Chociaż ciężko było to stwierdzić na podstawie pogody, lato jeszcze nie nadeszło. Na niebie nie było chmur, a upał nie doskwierał, mimo że czuło się go na twarzy — ot, piękny dzień, idealny na spotkanie na świeżym powietrzu, nawet jeżeli nie sprzyjały temu przykre okoliczności.
Albus usiadł w jednym ze środkowych rzędów. Staromodne, metalowe krzesło było niewygodne, ale nie na tyle, aby odwracać uwagę od charakteru ceremonii. Wszyscy wokół przywdziali głęboką czerń, standardowe stroje dla konduktu żałobnego, ale żadna z szat nie pasowała do atramentowego odcienia trumny nieboszczyka.
Znajdowali się na dziedzińcu dworu Malfoyów, gdzie kiedyś grał razem ze Scorpiusem i panem Draconem w quidditcha. Z dwóch stron otaczały ich mury kunsztownej rezydencji, będącej symbolem zarówno prestiżu, jak i dostojeństwa, ale nikt nie zachwycał się widokami.
Trumnę ustawiono w centralnej części placu. Była zamknięta, jakby zmarły nie życzył sobie kontemplacji żałobników, smukła i elegancka. Z daleka sprawiała wrażenie najzwyklejszego ciemnego papieskiego sarkofagu, ale z bliska miała dość wyrafinowany kształt. Albus nie był w stu procentach pewien, czy przypadkiem to nie wina padającego nań światła, ale wydawała się wyłożona głęboką zielenią, co dodawało jej atrakcyjności, zwłaszcza że leżała na bujno rosnącej trawie.
Skupiony na trumnie, dostrzegł ukrytą za czarną woalką kobietę i natychmiast odwrócił wzrok. Chociaż nie widział jej twarzy, wiedział, że patrzył na Narcyzę Malfoy, wdowę po zmarłym. Miał ograniczone możliwości, bowiem siedział w środkowym rzędzie, zaś pierwszy zajmowała wyłącznie rodzina. Szczęśliwie, dzięki pilnie czynionym obserwacjom, był lepiej zorientowany w dokładniejszym rozmieszczeniu miejsc.
Mimo że siedziała na samiuśkim środku i nie widzieli się kilka dobrych lat, odniósł wrażenie, że postarzała się przynajmniej o wiek. Nie wiedział, czy to postępująca zmiana, czy też nagła, ściśle związana ze stratą męża, ale jej włosy straciły swój dotychczasowy jasny kolor na rzecz całkowitej siwizny, niemal bieli, zaś lekko zwiotczała skóra na twarzy potęgowała stoicką postawę, którą prezentowała światu. Po obu stronach siedzieli jej najbliżsi, a mianowicie syn i synowa, których Albus ostatnimi czasy widywał jedynie w przelocie. Astoria Malfoy znacznie się wyróżniała spośród tłumu, głównie ze względu na brązowe, upięte w koka włosy i pełne prawdziwej żałości oczy. W przeciwieństwie do swojej żony pan Draco wyglądał tak, jak zawsze — miał zaczesane do tyłu i przygładzone włosy oraz bystre spojrzenie. Ubrany był w standardowy strój żałobny, najprostszą z możliwych czarną szatę, która upodobniała go do syna.
Scorpius zajął miejsce w rogu, zachowując się co najmniej nieswojo. Nieznacznie pochylał się do przodu, trzymając dłoń na klatce piersiowej, dokładnie w miejscu serca. Był wyraźnie nieszczęśliwy i dawał upust swojej rozpaczy. Albus odwrócił wzrok, aby poszukać innych znajomych, nie chcąc oglądać jego niedoli.
Siedział z daleka od swojej rodziny, ale nie było to spowodowane rozłamem, kłótnią, czy też innego rodzaju problemami. Przyszedł na pogrzeb w charakterze przyjaciela, a nie znajomego zmarłego, czy też syna sławnego bohatera wojennego. Z lewej strony towarzyszył mu ponury Morrison, a z prawej zasmucona Mirra. Sukienkę dopasowała do koloru swoich włosów, które upięła w podobnej manierze, co pani Astoria. Gdy się odwrócił, podłapała jego wzrok, uśmiechnęła się pokrzepiająco i złapała go za rękę.
Od starcia w Ministerstwie Magii minął trochę ponad tydzień, ale wydarzenia po opuszczeniu Komnaty Losu wciąż widział jakby za mgłą. Oczywiście, razem z dziewczyną wsiadł do windy, aby wjechać na wyższy poziom. Gdy weszli do atrium, zamiast ustawionych pod ścianą setek siluet, zobaczyli kupę piachu, który równie dobrze mógł być sproszkowanymi kośćmi. Mirra odzyskała w międzyczasie przytomność, a nawet sprawiała wrażenie zorientowanej w sytuacji. Chwilę później wyjechali na powierzchnię przy pomocy budki telefonicznej, a tam stanęli twarzą w twarz z Harrym Potterem.
Jak się okazało, Morrison najpierw odstawił Scorpiusa do domu, a potem ponownie aportował się do Toksycznego Kamieniołomu — a przynajmniej na obrzeża, gdzie nie sięgało pole ochronne. Gdy tylko powiedział aurorom o Departamencie Tajemnic, ci zaniechali oblężenia Kakos i przegrupowali się, wysyłając do Ministerstwa wszystkich wciąż zdolnych i chętnych do walki. Ciężko stwierdzić, w którym dokładnie momencie przybyli, ale najprawdopodobniej podczas konfrontacji z Darvym, tak więc bitwa dobiegła końca, zanim w ogóle wkroczyli do budynku. Wyszedłszy na powierzchnię, Albus nie miał czasu na przeprowadzenie szczerej rozmowy z tatą, bo natychmiast został otoczony przez oddział aurorów, a potem przetransportowany do Świętego Munga, gdzie otrzymał pomoc medyczną. To naprawdę interesujące, ale nawet po wygraniu wojny, Harry pozostawał nieuchwytny, niezależnie od pory dnia i nocy.
Mirra, jakby wyczuwając, że wraca myślami do wydarzeń z Ministerstwa Magii, mocniej ścisnęła jego dłoń. Szczerze mówiąc, ona również miała problemy z pamięcią. Nie wiedziała, do czego doszło w Komnacie Losu, ale uwierzyła w to, co poświadczył ojcu — że Darvy zginął. Nie chcąc, by znów przechodziła przez piekło, oszczędził jej dramatycznych szczegółów, rzucając samymi ogólnikami. Na szczęście, ani ona, ani tata, nie domagali się dodatkowych wyjaśnień. Był im wdzięczny, bo zdecydowanie nie zamierzał ponownie zagłębiać się w bolesną przeszłość.
To działało we dwie strony, ponieważ Albus też nie dowiedział się, w jaki sposób Mirra wpadła w pułapkę i została schwytana. Jeden z uzdrowicieli w szpitalu powiedział mu, że była poddana różnym torturom, z których najgorsza była klątwa Cruciatus, chociaż nie byli pewni przedziału czasowego — nie dopytywał. Gdy podano dziewczynie veritaserum, okazało się, że luki w pamięci są w pełni naturalne, a nie spowodowane traumatycznymi wydarzeniami. Kiedy opowiedziała wszystko, co zapamiętała, odetchnął z ulgą, zadowolony z pozostawienia kilku niewiadomych. Nie miał żadnych wątpliwości, że pewnego dnia, gdy oboje będą gotowi, rozwieją wszelkie niejasności, omówią sprawy chronologicznie oraz nie pominą ani jednego niuansu. Nie zamierzali się spieszyć, ponieważ bez wiszącej nad głowami wojny, usiądą do herbaty we właściwym czasie; zmierzą się ze wszystkim, co przyniesie im los.
Wspomnienia, które na siłę wydobył z Marksona, były adekwatne do rzeczywistości. Hugo został poważnie ranny i wciąż kulał, nie mogąc obciążać chorej nogi. Chociaż uzdrowiciele twierdzili, że nigdy nie odzyska pełnej sprawności, byli optymistycznie nastawieni do poprawy i dalszego leczenia. Jak się okazało, James również został pokiereszowany, stojąc zbyt blisko eksplozji, aczkolwiek z dnia na dzień dochodził do zdrowia. Wszyscy inni, których miał okazję poobserwować, wyszli ze starcia z niewielkimi obrażeniami, choć, oczywiście, nie obyło się bez ofiar śmiertelnych.
Oblężenie Toksycznego Kamieniołomu również zebrało swe żniwa. Nie znał nazwisk, a tym bardziej nie kojarzył twarzy poległych wojowników, ale wiedział, że jego rodzice i starsze pokolenie owszem. Życie straciło kilku aurorów, którzy dzielnie walczyli u boku Harry’ego Pottera, a także wspierali go podczas aresztowania i odsiadki w więzieniu. Prawdę powiedziawszy, pogrzeb Lucjusza Malfoya był pierwszym, w którym Albus uczestniczył po wojnie, ale nie ostatnim — oczekiwał głównie na pożegnanie Warrena Waddleswortha.
W zeszłym tygodniu debatowano o naprawdę wielu sprawach, ale prym wiodły trzy, a mianowicie definitywny koniec tyranii Sebastiana Darvy’ego, heroiczna śmierć Ministra Magii oraz krótkotrwałe zjednoczenie się kilku renegackich grup. Hańba związana z nazwiskiem Waddleswortha znikała z dnia na dzień, bowiem czarodziejski świat okrzyknął go bohaterem wojennym pokroju prawie Harry’ego Pottera. Chociaż jego śmierć owiana jest tajemnicą, nie powstrzymało to rozprzestrzeniających się po świecie plotek, w których Albus doszukał się kilku nieścisłości, głównie w tym, w jaki sposób Minister pokonał Prawą Rękę Śmierci.
Chociaż spekulacji było naprawdę wiele, większość skłaniała się ku jednej możliwości. Waddlesworth ustalił, że Sebastian Darvy zabunkrował się w gmachu Ministerstwa Magii, po czym naprędce skonstruował plan. Wdrożywszy go w życie, zwołał grupę wiernych sobie czarodziejów i czarownic oraz wymaszerował, aby zakończyć wojnę. Rozgromił komitet powitalny w postaci kilkudziesięciu diabłów, a w starciu zginął również Darvy. Kwestią sporną pozostaje, kto komu zadał ostateczny cios, ale sporo osób uważa, że wykończyli się nawzajem. Albus był usatysfakcjonowany tymi odpowiedziami, ciesząc się z własnej anonimowości. Waddlesworth zdobył uznanie, na które w pełni zasłużył i zebrał laury — bez względu na piedestał, na który go wyniesiono, zamierzał popierać ten autorytet.
Zobaczywszy poruszenie w tłumie żałobników, przestał bujać w obłokach. Na przód wysunął się starszy, trochę pulchny mężczyzna, odziany w oficjalną, aczkolwiek prosto skrojoną szatę. Najprawdopodobniej był to odpowiedzialny za ceremonię urzędnik państwowy, przygotowujący się do przemowy. Zamieniwszy kilka słów z panem Draconem, przystanął przed trumną i poczekał, aż na dziedzińcu zapadnie cisza. Gdy ludzie zakończyli rozmawiać, chrząknął, aby oczyścić gardło, po czym zabrał głos.
— Witam. Witam i dziękuję za tak liczną obecność — powiedział nudzącym głosem. — Zebraliśmy się tu z dwóch powodów — żeby opłakiwać zmarłego, ale też uczcić jego pamięć…
Albus wyłączył się po pięciu sekundach monologu. Nie robił tego złośliwie, a wręcz przeciwnie. Czuł się nie na miejscu, jakby nie mógł siedzieć wśród żałobników i doświadczać życiowej historii Lucjusza Malfoya. Nigdy nie byli ze sobą blisko, ledwo się znali, a ich rozmowy zazwyczaj przybierały nieprzyjemny obrót. Przyszedł na pogrzeb, chcąc uhonorować pamięć człowieka, który oddał życie, broniąc bliskich mu osób.
Skorzystawszy z tego, że mówca przyciągał uwagę wokół zgromadzonych, poświęcił trochę czasu na postudiowanie żałobników. Było ich naprawdę wielu — tylu zainteresowanych zmarły z pewnością się nie spodziewał. Na tle odzianych w czerń czarodziejów wyróżniały się przede wszystkim rude głowy, zajmujące głównie środkową część publiki, w tym rząd przed nim i dwa za nim. Albus niemal od razu zauważył Rona Weasleya, ponurego, ale i dostojnego. Chociaż wujek zawsze krytykował Malfoyów, nieraz popisując się brakiem taktu czy ogłady, dziś nie udawał smutku, a naprawdę był przygnębiony. Jakby nie patrzeć, chociaż Lucjusz parał się w przeszłości śmierciożerstwem i miał niepochlebną opinię wśród społeczeństwa, zginął broniąc Weasleyów i Potterów, przede wszystkim dzieci. Co więcej, przez pewien czas robił za podwójnego agenta, pracując dla Ministerstwa Magii.
W tłumie wypatrzył też wiercącego się z niewygody Hugona, któremu najprawdopodobniej doskwierała zraniona noga i zapłakaną Rose. Wokół nich siedziało mnóstwo rozproszonych krewnych — po prawej stronie wujek George razem z rodziną, a rząd za nimi usadowił się wujek Charlie.
Gdy tak rozglądał się po żałobnikach, zauważył swojego tatę, ale natychmiast odwrócił głowę, odmawiając nawiązania kontaktu wzrokowego. Aby odegnać nieprzyjemne myśli, ponownie skupił się na przyjaciołach. Mirra walczyła z potokiem łez, z determinacją patrząc przed siebie. Morrison był zaczerwieniony ze zmartwienia, ale jakoś się trzymał. Siedząca obok niego Melonie Grue również przyszła w charakterze wsparcia dla Scorpiusa, ale Albus nie był pewien, czy towarzyszy Vincentowi. Prawdę powiedziawszy, nie wiedział nawet, czy ich związek przetrwał próbę czasu i rozłąkę. Wtem zdał sobie sprawę, że od powrotu do domu zamienił z przyjacielem zaledwie kilka oszczędnych zdań. Tknięty przeszywającym smutkiem, zastanowił się nad naturą łączącej ich więzi. Czy razem z nastaniem pokoju na świecie i wypełnieniem misji, zakończyli swą przyjaźń…?
Gdyby nie wyglądał podejrzanie, potrząsnąłby głową. Nie miał żadnego powodu, aby wątpić w ślizgońską lojalność i nie powinien kwestionować oczywistości. To naturalne, że potrzeba czasu, aby poradzić sobie z minionymi wydarzeniami. Sam też nie inicjował rozmowy, spędzając w domu całe dnie, gdzie matka naprzemiennie rzucała mu pełne miłości i wzburzone spojrzenia, wciąż odreagowując jego samowolkę. Chociaż trochę go to irytowało, nie mógł się gniewać, gdy przynajmniej cztery razy w nocy zaglądała mu na paluszkach do pokoju, aby upewnić się, że wciąż leży w łóżku.
Kiedy rozejrzał się po około sześćdziesięciu zgromadzonych gościach, doszedł do wniosku, że rozpoznaje tylko swoich bliskich i przyjaciół rodziny. Na żałobników składali się głównie ludzie w średnim lub starszym wieku, więc założył, że to znajomi albo pana Dracona, albo Lucjusza Malfoya. Wtem z ukłuciem zrozumiał, że większość tu obecnych miała kryminalną przeszłość, odbywała wyroki w Azkabanie, bądź uniknęła więzienia po upadku Lorda Voldemorta; większość szczyciła się wypalonym na przedramieniu Mrocznym Znakiem. Wyciągnąwszy poprawne wnioski, poruszył się niespokojnie. Zanim zginął, Lucjusz Malfoy bronił swoich dawnych wrogów przed niegdysiejszymi przyjaciółmi.
Odegnawszy złe myśli, postanowił ponownie skupić się na przemawiającym czarodzieju. Nie znał dobrze dziadka Scorpiusa, ale chciał nadrobić zaległości i przestać patrzeć na zmarłego przez pryzmat jego przeszłości. Jakby nie patrzeć, śmiercią definitywnie odkupił swe winy.
Niestety, zbyt późno wrócił do rzeczywistości, bowiem urzędnik właśnie zakańczał przemówienie.
— A teraz zapraszam na przód kogoś, kto chciałby przemówić w imieniu Lucjusza. — Mistrz ceremonii odsunął się na bok, robiąc miejsce dla następnego mówcy.
Gdy Scorpius wstał z naręczem pomiętych pergaminów, Albus z trudem przełknął ślinę, a w oczach automatycznie zalśniły mu łzy. Niczego jeszcze dziś tak mocno nie pragnął, jak podbiec do przyjaciela, wyciągnąć na przeprosiny rękę, wziąć go w niedźwiedzi uścisk, porozmawiać na spokojnie, pocieszyć w tej trudnej chwili i otrzeć mokre policzki. Zrobiło mu się też wstyd, ponieważ powinien był zrobić to wcześniej, ale zaniedbał sprawę. Co gorsza, w naprawdę okropny sposób przekazał mu druzgoczące wieści…
Blondyn stanął przed trumną i po chwili wahania odwrócił się ku zgromadzonym gościom. Nie płakał, ale się pocił. Miał zaczerwienione ze stresu policzki, bardziej niż kiedykolwiek, zupełnie jakby wysmarował się czerwoną gliną. Zanim zabrał głos, zadrżała mu dolna warga.
— Chciałbym podziękować wszystkim za przybycie i złożenie hołdu mojemu dziadkowi, nawet jeżeli go nie znaliście — powiedział, brzmiąc na zdenerwowanego. Mówiąc, patrzył głównie na Weasleyów, ale zaraz wrócił do przygotowanych wcześniej pergaminów. Najwidoczniej najtrudniej było mu zacząć, bowiem ze słowa na słowo nabierał pewności siebie. — Nic nie szkodzi, bo tak naprawdę też go nigdy dobrze nie poznałem. Jestem przekonany, że jednym z powodów jest to, że przez długi czas po prostu nie wiedział, kim w rzeczywistości był. — Odpowiedziała mu cisza, więc wziął głęboki, uspokajający oddech. Nie przejmując się zaniepokojeniem żałobników, przejrzał notatki. — Myślę, że w ostatnich latach życia zaczął to rozumieć i próbował pokazać ludziom swoje prawdziwe oblicze. Właśnie dlatego postanowiłem wyjść dzisiaj na mównicę. — Ścisnął trzymane w dłoniach pergaminy. — Łatwiej przychodzi opowiadanie przyjemnych historii. Jak byłem młodszy, dziadek często mi czytał, pozwalał siedzieć na kolanach, a za plecami rodziców nieraz częstował mnie słodyczami. Jak byłem młodszy, był po prostu dziadkiem. Gdy trochę podrosłem, zacząłem się go obawiać. Często chodził rozzłoszczony i obrażony na cały świat, czego upust dawał na tym dziedzińcu. Kiedy był sam, prawie zawsze marszczył brwi. Wyglądał, jakby wstydził się tego, co sobą prezentował. — Omiótł tłum wzrokiem. — Chciałbym opowiedzieć wam bardziej aktualną historię, głównie o tym, jak po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, dlaczego się tak zachowywał i dlaczego dopiero dziś czuję, że poznałem prawdziwego dziadka.
Scorpius na moment urwał, chcąc sprawdzić reakcje zgromadzonych. Brunet nie mógł wypowiadać się w imieniu innych, ale wiedział, że zostali zaintrygowani. Zanim przyjaciel wrócił do swoich notatek, skrzyżował z nim spojrzenie.
— To było kilka lat temu, a dokładniej latem przed moim czwartym rokiem w Hogwarcie. Pokłóciłem się wówczas z mamą o quidditcha…
Albus parsknął śmiechem, podobnie jak młodsi żałobnicy. Chociaż na twarzy blondyna pojawił się wodnisty uśmiech, z godną naśladowania płynnością wrócił do przemowy.
— Szczerze mówiąc, mocno się wówczas poprztykaliśmy. Strasznie mi zależało na przyjęciu do ślizgońskiej drużyny, a mama była temu przeciwna. Och, oczywiście, rozumiem jej obawy — dodał pospiesznie, niemal od niechcenia machnąwszy dłonią w kierunku pierwszego rzędu. — Wiem, że chce dla mnie dobrze i zależy jej na moich wynikach w nauce; że mnie kocha i pragnie, bym osiągnął w życiu sukces. Niemniej jednak jest racjonalistką i głęboko wierzy, że owiane złą sławną nazwisko przyniesie mi więcej kłopotów, aniżeli korzyści. To zaś oznacza, że nie mogę sobie pozwolić na żadne potknięcia w trakcie edukacji. — Obdarzył matkę ciepłym, prawie przepraszającym uśmiechem, po czym ponownie skupił się na wszystkich zgromadzonych. — Tamtego lata dziadek zachowywał się szczególnie podejrzanie. Strasznie się martwiłem i schodziłem mu z drogi, nie chcąc przeszkadzać. Bywało, że czasem ogarniał mnie strach, zupełnie jak wtedy, gdy byłem młodszy. Kiedy podsłuchał naszą kłótnię na temat quidditcha, wparował do pokoju i sam podniósł głos — nigdy wcześniej nie słyszałem, jak krzyczał. Byłem zawstydzony, że zainteresował się czymś tak błahym i postanowił interweniować — urwał na moment. — Dziadek przyłączył się do kłótni, ale stanął po mojej stronie. Zapytał, dlaczego nie mogę spróbować swych sił, był naprawdę wściekły. Szczerze mówiąc, nie mogłem w to uwierzyć. Stałem w pokoju z rozdziawioną buzią, aż w końcu mama nie wytrzymała i spytała, czemu się tak przejmuje. Odkąd pamiętam, zawsze stał na uboczu i nigdy nie przykładał ręki do mojego wychowania, a tu nagle burzył się o quidditcha. Dziadek powiedział wówczas, że nie rozumie, dlaczego jestem karany za jego błędy. To definitywnie zakończyło kłótnię. Na czwartym roku wziąłem udział w naborach do drużyny.
Albus obrzucił przyjaciela ciepłym spojrzeniem, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Pamiętał, jak podekscytowany był wtedy Scorpius. Z perspektywy czasu żałował, że nie zapytał, czemu nagle dostał przyzwolenie na grę.
— Przez dłuższy czas nie wiedziałem, co chodziło dziadkowi po głowie, bo on nigdy nie dyskredytował nazwiska Malfoy, może jako jeden z nielicznych znanych mi ludzi — kontynuował blondyn z zawadiackim błyskiem w oku. — Od wczesnego dzieciństwa raczył mnie opowieściami o znaczeniu naszego rodu i szacunku, jakim kiedyś był darzony. Jednocześnie bardzo mu przeszkadzało, że rodzice podchodzą do tego z dystansem i czasem podszepną mi słowo na temat pierwszej i drugiej wojny, a także trudności, z jakimi musieli się w międzyczasie borykać. Od zawsze wiedziałem, że kochał swe nazwisko i jestem przekonany, że chlubił się nim do ostatniej sekundy życia. — Omiótł tłum wzrokiem. — Szkoda, że dopiero po czasie zrozumiałem, dlaczego nieraz był zakłopotany. Nie wstydził się swojego pochodzenia, a był skrępowany przez nasze myślenie. Codziennie gnębił go fakt, że na każdym kroku zbierałem baty za bycie Malfoyem, podobnie zresztą jak mój tata. Nie wiem, czy kiedykolwiek miał wyrzuty sumienia za rzeczy, które kiedyś powiedział i czyny, których się w przeszłości dopuścił. Nie zamierzam udawać naiwnego i nieświadomego, ale jestem przekonany, że pod koniec swojego życia przewartościował swój światopogląd, a rzeczy, za które wcześniej walczył, straciły na znaczeniu, w tym także nazwisko. Właśnie takiego go poznałem i takim zapamiętałem.
Ślizgon płakał, aczkolwiek łzy nie przeszkadzały mu w mówieniu. Albus usłyszał stłumiony szloch dobiegający z przodu, ale nie sprawdzał, kto się rozkleił. Szybkie spojrzenie w bok podpowiedziało mu, że Morrison również jest skupiony na przyjacielu.
Scorpius zamilkł i poświęcił chwilę na przekartkowanie pergaminów. Potem pospiesznie przetarł mokre policzki i śmiało kontynuował.
— Jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym się z wami podzielić. Mój dziadek się mylił. Prawie życie był przekonany, że ludzi determinuje krew bądź nazwisko. Udowadniał to, wywyższając się ponad innych. W dzieciństwie próbował zaszczepić mi kilka ze swoich idei, ale kiedy podrosłem, zacząłem myśleć samodzielnie — powiedział. — O ocenie człowieka decyduje to, w co wierzy i w jaki sposób postępuje. Kiedy dorastałem, wstydziłem się bycia Malfoyem, ale teraz, wiedząc, że istnieli ludzie pokroju mojego dziadka, jestem dumny, że mogę nosić jego nazwisko — dodał, ponownie przecierając załzawione oczy. — Już się nie wstydzę. Jestem dumny z bycia Malfoyem, to naprawdę wspaniałe nazwisko. Dziękuję wszystkim za przybycie — zakończył i wrócił na swoje miejsce.
Tłum, co prawda, nie wybuchnął wiwatem, ale zareagował pozytywnie. Z pierwszego rzędu wciąż dobiegał przytłumiony szloch, więc Albus wydedukował, że to pani Narcyza się rozkleiła, podczas gdy żałobnicy odwracali się do swoich sąsiadów, by wyrazić aprobatę dla usłyszanej przemowy. Automatycznie przeniósł wzrok na Scorpiusa, który, choć wciąż się trząsł, nie powrócił do zgarbionej postawy.
Pożegnanie zakończyło się wkrótce po tym, jak mistrz ceremonii wyszedł na środek, podziękował wszystkim za przybycie oraz przekazał informacje na temat szczegółów stypy. Konsolacja miała się odbyć we dworze i na otaczającym go terenie, rezydencja miała być miejscem konsumpcji, zaś dziedziniec pozostawał głównym miejscem spotkań. Żałobnicy zaczęli się powoli rozchodzić, albo żeby coś przekąsić, albo dołączyć do grupy dalej siedzących znajomych. Właśnie w tym momencie, kiedy wszyscy wstali, chłopiec stracił Scorpiusa z oczu, a gdy odwrócił się do Morrisona i Melonie, odkrył, że oni również gdzieś zniknęli.
Nie mając innego wyjścia, spojrzał na Mirrę, ale ta odezwała się, zanim zdążył poinformować ją o swoich planach odnalezienia przyjaciela.
— Idę poszukać Rose. Chciała ze mną porozmawiać o Hugonie — wychrypiała, wciąż walcząc ze łzami. — Potem pójdę do bufetu, bo trochę zgłodniałam. Jakby co, wiesz, gdzie mnie złapać — dodała na odchodne i puściła jego dłoń.
— Yhym. — Uśmiechnął się niepewnie. — Spotkamy się później…
Instynktownie nadstawił policzka i w milczeniu przyjął całusa. Gdy patrzył, jak odchodzi, na moment zapomniał, jak się oddycha, niemniej jednak zwalczył atak paniki. Prawdę powiedziawszy, ostatnio zdarzyły mu się naprawdę często, zwłaszcza gdy odwracała się do niego plecami. To najprawdopodobniej trauma, której się nabawił.
Oczywiście, wiedział, że czas leczy rany, więc kiedy zniknęła mu z oczu, pogodził się z osamotnieniem. Nie chcąc być jedynym, który tkwił w miejscu, schował dłonie do kieszeni i wyszedł ze swojego rzędu. Właśnie wtedy natknął się na znajomą twarz.
James sprawiał wrażenie zdrowego, a rany po ataku nie pozostawiły po sobie żadnych trwałych uszkodzeń. Ubrany był w tradycyjne czarne szaty, obszyte szkarłatną ozdobną nicią — wyglądał przystojnie. Od czasu ponownego spotkania widzieli się kilka razy. Z początku w ich interakcjach królowała ulga i radość, ale potem wrócili do zachowań typowych dla rodzeństwa.
— Gotowy? — zapytał brat, unosząc w góry pięść, w pełni przygotowany do wyprowadzenia ciosu.
— Naprawdę? — Albus zmarszczył brwi. — Jesteśmy na pogrzebie — dodał, gwoli wyjaśnienia.
— To nie zmienia tego, co zrobiłeś. Nie powinieneś był uciekać z domu. — Jaimie pokręcił ze smutkiem głową. — Cóż, możemy popracować nad tobą potem, ale pomyślałem, że docenisz moje odzieżowe starania…
Westchnął.
— W porządku, niech będzie — burknął i nadstawił ramię. Oczywiście, wybrał to zdrowe, które nie zostało poparzone. Brat cofnął pięść, a następnie wyprowadził cios. Towarzyszący uderzeniu ból był poniekąd terapeutyczny, znajomy, ale nie mniej bolesny. Skrzywił się i potarł obolałe miejsce, chcąc się go szybciej pozbyć.
— I pamiętaj. — James pogroził mu palcem. — Tylko raz dziennie.
— Wiem, ale przez resztę mojego życia — dodał bez ogródek.
— Właśnie. Jeżeli znów nam czmychniesz, będziesz obrywał podwójnie.
— Och, mam pytanie. — Usłyszeli, a gdy się odwrócili, zobaczyli zmierzającego w ich stronę Morrisona. — To dwa uderzenia dziennie, czy jedno w tym życiu, a drugie w następnym? — Uśmiechnął się przyjaźnie.
— Też ciekawa opcja. — Jaimie odwzajemnił gest, a potem poklepał ich obu po ramieniu i odszedł.
Albus przez chwilę za nim patrzył, znów musząc rozmasować obolałą rękę. Lily czekała na brata, stojąc w pewnej odległości. Gdy skierowali się w stronę dworu, posłał jej pokrzepiający uśmiech.
Widząc go całego i zdrowego, Lilka również odetchnęła z ulgą. Od dnia zakończenia wojny utrzymywała dystans, możliwe, że nawet trochę się go bała. Nie do końca rozumiała powód jego ucieczki, a od powrotu widziała w nim niestabilnego emocjonalnie nastolatka.
Szybko zrozumiał, że nie ma nic przeciwko podobnemu traktowaniu. Nim się obejrzy, nadejdzie odpowiedni dzień na wyjaśnienie spraw, odbudowanie nadszarpniętego zaufania i wykorzenienie dyskomfortu, który stoi im na przeszkodzie. W przyszłości będą mieli dla siebie masę czasu, może nawet zbyt dużo, biorąc pod uwagę to, co niegdyś rozważał. Odkąd opuścił Ministerstwo Magii, ta myśl doskwierała mu najmocniej, ale wciąż nie czuł się na siłach, aby o niej porozmawiać, zwłaszcza z Morrisonem u boku.
— Wszystko w porządku? — zapytał przyjaciel, schowawszy dłonie do kieszeni szaty. Stali zupełnie bezczynnie, rozglądając się po coraz to mniej zatłoczonym dziedzińcu.
— No, mniej więcej — odpowiedział. — Siostra uważa mnie za wariata, brat jest przekonany, że zasłużyłem za wieczny omłot, a mama myśli, że powinienem być więźniem we własnym domu. Żeby tego było mało, z tatą nawet porządnie nie porozmawiałem i nie wiem, co sobie wyobraża — wytłumaczył. — Cóż, bywało lepiej.
Vincent uśmiechnął się cierpko i przewrócił oczami.
— Szczerze mówiąc, każdy ma po trochu racji.
Albus z trudem stłumił śmiech, po czym wzruszył ramionami. Przez moment się nie odzywał, przytłoczony świadomością, że od czasu powrotu do domu nie porozmawiał nawet z Morrisonem. Zebrawszy siły, przygotował się do batalii.
— Wysłuchaj mnie, stary — zaczął. — Nie miałem okazji powiedzieć ci tego wcześniej, ale… byłeś naprawdę genialny. Mam na myśli przeprowadzone w Toksycznym Kamieniołomie śledztwo, wyciągnięcie stamtąd Scorpiusa i zawiadomienie oddziału aurorów, w tym mojego taty. — Uśmiechnął się nieśmiało. — Serio, nie mógłbym prosić o więcej…
— Nie musisz — powiedział przyjaciel, nagle poważniejąc. — Właśnie to jest najważniejsze, prawda? Chciałbym, żebyś wreszcie zrozumiał, że jesteśmy ze sobą na dobre i na złe — kontynuował, zniżywszy głos do szeptu. — Jeżeli obaj dziś stawiamy na szczerość, to powiem, że też muszę ci podziękować — w zasadzie to wszyscy powinniśmy — dodał i rozejrzał się wokół. — Czy kiedykolwiek dowiem się, przez co przeszedłeś…?
— Ano. — Nie kłamał. Scorpius i Morrison byli jedynymi ludźmi, którym mógł w tej sprawie zaufać. Czuł się naprawdę komfortowo w ich towarzystwie, bo razem pokonali wiele stojących na drodze przeszkód. Wiedzieli też, co chodzi mu po głowie.
— Chciałbym być przy tych zwierzeniach. — Usłyszeli, a kiedy się odwrócili, zobaczyli stojącego kilka metrów dalej Malfoya. Dłonie złożył w koszyczek, co sugerowało pewien stopień zaniepokojenia. Zanim zdecydował się odszukać przyjaciół, przetarł twarz, bowiem mniej się czerwienił. Wyglądało na to, że zdołał powściągnąć emocje.
Gdy stanęli w trójkącie, żaden z nich się nie odezwał. Morrison kołysał się na piętach, jakby w oczekiwaniu na przełom. Albus wiedział, że przyjaciele całkiem szybko zabrali się za omówienie minionych wydarzeń i ino czekali, aby dołączył.
— Hej — zaczął, a blondyn podniósł wzrok. — Wygłosiłeś naprawdę piękną przemowę, stary. To, co mówiłeś, zapadnie wszystkim w pamięć… — urwał, niepewny, czy obrał właściwą drogę, aby zainicjować rozmowę.
— Dzięki. — Uśmiechnął się krzywo Scorpius, a potem przeczesał dłonią włosy, burząc idealną fryzurę. Był wyraźnie zakłopotany. — Jak tam…?
— Nawet, nawet — odpowiedział, choć ledwo zarejestrował pytanie, bowiem chciał zadać bardzo podobne. Żeby się powstrzymać, musiał ugryźć się w język.
— Wybacz, że cię obiłem — kontynuował na wpół żartobliwym tonem blondyn.
Albus się uśmiechnął.
— W porządku, zasłużyłem — podsumował, a ciężar, który dotąd zgniatał mu serce, natychmiast zniknął.
— I nie winię cię. — Scorpius zadrżał. Nie wiadomo, czy mówił prawdę, czy też kłamał, ale wyglądał na zawstydzonego. — Nie powinienem był mówić połowy z tych głupot…
Usłyszawszy wystarczająco, brunet go przytulił. Uściskiem chciał rozładować powstałe napięcie, przerwać niepotrzebny monolog oraz dodać mu wsparcia. Gdy odsunęli się chwilę później, położył dłonie na ramionach przyjaciela.
— Strasznie mi przykro z powodu twojego dziadka.
— Dzięki — odpowiedział blondyn i zmrużył oczy. — Naprawdę, nie ma co wracać do tego tematu, a przynajmniej nie w ten sposób.
— Zgoda. — Skinął głową, po czym przetarł twarz.
To wzajemne, niemal bezsensowne stwierdzenie przypieczętowało niepisany pakt, bo dosłownie sekundę później Morrison przygarnął ich do niedźwiedziego uścisku.
— Muszę coś dodać, tak dla doprecyzowania faktów. — Uśmiechnął się zawadiacko. — Bez problemu mógłbym zgnieść was obu. Nie zapominajcie o tym.
We trójkę parsknęli śmiechem — trochę pustym i wymuszonym, ale wystarczającym, aby rzeczywiście rozładować napięcie. Gdy się rozluźnili, ruszyli do przodu, nigdzie w szczególności. Spacerując po dziedzińcu, zapewnili sobie chociaż trochę prywatności.
— Mel poszła na spotkanie z Mirrą i Rose? — zagaił Albus.
— Właściwie to wyszła — odpowiedział Morrison. — Szczerze mówiąc, poszła na kolejną. Jej tata stracił w tym tygodniu dobrego przyjaciela.
Zmarszczywszy brwi, przytaknął ze zrozumieniem.
— Och, to przykre.
— Prosiła o przekazanie kondolencji. — Vincent spojrzał na Scorpiusa, który skinął mu z wdzięcznością.
— Dzięki. Jak się czuje Hugo?
Albus przygryzł wargę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
— Chyba dobrze, ale ciężko stwierdzić, bo nie widujemy się zbyt często. Uzdrowiciele twierdzą, że z czasem będzie lepiej. To podnosi Hugona na duchu. Wujek przyjął diagnozę całkiem dobrze, ale… ciocia miała problem…
Chłopcy zacisnęli usta. Najprawdopodobniej zastanawiali się nad dokładnie tym samym, co on, a mianowicie, czy oblężenie Toksycznego Kamieniołomu uniemożliwiło wujostwu dotarcie do domu na czas. Potrząsnąwszy głową, odrzucił od siebie tę myśl. To nie czas ani miejsce, aby roztrząsać problemy równie delikatnej natury.
— Trochę dziwaczne uczucie, nie? — zapytał Morrison.
— Co masz na myśli?
— Świadomość zakończenia wojny, bagna z tymi koszmarnymi stworami, a nawet… twojego złocistego problemu — wytłumaczył przyjaciel, nawiązując do jego przemian i pozornie nieuchronnego szaleństwa. — Jesteśmy wolni, stary. Zapanował wręcz nienaturalny spokój, prawda?
— Cóż, trzeba się przyzwyczaić — podsumował, nie chcąc rozgrzebywać tego tematu. Szczerze mówiąc, w najbliższej przyszłości nie zamierzał wracać myślami do Sebastiana Darvy’ego. Jeżeli zaś chodzi o Smoczą Różdżkę…
— Grunt, że wciąż z nami jesteś. — W żartobliwym geście Scorpius popukał się w głowę.
Albus się uśmiechnął.
— No, powiedzmy.
— Jak wyzdrowiałeś?
Zaprzestawszy spaceru, usadowili się na skraju dziedzińca. Otwarta furtka na ogród prowadziła do bardziej zalesionego obszaru, ale nie chcieli się doń zapuszczać. Zanim odwrócił się z powrotem do przyjaciół, poświęcił chwilę na rozważania, czy ten teren w ogóle przynależy do posiadłości Malfoyów.
— To skomplikowane — powiedział, nie mijając się z prawdą. — Hmm, w zasadzie przypomniałem sobie, kim naprawdę byłem.
— Wystarczyło? — zapytał z powątpiewaniem Scorpius.
— Skończ ze sceptycyzmem, to było naprawdę ciężkie zadanie. — Nie był pewien, czy kiedykolwiek będzie w stanie właściwie opisać dysonans, jaki czuł w ostatnich momentach posiadania Smoczej Różdżki. Co więcej, chyba nigdy nie przetłumaczy kolegom, jaką wielką rolę w nim odegrali.
— Czyli przestałeś widzieć i słyszeć różne rzeczy, tak? — upewnił się Morrison, brzmiąc na podekscytowanego.
— Ano, zdecydowanie wystarczy mi dodatkowych wrażeń. Wszystko wam wyjaśnię, ale pozwólcie, że…
— Zaczekaj. Właśnie zauważyłem kogoś, kto chciałby z tobą porozmawiać. — Scorpius szarpnął głową w bok.
Albus spojrzał we wskazanym kierunku, troszkę zaniepokojony. Jak się okazało, nie tylko oni pałętali się po dziedzińcu. Zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej, zobaczył następną pogrążoną w rozmowie trójkę.
Tata przyjął podobną postawę, co podczas pogrzebu pan Draco, aczkolwiek sprawiał wrażenie bardziej rozluźnionego, a stojąca naprzeciwko niego ciocia Hermiona wyglądała na wyjątkowo zamyśloną. Żywo gestykulowała i mówiła najwięcej ze wszystkich, obejmowana przez wujka Rona, który osłaniał ją przed słońcem. Nie był pewien, o czym rozmawiali, ale nim minęła minuta, wybuchnęli śmiechem, szczerym i prawdziwym, niczym niewymuszonym.
— Jeżeli potrzebujesz chwili dla siebie, możemy skoczyć do bufetu — zaproponował niezobowiązująco Scorpius, zaś Morrison automatycznie mu przytaknął.
Skinął głową, wdzięczny, że znów spotkał się ze zrozumieniem.
— W takim razie do zobaczenia później, stary. — Vincent poklepał go po plecach, podobnie co wcześniej James. Malfoy mu zawtórował, ale znacznie lżej, po czym obaj odeszli w stronę dworu.
Gdy został sam, skrzyżował z tatą spojrzenie. Chociaż kontakt wzrokowy został nawiązany, Harry ponownie skupił się na przyjaciołach, teraz rodzinie, i zagłębił w rozmowie. Zanim upłynęła następna minuta, wujostwo również odmaszerowało.
Albus ruszył naprzód, wychodząc mu na spotkanie.
— Odesłałeś kolegów? — zapytał ojciec, kiedy podszedł wystarczająco blisko. Stanąwszy w świetle, wyglądał na zdrowego. Włosy miał tradycyjnie rozczochrane, zaś bliznę mało widoczną, właśnie przez wzgląd na słońce.
— Właśnie poszli coś zjeść — stwierdził. — Nie jestem szczególnie głodny — dodał.
Tata rozejrzał się po dziedzińcu, a gdy zobaczył, że zostali sami, przeszedł do meritum.
— Co powiesz na spacer?
Albus skinął głową. Idąc, co rusz muskali się ramionami, przez co rozważył, czy obrali jakiś konkretny kierunek. Dopiero po chwili zorientował się, że jest prowadzony w stronę zalesionego obszaru, który wcześniej obserwował.
— Jak się czujesz?
— W porządku — odpowiedział, chociaż nie miał pewności, czy chodziło o zdrowie fizyczne, czy też psychiczne. Szczęśliwie, następne pytanie rozwiało wszelkie wątpliwości.
— Mocno się poobijałeś? — Harry wyglądał na diablo winnego. Z pewnością nawiązywał głównie do stoczonego w Toksycznym Kamieniołomie pojedynku.
— Nieszczególnie. Oberwałem, ale uzdrowiciele raz-dwa pozbierali mnie do kupy — odparł zgodnie z prawdą. — Co z tobą…?
— W porządku — odpowiedział tata, zdezorientowany. Oficjalnie opuścili dziedziniec i wkroczyli na znacznie cichszy i bardziej odosobniony teren. — Widziałem, że rozmawiałeś ze Scorpiusem. — Schylił się nad gałęzią. — Co u niego?
Albus szedł, patrząc pod nogi. Nie zamierzał spektakularnie się przewrócić, nie zauważywszy odstającego korzenia.
— Całkiem dobrze. Myślę, że najgorsze ma już za sobą. Niemniej jednak wciąż będzie potrzebował trochę czasu.
— Zrozumiałe. To naprawdę silny chłopak, albo raczej młody mężczyzna. — Uśmiechnął się Harry. — Jesteście przyjaciółmi, więc bez wątpienia będzie potrzebował twojej pomocy.
— Wiem. Rozmawiałeś już z panem Malfoyem?
— Oczywiście. Szczerze mówiąc, nawet kilkakrotnie.
— Czy się dogadaliście…? — zapytał z wahaniem. Wiedział, że od czasu starcia w Toksycznym Kamieniołomie panowała między nimi dziwaczna atmosfera.
Ojciec ponownie się uśmiechnął.
— Łączy nas dość skomplikowana relacja, porównywalna do stanu co najmniej ambiwalencji. Jesteśmy teraz w przyjaznych stosunkach, ale przyznaję, że czasem spadamy do granicy wrogości i wzajemnego niezrozumienia. Naprawdę nie ma dobrego sposobu na wypracowanie porozumienia, zwłaszcza jeżeli w grę wchodzą dwie tak bardzo różne osoby. To, że się pokłóciliśmy, oznacza, że ostatecznie się pogodzimy — wytłumaczył uspokajającym tonem.
Albus przytaknął, chcąc zepchnąć rozmowę na neutralne tory.
— Co porabiałeś?
— Ostatnio? — Tata schował dłonie do kieszeni. — Nic wielkiego. Gdy miałem wolne, odwiedziłem Hagrida. Jak zapewne wiesz, już całkiem wyzdrowiał. Jego brat…
— Nie, miałem na myśli w świecie — odpowiedział, nie chcąc, żeby zabrzmiało dramatycznie. — W sensie, że w Ministerstwie…
— Szczerze mówiąc, niewiele jest teraz do zrobienia. Ministerstwo jest zdezintegrowane i trochę minie, zanim ponownie złożymy je w całość — będziemy musieli zdecydować, które części są wystarczająco istotne, aby zostały podtrzymane. Z czasem wszystko się ukonstytuuje.
— W jaki sposób? — zapytał, zmarszczywszy brwi. — Chociaż wojna się zakończyła, w świecie wciąż panuje…
— Owszem, pewien chaos, swego rodzaju nieufność wobec władzy — dopowiedział ojciec. — Zauważ, że ostatnie działania Waddleswortha zjednoczyły społeczeństwo, co obiecał jeszcze podczas wyborów. Porażka Darvy’ego może i nie oznacza powrót do starych, dobrych czasów, ale z pewnością początek zupełnie nowej ery. Widzisz, prawie przegraliśmy wojnę z Voldemortem, bo Ministerstwo odmówiło nam współpracy. Teraz prawie przegraliśmy z Darvym, ponieważ łącząca nas więź okazała się zbyt sztywna. Możliwe, że stopniowo zbliżamy się do równowagi, której od dawna potrzebowaliśmy. Oczywiście, na wszystko trzeba czasu. Trochę go minie, zanim zobaczymy zalążki nowego rządu, niemniej jednak wkrótce zaczniemy zauważać kierunek, w którym będzie zmierzał.
Albus mimowolnie zaczął się pocić. Harry w końcu poruszył temat, wokół którego chodzili dotąd na paluszkach.
— Słuchaj — powiedział, ostrożnie ważąc słowa. — Jeżeli chodzi o mnie i o Darvy’ego… — urwał, ponieważ tata odwrócił się doń gwałtownie, przez co obaj się zatrzymali.
— To, co się wydarzyło między wami, pozostaje wyłącznie między wami.
— Czekaj. Chciałbym, żebyś wiedział, że…
— Ciii, zamilcz — powiedział ojciec, ale nie brzmiał na rozgniewanego, rozczarowanego, czy też wystraszonego; mówił spokojnym, wybaczającym tonem. — Nie chcę wiedzieć, bo to nie ma dla mnie tak wielkiego znaczenia, jak dla ciebie, ot po prostu. Z moich informacji wynikało, że Darvy w krótkim czasie zgromadził pokaźną armię, czym sprawił, że czarodziejski świat ponownie stanął na krawędzi zniszczenia. Wiem też, że jesteś odpowiedzialny za zakończenie okresu terroru. W porządku, nie mam pretensji. Zależy mi, abyś zrozumiał, że nie ponosisz żadnej winy. Szczerze mówiąc, to dzięki tobie wojna się skończyła, a świat zyskał na bezpieczeństwie. Jestem z ciebie dumny, synu.
Obaj zamilkli, wpatrzeni w siebie, a potem, bez słowa wznowili spacer. Ślizgon otarł pojedynczą łzę, która spłynęła mu po policzku, a gdy cisza stała się niezręczna, wrócił do tematu.
— Miałeś rację, tato. Zanim wyruszyłem, powiedziałeś, że zachorowałem…
— Wybacz, nie powinienem tak mówić…
— Serio, już dobrze — prawie krzyknął i wyrzucił ręce w powietrze, aby to podkreślić. — Naprawdę miałeś rację — powtórzył stanowczym tonem. — Byłem chory, ale wyzdrowiałem. Chciałem ci uzmysłowić, że czuję się znacznie lepiej. Wcześniej zapewniałem też przyjaciół, że wszystko ze mną w porządku.
— Cóż, chętnie poznam szczegóły tego cudownego ozdrowienia, a także posłucham wyjaśnień paru innych kwestii. — Ojciec się rozpromienił. — Następnym razem, synu — dodał. — Wspaniale, że zbierasz siły, ale proponuję, abyś się latem nie przemęczał — kontynuował, gdy Albus odwzajemnił uśmiech. — Jakby nie patrzeć, czeka cię siódmy rok nauki.
— To oficjalna informacja? — zapytał, odetchnąwszy z ulgą. — Hogwart zostaje otwarty?
— Jeszcze nie, ale jesteśmy na dobrej drodze. Zanim otworzymy szkołę, musimy uporządkować kilka spraw, podobnie co w przypadku całego czarodziejskiego świata. W gruncie rzeczy trzeba będzie dopracować trzy szczegóły — zebranie rady nadzorczej, utworzenie choćby tymczasowego rządu, aby sporządzić odpowiednie dokumenty oraz uspokoić zatroskanych rodziców. Uwierz, że to skomplikowane — wytłumaczył tata. — Czy wiesz, czego nauczyłem się dawno, dawno temu? Że Hogwart jest niezdobytą fortecą, a zarazem pewnego rodzaju stałą. Mam też podstawy przypuszczać, że zajęcia zostaną wznowione jesienią. Nie ukończyłeś szóstego roku, ale mam nadzieję, że pani dyrektor McGonagall znajdzie sposób, aby ci pomóc — oczywiście, o ile wciąż będzie skłonna do kontynuowania współpracy — dodał wspierająco. — Proszę, potraktuj edukację dość poważnie. Słyszałem, że owutemy są trudne, a dla niektórych wręcz przytłaczające.
— Z pewnością sobie poradzę — odpowiedział z niepewnym uśmiechem, a gdy Harry zrobił taką samą minę, obaj wybuchnęli śmiechem.
Rechotali przez dłuższą chwilę i ucichli, dopiero kiedy ojciec wziął go w objęcia. Natychmiast odwzajemnił uścisk, a gdy się rozdzielili, zobaczył, że tata spochmurniał.
— Wiedz, że nie mogę zaakceptować sposobu twojej ucieczki.
— Rozumiem — odpowiedział szybko, ale zamilkł, bo ujrzał uniesioną dłoń.
— Nie mogę tego zaakceptować — powtórzył stanowczym tonem Harry. — Wciąż jestem zły. Całą rodziną umieraliśmy ze strachu, synu. Niemniej jednak rozumiem twoje motywy — dodał, gdy Albus spuścił ze wstydem głowę. — I przepraszam, że w ciebie zwątpiłem. Zawiodłem w roli ojca. Wydawało mi się, że robię co w mojej mocy, aby zapewnić ci bezpieczeństwo. W rezultacie nie dostrzegłem twojego potencjału ani tego, że jako czarodziej masz naprawdę wiele do zaoferowania. Nie musiałeś, co prawda, ukradkiem uciekać z domu, ale powinienem być bardziej otwarty na to, co miałeś do powiedzenia na temat Darvy’ego i artefaktów, którymi wówczas dysponował. Gdybyśmy mieli więcej wiary w siebie nawzajem, może zagwarantowaliśmy światu lepszy rezultat.
Albus podniósł wzrok. Czuł się po prostu okropnie, kiedy tata go przepraszał, zwłaszcza po tych wszystkich konfliktach, po części bezsensownych i bezcelowych. Na szczęście był inteligentnym facetem, więc nie zamierzał bagatelizować jego słów.
Zanim zdążył odpowiedzieć, ojciec usiadł na pobliskiej kłodzie, idealnie wpasowanej w spokojną scenerię i poklepał puste miejsce obok siebie. Skorzystawszy z zaproszenia, klapnął na pniaku.
— Wszystko przed nami — jednostkami, rodziną i społeczeństwem — kontynuował Harry. — Właśnie dlatego chcę wiedzieć, czy jest coś, co cię niepokoi, albo może utrudniać rozwój. Liczę na szczerość.
Chłopiec miał wrażenie, że ojciec czyta mu w myślach. Wziął głęboki oddech, nie wiedząc nawet, od czego powinien zacząć. Martwił się o swoich bliskich, ale nie pod kątem samopoczucia, tylko pogodzenia się ze stratą, głównie dlatego, że perspektywa ugłaskania rodziny i odbudowania nadszarpniętego zaufania przyjaciół wydawała mu się zniechęcająca. Oprócz stosunków z najbliższymi było jednak coś jeszcze, co zżerało go od środka, mniej więcej od momentu, w którym rzucił Smoczą Różdżkę przez Zasłonę Skazańca…
— San… — chrząknął, zauważywszy pomyłkę. — Fairhart zostawił mi list.
— Jeżeli masz ochotę, możesz nazywać go Sancticusem. Gdybym ci odmówił, byłbym prawdziwym hipokrytą, zwłaszcza że kiedyś sam mówiłem mu po imieniu. — Uśmiechnął się pokrzepiająco tata. — Rozumiem też, że łączyła was pewnego rodzaju więź.
Albus odetchnął z ulgą.
— W porządku. Hm, San zostawił mi list w chacie.
Oczywiście, mówił o magicznie wyczyszczonych, pogniecionych pergaminach, z którymi nie rozstawał się przez prawie całą podróż, teraz leżącymi w bezpiecznym miejscu w domu. Mimo że nie był w stanie go pokazać, ojciec spojrzał nań z zainteresowaniem.
— Co napisał?
— W większości przekazał mi informacje odnośnie możliwości zakończenia wojny — odpowiedział zgodnie z prawdą, nie chcąc się dzielić bardziej osobistymi wyznaniami. — Skupił się też na jednej rzeczy, która potem nie dawała mi spokoju. Prosił, abym bez względu na to, co przyniesie przyszłość, nie tracił nadziei. — Wiedział, że brzmiało to dość przyziemnie, zwłaszcza po równie dramatycznym wstępie, ale tata i tak obrzucił go rozbawionym spojrzeniem.
— Godne podziwu życzenie, które podzielam. Co cię trapi?
Ślizgon się zaczerwienił.
— Cóż, przez dłuższy czas liczyłem wyłącznie na powstrzymanie Darvy’ego. Oczywiście, miałem też inne cele, ale wszystko sprowadzało się do zakończenia wojny. — Wziął głęboki oddech. — Właśnie wtedy zrozumiałem, że poważnie zachorowałem i czułem, że nie wyzdrowieję. Żyłem w przekonaniu, że moje dni są policzone, przez co jeszcze bardziej koncentrowałem się na Darvym. Myślałem sobie, że jeżeli on umrze, odejdę zadowolony. Teraz sporo się zmieniło — facet zginął, konflikt się rozwiązał, wróciłem do zdrowia, a jednak… przyznam, że się boję — podsumował, zawstydzony. — Można powiedzieć, że dostałem drugą szansę od losu, ale drżę ze strachu, że ją zmarnuję. Codziennie budzę się z przeświadczeniem, że nie będę w stanie…
— Żyć normalnie, jak mniemam — dokończył tata, po czym westchnął i zmarszczył brwi.
Przytaknął, wdzięczny za zrozumienie. Gdy przygotowywał sobie w głowie podobną przemowę, wydawało mu się, że wychodził na żałosnego mięczaka, ale teraz, kiedy powiedział ją na głos, poczuł się silniejszy. Szkoda, że wcześniej nie pomyślał, że jeden ciężar może być zdjęty z ramion przez drugi.
— Wiem, co chcesz mi przekazać, synu. — Harry poklepał go po ręce. — Naprawdę.
— Nie jestem pewien, tato…
— Wiem, bo przechodziłem przez coś podobnego. Jeżeli się nad tym zastanowisz, dojdziesz do tych samych wniosków — powiedział surowszym tonem ojciec. — W grę wchodziła zupełnie inny rodzaj magii, inne okoliczności i inny czarnoksiężnik, ale uwierz, że również pogodziłem się ze śmiercią — dodał, zobaczywszy niezrozumienie chłopca. — Stawiłem czoła niebezpiecznemu czarodziejowi i byłem gotowy umrzeć, aby moi bliscy mogli żyć. Nie zamierzam cię okłamywać — po wygranej przeżywałem naprawdę trudne chwile. Ciężko było mi przystosować się do normalności, ponieważ w młodym wieku pogodziłem się z przeznaczeniem. Bywały dni, że wstawałem z łóżka ze przeczuciem, że to dzień, w którym opuszczę przyjaciół. Gdy zwyciężyłem Voldemorta, byłem przytłoczony przez świadomość, że jednak czeka mnie dalsze życie i będę musiał zmagać się z trudami codzienności. Trochę się męczyłem, ale w końcu przestałem.
— Naprawdę…? — zapytał, gnany dziecięcą naiwnością.
— Owszem. Świat poszedł naprzód, a ja razem z nim. Znaczący okazał się mój udział w odbudowie…
— No właśnie, to jest problem! — krzyknął z desperacją. — Zregenerowałeś siły i odbudowałeś czarodziejski świat, a teraz musisz robić to ponownie. Darvy zniknął, a wszyscy, których kocham, są bezpieczni. To wspaniale, ale nie potrafię przestać myśleć o następnym razie, następnym wyzwaniu i następnym, podobnym jemu szaleńcu! Jak mogę mieć nadzieję, jeżeli wiem, że historia kołem się toczy…?
— Spokojnie, wkrótce się dostosujesz. Wiem, że nie dostrzegasz teraz żadnych pozytywów, ale to również minie — powiedział uspokajająco Harry. — Nim się obejrzysz, zrozumiesz, że życie, które możesz prowadzić, jest o wiele więcej warte, aniżeli to, którego się obawiasz.
— Żal mi ciebie, tato — stwierdził, nie mogąc się powstrzymać. — Walczyłeś na wojnie — dodał, kiedy ojciec uniósł w niezrozumieniu brwi. — Kiedy byłeś w moim wieku, przeszedłeś tak wiele i poświęciłeś prawie wszystko, a w zamian dostałeś życie, które zostało zburzone niemal trzydzieści lat później. Strasznie się starałeś i nie dostałeś niczego w zamian…
— Aby na pewno? — Harry odbił piłeczkę, brzmiąc na rozbawionego. — Gdy wróciłem do powojennej równowagi, doczekałem się trzech prawdziwych skarbów. Właśnie dzięki nim — dzięki moim dzieciom — byłem w stanie osiągnąć wszystko inne. Jeszcze tego nie rozumiesz, bo nie zostałeś ojcem. — Uśmiechnął się z dumą. — Zawsze staramy się dla następnego pokolenia, to odwieczna zasada rządząca światem. Żyjemy wyłącznie dzięki relacjom z innymi ludźmi, czy to poprzez wychowanie dziecka, czy nauczanie spragnionego wiedzy ucznia, czy nawet pozostawienie za sobą idei. Prawdę powiedziawszy, jest tylko jeden sposób, abym zmarnował swoje życie, a mianowicie, że ty, James i Lily zdecydujecie się na to samo.
Albus skinął głową, chociaż nie wszystko zrozumiał, a przynajmniej nie do końca. Mimo to poznanie światopoglądu taty trochę podniosło go na duchu. Nie zdążył jednak wyartykułować swoich myśli, bo Harry uśmiechnął się szeroko i kontynuował temat.
— Jesteś niespełna siedemnastoletnim chłopcem, synu. To normalne, że jeszcze nie wiesz, czego pragniesz, ani na co możesz mieć nadzieję. Chociaż nie skonkretyzowałeś planów życiowych, masz ogólny pomysł. Wcześniej powiedziałeś, że miałeś nadzieję na zakończenie wojny. Z jakiego powodu?
Ślizgon uniósł brwi.
— Nie wiem, do czego zmierzasz…
— Czy kierowałeś się zemstą? — Ojciec był nieugięty. — A może chciałeś nam coś udowodnić?
— Nie, w żadnym wypadku — zaprzeczył. — Wiedziałem, do czego dążył Darvy i nie chciałem, aby krzywdził niewinnych ludzi.
— O, widzisz, to zalążek. Sam powiedziałeś, że dostałeś drugą szansę. Musisz zacząć myśleć o wszystkim, co jest dla ciebie ważne — powiedział Harry. — Zastanów się nad swoim celem i powodem, dla którego uczestniczyłeś w wojnie. Zastanów się nad istotą danej ci szansy. Skończ z myśleniem o tym, czego powinieneś chcieć i skup się na tym, czego naprawdę pragniesz.
Albus przygryzł wargę, poświęciwszy minutę na zrozumienie przekazu. Po raz kolejny wrócił myślami do Sancticusa, jego proaktywności i wagi podjętych działań. Jak napisał w liście, Fairhart wierzył, że zmarnował talenty i nie pozostawił po sobie żadnego dziedzictwa. Naturalnie, to brednie…
— Sam nie wiem — odpowiedział, a tata spojrzał na niego z większym zainteresowaniem. — Gdy będę odchodził, chciałbym, żeby świat był lepszym miejscem, niż jest teraz. Nawet odrobinę.
Ojciec szczerze się uśmiechnął, a potem go objął.
— Masz do czego dążyć — podsumował. — Wiedz jednak, że będzie ci ciężko w pojedynkę. Podejmuj wybory w oparciu o te słowa. Niech staną się częścią twojej tożsamości. Jeżeli się sprawdzisz, może następne pokolenia powielą schemat.
Albus odwzajemnił uśmiech, czując się znacznie lepiej niż wcześniej. Chociaż chciał o tym tacie powiedzieć, coś zupełnie innego opuściło jego usta.
— Nie zwariowałem, prawda? W sensie — bycie tak przestraszonym z pewnością nie jest normalne.
— Ciężko stwierdzić, ale jeżeli rzeczywiście popadłeś w obłęd, to ja razem z tobą — powiedział Harry, wyraźnie zaskoczony pytaniem. — W pełni rozumiem twoje obawy i zdenerwowanie. Trudno jest zaakceptować zakorzenioną w naszym świecie ciemność, a także ciągłą gotowość do stawienia jej czoła.
— Nie masz nic przeciwko? Czy naprawdę pogodziłeś się z tym, że nie sposób zapobiec złym rzeczom?
— Cóż, w świecie dzieją się również dobre rzeczy i to na nich warto się skupić — odpowiedział z mądrością tata. — Stanąłeś twarzą w twarz z najgorszym możliwym złem, jakie ludzkość ma do zaoferowania, a to zaś ukształtowało twój światopogląd. Wśród nas żyje niezliczona ilość dobrych dusz, ale te przesiąknięte ciemnością po prostu są głośniejsze.
— Wiem. — Myślami automatycznie powędrował do państwa Brennanów, Carmen i jej dziadka. — Wszędzie są dobry ludzie, ale czuję, że to nigdy nie zrekompensuje wszechobecnego zła. Mówię o czarodziejach pokroju Darvy’ego. Nie powinno być tak, że światło z trudem przebija się przez mrok — powinno być na odwrót.
— Czyżby? — Harry sprawiał wrażenie wyjątkowo zaintrygowanego.
Albus skinął głową.
— Owszem. Nie przeraża cię świadomość, że dobrzy ludzie stanowią wyjątek od reguły?
Ojciec uniósł ręce, zupełnie jakby wcześniej się nad tym nie zastanawiał.
— Może to wina nabytego upodobania, ale mam tendencję do postrzegania tego zagadnienia w nieco innej perspektywie. Szczerze mówiąc, idea świata, w którym dobro może narodzić się ze zła, jest bardziej pocieszająca, aniżeli gdy zło kiełkuje z dobra. To różnica między znalezieniem pięknego kwiatu wśród ciernistych chaszczy, a… hm, włosem w talerzu pysznej zupy.
Usłyszawszy porównanie, ślizgon się uśmiechnął, skłonny do zaakceptowania podobnego wytłumaczenia. Harry podłapał jego na poły rozbawiony wzrok i zgrabnie przeszedł do następnego tematu, będącego poniekąd kontynuacją pierwszego wątku.
— Czy coś jeszcze cię niepokoi?
Albus się zastanowił. Strach, który w pewnym momencie wziął go w swe posiadanie, zelżał, aczkolwiek wciąż targały nim wątpliwości. Aby uspokoić skołatane nerwy, musiał wyklarować jeszcze jedną sprawę.
— Nie jestem pewien, czy dasz mi odpowiedzi, których szukam.
— Spróbuję — odpowiedział tata, uprzednio ściągając okulary i przecierając zmęczone oczy.
Ślizgon przytaknął, z trudem przełknąwszy ślinę.
— Hm, wracając do Darvy’ego… — zaczął, ale urwał, bo ojciec przygryzł wargę. — Spokojnie, to nic strasznego! — dodał naprędce, gwoli wyjaśnienia. — Chciałbym porozmawiać o miejscu, gdzie utknęliśmy. Spotkaliśmy się w Departamencie Tajemnic.
— Kontynuuj. — Harry skinął w zamyśleniu głową.
— Byliśmy razem z Mirrą w pomieszczeniu przypominającym galerię sztuki. Darvy mówił, że to Komnata Losu — wytłumaczył, szukając na twarzy rozmówcy oznak zrozumienia, ale się przeliczył.
— Nigdy tam nie byłem, ale jestem świadomy jej istnienia.
— W porządku, ale to właściwie był mój drugi raz — pierwszy miał miejsce lata temu, kiedy… zresztą wiesz, nie będę przytaczał szczegółów. Hm, był tam pusty obraz. Z początku nie mogłem sobie przypomnieć jego nazwy, ale potem sama wpadła mi do głowy — Portret Przeznaczenia i Pomyślności — wyjaśnił i znów spojrzał badawczo na tatę.
— Kontynuuj. — Usłyszał ponownie.
Albus się zawahał.
— Kiedy go zobaczyłem za pierwszym razem, też był pusty, ale po chwili zaczął się malować. Nie przypomnę sobie, co wtedy zobaczyłem, ale gdy stanąłem twarzą w twarz z Darvym, sytuacja się powtórzyła. Jestem jednak pewien, że obraz przedstawiał coś zupełne innego. Chociaż próbowałem, nie mogłem zrozumieć przesłania portretu, ale teraz, gdy patrzę na to z perspektywy czasu… myślę, że pokazał mi śmierć — powiedział ściszonym głosem, zaś tata pochylił się do przodu z o wiele większym zainteresowaniem, niż przed minutą. — Szkopuł w tym, że kiedy znów na niego spojrzałem, tuż po pokonaniu Darvy’ego, obraz był pusty, zupełnie jak z początku. Mimo to wciąż był podpisany moim nazwiskiem. Nie wiem, w jaki sposób mam to rozumieć — wyznał. — Nie, żebym się bał! — dodał, speszony. — Jestem po prostu zdezorientowany.
Harry złożył ręce w koszyczek, wyglądając na zamyślonego. Ponownie przygryzł wargę, najprawdopodobniej w skupieniu. Musiał stoczyć w głowie poważną dysputę, ponieważ odezwał się po dłuższym czasie.
— Wybacz, synu. Chyba jednak zagadka pozostanie zagadką. Nie jestem w stanie udzielić ci odpowiedzi, a przynajmniej żadnych satysfakcjonujących.
— Ale masz jakiś pomysł, prawda? — zapytał z podekscytowaniem.
— Mogę ci jedynie przybliżyć znane mi fakty — powiedział przepraszającym tonem ojciec. — Zacznę od podstaw, czyli istoty Komnaty Losu. Pamiętaj, że jestem aurorem, a nie niewymownym, tak więc moja wiedza ma charakter ograniczony. Z tego, co się orientuję, określenie Komnaty Losu jest… po prostu nietrafne.
— Serio? — Chłopiec był zaskoczony.
— Owszem, prawdziwie chybione, a przynajmniej tak wywnioskowałem z rozmów ze współpracownikami. — Uśmiechnął się pokrzepiająco Harry. — To pomieszczenie specjalizuje się w konsekwencjach wyborów i podjętych działań, aniżeli czymkolwiek innym — albo ich przyczynowości. Jest też ściśle związane z wróżbiarstwem, które samo w sobie jest całkiem mętną dziedziną magii. Oczywiście, jeżeli ma się predyspozycje, bądź odpowiednią ilość determinacji i samozaparcia, można z niej naprawdę wiele wyciągnąć — kontynuował, choć Albus nie wszystko zrozumiał. — Nie mam żadnej pewności, co zobaczyłeś w Komnacie Losu, a tym bardziej czym zajmują się tamtejsi naukowcy. Niemniej jednak uważam, że istota przeznaczenia jest warta dalszego analizowania i badań. Mimo upływu czasu wciąż jest tajemnicą, choćby dlatego, że pozostaje niezbadana. — Westchnął przeciągle. — Słyszałem o Portrecie Przeznaczenia i Pomyślności.
— Naprawdę? — zapytał z podekscytowaniem.
— Ano. Chociaż nigdy nie miałem okazji mu się przyjrzeć, do moich obowiązków należy również zabezpieczanie niebezpiecznych przedmiotów, bądź po prostu zaczarowanych, więc jestem zaznajomiony z zamysłem twórcy. To nadzwyczajne malowidło, które szkicuje nie tyle, co przyszłość obserwatora, ale przedstawia możliwy rozwój wypadków. Portret nie obrazuje czarodzieja, jakim jest, a tym bardziej nie odczytuje jego pragnień czy lęków — zamiast tego, odczytuje wybory, na których podstawie przewiduje najbardziej prawdopodobny scenariusz.
Albus zmarszczył brwi.
— Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem…
— Widzisz, synu, przeznaczenie i wybór są często przedstawiane jako przeciwieństwa, jednak pod wieloma względami są ze sobą powiązane. Nasze drogi życiowe są podyktowane dokonanymi wyborami, z których każdy zagrodził inną ścieżkę. Często też zdarza się, że jesteśmy postawieni pod ścianą i musimy szybko podjąć decyzję, niekoniecznie najlepszą. — W głosie taty zabrzmiał smutek. — Podejrzewam, że portret zidentyfikował twoje umiejętności, tendencje i nawyki, przeanalizował twój charakter, a następnie przewidział, co się stanie. Oczywiście, nie powinieneś oczekiwać dokładnego odwzorowania rzeczywistości. Obraz podlega badaniom, ponieważ jest potężnym artefaktem, obłożonym skomplikowanym rodzajem magii. Osoba, która go zaczarowała, musiała być piekielnie dobrym czarodziejem — kontynuował, tym razem ze szczerym podziwem. — Sam wiesz, że żaden przedmiot nie odda w pełni tego, co czujemy. Portret wiedział, czego w życiu dokonałeś, a może nawet poznał, dlaczego postępowałeś w ten sposób, ale nie potrafił precyzyjnie określić wagi konsekwencji — nie był świadomy siły twojego strachu, nienawiści bądź miłości.
Skinął głową, niepewny, czy dobrze wszystko zrozumiał, ale dowiedział się wystarczająco, żeby dokonać inteligentniejszych przemyśleń.
— Sęk w tym, że gdy ostatnio patrzyłem na swój portret, obraz był pusty — powiedział. — Nawet chwilę poczekałem, ale nic się nie zmieniło…
Ojciec wzruszył ramionami.
— Naprawdę nie mam ci więcej do zaoferowania, Albusie. Mogę tylko dodać, że portret, podobnie co inne, równie potężne magiczne artefakty, może nie chcieć nadszarpnąć swojej reputacji przez osobliwe wyjątki od reguły. Całkiem możliwe, że przewidział najkorzystniejszą dla ciebie opcję, a kiedy postąpiłeś odwrotnie, po prostu odmówił współpracy. Jeżeli masz wątpliwości, zawsze możesz odczekać kilka tygodni i ponownie stanąć przed obrazem.
— Cóż, nie sądzę, abym się odważył — podsumował i skoczył na równe nogi.
— Nigdy nie mów nigdy. — Harry również wstał. — Myślę, że powinieneś skończyć się nad tym rozwodzić. Idea zrozumienia lub nawiązania relacji z niezbadanymi tajemnicami, takimi jak przeznaczenie, może nas czasem opętać. Dodam, że dotyczyło to między innymi Reginalda Aresa.
Albus sapnął, gdyż przypomniał sobie o czymś istotnym. Gorączkowo zaczął przetrzepywać kieszenie szaty.
— Tato…
— Co się…?
— Spójrz! — powiedział i wyciągnął doń oręż.
— To różdżka Reda! — Ojciec był w szoku.
Uśmiechnął się z zadowoleniem, mogąc ją w końcu komuś przekazać; dotąd nie rozstawał się z nią przez cały czas, nawet na sekundę, nurzając się w morzu niepewności. Jak się okazało, niepotrzebnie się stresował, bowiem wyczekał odpowiedniego momentu.
Harry wyglądał, jakby zapomniał o obecności syna. Oglądał różdżkę pod każdym kątem, nawet pod światłem. Kiedy skończył oględziny, był prawdziwie zdumiony.
— Skąd…?
— Od Fango Wilde’a — odpowiedział ślizgon, zaś tata zmarszczył brwi.
— W porządku, odnalazłeś Fango. Czy chcę wiedzieć, gdzie teraz jest?
— To bez znaczenia. — Wzruszył ramionami. — Nie spowiadał mi się, dokąd zmierza.
— Wciąż jest w dobrym stanie. — Spojrzenie ojca złagodniało. — Kiedyś jej używałem — dodał z nostalgią. — Szalone czasy. — Westchnął, a potem trochę przygasł. — Zapewne nie wiesz, ale to prezent ode mnie.
— Naprawdę?
— Owszem. — Uśmiechnął się Harry. — Można powiedzieć, że mam do niej swego rodzaju sentyment. O wykonanie poprosiłem starego Ollivandera — tego samego wytwórcę, który zrobił twoją.
— Dlaczego? — zapytał, zaciekawiony.
— Szczerze mówiąc, zawsze wolałem znać różdżki, którymi władali moi uczniowie. Czułem się lepiej, gdy wiedziałem, z kim mam do czynienia. Co więcej, miło jest być w dobrych stosunkach ze współpracownikami, zwłaszcza z ludźmi pokroju Reda… — powiedział tata. — Możesz mi nie wierzyć, ale wciąż pamiętam ten dzień, zupełnie jakby miał miejsce wczoraj. Był strasznie wdzięczny i często to okazywał. Mówił, że będzie ją pielęgnował aż do dnia swej śmierci. Wyglądał, jakby wcześniej nie dostał od nikogo prezentu. Jak na niego patrzyłem, poniekąd widziałem samego siebie. Uważam, że po prostu nie był przyzwyczajony do bycia obiektem dobrych uczynków — urwał i w momencie stał się przygnębiony. Ostatecznie schował oręż Aresa i westchnął przeciągle. — Cóż, niekiedy jestem w błędzie. Czas pokazał, że nawet tak urocze chwile mogą być oparte na fałszu — dodał. — Gdy w Ministerstwie zapanuje porządek, oddam różdżkę do archiwum dowodowego.
— Czyli weźmiesz ją na przechowanie? — zapytał, obawiając się najgorszego.
— Tak, do momentu przeprowadzenia należytego dochodzenia. Gdy się zakończy, zostanie przełamana na pół.
— Co takiego? Nie możesz! — wykrzyknął, obruszony.
Tata zamrugał, zaskoczony tym nagłym wybuchem.
— Zrozum, synu. Reginald Ares był kryminalistą, a złamanie różdżki przestępcy to standardowa procedura. Jako profesjonalista nie mogę pozwolić, aby moje zamiłowanie stanęło na przeszkodzie ustanowionemu prawu…
— Wiem, że był zbrodniarzem, po prostu… — urwał, szukając odpowiednich słów. — Czuję, że Ares naprawdę cenił tę różdżkę, nie udawał radości — powiedział, ale nie zagłębiał się w szczegóły. Zdecydowanie nie zamierzał wyznawać tacie całej prawdy i tym samym ogołocić zmarłego z resztek godności. — Nie potrafię wyjaśnić czemu, ale czuję, że… gdy umierał, wciąż była dla niego bardzo ważna. Na twoim miejscu nie pozbywałbym się jej z taką łatwością.
Ojciec przez chwilę patrzył na niego z niemałym zainteresowaniem, a potem skinął głową. Najwyraźniej zauważył płynącą z wykładu syna dziwaczność.
— W porządku, zastanowię się nad tym — powiedział koniec końców. — Skoro omówiliśmy już wszystko, co cię niepokoiło, myślę, że powinniśmy wracać. Jestem przekonany, że Gin zdążyła w międzyczasie zwołać ekipę poszukiwawczą.
Gdy zaczęli przedzierać się przez zarośla, Albus nie mógł powstrzymać uśmiechu. Szli w milczeniu, ramię w ramię, uważnie patrząc pod nogi i dopiero kiedy mieli wchodzić z powrotem na dziedziniec, powiedział to, co dusił w sobie od początku rozmowy.
— Tato…?
— Tak, synu? — Harry uniósł brew.
— Przepraszam, że przez ostatnich kilka lat byłem prawdziwym palantem.
— W porządku. — Uśmiechnął się ojciec. — Wciąż cię kocham.
Odwzajemnił wyszczerz, po czym spojrzał przed siebie. Gdy weszli do bufetu, zauważył swoich najbliższych. Morrison pałaszował jedzenie, podczas gdy Scorpius osłaniał twarz przed odpryskującymi drobinkami. Mama stała z prawej strony, skanując żałobników wzrokiem, zaś James gorączkowo szeptał jej do ucha — nie wiadomo, czy starał się ją uspokoić, czy też podżegał do rozpoczęcia poszukiwań. Mirra siedziała razem z Rose i jakąś nieznajomą przy jednym z metalowych stolików — dziewczęta prowadziły serdeczną rozmowę na bliżej nieokreślony temat. Albus mimowolnie odnotował fakt, iż kuzynka wygląda na znacznie spokojniejszą, aniżeli podczas ceremonii pogrzebowej.
— Śmiało, dołącz do swoich przyjaciół. Mamę zostaw mi. — Tata puścił mu oko.
— Dzięki. — Uśmiechnął się z wdzięcznością i odszedł w kierunku chłopaków, którzy zaczęli doń machać, kiedy tylko wypatrzyli go w tłumie.
Rozejrzawszy się po zgromadzonych, zrozumiał, że wciąż może mieć nadzieję. Świat się zmieniał, bo tak miał w zwyczaju, więc po prostu musiał to zaakceptować. Idąc do przyjaciół, cieszył się z wewnętrznego spokoju, który osiągnął po rozmowie z Harrym. Nie słyszał w głowie żadnego niepokojącego głosu i nigdy nie był szczęśliwszy.
Miał naprawdę wiele do zrobienia. Miał na co czekać. Ojciec powiedział, że Hogwart zostanie wkrótce otwarty i wręcz nie mógł się doczekać wylegiwania w chłodnym, aczkolwiek przytulnym pokoju wspólnym oraz patrzenia na gobelin upamiętniający odwagę Severusa Snape’a — pomyśleć, że dopiero teraz dorósł, aby czuć dumę z powodu odziedziczenia jego imienia. Oczywiście, z niecierpliwością wyczekiwał również czasu spędzonego z Mirrą. Wreszcie poczuł się panem swego losu, co napawało go ogromną radością. Stał przed gamą wyborów, czekało go masę decyzji do podjęcia, a gdy zabłądzi, zawsze będzie mógł porozmawiać z tatą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz