Albus wirował dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Kręcił się tak szybko, że aż ciężko mu było utrzymać zamknięte oczy. Pomimo nieprzyjemnego uczucia wślizgującej się do nozdrzy sadzy wiedział, że nie może nic innego zrobić, jak poczekać cierpliwie na koniec podróży. Po prawie pełnej minucie wirowania w końcu uderzył stopami w twardą ziemię.
Natychmiast się przewrócił — wciąż mocno zaciskał powieki, a kolanami dotykał czegoś puchowego, co przywodziło na myśl gruby dywan. Wstał i dłońmi ubrudzonymi popiołem przetarł oczy. Gdy tylko odzyskał zdolność normalnego mrugania, skoncentrował się na otoczeniu i odwrócił w stronę kominka, z którego wypadł.
Sprawiał wrażenie nieskomplikowanego, prostego, poniekąd archaicznego. Z paleniska nie buchał ogień, a na drewno składały się zaledwie kruche, cienkie gałązki. Z jakiego dziwnego, niewytłumaczalnego powodu Albus wiedział, że nie był to czarodziejski kominek, a mugolski. Uświadomił sobie również, że być może bez dodatkowych właściwości Insta–Fiuu mógłby nawet tu nie trafić.
Odwrócił głowę od paleniska, aby przyjrzeć się reszcie otoczenia. Z zaskoczenia uniósł wysoko brwi. Jakiekolwiek niejasne miał wobec kryjówki oczekiwania, nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.
Znajdował się w przytulnym salonie, który sprawiał wrażenie nieużywanego od lat. W swoich przypuszczeniach miał rację — stał na dywanie, kudłatym i brązowym; tak zakurzonym, że można było odnieść wrażenie, iż jeden puch leży na drugim. W całym pokoju rozstawione były ozdobione nieoświetlonymi świecami stoliki. Na wszystkich ustawione były ramki ze zdjęciami. O dziwo, każde było przewrócone i tym samym zakryte. W rogu stał ogromny dziadkowy zegar, który wyglądał, jakby zupełnie nie wskazywał aktualnego czasu. Co najbardziej zaskakujące, kilka metrów od starego telewizora znajdowała się wygodna kanapa. Kryjówka zdecydowanie była mugolskim domem.
Albus zrobił kilka kroków naprzód, a przy każdym jego kroku w powietrze unosiła się chmura pyłu; przy najmniejszym ruchu dywan wydawał z siebie dziwacznie zgrzytliwe dźwięki. Salon był zaciemniony, choć w pobliżu telewizora było okno, przez które wlatywało do środka trochę światła. Chłopiec ostrożnie do niego podszedł, a następnie dyskretnie wyjrzał na zewnątrz, żeby lepiej rozeznać się, gdzie dokładnie przybył.
Pierwszym widokiem, który zobaczył, był olbrzymi ogród, który — podobnie jak wszystko tu inne — wyglądał na straszliwie zaniedbany, jakby nie był pielęgnowany od dziesięcioleci. Na środku stał masywny dąb, który poniekąd ograniczał widoczność ulicy poza terenem posiadłości. Albus uzmysłowił sobie, że znajduje się w zwyczajnym oraz nieszczególnie starym mieszkaniu i że niedaleko mu do cywilizacji — być może w pobliżu było jakieś niemagiczne miasteczko bądź mniejsza osada. Kto tu mieszka? Co gorsza, czy właściciel jest obecnie w domu?
Paląca ciekawość została zastąpiona dezorientacją oraz do pewnego stopnia także strachem. Nagłe podekscytowanie uzyskaniem odpowiedzi na nurtujące dotąd pytania wyparowało, pozostawiając w głowie myśl, że postąpił głupio, przychodząc tutaj w pojedynkę. Tchnięty przeczuciem, odwrócił się w stronę zrujnowanego kominka i uświadomił sobie, że ta droga ucieczki odpada. Dlaczego nie zabrał ze sobą szczypty proszku Insta–Fiuu?
Nie dbając już o to, dlaczego w liście zawarty był mugolski adres, Albus podszedł do najbliższego stolika z fotografiami — chciał zebrać jak najwięcej wskazówek odnośnie swojego aktualnego miejsca pobytu. Podniósł losowe zdjęcie i wytrzeszczył oczy, kiedy rozpoznał przedstawioną na nim osobę.
To był Fairhart. Nawet ilość kurzu pokrywająca fotografię nie umniejszyła postaci profesora; był natychmiast rozpoznawalny. Wzrost, nieujarzmione czarne włosy — wszystko. Każdy szczegół był taki sam z wyjątkiem nieskazitelnej twarzy mężczyzny. Albus nie miał najmniejszego pojęcia, kiedy było zrobione to zdjęcie, lecz Fairhart nie miał straszliwie oszpeconej lewej strony. Chłopiec doszedł do wniosku, że widział tylko jedną taką fotografię: tę, którą profesor miał przy sobie podczas pobytu w Hogwarcie.
Najbardziej osobliwy w twarzy Fairharta był jednak szeroki, od ucha do ucha uśmiech. Wyglądał na zrelaksowanego i przeszczęśliwego — oczy mężczyzny nieziemsko błyszczały, nadając mu młodzieńczy wygląd. Obok niego stała piękna, szczupła i równie czarnowłosa kobieta — z całą pewnością stanowiła źródło tejże radości. Z widoczną swobodą opierała dłoń na jego ramieniu, także promieniując szczęśliwym uśmiechem. Pomimo tego, że fotografia była nieruchoma, Albus z łatwością mógł stwierdzić, że pomiędzy parą nie było żadnej niezręczności. Wtem coś przykuło uwagę nastolatka: dłoń kobiety dziwnie się błyszczała. Kiedy przyjrzał się temu uważniej…
— Sam — wyszeptał pod nosem i instynktownie włożył rękę do kieszeni szaty. Pogrzebał w niej trochę, po czym chcąc potwierdzić swoją hipotezę, wyciągnął srebrny pierścień. Nie było nawet cienia wątpliwości. Nie było ani jednego kontrargumentu. To zdjęcie obaliło postawioną jakiś czas temu tezę, jakoby Sam był potężnym czarodziejem i zarazem dawnym mentorem Fairharta. Sam nie był nawet mężczyzną… Sam najprawdopodobniej była mugolką…
Albus odłożył fotografię na miejsce, nagle czując się niczym podglądacz. Nie musiał nawet oglądać pozostałych zdjęć, żeby wiedzieć, do kogo należał ten dom. Posiadłość była własnością Fairharta i tej kobiety, Sam — będącej w związku pary. Teraz gdy się nad tym zastanowił, to czy przypadkiem nie ta sama pani była na zdjęciu, które widział dwa lata temu? Nie zauważył wtedy żadnego pierścionka, ale to może też dlatego, że wcale się za nim nie rozglądał. Ale przecież Sam była w ciąży…
Ślizgon rozejrzał się nerwowo po salonie. Czuł się teraz wyjątkowo niezręcznie. Jakąkolwiek tajemnicę przybył tu rozwiązać, nie chciał poznawać tego typu informacji z życia osobistego Fairharta. Co, jeśli para żyła tu szczęśliwie? Dlaczego wysłano mu list z tym konkretnym adresem? Chłopiec spodziewał się odnaleźć w kryjówce odpowiedzi na pytania dotyczące aktualniejszych wydarzeń politycznych; spodziewał się odnaleźć w tym domu Zasłonę Skazańca.
Postanowiwszy, że nadal może poszukać jakichś poszlak, Albus wyściubił głowę zza drzwi. Wzrokiem omiótł następny pokój. Jadalnia także była zaniedbana, a okrągły obiadowy stół cały zakurzony i brudny. Kuchnia wcale nie była w lepszym stanie — jasnozielona farba miejscami odpryskiwała, tworząc białe brzydkie plamy wapna na ścianach.
Dopiero gdy wrócił do salonu, zadał sobie kolejne dezorientujące pytanie. Dlaczego wszystkie fotografie były przewrócone? Z jakiego powodu i kto nie chciał na nie patrzeć?
Szaleńczo rozejrzał się wokół, szukając kolejnego pomieszczenia. Nie pomylił się. Kilka kroków od kominka znajdowały się schody, również pokryte tą samą wykładziną, co reszta mieszkania. Albus zrozumiał, że te stopnie prowadzą na piętro, gdzie może — a raczej musi — znajdować się sypialnia oraz łazienka. Innymi słowy: czeka go kolejna, kompletnie różna od reszty część domu do zbadania. Chociaż w powietrzu wisiała dość złowroga atmosfera, chłopiec nie był wybitnie zmartwiony. Uświadomił sobie, że gdyby miał zostać zaatakowany, to do tej pory najpewniej by się to stało; wróg nie czekałby na nie wiadomo co. Zacisnął w determinacji wargi. Przede wszystkim chciał się dowiedzieć, dlaczego nadawca listów udostępnił mu ten konkretny adres.
Powoli wszedł po schodach, ale nawet po miękkiej wykładzinie, każdy krok brzmiał nadzwyczaj głośno. Na szczycie spotkał się z wąskim korytarzem i charakterystycznym trzaskiem, przez co doszedł do wniosku, że dom zaraz się zawali. Wszystkie drzwi były pozamykane, więc Albus postanowił, że po kolei przeszuka każdy napotkany pokój. Najpierw udał się ku drzwiom po prawej stronie. Pchnął je cicho i został dziwnie przywitany melodią.
Muzyka nie była typowa — powolne, beztroskie dźwięczenie, przy którym łatwo można zasnąć. Ślizgon zrozumiał w mig — sypialnia była przeznaczona dla dziecka. Wszystko, od ścian po puchowy dywan, było w kolorze jasnego błękitu i co najważniejsze sprawiało wrażenie, jakby właśnie w ten pokój w domu włożono najwięcej wysiłku. W jednym z rogów stały klocki z literkami, w drugim, blisko okna, regał z perfekcyjnie ułożonymi książkami obrazkowymi. Ze wszystkich mebelków najbardziej rzucała się w oczy pusta, także niebieska, kołyska stojąca na samym środku pokoju. Cicha melodia, która wypełniła uszy Albusa, miała swe źródło w wiszącej nad łóżeczkiem zabawce — dzięki niej maluch miał praktycznie natychmiast zasypiać. Nieskomplikowany mechanizm najprawdopodobniej zasilał podmuch wiatru wpadający przez otwarte okno.
Ślizgona nagle dopadły mdłości. Ten pokój wydawał się najbardziej osobistym ze wszystkich, do których do tej pory wszedł, a jednak nie potrafił oderwać wzroku od kolebki. Podczas gdy meble i zabawki wyglądały na idealnie usytuowane, kołyska była lekko pokrzywiona i obskurna — sprawiała wrażenie ręcznie rzeźbionej. Co więcej, dziwacznie wyglądały nawet koce i poduszki: sztywno. Albus przesunął dłonią po poręczy łóżeczka i zobaczył, że jest zakurzona i brudna. Nie było tak, że kołyska nie była używana od dawna. Ona nigdy nie została użyta.
Chłopiec powoli wycofał się z sypialni, nagle czując się bardzo surrealistycznie. Co on tu właściwie robił? Niezależnie od pierwotnych zamiarów czy oczekiwań, nie przynależał do tego miejsca. Czy tajemnicze listy naprawdę mogły być zaadresowane do Puckerda? Ale… to się zupełnie ze sobą nie łączyło. Komu mogłoby strzelić do głowy, aby Puckerd przyszedł do starej posiadłości Fairharta?
Po cichu zamknął za sobą drzwi, a przez to usypiająca muzyka praktycznie przestała być słyszalna. Postanowiwszy działać racjonalnie, wpadł na pomysł, żeby wyjść na zewnątrz i udać się do najbliższej mugolskiej wioski, gdzie być może znajdzie sposób na skontaktowanie się z kimś z magicznej społeczności bądź uzyska pomóc w jakikolwiek inny możliwy sposób, ale właśnie wtedy jakiś trzepoczący dźwięk rozproszył jego koncentrację. Intrygujący szelest miał swe źródło kilka drzwi dalej, po przeciwnej stronie korytarza; dobiegał spod szczeliny drzwiowej. Czy ktoś był w tym pokoju?
Albus podszedł bliżej i wyciągnął różdżkę. Powoli pchnął drzwi…
Sapnął.
Tam, prawdziwe i realne, stało starożytne przejście z zawieszoną nań czarną płachtą.
Zasłona Skazańca.
Chłopiec zatoczył się do tyłu w całkowitym niedowierzaniu. Natychmiast rozpoznał ten artefakt widział go przecież dwa lata temu w samym środku Departamentu Tajemnic; Fairhart mu wtedy towarzyszył. Zasłona była na tyle duża, że zajmowała większość pokoju, ale pomimo tego rzeczywisty wygląd pomieszczenia nie pozostał niezauważony. Prócz artefaktu znajdowało się tutaj duże, przestronne łóżko, wyściełane świeżą, śnieżnobiałą pościelą, która bardzo wyróżniała się na tle brudnych ścian i podłóg oraz dwie nieduże toaletki. Albus od razu się zorientował, gdzie przywędrował. Ta komnata stanowiła główną sypialnię w domu. To tutaj noce spędzał Fairhart ze swoją kobietą.
Ślizgon odwrócił wzrok od łoża, czując się jeszcze bardziej niezręcznie niż przy dziecięcej kolebce. By zmniejszyć dyskomfort, całkowicie skupił się na Zasłonie. Naprawdę trzepotała, choć okno w pokoju nie było nawet odrobinę uchylone, nie mówiąc już o całkowitym otwarciu. Teraz gdy mógł nieskrępowanie zbadać magiczny artefakt z bliska, Albus okrążył go i zobaczył, że po drugiej stronie łuku jest tylko i wyłącznie pusta przestrzeń. Gdyby to było zwykłe przejście, ktoś mógłby w nie wpaść i w rezultacie znaleźć się po drugiej stronie. Od ojca wiedział, że nic nie było takie proste i wcale tak nie wyglądało. Zachowywał się nadzwyczaj ostrożnie; uważał, by nie dotknąć łuku, czy płachty…
Usłyszał okropny, bzyczący dźwięk i wkrótce przeszył go straszliwy ból.
— Nie! Nie teraz! — wymamrotał do siebie, upadając na czworaka i upuszczając różdżkę. Jego zmysły oszalały, a ból przeobraził się w tępe, okropne odrętwienie, które w zasadzie było jeszcze gorsze: miał wrażenie, że utracił panowanie nad swoim ciałem. — Nie teraz! — powtórzył i uświadomił sobie, że zmieniła mu się nawet barwa głosu.
Pod powiekami zaczął dostrzegać złote błyski, a w miarę dalszego mrugania, się stabilizowały. Odrętwienie ustało po kilku sekundach. Albus nie słyszał już uciążliwego brzęczenia — jego wizja stała się złocista. Wciąż leżał na podłodze, ale to dziwaczne i wspaniałe uczucie posiadania potężnych mocy powróciło; było nawet wyrazistsze niż w zeszłym roku, podczas pierwszego meczu quidditcha z Jamesem — sprawiało wrażenie podobnego do tego, podczas czwartego roku nauki: czuł, jakby mógł osiągnąć wszystko, czego pragnął.
Intensywnemu poczuciu mocy towarzyszył niewytłumaczalny strach, a więc było to coś, czego nigdy nie doświadczył przy tej niezwykłej transformacji. Jakaś jego cząstka, z niewytłumaczalnego powodu, była tym zmartwiona.
Oddaj.
Albus kilkakrotnie zamrugał. Kto to powiedział?
Oddaj!
Szorstki głos wydawał się dochodzić gdzieś z bliska, a jednak chłopiec nie był w stanie zidentyfikować żadnego konkretnego miejsca. Wzrok wbił w Zasłonę, która nie wiadomo dlaczego nie była zabarwiona na złoto — odróżniała się tym od całej reszty. Wyglądała dokładnie tak samo, jak wcześniej, choć biła od niej większa majestatyczność oraz bardziej trzepotała. Złote źrenice Albusa gwałtownie się rozszerzyły, kiedy spód płachty lekko się uniósł i ukazał wystającą z łuku przerażającą, pełną strupów rękę…
W momencie wszystko zniknęło — dłoń i pozłacana wizja; wszystko wróciło do normy. Potter, z trudem łapiąc powietrze, nadal przyciskał brzuch do podłogi. Wcześniej tego nie zauważył, lecz obficie się pocił. Zasłona Skazańca trzepotała w tradycyjny dla siebie sposób i tym samym wskazywała, że zareagowała w ten sposób tylko na tę dziwaczną metamorfozę.
Chwilę zajęło mu zrozumienie, dlaczego to ustało. Po kilku sekundach nasłuchiwania zrozumiał, co go rozproszyło.
Skrob. Skrob. Skrob!
Natychmiast podniósł się na nogi i uniósł wysoko różdżkę. Rozpoczął obrotowy taniec, próbując zlokalizować źródło dźwięku — przypominał on próbującego się gdzieś przedrzeć gryzonia.
Skrob. Skrob. Skrob!
Nie. To nie był gryzoń — myszy nie poruszały się tak rytmicznie. Po głębszym namyśle, do głowy Albusa przyszło porównanie, jakby ktoś skrobał piórem po pergaminie — jakby ktoś pisał list!
Wycelował przed siebie różdżkę, po raz pierwszy w stu procentach pewien, że nie jest tutaj sam. Strach wymieszał się z podekscytowaniem. Miał wrażenie, że kimkolwiek ta osoba by nie była, będzie największym argumentem w rozwiązaniu zagadki, z którą zgadał się przez cały rok.
Skrobanie miało charakter stały, przy zamkniętych drzwiach było ledwie słyszalne. Podszedł do nich i otworzył na oścież, starając się zachować ciszę. Jak na złość, zawiasy wydały z siebie długi, nieprzyjemny dla ucha zgrzyt, zupełnie jakby kpiły z tej ostrożności.
Na korytarzu skrobanie było głośniejsze i Albus był pewien, że dochodzi ze środka któregoś z pozostałych pokoi. Przyciskając buzię do każdych drzwi, słyszał bicie własnego serca. Wreszcie, dwie komnaty od dziecięcej sypialni, odgłos drapania był najgłośniejszy. Ślizgon mocniej ścisnął różdżkę i powoli pchnął drewno…
Wszedł do słabo oświetlonego gabinetu, gdzie jedynym meblem było zniszczone, stare biurko z wypalonymi śladami po gorącym wosku. Cała podłoga, z twardego drewna, w przeciwieństwie do reszty domu, była pokryta skrawkami papieru i kopertami — były ich setki. Ktoś pracował w takim otoczeniu. Plecami do Albusa przy biurku jakaś kobieta wściekle skrobała po pergaminie. Miała rozwichrzone, brudne blond włosy, a jej skóra była tak blada, że wyglądała, jakby od miesięcy nie widziała światła słonecznego. A jednak w niewytłumaczalny sposób chłopiec natychmiast rozpoznał, z kim ma do czynienia.
— Profesor Blackwood! — sapnął, na co czarownica się odwróciła.
W istocie. W gabinecie siedziała Ida Blackwood, a raczej to, co z niej zostało. Wargi czarownicy wydawały się niezdrowo cienkie i spieczone, a splątane strąki włosów spadały jej na twarz, sporo dodając do nieatrakcyjnego wizerunku. Oczy miała przekrwione i paradoksalnie nadzwyczaj żywe; nie było w nich ani grama dotychczasowego błękitu. Gapiła się niemal w przeciwnych kierunkach, przez co sprawiała wrażenie obłąkanego, maniakalnego szaleńca. Gdy spojrzała na przybysza, przestała pisać.
— San! — wykrzyknęła, a jej twarz rozjaśniła się z mieszaniny podekscytowania i niedowierzania. W momencie odepchnęła się od biura i upadła na podłogę, buzią do ziemi. Nie pozbierawszy się, zaczęła brnąć w kierunku Albusa.
— Co ta…? Co? — Ślizgon opuścił różdżkę, nie chcąc kierować jej w stronę osoby w tak żałosnym stanie. Co się przydarzyło tej kobiecie? Wiedział, że uciekała przed Wybawczym Aliansem Różdżek, ale co robiła w tej konkretnej posiadłości? I, co najważniejsze, dlaczego sprawiała wrażenie szalonej?
Podczas gdy Blackwood się czołgała, rzucił okiem na skrawki pergaminów losowo rozrzuconych po podłodze. Niektóre z nich, co zauważył nawet z daleka, były zapisane schludnie wyglądającym, czytelnym pismem; inne stanowiły dziecięce bazgroły.
— Pani profesor? Czy to pani wysyłała te li…?
Blackwood nie dała mu dokończyć zdania. Nie minęło dużo czasu, nim znalazła się tuż przed chłopcem i desperackim ruchem zarzuciła na niego ręce, finalnie dziwnie łapiąc go za nogi. Zapłakała i przez chwilę mruczała pod nosem coś zupełnie niezrozumiałego.
— San! — powtórzyła i wbiła w Albusa spojrzenie; wydzieliny z nosa i oczy zmieszały się ze sobą, nadając jej groteskowego wręcz wyglądu. Zmieniła uchwyt: owinęła rękami talię nastolatka i to była jedna z najbardziej niekomfortowych sytuacji, w których ten się znalazł. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka godzin temu skończył zdawać egzaminy.
— Pani pro… pro…
— Pisałam do ciebie, San! — zaszlochała, a po policzkach spłynęły jej słone łzy. — Tak wiele razy! Ja nie… Ty nie… My… myślałam, że nie żyjesz! — nieporadnie dokończyła, cała w strachu. Albus mógł tylko patrzeć, jak zwinęła się w bezradną kulkę na podłodze i zaczęła ciągnąć za strąki włosów. — Myślałam, że cię zabiłam… — wyrzuciła z siebie, łzami mocząc leżące obok skrawki pergaminów. — San…
— Pani profesor, nie jestem Fairhartem! — powiedział szybko chłopiec, lecz kobieta nawet nie zauważyła różnicy. Po prostu raz jeszcze podniosła się na kolana i ponownie objęła go w talii. Cały czas płakała.
— San… — lamentowała; z trudem łapała oddech. — Czasa… czasa… czasami tu jesteś… i… i…
— Czasem mnie nie ma — dokończył z napięciem Albus. W głowie miał treść pierwszego otrzymanego listu.
Był całkowicie oszołomiony. Czy właśnie tym od czasu ucieczki zajmowała się Blackwood? Bazgrała te wszystkie świstki? Ale przecież były skierowane do…
Opiekuna Slytherinu…
Albus poczuł nieprzyjemny ścisk w brzuchu, kiedy uświadomił sobie, że to ma sens. W tym roku opiekunem Slytherinu był Wendell Puckerd, ale dwa lata temu, zanim Ida Blackwood zajęła to stanowisko, ślizgonom przewodził Fairhart. Tajemnicze listy były przeznaczone dla jego oczu, stąd też Blackwood wspomniała raz o Zasłonie…
— Nie jestem Sancticusem Fairhartem, pani profesor! — krzyknął, nadaremnie. Kobieta wciąż kurczowo się trzymała jego szkolnych szat i nic do niej nie docierało.
— San! Prze… prze… prze… przepra… przepraszam! — wyjąkała. — Za… za zamordowanie cię! — dokończyła dramatycznie, a Albus poczuł, że robi mu się zimno. Co takiego powiedziała właśnie Blackwood…?
— Za zabicie mnie? Za zamordowanie Fairharta? — zapytał.
Wreszcie na niego spojrzała i w jej oczach można było dostrzec szalony błysk, który nawet przewyższał ten, który widział wcześniej u Darvy'ego.
— Pro… proszę, nie zmuszaj mnie, żebym znowu to zrobiła — błagała, a Albus nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko stać zmrożony w miejscu i pozwalać, by myśli kłębiły mu się w głowie.
Blackwood nie była żadnym szaleńcem. Wyglądało na to, że utraciła wszelką równowagę psychiczną i była całkowicie oderwana od rzeczywistości. Z jakiegoś powodu głęboko wierzyła, że Fairhart był jednocześnie żywy i martwy, a także że on, Albus, był Fairhartem. Blackwood była tajemniczym nadawcą listów, które przez cały rok przynosiła mu sowa. Co więcej, w oparciu o zróżnicowaną ortografię i interpunkcję oraz znaczenie tych zapisanych i pokreślonych skrawków, balansowała pomiędzy odcinkami czasu, kiedy potrafiła pisać spójnie, jak i nie. Podczas roku szkolnego Albus próbował rozwikłać tę zagadkę… kiedy w rzeczywistości nie było żadnej zagadki, której rozwiązania należało się podjąć…
Chłopiec nie musiał nawet zgadywać, jak do tego wszystkiego doszło. Dwa lata temu była nauczycielka eliksirów sprawiała wrażenie zdenerwowanej i umęczonej na wieść o śmierci Sancticusa Fairharta, ale nie wyglądała ani nie zachowywała się w ten sposób, co teraz. Czy za jej obecny stan odpowiedzialne było długie odosobnienie? Co ważniejsze, dlaczego w ogóle przesiadywała w starej posiadłości Fairharta, wysyłając te pergaminowe prośby o stawienie się w tym miejscu?
Kątem oka zobaczył wskazówkę, a przynajmniej coś, co pomogłoby uzyskać odpowiedzi na te nurtujące pytania. Był w błędzie, kiedy z początku założył, że na podłodze porozrzucane były tylko i wyłącznie skrawki papieru. Tuż obok biurka, na którego blacie narodziły się listy, Albus zobaczył dużą, wyglądającą na wiekową, okrągłą misę, po brzegi wypełnioną srebrzystą substancją — chłopiec wiedział, że nie jest ona ani płynna, ani gazowa. To była myślodsiewnia, a ponadto wirowało w niej wspomnienie.
Ślizgon z niemałym trudem odczepił od ubrania palce Blackwood, a ta, nagle tracąc oparcie, upadła na ziemię, niemalże stając się częścią swoich wymiętych i brudnych szat. Powoli przemierzył gabinet, zupełnie nie zwracając uwagi na rozrzucone wokół pergaminy, i obszedł biurko; ani na chwilę nie spuścił wzroku z myślodsiewni.
— Pani profesor? — spytał głośno, lecz gdy nie doczekał się odpowiedzi, kontynuował: — Trochę się tutaj rozejrzę, pani profesor. Dobrze?
Kobieta niechlujnie pociągnęła nosem i wymamrotała coś tak cicho, że nie dało się tego zrozumieć. Albus nie poświęcił temu dłuższej uwagi. Myślodsiewnia zdecydowanie była istotniejsza. Był niezmiernie ciekawy, dlaczego była jakby przygotowana do podróży w przeszłość. Blackwood z całą pewnością nie oglądała wspomnień, więc z jakiego powodu było ono tam włożone? Zmarszczył lekko brwi i spróbował sobie przypomnieć, co dokładnie Fairhart powiedział mu dwa lata temu o ludziach, którzy używają myślodsiewni. Czy nie wspominał przypadkiem, że co poniektórzy czarodzieje celowo usuwali z pamięci wspomnienia, nad którymi nie chcieli się rozwodzić? Lub coś w tym stylu…?
Blackwood z rozmysłem musiała się go pozbawić. Chciała zapomnieć i w wolnym czasie do niego wrócić. Ponieważ niczym kupka nieszczęścia wciąż leżała na podłodze i nie starała się niczego wyjaśnić, pozostawał jeden sposób, aby zrozumieć, co tu się wyprawia.
Albus przykucnął i poodrywał papiery od artefaktu, po czym podniósł go z ziemi i położył na blacie biurka. Po chwili wpatrywania się weń pochylił głowę. Srebrzysta substancja powoli zaczęła go wciągać, hipnotyzując przy tym…
Miał wrażenie, że wiruje; było tak, jakby znów podróżował przy pomocy proszka Fiuu. Nie był to pierwszy raz, kiedy doświadczył magii myślodsiewni i miał świadomość, że kiedy uderzy stopami w twarde podłoże, znajdzie się w środku wspomnienia Idy Blackwood.
Pierwszą rzeczą, jaką zarejestrował po przybyciu na miejsce, były ludzkie głosy.
— Czy wszyscy są gotowi? — zapytał ktoś ochryple, na co pozostali wydali z siebie zgodne pomruki.
Albus stał na bliżej niezidentyfikowanym podwórku; na ścieżce prowadzącej do normalnie wyglądającego domu. Podobnie jak do posiadłości, w której rzeczywiście się znajdował, w tej okolicy także nie było innych mieszkań, a więc i tutaj był daleko od cywilizacji. Okoliczny teren był gęsto zadrzewiony i przypominał las; dom nie sprawiał wrażenie nielubiącego samotności. Cegły były matowoszare, a ogrodzenie wysokie, z przymocowanymi na samej górze specjalnymi kolcami. Ktokolwiek tu nie mieszkał, cenił sobie prywatność.
Bardziej złowieszcza niż posiadłość i podwórko, była sama scena. Na zewnątrz było ciemno, a poruszające się po niebie chmury sprawiały wrażenie burzowych; z pewnością nadciągał straszliwy deszcz. Wokół stali ludzie. Od dziesięciu do piętnastu zakamuflowanych osobników ubranych było w identyczne czarne szaty z kapturem ze srebrnym emblematem w kształcie miecza. Byli to członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek.
— Co z naszą strategią ataku? — zapytał nieznajomy z tyłu grupy i dopiero wtedy Albus zorientował się, że stoją stłoczeni centralnie przed drzwiami wejściowymi. Wszyscy sprawiali wrażenie zlęknionych i przerażonych.
— Udajemy, że mamy mu przekazać wiadomość od Warrena — odpowiedział jeden z przodu — ten czarodziej z ochrypłym głosem. — A potem przystępujemy do natarcia. Nie okazujemy żadnej litości. Warren pragnie widzieć go martwego.
— Ten plan nie wypali! — zaprotestował najmniejszy z grupy — być może osiemnastoletni chłopiec, którego szczęka drżała, a zęby klekotały. Wyglądał na nowego rekruta i wszystko wskazywało na to, że nie chciał mieć z tym zadaniem zupełnie nic wspólnego. — Słyszałem o tym człowieku! Słyszałem, że wysłał Zydrunasa do Świętego Munga! Na cały miesiąc! — dodał z naciskiem, a pozostali spróbowali go uciszyć. Uzyskali jednak odwrotny skutek: wspólnie stworzyli dźwięk, który był o wiele głośniejszy od pojedynczego głosu młodego mężczyzny.
— Jest nas trzynastu i mamy element zaskoczenia! — stwierdził lider, a Albus uświadomił sobie, że w realnym świecie nigdy nie widział żadnej z tych twarzy. Kimkolwiek byli ci ludzie, nie było ich w siedzibie głównej Wybawczego Aliansu Różdżek kilka tygodni temu…
Przywódca zrzucił z głowy kaptur i ukazał kwadratową głowę z burzą siwych włosów. Grupa podskoczyła w miejscu, kiedy dwukrotnie zapukał do drzwi. Nie doczekał się żadnej odpowiedzi.
— Nie ma go! — oświadczyła jakaś kobieta. — Wracajmy. Powiemy Warrenowi, że zastaliśmy pusty dom…
— Zamknij się, Ida! — Czarodziej z przodu obnażył zęby i niczym drapieżnik okrążył towarzyszkę. Albus zauważył, że rzeczywiście była to Ida Blackwood. Stała z tyłu i wyglądała na najbardziej zdenerwowaną ze wszystkich wokół zgromadzonych; nawet bardziej niż najnowszy rekrut. Cała się trzęsła, a spojrzenie miała dzikie, rozbiegane. Mimo to wyglądała inaczej niż obecnie — wciąż była piękna.
— Nie zabraniaj mi mówić! Sancticus jest mądry. Będzie wiedział, że Warren odkrył tę zdradę! Najprawdopodobniej jest już na drugim końcu świata!
Albus zamarł w miejscu, natychmiast rozumiejąc, które konkretnie wspomnienie ogląda — miało miejsce podczas przerwy świątecznej na czwartym roku nauki. W tym czasie Fairhart został zabity na rozkaz Warrena Waddleswortha. Wnętrzności chłopca zacisnęły się w bolesny supeł, kiedy uświadomił sobie, że zaraz będzie świadkiem tego morderstwa. Mylił się odnośnie tożsamości Srebrnego Czarodzieja; ta teoria od samego początku oparta była na błędnych założeniach…
— Cóż, jeżeli jesteś taka pewna tego, że go tu nie ma, to po prostu odejdź! — syknął ktoś ze środka tłumu.
Blackwood obnażyła zęby.
— Zostaję. Rozkazy Warrena — stwierdziła. — Chciał, żeby był tutaj wieloletni członek. Chciał, abym upewniła się, że tego nie spieprzycie, idioci! Teraz nie ma to jednak większego znaczenia — celu tu nie ma…
Gdy tylko ostatnie słowa opuściły usta kobiety, Albus wiedział, że Blackwood sama w to nie wierzy. To było prawie tak, jakby próbowała przekonać innych do swej racji, do odejścia stąd oraz zaniechania misji. Sprawiała wrażenie desperatki, która za wszelką cenę pragnęła odłożyć w czasie nieuniknione.
Mężczyzna z przodu jęknął.
— Cóż, jeśli go tu nie ma, to nie będzie miał nic przeciwko temu, byśmy wysadzili frontowe drzwi…
Rozległ się straszliwy trzask i nagły błysk światła w momencie powalił odzywającego się czarodzieja — nie zdążył nawet wyciągnąć różdżki. W locie przewrócił także kilka osób za sobą. Wszystkie zajęczały z bólu. Omawiany chwilę temu plan zdewastowania wejścia został zakończony sukcesem.
— Wie, że tu jesteśmy! — ktoś wrzasnął, co najprawdopodobniej pobudziło innych ataku. Różnokolorowe zaklęcia, głównie zielone, zostały wystrzelone w kierunku tego, co zostało z drzwi. Nie dało się jednak jednoznacznie stwierdzić, czy trafiły w cel: dziwna, wydobywająca się ze środka mieszkania mgła, skutecznie uniemożliwiała precyzyjne widzenie…
Dwóch zakapturzonych mężczyzn zawyło z bólu i upadło na ziemię.
— Jest za nami!
W istocie. Fairhart stał z tyłu posiadłości, za kolczastym ogrodzeniem — najwyraźniej aportował się w to miejsce tuż po wysadzeniu własnego frontu. Sprawiał wrażenie wściekłego. Był w pełni skoncentrowany na zadaniu, a spojrzenie miał intensywne. Zdeformowana strona twarzy była jeszcze paskudniejsza z powodu napiętych ze złości mięśni. Odziany w był w zwyczajne czarodziejskie szaty i na szeroko rozstawionych nogach celował różdżką w grupę napastników.
— Do domu! — wrzasnął jeden z nich i wszyscy, z wyjątkiem dwóch obezwładnionych mężczyzn, wbiegli do środka.
Fairhart nieszczególnie się tym przejął — spokojnym krokiem przeszedł przez bramę i podwórko. Znalazłszy się obok powalonych na ziemi, dwukrotnie wystrzelił w nich zielonym zaklęciem; natychmiast przestali się szamotać.
Albus podążył za przyjacielem. W międzyczasie Fairhart przekroczył próg mieszkania. Utrzymane w dobrym stanie wnętrze było lepiej udekorowane, żywsze: dywan miał intensywnie czerwony kolor, a zdobienia były srebrne. Obok wygodnego fotela znajdowały się półki z książkami. Kominek nadawał się do użytku. Były to jedyne szczegóły, które zarejestrował chłopiec — szybkie zaklęcia z obu stron salonu natychmiast rozproszyły jego uwagę.
Członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek ukryli się za meblami i biblioteczkami, wychylając się tylko po to, aby cisnąć niezidentyfikowanym czarem; miotali nimi w przypadkowych momentach, bez wyraźnie określonego celu. Byli bardzo niezorganizowani. Fairhart stał twardo w miejscu, w skupieniu zataczając kręgi różdżką. Raz za razem formował tarcze i bariery ochronne, które bez trudu odpychały każdą rzuconą w niego klątwę. Gdy poleciało zaklęcie zabijające, uchylił się w bok, ale nawet wtedy zrobił to taktownie i z wdziękiem.
Napastnicy zaczęli padać niczym muchy, kiedy byli trafiani własnymi czarami. Jedyną osobą, która na piersi miała srebrny emblemat oraz nie brała udziału w walce, była Ida Blackwood. Chociaż Albus wiedział, że jest piekielnie dobrą wiedźmą, ukrywała się za fotelem, desperacko przyciskając dłonie do uszu; nawet nie wyciągnęła swojej różdżki.
Nie, żeby miało to większe znaczenie. Przypadkowe zaklęcie oszałamiające popędziło w jej kierunku, a hałas i zamieszanie uniemożliwiło jakąkolwiek obronę — odbiło się od sufitu i uderzyło w nią z dużą siłą. Przez kilka długich sekund Albus wpatrywał się w nieruchomą kobietę, a potem znów wrócił do oglądania pojedynku. Fairhart nadal groźnie machał różdżką, choć nie trwało to długo. Nie minęło może kilka minut, nim walka się skończyła — wszelki hałas ustał i zapanowała ciemność…
Chłopiec w mig zrozumiał, co się wydarzyło. Mimo że myślodsiewnia była potężnym magicznym artefaktem, nadal była tylko przedmiotem: odtwarzała wspomnienia z perspektywy właściciela. Blackwood została wyeliminowana z bitki i straciła przytomność, tak więc nie wiedziała, jak sprawy się dalej potoczyły. Paradoksalnie, Albus był pewien, że zobaczy jednak ciąg dalszy. Spodziewał się, że ceniony przyjaciel i jednocześnie były nauczyciel nie będzie już wtedy żył…
Ciemność rozproszyła się w mgnieniu oka. Ślizgon wiedział, że działo się tak tylko dlatego, iż było to zaledwie wspomnienie. Odzyskał wzrok i słuch w tym samym czasie, co Blackwood, najpierw jako mieszaninę kolorów i szelestów, a potem jako bardziej rozpoznawalne widoki i dźwięki. Gdy scena powróciła, Albus był świadkiem rzezi.
Całą podłogę pokrywały ciała, losowo porozrzucane. Sprawiały wrażenie szmacianych lalek, które właściciel zwyczajnie rzucił w kąt. W ścianach były dziury, a dywan pokrywała warstwa gruzu. Jedna z wiszących półek została kompletnie zniszczona, a kominek się zapadł.
Fairhart wciąż był żywy.
Wyglądał na nietkniętego, tylko szatę miał pobrudzoną pyłem. Sprawiał wrażenie zmęczonego, co na pewno było wynikiem zwycięskiego energicznego pojedynku. Albus skrzywił się, gdy patrzył, jak mężczyzna okrążał salon, po kolei badając każde nieprzytomne ciało. By uniknąć ataku z zaskoczenia, zabił wszystkich. Z jednej strony ciężko mu było obserwować bezlitosne zabójstwa dokonywane przez człowieka, którego uważał za naprawdę dobrego, a z drugiej niekoniecznie chciał go za to winić, zwłaszcza po zasadzce nieprzyjaciela. Czy to nie Fairhart powiedział mu jako pierwszy, że czasem morderstwo jest koniecznością? A jednak… nie mógł przestać myśleć o tym zdenerwowanym nastoletnim renegacie…
Blackwood, mimo że odzyskała przytomność, z zamkniętymi oczami wciąż leżała na podłodze, udając. Fairhart skoncentrował się na niej, po czym westchnął ciężko.
— Wiem, że nie jesteś nieprzytomna, Ido — wyznał cicho.
Kobieta natychmiast zerwała się na nogi, blada niczym duch.
— San! Ja… ja… ja… Nie planowałam tego! Nie chciałam…
— Wiem — przerwał i przeszedł nad martwym ciałem jej towarzysza. Gdy znalazł się obok znajomej, Albus zauważył, że w jej oczach jest tylko strach. — Z jakiego konkretnie powodu zawdzięczam wiadomość od Warrena? — zapytał gorzko.
Blackwood z widocznym trudem przełknęła ślinę.
— Warren uważa, że komunikujesz się z chłopcem Pottera! Myśli, że w razie konieczności, nie wyeliminujesz go!
— W obu przypadkach — racja — stwierdził oschle Fairhart i z roztargnieniem machnął różdżką, rzucając zaklęcie czyszczące na szatę.
Blackwood opadła szczęka.
— Nic dziwnego, że wiedziałeś, że nadchodzimy! — syknęła, rozzłoszczona. — Praktycznie prosiłeś się o śmierć…
— Wiedziałem, że nadchodzicie, bo Warren głupio z góry założył, że ponad dziesiątka osób nie będzie hałasować pod moimi drzwiami. Kto inteligentny pyta się na minuty przed atakiem, jaką niespodziewaną taktykę zastosować? Kto w ogóle dyskutuje o takich rzeczach na głos? — Ton głosu mężczyzny powodował, iż na skórze Albusa pojawiła się gęsia skórka. Był zimny niczym lód. — Niemniej jednak przyznaję, że Warren i tak mnie ma. Zostałem pozbawiony możliwości obrony.
— Co masz przez to na myśli? — zapytała Blackwood i chłopiec musiał przyznać, że także jest ciekawy.
— Warren dobrze mnie zna. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, kogo skrzywdzę, a kogo nie. Wygrał w momencie, gdy cię tu przysłał.
Usta czarownicy zadrżały.
— San…
— Nie możesz wrócić z pustymi rękami, Ido — stwierdził niewzruszenie Fairhart. — Masz zadanie do wykonania. Widzę, że w dłoni trzymasz różdżkę.
Albus nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Czy tak właśnie zginął Sancticus Fairhart? Odmawiając walki z dawną przyjaciółką?
— I po tym wszystkim? — Blackwood szarpnęła głową w kierunku ciał porozrzucanych na podłodze. — I po tym wszystkim po prostu pozwolisz mi się zabić?!
— Owszem. Odmawiam ugięcia karku przed grupką miernych najemników, ale nie mam skrupułów, aby zginąć z twojej ręki. Jesteś utalentowaną czarownicą, Ido.
Blackwood oddychała teraz bardzo szybko i skanowała wzrokiem twarz rozmówcy; doszukiwała się na niej oznak fałszu.
— Skąd mam wiedzieć, że nie mówisz tego tylko po to, żeby zobaczyć, jak wykonuję pierwszy ruch? — warknęła po chwili namysłu. — W ten sposób dam ci powód do obrony…
Fairhart wyrzucił swą różdżkę — poleciała na drugi koniec pokoju. Jednym szybkim ruchem przysunął się bliżej Blackwood; byli teraz tak blisko, że prawie stykali się nosami. Złapał ją za bezwładny nadgarstek i uniósł rękę wyżej, po czym przyłożył czoło do czubka jej różdżki. Albus ciężko przełknął ślinę, widząc na jednym z jego palców srebrny pierścień.
— Zrób to — powiedział ostro Fairhart.
— Nie! — Ida wydała z siebie oburzony okrzyk i spróbowała się odsunąć — nadaremnie. Mężczyzna był silniejszy i przyciągnął ją z powrotem; chciał, aby nie przestawała celować w niego różdżką. Albus źle się poczuł…
— Zrób to! — powtórzył z naciskiem Fairhart. — Jeżeli rzeczywiście pozostają mi dwa wyjścia z tej sytuacji: albo cię zabić, albo dać się zabić, dobrze wiesz, którą opcję wybiorę!
— To nie jedyne rozwiązania! — Wargi kobiety drżały nawet bardziej niż wcześniej. — Możesz zabić chłopca tak, jak ci kazano!
— Przestań nazywać go chłopcem, Ido! — powiedział mężczyzna, a ślizgon, mimo że wiedział, co zaraz nastąpi, nie mógł nie poczuć się zaszczycony. — Albus jest moim byłym uczniem, a także przyjacielem. Co więcej, jest niewinny. Nie odbiorę mu życia, tylko dlatego, że Warren uważa, że to konieczność.
Blackwood uroniła pojedynczą łzę, która spłynęła po bladym policzku. Wzmocniła uścisk.
— Proszę cię, San. Nie zmuszaj mnie…
Fairhart nie odpowiedział. Zamiast tego wbił spojrzenie w wycelowaną w twarz różdżkę; dzikie włosy zasłoniły mu zdrową połowę, a ta zniekształcona przybrała dziwny wyraz — nie dało się odgadnąć, na czym dokładnie się skupiał.
— Mogłabym skłamać — zasugerowała słabo Blackwood; nie krępowała się z płaczem. — Mogłabym powiedzieć, że cię zabiłam…
— Warren niewątpliwie będzie miał pod ręką veritaserum, a nawet ty nie możesz być przygotowana do obrony każdego dnia. Ponadto, mimo że to bardzo mało prawdopodobne, gdy znajdzie odpowiedniego legilimentę, który mógłby mnie zastąpić, twoje oszustwo wyjdzie na jaw.
— Mogłabym uciec z tobą! Oboje moglibyśmy się gdzieś zaszyć…
— Oboje wiemy, że nie dotrzymałabyś mi kroku — oświadczył twardo Fairhart. — Poza tym musisz wkrótce wrócić do Hogwartu, gdzie wznowione zostaną lekcje. Nie pozwoliłbym na to, aby tylu uczniów pozbawić możliwości edukacji…
— Zachowujesz się tak, jakbyś chciał, żebym cię zabiła! Cholera, San! Dlaczego zawsze musisz być na wszystko przygotowany?
Fairhart spuścił lekko głowę, a jego twarz przybrała stoicki wyraz.
— Istnieje różnica pomiędzy byciem przygotowanym na śmierć a akceptacją śmierci. Byłem świadom moich opcji i przebadałem możliwe konsekwencje obu. Z dwóch rzeczy, których można zrobić w tej sytuacji, chciałbym, abyś to ty się mnie pozbyła.
— A co z tym, czego ja chcę? — warknęła wściekle Blackwood i Albus w duchu przyznał jej rację.
— Nie jestem tym zainteresowany — oświadczył czarodziej i przez ułamek sekundy na jego twarzy gościł uśmiech. — Wybacz.
Kobieta zachwiała się na nogach, a Albus, wciąż zmrożony w miejscu, dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej był od czasu, kiedy zapadła chwilowa ciemność, pomyślał, że nigdy wcześniej nie widział tak dużego dylematu w swoim życiu. Nie był głupi; wiedział, co Blackwood czuła do Fairharta. Co ona zrobi w tej sytuacji? Czy była w ogóle jakaś poprawna odpowiedź?
Ida wzięła głęboki oddech a następnie wypuściła ze świstem powietrze.
— To…? Czy to jest to, czego naprawdę chcesz? — zapytała tonem, który jasno wskazywał, że w duchu modliła się o negatywną odpowiedź.
— Tak, ale najpierw muszę cię prosić o dwie przysługi.
— A konkretnie? — spytała bez tchu, ewidentnie się ciesząc z odkładania w czasie nieuniknionego.
— Po pierwsze: zapewnisz bezpieczeństwo Albusowi Potterowi.
— Co takiego?
— Gdy odejdę, Warren tobie powierzy misję zlikwidowania młodego Pottera, głównie dlatego, że pozycja nauczycielki eliksirów i opiekunki Slytherinu ułatwi ci sprawę. Proszę cię o odwrotność: użyj swej roli, aby go ochronić. Bez względu na to, co się wydarzy, nie pozwól, by Albus Potter został skrzywdzony! Nawet jeżeli to oznacza odwrócenie się od Wybawczego Aliansu Różdżek — dodał ponuro Fairhart, a Albus zsynchronizował się z Blackwood — oboje pozwolili, by ich szczęki opadły.
— Sancticusie… — Głos kobiety drżał. — Z całą pewnością nie możesz się spodziewać, że…
— Jeśli mnie kochasz, zrobisz to.
To było godne politowania zagranie — wcale nie lepsze niż to, do którego próbowała posunąć się Mirra — ale z niewyjaśnionego powodu zadziałało skuteczniej. Blackwood skrzywiła się na te słowa, ale wydawało się, że bardziej zaakceptowała swoje nowe zadanie.
— Dlaczego aż tak bardzo zależy ci na bezpieczeństwie tego chłopca?
— Istnieje wiele powodów. Po pierwsze: w grę wchodzi także twoje własne bezpieczeństwo. Jeżeli cokolwiek stanie się Albusowi — lub reszcie jego rodzeństwa, choć nie jest to do końca pewne — podejrzanym stanie się Wybawczy Alians Różdżek. To z kolei oznacza, że w przypływie wściekłości Harry Potter bezlitośnie zabije każdego napotkanego członka — tylko rodzic jest w stanie zrozumieć tę mieszaninę uczuć. Zginiesz i to w bolesny sposób. Odmawiam akceptacji takiego scenariusza. — Fairhart zawiesił na moment głos. — Po drugie: Warren ma powody, aby postawić Albusa na piedestale. Chociaż nie jest to wielce ugruntowana teoria, uważam, że chłopiec jest integralną częścią powstrzymania tej wojny. Więcej ci nie wyjawię. Gdy w grę wchodzi veritaserum, przekazywanie niektórych informacji jest zbyt ryzykowne. Spodziewam się jednak, że wraz z biegiem czasu sytuacja odpowiednio się rozwinie.
Albus wytężył słuch, oszołomiony tym, co właśnie usłyszał. Czy Fairhart rzeczywiście określił go jako „integralną część powstrzymania wojny"? Nie można było dłużej się nad tym rozwodzić, ponieważ Fairhart kontynuował swoją wyliczankę.
— Po trzecie i ostatnie: jak już powiedziałem, Albus jest moim przyjacielem — powiedział do Blackwood, która wyglądała na nieco zmieszaną i zirytowaną. — A przyjaciel przyjaciela, zawsze jest godzien ochrony, Ido.
Kobieta się zezłościła. Gdy zwróciła uwagę prośbę Fairharta, nieznacznie opuściła różdżkę.
— Druga przysługa jest równie ważna — stwierdził stanowczo. — Na drugim piętrze umieściłem bardzo ważny artefakt. Jest duży, ale można go magicznie przenosić. Chcę, żebyś zabrała go w bezpieczne miejsce i strzegła.
— Co to za przedmiot? — zapytała ponuro.
— Zasłona Skazańca.
To oświadczenie nieco rozjaśniło w głowie Albusa. Niemalże usłyszał charakterystyczne kliknięcie, kiedy to elementy układanki układały się we właściwych miejscach.
— Czym dokładnie jest Zasłona Szubrawca?
— Skazańca — poprawił rozmówczynię Fairhart. — Zasłona Skazańca jest magicznym przejściem od dawna związanym z samymi korzeniami nekromancji. Do niedawna, w celach badawczych, była przechowywana w Departamencie Tajemnic w Ministerstwie Magii. Harry Potter przewidział, że nadejdzie czas, kiedy Ares — a może nawet jego brat — będzie poszukiwał Zasłony; powierzył ją mojej pieczy. W tym momencie przekazuję ci to zadanie.
Blackwood sprawiała wrażenie bliskiej omdlenia.
— Chcesz, żebym pilnowała tego czegoś z Departamentu Tajemnic i martwisz się, że Warren rozkaże mnie zlikwidować! Co, jeżeli Ministerstwo otrzyma cynk, że artefakt jest w moim posiadaniu? Albo Ares?
— Właśnie z tego powodu ważne jest, aby ukryć Zasłonę i trzymać to w sekrecie. Po powrocie do Hogwartu nie wolno ci nikomu wspominać o tym, co się tu stało, o co cię prosiłem. O niczym. Przecieki są wszędzie. Jeżeli chodzi o nową lokalizację Zasłony, znam jedno bezpieczne miejsce, choć będzie wymagało twoich własnych zabezpieczeń.
— Nie Gringott?
— Ministerialna luka prawna może spowodować otwarcie mojej skrytki ze względów technicznych. Absolutnie nie — potrzebuję, aby Zasłona była ukryta w moim domu; STARYM domu.
Blackwood syknęła i ponownie zacisnęła dłoń na swej różdżce. Po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia rozmowy otaczała ją mordercza aura.
— Chcesz, żebym podczas dotrzymywania obietnicy, gapiła się na wasze stare zdjęcia…
— Proszę cię tylko, abyś obłożyła artefakt własnymi barierami i okazjonalnie go sprawdzała. To mugolska rezydencja, a zatem nie ma jej w aktach Ministerstwa. Wyśledzenie tej posiadłości jest prawie niemożliwe. Twoja obecność będzie jedynie dodatkowym środkiem ostrożności. Proszę, Ido. Sytuacja musi się w ten sposób rozwinąć — powiedział poważnie.
Oddech kobiety stał się płytki. Albus wiedział, że kalkuluje wszystko w głowie: nowe zadania i możliwe rozwiązania. Po dłuższej chwili namysłu przytaknęła.
— Dziękuję. — Fairhart brzmiał niezwykle szczerze. Serce ślizgona przyspieszyło swój rytm. Mężczyzna załatwił swoje sprawy. Wszystko było w porządku. O to właśnie chodziło.
Blackwood zapłakała, bo Fairhart znów poruszył jej nadgarstkiem tak, że różdżka ponownie została w niego wycelowana. Zaczęła cicho szlochać, a Albus naprawdę nie wiedział, dla kogo jest to trudniejsze; dla czarodzieja, który zginie zaraz tajemniczą śmiercią, czy dla czarownicy, która została zmuszona do zamordowania człowieka, którego kochała…
Scenę znów zaczęła ogarniać ciemność. Wspomnienie wypełniła dziwaczna mgła i nieoczekiwanie dźwięki zostały zniekształcone. Wszystko miało surrealistyczny charakter i wyglądało na to, że… ktoś manipulował dalszą częścią pamięci kobiety. Czy coś takiego było w ogóle możliwe…?
Stopy Albusa uderzyły w twarde podłoże. Cokolwiek dalej się wydarzyło, wspomnienie tego nie obejmowało, a on opuścił jeden zniszczony dom, aby powrócić do drugiego, który sprawiał wrażenie niemożliwego do naprawienia. Nie miało to jednak żadnego znaczenia — miał hipotezę co do tego, co wydarzyło się później.
Nie wszystko zostało wyjaśnione. Dlaczego Blackwood zachowywała się tak dziwnie? Czy zmuszona do zamordowania ukochanego mężczyzny postradała rozum? Dlaczego nazywała Albusa Sancticusem, skoro lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, że ten nie żyje? I czy Fairhart nie miał przypadkiem zgubić pierścienia podczas bitwy? Gdzieś w gruzach? Wciąż miał go na palcu, kiedy rozmawiał z Blackwood…
Gdzie ona w ogóle była? Zanim skorzystał z myślodsiewni, płakała zwinięta w kulkę na podłodze…
— Pani profesor! — zawołał, rozglądając się dziko po pokoju; zobaczył tylko porozrzucane skrawki pergaminu. Uniósł wysoko różdżkę i widząc uchylone drzwi, wybiegł na korytarz. Kierował się intuicją i wpadł do innego pomieszczenia. Wtem zdał sobie sprawę, że wrócił do głównej sypialni — tej z Zasłoną. Nie mylił się. Blackwood z pustym wyrazem twarzy gapiła się na artefakt. — Pani pro… profesor? Czy… czy pani też słyszy te głosy…?
Nie otrzymał odpowiedzi. Kobieta nawet na sekundę nie spuściła wzroku z Zasłony. Albus, choć dość zdenerwowany, postanowił z nią zostać. Przynajmniej była znajomą twarzą. Szalona, czy też nie, być może mogłaby mu pomóc złapać z kimś kontakt.
TRZASK!
Ostry stukot z dołu odbił się echem od gołych ścian; tym samym natychmiast wyrwał Blackwood z otępienia — momentalnie schowała się za dużym małżeńskim łożem. Albus, instynktownie, postąpił tak samo.
Z dołu dobiegły ich kolejne odgłosy, które świadczyły tylko o jednym: nieoczekiwani goście odebrali im ten ostatek prywatności.
— Czy ktoś jeszcze tu przychodzi? — wyszeptał chłopiec, zwinięty w kłębek dokładnie tak samo, jak wcześniej kobieta. Wtem nastąpił przełom: Blackwood go poznała i potrząsnęła przecząco głową.
— To Wybawczy Alians Różdżek! — syknęła w odpowiedzi, a Albus, zaskoczony nagłą trzeźwością jej umysłu, spojrzał na nią z dezorientacją.
— Co…?
— To Wybawczy Alians Różdżek! — powtórzyła i wytrzeszczyła wstrętnie oczy. — Znają Sana! Wiedzą wszystko! Warren życzy sobie twojej śmierci! — dodała szaleńczo, a jej spojrzenie się wyostrzyło. Dopiero teraz, będąc tak blisko byłej nauczycielki, Albus zdał sobie sprawę, że ta brzydko pachnie.
— Pa… pani profesor, nie są… sądzę, żeby… — wyjąkał niezdarnie, a potem uderzyła go myśl, że było to tylko przypuszczenie towarzyszki. Osobiście, co go niepokoiło, skłaniał się bardziej ku opcji Diablego Aliansu. W obecnym stanie Blackwood nie sprawiała wrażenia pojedynkowicza na śmierć i życie.
— Ciii. — Czarownica przyłożyła palec do ust. — Zapewnię ci bezpieczeństwo, San. — Otworzyła szeroko oczy, po czym niespodziewanie podniosła się na kolana.
— Pani profesor, nie! — wyszeptał gorączkowo Albus i pociągnął ją za brudny rękaw szaty. Chciał, żeby się znów schowała. — Nie… Pani nie… Ma pani nie po kolei w głowie… — skończył bez przekonania, ale Blackwood wydawała się niezdolna do przeanalizowania tego, co powiedział. Wróciła do poprzedniego stanu, w którym wpatrywała się w niego z szalonym wyrazem twarzy. Otworzyła usta i wtedy… — Pani profesor! — sapnął, ale był bezsilny; nie mógł jej powstrzymać.
Kobieta pochyliła się do przodu i przycisnęła swoje usta do jego, a Albus, z jakiegoś powodu zaskoczony, zmrożony w miejscu, oszołomiony i zmieszany, siedział nieruchomo, kiedy go całowała. Dopiero gdy stykali się ustami, w pełni pojął negatywy jej zaniedbanego stanu: śmierdzący oddech i suche, oblepione brudem wargi. Odsunęła się po kilku boleśnie długich sekundach, wpatrując się w niego z takim samym wyrazem twarzy.
— Pa… pa… pani… — Nie był w stanie dokończyć myśli. Wytarł usta, a potem z wielkim wysiłkiem przypomniał sobie, że oboje mogą być w wielkim niebezpieczeństwie i to nie był właściwy moment na rozwodzenie się nad tak nieprzyjemną niespodzianką.
Blackwood sądziła zgoła inaczej.
— To pierwszy raz, kiedy się nie odsunąłeś — powiedziała bez tchu i w sekundę jej mimika się zmieniła. Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, przez to nabrała trochę blasku.
— Eee…
Kobieta wstała i tym razem Albus nie sięgnął po jej rękaw.
— Zostań tutaj — wymruczała i wyciągnęła z szat różdżkę. — Ochronię cię! — Z tym zapewnieniem przeskoczyła przez łóżko. Kiedy mijała Zasłonę Skazańca, ta zatrzepotała mocno. Nim minęła chwila, Ida Blackwood opuściła pokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz