08 grudnia 2022

6. BAZGROLENIE

Albus był tak wściekły na podniosłe powitalne kłamstwa Puckerda, że ledwo zarejestrował swoją podróż do dormitorium. Ominęła go także nieobecność Scorpiusa, który oprowadzał pierwszorocznych po Lochach. Jego ostatnią świadomą myślą było to, że Mirra nie dotrzymała złożonej mu obietnicy i nie spotkali się dzisiaj ponownie. Z całą pewnością kolejny dzień przyniesie więcej poważniejszych zmartwień.

Z łóżka wyszedł niechętnie, szeroko ziewnął i przebrnął przed tor przeszkód złożony z porozrzucanych na podłodze przedmiotów i niedbale zostawionych kufrów. Dormitorium i pokój wspólny były puste. Pięć minut później cały rozczochrany i zirytowany usiadł w Wielkiej Sali.

— Jak bardzo jestem spóźniony? — spytał Morrisona, który wyglądał, jakby czekał go cudowny dzień.

Przyjaciel upił łyk soku pomarańczowego, zanim odpowiedział.

— Nijak. Rozdali nam plany zajęć, ale śniadanie wciąż się nie skończyło. W drodze możesz zjeść sobie kilka tostów.

Nie przejmując się jedzeniem, Albus wziął do ręki swój harmonogram i przestudiował go uważnie. Poniedziałki były dziwne. Z samego rana miał niezwykle trudną transmutację, a potem stosunkowo łatwe zaklęcia; popołudniowymi zajęciami były podwójne eliksiry. Zamrugał, gdy zauważył taką samą dwugodzinną nietypowość także w środę i w piątek.

— Podwójne eliksiry trzy razy w tygodniu! — oznajmił, zdumiony. — Nigdy wcześniej tak nie mieliśmy. Zawsze były tylko raz!

Morrison wzruszył ramionami.

— Powtórzyłeś moje słowa, stary.

Albus spojrzał na Scorpiusa, który jak dotąd nie odezwał się jeszcze słowem i dopiero wtedy do niego dotarło, że o kielich blondyna oparty jest jakiś podręcznik.

— Normalnie niemożliwe, żebyś już się uczył… — Potrząsnął przecząco głową.

— Obowiązki prefekta plus quidditch równa się mniej czasu wolnego na jedną z najważniejszych klas — odpowiedział mechanicznie Scorpius, nie wyściubiając nosa zza książki. — Co więcej, od tej pory posiłki są dla mnie dodatkowym czasem na naukę. Nie mogę doczekać się lunchu — dodał zwyczajnym tonem.

— A co mamy w menu? — zapytał Morrison. — Coś nudnego, czy coś trudnego?

Do uszu Albusa dobiegł cichy chichot i gdy odwrócił głowę, ze zdziwieniem zarejestrował, że najwyraźniej nie siedzieli tylko we trójkę. Naprzeciwko Vincenta siedziała rozpromieniona Melonie. Morrison wyszczerzył do niej zęby.

Ten słodki moment został przerwany przez donośne buczenie, gwizdy i dziwaczny hałas, który zazwyczaj miał miejsce tylko na boisku do quidditcha. Minęło dużo czasu, odkąd James po raz ostatni maszerował ku stołowi Slytherinu…

Potencjalnym samobójcą nie był James, a inny gryfon. Mijając rozgniewanych i zdegustowanych ślizgonów, wydających z siebie nieludzkie wręcz dźwięki, z dumnie wypiętą klatką piersiową maszerowała Mirra, zupełnie się tym wszystkim nie przejmując — była zdeterminowana. W pewnym momencie jednak odwróciła się i błysnęła swoją srebrną odznaką, co sprawiło, że buczenie zmieniło się w mamrotanie pod nosem i ciche marudzenie o przynależności domowej.

— Dzień dobry! — powiedziała radośnie.

— Dobry — odpowiedział potulnie Albus.

— Przepraszam, że nie dogoniłam cię wczoraj. — Uśmiechnęła się, przechodząc od razu do sedna sprawy.

— Nie przejmuj się tym. — Machnął dłonią.

— Cóż. — Wyciągnęła swój plan zajęć. — Mamy eliksiry trzy razy w tygodniu! — Zabłyszczały jej oczy.

Wyglądała na tak szczęśliwą, że instynktownie poczuł, iż nie ma to nic wspólnego z nauką, a ze wspólnym spędzaniem czasu. Jakby na to nie spojrzeć, eliksiry były jednym z nielicznych przedmiotów, w których nie radziła sobie za dobrze.

— Myślisz, że mamy jakąś szansę na partnerowanie? Ten facet, Puckerd, nie wydaje się nawet w połowie tak zły, jak Blackwood.

Albus nie otrzymał żadnej wiadomości ze strony Idy Blackwood od czasu słynnej Masakry w Hogsmeade — nie, żeby w ogóle planował jakieś spotkanie. Nie był pewien, czy kobieta w ogóle żyje, czy nie jest przypadkiem ranna i potrzebuje pomocy, a nawet czy Wybawczy Alians Różdżek już jej nie dopadło. Tak czy inaczej, wziął sobie jej osobę do serca. Nieważne, jaką była okropną nauczycielką, uratowała mu życie.

Mirra nie miała o tym najmniejszego pojęcia, dlatego też Albus zdecydował się na atak na Puckerda.

— Och, będzie gorszy, zaufaj mi. — Pozwolił, by jego twarz przybrała okropny grymas. — Tata już mi o nim co nieco powiedział.

— Naprawdę? — Gryfonka uniosła brew i dopiero teraz zajęła miejsce przy stole. Ten ruch przepełnił kielich goryczy, bo ślizgoni na nowo się ożywili i zewsząd dało się słyszeć szydercze parsknięcia. O dziwo, zainterweniował kto inny.

— Hej! — Sfrustrowany Scorpius wstał tak gwałtownie, że książka spadła mu na ziemię. — Jestem prefektem i próbuję się uczyć. Zamknąć się!

Głos Malfoya był tak władczy i rozgniewany, że umilkli nawet starsi uczniowie. Szóstoroczny prefekt otworzył usta, żeby rzucić ciętą ripostę, ale zmienił zdanie i posłusznie spuścił głowę.

— Dzięki, stary — powiedział do przyjaciela Albus, kiedy ten z powrotem usiadł na swoim miejscu. Scorpius chrząknął niezobowiązująco, dając tym samym znak, że usłyszał podziękowania i przyjął je, po czym podniósł upuszczoną lekturę i wrócił do jej studiowania. Al uśmiechnął się i odwrócił z powrotem do Mirry, ale właśnie wtedy zadzwonił dzwonek.

— Muszę się zbierać! — oznajmiła szybko dziewczyna. — Pierwsze mam zielarstwo. Słyszałam, że zajęcia będą w cieplarni numer cztery.

— Poczekaj chwilkę, tylko ci wytłu…

Mirra nie spełniła prośby. Pochyliła się i pocałowała Albusa w policzek tak szybko, że mało kto to w ogóle zauważył, po czym popędziła do wyjścia z Wielkiej Sali razem ze zielono–srebrnym tłumem. Chłopiec ciężko westchnął i chwycił swoją torbę.

W ciągu kilku minut znalazł się w praktycznie najmniej lubianej sali lekcyjnej.

Profesor Bellinger była świetną nauczycielką, ale Albus nieszczególnie dobrze radził sobie na jej lekcjach. Z transmutacją męczył się od pierwszego roku nauki, a piąta klasa była tym rokiem, którego najbardziej się obawiał. Nie dość, że będzie musiał mierzyć się z o wiele cięższymi zadaniami, to też będzie musiał powtarzać porażki poprzednich lat.

Naturalnie, końcoworoczne egzaminy były pierwszym tematem, który poruszyła pani profesor, nawet nie próbując ich uspokoić.

— SUMy — powiedziała stanowczo w chwili, gdy wszyscy się wyciszyli. — Bez wątpienia najtrudniejszy i najważniejszy test w waszej dotychczasowej naukowej karierze. Słodzenie waszym umiejętnością i rozpieszczanie słabszych niewiele wam teraz pomogą, dlatego też chcę głośno i wyraźnie zaznaczyć, że są w tej klasie tacy, których szanse przechylają się na niekorzyść. Jedynym istotnym pocieszeniem może być to, że jak dotąd nie widziałam, żeby ciężka praca skutkowała niezdaniem egzaminu. Mając to na uwadze… niepodejmowanie wysiłku prowadzi do nieosiągnięcia celu.

Uczniowie skrzywili się, choć najprawdopodobniej rzeczywiście niewielu wzięło sobie te słowa do serca tak jak Albus. Wszystko wskazywało na to, że dla tych, którzy nie radzili sobie najlepiej, poprawienie się w transmutacji właśnie stało się najważniejszym celem życiowym następnych kilku miesięcy.

— Zaczniemy dzisiaj coś zupełnie nowego, choć wciąż podstawowego; zaczniemy od czegoś elementarnego. Jak dotąd nauczyliście się transmutować rzeczy o tym samym składzie chemicznym; w prawdziwym świecie nie zawsze macie taką możliwość. Spójrzcie na stojące przed wami drewniane biurko. Pod koniec lekcji oczekuję od was, żebyście przemienili go w solidny kawał żelaza. — Omiotła spojrzeniem przestraszoną klasę. — Strona trzydzieści siedem. Jeśli będziecie potrzebowali pomocy, podnieście rękę…

Jak się okazało, wielu uczniów wymagało dalszego instruktażu. Scorpius, prawie że najlepszy student, zmagał się z tym zadaniem tak bardzo, że posunął się nawet do wyciągnięcia z torby zeszłorocznej kupy materiałów i szukania w nich potrzebnych informacji. Morrison roześmiał się, widząc jego nadludzkie wysiłki, a potem rzucił lekko uszczypliwą uwagę, żeby blondyn trochę przystopował, bo od jego zapału drewno zaczyna się palić. Albus był w najgorszej z możliwych sytuacji. Pomimo wszystkich prób, jakie podjął, biurko wciąż było w tym samym stanie. W końcu i profesor Bellinger zmarszczyła na to brwi.

— Nawet najmniejszej zmiany, panie Potter?

Szybko wyjaśnił przyczynę daremności swojej pracy, a kobieta pokręciła przecząco głową i schyliła się, by rzucić trochę światła na problem.

— Wszystko zależy od koncentracji. — Przykucnęła, żeby dokładniej obejrzeć biurko.

— Jestem skoncentrowany — odpowiedział poważnie.

— Na czym?

— Na stoliku!

— Naprawdę? — wyszeptała tajemniczo. — Na której jego części? Nogach? Blacie? Boku? Biurko nie jest pojedynczym obiektem. Spróbuj skupiać się na poszczególnych częściach drewna i zobacz, gdzie doprowadzi cię taka taktyka.

Albus posłusznie pokiwał głową, ale miał niejasne przeczucie, że donikąd. Nauczycielka wydawała się czytać mu w myślach.

— Wiem, że masz problemy z tym przedmiotem. — Zmarszczyła brwi. — Ciężka praca zawsze popłaci, tak samo, jak proszenie o pomoc w razie potrzeby. Jedno i drugie jest w zasięgu twojej ręki.

Ponownie skinął głową, a potem podskoczył w miejscu, gdy rozległ się potężny trzask i biurko innego ucznia przemieniło się w stos drzazg. Pani profesor szybko pospieszyła w tamtym kierunku. Zacisnąwszy usta, Albus wrócił do swojej pracy, próbując dostosować się do wskazówek nauczycielki, ale nic się nie wydarzyło. Wychodząc z klasy, obejrzał się jeszcze przez ramię i odniósł wrażenie, że jedna noga od stołu błyszczy się bardziej od pozostałych.

W chwili, gdy znalazł się na korytarzu, podszedł do niego — sprawiający wrażenie pierwszorocznego — ślizgon z pewnym siebie uśmiechem na twarzy.

— Słyszałem, że jesteś kapitanem quidditcha — zagaił.

— Tak — potwierdził Albus, nie poświęcając mu za dużo uwagi. Chciał jak najszybciej dotrzeć na następne zajęcia z nadzieją, że szybko miną. Ominął śniadanie i nie mógł się doczekać przerwy obiadowej.

Nieznajomy chłopiec wyciągnął ku niemu rękę.

— Rodney Goode, latam całe ży…

— Och, super — odpowiedział, zszokowany zuchwałością pierwszaka i unikając uścisku dłoni. — Muszę gnać na zaklęcia. Pogadamy później. — Wyminął go.

Morrison zachichotał.

— Co wy wszyscy dzisiaj tacy nerwowi?

— Nieprawda. Jestem po prostu głodny.

Niepełny brzuch był trywialnym problemem. Chociaż następne zajęcia nie były szczególnie daleko, dotarcie do nich zajęło sporo czasu. Co kilka chwil był zatrzymywany przez najróżniejszych uczniów — zazwyczaj podekscytowanych drugorocznych lub zdenerwowanych pierwszorocznych — chcących potwierdzić jego tożsamość jako kapitana Slytherinu. Prawdziwym problemem okazał się brak szerszej perspektywy w zeszłym roku. Myśl ta uderzyła w niego niczym tłuczek. Ślizgońska drużyna quidditcha była dobrym zespołem, owszem, ale składała się głównie ze starszych, doświadczonych graczy. Wszyscy regularni — nie wliczając Albusa i Scorpiusa — ukończyli już szkołę.

— Nie opuszczaj drużyny, stary — powiedział błagalnie Malfoy, kiedy usiedli na zaklęciach. — Gdy to zrobisz, zostanę kapitanem, a mam już masę obowiązków na głowie i…

— Niczego takiego nie planuję! — syknął. — Trzeba zwyczajnie wcześniej ustalić wcześniejszy termin naboru, żeby na czas skompletować odpowiednią grupę…

Profesor Flitwick, podobnie jak Bellinger, rozpoczął wykład od długiego wstępu na temat końcoworocznych egzaminów.

— Ważne jest dostrzeżenie różnicy między wysiłkiem a wytrwałością! Zaklęcia mogą być podstępną dziedziną magii — precyzyjniejszą od pozostałych, ale nie mniej trudną — i aby osiągnąć standard owutemów, musicie znać temat od podszewki! Wyniki waszych egzaminów będą wpływać na dalszą naukę, która z kolei zbierze swoje żniwa w życiu zawodowym! Miejcie to na uwadze, gdy będziecie robić notatki…

Zaklęcia zawsze były kombinacją zarówno różdżek, jak i piór, ale dzisiaj był wyjątek. Uczniowie całą lekcję poświęcili na przepisywanie informacji z tablicy. Flitwick co jakiś czas wykrzykiwał głośniej co poniektóre nazwy lub pokazywał uroki, ale ogółem były to nie tylko łatwe, ale także przeraźliwie nudne zajęcia. Gdy zadzwonił dzwonek, Albus z głośnym westchnieniem ulgi opuścił klasę, mając zapisane wąskim pismem ponad dwie stopy pergaminu.

— Flitwick ewidentnie chce, byśmy czuli się jak w domu. — Morrison ziewnął w chwili, kiedy weszli do Wielkiej Sali. — Przepisywać z tablicy to ja mogę zawsze.

— Mi się nie podobało — powiedział zajadle Scorpius. — Już wcześniej przepisałem sobie tamte definicje. W rzeczywistości straciłem dzień.

— Cóż, nie wszyscy taszczymy przy sobie notatki z czterech lat…

Albus zignorował przekomarzankę przyjaciół i z apetytem zaczął pałaszować zapiekankę pasterską. Jak można było przypuszczać, szybko otoczyły go młodsze roczniki, tylko jedno mające w głowie.

— Są wolne miejsca pałkarzy, no nie? Bo tak się fajnie składa, że ja i mój przyjaciel…

— Tata nauczył mnie latać w te wakacje…

— Moja mama twierdzi, że jakbym był trochę starszy, bez problemu mógłbym się starać o miejsce szukającego u Os z Wimbourne…

— Ja jestem szukającym Slytherinu! — wykrzyknął dramatycznie Albus i schował twarz w dłoniach. Morrison parsknął, przez co omal nie wypluł przeżuwanego jedzenia. Scorpius — już chyba tradycyjnie — pogrążył się w lekturze (tym razem w podręczniku do zaklęć).

Miał właśnie poprosić go o pomoc w przegonieniu nachalnego tłumu, kiedy ten samoistnie się rozproszył. Niesamowicie wdzięczny za ten cud, kierowany czystym instynktem, rozejrzał się wokół. To, co ujrzał, sprawiło, że miał ochotę wyrwać sobie wszystkie włosy.

— Panie Potter! — Puckerd, praktycznie promieniejąc, szedł w jego kierunku z szeroko rozpostartymi ramionami, szykując się jakby do uścisku. Czy ten człowiek naprawdę zapomniał, że zaledwie kilka tygodni temu stał w alejce, obrażając go i naprzykrzając się?

— Dobry, profesorze — odpowiedział prosto, pragnąc wręcz, by młodsi koledzy znowu go otoczyli.

— Zauważyłem — oczywiście, kiedy przypadkiem tędy przechodziłem — że ledwo co tknąłeś swoje jedzenie. Jeżeli nie jesteś głodny, czy miałbyś coś przeciwko towarzyszeniu mi w podróży na te wysokie wieże? Chciałbym dokładniej przyjrzeć się terenowi otaczającemu zamek. Pomyślałem, że może moglibyśmy zacząć od Wieży Astronomicznej…

— Cóż, tak w pewnym sensie… — Nie potrafił wymyślić dobrej, przekonującej i niepodejrzanej wymówki. W końcu Puckerd wybrał go losowo, więc oficjalnie nie mógł mu niczego zarzucić.

— Może umówisz się z profesorem w innym terminie, stary? — wtrącił się Wybawiciel Morrison.

— I tak będziesz musiał omówić temat quidditcha z opiekunem Slytherinu, prawda?

Albus powoli pokiwał głową.

— Tak. Co pan powie na jutro? Skoro i tak będziemy musieli porozmawiać?

Puckerd uśmiechnął się, zadowolony.

— Doskonale. Jesteśmy więc umówieni. Co nie znaczy, że nie zobaczymy się wcześniej! — Zabłyszczały mu oczy. — Następne masz eliksiry. Mam nadzieję, że nie możesz się ich doczekać! — Odszedł, nie czekając na odpowiedź.

Nastolatek westchnął i wrócił do jedzenia.

— Nie wydaje się taki zły. — Scorpius podniósł wzrok znad książki.

— To zło wcielone. Uwierz mi — odpowiedział. — Powinieneś był widzieć go obok Gringotta, kiedy prawie mnie aresztowali. Upierał się, jakim to zepsutym i nieznośnym dzieciakiem jestem. I myśli, że mój ojciec jest przestępcą. Puckerd działa teraz pod przykrywką, ale kiedyś pewnie pokaże swoją prawdziwą twarz.

Przykrywka czy nie, Wendell Puckerd był hogwardzkim nauczycielem i nie było od niego żadnej ucieczki.

Kiedy Albus zjadł, razem z przyjaciółmi udał się do lochów. Pod drzwiami sali eiksirów spotkali się z gryfonami, gdzie przywitały ich ciche mamrotania uczniów.

— Wszystko wskazuje na to, że koleś jest aurorem, skoro — no wiesz — Masakra w Hogsmeade i te sprawy…

— No, też o tym słyszałem. Z charakteru jest podobny do tego przerażającego faceta, który uczył nas obrony…

— No nie wiem. Moim zdaniem jest tu po to, by nas szpiegować. Mój tata mówi, że coś podobnego miało miejsce, kiedy on był w Hogwarcie…

Drzwi się otworzyły i grupa weszła do środka. Wśród tłumu Albus łatwo wypatrzył tę czwórkę, co zazwyczaj. Eckleya i Mirrę z przodu, Rose i Hornsbrooka tuż za nimi — rozmawiali o czymś stanowczo. Mirra zamilkła, kiedy zobaczyła Pottera, a potem pomachała do swoich przyjaciół i usiadła w ławce obok niego.

Ich stół stał mniej więcej na środku sali. Obok siedzieli Scorpius i Morrison, ale Albus był bardziej skupiony na wykładowcy, niż na nich. Puckerd sterczał za swoim biurkiem, na którym stał pusty kociołek.

— Witajcie, uczniowie. — Uśmiechnął się profesor.

— Dzień dobry — odpowiedzieli chórem.

Mężczyzna ochoczo klasnął w dłonie, najwyraźniej nie chcąc tracić czasu.

— Jak już wszyscy dobrze wiecie, nazywam się Wendell Puckerd i w tym roku będę opiekunem Slytherinu i mistrzem eliksirów!

Ostatnie dwa słowa wykrzyknął tak dramatycznie, jakby spodziewając się niesamowitego efektu wywartego na studentach, ale nic takiego nie miało miejsca. Grupa nawet nie drgnęła, przyglądając mu się z zainteresowaniem.

— Dobrze! — Czarodziej ponownie klasnął w dłonie, zupełnie tym niezrażony. — Mając to na uwadze, mam także wielką nadzieję, że będziecie mnie postrzegać jako przyjaciela i powiernika sekretów. I chociaż moje obowiązki nie będą odłożone na półkę, uważam, że najlepszym sposobem na poczynienie tegorocznego postępu — i drobiazgowym przygotowaniu was do egzaminów — jest sprawienie, byśmy czuli się ze sobą komfortowo. Właśnie w tym celu przygotowałem dla was test osobowości.

Mimo iż nauczyciel w żaden sposób nie podkreślił końca zdania, uczniowie unieśli wysoko brwi.

— Proszę, wyciągnijcie kawałek pergaminu…

Grupa zrobiła, jak im kazano. Na niektórych twarzach można było dostrzec zaciekawienie, na innych zrzędliwość i niecierpliwość. Albus wbił spojrzenie w swoją pustą kartkę i zirytowany do granic możliwości, przygotowywał się na najgorsze. Morrison szeroko ziewnął i potarł oczy, gotowy do schowania głowy w ramionach i niebrania udziału w tej dziecinadzie. W przeciwieństwie do niego Mirra siedziała prosto, z piórem w ręce. Scorpius zareagował jeszcze inaczej — drżał z nieskrywanej wściekłości i Albus wiedział, dlaczego; blondynowi zależało na przygotowaniu do SUMów, a nie bawieniu się w durne testy osobowości — chciał porządnego profesora, a nie samozwańczego życiowego doradcy.

Puckerd wyjął swój nieodłączny mały notatnik i otwarł go na pierwszej stronie.

— Zanim zaczniemy, chciałbym coś jeszcze powiedzieć — zakomunikował. — Cenię sobie pojęcie anonimowości i czuję, że właśnie dzięki temu dotrzemy do serca prawdy. Nie musicie się też martwić o swoje odpowiedzi. Proszę was tylko o szczerość.

— Więc nie musimy się podpisywać, profesorze? — spytał głośno siedzący z tyłu klasy Donovan Hornsbrook.

— Och, nie! — odpowiedział szybko Puckerd, po czym się zaśmiał. — Tak, podpiszcie się, proszę. Na samej górze kartki. Gdybyście tego nie zrobili, skąd miałbym wiedzieć, kto jest kim; jak mógłbym poznać was lepiej, jak nie wiedziałbym, czyją kartkę mam w ręce? — Uśmiechnął się szeroko. — Poprzez tą anonimowość miałem na myśli to, że odpowiedzi na pytania przeczytam tylko ja i nie podzielę się z tą wiedzą z resztą klasy. — Nawiązał kontakt wzrokowy z Albusem, który ścisnął pióro tak mocno, że niemal pękło. — Nie krępujcie się i pisze prawdę. Nikt się o tym nie dowie — dodał poważnie.

Puckerd przez dłuższą chwilę omiatał wzrokiem salę, po czym spojrzał na do swojego notatnika.

— Imię i nazwisko na górze kartki! — krzyknął. — No dobrze. Uwaga! Pierwsze pytanie! — Zrobił efektywną pauzę. — Jaki jest wasz ulubiony przedmiot szkolny?

Klasę wypełniło skrobanie. Albus się zawahał. Nie chciał przyznawać się, że eliksiry, zajęcia, z których jest najlepszy, bo obawiał się, że Puckerd zupełnym przypadkiem będzie chciał z nim w jakiś sposób współpracować na tymże gruncie. Zamiast tego, zrobił ukłon w stronę Hagrida.

Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami

Zadowolony, spojrzał w pergamin Morrisona. Obiad. Zachichotał i zerknął do Mirry, która napisała: eliksiry.

— Jaki jest wasz ulubiony kolor? — Uśmiechnął się profesor.

Albus bez większego przekonania nabazgrał zielony. Wiedział, że ten test był głupi, ale żeby o kolor pytać? Przewrócił oczami i usłyszał, jak Scorpius zgrzyta zębami — nie mógł go za to winić.

— Następne pytanie! — Puckerd obrócił stronę w notatniku. — Czym zajmują się wasi rodzice lub prawni opiekunowie?

Ślizgon zmusił się do schylenia głowy i kontynuowania oddychania, gdy uświadomił sobie, co kryło się za tym pytaniem. Co to ma wspólnego z osobowością? Z dużą ulgą zauważył, że jego tok myślenia podziela także kilkoro innych uczniów, którzy patrzyli po sobie z wypisanym na twarzy zdziwieniem.

— Przepraszam? — odezwał się groźnie Scorpius. — Jaki to ma ze sobą związek?

Po sali przebiegł pomruk zgody — nawet z gryfońskiej strony.

— To zwyczajne pytanie kwestionariuszowe. — Puckerd szybko odzyskał utracony fason. — Interesuje mnie to, czy wasz ulubiony przedmiot koreluje jakoś z zajęciami osób z waszego otoczenia. Oczywiście, nie ma błędnej odpowiedzi. Pytanie ma na celu ustalenie, czy bliżej wam do człowieka niezależnego, czy może do buntownika. Oczywiście, obie opcje są poprawne — możecie przecież mieć wolną wolę. — Uśmiechnął się uspokajająco. — Odpowiedzcie szczerze — dodał surowiej.

Uczniowie wzięli się do pracy a Albus westchnął.

Szef Departamentu Aurorów

Dziennikarka Sekcji Sportowej PROROKA CODZIENNEGO

Szczególną przyjemność sprawiło mu napisanie tego pierwszego. Specjalnie ominął przedrostek współ ze słowa współszef– satysfakcja była olbrzymia.

Test ciągnął się w ten sposób przez następne piętnaście minut — pozornie nieszkodliwe pytania dotyczące gustu co jakiś czas przeplatały się z podejrzanymi, w pełni osobistymi i wprawiającymi w osłupienie pytaniami dotyczącymi życia prywatnego. W rezultacie uczniowie musieli wyjąć drugi arkusz papieru, a i to nie dało im nadziei na szybkie zakończenie pisemnego przesłuchania.

Puckerd jakby czekał — po JAKI SMAK LODÓW LUBICIE NAJBARDZIEJ? spuścił na klasę prawdziwą bombę.

— Czy uważacie, że Ministerstwo Magii robi wszystko, co w jego mocy, by powstrzymać zagrożenie terroryzmem, jak i rosnące kontrowersje wokół samozwańczych akcji renegackich organizacji, takich jak przykładowo Wybawczy Alians Różdżek oraz czy czujecie, że Ministerstwo Magii jest zbyt pobłażliwe, pozwalając niektórym osobom, uprzednio zhańbionym, uczestniczyć w opozycji wobec wspomnianych zagrożeń społecznych? Jeżeli tak, proszę o skonkretyzowanie nazwisk tychże osób.

Klasa gapiła się na niego z szeroko otwartymi ustami.

— Jeśli chcecie, bym powtórzył pytanie, podnieście rękę — dodał mężczyzna. — I pamiętajcie, odpowiedzcie szczerze.

Po kilku długich sekundach milczenia, uczniowie wzięli się do pracy. Albus trząsł się ze złości, bez przeszkód odczytując prawdziwy sens tego pytania. Ledwo się powstrzymując, zanurzył pióro w atramencie i napisał tylko trzy litery.

Nie

Puckerd dał wszystkim tyle czasu, ile potrzebowali — nikogo nie popędzał. Nie był jednak spokojny, a niecierpliwy — było to po nim jasno widoczne. Czarodziej prawie że podskakiwał w miejscu z nieskrywanej ekscytacji.

Gdy odgłosy skrobania ustały, wznowił przesłuchanie.

— Jak często czytacie materiały spoza obowiązkowej szkolnej literatury?

Test trwał w ten sposób przez kolejne dziesięć minut. Co kilka minut, po przeczytaniu pytania, nauczyciel przypominał o szczerości. Ostatecznie dopiero po trzydziestu minutach Puckerd zakończył test osobowości.

— W porządku, ostatnie! — krzyknął. — Czy spotkaliście kogoś lub słyszeliście o kimś, kto bierze udział w spotkaniach typowych dla renegatów? Jeżeli tak, proszę wymienić te osoby.

Grupa była podzielona. Przednie rzędy, z reguły zajmowane przez ślizgonów, pochyliły się nad pergaminem i zaczęły pisać odpowiedzi; tylne rzędy, w których siedzieli gryfoni, poruszyli się niespokojnie, nieco szurając przy tym krzesłami. Albus dobrze wiedział, dlaczego lwy zareagowały w ten sposób. Puckerd poprosił o konkretne nazwiska, a rodzice kilkoro uczniów — zwłaszcza gryfonów — byli zaangażowani w renegacką działalność. Nie znał wszystkich, ale jednego był w stu procentach pewien — ojciec Donovana Hornsbrooka był członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek.

Po tym, jak wszyscy złożyli swoje kartki i zapieczętowali je, mistrz eliksirów poprosił, by położyć pergaminy na jego biurku i wrócić do ławek. Najwyraźniej test nie był przeznaczony na całą lekcję. Wykończony psychicznie Albus opadł na swoje miejsce i pozwolił, by głowa opadła mu na ramię Mirry. Po tej jednej (jeszcze nieskończonej!) lekcji z całą pewnością mógł powiedzieć, że tegoroczne eliksiry będą wyjątkowo uciążliwe…

— Cóż, jestem szczęśliwy, że dobrnęliśmy do końca! — powiedział uprzejmie Puckerd. — Strasznie mi przykro z powodu długości naszej zabawy, ale sami wiecie, jak bardzo skomplikowani są ludzie! Nie idzie ich rozgryźć po jednym lub nawet dwóch pytaniach, prawda?

Część klasy uśmiechnęła się słabo, podczas gdy druga piorunowała mężczyznę wzrokiem.

Scorpius wbijał paznokcie w dłonie.

— Mamy jeszcze chwilę czasu! — Nauczyciel klasnął w dłonie. — Popracujemy sobie nad eliksirem!

Albus zamrugał, szczerze zaskoczony i nadstawił uszu. Kilka osób, które na początku zajęć rozpłaszczyły się na ławce, uniosło do góry głowę. Czy ten facet naprawdę chce ich czegoś nauczyć?

Puckerd machnął różdżką, która — jak zauważył nastolatek — była chuda i sprawiała wrażenie żylastej, i na tablicy pojawiły się słowa. Albus gapił się na nie w szoku, a kilka osób z tyłu sapnęło.

— Na początku zaznaczyłem przecież, że będziemy warzyć mikstury, prawda? — Uśmiechnął się z fałszywą skromnością profesor. — Oto instrukcje. Składniki znajdziecie w szafkach.

Potter nawet nie wstał z krzesła, żeby pójść po ingrediencje. Zamiast tego z małym zakłopotaniem skoncentrował się na Puckerdzie. Kiedy nie zauważył niczego niezwykłego, przeniósł wzrok na tablicę. Eliksir był prosty — odrobinę czasowo skomplikowany, ale jednocześnie nieszczególnie trudny; instrukcje były jasne i przejrzyste.

Mirra przyniosła składniki zarówno dla siebie, jak i dla Albusa. Nie minęła chwila, gdy nawiązali współpracę. Chłopiec wykonywał większość pracy, prosząc partnerkę o pomoc tylko wtedy, kiedy potrzebował trzeciej ręki. Warzył, jednocześnie co chwilę zerkając na Puckerda. Czarodziej siedział za swoim biurkiem, przeglądając testy osobowości.

Nadzwyczajnie szybko mu szło — przy takiej ilości pytań i niekiedy wyczerpujących odpowiedziach powinien spędzić nad każdym arkuszem co najmniej dziesięć lub piętnaście minut. Albus był pewien, że omijał mało znaczące punkty, od razu przechodząc do tych konkretniejszych i bardziej podchwytliwych. Interesowały go zwłaszcza te dotyczące czyhających zagrożeń, Ministerstwa Magii i Wybawczego Aliansu Różdżek.

— Al…? Nie wrzuciłeś przypadkiem za dużo tej skórki tebo*?

— Hm? Och, przepraszam — powiedział szybko, powstrzymując się od rzucenia w nauczyciela kawałkiem skóry. — Nie martw się. Możemy to naprawić.

Albus, kosztem koncentracji na wywarze, a nie na wykładowcy, doprowadził eliksir do porządku. Niestety, pod koniec nie musiał nawet na niego patrzeć — słyszał, co robi.

Piszupiszu. Skrobuskrobu. Piszupiszu. Skrobuskrobu.

Uniósł głowę. Puckerd nie czytał już odpowiedzi — kopiował je. Otworzył notatnik i przepisywał nazwiska podane mu przez uczniów lub odpowiedzi — a może nawet jedno i drugie — z taką zawziętością, że atrament prysnął mu na okulary, a on nawet tego nie zauważył.

Albus gapił się, zastanawiając się, co tak naprawdę ponawypisywali tam studenci. Czy faktycznie podali nazwiska renegatów, których znali? Czy wymienili Harry'ego Pottera jako zhańbionego niegdyś i przywróconego do łask czarodzieja, dla którego nie ma miejsca w Ministerstwie Magii?

Zacisnął zęby i uświadomił sobie, że nie czas na takie dywagacje; miał zadanie do wykonania i nie mógł pozwolić, by Mirra otrzymała słaby stopień. Morrison i Scorpius wspólnie pracowali nad jednym eliksirem, który — o dziwo — wydawał się całkiem dobrze przyrządzony, choć oczywiście nie tak dobrze, jak ten Albusa. Garść demulkatu — w normalnych okolicznościach skutecznie łagodząca różnego rodzaju opuchlizny — zabarwiła miksturę na kolor różowy, dokładnie taki, jaki powinien być; nadała także prawidłową gęstość. Finalnie eliksir przypominał balsam.

Fiolki napełnił pięć minut przed końcem lekcji. Puckerd spakował wszystkie pergaminy do swojej torby oraz wsunął notatnik do kieszeni. Przetarł okulary magicznie wyczarowaną chusteczką i stanął przy drzwiach, by pożegnać opuszczających klasę uczniów.

Wspaniała robota, droga młodzieży! — powiedział z naciskiem większym, niż było to konieczne. — Zrelaksujcie się i cieszcie resztą dnia! Ośmielam się twierdzić, że nie musicie się martwić o swoje eliksiry!

Polekcyjne rozmowy dotyczyły oczywiście Wendella Puckerda.

— Facet jest lepszy niż ta wiedźma z zeszłego roku…

— Czy ktoś jeszcze był zaskoczony, kiedy powiedział, że rzeczywiście będziemy warzyli jakiś eliksir…?

Każdy poszedł w swoją stronę. Mirra jeszcze na moment przystanęła, żeby potowarzyszyć Albusowi.

— Nie był taki zły — podsumowała nauczyciela. — Nieco dziwaczny, ale znośny.

— Zauważyłaś, jakie pytania nam zadawał? — Ślizgon nie owijał w bawełnę. — Dużo miało na celu zrozumienie pewnej osoby, a jedno było oczywistym atakiem na mojego tatę.

— To nie powinno mieć żadnego znaczenia. — Mirra wzruszyła ramionami. — Wszyscy kibicują twojemu tacie, prawda? Podziwiają go i szanują. Ja nie napisałam złego słowa.

Albus uśmiechnął się niezobowiązująco i spojrzał za nią — na stojących niedaleko gryfonów. Większości nie mógł zaklasyfikować jako przyjaciół czy bliskich znajomych. Czy któryś podłożyłby mu świnię?

— Cóż, wszędzie pisałem jedno i to samo słowo — przyznał Morrison. — Nawet tam, gdzie kazał nam opisać swój idealny poranek w siedmiu słowach.

— Ten test był czystą głupotą! — wyrzucił z siebie Scorpius, a potem zmarszczył brwi. — Przynajmniej nie niszczy mi eliksirów.

— Ale zgadzasz się ze mną, prawda? — Albus odwrócił się do niego. — Te pytania były…

Przyjaciel machnął lekceważąco dłonią.

— Jakiekolwiek by nie były, nie powinien nas znowu przepytywać — powiedział stanowczo. — Wiem, że twój tata kazał ci uważać na tego faceta, ale tak patrząc na to realistycznie, nie wydaje mi się, by stanowił zagrożenie. Miej głowę na karku podczas waszego jutrzejszego rendez–vous, a wszystko będzie dobrze.

Mirra rzuciła im zaciekawione spojrzenie.

— O czym w ogóle mówicie?

— Zostałem mianowany osobistym służącym Puckerda — stwierdził kąśliwie Albus. — Mam mu pokazywać co i jak oraz tłumaczyć sprawy, których nie rozumie.

— Brzmi zabawnie — zachichotała.

Zmrużył oczy, na wpół podejrzliwie, na wpół zalotnie, ale nie doszło do niczego więcej, bo tuż obok nich przebiegło dwóch trzeciorocznych.

— Hej! Nie biegać na korytarzu! — zawołała za nimi Mirra, po tym, jak prawie przewrócili pierwszoroczną dziewczynkę. — Na pewno coś wykombinujesz. — Odwróciła się do Albusa i szybko cmoknęła go w policzek. Potem pobiegła za uciekinierami.

— Nie powinieneś lecieć za nią? — zapytał Scorpiusa Morrison.

— A Melonie to gdzie?

Vincent przycisnął palec do ust.

— No właśnie. Gdzie ona poszła…?

Całą drogę do pokoju wspólnego Potter przemilczał. W środku wyciągnęli książki.

— Okej. Co mamy w programie? — spytał Morrison, wyciągając się na kamiennym fotelu. — Zadali nam coś w ogóle?

— Rok SUMów nie powinien obfitować w prace domowe — powiedział automatycznie Scorpius. — Z tego, co się dowiedziałem, jesteśmy już na tyle dorosłymi czarodziejami, żeby samodzielnie uzupełniać i utrwalać materiał.

— Yhym, a co to znaczy?

— Musisz nauczyć się czytać — zadrwił blondyn, podsuwając przyjacielowi jeden ze swoich starych zeszytów do zaklęć.

Albusowi nawet nie trzeba było nic mówić — porządziwszy się trochę, zaczął grzebać w torbie Scorpiusa, by po chwili wyciągnąć z niej stary skrypt z transmutacji. Przygotował sobie własny pergamin i kiedy był w pełni przygotowany do nauki, ktoś klepnął go w ramię.

Odwrócił się i zobaczył, że przeszkodził mu znajomy już pierwszoroczny. Wydał z siebie potężne westchnięcie.

— Słuchaj. Nadal nie ustaliłem daty naboru do drużyny. Kiedy dogadam się z opiekunem Domu, napiszę stosowną informację i powieszę ją…

Chłopiec pokręcił głową i wyciągnął przed siebie kopertę.

— Co to jest? — zdziwił się Albus, starając się zabrzmieć neutralnie; nie chciał sprawiać wrażenia potulnego, ani niegrzecznego; chciał balansować pomiędzy tymi dwoma sprzecznościami.

— Wydaje mi się, że to dla ciebie — odpowiedział pierwszak. — Brązowy puszczyk przyniósł ją podczas śniadania. Był trochę spóźniony. — Wcisnął kopertę w dłonie starszego kolegi.

Morrison i Scorpius rzucili mu zaciekawione spojrzenie, ale nie byli tak zaniepokojeni, jak Albus, który drżącymi rękami odpieczętował i otworzył list. Czuł się co najmniej dziwacznie — czuł, że tajemnicza zawartość koperty nie przypadnie mu do gustu. Zanim zabrał się za czytanie, zerknął na nazwisko adresata i — ku swojemu zdziwieniu — zauważył, że nigdzie ono nie widniało. Zamiast tego, dziecięcym pismem nabazgrane było:

 

hłOpiec z czaRnymi rozczohranymi włosami

i zieLOnymi oczami

Slytherin

 

Albus wpatrywał się w te słowa. Uświadamiając sobie ilość błędów ortograficznych, zamrugał. Spojrzał na ucznia, który podał mu list, ale ten wrócił już do gry w szachy ze swoim przyjacielem. Chcąc rozwiązać tę tajemniczą zagadkę, rozerwał kopertę i rozwinął zmięty pergamin. Morrison i Scorpius patrzyli mu przez ramię.

 

Proszee

Więcej nie zniose

razsłySZysz,potem nie

pomóż mi…

 

Albus przeczytał to aż pięć razy, a następnie przeniósł wzrok na równie zszokowanych przyjaciół.

— Stary, ktokolwiek to napisał, bazgroli gorzej ode mnie! — zauważył Morrison.

— To tylko jakieś bezmyślne bazgroły. — Scorpius przejął od Albusa list. — Jakieś pomysły, kim jest nadawca?

Potter pokręcił przecząco głową, po czym odebrał blondynowi pergamin.

— No nie, ale… — Wyczuwając moment wahania, chłopcy rzucili mu zaintrygowane spojrzenie. Westchnął ciężko. — Ostatnim razem, kiedy otrzymałem niezaadresowaną wiadomość, okazało się, że to… no wiecie… Fairhart…

Scorpius spojrzał niejednoznacznie na Morrisona, który zmarszczył brwi.

— Cóż, stary… — stwierdził po chwili wymownego milczenia Malfoy. — Naprawdę nie wiem, co mam ci na to powiedzieć…


* Tebo — magiczne zwierzę, mające swój debiut w „Fantastycznych Zwierzętach…". Guziec popielatego koloru, spotykany w Kongo, Demokratycznej Republice Konga, a także w Zairze; nadzwyczaj niebezpieczny z powodu możliwości stania się niewidzialnym. Skóra tebo jest wysoko cenionym surowcem na ochraniacze i ubrania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz