Następnego ranka Albus obudził się dość wcześnie, zastanawiając się, ile godzin właściwie przespał. Co było do niego niepodobne, nie od razu zszedł do Wielkiej Sali, a poleżał w dłużej w łóżku. Postanowił poczekać, aż współlokatorzy wstaną i się wyszykują.
– Wypocząłeś, stary? – zapytał Morrison, gdy dosiadł się do przyjaciół na śniadaniu. Cały stół Slytherinu wypełniony był gawędzącymi uczniami.
– Mniej więcej – odpowiedział, przysuwając do siebie miskę owsianki.
– Nie dostałeś żadnej poczty – stwierdził Scorpius.
Albus skinął głową, gdyż w sumie nie spodziewał się niczego innego. Westchnął i z niesmakiem spojrzał na zupę. Nie czuł się głodny i przyciągnął ją do siebie, aby dać zajęcie rękom.
– Hej, Potter! – krzyknął ktoś przy stole.
– Tak? – zapytał, jak się okazało, Damiana Peesleya.
– Kiedy najbliższy trening quidditcha?
– A, no tak. – Albus z trudem przełknął ślinę. Dopiero gdy zobaczył twarz kolegi, przypomniał sobie, że przecież grają w jednej drużynie. Nigdy nie sądził, że nadejdzie dzień, w którym zapomni o quidditchu. – Jeszcze nie zdecydowałem. – Wzruszył niedbale ramionami. – Dam znać, gdy ustalę datę.
Damian skinął głową i wrócił do rozmowy z przyjacielem. Scorpius wziął łyk soku pomarańczowego, a potem się udzielił przydatnej rady.
– Następny mecz rozgrywamy w lutym, więc możemy zrobić sobie małą przerwę.
Albus przytaknął. Czy tyle wystarczyło...? Zwykła, krótka rozmowa....? Jeśli tak, to może się przyłączy.
– Co mamy w poniedziałek? – zapytał.
– Opiekę nad magicznymi stworzeniami – powiedział Morrison, na moment przestając maltretować swoją jajecznicę. – Potem Bellinger, a następnie...
– Blackwood – dokończył za niego ponuro Scorpius.
Cała trójka automatycznie spojrzała na stół nauczycielski. Miejsce mistrzyni eliksirów znowu było puste.
Interesujące...
– Masz chrapkę na ten bekon?
Albus obrócił się i zobaczył, że pytanie nie było skierowane do niego, a do Morrisona. Pytała Melonie Grue. Vincent przez chwilę milczał, całą uwagę skupiając na talerzu pełnym boczku.
– A co? – zapytał poważnie.
– Bo chcę przeczytać książkę – powiedziała sarkastycznie. – Wciąż jestem głodna, a kończy się śniadanie!
Morrison przez chwilę mierzył dziewczynę podejrzliwym wzrokiem, a potem podsunął jej talerz. Między parą rozpoczął się pojedynek na spojrzenia, z natury zacięty i twardy. Trwał przez kilka sekund, aż wtem, jakby na zawołanie, został przerwany przez odwzajemniony, porozumiewawczy uśmiech. Melonie zachichotała i przyciągnęła bekon bliżej, by ostatecznie odwrócić się do swojej przyjaciółki Denise i wznowić przerwaną rozmowę.
Kilkanaście minut później zadzwonił dzwonek i uczniowie zaczęli kierować się do chatki Hagrida. W nocy padało, więc zbocze było śliskie. Uczniowie musieli uważać po drodze. Widok, jaki rozciągał się wokół domku gajowego, bardzo bruneta zaskoczył. Ziemia sprawiała wrażenie spulchnionej, przekopanej pod osłoną nocy.
Razem z przyjaciółmi poczekał na przybycie innych uczniów. Idący na przedzie swojej paczki Eckley, wyglądał na równie nadętego, co zazwyczaj. Albus z ulgą odnotował, że Rose sprawiała wrażenie szczęśliwszej i z niemałą satysfakcją zauważył, że Mirra rzuciła mu w przelocie nieśmiały, aczkolwiek niezobowiązujący uśmiech.
– Umieram z głodu... – jęknął z boleścią Morrison, przyciskając ręce do burczącego wniebogłosy brzucha.
– Może nie powinieneś był oddawać Melonie całego talerza z bekonem? – zapytał stanowczo Scorpius, kopiąc w powietrze grudkę ziemi.
– Nie mogłem przecież powiedzieć jej „nie”. – Morrison potrząsnął głową, wyglądając, jakby wygłaszał najbardziej oczywistą rzecz na świecie. – Jaki byłby ze mnie mężczyzna, gdybym odmówił kobiecie jedzenia?
– Mogłeś po prostu podzielić porcję na pół – skontrował Malfoy, kucając i grzebiąc palcem w glebie.
– Bleee, jedzeniem nie należy się dzielić. – Vincent wzdrygnął się z niesmakiem. – To tak, jakbyś dzielił się szczoteczką do zębów lub skrawkiem papieru toaletowego...
– Nie mówiłem o tym przeżutym, głąbie – odparował Scorpius. Chłopcy zapewne sprzeczaliby się dalej, gdyby nie przybycie nauczyciela. Oboje zamilkli, kiedy półolbrzym skoncentrował się na zajęciach.
– Hej, dzieciaki! – Uśmiechnął się Hagrid. Wyglądał na bardzo podekscytowanego, więc Albus z trudem przełknął ślinę, zrozumiawszy, że wszyscy zgromadzeni wokół chatki są w wielkim niebezpieczeństwie.
– Dzień dobry, profesorze – odezwała się mało entuzjastycznie klasa.
– Święta wam dopisały?
Tłum przez chwilkę milczał, a następnie parę osób wyszło przed szereg i wymamrotało ciche „tak” oraz „yhym”.
– No, ja żem był ciutkę zajęty. – Nauczyciel entuzjastycznie klasnął w dłonie. – Jak widzicie, przekopałem se ogród. Wiecie dlaczego?
Ręka Scorpiusa natychmiast wystrzeliła w górę i o dziwo, dłoń Rose także. To dobry znak. Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd dziewczyna ostatni raz zgłosiła się do odpowiedzi.
– Rose? – Uśmiechnął się Hagrid.
– Niuchacze[1]? – spytała niepewnie.
– Wspaniale! – zawołał profesor. – Moje ulubienie bestyjki. Odkąd zacząłem se tu nauczać, mówię o nich na pierwszej lekcji po przerwie świątecznej. Ino moment – powiedział, po czym wszedł z powrotem do chatki. Chwilę się w niej pokrzątał, po czym wytaszczył ze środka dużą, zamkniętą na cztery spusty skrzynię, z której nie dobiegał żaden podejrzany dźwięk. Niespotykane, nic nie grzechotało. – Co trza wiedzieć o niuchaczach? Cwane skurczybyki, lubią skarby i złoto. Zanim się obejrzycie, zwiną wam zegarki i pierścionki, więc radzę je odłożyć.
Klasa wykonała polecenie nauczyciela. Podczas gdy z kieszeni uczniów znikały wszystkie wartościowe przedmioty, Eckley głośno narzekał, że musi oddać nowiuteńki zegarek, który dostał na Boże Narodzenie, a niektóre dziewczęta posunęły się nawet do ściągnięcia kolczyków. Albus zastanowił się, czy ma przy sobie coś, co powinien zabezpieczyć, coś wyglądającego na wartościowe, coś, co niuchacz mógłby wyczaić. W przypływie olśnienia uświadomił sobie, że ma przecież pierścień Fairharta – swój, gwoli ścisłości.
– Nie lubią też, kiedy im się przeszkadza w kopaniu. Uwielbiają grzebać w ziemi – kontynuował Hagrid. – Wychodzi po niuchaczu na łebka. Wybierzcie se któregoś i do roboty. Ino pamiętajcie, że pierony kopią trzy razy szybciej niż przeciętny mugol z łopatą. W nocy zakopałem w ziemi ciutkę złota, oczywiście, fałszywego. Czyja bestia wyniucha najwięcej, ten dostanie ekstra nagrodę! No, chodźcie!
Znając upodobania nauczyciela, uczniowie podeszli do skrzyni po dłuższej chwili wahania. Niuchacze okazały się mieć grube, czarne włosy – w gruncie rzeczy były podobne do gadów. Postawione na ziemi, kręciły się w kółko na małych nóżkach, podczas gdy ich ciała wydłużały się niczym krokodyli. Od razu też wzięły się za węszenie. Jako pierwszy wyczaił coś niuchacz Bartleby’ego. Uniósł swoje uszy niczym zaniepokojony pies i po kilku sekundach zaczął intensywnie kopać w ziemi. Ostatecznie utworzył duży otwór w głąb, po czym wbiegł do dziury i na moment zniknął z widoku.
Uczniowie chichotali, gdy zwierzątka przynosiły im pozłacane grudki Leprokonusów[2] i kładli na kolanach. Niuchacz Albusa był mało użyteczny, gdyż wykopał mu średnią ilość złota. Morrison, być może chcąc pokazać oddanie swojemu małemu podopiecznemu, ruszył mu z pomocą – próbował przeczołgać się przez jeden z wykopanych przez niego tuneli, przez co utknął w środku. Scorpius, niczym na dobrego przyjaciela przystało, pospieszył mu na ratunek, podczas gdy Melonie śmiała się z daleka.
Hagrid patrzył na wszystko z szerokim uśmiechem. Gdy trochę cichło, dopowiadał jakąś ciekawostkę na temat niuchaczów, np. „może mieć od sześciu do ośmiu młodych” albo „chłopoczek chomikuje skarby z wielu tygodni, żeby przypodobać się kobitce”.
Chociaż Albus cieszył się z przyjemnej atmosfery zajęć, konkurencję uznał za wielce niesprawiedliwą, ponieważ całą ciężką robotę odwalały stworzenia, kiedy uczniowie nic konkretnego nie robili, a o wygranej decydowało szczęście – zwycięzcą będzie ten, kto na chybił trafił wybrał najlepszego niuchacza. Możliwe, że o nosie do skarbów decydował rozmiar zwierzątka, bo największe (Eckleya, niestety) zgromadziło dwa razy więcej świecidełek niż pozostałe.
Czekanie na wyjście bestii z tunelu nie było zabawne, więc Albus skupił się na innych. Gdy się rozejrzał, zauważył, że Rose również czekała na swojego niuchacza, który aktualnie kręcił się w pobliżu Zakazanego Lasu i zakopywał się w wydrążonej dziurze. Mirra miała nieco więcej radochy – siedziała ze złotem na kolanach całkiem blisko wykopaliska Dantego Hauga.
Zerknął na swojego podopiecznego, który nawet nie wystawił łebka z dziury i zdecydował się podejść do dziewczyny.
– Dobrze się bawisz? – Włożył dłonie do kieszeni.
– Nieszczególnie. – Wstała z ziemi i otrzepała spódniczkę. – Jeżeli mam być szczera, to niuchacze są całkiem urocze. Czytałam o nich wcześniej.
– Mhm. – Skinął głowa, nie do końca wiedząc, co powinien powiedzieć. – Jak...? – tu podrapał się po głowie – ...twoje ferie?
– Słyszałam, że rozmawiałeś z Rose. – Gryfonka od razu przeszła do konkretów, patrząc na niego uważniej. To, że się denerwowała, zdradzały rozbiegane ręce, gdyż ponownie otrzepała szatę z pyłu.
Albus lekko się uśmiechnął. Fakt, iż Mirra napomniała o rozmowie z Rose, podpowiadał, że był to w sumie ich główny temat pogawędek. Ciekawe, czy został nawet zacytowany. Przekonany o negatywnym wydźwięku, wziął głęboki oddech.
– Tak – przyznał i przeskanował wzrokiem okolicę, chociaż wiedział, że kuzynka stała nieopodal Zakazanego Lasu.
– Słyszałam, że robiłeś za pocieszyciela – kontynuowała z kamiennym wyrazem twarzy Mirra.
Albus przez chwilę milczał, święcie przekonany, że dziewczyna zaraz wznowi swój wywód, ale gdy spojrzała na niego wyczekująco, zrozumiał, że czekała na odzew.
– Miałem pewien pomysł, żeby naprawić sytuację... – mruknął.
– Naprawdę? – Uniosła brwi.
– Owszem – odpowiedział twardo. Automatycznie przyjął postawę obronną, bo Mirra ewidentnie w niego wątpiła. – Umówiłem się z Lance’em na następną wycieczkę do Hogsmeade. Nie sposób wymazać tego, co nawyprawialiśmy, ale możemy umożliwić im drugą szansę.
– Co tobą kierowało? – zapytała, rzucając mu uważniejsze spojrzenie. Wyglądała, jakby nie wierzyła w ani jedno jego słowo.
Albus wytrzeszczył oczy. Czym się kierował...? To pytanie o motywację? Jaki miał motyw? Czy Mirra uważała go za najgorszego rodzaju potwora...? Czy ślizgoński spisek naprawdę sprawił, że widziała w nim tylko podłego nikczemnika? Tak wiele stracił w jej oczach...?
– Słucham? Chciałem pomóc! – powiedział defensywnie.
Mirra się zagapiła.
– A co ze Scorpiusem? – spytała tak niespodziewanie, że niemal podskoczył w miejscu ze strachu.
Zaśmiał się nerwowo.
– To znaczy...? – wydukał z nadzieją, że głos nie zdradzał targających nim emocji.
Gryfonka położyła sobie obie ręce na biodrach i spojrzała na niego niemal tak samo, jak czasami Ginny. Gdy zamrugał, prawie zobaczył swoją matkę.
– Nie jestem głupia, Albusie – powiedziała szeptem. – W przeciwieństwie do Rose, której przez zapatrzenie w Lance’a umykają drobne szczegóły, widzę detale świadczące o zauroczeniu i potrafię stwierdzić, kiedy chłopak czuje miętę...
Ślizgon mimowolnie się zgarbił. Czy Mirra doskonale zdawała sobie sprawę, że mu się podoba...?
– Proszę, zatrzymaj to dla siebie – rzucił szybko, ponownie patrząc na kuzynkę.
– Spokojnie, nic nie powiem – odparła. – Niemniej jednak zamierzam pomóc Rose, podobnie jak ty swojemu koledze.
– W porządku. – Albus uniósł dłonie w geście niewinności i uświadomił sobie, że poległ. Przegrał sprawę. Mirra chciała, żeby Rose była z Lance’em, bo uważała to za najlepsze rozwiązanie; miała na względzie szczęście przyjaciółki. On z kolei chciał, aby Rose związała się ze Scorpiusem, bo... został poproszony o pomocną rękę. Wtem zrozumiał, że nie dzielił z Malfoyem postaci „złoczyńcy”, a w gruncie rzeczy sam ją odgrywał.
– Czyli z nami już okej? – dodał szybko.
– Tak, jest dobrze – Uśmiechnęła się delikatnie.
Skinął głową i spojrzał na nią uważniej. Automatycznie zaczął podziwiać jej czarne włosy, mgliste szare oczy, wąskie usta i... poczuł się niedobrze. Może byłoby lepiej, gdyby Mirra polubiła kogoś innego niż on...?
– Wszystko w porządku? – spytała, zdając sobie sprawę, że gapi się zdecydowanie za długo.
– Co? Tak, tak – odpowiedział. Najprawdopodobniej wyglądał dziwnie, stojąc niczym kołek ze zmarszczonymi brwiami i smutnym wyrazem twarzy.
– Wyglądasz naprawdę źle – stwierdziła powoli, rzucając mu podejrzliwe spojrzenie. – Stało się coś podczas przerwy świątecznej?
Albus wziął głęboki oddech. Od czego powinien zacząć? Od śmierci Fairharta...? Od wspomnienia, które obejrzał...? A może od streszczenia jej przebiegu kuchennej kłótni z ojcem...? Może od uzmysłowienia sobie, że w rzeczywistości ponosił dużo winy...? Albo od nietypowych, jasno błyszczących oczu...?
Wypuścił wstrzymywane powietrze. Co mu da wyspowiadanie się Mirze? Czy narzekanie sprawi, że poczuje się lepiej? Czy coś zmieni? Czy sprawi, że cały problem w magiczny sposób zniknie?
Ostatecznie potrząsnął przecząco głową.
– Wszystko jest dobrze – skłamał. – Po prostu za długo dziś spałem – wytłumaczył, po czym odwrócił się i wrócił do swojego niuchacza. Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy nauczyciel kazał uczniom przywołać zwierzątka, wsadzić je z powrotem do skrzyni i przeliczyć zgromadzone w trakcie lekcji złoto.
– Te stworzenia są niesamowite, Hagridzie! – krzyknął Morrison, niewiarygodnie umorusany na twarzy od kopania w ziemi.
Profesor zachichotał.
– No pewnie. Wiele skubańców dobrze się wywiązuje z obowiązków. Ile żeś uzbierał?
– Nieźle. – Vincent uniósł do gry stos monet.
Albus zerknął na swój stosik i – zgodnie z przypuszczeniami – zobaczył umiarkowaną ilość błyskotek. Największą ilość złota wykopał niuchacz Eckleya, co potwierdziło jego tezę, że rozmiar zwierzęcia rzeczywiście ma wielkie znaczenie. Obiecaną przez gajowego nagrodą okazała się być wielka tabliczka czekolady z Miodowego Królestwa, na której widok głodnemu Vincentowi aż poleciała ślinka.
– Oto zwycięzca! – krzyknął Hagrid, triumfalnie unosząc w górę rękę gryfona, jakby ten naprawdę dokonał czegoś niesamowitego. Szkoda, bo w przeciwieństwie do wygranego, Morrison przynajmniej próbował w jakiś sposób pomóc swojemu niuchaczowi.
– Żadna niespodzianka! – zaśmiał się Eckley, wciąż trzymając w powietrzu tabliczkę czekolady. – Co poradzę, urodzony ze mnie zwycięzca! – dodał i przybił Hornsbrookowi piątkę.
– Och, oczywiście! – powiedział głośniej rozzłoszczony Vincent. – A bilans gry przeciwko Slytherinowi? Dwa do zera dla nas. No, poczekaj do kolejnego meczu... – dodał, a stojący nieopodal ślizgoni zarechotali złośliwie.
Eckley obrzucił Morrisona jadowitym spojrzeniem, lecz wtedy zadzwonił dzwonek, obwieszczając koniec zajęć. Albus razem z przyjaciółmi zatrzymał się po drodze na następne, żeby zgarnąć rzeczy potrzebne do transmutacji. Gdy w pospiechu weszli do klasy, profesor Bellinger nie sprawiała wrażenie zadowolonej i nie rozpoczęła zajęć tradycyjnym pytaniem, czy mieli przyjemne ferie. Zamiast tego, kazała im czytać na głos i robić notatki, a potem ćwiczyć niezmiernie złożone zaklęcie znikające, Evanesco. Albus prawie wybuchnął nerwowym śmiechem, gdy zrozumiał, że jest zupełnie beznadziejny. Święta w magiczny sposób nie sprawiły, że jego umiejętności w dziedzinie transmutacji polepszyły się z dnia na dzień, tak więc lekcję opuścił po czterdziestu pięciu minutach, potrząsając głową.
– Umrę na tych zajęciach – obwieścił uroczyście przyjaciołom.
– Tylko pod warunkiem, że następne cię nie zabiją. – Skrzywił się Morrison, gdy wchodzili do Wielkiej Sali na lunch.
Po posiłku czekała ich Blackwood, więc Albus delektował się więc jedzeniem i dopiero po chwili zorientował się, że ma zaciśnięty z nerwów żołądek. Ostatnim razem, gdy widział tę kobietę, wrzeszczała z niemocy, ściskając w dłoni fotografię Lucjusza Malfoya, a świat wokół niej rozpadał się na drobne kawałeczki. Był naprawdę niesamowicie ciekawy, czy została poinformowana o losie Fairharta. Kto wie, może nawet uczestniczyła w akcji...
Zerknął na stół nauczycielski i zacisnął usta. Nauczycielka znów była nieobecna.
Kiedy zeszli do lochów okazało się, że nie tylko on był zaintrygowany, ponieważ całkiem spora liczba uczniów komentowała nieobecność pani profesor w Wielkiej Sali. Co więcej, z podsłuchanych rozmów wynikało, że mało kto widział ją krążącą po szkolnych korytarzach. Każdy snuł własne przypuszczenia, ale tylko Albus znał prawdę. Och, ile by dał, żeby również beztrosko trwać w nieświadomości...
– Wejść.
Blackwood najwyraźniej nie zrezygnowała z pracy. Głos dobiegający zza drzwi pracowni eliksirów był zirytowany, szorstki i chrapliwy; bardziej pasował do staruszka koło stu pięćdziesiątki, niż do młodej kobiety. Może nie była w klasie sama. Może miała gościa?
Gdy uczniowie weszli do środka, w Albusa uderzyła jedna myśl – straszliwie się pomylił. W sali znajdowała się tylko i wyłącznie jedna osoba.
Ida Blackwood wyglądała po prostu okropnie. Siedziała za biurkiem, a ślady piękna, które zawsze wszystkim imponowały, całkowicie zniknęły. Zazwyczaj lśniące włosy miała skołtunione i potargane oraz znacznie ciemniejsze niż zwykle – najprawdopodobniej nie myła ich od wielu dni. Sprawiały też wrażenie trochę przerzedzonych, a więc mogły jej wypaść ze stresu. Ogromne wory pod oczami jasno wskazywały, że nie zaznała w nocy spokoju od przynajmniej dwóch dni. Skórę miała szarą, a gdy się odezwała, uważny obserwator mógł dostrzec żółty nalot na jej zębach. Wyglądała o wiele gorzej aniżeli strasznie przepracowany i fizycznie zaniedbany Harry Potter. Biorąc pod uwagę to wszystko, można było dojść do tylko jednego, prawidłowego wniosku – Blackwood się poddała, czyli wiadomość o śmierci Fairharta stanowiła przysłowiowy gwóźdź do jej trumny.
Klasa gapiła się na nią w kompletnym szoku, a niektórzy uczniowie mrużyli oczy, niepewni, czy aby na pewno za biurkiem siedzi nauczycielka eliksirów; część patrzyła po sobie nawzajem, a ich spojrzenia były nadzwyczaj wymowne. Wszyscy mieli najprawdopodobniej ochotę na zarzucenie odpowiednim komentarzem, okraszonym całkowitym brakiem dozy empatii i dużą dawką sarkazmu, ale nikt się nie odważył, a przynajmniej nie w trakcie trwania lekcji. Mimo odpychającej aparycji wciąż budziła odrobinę szacunku.
– Dzień dobry – wykrztusiła płaczliwie, czym zasłużyła na współczucie Albusa.
– Dzień dobry, pani profesor – mruknęła niewyraźnie klasa, choć niektórzy wciąż nie pokonali początkowego szoku.
– Będziemy dziś pracować nad eliksirem spokoju[3]. Oczywiście, nie oczekuję doskonałości przy pierwszej próbie – powiedziała, a wszyscy sapnęli z wrażenia. – Jeśli będziecie pracować zgodnie z podręcznikiem, powinniście stworzyć coś w miarę przyzwoitego. W razie niespójności lub nieprzewidzianych komplikacji nie obawiajcie się zadać pytań – kontynuowała odważnie, chociaż wargi zaczęły jej niebezpiecznie drżeć, a w oczach pojawiły się pierwsze oznaki łez. – Podnieście rękę w górę, a podejdę i pomogę.
Uczniowie wpatrywali się w nią z niedowierzaniem. Albus mimowolnie się zastanowił, co wzbudzało większe zainteresowanie – zaniedbanie fizyczne Blackwood, czy może zwodniczo miła nauczycielska postawa, którą przybrała podczas dzisiejszej lekcji. Nie mając przyjemności w patrzeniu na czyjeś nieszczęście, jako pierwszy wstał z miejsca i pomaszerował do składziku po potrzebne ingrediencje, a klasa po chwili wahania poszła za jego przykładem. Kiedy wracał do swojego stanowiska pracy, pani profesor praktycznie leżała na biurku i pociągała nosem.
Mikstura ważona była w ciszy. Nie trzeba było geniusza, aby wywnioskować, że każdy chce jak najszybciej opuścić pracownię eliksirów, by we własnym gronie poplotkować o kiepskim stanie nauczycielki. Albus spojrzał na Scorpiusa, ciekawy, czy przyjaciel jest zadowolony z obecnego stanu rzeczy, ale trochę się zdziwił. Malfoy był maksymalnie skoncentrowany na swoim kociołku, więc może uważał, że nie powinien się cieszyć z cudzego nieszczęścia, zwłaszcza gdy poznał jego przyczynę.
Kiedy uczniowie zmagali się z eliksirem spokoju, brunet, mając chwilę wolnego, rozejrzał się po sali. Kilka rzędów od niego Mirra podrapała się po brodzie i szturchnęła łokciem Rose. Najprawdopodobniej chciała poprosić ją o pomoc z wydobywającą się z kociołka parą. Wnioskując po sposobie, w jaki unosiła się w powietrze (w linii prostej), zrozumiał, że dziewczyna dodała za dużo syropu z ciemiernika, zapewne z powodu błędu w podręczniku. Autor (kimkolwiek by nie był) w zaleceniach zapisał „dolać łyżkę syropu”, podczas gdy w rzeczywistości eliksir wymagał dodania mniejszej ilości. Wyłapawszy pomyłkę, Albus na poważnie rozważył skorygowanie instrukcji – skreślenie błędnego słowa i zastąpienie go poprawnym sformułowaniem. Zanim zdążył wdrożyć swój plan w życie, zarobił kuksańca w bok od Morrisona, który wskazywał palcem Blackwood.
Zapatrzony w Mirrę, przeoczył moment, kiedy pani profesor wstała od stołu. Spojrzała na zegarek i pospiesznie przetarła oczy, co było zupełnie bezsensowne, bo nim minęła chwila, znów miała mokre policzki.
– Stop – wykrztusiła z trudem. – Obejrzę wasze prace.
Klasa zastygła w bezruchu. Uczniowie przestali pracować nad kociołkami i tradycyjnie wstrzymali oddech, podczas gdy nauczycielka przechodziła między stolikami. Nikt nie był jednak równie przerażony co Scorpius, którego mikstura – chociaż w prawidłowym kolorze jasnego srebra – wciąż była trochę za gęsta. Blackwood bez słowa skontrolowała pierwsze rzędy ławek, po czym skinęła głową na eliksir Albusa. Kiedy spojrzała w kociołek Scorpiusa... nie wydarzyło się nic szczególnego, ot przeszła do następnej osoby, pozostawiając znienawidzonego podopiecznego w kompletnym szoku. Gdy dotarła do trzeciego rzędu stanowisk, kazała przelać eliksiry do podpisanych fiolek i położyć na swoim biurku; potem normalnie zakończyła zajęcia.
Kiedy tylko uczniowie zamknęli za sobą drzwi, korytarz wypełnił się rozmowami.
– Straciła trochę na urodzie, prawda? – zarechotał gryfon, którego Albus nie znał nawet z imienia.
– Jak myślicie, co przydarzyło się pani profesor? – zapytała wszem wobec Mirra.
– Nie mam pojęcia. Cokolwiek złego ją spotkało, z pewnością sobie zasłużyła. – Charlie wzruszył ramionami. – Liczę, że ktoś jej bliski kopnął w kalendarz!
Hornsbrook wybuchnął śmiechem, a w Albusie aż się zagotowało.
– Zamknij się, Eckley! – splunął.
Gryfoni natychmiast zatrzymali się w miejscu, co znaczyło, że idący za nimi ślizgoni również. Charlie w momencie się odwrócił i zbliżył się w zaledwie dwóch krokach.
– Coś mówiłeś, Potter?
Albus nie ruszył się z miejsca, ponieważ przez te wszystkie lata pozwalał się zastraszać i odsuwać na bok. Eckley najpierw wyśmiewał się z niego, nazywając głośno tchórzem, potem wdał się w bójkę ze Scorpiusem i tym samym wyeliminował Ala z meczu quidditcha na drugim roku. Na samym końcu zaś chodził z Mirrą. Teraz jednak przegiął i powiedział zdecydowanie za dużo. Oczywiście, rozumiał, że chłopak tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia, dlaczego jego słowa tak bardzo go ubodły, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Najważniejsze, że się postawił.
– Nie jesteś głuchy – odparował. – Jak możesz być tak nieczuły? Nie wiesz, co przydarzyło się Blackwood. Nie masz pewności, czy naprawdę kogoś niedawno nie straciła.
– Och, nasz mały Aly podkochuje się w nauczycielce? Urocze, doprawdy. – Uśmiechnął się szyderczo Charlie, a stojąca za nim grupa wybuchnęła śmiechem. Eckley pochylił się do przodu i zniżył głos do szeptu. W ten sposób nikt go nie słyszał. – A może próbuje przyciągnąć uwagę, bo w zeszłym roku nie zdobył dziewczyny, która mu się podoba...?
Albus gwałtownie się zaczerwienił. Morrison, jakby wyczuwając, że sprawy wymykają się spod kontroli, zareagował natychmiast – podszedł do niego i stanął z przodu, wyglądając jak gotowy do akcji ochroniarz. Miał nad gryfonem dwa lub trzy cale przewagi, więc stanowił pewnego rodzaju zagrożenie. Widząc rozwój sytuacji, Hornsbrook podskoczył w miejscu i nim minęła chwila, znalazł się obok Eckleya; wzrostem dorównywał niemal Vincentowi. Było dwóch na dwóch. Stali tak całą czwórką, mierząc się groźnie wzrokiem, podczas gdy uczniowie dookoła przyglądali się im z zaciekawieniem; skrycie najprawdopodobniej liczyli, że dojdzie do bójki.
Zrobili im nawet miejsca. Z racji tego, że szkolne korytarze nie są najszersze, odsunęli się, przyciskając plecy do ścian. Albus spojrzał za siebie i zobaczył, że Scorpius stoi z tyłu, ściskając w dłoni różdżkę. Zapewne byłby pierwszym, który dołączyłby do bitki. Podczas gdy napięcie rosło, do środka wskoczyły Mirra i Rose, próbując odciągnąć gryfońskich przyjaciół.
– Donny, przestań! – powiedziała Rose.
– Charlie, idziemy! – krzyknęła głośniej Mirra, łapiąc chłopaka za rękę.
Albus nie potrzebował jednak pomocy. Czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Sam fakt wytknięcia śmierci Fairharta wytrącił go z równowagi do tego stopnia, że koniuszki jego palców samoczynnie się naelektryzowały.
Nie powstrzymuj mnie – wyszeptał tajemniczy głos. – Pozwól mi z nim walczyć. Kiedy odzyskam różdżkę, zetrę go w pył...
Co? O czym on w ogóle myślał? Zamrugał gwałtownie. Swoją różdżkę? Przecież miał ją w kieszeni!
PRAWDZIWĄ RÓŻDŻKĘ – kontynuował głos. – Zniszczę go, kiedy tylko dostanę różdżkę. Odbiorę mu wszystko, co uważa za drogie...
Uspokoił się, dopiero gdy Mirra odciągnęła Eckleya. Przedstawienie dobiegło końca, więc uczniowie rozeszli się w różne strony. Kiedy zostali na korytarzu we trójkę, Albus odetchnął z ulgą.
– Co za palant. Szukał jedynie zaczepki. Zrobił show, a potem wziął nogi za pas. Głupota w najczystszej postaci. Zidiociały tępak... – podsumował Morrison. – Powinien podziękować Mirze za odwrót taktyczny, bo inaczej sam musiałby wywalczyć sobie drogę ucieczki.
– Co...? – Wciąż oszołomiony, Albus nie potrafił się skoncentrować. Nadal bolała go głowa. Tajemniczy głos zniknął równie szybko, co się pojawił. Jeżeli miał być szczery, nie zapamiętał wiele z tego, co powiedział. Czy nie wspominał przypadkiem o jakiś różdżce...?
– Nie przejmuj się, stary – powiedział Scorpius.
– Cóż, w pewnym sensie muszę – stwierdził. – Jestem niemal pewien, że ten kretyn idzie z nami do Hogsmeade.
W ciągu następnych kilku dni życie w Hogwarcie wróciło do normy. Przed przyjazdem do szkoły był przekonany, że koszmary o Fairharcie będą nawiedzać go każdej nocy, przez co będzie chodził niewyspany. Gorsze jednak okazało się zachowanie Blackwood – w życiu nie przyzwyczai się do tego jej nowego, miłego (i jednocześnie niesamowicie niepokojącego) stylu bycia.
Lekcje stawały się coraz to trudniejsze i wymagały większego zaangażowania. Albus wrócił przez to do poprzedniego schematu działania – prace domowe odrabiał tuż przed zajęciami, na które były zadane. Nie potrafił też wygospodarować nawet odrobiny czasu, żeby odwiedzić Hagrida, ponieważ funkcja kapitana drużyny quidditcha nakładała na niego dodatkowe obowiązki. Naprawdę dziwnym uczuciem było znowu siedzieć na miotle i wydawać innym polecenia. Mimo to uważał, że idzie mu lepiej niż na początku. Scorpius i Morrison ćwiczyli na jednej pozycji podczas treningów, ot na wszelki wypadek, jakby Blackwood znów strzeliło do głowy wlepić któremuś szlaban – należy dmuchać na zimne.
Co dziwne, Albus w koło otrzymywał listy. Gdy spadł na talerz pierwszy, już drugiego dnia szkoły, z zafascynowaniem wbił wzrok w nazwisko adresata. Miał wrażenie, że to Fairhart kontaktuje się z nim z zaświatów. Uspokoił się, dopiero gdy rozpoznał pismo matki. Kiedy znalazł się w pokoju wspólnym, natychmiast spalił kopertę, uprzednio jej nie otwierając.
– Co wyczyniasz...? – rzucił Morrison.
– Nie chcę z nimi rozmawiać – powiedział sztywno.
– To twoi rodzice, stary – przypomniał mu Scorpius.
– Wiem i wciąż nie chcę z nimi rozmawiać – prychnął.
Następny list przyszedł dwa dni później. Kolejny trzy dni po ostatnim. Wszystkie dokonały żywota w kominku.
– Pewnie tylko mnie sprawdzają – rzucił do przyjaciół, przyglądając się następnej kopercie, tym razem zaadresowanej przez ojca. Gdy się napatrzył, schował ją w kieszeniach szaty. – Hugo do mnie podchodzi i coś kombinuje. Myślę, że został wysłany na przeszpiegi.
– To może po prostu im odpisz, co? – zasugerował Scorpius i pokroił kiełbaskę. – Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przestaną cię wtedy dręczyć.
– Kuszące. Pozwól, że się zastanowię – stwierdził, chociaż uważał, że najlepiej będzie zostawić sprawę w spokoju. Co gorsza, każda ich potencjalna odpowiedź mogłaby przysporzyć mu więcej zmartwień. Nie chciał ryzykować pogorszenia samopoczucia, zwłaszcza że ostatnio radził sobie coraz lepiej. Zdecydowanie wolał być zdrowszy. Okazało się też, że szkolne zajęcia i wyczerpujące treningi quidditcha miały swoje zalety – odciągały go od ponurej rzeczywistości.
Wtem, w ostatnim tygodniu stycznia, został capnięty przez Lance’a.
– Widzicie więc, drodzy uczniowie – tłumaczyła profesor Verage, chociaż jej aksamitny i uspokajający głos kołysał wszystkich do snu. – Mugole korzystają ze środków transportu, bardziej z konieczności niż wygody. Łatwo jest uznać wynalazki takie jak samochody za oznakę lenistwa, ale elastyczność mugoli jest pod tym względem wręcz niewyobrażalna. Dzięki niej potrafią się dostosować...
Wykład nauczycielki przerwał dźwięk dzwonka, symbolizującego koniec udręki uczniów. Albus był nim tak zaskoczony, że uderzył kolanami o spód biurka i z niemałym trudem rękami podtrzymał lecącą w dół głowę. Wychodząc z klasy, niemal poślizgnął się na ślinie, spływającej na podłogę z biurka Bartleby’ego Binga. Wtedy też przetarł oczy.
– Jakim cudem mugoloznawstwo z lekcji na lekcje staje się coraz to bardziej nudne i bolesne? – Scorpius stłumił szerokie ziewnięcie.
Albus półprzytomnie pokiwał mu głową, ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, został zawołany.
– Hej, hej!
Za nimi pędził Lance. Jak zawsze, na ramieniu miał przewieszoną torbę, co dodawało mu dodatkowych punktów za fajne chodzenie. Kilku starszych uczniów, zapewne puchońskich kolegów, czekało na niego w pewnej odległości.
– Co tam? – Uśmiechnął się Albus.
– Och, nic takiego – odparł Lance, kiwając głową Scorpiusowi na powitanie; został, oczywiście, zignorowany. – Myślałem o twoim zaproszeniu. Wciąż aktualne?
– Jasne – stwierdził z nadzieją, że nie udzielił zbyt pochopnej odpowiedzi.
– Super, ale ostrzegam, że dołączę do was później. – Uśmiechnął się puchon. – Co powiesz na spotkanie się w Trzech Miotłach?
– Nie ma sprawy. Chciałbym też zapro...
– Zaproś, kogo chcesz – przerwał mu Lance, odwracając się nieco zirytowany do poganiających go z tyłu przyjaciół; byli bardzo niezadowoleni z faktu, że zostawił ich samych na dosłownie pięć minut. – Muszę lecieć, więc do zobaczenia w Hogsmeade!
Obaj pomachali do siebie, podczas gdy Scorpius nawet nie ruszył palcem. Zamiast tego, rzucił Albusowi zadziorne i zdeterminowane spojrzenie, kiedy ten wzruszył ramionami.
– Przygotuj się na bitwę – mruknął, kiedy puchoni zniknęli z pola widzenia.
Jeszcze tego samego dnia porozmawiał z Mirrą i poprosił ją o przekazanie najnowszej wieści Rose. Gryfonka bardzo się ucieszyła – niemal zapiszczała z radości. Szczęście nie trwało jednak długo.
– A słuchaj...? – zaczęła cicho, choć nie miało to żadnego związku z przebywaniem w bibliotece. – Nie będzie wam przeszkadzać, jak zaprosimy też Cha...?
– Niech przyjdą. Oboje, serio – powiedział szybko. – Temat kłótni został zakończony.
Mirra spojrzała na niego uważnie, a Albus spuścił wzrok. Przypomniał sobie zeszłoroczną radę Fairharta. Jak widać, naprawdę ważne jest pokazanie dziewczynie, która ci się podoba, że potrafisz dogadać się z jej dobrym przyjacielem.
– Będzie dobrze, obiecuję – dodał. – Jeżeli mam być szczery, to nie jestem nawet pewien, co dokładnie wydarzyło się tamtego dnia w lochach. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zapomnimy o całej sprawie.
Mirra odpowiedziała mu uśmiechem, a gdy wyszła, Albus rozejrzał się niespokojnie po bibliotece. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale miał złe przeczucia co do szkolnej wycieczki. Liczył więc, że tym razem spokojnie się napiją w Trzech Miotłach, a potem cali i zdrowi wrócą do zamku. Zdecydowanie nie chciał żadnych wzbudzających podejrzenia niespodzianek.
W dzień wycieczki, pierwszego lutego, specjalnie obudził się wcześnie. W przeciwieństwie do poprzedniego wyjścia nie spędził wieczności, strojąc się przed lustrem. Wiedział, że ten dzień nie powinien należeć do niego, a do Rose, która w tym momencie była ważniejsza od Mirry, więc próba zaimponowania dziewczynie nie miała najmniejszego sensu. Scorpius jednak, zgodnie z jego przypuszczeniami, włożył w przygotowania o wiele więcej wysiłku. Ubrał się gustowniej, a włosy zaczesał w tradycyjnym stylu. Co prawda, wyglądał, jakby wciąż nie wierzył, że podczas wycieczki jego życie może się diametralnie odmienić, ale nie zamierzał się poddawać.
– Rozumiem, że tym razem mogę swobodnie mówić – zagaił Morrison, gdy zeszli na śniadanie. Potem polał sobie syropem francuskiego tosta.
– Nie – odpowiedział mu spokojnie Scorpius.
Albus zmrużył oczy i podważył zdanie przyjaciela.
– Wręcz przeciwnie. Pewnie, że możesz. – Uśmiechnął się do Vincenta. – To nie jest nasz wielki dzień. Wycieczka ma na celu poprawienie samopoczucia Rose, więc ograniczymy się do zwyczajnej, dobrej zabawy... – urwał, zauważając nadlatującą sowę, która po chwili zrzuciła mu list na talerz. – O nie, znowu! – Westchnął cierpiętniczo i schował kopertę w szatach. – Nie poddadzą się, prawda?
– Cóż, zdecydowanie się nie patyczkują – skomentował Scorpius. – Odpisz albo przestań narzekać – dodał groźnie.
Albus ponownie westchnął.
– Trochę jednak pojęczę. Wybaczcie – mruknął pod nosem, po czym wstał od stołu i poszedł do pokoju wspólnego, gdzie od razu spalił list. Gdy wrócił, wszystkie talerze były puste, a uczniowie ustawiali się w kolejce do Neville’a Longbottoma, który tradycyjnie sprawdzał listę zezwolenia od rodziców. Co jakiś czas też wracał jakiegoś malucha, który próbował się prześlizgnąć wraz z innymi. W ten sposób został złapany też Fred.
– Och, daj spokój, Neville – wyjęczał żałośnie chłopiec. – Drugi czy trzeci rok, prawie żadna różnica!
– Profesorze Longbottom. – Nauczyciel pokręcił głową. – Kiedy ostatni raz sprawdzałem przepisy, wycieczki obowiązywały od trzeciego roku. Nic ci nie szkodzi odczekać jeszcze kilku miesięcy i za pisemnym zezwoleniem rodziców bez przeszkód odwiedzić Hogsmeade.
Albus razem z przyjaciółmi przeszli obok, uprzednio okazawszy zgody na wyjście i dołączyli do stojących parę metrów dalej gryfonów. Na widok dwóch gryf głupków Albus parsknął drwiąco, a potem natychmiast się rozpogodził, gdyż Mirra zauważyła, że nadchodzą i serdecznie pomachała im ręką.
– Gotowi do drogi? – zapytała, a kiedy wszyscy odmruknęli coś pod nosem, ruszyli bez zbędnych ceregieli.
Nie było śniegu – wiał za to wiatr. Nie był jakoś szczególnie silny, lecz lodowaty. Albus włożył ręce do kieszeni z myślą, że jeśli by tego nie zrobił, musiałby pożegnać się z dłońmi. Rozmowy toczyły się głównie w małych grupkach. Morrison i Mirra wymieniali się opowieściami ze swoich ferii zimowych, zaś Scorpius umiejętnie zagadywał Rose. Aktualnie kłamał jej, że zamierza rzucić mugoloznawstwo na rzecz numerologii, więc Rose od razu włączyła tryb profesorski i zaczęła wyjaśniać mu przebieg zajęć oraz stopień trudność równań.
Dzięki temu Albus zmuszony został do maszerowania obok Eckleya, słuchając jego wyssanych z palca historyjek. Z irytacją zaciskał zęby, z trudem powstrzymując się od głoszenia błyskotliwych komentarzy i wszczęcia kłótni. Żaden z nich nie wspomniał nawet słowem o tym, do czego doszło w lochach.
W wiosce okazało się, że stanęli przed małym problemem.
– Czy masz coś przeciwko temu, żebyśmy spotkali się później? – zapytała w pewnym momencie Mirra.
– Co...?
– Mówiłeś, że Lance spotka się z nami potem w Trzech Miotłach, więc do tego czasu możemy się rozdzielić, prawda? Razem z Rose chciałyśmy obczaić nowy sklep z szatami, no wiesz, ten Sklep Sylwii na Specjalne Okazje, a Charlie i Donnie zamierzali wpaść do Derwisza i Bangesa...
Albus rozejrzał się wokół i zawiesił wzrok na zirytowanym Scorpiusie – szkoda, bo robił naprawdę duże postępy. Nie wymyśliwszy niczego konstruktywnego, musiał się zgodzić. W międzyczasie pocieszał się tym, że z chwilowego rozstania mogło wyniknąć coś dobrego. Ostatecznie dziewczęta poszły w jedną stronę, zaś gryfgłupki w przeciwną. Ślizgoni, pozostawieni sami sobie, zaczęli się szwendać po ulicach; nie wymyślili zawczasu konkretnego planu.
– Świetnie ci szło. Oby tak dalej. – Morrison poklepał Scorpiusa po plecach. – My zaś będziemy popijać kremowe.
Malfoy skinął głową, po czym odwrócił się do Albusa, speszony.
– O co chodziło z późniejszym spotkaniem? – zapytał, brzmiąc na poruszonego. – Myślałem, że mieliśmy ugruntować moją pozycję.
– Kiedy powiedziałem coś podobnego? Wyraźnie mówiłem o wyrównaniu szans. – Brunet potrząsnął głową, wciąż zdziwiony. Czasami wciąż było mu trudno uwierzyć, że aż dwóch chłopców jest zainteresowanych Rose. – Sporo rozmawialiście w czasie drogi, a nie sposób kontrolować tego, co dziewczyny będą robić w sklepie. Kontynuujesz sobie, kiedy znów się spotkamy.
Scorpius spojrzał na niego spode łba, ale po chwili zrozumiał, że przegrał spór i wzruszył ramionami.
– W porządku, zabijmy trochę czasu. Gdzie idziemy?
– Hm, proponuję miejsce, gdzie nie będą mordować nas wzrokiem – podsunął znacząco Morrison.
– Co...? O czym mówisz...? – urwał Albus, zdekoncentrowany, ale gdy rozejrzał się po okolicy, natychmiast zrozumiał. Wszyscy się na nich gapili. Ludzie wokół rzucali im nerwowe spojrzenia, a potem, kiedy zostali przyłapani, odwracali wzrok i udawali, że nic takiego nie miało miejsca. Najgorszym wzrokiem mierzyli ich sklepikarze – przerywali nawet rozmowę z klientami, żeby obrzucić ich pogardliwym spojrzeniem, najprawdopodobniej z przeświadczeniem, że swoim istnieniem przyniosą złą passę interesom.
– Co tu się dzieje? – mruknął pod nosem Vincent.
– To przez mojego tatę – wytłumaczył przyjaciołom, w gruncie rzeczy zadowolony, że może obarczyć kogoś winą. – Na zamieszkach było podobnie. Ludzie się gapili, wpadali na nas i specjalnie szturchali. Najlepiej będzie ich zignorować...
Sytuacja była zgoła inna. Kilka miesięcy temu na Pokątnej Potterowie wydawali się tylko nielubiani, a teraz wręcz nienawidzeni. Mijający ślizgona przechodnie, chaotycznie sondowali okolicę, aby pod nosem wyszeptać groźby, gdy zrównywali się krokiem.
– Banda baranów – podsumował Morrison po mniej więcej dziesięciu minutach marszu wśród takiej atmosfery.
– Stary? – Scorpius klepnął przyjaciela.
– Hm, co tam?
– Wiesz, że wszyscy unikają twojego spojrzenie, prawda?
Zmrużył oczy, spodziewając się jakiegoś ciętego żartu.
– Tak, jakiś problem...?
– Cóż, od każdej reguły jest wyjątek. Tamten koleś gapi się już dobrych kilka minut – odpowiedział Malfoy i dyskretnie wskazał na stojącego nieopodal czarodzieja.
Albus odwrócił się i spojrzał na tajemniczego mężczyznę, o którym mówił Scorpius. Facet opierał się o ścianę zakurzonego zaułka, mając na sobie ciepły podróżniczy płaszcz. Miał paciorkowate oczy i splątane czarne włosy. Co dziwne, Albus dostrzegł w rysach jego twarzy coś znajomego. Zwrócił uwagę na przede wszystkim odstający nos, który – chociaż nie rozumiał dlaczego – automatycznie skojarzył mu się ze zwierzęcym pyskiem. Ogólnie rzecz biorąc, sprawiał wrażenie typa spod ciemnej gwiazdy.
– Zbierajmy się stąd – zakomunikował, przyspieszając kroku. – Koleś jest co najmniej podejrzany.
– Co racja, to racja – zgodzili się z nim przyjaciele, a kiedy wypruli do przodu, idący z naprzeciwka ludzie rozstępowali się przed nimi na boki.
Po około dwóch minutach niemal truchtu Albus obejrzał się przez ramię. Byli już w znacznej odległości od tego zaułka i mężczyzna nie ruszył w pogoń; nie śledził ich.
Może po prostu przemawiała przez niego paranoja...?
Mimo to skręcił w alejkę po prawej stronie.
– Najprawdopodobniej możemy odpuścić kluczenie między uliczkami – powiedział wszem wobec. – Sfiksowaliśmy, a facet nawet nie... – urwał gwałtownie, gdyż z zaciemnionego miejsca wystrzeliła czyjaś dłoń i złapała go od tyłu. Zasłoniła mu usta, po czym szybkim ruchem wciągnęła go do innego podejrzanego zaułka. Przyjaciele automatycznie krzyknęli i obaj rzucili mu się na ratunek, a Scorpius zdążył nawet wyciągnąć różdżkę.
Albus próbował walczyć. Gdy chwycił silną dłoń, doszło do najdziwniejszego. Ręka zaczęła się kurczyć, a palce z sekundy na sekundę stawały się mniej owłosione i smuklejsze. Zdziwiony, podniósł wzrok i zobaczył, że twarz napastnika również zaczęła się zmieniać...
– Weź ich uspokój – powiedział Teddy[4], kiwając głową na Morrisona i Scorpiusa.
– Zostaw go! – Morrison przyjął postawę bojową.
Chcąc uspokoić znerwicowanych przyjaciół, Albus przestał się szamotać, a Lupin, wyczuwając brak sprzeciwu, momentalnie go wypuścił.
– W porządku, w porządku! To znajomy.
– Na pewno...? – zapytał Scorpius, w pełni przygotowany do ataku.
– Jestem przyjacielem rodziny – powiedział kokieteryjnie metamorfomag, wyciągając własną różdżkę. – Skoro problem rozwiązany, możecie się odczepić.
– Spokój, przestańcie! – Krzyk przyniósł oczekiwane rezultaty. Ślizgoni rozluźnili pięści, a Albus odwrócił się do Teddy’ego i wymusił na nim opuszczenie różdżki. Mimowolnie się zastanowił, dlaczego w sprawie porwania nie interweniował żaden sklepikarz, czy też przechodzień, ale potem uświadomił sobie, że klucząc pomiędzy bocznymi alejkami, zawędrowali całkiem daleko; zostali również wciągnięci do mało uczęszczanego miejsca.
Zawahawszy się, przyjaciele rzeczywiście się uspokoili. Scorpius trochę się rozluźnił, a Morrison wziął głęboki oddech i przestał spinać mięśnie. Albus odwrócił się do Lupina. Chłopak wyglądał niemal identycznie jak ostatnio – zmienił tylko kolor włosów na jasnobrązowy, by pasowały mu do oczu. Mimo że zazwyczaj był przyjaźnie nastawiony, teraz sprawiał wrażenie rozzłoszczonego.
– Potrzebujemy chwili na osobności – powiedział do kumpli, a w środku zżerała go ciekawość, dlaczego Teddy pofatygował się do Hogsmeade.
– Słucham? Żartujesz, prawda? Mamy zostawić cię samego z podejrzanym typkiem? – zapytał z niedowierzaniem Scorpius.
Albus rozejrzał się po okolicy i dłużej zawiesił wzrok na sklepie z piórami.
– Po prostu wpadnijcie na moment do Scribenshafta. Jest po drugiej stronie ulicy. – Wskazał budynek dłonią. – Naprawdę wystarczy nam kilka minut.
– Jesteś pewien? – Morrison zmarszczył brwi, wciąż sondując zachowanie nieznajomego.
Albus skinął głową.
– Oczywiście, za chwilę do was dołączę – dodał uspokajająco.
Wciąż nie do końca przekonanymi, ślizgoni rzeczywiście zostawili go samego. W drodze do sklepu obejrzeli się kilka razy przez ramię. Musieli być naprawdę zmartwieni rzekomym porwaniem oraz chcieli się upewnić, że naprawdę nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Kiedy zniknęli w środku, Albus natychmiast naskoczył na metamorfomaga.
– Co tutaj robisz? – zażądał, ale Teddy, zamiast odpowiedzieć na pytanie, uniósł dłoń i palnął go w tył głowy. – Ała, to bolało!
– Bo miało zaboleć, dzieciaku. Czemu się szwendasz po Hogsmeade?
– Nie rozumiem. O co chodzi...?
– Masz problemy ze składaniem liter w zdania? Zapomniałeś, w jaki sposób się czyta? W ogóle nie powinieneś być w wiosce!
– Niby kto tak mówi? – zapytał z niedowierzaniem.
– W mniej więcej pięćdziesięciu listach twoi rodzice! – warknął Teddy i dopiero teraz schował swoją różdżkę.
Coś nieprzyjemnego osiadło Albusowi na żołądku. A więc taka była treść listów...
– Ciągle do ciebie wypisują! – kontynuował Lupin. – Po tylu błaganiach, żebyś się odezwał, powinieneś okazać przynajmniej odrobinę szacunku. Niekiedy trzeba zachować się przyzwoicie i naskrobać staruszkom choćby kilka słów.
– Och, nie wiedziałem. Nie czytałem tych listów...
Teddy jęknął głośno i wymamrotał parę przekleństw. Zdanie, które powiedział potem, nie było zabarwione złością.
– Posłuchaj mnie bardzo uważnie, Albusie – powiedział poważnym tonem. – Grozi ci niebezpieczeństwo.
– Co takiego? Znowu? – Niemal przewrócił oczami. Stara śpiewka w nowej odsłonie.
Lupin rzucił mu zaciekawione spojrzenie.
– Nigdy nie lekceważ potencjalnego zagrożenia – pouczył. – Twoi rodzice zdecydowali się wysłać ci ostrzeżenie w formie listu, bo zwyczajnie nie było innego bezpiecznego sposobu. Nie chcieli angażować grona pedagogicznego w obawie, że nauczycielka eliksirów zacznie węszyć.
– No dobrze, a grozi mi to wielkie niebezpieczeństwie? – zapytał chytrze.
Teddy westchnął ciężko.
– Gdybyś czytał te cholerne listy, to wiedziałbyś, że twoja głowa jest w cenie!
Albus zamarł w miejscu.
– W cenie...? – Że jak...? Co on właśnie powiedział...?
– Została wystawiona nagroda za twoją głowę – powtórzył cierpliwie metamorfomag. – Ktoś koniecznie chce widzieć cię martwego.
Nie mogąc sformułować dłuższego zdania, zwyczajnie się zagapił.
– Co...?
– Jestem tu na prośbę twoich rodziców. Miałem cię pilnować na wypadek, jakbyś się jednak pojawił w wiosce lub upewnić się, czy siedzisz grzecznie w szkole! Jeżeli mam być szczery, to nawet mi do głowy nie przyszło, że jesteś uparty niczym osioł i zignorujesz wszystkie ostrzeżenia. Nie przypuszczałem, że chcesz robić za chodzącą tarczę...
– Przecież powiedziałem, że o niczym nie wiedziałem! – krzyknął, prawie powalony na kolana przez zawroty głowy. Ktoś chciał się go pozbyć. Z drugiej strony nie powinien być tym bardzo zaskoczony. Czy ostatnio cokolwiek szło dobrze...? – Kto wystawił nagrodę? Naprawdę jest cena...? – wyjąkał, oszołomiony odkryciem, po czym roześmiał się nerwowo. Co za niedorzeczny pomysł. Mógł się założyć, że to jego ojciec, na bazie kilku bezpodstawnych informacji, wyskoczył z równie nietrafionym przypuszczeniem. – Skoro chcą mnie sprzątnąć, to dlaczego wciąż jestem żywy? – zapytał na poważnie. – Kto dokładnie wystawił zlecenie?
Teddy zmarszczył brwi – najwyraźniej nie spodziewał się, że będzie musiał cokolwiek wyjaśniać.
– Nagroda nie jest dla zwyczajnych ludzi, bałwanie – powiedział po chwili. – Są nią zainteresowani głównie renegaci.
Albus uniósł brwi ze zdziwienia.
– Co takiego?
– Cóż, renegaci – powtórzył z uporem maniaka Lupin. – Waddlesworth wyznaczył za ciebie naprawdę wysoką cenę.
– To niemożliwe! – krzyknął, szczerze przekonany do swojej racji. Wykluczone. Absolutnie wykluczone...
– Czego niby oczekiwałeś? Nie wiemy, z jakiego powodu zapragnął twojej śmierci – kontynuował chłodno Teddy. – Nagrodą jest całkiem ładna sumka i, co ważniejsze, licząca się obietnica. Ktokolwiek cię sprzątnie, zyska wysoką pozycję w szeregach Wybawczego Aliansu Różdżek.
Albus potrząsnął głową. Nie wierzył własnym uszom. Jak to w ogóle możliwe? Warren był taki miły...
– Posłuchaj mnie, młody. Nie każdy renegat jest członkiem Aliansu. Jeżeli jest nowicjuszem, musi zaczynać od zera, a czołowe miejsce w znanej i podziwianej organizacji jest naprawdę kuszące. W magicznym społeczeństwie jest dużo renegatów, co znaczy, że wielu czarodziejów będzie na ciebie polować. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wielkie miałeś szczęście, że nie natknąłeś się na żadnego w Hogsmeade.
– Nie rozumiem, bo przecież renegaci... łapią tylko mrocznych czarodziejów, prawda? – zapytał, zdezorientowany.
– Na ten moment to praktycznie żołnierze do wynajęcia albo najemnicy, chowający się za zasłoną złożonej moralności – powiedział z goryczą Lupin. – Waddlesworth głosi, że jesteś zły i jako syn Harry’ego Pottera, o którym teraz jest głośno, musisz umrzeć. Jego poplecznicy nie są obdarzeni wybitną mądrością i niedużo rozumieją, ale niczego nie uznają za pewniaka. I wtem Waddlesworth oferuje za ciebie ciężką sakiewkę złota i miejsce przy stole obok siebie. To nadaje życiu sens. Twoja śmierć w momencie przestaje być moralnie naganna. Renegaci odrzucają kodeks, którym się dotąd kierowali i pokazują prawdziwą twarz – pragnących chwały rabusi. Żaden członek Wybawczego Aliansu Różdżek nie może wykonać tego zadania, bo to byłoby zbyt podejrzane i zwróciłoby niechcianą uwagę. Osoba postronna z kolei to zupełnie inna sprawa – jest idealnym, nieświadomym gry pionkiem. Tak więc, podsumowując nasze rozważania: pierwszą rzeczą, jaką zaraz zrobisz, będzie opuszczenie tej brudnej, obskurnej uliczki, powrót do zamku i napisanie listu do swoich rodziców. Obiecaj im, że zostaniesz w Hogwarcie, czyli w miejscu, gdzie będziesz najbezpieczniejszy.
Chłopiec kiwnął głową.
– Odprowadzę cię – powiedział Teddy i zrobił coś strasznego – sięgnął po jego rękę.
– No przestań, przecież mogę wrócić samodzielnie. Żadne ze mnie dziecko – oznajmił twardo, robiąc krok w bok.
– To naprawdę cudowne, młody. – Lupin się roześmiał. – A teraz chodźmy.
Albus ani drgnął. Zerknął na sklep naprzeciwko, a pomysł automatycznie wpadł mu do głowy.
– Czekaj – powiedział. – Naprawdę nie mam dziesięciu lat, więc nie musisz traktować mnie jak dzieciątko. To wręcz nieprzyjemne, a trzymanie mnie za rękę będzie wyglądało, jakbym miał mniej niż pięć. Co powiesz na to, żebym wrócił do zamku z przyjaciółmi? Jakby nie patrzeć, przyszliśmy tu we trójkę... – powiedział poważnym tonem. – Pójdę do sklepu, a potem razem pomaszerujemy do Hogwartu. Ludzie wokół nie muszą widzieć, jak wracam z obstawą. Wszystko będzie w porządku. Żaden problem – dodał przekonująco.
Teddy przechylił głowę i rozważył pomysł.
– Chcę, żebyś ze swoimi przyjaciółmi poszedł prosto do zamku – powiedział po chwili namysłu, a ślizgon lekko się uśmiechnął, zadowolony z sukcesu. – Czy jest to jasne?
– Jak słońce – odpowiedział i się odwrócił. Gdy jednak miał zrobić pierwszy krok, poczuł szarpnięcie za kurtkę.
– Mówię poważnie, żadnych przechadzek. Masz iść najkrótszą drogą i pozostać w szkole, dopóki nie rozgryziemy tej sprawy – oznajmił Lupin.
– Dobrze, rozumiem. Wrócę do zamku.
Metamorfomag skinął głowę i w końcu go puścił. Albus opuścił ciemną uliczkę, ani razu nie oglądając się przez ramię. Chwilę potem spotkał się z przyjaciółmi u Scrivenhafta; w oczekiwaniu na jego przybycie, niemal przyciskali twarze do sklepowej szyby.
– Nagroda...? – zapytał Morrison, gdy opowiedział im całą historię. – Och, daj spokój. To jakaś wyssana z palca bzdura...
– Wiem – odpowiedział. – To co, Trzy Miotły?
Scorpius wyciągnął rękę, żeby go powstrzymać.
– Nie masz zamiaru wracać do szkoły? – zapytał, wyraźnie zmartwiony najnowszymi rewelacjami.
Albus parsknął i dyskretnie się rozejrzał. Teddy jest metamorfomagiem – mógł się przecież zaczaić gdzieś w pobliżu. Właśnie w takich sytuacjach umiejętność dowolnej zmiany wyglądu okazywała się nieoceniona, tak więc uznał, że nie należy prowokować do interwencji i nie podnosić niepotrzebnie głosu. Zdecydowanie nie chciał ryzykować podsłuchania rozmowy.
– Wystawienie nagrody za moją głowę to absurd – podsumował. – Mój ojciec ponownie wysnuł dziwny wniosek w oparciu o brak informacji. Jeśli Waddlesworth rzeczywiście pragnie się mnie pozbyć, nie zaatakuje pośrodku zatłoczonego Hogsmeade.
Scorpius spojrzał na niego przenikliwie, nawet nie zmarszczywszy brwi.
Albus odwzajemnił spojrzenie. Dziś jest wielki dzień, niezapomniana szansa – dzień, w którym Malfoy może poprawić swoje relacje z Rose, a on sam z Mirrą. W końcu mogli powtórzyć wycieczkę, która ostatnim razem nie skończyła się dobrze. Nie zamierzał rezygnować z perspektywy mile spędzonego czasu tylko i wyłącznie dlatego, że rodzice poszczuli go Teddym, by siedział na tyłku w zamku. W Hogsmeade otoczony był tłumem ludzi. Tak długo, jak nie będzie bezmyślnie biegał za przestępcami pokroju Fango Wilde’a, wróci do szkoły cały i zdrowy.
– Wiem, co robię – podsumował żywiołowo. – Idziemy do Trzech Mioteł, ale trochę pokrążymy w drodze, na wypadek gdyby mój ogon postanowił pobawić się w prywatnego detektywa...
Kręcili się więc po ulicach, mijając znajome twarze. W pobliżu nie było nikogo podejrzanego, a tym bardziej żadnego człowieka z twarzą przypominającą zwierzęcy pysk. Albus ostrożnie mieszał się z otoczeniem, by zgubić potencjalnych szpiegów swoich rodziców. Jeśli miał być szczery, to głowę wypełniały mu najróżniejsze scenariusze pościgu, a nie wiszące nad nim niebezpieczeństwo, ponieważ myśl o bezpodstawnym ataku na dziecko w miejscu po brzegi wypchanym dorosłymi czarodziejami była pozbawiona sensu.
Morrison i Scorpius co chwilę się oglądali, a gdy skrzyżowali z kimś przypadkowym spojrzenie, odwracali wzrok. Albus zaś wciąż roztrząsał temat – ludzie się go nie bali, a osoby, która mogła na niego polować, tak więc woleli nie stawać nikomu na drodze. Właściciele sklepów mieli rację, gdyż to, że szwendał się po wiosce, przysparzało im tylko kłopotów i źle wróżyło interesom.
Spacerowali jeszcze przez jakiś czas, pilnując, żeby nie zgubić orientacji w terenie. Zdecydowanie lepiej wiedzieć, gdzie się znajdują. W końcu Scorpius nie wytrzymał i powiedział, że wszyscy najprawdopodobniej siedzą już w Trzech Miotłach i na spokojnie popijają kremowe. Argumentował, że spóźnialstwo owszem, jest modne i czasem przynosi korzyści, ale nie chciałby całkowicie zaprzepaścić czasu przeznaczonego na zalecanie się do Rose. Albus rozumiał sytuację przyjaciela – Scorpius chciał dobrze wykorzystać swoją drugą szansę.
Ostatecznie zdecydowali, by dołączyć do reszty paczki. Kiedy wędrowali krętymi uliczkami Hogsmeade, ludzie wciąż ich omijali.
– Muszę przyznać, że utrzymywanie dystansu ma swoje zalety. Możemy poruszać się szybciej, bo ulice są mniej zatłoczone, niż zazwyczaj! – Uśmiechnął się Morrison, rzucając przyjaciołom znaczące spojrzenie.
– Grunt to pozytywne nastawienie – dodał Scorpius.
Gdy w zasięgu wzroku pojawiły się Trzy Miotły, Albus również się uśmiechnął. Niestety, nie weszli do środka, bowiem gdy byli całkiem niedaleko głównego wejścia, napotkali przeszkodę na drodze – ktoś znowu zacisnął dłoń na ramieniu Albusa.
Ślizgon jęknął, po czym odwrócił się rozgniewany. Szwendał się po Hogsmeade w pełni przekonany, że zgubił Teddy’ego. Zamiast z rozgniewanym Lupinem, stanął jednak twarzą w twarz z Młotem.
– Pan Waddlesworth nalega na spotkanie – powiedział ostro mężczyzna, dokładnie tym samym tonem, co ostatnim razem.
Albusowi natychmiast zmiękły nogi, przez co odniósł wrażenie, iż powoli zamienia się w rozchwianą galaretę. Scorpius i Morrison przystanęli w miejscu, wyglądając na przerażonych obrotem sytuacji, podczas gdy okoliczni czarodzieje z początku mamrotali coś pod nosem, kiedy nieliczni podnosili głos, a potem utworzyli okrąg, żeby swobodnie obserwować rozwój wydarzeń.
– Ee, właśnie... miałem wejść do środka... – wydukał z nadzieją, że serce nie wyskoczy mu z piersi i nie zacznie galopować ulicą w zupełnie przeciwną stronę.
– Pan Waddlesworth nalega na spotkanie. – Młot był nieugięty i nie zamierzał się patyczkować. Aby podkreślić swoją przewagę, mocniej ścisnął ramię dziecka. – Nie masz żadnych kłopotów – dodał twardo.
Albus rozważył wszystkie opcje. Walka czy taktyczny odwrót nie wchodziły w grę, bo Zydrunas był potężnym czarodziejem, a ucieczka była niewykonalna. Zdecydował się więc na zrobienie gniewnej miny.
– Nie mam ochoty na to spotkanie – powiedział z przekonaniem.
Młot obnażył zęby i właśnie w tym momencie ślizgon zdał sobie sprawę, z kim naprawdę ma do czynienia. Groźna postawa sprawiła, że napastnik natychmiast upodobnił się do człowieka, który we wspomnieniu torturował niewinnego mężczyznę i małą dziewczynkę, a potem z łatwością odebrał życie. Wtem uderzyła w Albusa myśl, że przecież Waddlesworth nie posłałby do domu zdrajcy mało zaufanych podwładnych, a więc Młot musiał maczać palce w zabójstwie Fairharta. Serce automatycznie zabiło mu szybciej. Mimo że na dworze było chłodno, miał wrażenie, że gorączkuje.
– Pan Waddlesworth nie chce naciskać, ale bardzo mu zależy na spotkaniu – powtórzył osiłek, jakby inaczej dobre słowa mogły cokolwiek zmienić.
– Nie, odmawiam – odpowiedział ostro, próbując wyszarpnąć ramię z uścisku. Nawet nie drgnęło, gdyż Młot był zbyt silny. – Nie wrócę tam...
– Albus nigdzie z tobą nie pójdzie, kolego! – Morrison wyciągnął przed siebie pięść, sprawiając wrażenie gotowego do ataku, zaś Scorpius po raz drugi w przeciągu zaledwie pół godziny, wyciągnął swoją różdżkę i wycelował w napastnika.
Renegat wbił w nich paskudne spojrzenie.
– To nie wasza sprawa – stwierdził powoli, nawet nie zauważając, że chłopiec, którego przytrzymywał w miejscu, próbował wyrwać się z jego uścisku.
Albus szybko rozejrzał się wokół. W okręgu znajdowali się dorośli czarodzieje, starcy, dzieci oraz kilka młodych kobiet. Wszyscy, z zapartym tchem, stali i patrzyli. Nikt nie ruszył z odsieczą. Gapili się tak samo, jak renegaci ze wspomnienia...
Nikt mi nie pomoże, a pomoc nie nadejdzie, podsumował. Muszę jakoś sobie poradzić. Gdybym tylko mógł sięgnąć po różdżkę...
Morrison najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, bo nie kłopocząc się wyciągnięciem swojego oręża, z zaskakującą odwagą rzucił się do przodu i zaatakował Młota, na co tłum gapiów sapnął z wrażenia. Napastnik nie był dla Zydrunasa problemem. Mimo wzrostu i masy ciała Vincenta złapał go wolną ręką i odrzucił na pewną odległość niczym szmacianą lalkę.
– Morrison!
Przez opuszki palców Albusa przebiegła ta dziwaczna energia, już drugi raz w tym miesiącu. Opadł na kolana, ale nie z powodu siły Młota, a z wyczerpania. Scorpius coś krzyczał i być może nawet groził rzuceniem klątwy, ale jego głos jakby dochodził z bardzo daleka.
Skóra zaczęła go mrowić, a uszy wypełniło charakterystyczne brzęczenie. Widok upadającego na ziemię Morrisona coś w nim zmienił. Zamknął mocno oczy i poprzez ciemne rzęsy zobaczył złoty błysk. Nie wiedział nawet, o czym myślał i w gruncie rzeczy ograniczył się do wychwytywania urywanych głosów. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mu myśl, że Młot zaraz go puści. Wiedział, że tak się stanie. Wkrótce facet nie będzie miał rąk, aby kogokolwiek przytrzymywać w miejscu...
– Co się tutaj wyprawia? – zagrzmiał jakiś dziwnie znajomy głos, na który Albus zareagował – otworzył oczy i z ledwością stanął na nogach.
W tłumie stał Hagrid. Ciało gajowego było napięte, włosy splątane, a czarne oczy błyszczały niebezpiecznie. Półolbrzym rzucił szybkie spojrzenie na zagrożonego podopiecznego, którego palce wciąż desperacko próbowały odciągnąć te należące do renegata, potem na leżącego na ziemi Morrisona i na czekającego w pogotowiu Scorpiusa. Gdy zorientował się w sytuacji, zrobił krok do przodu i wyciągnął przed siebie palec wskazujący.
– Puść go! – ryknął na napastnika.
Oddech Albusa przyspieszył, podczas gdy Młot nie wyglądał na przestraszonego; nawet nie wziął sobie do serca tych słów.
– Słyszałeś mnie? – krzyknął nauczyciel. – Powiedziałem, żebyś go puścił!
Zydrunas rzucił mu leniwe spojrzenie, po czym ostentacyjnie odwrócił głowę, najwyraźniej uważając krzyczącego mężczyznę za niewartego swojego czasu. Swoją uwagę skoncentrował ponownie na Albusie, mocniej zaciskając swoją rękę na ramieniu chłopca.
– Pan Waddlesworth nalega...
Hagrid nie czekał, po prostu ruszył do przodu i w przeciwieństwie do Morrisona, jego nie dało się tak łatwo odepchnąć na bok. Gdy wyciągnął do przodu rękę, ślizgon był pewien, że złapie go za drugie ramię i był bardzo zaskoczony, gdy przyjaciel chwycił wolną rękę Młota. Ścisnął ją tak mocno, że po ulicy rozszedł się dźwięk zgrzytających o siebie kości. Zydrunas poróżowiał, a tłum sapnął z wrażenia.
– Nie puszczę, dopóki ty nie puścisz jego – powiedział cicho gajowy. – Uwierz, nie chcesz, żebym mocniej se ścisnął.
Czarodziej nie odpowiedział, w zamian rzucając mu rozgniewane spojrzenie. Zdecydowanie odmawiał przyznania się do odczuwanego cierpienia. Albus zaczął główkować nad sytuacją Młota. Z jednej strony, Waddlesworth zapewne wydał mu bezpośredni rozkaz przyprowadzenia celu do siedziby Wybawczego Aliansu Różdżek. Z drugiej jednak, dwukrotnie od niego większy i trzykrotnie silniejszy człowiek, miażdżył mu rękę bez najmniejszego wysiłku. Mimo to nawet będąc w potrzasku, zacisnął zęby, ale nie poluzował uchwytu.
Hagrid westchnął.
– Czyli po mojemu. – Napiąwszy mięśnie, co było nawet widoczne przez ciężki płaszcz, zacisnął dłoń jeszcze mocniej. Albus usłyszał chrzęst łamania kości, podczas gdy Młot zawył z bólu i momentalnie go puścił. Nauczyciel tylko na to czekał, bo od razu uwolnił pogruchotane ramię mężczyzny.
Zydrunas ponownie wydał z siebie ochrypły okrzyk, po czym upadł na kolana. Wolną ręką automatycznie przytulił do piersi sponiewieraną rękę. Wszystkie palce jego dłoni były odchylone w nienaturalny sposób, zaś kciuk całkowicie wygięty w drugą stronę. Hagrid ścisnął go tak mocno, że skóra czarodzieja pękła, pozostawiając na jego dłoni krwawy ślad. Albus stanął za gajowym i razem pomogli Morrisonowi wstać. Gdy tylko to zrobili, półolbrzym wykonał jeszcze jeden ruch – uderzył Młota prosto w twarz. Nawet będąc przykurczonym, wciąż potrafił wykrzesać z siebie dużo siły.
– Lepiej mnie posłuchaj – powiedział ściszonym głosem. – Wiem, kim jesteś. Piła, Narzędzie, albo ciutka podobnie. Jesteś psiną Waddleswortha. Nie lubię cię. Pójdziesz se i powiesz swojemu szefowi, że jeśli chce dorwać którekolwiek z dzieci Harry’ego Pottera, musi wysłać kogoś silniejszego. Typa, który zdoła mnie powalić. To nie będzie łatwe.
Młot rzucił mu zirytowane spojrzenie, wciąż przytulając do klatki piersiowej zakrwawioną rękę. Wyglądał na rozgniewanego.
– Następnym razem, gdy go spróbujesz skrzywdzić – kontynuował półolbrzym, wskazując głową na Albusa – skończysz w Azkabanie. Gdy dojdzie do najgorszego, będę w sąsiedniej celi. Kapujesz? – Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, chwycił oburącz jego łysą głowę, niemalże postawiwszy go z powrotem na nogi. – ZROZUMIAŁEŚ?
Młot gwałtownie przytaknął, więc został wypuszczony z uścisku. Upadł na ziemię, gdzie wylądował na plecach i zajęczał głośno. Hagrid stracił nim zainteresowanie i skupił się całkowicie na oniemiałym Albusie. Złapał go, aby przypadkiem nie uciekł, a potem zaczął przepychać się przez tłum gapiów, którzy rozmawiali pomiędzy sobą z podnieceniem, patrząc na pokonanego czarodzieja.
– Dzięki za pomoc, Hag... – Ślizgon nie zdążył skończyć zdania, bo gdy tylko znaleźli się w mniej zatłoczonym miejscu, półolbrzym odwrócił się do niego gwałtownie i zaczął krzyczeć.
– Głupiś, przychodząc do Hogsmeade! – Był bardzo zły.
– Przepraszam, przykro mi! – powiedział. – Nie wiedziałem, naprawdę...
– Chodź, nie gadaj. – Prawdę powiedziawszy, jego uchwyt nie był lżejszy od tego Młota. – Idziom do zamku.
– Hagridzie, poczekaj! – oponował Albus. Gdy się odwrócił, zobaczył, że Scorpius i Morrison przeciskali się przez tłum, najprawdopodobniej wracając za nimi do szkoły. W oknach Trzech Mioteł stała grupka, do której mieli dołączyć. Eckley śmiał się głośno, patrząc na przedstawienie z rozbawieniem, zaś Mirra wyglądała na zdezorientowaną. – Proszę, poczekaj dosłownie chwileczkę... – poprosił, próbując się odsunąć.
Hagrid nie odpowiedział, nawet na chwilę nie zwolniwszy kroku.
[1] Niuchacz (z ang.: niffler) – zwierzątko wykorzystywane często przez goblinów do poszukiwania ukrytych skarbów. Z wyglądu przypomina krzyżówkę dziobaka i kreta. Niuchacze są bardzo łagodne i przymilne, ale zalecane jest, żeby nie trzymać ich w domu. W poszukiwaniu błyskotek potrafią zdemolować całe mieszkanie. Swoje zdobycze chowają do bardzo pojemnej skórnej torby na brzuchu. W „Harrym Potterze...” Hagrid także przeprowadził podobną lekcję na czwartym roku, a zwycięski niuchacz należał do Rona. W piątej książce serii Lee Jordan podrzucił jednego Dolores Umbridge, za co na wizytacji poniekąd oberwał Hagrid. W filmowym sequelu niuchacz Newta Skamandera okradł klientów Gringotta, wszedł do skarbca i włamał się do sklepu jubilerskiego
[2] Złoto Leprokonusów – substancja zaskakująco podobna do złota, chociaż nie równie trwała – znika po kilku godzinach. Wytwarzana jest przez Leprokonusów, zwanych także Klaurikronami – magiczne zwierzęta wyglądem przypominające małe ludziki ubrane na zielono (mają od piętnastu do sześćdziesięciu centymetrów wzrostu). Wielu z nich nosi brodę lub pali fajkę. Zazwyczaj są przyjaźnie nastawione do czarodziejów. Leprokonusy miały swój debiut w czwartej części cyklu – były irlandzką maskotką podczas mistrzostw świata w quidditchu
[3] Eliksir spokoju (z ang.: Draught of Peace) – mikstura łagodząca niepokój i nadmierne pobudzenie. Jest bardzo trudna do uwarzenia, a w trakcie wydziela kłęby srebrnej pary. Eliksir trzeba przygotowywać z wielką ostrożnością przy odmierzaniu składników – jeden błąd może powodować śpiączkę, z której można się nie wybudzić. Normalnie wywołuje głęboki sen. Często występuje na SUM’ach. Miał swój debiut w „Harrym Potterze i Zakonie Feniksa”, kiedy to główny bohater oryginalnej sagi zapomniał dodać syropu, przez co eliksir zmienił kolor swojej pary. Severus Snape opróżnił wtedy jego kociołek zaklęciem, przez co Harry nie dostał żadnej oceny
[4] Błąd merytoryczny. Vekin zapomniał, że Scorpius i Teddy poznali się w rezydencji Potterów, stąd Malfoy nie rozpoznał napastnika. Na potrzeby opowiadania można przyjąć wytłumaczenie, iż Lupin podczas spotkania w alejce i w święta wyglądał tak samo, a podczas pamiętnych wakacji przybrał inny wygląd. Ot, magia i metamofromagia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz