17 grudnia 2022

19. WOODLARD WAY 2791

Albus nie był pewien, czy pomeczowe podekscytowanie kiedykolwiek minie. Każdy gryfon, którego mijał na korytarzu, miał emocje wypisane na twarzy; był zadowolony z siebie, jakby to właśnie on poprowadził drużynę swojego domu do zwycięstwa. Często także zdarzało się, że komentowane były inne cząstkowe punkty — oczywiście, w dużej mierze nie te przegranych. Lepsza niż zazwyczaj kondycja i wydajność ślizgońskiego składu nie była w ogóle wspominana.

Najgorsze nie było jednak to, że druga drużyna wygrała starcie, lecz to, że Albus nie dopiął swego. Zawiódł nie tylko swoją grupę, ale także przyjaciół i cały Slytherin. Ci, którzy go wspierali podczas treningów, z dumą chwalili późniejsze poczynania, ale chłopiec nienawidził pochwał z racji tego, że „prawie wygrał". Co więcej, nie było za bardzo czasu, aby rozwodzić się nad porażką — nadchodził czas SUMów.

— Świetna gra, Potter…

— Nie roztrząsaj tak tego, Al…

Kiedy siedział w bibliotece, ludzie co rusz klepali go pocieszająco po plecach. W końcu Mirra nie wytrzymała i syknęła groźnie:

— Dajcie mu się pouczyć! Zwyczajnie przegrał!

— No dzięki, skarbie — parsknął sardonicznie Albus, na co dziewczyna posłała mu słaby uśmiech.

— Nie próbuję dodatkowo kopać leżącego. Po prostu nie chcę, żeby ci w ten sposób przeszkadzali! Wcześniej mówiłeś, że wstrzymujesz się z nauką z powodu quidditcha. Sezon sportowy dobiegł końca.

— Taa. Tak, wiem — mruknął. — Na czym się więc dzisiaj skupimy?

— Skoncentrujemy się na magicznych stworzeniach. — Mirra popchnęła po blacie ku niemu skórzany podręcznik. — Spójrz na te szczegóły dotyczące ognistych krabów[1]

— Och, no daj spokój. Hagrid w życiu by nas nie oblał. Za dobrze zna się z moją rodzi…

— Takie podejście gwarantuje ci, że dostaniesz albo Okropny, albo Nędzny. — Zmarszczyła karcąco brwi. — Wracaj do nauki! Potem pójdziemy na trochę do Pokoju Życzeń…

Albus uśmiechnął się słabo i przysunął podręcznik bliżej. Ze smutkiem przerzucił stronę.

 

Skorupa ognistego kraba jest inkrustowana klejnotami, a przez to wykonana z twardej do tego stopnia substancji, że czasem służy do tworzenia niektórych rodzajów kociołków. Pod względem funkcjonalnym skorupa często przyciąga partnerów w okresie godowym — klejnoty świecą na tyle jasno, żeby zwabić…

 

— Ugh, myślę, że już skończyłem — oświadczył Albus i ziewnął, po czym uniósł wzrok znad książki.

— Strasznie dużo się nauczyłeś w ciągu tych dziesięciu sekund…

— Zamierzam dołączyć do Scorpiusa, który kuje zielarstwo. — Uśmiechnął się. — Tak czy inaczej, załatwię te obie sprawy — dodał.

Mirra przewróciła oczami, ale pocałowała go na pożegnanie. Chwilę później chłopiec wrócił do pokoju wspólnego. Nie miał zamiaru się uczyć i to głównie dlatego, że Scorpius też nie palił się do nauki. Z informacji, których w drodze dedukcji zebrał Albus, wynikało, że po nieudanym meczu przyjaciel powrócił do stanu letargowego, znów nurzając się w smutku po nieprzyjemnym rozstrzygnięciu sprawy z Rose. Co dziwne, z całej ich męskiej paczki to Morrison najwięcej czasu poświęcał studiom — choć było jasne jak słońce, że dzięki naleganiom Melonie.

Udał się bezpośrednio do dormitorium. Po drodze do łóżka minął stertę koców, w której zakopał się Scorpius i w ciszy wczołgał na posłanie. Na koniec schylił się i wyjął z kufra stos pergaminów.

— Co wszystkie próbujecie przekazać…? — wymamrotał do siebie.

Mimo że nikomu o tym nie powiedział, ostatnio znów zainteresował się tajemniczymi listami. Pierwsze dwa przestały mu tak bardzo przeszkadzać — dawno temu uznał je za zbyt chaotyczne — ale niepokoiły go następne otrzymane. Kto wysyłał mu informacje na temat Zasłony? Czy ta korespondencja rzeczywiście była przeznaczona jemu, czy Wendellowi Puckerdowi? Z jakiego powodu dwa ostatnie świstki zostały pokreślone?

Rozłożył pergaminy na łóżku, trzeci dzień z rzędu próbując coś z nich wywnioskować, ale bezskutecznie. Kiedy Scorpius znacząco zakaszlał, od razu schował je z powrotem.


Do początku SUMów oficjalnie został zaledwie tydzień — nie, żeby Albus musiał liczyć mijające dni; nauczyciele doskonale go w tym wyręczali. Każdy początek zajęć kończył się wykładem na temat egzaminów, a wygłaszane lekcyjne monologi koncentrowały się zazwyczaj na wykazywaniu trudności testów i siły ich ważności. Niemniej jednak i tak przeprowadzenie sprawdzianów powierzono opiekunom domów.

— Aby upewnić się, że wyniki tych niezwykle istotnych testów są tak dokładne, jak to tylko możliwe, to członkowie Ministerstwa Magii będą was egzaminować na części praktycznej; z każdym z was po kolei — ogłosił wszem wobec Puckerd podczas poniedziałkowych eliksirów. — Mi pozostaje jedynie mieć nadzieję, że nie zawstydzicie się przed takimi ogromnymi autorytetami — dodał.

Albus zacisnął dłonie w pięści i nerwowo postukał stopom o podłogę. Nadal ciężko mu było wytrzymać w towarzystwie tak nędznego profesora.

— Profesor Longbottom wspominał także o egzaminie pisemnym! — Donovan Hornsbrook uniósł rękę.

Puckerd skinął głową.

— W rzeczy samej. Z każdego przedmiotu należy zdać dwa rodzaje sprawdzianów: teoretyczny oraz praktyczny. Z rana przystąpicie do egzaminu pisemnego, a po południu do ćwiczeń. Jedynymi wyjątkami od tej zasady będą SUMy z historii magii i astronomii — z pierwszego przedmiotu zdacie tylko teorię, a z drugiego praktykę. Co więcej, egzamin z astronomii odbędzie się w nocy. — Przerwał, żeby omieść klasę surowym spojrzeniem. — Ważne jest również to, by zapamiętać, że wszelkiego rodzaju oszukiwanie jest zabronione. Zakaz obejmuje każdą metodę, niezależnie od tego, jak pozornie niewinna się wydaje: samokorygujące pióra, podpowiadające gumki oraz inne tego typu drobiazgi. Według ogólnie przyjętych zasad nieuczciwość wystarczy, aby nie zaliczyć testów i postawić swoją przyszłość pod znakiem zapytania.

Uczniowie skrzywili się, a Albus zauważył, że naprawdę niewielu naprawdę wzięło sobie słowa nauczyciela do serca. Około dwudziestu minut po skończeniu zajęć, starsi współdomownicy proponowali młodszym stuprocentową gwarancję zaliczenia SUMów.

— Oko mantykory[2], dzieciaku. Za zaledwie trzy galeony na krótki okres czasu wzmocni twoją dedukcję…

— Sproszkowany smoczy pazur[3]? Rzetelne badania udowadniają, że poprawia aktywności ludzkiego mózgu…

— Felix Felicis! Jedna maciupeńka fiolka, a da ci więcej szczęścia, niż potrzebujesz…

— To żadne Felix Felicis! — oświadczył Albus podejrzanemu siódmorocznemu krukonowi, który rzucił mu oburzone spojrzenie.

— Niby skąd miałbyś to wiedzieć?

— Bo jest w kolorze cholernego fioletu…

Tak wiele osób było zaniepokojonych nadchodzącymi egzaminami, że pod skrzydłem szpitalnym ustawiały się ogromne kolejki z prośbą o eliksir uspokajający. Tylko Morrison sprawiał wrażenie zdolnego do oparcia się rozpaczaniu nad swoją przyszłością.

— Skoro nie mogłem nauczyć się tego wszystkiego w ciągu zeszłych pięciu lat, nie ma bata, żebym ogarnął taki materiał w kilka dni — powiedział wyjaśniająco przyjaciel. — Trochę studiowałem. Moim zdaniem najlepiej jest się teraz zrelaksować i pozwolić temu, co już wiesz, pokłębić się w głowie…

— Spotykam się z idiotą! — zawyrokowała natychmiast Melonie i potwierdziła to stwierdzenie pacnięciem się notatnikiem w głowę.

Innym powszechnym przedegzaminacyjnym zjawiskiem było otrzymywanie poczty od rodziny: słów zachęty do nauki bądź nacisku. W miarę jak Albus wypatrywał swoich listów, zauważył, że sowy krążą nad uczniami coraz to częściej, a wkrótce i jego przyjaciele zaczęli otrzymywać korespondencje. Rodzice Scorpiusa wysłali synowi naprawdę dezorientujący list — pisali, że absolutnie nie może nie zdać, gdyż nie chcą zawodu, ale jednocześnie życzyli mu wszystkiego najlepszego i zapewnili, że będą go kochali bez względu na wyniki. Ukochani dziadkowie Mirry napisali do wnuczki list w ciepłym tonie — pergamin zawierał w sobie same miłe słowa: nalegali, by się odprężyła i zrozumiała, że SUMy to zwyczajne testy, z których zdawaniem nigdy nie miała problemów. Z racji tego, że Albus miał dużą rodzinę, w ostatecznym rozrachunku otrzymał o wiele więcej listów od innych.

Adresatem pierwszego był wujek Percy — wujek, który od pierwszego roku nauki regularnie wysyłał mu takowe notki. Na przestrzeni lat ogólne przesłanie nie uległo zmianie nawet w najmniejszym stopniu.

 

Istnieją dwa kierunki, w których możesz się udać, Albusie: moim lub wujka Rona. Różnica pomiędzy nimi polega na wadze otrzymywanego szacunku, niezrównanym poczuciu osobistych osiągnięć i wzroście pewności siebie. Owszem, zdaję sobie sprawę, że mój brat zajmuje dość poważaną pozycję w Ministerstwie i jest bardzo dobrze znany z wielu rzeczy, ale zapewniam cię, że głęboko żałuje tego, że nie podszedł poważniej do swojej nauki w szkole — a już, zwłaszcza gdy myśli, do czego mógłby dojść, wkładając w nią więcej wysiłku!

 

List, który Albus otrzymał od wujka Rona, stał w absolutnej sprzeczności z tym, co napisał wujek Percy.

 

Nie pozwól, by ten mój bratidiota, wlazł Ci do głowy, Al! Nie żałuję ani jednej cholernej rzeczy! Dotarłem tam, gdzie teraz jestem, tylko i wyłącznie dzięki własnej wytrwałości, instynktowi i nadzwyczajnej zdolności do nawiązywania przyjaźni z niezwykle znanymi ludźmi! Tak, egzaminy są ważne, ale nie tak ważne, jak życie towarzyskie. Wryj to sobie w pamięć.

Z miłością, twój (bogaty, odnoszący sukcesy zawodowe i nie ukończywszy szkoły, siedmiosumowy) wujek Ron

 

Ciocia Hermiona posunęła się jeszcze o krok dalej, żeby upewnić się, że Albus nie posłucha ani jednego mężczyzny, ani drugiego.

 

Zignoruj Albusie, proszę, pijański bełkot wujka Rona i notkę wujka Percy'ego. Wszyscy, choć różnie, próbujemy ci przekazać, że wierzymy w ciebie. Wiemy, że jesteś inteligentnym młodym mężczyzną i po prostu nie chcemy, abyś był nadmiernie zaniepokojony bądź zbyt zaabsorbowany nadchodzącymi egzaminami. Co ważniejsze, pamiętaj także, że zawsze jesteśmy tu dla Ciebie!

 

List cioci był o wiele lepszy niż dwa poprzednie i, jak Albus zauważył, wszyscy członkowie jego rodziny podchodzący do sprawdzianów dostali praktycznie takie same. Z biegiem czasu uświadomił sobie jednak, że najbardziej osobistą notkę wysłała mu mama — celowo zdecydowała się na zwięzłość, aby wiadomość była bardziej precyzyjna, a przesłanie jasne.

 

Albusie.

Razem z ojcem chcieliśmy, żebyś wiedział, że jesteśmy z ciebie niezmiernie dumni oraz że twoje egzaminy są dla nas niczym więcej, jak sposobem, aby dowiedzieć się, jak inteligentny i wyjątkowy jesteś. Pamiętaj, że oboje bardzo cię kochamy.

Mamai tata

 

— Miłe słówka, stary? — Morrison spojrzał mu przez ramię.

— Coś w tym stylu — odpowiedział Albus, szybko składając osobistą notkę. — A z tobą jak tam? Rodzina dała ci jakieś rady?

Przyjaciel się wyszczerzył.

— Stary, nie jestem do końca pewien, czy moja mama w ogóle wie, na którym jestem roku.


W weekend poprzedzający egzaminy Albus czuł się wręcz osaczony w pokoju wspólnym; bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Mirra przestała się z nim spotykać w bibliotece, gdyż jak dodała dwa do dwóch, wyszło jej, że te pięć bądź dziesięć minut drogi poważnie ukróca czas, który mogłaby przeznaczyć na naukę — tak więc w okresie przed testem z zielarstwa nastolatek był zmuszony dotrzymywać towarzystwa ślizgońskim przyjaciołom. Zanim jednak doszło do pierwszego egzaminu, w niedzielny poranek podczas przerwy śniadaniowej wydarzyło się coś ciekawego.

— To oni — oświadczył surowo Scorpius, głową wskazując wysoki stół nauczycielski.

Trzy osoby — żeby być dokładnym: dwie czarownice i czarodziej — właśnie ściskały dłonie wszystkim profesorom, prócz pani dyrektor. McGonagall odchrząknęła, aby przeczyścić gardło i głośno zapowiedziała przybycie gości.

— Chciałabym przedstawić naszych egzaminatorów. — Głos przeciął Wielką Salę i uczniowie natychmiast zamilkli. — Pani Laherty. — Uprzejmym gestem wskazała dłonią młodszą z czarownic: sprawiającą wrażenie dosyć wyniosłej kobietę o przetłuszczających się blond włosach i płaskim nosie. Urzędniczka ostrożnie przesunęła wzrok po zgromadzonych rocznikach, a następnie machnęła ręką w pozdrowieniu. — Pani Comely. — McGonagall wskazała starszą wiedźmę, która wyglądem przypominała Albusowi profesor Verage. Kobieta uśmiechnęła się do uczniów promiennie, po czym wdała w rozmowę z Neville'em. — Pan Horwitz — zakończyła, przedstawiając wszem wobec łysego, grubszego mężczyznę z okularami niemal przyklejonymi do twarzy; wyglądał, jakby wiekiem był zbliżony do dyrektorki.

Sala, niepewna, co robić, zaklaskała, po czym wznowiła posiłek, nieszczególnie przejmując się jego przerwaniem z powodu oficjalnego przedstawienia nowo przybyłych gości. Albus przez dłuższą chwilę lustrował całą trójkę wzrokiem, ale to Morrison pierwszy wyraził swoją opinię.

— Nie wyglądają tak źle. — Wzruszył ramionami. — Ta babeczka, Laherty, sprawia wrażenie trochę podejrzanej. I patrzcie, właśnie ucina sobie pogawędkę z Puckerdem…

Potter natychmiast spojrzał na stół na podwyższeniu i potwierdził, że rzeczywiście tak było. Szybko został jednak rozproszony przez rozmowę pana Horwitza z panią dyrektor. Głośny pisk czarodzieja był słyszalny nawet wśród innych rozmów.

— Minerwo! Minerwo! — zawołał. — Jakże miło mi znów cię widzieć! Wyglądasz tak młodo!

— Och, Festerze… — McGonagall westchnęła i przewróciła oczami. Mimo zbycia komplementu się zarumieniła.

— Ależ tak! Mówię całkowicie poważnie! Dlaczego sądzisz inaczej? Nie wyglądasz nawet na dzień starszą od mojego najmłodszego syna, który w przyszłym miesiącu skończy trzydzieści siedem lat, o ile interesują cię potencjalni zalotnicy — dodał bezczelnie, na co pani profesor niespotykanie zakryła usta i zachichotała w typowo dziewczęcy sposób.

Albus był w ciężkim szoku.

Puckerd natychmiast zakończył prowadzoną przez siebie rozmowę i podszedł do najgłośniejszego z gości.

— Panie Horwitz! — przywitał się i pochwycił dłoń mężczyzny, żeby gwałtownie nią potrząsnąć.

— To prawdziwy zaszczyt móc pana tu spotkać…

— Cóż. Przybylibyśmy wcześniej, gdyby na drodze nie stanęła nam ta medialna burza.

Ludzie wydają się chcieć naszych porad w związku z tym Srebrnym Czarodziejem

— Mogę pana zapewnić, że Ministerstwo Magii robi wszystko, co w jego mocy, aby wyeliminować to zagrożenie osobą Srebrnego Czarodzieja… — zaczął twardo Puckerd, ale Horwitz zbył go lekceważącym machnięciem ręki.

— Wiem, chłopcze. Wiem! Także pracuję w Ministerstwie… — odpowiedział, brzmiąc na prawie zirytowanego.

Mistrz eliksirów skinął głową i oddalił się, wyglądając na niezadowolonego z rozwoju sytuacji.

Horwitz nie tracił więcej czasu i natychmiast wrócił do rozmowy z panią dyrektor.

— Wiesz, Minerwo, odkąd żyję, ze wszystkich moich wyróżnień i osiągnięć, najwznioślejsze chwile przeżywałem właśnie tutaj. W Hogwarcie! Och, nigdy nie zapomnę tego pamiętnego dnia! Raz Albus Dumbledore odciągnął mnie na bok i powiedział: „Niesłychanie się poprawiłeś, Festerze. Jestem z ciebie bardzo dumny!". Po powrocie do pokoju wspólnego Hufflepuffu prawie się popłakałem…

Albus zaniechał przysłuchiwania się i wrócił do konsumowania śniadania, które dalej przebiegło już w spokojnej atmosferze. Wraz z innymi resztę dnia spędził na wbijaniu informacji do głowy, gdyż był to ostatni dzień, który mogli przeznaczyć na naukę. Czas na położenie się do łóżka przyszedł zdecydowanie za wcześnie, co nie znaczyło, że wszyscy od razu usnęli. Dopiero po trzeciej nad ranem Albus zarejestrował zgaszone światło różdżki z posłania Scorpiusa — przyjaciel w końcu przestał mamrotać o zębatym bodziszku[4].

Następne śniadanie okazało się jeszcze bardziej ponure niż poprzednie. Pierwszego dnia SUMów chłopiec mógł tylko obserwować, jak większość współdomowników zamienia talerze na podręczniki i notatniki, by pouczyć się nawet w tych ostatnich przedegzaminowych sekundach. Nawet Albus dał się ponieść tej fali i wygrzebał z kufra stary zeszyt do zielarstwa.

— Stary? Jaką masz zapisaną średnią długość życia Krzyczących Koreańskich Krzewów? — Scorpius pospiesznie przerzucił stronę w notatniku. — Bo mam tu dwie różne liczby…

— Ech — wymamrotał, przekartkowując własne zapiski, ale nigdzie nawet nie dostrzegł nawet nazwy takiej rośliny.

Ze wszystkich piąto– i siódmorocznych tylko Morrison w spokoju delektował się przepysznym śniadaniem. Przed sobą położył tacę z dwoma goframi, które zostały radośnie zjedzone na dwa kęsy.

— Czy mógłbyś się chociaż trochę pouczyć? — błagała go Melonie, podsuwając mu pod nos jeden ze swoich zeszytów.

Vincent przełknął, zanim odpowiedział.

— Jak nie będę się uczyć, jakoś sobie poradzę, Mel. Z drugiej strony, jak sobie nie pojem, zemdleję i umrę, więc na pewno nie zdam! Czy tego właśnie chcesz? Żebym oblał?

Dziewczyna wpatrywała się w Morrisona w szoku; szczęka jej opadła. Nie miało to jednak większego znaczenia, ponieważ pięć minut później piąto– i siódmoroczni zostali poproszeni o opuszczenie Sali. Zostali doń wpuszczeni dopiero wpół do dziewiątej.

Zwyczajowe długie stoły zostały zastąpione setkami małych jednoosobowych biurek. Uczniowie zostali pousadzani zupełnie losowo, ale dzięki temu Albus mógł zobaczyć Jamesa razem z jego rocznikiem po drugiej stronie komnaty — najprawdopodobniej siódmoroczni zdawali najpierw egzamin z innego przedmiotu. Nie minęła minuta, kiedy Neville rozdał wszystkim identyczne kartki pergaminu i — zobaczywszy, że podopieczni są w pełni przygotowani — zabrał głos.

— Możecie zaczynać — stwierdził jakby od niechcenia, na co studenci momentalnie wzięli się do pracy. Salę wypełnił dźwięk skrobania piórem.

Albus zerknął nerwowo na pierwszą stronę.

 

1. Asyryjskie nasiona alarmowe prawie zawsze są w stanie utrzymać kogoś w świadomości. Wymień dwa wyjątki od tej reguły.

 

Chłopiec uśmiechnął się do siebie i zanurzył końcówkę pióra w atramencie, w międzyczasie zastanawiając się, czy pisanie o Mgle Merlina będzie sprzyjało dodatkowym punktom.


Podsumowując, pisemna część przebiegła dosyć dobrze. Albus odpowiedział na wszystkie pytania, pomimo tego, że spodziewał się tylko połowy z nich. Egzamin praktyczny był nieco trudniejszy. Nadzorował go najpierw ekscentryczny pan Horwitz, kiedy to powierzono mu jednoczesną godzinną opiekę nad czterema egzotycznymi roślinami — w której skład wchodziło także karmienie. Zdecydowanie najbardziej niebezpieczną testową rośliną była jadowita tentakula, lecz Albus spędził masę czasu, doglądając innego okazu — wnykopieńków[5] — które sprawiały wrażenie uschniętych i zaniedbanych.

Po pierwszym egzaminie nie było czasu na odpoczynek, ponieważ następnego dnia na piątorocznych czekała transmutacja, tak więc należało się uczyć.

— Jak myślicie, że wam poszło na zielarstwie? — zapytał Scorpius, kiedy usiedli na podłodze w pokoju wspólnym.

— Tak przeciętnie — wyznał szczerze Albus. — A tobie?

— Coś pomiędzy Powyżej Oczekiwań a Wybitnym. — Blondyn wzruszył ramionami.

— Zaryzykuję przypuszczenie, że także uzyskam Powyżej Oczekiwań. — Morrison także wydawał się pewny swego.

Następnego ranka, gdy przyszło do pisemnej części egzaminu, Albus siedział obok Eckleya. Z zadowoleniem zauważył, że pisał zdecydowanie więcej niż jego sąsiad. W rzeczywistości doznał olśnienia, że doskonale rozumie teorie trudnych zaklęć — tyle razy stosował je w praktyce, że nie miał czym się martwić.

Na praktyce egzaminowała go pani Laherty. Przez okrągłą godzinę był z nią zamknięty w ciasnej komnacie, gdzie transmutował losowe obiekty w to, o co go poproszono. Nie miał większego problemu ze zmianą kształtu przedmiotów nieożywionych, ale gdy w grę wchodziły żywe stworzenia, napotykał na przeszkody i walczył z samym sobą. Dla przykładu mysz przemieniona w zegar podskakiwała, gdy wskazówka minutowa się przesuwała.

— No dobrze, Potter. Czas na ogólne podsumowanie. — Pani Laherty uważnie przypatrywała się chłopcu, co rusz notując coś w swoim notesie. — Proszę wyczarować dla mnie pióro.

Albus skinął głową i maksymalnie się skoncentrował. Czarowanie z powietrza było dla niego największą zagwozdką na tegorocznych zajęciach…

— Bardzo dobrze — powiedziała egzaminatorka, brzmiąc na znudzoną. — Teraz proszę odwrócić ten proces…

Ślizgon ponownie się skupił i machnięciem różdżki sprawił, że wyczarowane pióro zniknęło w nicości.

— Bardzo dobrze. Jest już pan wolny — oświadczyła kobieta.

Usatysfakcjonowany, Albus odszedł z myślą, że może nawet zasłużył sobie na Powyżej Oczekiwań. Gdy tylko opuścił salę egzaminacyjną, na bok odciągnęła go miękka, drobna dłoń. Kiedy tylko oprzytomniał, uświadomił sobie, że ręka należała do profesor Bellinger, która najwyraźniej przyglądała się testowi przez okno.

— Wspaniała robota, panie Potter — pochwaliła go szybko. — Do zobaczenia na owutemowych zajęciach…

Albus po raz kolejny nie miał czasu na rozkoszowanie się sukcesem, gdyż nadeszła pora na naukę do obrony przed czarną magią — jednego z najobszerniejszych materiałowo przedmiotów szkolnych. W drodze do pokoju wspólnego, na jednym z korytarzy, udało mu się jednak spotkać ze swoją dziewczyną.

— Jak sobie radzi…?

— Zawalam wszystko po kolei! — odpowiedziała szybko, błyskawicznie go mijając. Zanim skręciła za róg, zdążyła jeszcze posłać mu buziaka.

Albus wiedział, że były to tylko zwerbalizowane lęki Mirry, ale stres związany z egzaminami odbił się również także i na jego umyśle. Choć był pewien, że na razie wszystko zaliczył, był przekonany, iż wciąż miał wystarczająco dużo czasu na popełnienie jakiegoś poważnego błędu.

Obrona przed czarną magią, jak dotąd, była najdłuższym pisemnym egzaminem. Pierwsze trzy strony arkusza koncentrowały się na mrocznych stworzeniach — Albus uważał, że dobrze poradził sobie z większością tych zagadnień. Następna część dotyczyła czarnomagicznych uroków i klątw; chłopiec miał z nimi tyle doświadczenia, żeby swobodnie je opisać. Ostatni rozdział testu stanowiła magia obronna, nad którą musiał się nieco zastanowić, mimo że czuł, jakby mógł poprawnie opisać efekty co poniektórych zaklęć — tak czy inaczej był świadkiem kilku naprawdę dobrze stoczonych pojedynków.

Egzamin praktyczny był mniej więcej mieszaniną wszystkiego. Albus nie miał żadnych problemów z prostymi urokami ochronnymi, ale nie był w stanie rzucić bardziej zaawansowanych przekleństw. Nadzorowała go znów pani Laherty i niestety nie wydawała się być pod wrażeniem jego przeciętnych umiejętności.

— Jakieś dodatkowe zaklęcia warte dodatkowych punktów? — zapytała, na co się zarumienił. Z ledwością przypomniał sobie, jak dwa lata temu powalił Darvy'ego strugą tajemniczego złotego światła. Z drugiej zapewne strony, anegdotyczne świadectwa nie poprawią obecnej sytuacji. Koniec końców z sali wyszedł bez słowa.

Następnego dnia piątorocznych czekały zaklęcia. Albus uczył się do nich najwięcej, z racji dużej ilości skomplikowanych czarów godnych zapamiętania. Egzamin pisemny był krótszy od innych, ale i tym razem chłopiec był zadowolony ze swoich odpowiedzi. Znał większość ruchów różdżek i inkantacji. Poobiadowy sprawdzian praktyczny okazał się jednym z najlepszych. Co zaskakujące, ślizgon był w stanie zrobić wszystko, czego od niego wymagano: od nakazania jabłku tańczenia po stołowej powierzchni, aż do zmiany kolorów na kwiatowym wzorze na ozdobnym wazonie. Następnie bez przeszkód przelewitował kilka przedmiotów, przywołał do siebie innych, a na koniec odrzucił na określoną odległość drewniane krzesło.

— Wspaniale, panie Potter! — zanuciła pani Comely. Kiedy skinął i odwrócił się do wyjścia, dodała: — Och, proszę przekazać ojcu pozdrowienia! W dzisiejszych czasach tak rzadko widuję go w Ministerstwie…

Albus ponownie skinął głową i uśmiechnął się na do widzenia, a kilka minut później dołączył do przyjaciół w pokoju wspólnym.

— Całkiem dobrze mi poszło — zakomunikował wszem wobec.

— Jestem absolutnie pewien, że zapomniałem zanotować inkantacji zaklęć lewitujących na części pisemnej — oświadczył Scorpius, wyglądając na zdenerwowanego. W międzyczasie wyciągał na wierzch swój podręcznik do eliksirów.

— Och, daj sobie z tym spokój, stary! — powiedział Morrison. — To takie proste…

— Cóż, przyzwyczaiłem się do niewerbalnego rzucania zaklęć!

— Zdecydowanie pokręciłam urok rozweselający — wtrąciła ze smutkiem Melonie, na co Bartleby Bing zawołał ją i stwierdził, że popełnił tę samą gafę.

— To nie ma żadnego znaczenia. Zaklęcie rozweselające jest po prostu idiotyczne. — Vincent zachichotał i objął dziewczynę ramieniem. — Jaki jest sens magicznego wywoływania własnego szczęścia? To zupełnie mija się z celem, prawda?

Albus słuchał przyjaciół tylko jednym uchem. Jutro czekał go egzamin z eliksirów i w rzeczywistości nie mógł się go doczekać — był tak bardzo podekscytowany. Żeby zająć ręce, bezmyślnie przekartkowywał podręcznik. Po raz pierwszy w tym tygodniu czuł się pewnie.

I to nie bez powodu.

Poranny egzamin pisemny z ulubionego przedmiotu Albusa przebiegł tak sprawnie, jak chłopiec oczekiwał, nawet jeżeli połowa pytań była zwyczajnie niedorzeczna (jakim cudem, do diabła, piętnastolatek miałby być w stanie dokładnie opisać działanie eliksiru wielosokowego?). Niemniej jednak zanotował listę wszystkich ingrediencji do wymienionych mikstur, a nawet posunął się o krok dalej i zapisał adnotację wyjaśniającą właściwości i działanie każdego składnika.

Egzamin praktyczny okazał się jeszcze łatwiejszy. Wraz z grupą innych uczniów, Albus został umieszczony w komnacie, gdzie przydzielono mu zadanie uwarzenia czterech eliksirów, z których każdy kolejny był trudniejszy do przygotowania od poprzedniego. Dla co poniektórych najgorsza okazała się wywierana przez obecność egzaminatora presja — Winona Soreeno, która zajmowała stanowisko obok, finalnie roztopiła swój kociołek. Al pracował bardzo sprawnie i swobodnie, czym zwrócił na siebie uwagę pana Horwitza.

— O rany, panie Potter — sapnął, kiedy ślizgon kończył swój ostatni eliksir. Pochylił się nisko, aby dokładniej przyjrzeć się esencji spokoju. — Z jakiego powodu dodałeś odrobinę jadu popiełka?

— Pomyślałem, że to pomoże zrównoważyć igły szpiczaka — odpowiedział. — Gdybym tego nie zrobił, eliksir mógłby wyjść zbyt płynny, co z kolei zmniejszyłoby działanie właściwości skóry buchorożca…

— To niesłychane! — zawołał egzaminator. — Nauczył mnie pan dziś czegoś nowego, panie Potter! A to z pewnością o czymś świadczy…

Chwilę później Albus uprzątnął swoje stanowisko pracy, a pan Horwitz, z dłonią na ramieniu, odprowadził go aż do samych drzwi. W małym pomieszczeniu za nimi czekał Puckerd, sprawiając wrażenie zirytowanego.

— Wendell, czyż nie? — zagaił starszy czarodziej, kiedy znaleźli się dostatecznie blisko mistrza eliksirów. — Odwaliłeś kawał dobrej roboty z tym chłopcem tutaj. Nigdy nie widziałem bardziej obiecującego ucznia!

Albus uznał, że to najlepsza chwila na przystąpienie do ataku. Z błogim spokojem spojrzał na łysiejącego sojusznika.

— Tak właściwie, panie Horwitz, to profesor Puckerd niedawno powiedział mi, że nie jestem wystarczająco zdolny, żeby nawet zastanawiać się nad karierą w dziedzinie eliksirów. Wydawał się szczerze przekonany, że lepiej poradziłbym sobie za sklepową ladą…

Uśmiech natychmiast znikł z twarzy Horwitza, a Puckerd lekko się zarumienił.

— Naprawdę? — spytał powoli egzaminator, podczas gdy Albus jak gdyby nigdy nic wyminął mistrza eliksirów. — Cóż, najwyraźniej będę musiał bliżej się tej sprawie…

Nastolatek po raz ostatni obejrzał się na swojego nauczyciela i uśmiechnął lekko — zakończona sukcesem akcja stanowiła dodatkową pociechę po Wybitnym, który bez żadnych wątpliwości otrzyma z praktyki.

Gdy tylko wrócił do pokoju wspólnego, pospiesznie streścił, czego dokonał, a ponieważ Morrison wciąż czekał na swoją kolej, pogratulował mu tylko Scorpius.

— Dobra robota — stwierdził na wpół sarkastycznie blondyn. — A teraz przepytaj mnie z historii magii — dodał i rzucił Albusowi tak grubą książkę, że ten prawie się przewrócił po jej złapaniu.

— Nie będę się teraz uczył! Ledwo co zdałem jeden egzamin! — Przewrócił oczami. — Historia magii będzie dopiero w poniedziałek!

— Cóż, w takim razie zobaczymy, jak na tym wyjdziesz — prychnął Malfoy, ale zabrał podręcznik z powrotem i rzucił go na kamienny stół.

Albus zmarszczył brwi. Scorpius był w złym humorze z powodu afery z Rose i przegrania finału quidditcha, a niechęć przyjaciela do wspólnej nauki zdecydowanie wszystko pogorszyła. Westchnął ciężko.

— Zgoda. Oddaj mi tę książkę…

Uczyli się, dopóki nie wrócił Morrison, a ponieważ on również był niechętny do powtarzania materiału, zakończyli ten temat. Na naukę przeznaczona została cała sobota, bo Scorpius zdecydowanie odmówił opuszczenia dormitorium. Zamiast spędzić niedzielę w taki sam sposób, Albus dołączył do Mirry w bibliotece.

— I jak ci poszły egzaminy? — zapytał, gdy tylko usiadł.

— Wydaje mi się, że zawaliłam zaklęcia — odpowiedziała. Nie wyglądała za dobrze. Jej zwyczajowa blada cera przybrała niezdrowy szary odcień, a oczy były lekko przekrwione.

— Och, daj spokój…

— Nie, mówię całkowicie poważnie! Myślę, że do tej pory dobrze sobie radziłam…

— A co się stało z „zawalam wszystko po kolei"? — spytał bezczelnie.

Mirra się zarumieniła.

— Byłam zestresowana! Wciąż jestem! Zamiast wypominać, lepiej pomóż mi z materiałem z historii magii! Kim był goblin, który zapoczątkował bunt w 1655 r.?

— Małym, pomarszczonym stworzeniem. — Uśmiechnął się Albus.

Gryfonka wydała z siebie potężne westchnienie, przez co przy okazji zdmuchnęła sobie grzywkę.

— Dlaczego nie traktujesz tego poważnie? Widzę nawet, że James wziął się za naukę.

— Ponieważ jestem zmęczony i uczyłem się cały wczorajszy dzień. To, że dziś tak nie pędzę, nie znaczy, że nie biorę na poważnie tych egzaminów — odpowiedział, trochę oburzony.

— Cóż, widzę, że nic konkretnego nie robisz!

Albus się wyszczerzył.

— Zawsze moglibyśmy wyskoczyć na trochę do Pokoju Życzeń… — zaproponował śpiewnym, kuszącym głosem.

Mirra posłała mu gniewne spojrzenie i z trzaskiem zamknęła podręcznik. Po kilku uspokajających wdechach na jej twarzy pojawił się jednak uśmiech.

— Żeby oderwać się trochę od tych książek — stwierdziła. — Ale chcę tu wrócić za godzinę!

Koniec końców spędzili w Pokoju Życzeń prawie cały dzień, a zanim Albus wrócił do pokoju wspólnego, zamek był trochę opustoszały: większość uczniów przeniosła się z biblioteki do dormitoriów, aby móc obudzić się z literkami odbitymi na zaspanych twarzach. Sam szczęśliwie wczołgał się do łóżka, ale następnego dnia nie wszystko poszło dobrze.

— Zostało dziesięć minut! — zakomunikowała głośno profesor Bellinger, która nadzorowała ten konkretny egzamin.

Albus uśmiechnął się nieśmiało do leżących przed nim kartek; czuł się bezradny. Na początku testu uważnie przejrzał pytania i udało mu się poprawnie zgadnąć kilka wielokrotnego wyboru. Niestety, nie był w stanie zaliczyć ani jednego otwartego. Co gorsza, pierwsze pytanie wydawało się okrutnie z niego drwić.

 

1. W Rebelii Goblinów z 1655 r. (znanej również jako Druga Rebelia) brało udział kilkoro kluczowych stworzeń.

a). Kim był przywódca goblinów, który zmarł zaledwie tydzień po zakończeniu buntu?

b). Co było główną przyczyną buntu?

 

Albus miał niefortunną przyjemność siedzenia obok Scorpiusa, który nie przestał pisać nawet na sekundę, przez co poczuł się o wiele gorzej, niżeli po zwyczajnym nieudanym teście.

— Jak ci poszło? — zapytał natychmiast przyjaciel, kiedy tylko nauczycielka pozbierała ich arkusze.

— Myślę, że naskrobałem wystarczająco na pozytywną ocenę — skłamał.

Wtorkowy egzamin poszedł tylko nieznacznie lepiej. Z racji tego, iż na astronomię składał się tylko sprawdzian praktyczny i miał on miejsce w nocy, chłopiec zyskał dodatkowy poranek, żeby przejrzeć niechlujnie sporządzone mapy gwiazd z ostatnich czterech lat. Pomogło to tylko trochę, ale ostatecznie okazało się, że to zbyt dużo materiału, aby wykuć wszystko na blachę.

— Co za okropny przedmiot — zrzędził głośno Morrison, kiedy pod czujnym okiem pani Comely opuszczali wieżę astronomiczną. — Skąd niby mamy wiedzieć aż tyle rzeczy na temat kosmosu?

Dla Albusa i Scorpiusa środa była dniem wolnym, zaś Vincent zdawał egzamin praktyczny z wróżbiarstwa. Zamiast przerywać sesję, chłopcy rzeczywiście przeglądali notatki z dwóch najkrócej uczęszczanych zajęć: mugoloznawstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami.

— Zastanawiałeś się, czy weźmiesz któryś z tych przedmiotów w przyszłym roku? — zapytał Scorpius, ledwo otwierając oczy, by przeczytać notatki o magicznych zwierzętach sporządzone w ciągu ostatnich dwóch lat.

Albus przewrócił stronę starego podręcznika, wbił wzrok w rozdział traktujący o historii niemagicznych środków czyszczących i zastanowił się nad tym.

— Z całą pewnością nie mugoloznawstwo… — powiedział oschle akurat, kiedy Morrison wrócił.

— Cóż, oblałem — oświadczył na wejściu.

— Przestań, stary — zbulwersował się Scorpius. — Nie bądź takim…

— Nic z tych rzeczy. Trelawney tak mi powiedziała, gdy wychodziłem z klasy — wytłumaczył poważnie Vincent. — Obserwowała mój egzamin przez okno.

Następnego dnia czekała na uczniów opieka nad magicznymi stworzeniami i Albus był bardziej niż pewien pozytywnej oceny. Być może było to dziwne, ale kiedy nad tym poważniej pomyślał, doszedł do wniosku, że styl nauczania Hagrida był dla niego niezwykle pouczający — w teoretycznej części egzaminu był w stanie niewiarygodnie dobrze opisać testrale oraz hipogryfy; praktyczna część także nie poszła mu najgorzej. Nie musiał zmagać się z nieśmiałkami i zamiast tego zakończył test cały i zdrowy. Kuguchar kilka razy mocniej go zadrapał, ale przynajmniej ognisty krab nie poparzył przy kąpieli. Finalnie opuścił błonia z uśmiechem na twarzy. W drodze wypatrzył w chatce Hagrida, który machał do niego radośnie.

Gdy pozostał tylko jeden dzień SUMów i Albus już czuł w kościach tę zbliżającą się wolność. Po napisaniu egzaminu z mugoloznawstwa nie będzie musiał się martwić o tak ekstremalne testy przez całe dwa lata — wszyscy piątoroczni tak czuli, ponieważ powszechna zamkowa atmosfera przesiąknięta była podekscytowaniem. Uczniowie częściej uśmiechali się do siebie na korytarzach oraz w końcu powróciło szczebiotanie na śniadaniu.

— Jeszcze tylko jeden — westchnął Scorpius, wyczerpany.

Morrison uśmiechał się od ucha do ucha. Troska o opiekę nad magicznymi stworzeniami była jego ostatnim egzaminem.

— Miłej zabawy! — powiedział i oparł głowę o ramię swojej dziewczyny, która studiowała podręcznik do numerologii rozłożony na kolanach. Albus przypomniał sobie, że Mirra również będzie dziś zdawać ten przedmiot, podczas gdy na niego czekał sprawdzian z mugoloznawstwa.

Melonie rzuciła Morrisonowi pogardliwe spojrzenie.

— W takim razie miło spędź swoje wolne — warknęła groźnie, za co otrzymała promienny uśmiech.

— Och, to takie słodkie, Mel…

Zbyt skupiony na notatkach, Albus zignorował współdomowników. Dopiero głos Dante Hauga sprowadził go do rzeczywistości.

— Kurczę. Ktoś nieźle się spóźnił z małą radą, czyż nie?

Uniósł wzrok i wbił go w sufit, gdzie — niewątpliwie — płomykówka zataczała kręgi. Przez ciało chłopca przeszedł zimny dreszcz, czego zupełnie nie potrafił logicznie wytłumaczyć — w końcu nie spodziewał się żadnych nowości.

— Ech. Nawet w dzień ostatniego egzaminu, stary? — zapytał leniwie Morrison. — Może ktoś postanowił dać ci prezent z okazji zakończenia roku i tym razem postanowił nie skreślić wszystkiego?

Koperta spadła na sam środek stołu, a sowa natychmiast odleciała. Potter nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

— Po prostu zostawcie tu ten świstek. Wrzucę go później w ogień — oświadczył przyjaciołom.

— Mądry gość — powiedział z roztargnieniem Scorpius. Ku zaskoczeniu Albusa to Melonie sięgnęła ku listowi.

— Co to w ogóle jest? — warknęła, rozdrażniona. — Żaden z was nie pisnął na ten temat słówka.

— Długo by mówić — stwierdził ironicznie, choć naprawdę nie był już tym zainteresowany. Nie chciał, aby obraz kilku nagryzmolonych cyfr lub liter nękał go podczas egzaminu.

Niezadowolona ze zwięzłej odpowiedzi dziewczyna w momencie rozerwała kopertę.

— Czytanie cudzej korespondencji jest bardzo niegrzeczne, Mel! — zawołał Morrison, wyglądając na prawie urażonego, choć Albusowi zupełnie to nie przeszkadzało.

— Co takiego?! — wykrzyknęła. — Tamte listy były zaadresowane do Puckerda, a i tak otwieraliście je praktycznie od razu…

Melonie rozłożyła pergamin, a Potter wrócił do studiowania podręcznika do mugoloznawstwa. Czekał na zmieszane stwierdzenie o nieczytelności treści.

— Co to „Woodlard Way"? — zapytała wszem wobec, a Albus uniósł wzrok znad książki.

Morrison i Scorpius także poderwali głowy do góry.

— Czekaj. Że co?

Melonie przekazała pergamin Vincentowi, a on obejrzawszy go, dalej. Zaintrygowany Albus z ciekawością wbił spojrzenie w treść poczty — nic nie było skreślone.

 

Woodlard Way 2791

 

— „Woodlard Way"? — szepnął, zdezorientowany. Nieprzyjemny supeł zacisnął mu się w brzuchu.

Adres…?

Scorpius wyciągnął przyjacielowi z dłoni list i przelotnie na niego zerknął.

— Hmm — mruknął niezobowiązująco. — Och, miałem więc rację… No dobrze, wracając do kwestii mugoloznastwa…

Albus ponownie przyciągnął do siebie notkę, chociaż nie wrócił już do nauki. Kiedy śniadanie zaczęło dobiegać końca, a najedzeni uczniowie zaczęli opuszczać Wielką Salę, aby poświęcić ostatnie minuty do przygotowania się do egzaminów, ślizgon wciąż siedział na swoim miejscu, głęboko pogrążony w myślach.

Adres. Ktokolwiek jest nadawcą tego listu, wie o Zasłonie. Była w rękach Fairharta i nigdy nie została odnaleziona. Srebrny Czarodziej nie zaprzestał swojej działalności…

— Wyglądasz na zdeterminowanego, stary — powiedział nagle Morrison, dzięki czemu Albus oderwał wzrok od ściany naprzeciwko. — Musisz naprawdę chcieć z tym dzisiaj skończyć…

— Hm? Och. A, tak…

Przez dziesięć minut nikt się więcej nie odezwał, a potem całą grupką wyszli na korytarz. Ostatecznie to Scorpius pierwszy wyraził swoją opinię.

— Co ci chodzi po głowie, kumplu?

— Hm? Nic.

— Oczywiście. To wybitnie prawdopodobne…

— Czekajcie. Co się dzieje? — Melonie była zaniepokojona.

— Tak patrząc tej znajomej mieszaninie ciekawości i lekkomyślności na twarzy Albusa, to ten znów próbuje dać się zabić — nieoczekiwanie odpowiedział Morrison.

— Zabić…?

— Rozmyślałem właśnie nad różnymi mugolskimi rzeczami! — zaprotestował chłopiec. — Nad samolotami, śmigłowcami i innymi takimi…

Scorpius uśmiechnął się złośliwie i do Albusa dotarło, że ta fasada nie ma najmniejszego znaczenia.

— Och, daj spokój! Nawet w ogóle nie jesteś tym zaintrygowany! — Słownie zaatakował przyjaciela. Rozpierała go złość.

— Jestem zaintrygowany tym, że planujesz zdać ten test, mając w głowie zupełnie przypadkowy adres…

— Aha! Więc przyznajesz, że był to adres! — wykrzyknął niemal maniakalnie.

Malfoy wybuchnął śmiechem.

— Oczywiście, że tak! Jakby na to nie patrzeć, to ja pierwszy na to wpadłem! Niemniej jednak nadal nie sądzę, że jest to informacja warta dogłębniejszego zbadania…

Albus założył ręce na piersi i wymownie milczał, a kiedy wrócili do sali egzaminacyjnej, był bardzo zadowolony, że losowo przydzielono mu miejsce z daleka od przyjaciół. Cierpliwie czekał podczas rozdawania arkuszy testowych, a następnie gdy tylko pozwolono pisać, natychmiast przeszedł do pierwszego pytania.

 

1. Mugole słyną z dużej ilości rozgrywki, z której dużą odnogę stanowi sport. Niemagiczny sport polegający na manewrowaniu pomiędzy innymi graczami na lodzie przy jednoczesnej próbie uderzenia kijem gumowego dysku, nazywa się:

a). Adres może być lokalizacją Zasłony

b). Fairhart jako ostatni był w posiadaniu Zasłony

c). Tajemniczym nadawcą listów może być Srebrny Czarodziej

d). Wszystkie powyższe odpowiedzi są poprawne

 

Albus parokrotnie zamrugał, po czym ponownie przeczytał to pytanie. Prawdziwe odpowiedzi zobaczył dopiero po kilku razach. Zakreślił kółeczko z opcją „hokej" i przeszedł dalej. Na papier spadła kropla potu.

Przez około pierwszą godzinę egzaminu ślizgon był zmuszony czytać wszystko raz za razem od nowa. Scorpius miał absolutną rację: adres był wszystkim, o czym mógł myśleć. Wiedział, że powrót do starej teorii wydawał się skandaliczny, ale Fairhart był pierwszą osobą, która wysłała mu anonimowy list. Idąc tym tropem: jeżeli Zasłona nie została odnaleziona — podobnie jak ciało byłego opiekuna Slytherinu — to czy prawdopodobieństwo tego, że te dwa elementy znajdowały się w jednym miejscu, nie wzrastało? Plus, ktoś musiał wysyłać te listy, prawda?

Dopiero gdy egzaminator ogłosił, że do końca testu zostało tylko dwadzieścia minut, Albus się spiął i skoncentrował się na właściwych treściach. Spojrzał na pytania wielokrotnego wyboru i w myślach przekalkulował sprawę: spośród wszystkich postarał się wyłowić te, które nie wymagały dłuższych odpowiedzi, a były dobrze punktowane, a następnie raz jeszcze je przejrzał, aby zapewnić sobie przynajmniej pozytywną ocenę. Egzamin zakończył się w momencie, kiedy upewnił się, że najprawdopodobniej udało mu się uzyskać średni wynik.

— W porządku! — stwierdził profesor Flitwick, gdy zaklęciem przywołującym pozbierał wszystkie arkusze. — Jesteście już wolni i możecie iść się przespać! Dobrze sobie poradziliście!

Rozbrzmiały oklaski, do których Albus dołączył wyłącznie dlatego, aby oczyścić głowę. Kiedy uczniowie opuścili salę, Scorpius zmaterializował się tuż obok niego.

— Jak myślisz, jak ci poszło ostatnie pytanie? Wiedziałem o monetach, papierze, przyprawach i tym podobnych, ale nie byłem pewien, jaka jest tak naprawdę prawdziwa geneza mugolskich pieniędzy…

— Hm? Och, tak. Też…

— Cholera! Zawaliłeś to!

— Nieprawda! — syknął, oburzony.

W drodze do pokoju wspólnego, pośród ogólnego szkolnego zgiełku, Albus zauważył dwie wysoce niepożądane osoby: Lance i Rose, którzy również ukończyli egzaminy, szli niedaleko nich w kierunku schodów, prowadzących do Wieży Gryffindoru. Idący obok Scorpius natychmiast się spiął.

Nie będąc do końca pewnym, czy jego stosunku z kuzynką wróciły na dawne tory, Albus zaryzykował — wykonanie pierwszego kroku naprzód nie powinno szczególnie zaszkodzić.

— Cześć, Rose! — przywitał się. — Jak… jak poszedł ci egzamin?

Para się zatrzymała, a dziewczyna wyglądała na szczerze zaskoczoną takim rozwojem sytuacji.

— Hm, dobrze. Tak sądzę. — Spojrzała na Lance'a, zakłopotana. Może odzwyczaiła się od pokojowych rozmów.

W momencie, gdy chłopiec się odezwał, zrozumiał, że popełnił poważny błąd. Idąc za przykładem przyjaciela, Scorpius także spróbował nawiązać kontakt.

— Miałaś numerologię, prawda? — zapytał bez tchu. — My właśnie wyszliśmy z mugoloznawstwa. Czy na numerologii było ciężko? — wyrzucił z siebie.

W przeciwieństwie do pytania Albusa Rose nie otworzyła nawet ust, żeby odpowiedzieć. Zamiast tego rzuciła blondynowi jedynie chłodne spojrzenie. Lance pochylił się ku niej i coś wyszeptał do ucha, na co dziewczyna zachichotała i najzwyczajniej w świecie minęła ślizgonów bez pożegnania.

Blade policzki Scorpiusa pokryły się delikatnym różem, a wnętrzności Albusa związały się w supeł. Na chwilę zapomniał o podekscytowaniu własnymi teoriami i spiskami, aby współczuć przyjacielowi.

— Scor…

— Nie chcę o tym rozmawiać — przerwał mu Malfoy i wznowił krok; po chwili przyspieszył.

Brunet podążył za nim bez słowa.

W pokoju wspólnym panował prawdziwy rozgardiasz — siódmoroczni rozkręcili już porządną imprezę. Morrison leżał wyciągnięty na podłodze, wyglądając na wybitnie zrelaksowanego, mimo że dopiero wczoraj napisał ostatni egzamin. Sprawiał wrażenie, jakby czekał na powrót Melonie. Albus podążył za Scorpiusem prosto do dormitorium, gdzie w milczeniu obserwował, jak blondyn zdecydowanie odmówił rozmowy i wczołgał się pod kołdrę, po czym zasunął wokół siebie zasłony. Chłopiec usiadł na swoim posłaniu, również niezadowolony.

Biedny Scorpius. Powinien być podekscytowaniu zakończeniem SUMów, ale improwizowane spotkanie z Rose całkowicie zniszczyło pozory optymizmu, które tak rozpaczliwie chciał podtrzymywać. Mimo że współczuł przyjacielowi, najnowszy list ciążył mu w kieszeni. Nadal potrzebował z kimś o nim porozmawiać — i to natychmiast. Na pocieszenie Scorpiusa przyjdzie czas potem — w tym momencie ślizgon i tak nie był w nastroju na sentymenty.

Zanurkował do swojego kufra i nie minęła nawet minuta, kiedy mamrotał pod nosem magiczne hasło do ulubionej Mapy. Mirra szła korytarzem na piątym piętrze razem z grupką współdomowników i poruszała się powoli. Znacząco utrudniony ruch był zwyczajnie okropny, ponieważ wszyscy kierowali się do Wieży Gryffindoru — warunki wprost idealne do złapania kogoś.

— Wrócę później, stary — zakomunikował głośno, a Scorpius chrząknął w poduszkę na znak, że przyjął do wiadomości tę nowinę.

Albus przedarł się przez tłum w pokoju wspólnym i przeszedł cały szkolny labirynt. Gdy skręcił za róg, przeszył go lodowaty dreszcz, w którym rozpoznał Krwawego Barona. Przeskakiwał po trzy stopnie na raz i finalnie zobaczył swoją dziewczynę, kiedy ta przeszukiwała wzrokiem korytarz na szóstym piętrze.

— Mirra! — zawołał.

Dziewczyna odwróciła się z szerokim uśmiechem na twarzy. Przepchnęła się przez stłoczony wokół tłum i przytuliła go mocno, kiedy podeszła bliżej.

— To koniec! — zaszczebiotała radośnie. — To naprawdę koniec! Nie mogę w to uwierzyć! Jak ci poszło mugolo…

— Nawet, nawet — przerwał jej wpół zdania. — Tak czy inaczej…

— Tak średnio? Ale przecież uczyłeś się tyle czasu…

— Niby tak, ale to nie do końca prawda — odpowiedział szybko. — Tak czy inaczej, wysłuchaj mnie…

Aby uniknąć ewentualnego podsłuchiwania, Albus poczekał, aż korytarz opustoszeje i wycichnie, a następnie streścił wydarzenia z dnia otrzymania listu oraz wyjaśnił wnioski, do których potem doszedł. Gdy skończył, zauważył, że Mirra miała sceptyczną minę.

— Och, Al…

— No co? — Zmarszczył brwi.

— Nadal bzikujesz na tym punkcie?

— W ogóle nie bzikuję — burknął szorstko. — No popatrz. Kiedy się nad tym zastanowisz, wszystko naprawdę ma sens! Sowa przynosi mi listy od jakiegoś miesiąca, a z artykułów prasowych wiemy, że Srebrny Czarodziej był w tym czasie aktywny…

— W takim bądź razie, czy uważasz, że to Srebrny Czarodziej jest tajemniczym nadawcą?

— No tak, oraz…

— A czy nie powiedziałeś przypadkiem, że ta poczta była przeznaczona dla Puckerda? — spytała ostrzegawczym tonem.

— Cóż, niby tak, ale bardziej prawdopodobne jest to, że w rzeczywistości była przeznaczona dla mnie…

— Czy wydaje ci się, że wiesz, kto jest Srebrnym Czarodziejem?

Albus napiął mięśnie.

— Mam pewne przypuszczenia — odpowiedział pospiesznie.

Mirra jęknęła cierpiętniczo i tupnęła nogą.

— Dlaczego zwyczajnie nie możesz być normalny i czerpać radość z ukończenia swoich egzaminów?

— Nie prosiłem o cały ten bajzel! — wywarczał przez zaciśnięte zęby; nie minął się z prawdą.

Gryfonka westchnęła i nie odpowiedziała. Albus przez moment się wahał i dopiero po dłuższej chwili zadał pytanie, które chodziło mu po głowie.

— Chciałabyś udać się tam ze mną?

Mirze opadała szczęka.

— Obyś miał na myśli Pokój Życzeń…

— Nie! — Ślizgon zagryzł z irytacji zęby, po czym wyjął z kieszeni list i podał go rozmówczyni. — Tutaj! Na Woodlard Way! W miejsce, gdzie ukryto Zasłonę! W miejsce, gdzie — jestem tego w stu procentach pewien — będzie Srebrny Czarodziej…

— Jesteś szalony, Albusie! — wypaliła. — Opowiedz o tym chociaż jakiemuś dorosłemu! Wytłumacz wszystko ojcu!

Chłopiec uśmiechnął się słabo. Myśl ta zaświtała mu w głowie podczas mugoloznawstwa, ale natomiast po niej pomyślał o potencjalnych następstwach. Jakby na to nie patrzeć, poczta była ewidentnie adresowana do Wendella Puckerda, opiekuna Slytherinu. W jaki sposób mógł wyjaśnić otworzenie cudzej korespondencji…?

— Powiedziałem dorosłemu — stwierdził nagle. — Scorpius jest lata świetlne od swojego wieku…

— Och, nie bądź śmieszny, Albusie! — Mirra zamachała rękami i rozejrzała się dziko, żeby sprawdzić, czy ktoś ich nie podsłuchuje. — Obiecałeś — wyszeptała cicho.

— Obiecałem? — zapytał głupio.

— Obiecałeś, że nie będziesz biegał nigdzie na złamanie karku, że nie będziesz robił głupstw oraz że nie będziesz pchał się wprost w łapy niebezpieczeństwa…

— Czy aby na pewno tak to brzmiało…?

— Mniej więcej — stwierdziła. — Co gorsza, Al: nawet się nad tym nie zastanawiasz. Nie wiesz, gdzie jest to miejsce. Jak w ogóle byś się do niego dostał?

— Hm, sprawię, by Morrison i Scorpius ze mną poszli, a oni na pewno będą mieli jakieś dobre pomysły. W sensie, sam też już mam parę…

— Na przykład? — Mirra uniosła wyzywająco brew.

— Eee… — Umysł Albusa zaczął pracować na najwyższych obrotach. — Testrale! — powiedział szybko. — Polecimy na testralach! Hagrid uważa, że mają doskonałe wyczucie kierunku…

— Bezpieczeństwo jest najważniejsze — parsknęła sarkastycznie dziewczyna. — Nastolatkowie przemierzający przestworza na stworzeniach, których większość nawet nie widzi… Naprawdę, Al?

— No dobrze, to był głupi pomysł. — Uniósł obronie ręce. — Ale są też inne dro… Fiuu! — poprawił się natychmiast.

— Słucham?

— Fiuu! Dotrzemy na miejsce przez Fiuu!

— Albusie. — Mirra potarła skronie. — Przez żaden szkolny kominek nie da się podróżować całym ciałem…

— Oprócz tego w gabinecie McGonagall! — zakomunikował podekscytowany. — Kilka miesięcy temu Fischer wpadła do nas właśnie przez niego. No wiesz, wtedy gdy przeprowadzała to małe śledztwo! Znam też hasło, żeby dostać się do biura! Wątpię, aby często je zmieniała! No i McGonagall ma też u siebie Insta–Fiuu, które chroni przed wszystkimi urokami… — Wyrzucił to z siebie na jednym oddechu, zarówno zadowolony, jak i zdumiony tym, jak sprawy się świetnie dograły. Koniec końców okazało się, że obecność Fischer w Hogwarcie wyszła po trochu dobrze…

W międzyczasie Mirra zaczęła przygryzać paznokcie, najwyraźniej zastanawiając się nad inną bronią ze swojego arsenału.

— Nie rozważyłeś wszystkich możliwości! — zawyrokowała. — Czy przeszło ci chociaż przez myśl, że to może być pułapka? — syknęła. — Znowu!

— Tak! — skłamał Albus, uparcie obalając tę teorię. — To nie może być zasadzka! Gdyby rzeczywiście była, to czemu dwukrotnie skreślono ten adres? Napastnik z całą pewnością chciałby, bym przybył na miejsce najszybciej, jak potrafię!

Mirra skrzywiła się paskudnie, słysząc ten argument. Szaleńczo szukała wymówki, a kiedy w końcu ją podała, ta sprawiła Albusowi wiele kłopotu.

— Nie możesz tam iść! Nie chcę, żebyś tam szedł!

— Och, no daj spokój…

— Mówię całkowicie poważnie. — Sprawiała wrażenie, jakby miała się zaraz rozpłakać. Po raz pierwszy podczas tej rozmowy chłopiec poczuł bolesne ukłucie winy. — Możesz nie dbać o to, czy zostaniesz ranny, ale ja tak! Nie jesteś tylko moim chłopakiem, Al. Jesteś także moim najlepszym przyjacielem!

Albus stał zmrożony w miejscu, niepewny, co zrobić. Czy powinien się wycofać?

— Nic… nic mi nie będzie… — Zbliżył się do Mirry i przytulił ją. — Obiecuję…

Gryfonka odsunęła się gwałtownie.

— Jeżeli pójdziesz, powiem Puckerdowi — zapiszczała, przez co ślizgon także się cofnął.

— Co takiego?

— Cóż, no dobrze. Może nie Puckerdowi, ale na pewno komuś innemu. Profesorowi Longbottomowi! A może nawet pani dyrektor McGonagall!

Pomiędzy parą zapadła długa cisza, w której czasie Albus studiował wściekłą minę Mirry. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wiedział, że jej czerwone policzki nie są oznaką zawstydzenia czy zażenowania szantażem emocjonalnym.

Z trudem przełknął ślinę.

— W porządku — stwierdził chłodno. — Raczej nie pójdę — dodał po chwili.

Gryfonka odetchnęła z ulgą.

— Obiecujesz? — spytała, na co skinął głową.

— Obiecuję — powtórzył, choć ton jego głosu się nie zmienił.

Zmiana w zachowaniu dziewczyny była widoczna gołym okiem — napięte mięśnie rozluźniły się w ciągu ułamku sekundy, a rysy twarzy złagodniały. Zanim zdążyła się znów odezwać, Albus ją wyprzedził.

— Powinienem sprawdzić, co ze Scorpiusem — stwierdził pospiesznie. — Wcześniej wpadł na Rose…

— Och. — Mirra westchnęła, rozczarowana. — Czekaj chwilę. Czy naprawdę skończyłeś z tymi listami?

— Tak — odpowiedział prosto. — Spotkamy się później. Pogadamy o tym, jak poszły ci egzaminy.

— W porządku! — Znów odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się szeroko. Sprawiała wrażenie podekscytowanej. Podeszła bliżej i ucałowała go, a nim minęło dziesięć minut, wrócił do pokoju wspólnego.

— Wybieram się w to miejsce — powiedział do Scorpiusa, który wciąż leżał na łóżku z twarzą przyciśniętą do poduszki. — Chcesz się ze mną zabrać?

Malfoy uniósł głowę; twarz miał czerwoną.

— Nie bądź szalony, stary…

— Mówię poważnie. Idziesz czy nie?

— Nie. — W głosie przyjaciela zabrzmiała żelazna nuta. — Bo także nigdzie się nie wybierasz. Nawet ty nie jesteś na tyle głupi. Jak niby byś się tam dostał? Nawet nie wiesz, gdzie to dokładnie jest.

— Wszystko mam już opracowane…

— Nie teraz, stary. — Scorpius znów wyglądał na załamanego. Od razu wtulił się w poduszkę.

Albus przez chwilę patrzył na blondyna w milczeniu. Po niemym przyznaniu się do porażki odwrócił się na pięcie i zszedł na dół, gdzie impreza trwała w najlepsze. Morrison siedział na jednym z wygodnych foteli, a Melonie, pomimo dochodzącego zewsząd hałasu, spała na jego kolanach.

— Morrison…? — zaczął, ale Vincent natychmiast podniósł palec do ust.

— Śpi — wyszeptał i wskazał głową dziewczynę; raz za razem gładził ją po włosach.

— Posłuchaj. Zamierzam…

— Po obiedzie, stary — przerwał mu przyjaciel, głosem jeszcze cichszym. — Wielgachna poegzaminowa uczta powinna ją obudzić…

Albusowi nie zostało nic innego jak wgapianie się w Morrisona. Ostatecznie wrócił do dormitorium. Z ostrożnością zaczął przekopywać swój kufer, a przez ten czas Scorpius nadal leżał prawie nieprzytomny na łóżku.

Był przekonany, że przyjaciele nie chcieli zrywać z nim przyjaźni, ale jednocześnie uważał za dziwny tor, w którym sprawy się rozwinęły. Malfoy był zbyt zdołowany swoimi problemami z dziewczyną, a Morrison zbyt podniecony rozwojem swojego związku, aby którykolwiek z nich naprawdę zastanawiał się teraz nad czymkolwiek innym.

Podczas przekopywania kufra natknął się na pelerynę niewidkę, ale nie zabrał jej — był pewien, że nie będzie potrzebna. Tym razem dokładnie wiedział, w co się pakuje. Być może rzeczywiście nie znał wszystkich najdrobniejszych szczegółów, ale był przekonany, że ta korespondencja była z natury życzliwe i miał wystarczającą ilość dowodów, aby skorelować je z zamaskowanym samozwańczym strażnikiem.

W rogu znalazł to, czego szukał — srebrny pierścień. Jeżeli jego przypuszczenia okażą się prawdą, dziś zwróci sygnet właścicielowi.

Impreza została wstrzymana na czas posiłku, kiedy to uczniowie ruszyli do Wielkiej Sali. Niezadowolony Scorpius poszedł razem z resztą. Albus nie ruszył się z miejsca; czekał w pokoju wspólnym z Mapą w ręku. Gdy korytarze opustoszały — a w biurze McGonagall nie było żywej duszy — wyczyścił pergamin i wyszedł.

Nie oglądając się na boki, bez żadnego problemu dotarł na siódme piętro; nie zauważył, że Szara Dama spostrzegła jego obecność. Stanąwszy przed kamiennymi gargulcami, poczuł podekscytowanie kłębiące się w dolnej partii brzucha. Gdy podrapał się po brodzie, posągi spojrzały na niego z zainteresowaniem.

— Hm… Wulfric…? — zapytał niepewnie.

Nastąpiła chwila ciszy, a następnie gargulce odsunęły się na bok.

Albus starał się nie wyglądać zbyt podejrzanie, tak bezczelnie wchodząc na obrotowe schody. Sekundę później stanął przed wspaniale się prezentującymi drzwiami. Podniecenie tak nim zawładnęło, że aż się trząsł — postronny obserwator powiedziałby, że to z powodu strachu, ale nie czuł go. Miał niesamowicie dobre przeczucie do tego, co go spotka, gdy dotrze pod wskazany adres. Wiedział, że jeżeli którekolwiek z jego podejrzeń okażą się słuszne — czy to w sprawie tożsamości Srebrnego Czarodzieja, czy miejsca pobytu Zasłony — w jakiś sposób pomoże to w śledztwie ojca. Pchnął drzwi i ukazał mu się całkowicie pusty gabinet.

Niemal zachichotał z prostoty, której doświadczył. Podszedł do kominka, gdzie zawieszony był garnuszek z, bez najmniejszych wątpliwości, proszkiem Insta–Fiuu. Wziął odrobinę i z szerokim uśmiechem na twarzy rzucił go w ogień.

Płomienie natychmiast przybrały kolor musztardowy. Albus wyciągnął z kieszeni list, nie chcąc pomylić tajemniczego adresu.

— Woodlard Way 27…

— Nikczemność! — Rozległ się groźny głos, a chłopiec odwrócił się tak szybko, że prawie się przewrócił o własne szaty. Instynktownie wyciągnął różdżkę i rozejrzał się dziko. Nikogo nie dostrzegł. Potem zwrócił uwagę na portret wiszący nad biurkiem dyrektor McGonagall. — Moje imię zostało zhańbione — zadrwił Severus Snape. — Kolejny raz z rzędu rodzina Potterów nie jest w stanie przestrzegać najprostszych zasad i stawia własne widzimisię ponad szkolnymi przepisami…

— Wystarczy, Severusie — odezwał się wiszący obok portret, a Albus zwrócił się w stronę swojego drugiego imiennika — mężczyzny ze srebrną brodą i lekko skrzywionym nosem: Albusa Dumbledore'a.

— Dosyć czego? Prawdy? — kontynuował niezrażony Snape i nawet zasłona czarnych jak smoła włosów nie ukrywała wstrętu widocznego w jego oczach. — To włamanie do gabinetu dyrektora, wyraźnie wbrew zasadom samym w sobie! To próba użycia osobistego kominka w celu opuszczenia terenu szkoły! Jak ci się wydaje, dokąd zmierzasz, Potter? Jestem pewien, że w pojedynkę próbujesz uratować magiczny świat…

— Ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy, byłeś o wiele milszy — powiedział chłopiec, nie mogąc się powstrzymać; nagle poczuł się bardzo nieswojo.

— Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, byłeś dzieckiem, z którego potencjalnie mógł wyrosnąć porządny czarodziej. W tym momencie jesteś podróbką swojego ojca, mężczyzny, który praktycznie wymyślił tego typu wykroczenie…

— Severusie… — przerwał sąsiadowi cicho Dumbledore. — Czy nie rozważyłeś opcji, że być może młody Albus Potter ma naprawdę dobry powód, aby potajemnie złamać zasady panujące w Hogwarcie?

— Oczywiście, że nie…

— Nie w naszym interesie leży ocenianie postępowania tego młodego mężczyzny, Severusie.

Ślizgon wciąż stał w miejscu i zwyczajnie się gapił, jak dwa portrety prowadzą uszczypliwą konwersację; wciąż chętny do odejścia, ale paradoksalnie niechętny do zrobienia tego w trakcie trwania rozmowy. Był również zadowolony, że Dumbledore — czarodziej, którego wszyscy najwyraźniej darzyli wielkim szacunkiem — opowiedział się po jego stronie.

Snape nieustannie parskał, ale więcej nie zabrał głosu. Po chwili wymamrotał coś pod nosem, co brzmiało podobnie do słowa „oczy", a potem wyraz jego twarzy złagodniał, choć nieznacznie. Co zaskakujące, portret Dumbledore'a odwrócił się do chłopca i przybrał surową minę.

— Twoje wybory zależą wyłącznie do ciebie — powiedział. — Zapamiętaj jednak jedno: konsekwencje twoich wyborów mogą mieć wpływ na wielu.

Albus pokiwał z dezorientacją głową, chociaż ostatnia słyszalna w głosie staruszka nuta odrobinę podniosła go na duchu. Został odprawiony. Nie zwlekając dłużej, odwrócił się do ognia i odchrząknął.

— Woodlard Way 2791! — Wszedł w płomienie i dał się ponieść w przestrzeń.



[1] Ognisty Krab (z ang.: fire crab) — magiczne stworzenie przypominające z wyglądu żółwia, będące pod ochroną; nazwa jest myląca. Ich skorupy usiane są diamentami, a bezwzględni czarodzieje wykorzystują je do tworzenia wysokiej klasy kociołków. Kraby posiadają swój własny mechanizm obronny: atakowany, wystrzeliwuje z tylnego końca płomienie. Można hodować je jako zwierzę domowe, ale wymagana jest na to specjalna licencja

[2] Mantykora (z ang.: manticore) — jedno z najbardziej niebezpiecznych stworzeń w magicznym świecie; potwór o głowie człowieka, ciele lwa, skrzydłach smoka oraz ogonie skorpiona z żądłem. By zwabić bliżej ofiarę, mantykora cicho nuciła — jej skóra odbija większość zaklęć, a użądlenie jest śmiertelne. Podobnie jak akromantula jest w stanie przemawiać ludzkim głosem i jednocześnie nie potrafi pohamować swoich zwierzęcych pragnień. W rzeczywistości oczy mantykory nie posiadają żadnych magicznych właściwości. Stworzenie to jest wspominane przez Hermionę Granger w „Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu", kiedy to szukała informacji na potrzeby obrony Hardodzioba

[3] Sproszkowany smoczy pazur — rzekomy cud wynalazek, bardzo popularny w okresie poprzedzającym szkolne egzaminy. Swój debiut miał w piątej części oryginalnej sagi, kiedy to został skonfiskowany przez prefekt Gryffindoru, Hermionę Granger. Po bliższym przyjrzeniu dziewczyna stwierdziła, że w rzeczywistości to wysuszone odchody bahanek, a nie pył ze smoczego pazura

[4] Zębaty Bodziszek (z ang.: fanged geranium) — magiczna roślina o czerwonych kwiatach posiadająca bardzo ostre zęby. Jej kły są używane jako składnik eliksirów oraz czarodziejski artykuł spożywczy. Bodziszek zadebiutował w „Harrym Potterze i Zakonie Feniksa", kiedy to pojawił się na SUMach — główny bohater sagi został wówczas ukąszony

[5] Wnykopieńki (z ang.: snargaluff) — sękate pieńki, które na pozór wyglądają jak zwykłe kawałki drewna, jednak gdy się do nich zbliży, natychmiast ożywają. Ze szczytu pnia wyskakują długie, kolczaste pędy, które przypominają gałązki jeżyn i wymachują wściekle w stronę osoby, która jest najbliżej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz