteczko Tottsville, zamieszkiwane zarówno przez czarodziejów, jak i mugoli. Albus nie wierzył w rozdmuchane historie, jakoby te szkieletowe potwory wjechały do wioski na czarnych niczym smoła koniach, których rozmiar był wręcz niewyobrażalny, och nie, ale i tak przeszedł go nieprzyjemny dreszcz, a na skórze wyskoczyła mu gęsia skórka. Tak wiele osób zostało rannych bądź zabitych, podczas gdy on grał w quidditcha…
— Nikogo nie złapali? — zapytała jakaś trzecioroczna blondynka, której nie znał.
— Zwyczajnie zrobili swoje i odeszli — odpowiedział jej Sidney, znany mu tylko z imienia siódmoroczny. — Słyszałem, że aurorzy badają teraz teren. Sprowadzili ludzi wymazujących mugolom pamięć i innych, np. specjalizujących się w płomieniach. To, co się wydarzyło, jest po prostu straszne…
Albus siedział ze wzrokiem wbitym w talerz i nie mógł się zmusić, by skubnąć cokolwiek. Kilka godzin temu, jeszcze przed meczem, był w tak wspaniałym nastroju. Tknięty impulsem spojrzał na Puckerda, który wyglądał równie nieszczęśliwie, co on. Był to drugi raz, kiedy poczuł, że coś ich łączy obaj przejmowali się tragedią i nie tknęli jedzenia. Być może tata rzeczywiście miał rację, że ci źli z Ministerstwa tak naprawdę też są sprzymierzeńcami. Z drugiej strony Puckerd złośliwie zniszczył mu wycieczkę do Hogsmeade, losowo wybierając na przesłuchanie akurat Mirrę…
Posiłek zakończyła pani dyrektor McGonagall, wygłaszając krótkie przemówienie na temat bezpieczeństwa w zamku i wszelkich zabezpieczeń. Zapewniła uczniów, że odesłanie ich do pokojów wspólnych było jedynie środkiem ostrożności, a Hogwart jest dobrze chronioną fortecą. Nie rozwodziła się nad atakiem Diablego Aliansu, ale kazała unieść w górę puchary na wspomnienie o ofiarach — potem odesłała ich do łóżek.
Albus nie był śpiący. Miał wiele zmartwień, w tym to jedno szczególne, z którym nie miał problemów od kilku miesięcy. Większość ślizgonów zgromadziła się w pokoju wspólnym, celem omówienia najważniejszych wydarzeń — blask zwycięstwa w quidditcha został przyćmiony tragedią Tottsville; to dało Potterowi sposobność do opadnięcia na łóżko i samotne przemyślenia, które tak naprawdę wcale nie trwały długo, gdyż przyjaciele weszli do dormitorium niedługo po nim.
— Co tu kombinujesz? — Scorpius spojrzał na niego uważniej.
— Może chce się wcześniej położyć. — Uśmiechnął się słabo Morrison. — Może jest zmęczony wycieraniem gryfonami podłogi… — Gdy Albus nie odpowiedział, zmarszczył brwi. — Coś nie tak, stary?
— Nie obwiniasz się chyba o ten atak? — zapytał z niedowierzaniem blondyn. — Myślałem, że masz już za sobą fazę, że zło tego świata jest twoją winą.
— Nie o to chodzi — odpowiedział szybko, po czym mimowolnie napiął mięśnie. Czy w ogóle powinien kłopotać się wyjaśnieniami? Żałował, że tata nie jest bliżej, by z nim porozmawiać; zbyt późno zaczęli być ze sobą szczerzy. Żałował także śmierci Fairharta; z nim omawiał już ten temat.
— A o co? — drążył Morrison.
— Pamiętacie…? — Albus się zawahał. — Pamiętacie te rzeczy, o których pisaliśmy trochę w wakacje? I to, co się działo w zeszłym roku; to, o czym wam mówiłem…?
— Masz na myśli te wszystkie dziwaczne sny, lśniące złotem oczy i inne takie? — Scorpius brzmiał na trochę wzburzonego. Z nich dwóch to właśnie Malfoy zawsze zastanawiał się nad sednem problemu, ale w tym właśnie wypadku nigdy nie potraktował tego poważnie.
W przeciwieństwie do niego Morrison, który poniekąd był „świadkiem" przemiany Albusa, momentalnie się zainteresował.
— Jak to ma się do wszystkiego?
— To się powtórzyło. Znowu. Na boisku.
— Kiedy? — Przyjaciel wybałuszył oczy.
— Po tym, jak złapałeś znicza? — Scorpius zmrużył oczy. — Czy wtedy, gdy szukałeś go w przestworzach?
— Mniej więcej wtedy — odpowiedział szybko. — No w powietrzu, ale blisko końca gry…
— Najprawdopodobniej to wina adrenaliny — Blondyn zbagatelizował problem. — Przypływ adrenaliny u czarodzieja, ot co. Typowa kombinacja…
— Nieprawda! Nic z tych rzeczy! — powiedział, nagle wzburzony. Szybko stłumił gniew. — To… Nie wiem, co to dokładnie było, ale… po prostu nie jestem do tego przyzwyczajony. W ogóle. — Zanim którykolwiek zdążył otworzyć usta, żeby zaprotestować, wyraził na głos największe obawy. — I moje oczy zmieniły kolor, kiedy… kiedy miał miejsce tamten atak.
Chłopcy najpewniej mieli co innego w głowach, ale nie dostali szansy, by coś odpowiedzieć.
Ktoś zapukał w drzwi, a potem weszła do środka osoba, której wszyscy spodziewali się najmniej.
— Co ty tutaj robisz? — Morrisonowi opadła szczęka. — Jakim cudem w ogóle…?
— Dziewczęta mogą wchodzić do dormitorium chłopców. — Melonie Grue wzruszyła ramionami. — W drugą stronę jest to niemożliwe. Tak właściwie to dość stara zasada.
— Następnym razem może zapukaj i poczekaj, aż pozwolimy ci wejść! Nie wpadaj tu, ot tak sobie! Co by było, gdybyśmy akurat w tym momencie byli nadzy?
Ślizgonka uniosła wysoko brwi.
— Och, przepraszam bardzo. Czy zazwyczaj siedzicie sobie tutaj nadzy? A zresztą, nieważne. Zapomnijcie o tym. Mam list do przekazania. — Kiedy wyciągnęła go z szat, Morrison natychmiast rzucił się do przodu. — Hej, nie wyrywaj mi go tak!
— Przepraszam — mruknął chłopak, czytając nazwisko odbiorcy.
— I dla kogo to? — zapytał Scorpius.
— Wydaje mi się, że dla Albusa — stwierdziła Melonie. — Dostarczono go podczas śniadania. Al i Scorpius byli już w szatni, a ty jeszcze spałeś — dodała, patrząc wprost na Morrisona.
Z szybko bijącym sercem, Potter sięgnął po list. Gdy zobaczył znajome bazgroły, sapnął cicho.
Czarne wŁosy
Zieone oczy
Slytherin
Wstrzymując oddech, wpatrywał się w opis odbiorcy, a oczekiwanie mieszało się ze zdumieniem.
— Zrzuciła go płowa sowa?
Melonie zmarszczyła brwi, wyraźnie próbując sobie przypomnieć taki szczegół.
— Hm, chyba tak. Albo była to płomykówka; taka sobie zwyczajna. Nie zamierzasz otworzyć koperty?
Morrison podszedł do niej i zaczął popychać dziewczynę w kierunku drzwi.
— Daj nam trochę prywatności, okej?
— Hej, to, że jesteś większy, nie znaczy, że możesz sobie mnie przestawać tak, jak ci się tylko podoba! — zaprotestowała.
— Och, to dokładnie to znaczy — powiedział z bezczelnym uśmiechem, nie zaprzestając swoich działań. Po kilku sekundach dziewczyna zniknęła za drzwiami; najprawdopodobniej wróciła do pokoju wspólnego.
— No, otwórz w końcu, stary — pogonił Albusa wyraźnie zaciekawiony Scorpius.
Rozerwał więc delikatnie kopertę. Był to najkrótszy dziecięcy list, jaki kiedykolwiek widział.
To… ty?
— „To ty?" — przeczytał zdziwiony Morrison. — Kto jest kim?
— Nie mam pojęcia. — Albus obejrzał pergamin ze wszystkich możliwych stron, ale tylko tyle było napisane. Nie zawierał w sobie żadnej ukrytej wiadomości. — Naprawdę nie wiem. — Odwrócił się do Scorpiusa, który milczał i wyglądał na równie zakłopotanego.
Morrison przerwał tę niekomfortową ciszę.
— Jasny gwint, stary. Nie dane nam będzie przeżyć choć jednego normalnego roku, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz