12 grudnia 2022

8. PROMYK NADZIEI

Na eliksirach Albus odnosił sukcesy i utrzymywał na twarzy uśmiech. Wziąwszy sobie do serca radę ojca, zrozumiał, że większość zależy od umiejętności zachowania stoickiego spokoju w towarzystwie drażliwego profesora. Nijak się to jednak miało do stopnia ciekawości zajęć.

Oczywiście, zajmowali się warzeniem, ale bez względu na to, czy szło im lepiej, czy gorzej, zawsze zostawało trochę czasu wolnego w zanadrzu. Puckerd niestrudzenie wydawał się chętny do wykrzesania z siebie wystarczająco wysiłku, żeby przekonać uczniów, że zasługuje na stanowisko mistrza eliksirów i opiekuna Slytherinu. Poziom trudności przygotowywanych mikstur nie był wybitnie trudny i zabierano się do improwizowanej pracy, tylko po to, by zachować pozory owutemowej nauki. Ostatnie minuty zajęć — co stało się już tradycją — przeznaczane były na dziwaczne, podobne do tego pierwszego, testy; wszystkie miały na celu zapoznanie się z osobowościami uczniów, rzecz jasna.

— Pamiętajcie — przypomniał Puckerd na dziesiątej lub jedenastej lekcji. — Jeżeli przy odpowiedzi kierują wami silne emocje, zaakcentujcie to, pisząc zdecydowanie się zgadzam lub zdecydowanie się nie zgadzam. Oczywiście, nie rozumiem też jest pewną opcją, ale starajcie się odpowiadać bardziej szczegółowo na pytania, co do których jesteście pozytywniej nastawieni.

Albus przewrócił oczami i z ukłuciem satysfakcji po raz jedenasty zanotował nie rozumiem. Spojrzał na kwestionariusz Mirry i zauważył, że nie brała udziału w tej zabawie — zamiast tego w widocznym roztargnieniu bazgroliła coś na kartce. Wyszczerzył do niej zęby, na co odpowiedziała mu słabym uśmiechem.

Wciąż była skłócona z Rose. Z tego, co wiedział, nie rozmawiały ze sobą osobiście od czasu słynnej bibliotecznej sprzeczki, ale wynalazły inny sposób na komunikację.

— Jak to jest być najbardziej rozchwytywaną sową w całym Hogwarcie? — zapytał w sobotę Scorpiusa, kiedy to Rose poprosiła go, by przekazał wiadomość Mirze. Albus dołożył wszelkich starań, by przyjaciel otrzymał tą uprzywilejowaną pozycję pośrednika, argumentując, że Scorpius jest odpowiednim człowiekiem do takiej roboty. Gdy się sprawdził, doszły do wniosku, że rzeczywiście się nadaje.

Blondyn wziął duży łyk soku z dyni i otarł pot z czoła. Właśnie zakończył kolejny — ósmy z rzędu! — szaleńczy bieg z biblioteki (gdzie była Rose) do Wielkiej Sali (gdzie była Mirra).

— Nie narzekam — odpowiedział, uspokoiwszy oddech. — Dzięki temu mogę wyrazić swoją opinię. Co więcej, póki co Rose jest ze mną zgodna; uważa, że mam we wszystkim rację.

— Cóż, jutro musisz wziąć sobie wolne. — Uśmiechnął się Albus. — Czas na porządny trening.

Gdy skończył się wrzesień i zaczął październik, nie mógł powstrzymać paniki przed pierwszym meczem w sezonie. Chociaż w tych mrocznych czasach, kiedy ciemne chmury gromadzą się nad zamkiem, a we wnętrzu jest równie niebezpiecznie, quidditch był sprawą trywialną, a jednocześnie i on przypominał o kwestii lojalności oraz popularności społecznej. Mimo że minęło już tyle czasu, Albus wciąż otrzymywał nieprzyjemne spojrzenia od innych ślizgonów, stąd też nadchodzące starcie z Gryffindorem będzie decydujące; jeżeli złapie znicz i odniesie zwycięstwo, da Slytherinowi wielką przewagę w tabeli punktów. Niestety, ta myśl prześlizgiwała mu się przez palce nawet podczas trzeciego treningu.

— Nie! Celuj we mnie! — krzyknął do Barry'ego Bryanta, który zawisł w powietrzu z miną, która świadczyła o tym, że nie rozumiał, dlaczego ktoś na niego naskakuje.

— Czemu? — zapytał, ewidentnie niezadowolony. — Tiffani prawie wykiwała obrońcę…

— Nieprawda! — obruszył się Scorpius z odległości kilku metrów.

— To bez znaczenia! Byłem tak blisko złapania znicza! — wytknął głośno Albus. — Kiedy masz wybór, zatrzymujesz szukającego. Ten cel uznajesz za nieistotny, tylko i wyłącznie wtedy, gdy gra się kończy wcześniej.

Bryant parsknął drwiąco, po czym odleciał, goniąc kolejnego tłuczka. Kapitan zacisnął usta i w myślach zanotował, że jest to drugi poważny błąd drużyny (pomijając brak doświadczenia i młody wiek). Pierwszym była tendencja do traktowania wszystkiego, jako błędu, który z łatwością można naprawić, a także wiążący się z tym brak poważnego traktowania nieuchronnej presji. Drugim — i chyba największym — było bycie małymi, wstrętnymi karaluchami, które nienawidziły, gdy ktoś zwracał im uwagę.

— Normalnie tego nie łapię. — Albus pokręcił głową i podleciał do Scorpiusa, po drodze obserwując praktykę pałkarzy i ścigających. — Jestem w drużynie już drugi rok i robiłem wszystko tak, jak kazał mi Atticus. Nigdy na nich nie nawrzeszczałem, ani nawet nie przewróciłem oczami!

— Ano, ale zapominasz o jednym istotnym szczególe. — Scorpius oparł się na miotle i zgarbił, gdy Garth zderzył się z Tiffani. — Atticus nie migdalił się z gryfonką.

Nawet jeżeli treningi quidditcha nie będą idealne, a Puckerd w alarmującym tempie bombarduje ich testami — („Za niedługo będzie nam kazał rozwiązywać egzaminy kleksowe!" — powiedział Bartleby Bing) — Albus stwierdził, że przynajmniej w życiu uczuciowym lepiej mu się układa. Początkowo wydawało mu się, że przez wzgląd na obowiązki prefekta Mirry nieszczególnie będą się widywać poza klasą, ale było wręcz przeciwnie — przez nawał pracy pragnęli spotykać się częściej i z wyprzedzeniem planowali wspólne spędzanie czasu. Co więcej, ku swojej przeogromnej radości, odkrył, że gryfoni nie mordowali go wzrokiem tak, jak robili to ślizgoni.

— Jakiś pomysł, dlaczego tak jest? — spytał Albus Mirrę, kiedy usiedli razem w bibliotece i wyciągnęli podręczniki. Otaczał ich złoto–czerwony tłum, ale nikt nie zwracał szczególnej uwagi na osamotnionego węża.

— James — odpowiedziała natychmiast. — Kilka dni temu ktoś powiedział coś niemiłego na nasz temat i twój brat zdecydował się na pokaz mocy. Mam wrażenie, że było to wyraźne ostrzeżenie dla wszystkich pozostałych; James nie chce w ostatnim roku nauki użerać się z tego typu problemami.

Albus skinął głową i uśmiechnął się — brat bronił go nawet na prawie że mecie szkoły. Wtem uderzyła w niego pewna niepokojąca myśl.

— Myślisz, że Rose też nie pasujemy?

— Nie słyszałam, by mówiła coś złego — wyznała Mirra. — Z drugiej strony, praktycznie się nie widujemy. Jeśli będzie niemiła, dowiemy się tego od Scorpiusa.

Jakby na zawołanie, Albus uświadomił sobie, że los im sprzyja. W ich stronę akurat szedł wymieniony wcześniej, zdyszany chłopiec.

— Cześć — przywitał się z nim radośnie Potter, za co został nagrodzony niezrozumiałym mruknięciem.

— Więc? — Mirra przeszła do konkretów, wyginając z nerwów palce.

— Rose mówi… — Scorpius ledwo łapał oddech. — Rose mówi, że nie można tego zaliczyć jako przeprosin za próbę uderzenia i żąda też przeprosin za uwierzenie Albusowi zamiast jej. — Przygryzł wargę. — Powiedziała też, że zabawnie będzie się przyglądać, jak zawalasz zaklęcia bez jej super notatek.

Mirze opadła szczęka.

— Cóż, przekaż jej, że nie tylko nie spełnię tych żądań, ale także oczekuję przeprosin za to, że nie miała nawet odwagi powiedzieć mi, za co była na mnie zła oraz za to, że głupio się wkurzyła o fakt, że też jestem dobrą uczennicą. — Zacisnęła usta, wyprowadzona z równowagi. — I powiedz jej, że dobrze sobie radzę na zaklęciach. Mam nadzieję, że zda egzaminy z historii magii bez zerkania mi przez ramię.

— Rozkaz. — Scorpius zasalutował, po czym pospieszył z powrotem do biblioteki.

— Och, i przekaż jej jeszcze, że Albus lepiej całuje od Lance'a! — dodała tak głośno, że kilka osób odwróciło ku niej głowę. Blondyn pomachał jej na znak, że usłyszał.

— Czekaj, co takiego? — Chłopiec był zszokowany. — Skąd… skąd wiesz?

— Nie wiem. — Wzruszyła ramionami. — Daj spokój, Al. Chcę tylko zaleźć jej za skórę.

Podczas gdy Mirra wojowała z Rose, Albus toczył własne bitwy — o dziwo nie z konkretną osobą (nawet nie z Wendellem Puckerdem), a z przeciwnikiem o wiele potężniejszym. Wysiłek, który we wcześniejszych latach wkładał z potyczki z Eckleyem, ukierunkował na wznioślejszy cel: SUMy. Nie było ani jednych zajęć, które mógłby wykorzystać w ramach odpoczynku.

Hagrid posunął się krok naprzód i zaczął zaznajamiać uczniów z przerażającymi testralami. Albus zapisał kilka arkuszy pergaminu, skrzętnie notując o nich informacje. Mugoloznawstwo, które nie powinno się w żaden sposób zmienić, przeszło gruntowną transformację. Po miesiącach żmudnej nauki został zmuszony do pracy fizycznej — w zeszłym tygodniu z użyciem mugolskich narzędzi z powodzeniem musiał złożyć biurko, dopasowując do siebie drewniane fragmenty. Test utrudniała skośność architektury.

Jedne z zajęć, których wprost nie mógł się doczekać, była transmutacja. Nigdy wcześniej nie powiedziałby czegoś takiego, ale wreszcie powoli się poprawiał i z niemałą dumą nie mógł usiedzieć na miejscu w oczekiwaniu na kolejną godzinę zmagań z samym sobą.

— Bardzo dobrze, Potter — pochwaliła go profesor Bellinger, przyglądając się niegdyś kartce papieru, teraz kartonowej klapie. Nie był pierwszym, który przemienił swój obiekt, ale dokonał tego nadzwyczaj szybko.

— Nie wiem, co się dzieje — odpowiedział szczerze zdumiony efektami własnej pracy. Kątem oka zerknął na Scorpiusa, który był równie zdziwiony, co on.

— Ja wiem. — Uśmiechnęła się nauczycielka. — Dużo ćwiczyłeś.

Profesor Handit, beztroski i z natury lekko kapryśny mężczyzna, także poszerzył horyzonty. Wyglądało na to, że między nim a uczniami doszło do zawiązania pewnego niewypowiedzianego rodzaju porozumienia, na podstawie którego rzucane zaklęcia wydawały się precyzyjniejsze oraz bardziej rozważne. Co do materiału lekcyjnego — zakończyli zwyczajne słabe uroki i przeszli do czegoś złowrogiego, a także niebezpieczniejszego: klątw i przekleństw.

— Upiorogacek — powiedział pewnego dnia. — Jedno z najskuteczniejszych zaklęć, które dodaję do waszego arsenału, zarówno z powodu frustracji ofiary, jak i trudności przekleństwa. Niezwykle trudno jest walczyć czy mówić, gdy wokół twarzy lata stado małych nietoperzy.

Po opanowaniu Upiorogacka czekały na nich gorsze przekleństwa — te skupiające się na konkretnych częściach ciała człowieka, wliczając do tego Conjunctivitis[1] i Klątwę Rwy Kulszowej[2].

Handit poinformował uczniów także o planach dotyczących kolejnych lekcji. Po przerwie świątecznej zajmą się tematem poruszanym zazwyczaj na szóstym roku nauki.

— Zaklęcia niewerbalne — ogłosił nauczyciel. — Element kluczowy kompetentnego pojedynku. Nawet ułamek sekundy może wpłynąć na przebieg naszego różdżkowego starcia, a myślimy o wiele szybciej, niż mówimy — magia niewerbalna jest wprost nieocenionym narzędziem. Nie obawiajcie się — to materiał znaczenie przekraczający poziom SUMów, tak więc nie będzie go na egzaminie. Jest to decyzja pani dyrektor, której zdaniem uroki niewerbalne powinny być nauczane w drugiej połowie piątego roku.

Uczniowie popatrzyli po sobie z widocznym na twarzy niepokojem, jak i podnieceniem. Albus wiedział, że wielu z nich może się doczekać, aż się tego nauczy, ale z drugiej strony woleliby nie używać tej dziedziny magii zbyt szybko.

W miarę jak poziom trudności zajęć wzrastał, zwiększały się także związane z tym obciążenia. Co za tym idzie, należało przeznaczyć na wszystko o wiele więcej czasu dotąd wolnego. Najmniejsza część zadawanej pracy domowej dotyczyła eliksirów.

Albus, niestety, wciąż nie plasował się w kategorii normalnych podopiecznych. Puckerd wciąż miał go na smyczy, gotowy do mocniejszego przyciągnięcia bliżej w razie potrzeby. Zaledwie kilka dni temu profesor odważył się okraść nastolatka ze szczególnie słodkiej chwili z Mirrą nad jeziorem, kiedy to potrzebował rzekomo dostać się do wolnej sali na czwartym piętrze. Dwuminutowy marsz przeciągnął się oczywiście do dziesięciominutowego spaceru, podczas którego mężczyzna wypytał go o opinię na temat tego, czy społeczeństwo nie ma za dużego wpływu na Ministerstwo.

Co gorsza, kilka dni przed tym wydarzeniem, Puckerd poprosił Albusa o spotkanie w swoim gabinecie, aby porozmawiać z nim o historii pokoju wspólnego Slytherinu — po około piętnastu sekundach temat się zmienił na Voldemorta, a potem na podwaliny reputacji Harry'ego Pottera. Ta osobista bitwa sprawiała wrażenie takiej, której Albus nie jest w stanie w żaden sposób wygrać — myśl ta była źródłem niewyobrażalnej frustracji.

Z biegiem czasu przyzwyczaił się do tego, że codziennie przy posiłku widuje dumnie uśmiechniętego Puckerda, taksującego go wzrokiem z podwyższenia przy stole nauczycielskim. Oczywiście była to jedynie fałszywa fasada, jakby czarodziej niezmiernie cieszył się z ich tak bliskiej przyjaźni.

Pod koniec października nastąpił niespodziewany przełom. Obudziwszy się nieco później niż większość, Albus zszedł do Wielkiej Sali, w pełni przygotowany na chłodne spojrzenia, ale przywitał go zgoła inny widok — Sala tętniła życiem, a Puckerd wbił markotny wzrok w najprawdopodobniej nietkniętą owsiankę.

— Co się dzieje? — Przetarł oczy i sięgnął po talerz z kiełbaskami. — Czym się tak wszyscy emocjonują?

Naprawdę powinieneś wstawać wcześniej — skomentował Scorpius i co dziwne, otworzył PROROKA CODZIENNEGO, który zastąpił dzisiaj tradycyjny podręcznik.

— No co tam? — praktycznie krzyknął, bo skumulowany z trzech stołów hałas utrudniał jakiekolwiek ciche konwersacje.

Morrison, który rozmawiał z Melonie, zwrócił ku niemu głowę.

PROROK zrzucił bombę, stary. — Uśmiechnął się. — No dalej, sam się przekonaj.

Albus pożyczył od przyjaciela gazetę, a potem postarał się, by idealnie oprzeć ją o szklankę soku pomarańczowego. Spodziewał się, że artykuł nie będzie tak oczywisty — że przede wszystkim będzie uderzał personalnie w jego ojca — ale to, co zobaczył, sprawiło, że uniósł brwi wyżej niż pozostali zaskoczeni uczniowie.

 

SREBRNY CZARODZIEJ UDERZA PONOWNIE!

CZTERECH RENEGATÓW ZWIĄZANYCH I NIEPRZYTOMNYCH; JEDEN MARTWY!

Trzej zeszłotygodniowi nieznani czarodzieje w końcu zostali zidentyfikowani. Znalezieni na obrzeżach czarodziejskiego miasteczka Chansley, magicznie skrępowani linami i pobici mężczyźni okazali się członkami Diablego Alainsu Sebastiana Darvy'ego. Po zidentyfikowaniu przez Departament Przestrzegania Prawa zostali zesłani do Azkabanu, gdzie czekać będą na właściwy proces. Pracownicy Ministerstwa Magii starali się odnaleźć bliżej nieznanego łowcę — jedynym dowodem na jego rzeczywiste istnienie, jaki udało się zdobyć, jest zeznanie naocznego świadka, który w tym czasie wyrzucał śmieci.

Nie wiem, co tam robili" — wyznał Jacob Divinrod (lat 22). — „Zobaczyłem tych gości i rozpoznałem po maskach z publikowanych zdjęć, tych z Masakry w Hogsmeade. Schowałem się za śmietnikiem i siedziałem cicho, starając się robić jak najmniej hałasu. Potem usłyszałem miotanie zaklęć i ciekawość zwyciężyła. Wyjrzałem. Wszystko widziałem. Facet, od stóp do głów odziany w srebrne szaty, ze srebrną maską na twarzy — była podobna do tamtych, ale jakby starsza, lekko podniszczona. Tamci leżeli już na ziemi, skomląc o darowanie życia. Gościu machnął raz różdżką i wszyscy byli związani grubymi, ciężkimi linami… To było na tyle. Zerwałem się i natychmiast pobiegłem do Ministerstwa Magii, żeby im to opowiedzieć".

Szybko zakwestionowano zeznania naocznego świadka tamtego wydarzenia i powszechnie stwierdzono, że jest to wymyślona historyjka mająca na celu podniesienie morali społecznych oraz przekonanie obywateli czarodziejskiego świata o istnieniu wyższej sprawiedliwości. Wszystko wskazuje na to, że popełniono błąd w obserwacji.

Zaledwie kilka godzin temu, krótko po północy, pracownicy Ministerstwa zostali wezwani do Drysburgu, innego, w większości magicznego, miasteczka niedaleko odbudowywanego Hogsmeade — na istne pole bitwy. Członkowie Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów znaleźli tam pięć ciał — jednego trupa oraz czterech nieprzytomnych i związanych ludzi, w sposób podobny do poprzedniego incydentu. Wielu naocznych świadków potwierdziło zeznania Jacoba Divinroda: czynu tego dokonała odziana w srebro postać.

Wszystko słyszałem z łóżka" — mówi Tyler Crock (lat 9). — „Obudziłem się i wyjrzałem na zewnątrz. Zobaczyłem jasne światło i pobiegłem obudzić mamę. Kiedy oboje spojrzeliśmy przez okno, zobaczyliśmy tylko, jak kilka osób leży na ziemi, a nad nimi stoi jakiś cały srebrny człowiek — nawet się nie ruszał!".

Drugie zetknięcie się ze Srebrnym Czarodziejem zakończyło plotki o jakoby przesadzonych historiach. Biuro Aurorów poważnie podeszło do tego tematu. Współprzewodnicząca Janine Fischer złożyła niniejsze oświadczenie:

Wszystkie nowe ofiary zostały zidentyfikowane jako członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek, które — jak wiemy — jest największą, zorganizowaną renegacką organizacją w naszym świecie. Należy zauważyć, że akt, który miał miejsce zeszłej nocy, był także aktem niszczycielskiej działalności. Morderstwo sprawia wrażenie przypadkowego — pod wpływem veritaserum renegaci przyznali, że w ofiarę uderzyła zbłąkana Avada Kedavra, wystrzelona przez jednego z nich; zamierzony cel wyszedł ze starcia bez szwanku. Ponadto, nie można zaprzeczyć, że rzeczywiście osoba „Srebrnego Czarodzieja" jest w to zaangażowana. Z całego serca radzę wszystkim uważać i mieć się na baczności, jak również nie pomagać w propagowaniu historii rzekomego, owianego tajemnicą bohatera. Doszły mnie słuchy, że co poniektórzy nazywają go „promykiem światła" w tych mrocznych dla nas czasach — pod żadnym pozorem nie dajcie się wciągnąć w manipulacje nieznanego osobnika. Zamaskowany nieznajomy jest niebezpiecznym renegatem i dołożymy wszelkich starań, by go złapać".

Fischer odmówiła dalszym komentarzom, zwłaszcza w kwestii, dlaczego schwytani renegaci wciąż przebywają w areszcie, gdy nie ma żadnych dowodów na to, że brali udział w niszczycielskiej działalności i takiego uwięzienia nie popiera żadne prawo. Krytyki czynów pani Fischer podjęła się opinia publiczna i grupa znanych ministerialnych figur.

Komentarze pani Fischer są bezpodstawne i stronnicze" — mówi będący już na emeryturze Amos Diggory; były szef Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, znany również z tego, iż przez pewien czas pełnił funkcję członka Wizengamotu. — Określenie „renegat" zostało powiedziane zbyt pochopnie. Obie grupy mężczyzn nie zostały zaatakowane i związane przez wzgląd na ich status — do ataku doszło, ponieważ Srebrny Czarodziej, kimkolwiek jest, wziął na siebie wymierzanie sprawiedliwości, której Ministerstwo nie było w stanie zapewnić. Co robili w Chansley tamci trzej członkowie Diablego Aliansu? Czy ktokolwiek siliłby się na powstrzymanie ich, gdyby nie „zamaskowany śmiałek"? Podobnie, członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek musieli mieć coś na sumieniu, ponieważ w innym wypadku nie zostaliby zaatakowani. Wydaje mi się, że Srebrny Czarodziej działa niezależnie od swoich zwierzchników, ale zgodnie z własnym kompasem niesprawiedliwości. Renegat? Zdecydowanie nie. Niezatrudniony auror? Bez najmniejszych wątpliwości".

Ci, którzy uznali działania Srebrnego Czarodzieja za typowe dla renegata, zastanawiali się nad motywacją drugiego ataku i, zapobiegawczo, nieformalnym aresztowaniem. Tezom, jakoby tajemniczy osobnik był członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek, stanowczo zaprzeczono. Mimo że Warren Waddlesworth nie mógł osobiście udzielić komentarza, jego oficjalne oświadczenie brzmi: „Srebrny Czarodziej nie ma żadnego związku z WAR".

Więcej relacji naocznych świadków — patrz:strona6.Pełny wywiad z Amo…

 

Albus uniósł wzrok, uśmiechnięty od ucha do ucha.

— Widzę, że śmierć innych poprawia ci humor — stwierdził beznamiętnie Scorpius, odbierając od niego gazetę.

— Nie z tego tak się szczerzę. — Zmarszczył brwi. — Cieszę się z sukcesu Srebrnego Czarodzieja.

— Nie wiedziałem, że jesteście najlepszymi kumplami — zażartował Morrison, na co Melonie zachichotała.

— Wcale nie — odpowiedział. — Puckerd i Fischer nieszczególnie go lubią, a to sprawia, że facet najprawdopodobniej jest w porządku.

Wyglądało na to, że reszta szkoły myśli podobnie. W trakcie weekendu te ataki były jedynym tematem rozmów wśród uczniów. Nadzwyczaj ciekawe, jak nagle wszyscy interesują się polityką, pomyślał Albus. Po głębszym zastanowieniu zdał sobie sprawę, że dostrzega w tym pewnego rodzaju urok. Tym, co najbardziej podobało się w Sekretnym Sprawiedliwym, było to, że otaczała go aura tajemniczości.

— Na pewno jest słodki — stwierdziła Denise Toils, gdy wpadła do pokoju wspólnego pewnego niedzielnego popołudnia.

— To po kiego nosi maskę? — Dante Haug uniósł brew.

— Chodzi o tożsamość — powiedział chłodno Scorpius, na chwilę odkładając książkę. Próbował robić notatki z mugoloznawstwa, ale uciążliwe otoczenie uniemożliwiało mu naukę. — Co będzie, jak zdejmie maskę i okaże się, że był kiedyś więźniem w Azkabanie? Co z tą pozytywną uwagą, którą otrzymuje? Co więcej, zapewne ma już kilku wrogów, zwłaszcza Darvy'ego i Wybawczy Alians Różdżek. Jeżeli ujawniłby swoją tożsamość i zostałby rozpoznany, w niebezpieczeństwie znalazłaby się jego rodzina: żona, dzieciaki…

— Dużo nad tym myślałeś — przerwał mu Albus, a wśród tłumu ślizgonów przebiegł szmer zgody.

Morrison wskazał blondyna palcem, udając przerażonego.

— To on — Srebrny Czarodziej!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Scorpius przewrócił oczami.

— No słuchajcie, po prostu wiem, jak to działa. I zaufajcie mi, jeśli złapią tego faceta, będzie kimś, kto ma wiele do stracenia.

— O ile to facet — skwitował wszechwiedząco Morrison. — Nic nie wiemy o tej osobie, prócz tego, że zawstydza większość aurorów. Bez obrazy. — Spojrzał na Albusa, który wzruszył ramionami.

— Och, wybaczcie mi — odezwał się Bartleby Bing, leżąc do góry nogami w fotelu. — Najwidoczniej coś mi się pomieszało po przeczytaniu tego artykułu. Nie zdawałem sobie sprawy, że mówimy o Srebrnej Wiedźmie.

— Nikt nie jest pewien, jakiej jest płci! — odpowiedział zaciekle, choć wciąż lekko Vincent. — Może być kobietą. „Czarodziej" jest określeniem ogólnym, ty kupo łajna!

Tłum wybuchnął śmiechem, który skończył się równie szybko, jak zaczął. Z rogu pokoju wspólnego dobiegł wszystkich dziwny, przykuwający uwagę hałas. Albus spojrzał w tamtym kierunku i rozpoznał źródło. Pierwszoroczny, który niedawno startował w kwalifikacjach do drużyny, próbował przypiąć pergamin z jakąś informacją na tablicy ogłoszeń.

— Hej, co ty wyprawiasz? — Scorpius skoczył na równe nogi i pompatycznie wypiął pierś, by zabłyszczeć oznaką.

— Muszę coś opublikować! — Chłopiec zrobił skwaszoną minę.

— Daj mi to. — Blondyn podszedł do malucha i zamachnął się, by złapać zawiadomienie. Niestety, nie udało mu się.

— Profesor Puckerd kazał mi przypiąć tu ten biuletyn.

Scorpius ponownie ruszył do przodu i tym razem operacja została zakończona sukcesem. Albus, także zainteresowany nowym wymysłem opiekuna Slytherinu, podszedł bliżej. Wspólnie z przyjacielem przeczytali głośno ogłoszenie.

— Witajcie, uczniowie — powiedzieli znudzonym tonem, ostentacyjnie ignorując wykrzyknik po tym zdaniu. — Ja, profesor Puckerd, informuję was, że jesteśmy w kluczowym punkcie naszej podróży do wspaniałej przyjaźni. Czuję, że wiem o was wystarczająco dużo, żeby móc swobodnie usiąść i porozmawiać w cztery oczy. Właśnie w tym celu, co tydzień będę losowo wybierał jedną osobę, którą serdecznie zapraszam na spotkanie ze mną o określonej w zawiadomieniu godzinie, abyśmy mogli poznać się jeszcze lepiej. Oczekujcie sowy na śniadaniu — ktoś z was na pewno będzie pierwszym szczęściarzem.

Przez pokój wspólny przebiegło zbiorowe zbolałe jęknięcie. Albus w międzyczasie po raz kolejny przeleciał wzrokiem pergamin. Coś nieprzyjemnego osiadło mu na żołądku.

— Znęca się tak tylko nad nami, czy też nad innymi? — zapytał jakiś trzecioroczny.

— Najprawdopodobniej tylko nad ślizgonami — odpowiedział prosto Scorpius, po czym wrócił do stołu i otworzył swój podręcznik.

Rozmowy zostały wznowione, ale Potter był zbyt zaabsorbowany własnymi myślami, by zwrócić na nie większą uwagę.

Losowo wybrana osoba.

Westchnął cicho, doskonale wiedząc, co kryje się za tym terminem — jedno jedyne imię: „Albus". Nagle coś go uderzyło. Puckerd już rozmawiał z nim sam na sam. W każdym, dowolnym dla siebie momencie mógł do niego podejść i poprosić go na stronę — robił to już nieraz. Dlaczego teraz wykombinował coś takiego?

Trzy z czterech domów kontynuowały plotkowanie na temat Srebrnego Czarodzieja przez następny tydzień, każdy nowy dzień witając zaniepokojonym spojrzeniem na pierwszą stronę PROROKA CODZIENNEGO, a potem zirytowanym pomrukiem. Slytherin miał zgoła inny problem.

Codzienny trzepot sowich skrzydeł powodował, iż wszyscy srebrno—zieloni uczniowie unosili wysoko głowy, wypatrując konkretnego chowańca. Albus wiedział, dlaczego tak jest — nikt nie chciał spędzać czasu wolnego na pogawędkach z Puckerdem. Pierwsze cztery dni od wywieszenia informacji minęły spokojnie, nikt nie dostał listu. Piątek był przełomowy. Chłopiec z napięciem przyglądał się krążącej nad ślizgońskim stołem dużej, ładnej sowie. Niestety, ta co okrążenie schodziła niżej i niżej, aż w końcu zaczęła latać praktycznie nad jego głową. Jęknął głośno. Było tak, jak się spodziewał…

List spadł wprost na talerz Scorpiusa. Albus instynktownie go podniósł, niezmiernie zaskoczony, a potem aż otworzył buzię, gdy przeczytał nazwisko odbiorcy: Scorpius Malfoy. Wiedziony złym przeczuciem, spojrzał na Puckerda. Mężczyzna uśmiechał się przyjaźnie, choć z wyższością.

— Otwórz! — syknęli siedzący w pobliżu współdomownicy.

Scorpius odebrał od Ala list, po czym rzeczywiście rozdarł kopertę, uważając, by nie naderwać pergaminu. Potter przybliżył się do przyjaciela, by lepiej widzieć schludne, wąskie pismo.

 

Scorpiusie.

Witaj! Ja, twój mistrz eliksirów, z największą przyjemnością informuję cię, że jesteś pierwszym ślizgonem, który został wybrany, by lepiej poznać swojego opiekuna! Rozumiem, że obowiązki prefekta i nauka zajmują większość twojego wolnego czasu, ale czuję, że to spotkanie będzie wyjątkową szansą dla nas dwojga! Spokojnie, pogawędka nie będzie czasochłonna.

Proszę, zgłoś się do sali eliksirów zaraz po obiedzie. Obiecuję, że będzie warto!

Z poważaniem, Wendell T. Puckerd

Mistrz eliksirów w Hogwarcie

Opiekun Slytherinu

 

— Co za pech, stary. — Morrison potrząsnął głową, a Melonie Grue pocieszająco poklepała Scorpiusa po plecach.

— To nie ma nic wspólnego ze szczęściem — stwierdził blondyn, a Albus skinął mu głową. Miał całkowitą rację.

Nie odważyli się powiedzieć czegoś więcej przed grupą ciekawskich współdomowników, ale jako że z rana mieli zielarstwo, droga do szklarni dała im dobrą okazję do dyskusji.

— Mój tata mówił, że tak się stanie. Pamiętacie? Mówił, żebyście też uważali.

Nastolatkowie skinęli zgodnie.

— Dlaczego akurat teraz? — Scorpius trafił w samo sedno niewiadomych. — Co jest katalizatorem? Może ten atak Srebrnego Czarodzieja zaostrzył apetyt Puckerda?

— A co w ogóle powinniśmy wiedzieć na ten temat? — zapytał Morrison.

— Tak czy inaczej, powtórzę wam wszystko, o co będzie mnie wypytywał. — Malfoy wydał z siebie ciężkie westchnięcie. — Mam nadzieję, że będę mógł tylko chrząkać przez cały czas…

— Nie — powiedział ostrożnie Albus. — Mam pewien pomysł.

Reszta dnia minęła stosunkowo szybko i bez dalszych problemów — co najdziwniejsze, nawet Puckerd darował sobie tradycyjny głupi teścik. Ślizgon podejrzewał, że miało to wiele wspólnego z tym, że czarodziej nie mógł się wręcz doczekać popołudniowego spotkania ze Scropiusem. Zirytowany całą tą sytuacją Potter znalazł jednak troszkę czasu przed lunchem, by porozmawiać z Mirrą, a tuż przed obiadem zdążył jeszcze złapać ją w bibliotece.

— Zdobyłaś, co trzeba? — zapytał na wstępie, nie tracąc czasu na mniej ważne sprawy.

Gryfonka odwróciła się i przeskanowała wzrokiem otoczenie. Potem spojrzała z powrotem na Albusa, żeby ostatecznie wyciągnąć z szaty splątane nici w kolorze ciała. Gdy była tak tajemnicza, wręcz promieniała pięknem.

— James powiedział, żebyś nie kłopotał się zwrotem. W sensie, że możesz je sobie zatrzymać — sapnęła i wcisnęła mu w ręce uszy dalekiego zasięgu.

— Serio? To ile ich ma? — spytał, szybko chowając nielegalną kontrabandę.

— Oj, pojęcia nie mam. — Zagryzła nerwowo wargę. — Zwyczajnie powiedziałam mu, że potrzebowałbyś pożyczyć na trochę parę, a on po prostu wyciągnął jedną z kieszeni. Ot tak, po prostu, bez żadnych pytań…

— Szczęściarz ze mnie. — Uśmiechnął się Albus.

— Po co ci one w ogóle? — Mirra zniżyła celowo głos, obawiając się ewentualnego podsłuchania rozmowy przez osoby postronne.

— Puckerd będzie dziś przesłuchiwał Scorpiusa. Chcemy wiedzieć, o co konkretnie będzie go pytał.

— Dlaczego? — Zmarszczyła brwi, zmieszana.

— Mój tata uważa, że Puckerd może wiele wynieść z pytań, które zada; poznać kilka nowych informacji. Mam jednak wrażenie, że to my dowiemy się jakichś ciekawych nowinek. Ugadałem się już ze Scorpiusem. Nie on jeden będzie przesłuchiwany. — Uśmiechnął się cwanie, po czym skradł jej jeden pocałunek i wyszedł z biblioteki.

Obiad pochłonęli w ciągu kilku minut. Pozostały czas wolny poświęcili na to, by ostatni raz przejrzeć zestaw pytań i odpowiedzi, które wypracowali wspólnymi siłami.

— Stary, Puckerd strzelił sobie w kolano, wybierając sobie ciebie na donosiciela — stwierdził Morrison, gdy razem z Albusem odprowadzali przyjaciela do Lochów. — Zastanawiam się, dlaczego zdecydował się na ciebie, a nie na mnie.

— Bo masz ptasi móżdżek — parsknął Scorpius, energicznie zatrzymując się pod salą eliksirów. — Puckerd chce kogoś, od kogo rzeczywiście może coś wyciągnąć.

Morrison zachichotał.

— No niby ptaki mają sieczkę w głowach, ale pewnie miałeś na myśli mądre sowy[3]

— Wypad stąd, oboje! — Malfoy skrzywił się paskudnie.

Chłopcy skryli się za rogiem korytarza i z zapartym tchem patrzyli, jak ślizgon puka do drzwi profesora. Ten otworzył je, zanim minęła choćby jedna sekunda, po czym praktycznie wciągnął Scorpiusa do środka. Po odczekaniu półtorej minuty Albus i Morrison przystąpili do akcji. Prawie stapiając się ze ścianą, stojąc po obu stronach drewna, wyciągnęli uszy i wsunęli jedno przez szparę pod drzwiami. Natychmiast dobiegły ich dwa głosy.

— …herbaty? Albo soku dyniowego? — zapytał Puckerd i Albus był w stanie wyobrazić sobie głodny wiedzy wyraz twarzy mężczyzny.

— Nie, dziękuję. — Scorpius zachował stoicki spokój. Skrzypienie krzesła powiedziało nastolatkom, że przyjaciel usiadł. — Właśnie zjadłem obiad…

— Cóż, jeżeli będzie pan chciał zwilżyć trochę usta, proszę się nie krępować!

— Mhm…

Początkowo rozmowa nie wyglądała na skomplikowaną i była bardzo ogólnikowa. W pewnym momencie do uszu Albusa dobiegł tradycyjny dźwięk otwieranego notesu i szelest kartek, podpowiadający, że prawdziwe przesłuchanie zaczęło się właśnie teraz. Puckerd chrząknął głośno, oczyszczając gardło, po czym zabrał się do pracy.

— Zanim zaczniemy się lepiej poznawać, chciałbym panu pogratulować wspaniałego zeszłotygodniowego Eliksiru Dodającego Wigoru[4]. Wyszedł najlepiej ze wszystkich w klasie.

Albus przewrócił oczami, uświadamiając sobie, że jest to najprawdopodobniej pierwszy raz w historii świata, gdy nauczyciel wciskał się uczniowi do tyłka.

— Naprawdę…? — spytał ze słyszalnym powątpiewaniem w głosie Scorpius. — Eliksir Albusa był chyba perfekcyjny. Wyglądał tak, jak w podręczniku.

O ile wcześniej Potter był w stanie wyobrazić sobie rozemocjonowanie Puckerda, teraz mógłby przysiąc, że usłyszał jego podekscytowany pisk. Oczywiście, w rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca — czarodziej musiał zachowywać pozory normalnej rozmowy. Odwrócił się więc do Morrisona i jak na znak, wymienili chytre uśmiechy. Choć był zadowolony z małego komplementu, chodziło o coś bardziej instrumentalnego. Scorpius przystąpił właśnie do pierwszej części skrzętnie przygotowanego planu — pozornie przypadkowego wspomnienia imienia przyjaciela, którym tak bardzo interesował się profesor. Albus zdążył już na tyle dobrze go poznać, by wiedzieć, że nie przepuści takiej okazji i najprawdopodobniej odniesie się do idei przyjaźni.

— Szlachetne słowa, szlachetne — odpowiedział Puckerd. — Aczkolwiek jestem pewien, że pańskie bliskie relacje z młodym Potterem przyćmiły ci rzeczywisty obraz sytuacji. Nie wątpię, oczywiście, w jego biegłość w dziedzinie eliksirów, ale powiedziałbym, że poziom waszych umiejętności jest prawie równy. Trafili mi się dwaj niezwykle utalentowani warzyciele; skarby — śmiało mogę tak twierdzić. Nic dziwnego, że jesteście tak dobrymi przyjaciółmi.

Morrison zachichotał. Najprawdopodobniej rozśmieszyła go myśl, jak łatwo nauczyciel pominął go w nieodłącznym srebrnym trio. Albus szybko przyłożył palec do ust i nakazał zachowanie ciszy. Gdy to nastąpiło, wrócili do podsłuchiwania.

— Och, a nawiasem mówiąc, dopóki będziemy się dogłębnie poznawać, przypuszczam, że koleżeństwo zawsze jest ciekawym tematem. Powiedz mi, jak długo przyjaźnisz się z panem Potterem? — kontynuował Puckerd.

— Od pierwszego roku — odpowiedział natychmiast Scorpius.

Piszupiszu. Nauczyciel był w swoim żywiole — z prędkością światła zanotował tę informację; aż dziwne, że kartka papieru nie stanęła w ogniu od jego zapału.

— Rozumiem — powiedział. — Czy poznał pan już jego rodzinę?

— Tak. — Malfoy sprawiał wrażenie znudzonego. — Są cudowni — dodał beznamiętnie.

— Taką mam właśnie nadzieję! — zawołał serdecznie Puckerd, zapewne uśmiechając się fałszywie. Po krótkiej chwili milczenia wszedł w swój biznesowy tryb. — Ośmielam się twierdzić, że musiałeś przywyknąć do wszelkich dziwactw. Hm, może było coś szczególnie ekscentrycznego? Może ma pan w głowie jakąś zabawną anegdotę, jaką chciałby mi opowiedzieć?

Scorpius zignorował to pytanie i przystąpił do ataku.

— Myślałem, że mnie chciał pan lepiej poznać, profesorze. Czemu… czemu wypytuje pan tak o Albusa…?

Mistrzostwo. Kilkusekundowe wahanie, ugrzecznienie wypowiedzi, ciekawski ton głosu — perfekcyjnie odegrane przedstawienie. Albusowi od razu przypomniał się ostatni raz, gdy przyjaciel sterował w ten sposób rozmową. Osiągnął wtedy swój cel — odciągnął Lance'a od Rose, a skutkowało to znacznym pogorszeniem nastroju.

Puckerd chrząknął, ponownie oczyszczając gardło.

— Obawiam się, że nie rozumiem, do czego zmierzasz, Scorpiusie — powiedział. — Badam jedynie twoje stosunki ze szkolnymi kolegami; ciekawią mnie. Mam wielką nadzieję, że i z nimi uda mi się szybko zaprzyjaźnić…

— No wiem… — przerwał mu miękko uczeń. — To po prostu… No, sam nie wiem… Mam wrażenie, że chciał wypić pan ze mną herbatę tylko dlatego, że jestem blisko z Alem. On… nie ma żadnych kłopotów, prawda…? Prawda…? — spytał cicho.

Albus z ledwością mógł uwierzyć w to, jak wszystko szło zgodnie z planem. Morrison przeczesał dłonią włosy, przez co wyglądały, jakby zawiał je wiatr. Scorpius przystąpił do kluczowego elementu — szpiegowskich negocjacji. Oprócz tego, że sam odpowiadał na pytania, miał też zadawać własne. Najważniejsze było to, by pierwsze wypłynęło właśnie od niego. Kiedy Puckerd wyjawi wszystko, Morrison wparuje do sali eliksirów, wyglądając, jakby przebiegł spory kawałek drogi i wyciągnie stamtąd Scorpiusa, krzycząc, jak to bardzo prefekt jest potrzebny w pokoju wspólnym. Była to bitwa informacyjna — jej przebieg będzie zależeć od tego, co zostanie powiedziane. Gdy opiekun Slytherinu wyjawi Scorpiusowi powód swojej nieskrywanej ciekawości, Morrison porwie Malfoya, nie dając szansy na kontynuowanie przesłuchania…

— Wybacz mi, Scorpiusie. Masz rację.

Albus zmarszczył brwi. Była to pierwsza napotkana dotąd przeszkoda. Nie martwił się tym szczególnie, ufał Scorpiusowi. Wkrótce konwersacja zostanie skierowana na właściwy tor…

— Naprawdę bardzo mi przykro. Przyznaję, że trochę za bardzo odbiegłem od pierwotnego naszego tematu. Wróćmy do ciebie, dobrze?

— Yhym — wyjąkał naturalnie chłopiec. Albus żałował, że nie jest naocznym świadkiem zmiany mimiki Puckerda.

— Hm, zobaczmy, zobaczmy. O, właśnie. — Ton głosu mężczyzny jawnie sugerował, że mierzy uważnym wzrokiem swojego rozmówcę. — Zapamiętałem, że na ostatnim teście, pod pytaniem dotyczącym tego, czy Ministerstwo Magii dołożyło wszelkich starań, by odbudować gospodarkę w tych trudnych dla nas czasach, napisał pan „zdecydowanie się nie zgadzam". Skąd taka odpowiedź?

Brzmiał tak nieszczerze i niebezpiecznie, że Albus zaczął się pocić. Morrison rzucił mu wymowne spojrzenie, za którym kryło się pytanie, czy to właściwy czas na włam do klasy. Potrząsnął przecząco głową. Wierzył w Scorpiusa.

— Ja…

— I to również jest interesujące. — Puckerd nie dał szansy na odpowiedź. — O, tak. Bardzo, ale to bardzo interesujące. Na pytanie dotyczące zawodu twoich rodziców, napisałeś, że twój ojciec jest „sprzątaczem". Co to znaczy?

— To… znaczy to, co napisałem… Tata zajmuje się sprzątaniem — powiedział niepewnie ślizgon. — Pracuje w barze.

Profesor wrócił do notowania, ale szybko skończył. Ze środka klasy dobiegło głośne łomotanie, a potem jakby odgłos kładzenia na biurko ciężkiej księgi i przewracanych w pośpiechu stron. Albus odniósł wrażenie, że mężczyzna dorwał coś oficjalniejszego od zwyczajnego notatnika.

Niezwykle interesujące. W rejestrach Ministerstwa Magii napisane jest, że pański dziadek, Lucjusz Malfoy, był kiedyś znaczącą personą. Swego czasu był nawet przewodniczącym rady nadzorczej tejże szkoły. Mam rację, czy mijam się z prawdą? — Puckerd stał się bardziej formalny.

— Owszem. — Scorpius brzmiał, jakby dostał w twarz. Albus mógłby przysiąc, że słyszał zgrzytanie zębów. Serce podpowiadało mu, że był to najlepszy moment, by się wtrącić i przerwać tę maskaradę, ale taktycznie nie było to najmądrzejsze posunięcie. Wtargnięcie do środka byłoby jednoznaczne z przyznaniem się do podsłuchiwania.

— Niespotykanie ciekawa degradacja społeczna. Niespotykanie dziwaczna — stwierdził mistrz eliksirów. — Przypuszczam, że to wina ciężkich czasów — wojny i jej podobnych; to one są odpowiedzialne za społeczne odrzucenie twojego ojca. Och, tak. Biorąc pod uwagę reorganizację ministerialnej struktury i wysiłek włożony w powszechną obronę, to naprawdę bardzo niefortunne, że pański ojciec nigdy nie zaszedł równie daleko, co dziadek; nie zdobył żadnego uznania. Przypuszczam jednak, że na to nigdy nie jest za późno…

W żołądku zielonookiego bruneta osiadło coś zimnego i zdecydowanie nieprzyjemnego.

— Niech mi pan powie, panie Malfoy. Jak blisko jest pan z Albusem Potterem? — Pytanie przecięło powietrze niczym ostry miecz.

— Jest moim najlepszym przyjacielem — odpowiedział szybko i wyzywająco Scorpius. Na myśl o niespotykanych, cudownych relacjach, jakie ze sobą we trójkę dzielili, Albus poczuł, jak serce puchnie mu z dumy.

Puckerd chrząknął.

— Co pan wie o Srebrnym Czarodzieju?

Szczęki podsłuchujących ślizgonów opadły w dół i można było śmiało założyć, że Scorpius nie zareagował inaczej. Blondyn ubrał myśli wszystkich w słowa.

— Słucham? Co to ma w ogóle ze sobą wspólnego?

Z wnętrza sali dobiegło trzaśnięcie i tym razem nie brzmiało ono jak upadek ciężkiej księgi na biurko, a uderzenie w nie pięścią.

— Przyjaźnisz się z Albusem Potterem, czy nie?! — wrzasnął Puckerd tak głośno, że uszy dalekiego zasięgu nie były potrzebne. Krzyk był bez najmniejszego problemu słyszalny przez grube drewniane drzwi — że też nikomu nie popękały bębenki.

— Co…?

— Żadnych teorii! Żadnych pomysłów! Nic się nie wymsknęło!

— O czym pan mówi?! — Stoicki spokój Scorpiusa szlag trafił, a Albus i Morrison szybko odsunęli się do tyłu, zaskoczeni kolejną falą bólu głowy.

— Jestem tu, by być twoim przyjacielem, Scorpiusie — powiedział po dłuższej chwili milczenia Puckerd. Najwyraźniej potrzebował czasu, by trochę się uspokoić. Sprawiał wrażenie człowieka, który żałował tego, że stracił nad sobą panowanie. — Mam nadzieję, że nierozważnie nie odtrącisz mojej pomocnej dłoni. Przyjaźń może czasem skutkować pozornie nie do pokonania kłopotami oraz wymaga odpowiedzi. Jako twój przyjaciel, Scorpiusie, jestem bardziej niż chętny pomóc w przypadku kłopotów twoich lub twojej rodziny. Z całą pewnością szybkie zerknięcie w ministerialne raporty mogłoby — och, no nie wiem — uświadomić rządzących, że twój ojciec jest odpowiednią osobą na wyższe stanowisko. Takie odkrycie może doprowadzić do poprawienia standardu życia, zdobycia różnorodnych wpływów oraz koneksji i odnowienia powszechnego szacunku — wszystkiego tego, z czego kojarzone było niegdyś nazwisko Malfoy. By to osiągnąć, w pierwszej kolejności musisz zostać moim przyjacielem…

Albus podskoczył w miejscu, gdy do jego uszu dobiegł dźwięk gwałtownie odsuwanego krzesła i gniewnego tupania. Razem z Morrisonem natychmiast oddalili się w przeciwnych kierunkach, dosłownie na sekundę przed tym, jak Scorpius wypadł na korytarz i popędził przed siebie, mijając ich po drodze. Potter próbował przyjrzeć się uważniej twarzy przyjaciela, ale ten maszerował tak szybko, że nie zdążył uchwycić wypisanych na niej emocji. Scorpius skręcił za róg, nawet się za siebie nie oglądając.



[1] Conjunctivitis (z łac.: zapalenie spojówek) — zaklęcie oślepiające, dobrze działające na gruboskórne stworzenia, takie jak smoki czy olbrzymy. Pierwszy raz użyto go w czwartym tomie sagi — Wiktor Krum posłużył się nim, by zdobyć jajo, podczas pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego

[2] Klątwa Rwy Kulszowej (z ang.: Sciatica Hex) — zaklęcie niewystępujące w cyklu; wymyślone przez autora tekstu. Jest to urok powodujący dokuczliwy i utrudniający normalne funkcjonowanie ból promieniujący od lędźwiowo–krzyżowego odcinka kręgosłupa i pośladka do tylnej części uda i podudzia aż do stopy

[3] 1. „Ptasi móżdżek" — w oryginale: idiom „as sharp as a spoin", który w znaczeniu dosłownym oznacza „ostry niczym łyżka", a w przenośni określenie osoby nieszczególnie inteligentnej; 2.„Ptaki mają sieczkę w głowach", „mądre sowy" — w oryginale: „spoons aren't sharp silly, you're thinking of knives", co jest odniesieniem do powiedzenia „ostry jak nóż"; by miało to sens tłumaczka, nie zmieniając przesłania wypowiedzi chłopców, zastąpiła grę słowną nawiązaniem do ptaków

[4] Eliksir Dodający Wigoru (z ang.: Strengthening Solution) — piątoroczna średniozaawansowana turkusowa mikstura, której użycie najprawdopodobniej zapewnia zwiększenie się energii zażywającego; musi dojrzewać kilka dni. Eliksir miał swój debiut w „Harrym Potterze i Zakonie Feniksa", gdy Dolores Umbridge, Wielki Inkwizytor Hogwartu, wizytowała lekcję Severusa Snape'a

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz