Albus koniec końców powiedział rodzicom o odznace, ale bardziej z konieczności niż z własnych chęci. James zachwycał się swoją funkcją kapitana tak bardzo, że Ślizgon wątpił w to czy poprzedniego roku czegoś się nauczył i poczuł się zobowiązany do ogłoszenia pełnionego stanowiska, aby uniknąć kolejnego „Jamesa Wspaniałego”. Nadal jednak przemilczał parę spraw.
Nie wspomniał nikomu o tym, że podsłuchiwał i zamiast tego, zastanawiał się nad tym w pokoju. Myśl, że ojciec miał takie odczucia – że nienawidzi go własny syn – była naprawdę nieprzyjemna, chociaż naprawdę nie widział sposobu, żeby mu udowodnić, że tak wcale nie jest. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że nie widział w nim już bohatera. Mimo to miał nadzieję, że tata spędzi z nim trochę czasu i ewentualnie rozwiążą parę nieporozumień podczas zakupów na Pokątnej, ale nic takiego nie miało miejsca.
– Tata nie idzie z nami? – zapytała Lily, kiedy wszyscy zgromadzili się wokół kominka.
Matka zacisnęła usta.
– Obawiam się, że nie – odpowiedziała. – Nie dał rady. Pilna sprawa.
– Ale tata już nie pracuje – stwierdziła z zamyśleniem Lilka.
– Nie martw się o to – powiedział wujek Ron, klepiąc ją po ramieniu. – Tak czy inaczej, będziemy mieli dzisiaj masę frajdy, prawda? – zapytał i po pomieszczeniu przeszedł pomruk zgody.
Wujek Ron stanął za Lily z dwojgiem dzieci i żoną. Ciocia Hermiona, która nie musiała iść dzisiaj do pracy, miała im towarzyszyć przez całe zakupy, podobnie jak jego matka.
– Ustawcie się, ustawcie. Weźcie dużo proszku – powiedziała Ginny.
James ustawił się pierwszy, wyglądając na bardzo rozleniwionego. Dopiero co się obudził, mimo że był stosunkowo późny ranek. Wziął nieco proszku z miski, którą wyciągała ku niemu matka i rzucił w ogień mamrocząc „Ulica Pokątna”.
Płomienie w kominku natychmiast zmieniły kolor na szmaragdowy. Jamie wkroczył w nie i zniknął.
– Lily, ty następna – powiedziała mama.
Gryfonka spełniła polecenie. Potem ustawił się Hugo.
– Pamiętaj, Hugo – powiedział wujek Ron, kiedy jego syn wpatrywał się w ogień. – Trzymaj łokcie przy sobie, brodę w dół, oczy zamknij...
– Będzie dobrze, tato – odpowiedział chłopiec i wkroczył w zielone płomienie, natychmiast znikając.
– Albus, twoja kolej – powiedziała Ginny, podając mu miskę.
Wziął nieco proszku, rzucił w ogień i powiedział głośno i wyraźnie:
– Ulica Pokątna!
Zrobił krok do przodu i natychmiast poczuł jak się kręci – zamknął oczy i usta, by nie wdychać sadzy.
Chwilę później był już zadowolony z podróży. Odwrócił się do rodzeństwa i Hugona, po czym rozejrzał po dobrze znanej knajpce. Z niewielkim zaskoczeniem zauważył, że otoczenie nie wygląda tak jak zwykle.
Pub był niemal pusty, parę osób wydawało się być zadowolonych, mogąc wypić tylko jeden napój i wyjść. Chociaż nie było zbyt cicho, klienci woleli mówić szeptem i mruczeć aniżeli rozmawiać w normalny sposób. Niektórzy z nich rzucali im dziwne spojrzenia. Hugo i Lily też to zauważyli, ponieważ wyglądali na dość spiętych. Z drugiej strony, James wyglądał, jakby w ogóle się tym nie przejmował i opierał się nonszalancko o ścianę.
Przy kolejnym błysku płomieni, w pubie pojawił się wujek Ron.
– Wszyscy cali? – zapytał.
Albus odpowiedział wraz z paroma innymi osobami, a Rose zaczęła przyglądać się Hannie, właścicielce i żonie Neville'a. Jej okrągła twarz miała ponury wyraz, gdy wycierała brudną szklankę szmatką, spoglądając przez swoje długie blond włosy na klientów. Wydawała się nie zauważać ich przybycia.
Ginny i ciocia Hermiona przybyły następne i w tym właśnie momencie wujek Ron ogłosił:
– Okej, chodźmy! – zawołał fałszywie wesoło.
– Dlaczego się tak na nas patrzą? – zapytała jego córka, ale Hermiona ją uciszyła.
– Zaraz troszeczkę wyjaśnię – powiedział cicho wujek, jak tylko wyszli z pubu.
Podeszli do dużej, ceglanej ściany, z którą zazwyczaj mieli problem. Albus był wdzięczny, że jest z nimi ciocia Hermiona i jego matka, bo one wiedziały co robić. Obie wyciągnęły różdżki, ale to ciocia otwarła przejście na Pokątną.
Ulica była tak samo zapełniona i zatłoczona jak zwykle, dzięki czemu wydawała się być bardziej znajoma niż knajpka Hanny Longbottom. Ludzi wchodzi i wychodzili ze sklepów, głośno komentując ceny, a dzieci ekscytowały się rzeczami z Markowego Sklepu Quidditcha. Pomimo otoczki normalności nadal obecnie było napięcie, którego Albus nie potrafił wyjaśnić – było to dziwne uczucie, że dzieje się coś, o czym nie wiedział. Mijający ich szybko ludzie wyglądali, jakby się gdzieś bardzo spieszyli.
– Więc dlaczego tak się na nas patrzyli, tatusiu? – Rose podeszła do swojego ojca, który spacerował w pobliżu dzieci. Jego żona wyznaczała kierunek, a Albus zwolnił kroku, starając się usłyszeć rozmowę.
Wujek Ron wzruszył ramionami.
– Ministerstwo nie jest teraz zbyt popularne, Rosie. Dużo ludzi myśli, że wybieramy złe... rozwiązania. Biedna Hanna nawet traci klientów, bo wiedzą, że się z nami przyjaźni.
– Więc ludzie są źli na ciebie? – zapytał Hugo, wyglądając na zmartwionego.
– Na mnie, na twoją mamę, na wujka Harry'ego...
– Ron! – upomniała go ciocia Hermiona z przodu grupy. – Nie mów tak! Nikt nie jest zły na kogoś – społeczeństwo ma po prostu odmienną opinię...
Jak tylko to powiedziała, jakiś dość młody człowiek z krótkimi, czarnymi włosami i ze szczupłą twarzą szybko przeszedł obok nich – był na tyle rozpędzony, że uderzył Jamesa w ramię.
– Hej, uważaj, jak łazisz! – krzyknął Jamie, zataczając się od siły uderzenia.
Albus wiedział, że jego brat nigdy nie wycofywał się z walki i w przeciągu paru sekund zrobiło mu się przykro na myśl o tamtym chłopaku. James był całkiem dobry w bójkach, ale tamta osoba kontynuowała swój marsz, nawet się nie odwracając.
– Uważaj, kolego! – zawołał za oddalającą się postacią wujek Ron.
– Nie wszczynaj burdy... – upomniała męża Hermiona.
– Nie wszczynam! – odpowiedział jej. – Gość umyślnie szturchnął mojego siostrzeńca...
– Nie mogę się doczekać pełnoletniości – powiedział z irytacją James, wciąż patrząc na odchodzącego czarodzieja z wyciągniętą różdżką. Mając szesnaście lat, dzielił go jedynie rok od możliwości używania magii poza terenem szkoły.
– Jestem pewna, że nie chciał na ciebie wpaść. – Z przodu dało się słyszeć głos Ginny. – Po prostu się spieszył – dodała uspokajająco.
James parsknął z niedowierzaniem i Albus nie mógł go za to winić. Młody człowiek, który dopuścił się napaści, nie był jedyną osobą rzucającą im nienawistne spojrzenia. Porównując dosyć spokojnych klientów pubu Hanny do przechodniów, ci drudzy wydawali z siebie zdegustowane i obrzydliwe odgłosy, kiedy obok nich przechodzili.
Chłopiec zauważył, że on i jego brat byli adresatami większości takich zachowań w porównaniu do reszty rodziny – bez wątpienia dlatego, że obydwaj wyglądali niemal kropka w kropkę jak ich ojciec, który obecnie był największym pariasem w całym świecie czarodziejów. Nie zauważył tego przez całe lato, ponieważ zazwyczaj przebywał w domu, ale teraz, kiedy był na zewnątrz, dotarło do niego, że spadek popularności jego ojca nie był tylko wymysłem mediów. To, co napisano o Harrym Potterze w zeszłym roku, zmartwiło nie tylko jego. Nie tylko on już nie uważał swojego ojca za bohatera.
Z nagłym wstrząsem uświadomił sobie, jak trudno musi być ojcu chodzić pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, bo na miał o wiele gorzej. Następnie zdał sobie sprawę, że tata prawdopodobnie na to zasłużył. Koniec końców, był winny. Potem poczuł coś na kształt winy za taki sposób myślenia. Zmarszczył brwi, zauważając swoje sprzeczne odczucia. Przez moment zapragnął móc wyłączyć swój mózg tak jak ten idiota Eckley...
– Dobra, czy wiemy, gdzie idziemy? – zapytał wujek Ron, kiedy zatrzymali się na środku ulicy. – W porządku, nie mamy pojęcia. Okej, podzielmy się na grupy i zobaczmy kto czego potrzebuje.
Każdy coś powiedział, lecz Albus nie wypowiedział ani jednego słowa.
– Mogę pójść na własną rękę – oznajmił głośno James.
Wujek Ron zachichotał.
– A to dobre – powiedział. – Co do tych grup...
– Mówię poważnie – oświadczył Jamie. – Wszyscy są ode mnie młodsi, potrzebuję zupełnie innych rzeczy. W tym roku zdaję przecież SUMy!
Albus wiedział, że brat chciał być samodzielny i nie kłamał. Zadziwiająco, wybrał dziewięć przedmiotów do egzaminów.
– Może iść sam, Gin? – zapytał wujek, odwracając się do swojej siostry. Ślizgon przyglądał się, jak jego matka marszczy brwi.
– Tak – odpowiedziała. – Ale jeśli ktoś na ciebie wpadnie...
– Wiem, wiem. – James przewrócił oczami. – Mam zwinąć się w kulkę i płakać o pomoc, prawda?
Ginny chciała zaoponować, ale gryfon już się odwrócił w drugą stronę.
– Ten chłopak mnie wykończy – stwierdziła mama. – Głośną muzyką i sowami stukającymi w okna...
– Okej, wróćmy do nas – powiedział wujek Ron, klaszcząc dłońmi. – Gin, co ty na to, żebyś wzięła Lily i Hugona, a ja i Mionka pozostałą dwójkę? – zapytał kiwając głową w kierunku Rose i Albusa. Ślizgon jęknął cicho – nie chciał iść tylko z Rose. Nie wyraził jednak głośno sprzeciwu, więc Ginny zgodziła się na taki układ i rozdzielili się, wchodząc w dwie różne ulice.
– To czego potrzebujecie? – zapytała ciocia Hermiona, gdy zaczęli spacerować po brukowanych uliczkach.
– Lodów – oznajmił wujek Ron, uśmiechając się szeroko i wskazując na lodziarnię nieopodal sklepów.
– Potem – powiedziała jego żona. – Najpierw obowiązki, potem przyjemności. Apteka będzie w tę stronę...
Zakupy z ciocią Hermioną znacznie różniły się od zakupów z kimkolwiek innym. Były szybkie i efektowne, ciocia wiedziała gdzie i po co iść, nie rozpraszała się. W aptece byli może z dziesięć minut, a nawet wtedy spędzili sporo czasu, szukając wujka Rona, który myszkował po sklepie jak małe dziecko.
Albusowi bardzo podobała się ta metoda zakupów – im szybciej, tym lepiej. Dzięki temu nie spędził z Rose więcej czasu, niż było to konieczne. Co więcej, dziewczyna zaczęła się głośno domagać nowego kociołka wykonanego ze złota i zrobiła wszystko, co było w jej mocy, próbując wymusić na rodzicach kupno wielkiej księgi dotyczącej roślin. Wujek Ron niemal był gotów spełnić zachciankę córki, lecz ciocia Hermiona była ostrzejsza.
Jeszcze jednym dobrym powodem do pośpiechu było poczucie ciągłego zagrożenia. Większość ludzi gapiła się na nich, gdy wchodzili do kolejnych sklepów a właściciele nie wydawali się być tym zachwyceni. Ciocia wydawała się być na to całkiem obojętna („Nie ma znaczenia, co o tobie myślą” – powiedziała do Rose. – „Ważne jest to, co ty o sobie myślisz”.) i trzymała męża z dala od kłopotów. Ron wydawał się nie potrafić lekceważyć spojrzeń przechodniów. Kiedy jakaś młoda dziewczyna przypadkowo wpadła na Rose (i naprawdę wyglądało to na przypadek) nakrzyczał na nią tak głośno, że biedna aż uciekła ze łzami w oczach.
– Myślisz, że moja mama przechodzi przez to samo? – zapytał Albus wujka, kiedy przyglądali się półkom w sklepie z pergaminami. – Przez te okropne spojrzenia?
– Wątpię – odpowiedział Ron. – Jeśli mam być szczery, gapią się ze względu na mnie. Aurorzy nie są teraz zbyt popularni. I nie skłamię, mówiąc, że to po prostu śmieszne! Złapaliśmy setki mrocznych czarodziejów, potem jeden się wymyka i nagle wszyscy jesteśmy mieszani z błotem...!
Po sklepie z pergaminami zostało już tylko jedno miejsce do odwiedzenia. Szaty na Każdą Okazję Madame Malkin mieściły się w dalszym odcinku Ulicy Pokątnej, całkiem niedaleko Alei Śmiertelnego Nokturnu i było podstawowym miejscem doboru szat dla uczniów. Rose rozprawiała po drodze na temat tego, że jej szaty są już za krótkie a Albus – którego szaty miał rozmiar wręcz idealny pomimo tego, iż urósł kilka centymetrów, zmusił się do poczekania, aż kuzynka skompletuje nową garderobę.
– Wciąż mam wrażenie, że są odrobinę zbyt ciasne – powiedziała uprzejmie Rose do starszej i surowo wyglądającej kobiety zajmującej się szpilkami na czarnych szatach dziewczynki.
– Pozwól, że przyniosę większy rozmiar – powiedziała Madame Malkin, wychodząc do pokoju z tyłu pomieszczenia.
– Mamusiu, spójrz na te piękne suknie! – krzyknęła Rose, wskazując na bardzo ładny komplet jasnobłękitnych szat, wiszących z resztą tych nudnych.
– Nie przyszłyśmy tu po niego – powiedziała stanowczo ciocia Hermiona. – Obejrzymy go innego dnia. Teraz wybieramy mundurek do Hogwartu.
Rose wydała z siebie zirytowany dźwięk, a Albus przewrócił oczami i odwrócił krzesło, na którym siedział w stronę okna. Wiedział, że gryfonka nie byłaby tak wybredna i uciążliwa – i nie zwracałaby się do swojej matki „mamusiu”, gdyby byli tu jej dwaj idiotyczni przyjaciele lub Mirra.
Mirra. Sama myśl o niej wydawała się być miłym uprzyjemnieniem dzisiejszego, raczej nudnawego dnia. Na koniec roku pocałowała go w policzek. Zastanawiał się, czy zrobi to ponownie, kiedy potkają się na peronie za kilka dni...
– Czemu się tak szczerzysz? – Głos wujka wyrwał go z zadumy.
– Ech? Nic, nic – powiedział, próbując przybrać kamienny wyraz twarzy.
– Nie wciskaj mi kitu – powiedział Ron, przyciągając do niego swoje własne krzesło, podczas gdy Madame Malkin wróciła i rozpoczęła rozmowę z Rose oraz ciocią Hermioną. – Widziałem ten głupkowaty uśmiech. O kim myślałeś? – dopytywał.
– O nikim... niczym – odpowiedział Albus, mocno się czerwieniąc – praktycznie przyznał się do winy.
Kontynuował więc wyglądanie przez okno i dostrzegł, że ludzie bardzo szybko maszerują. Wszyscy wydawali się spieszyć, tak jak chłopak, który wpadł na Jamesa.
– Co tam się dzieje? – zapytał wujka, ciesząc się, że zyskał możliwość zmiany tematu.
Ron wyjrzał przez okno.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział szczerze. – Może mają na sprzedaż jakieś anty–aurorskie plakietki lub coś w tym guście...
Ludzie nadal niemal biegali, lecz po bliższym przyjrzeniu się, można było stwierdzić, że byli jednocześnie bardzo ostrożni. Wszyscy kierowali się w pobliże Śmiertelnego Nokturnu.
– Co się dzieje? – zapytała Rose, odwracając się w stronę okna.
Madame Malkin cmoknęła, wyrażając swoje niezadowolenie i odwróciła dziewczynkę z powrotem do siebie.
– Powiedzcie, co tam się dzieje – rozkazała swojemu ojcu i kuzynowi.
– Zważaj na ton, Rose – upomniała córkę ciocia Hermiona, chociaż i ona zbliżyła się do okna, którędy przebiegało coraz więcej ludzi.
Nie dowiedzieli się niczego podczas kolejnych kilkunastu minut, podczas których Rose upierała się na kolejny komplet szat. Kiedy w końcu wyszli, Madame Malkin potrząsnęła głową, zamykając za nimi drzwi.
– Dobra, przypatrzmy się temu bliżej – zaproponował wujek, a następnie poprowadził grupę w dół ulicy, w kierunku Alei Nokturnu, gdzie zgromadziło się ponad sto osób.
Wkroczyli w tłum i skierowali się ku środkowi, gdzie mogli wszystko zobaczyć. Na przedzie, tuż przy granicy z Ulicą Nokturnu, wzniesiono małą drewnianą scenę. Nie była wysoka – miała może z cztery, pięć stóp[1] – ale była przestronna, jakby miało się na niej zmieścić z dziesięciu mężczyzn. Stał na niej jednakże tylko jeden człowiek, wyglądający przynajmniej osobliwie.
Był bardzo szczupły i wyglądał na kogoś w średnim wieku, był bardzo blady, a rysy twarzy miał szpiczaste, zwłaszcza podbródek. Miał też długi, zadarty nos. Najbardziej jednak rzucającą się w oczy cechą fizycznego wyglądu były ciemne włosy kolorem zbliżone do zupy pomidorowej, co sprawiało, że przypominał wujka Billa. Były długie i proste – wydawały się lśnić w słońcu. Dopełnieniem jego osobliwego wyglądu był bajkowy niebieski garnitur z żółtym krawatem – wyglądał nieskazitelnie w każdym tego słowa znaczeniu.
Człowiek ten, mogący być Weasleyem, gdyby tylko włosy miał nieco jaśniejsze, stał twarzą w kierunku tłumu i entuzjastycznie wymachiwał rękoma na pokaz. Wyglądał, jakby przemawiał i nauczał. Gdy się odzywał, skanował słuchaczy paciorkowatymi niebieskimi oczami.
– I jak widzicie, moi bracia czarodzieje, moi magiczni bracia, nawet w tak mrocznych czasach to zjednoczenie nas podtrzymuje na duchu. To ramię czarodzieja lub czarownicy stojącego obok powstrzymuje nas od zapadnięcia w bardzo głęboki sen, w którym jesteśmy prześladowani przez cienie naszej przeszłości i gdzie na próżno marzymy o idealnej przyszłości. Nie ma sensu marzyć, moi wspaniali przyjaciele. Nie, kiedy tak się dzieje w naszym świecie. Słyszeliście ich kłamstwa, moi drodzy? Czytacie gazety? Ministerstwo jest ślepe, NIEZDECYDOWANE – nie chce ani walczyć, ani się poddać. Mówią, że nie powinniśmy być przygotowani na wojnę. Ja zaś mówię... że ZAWSZE powinniśmy być przygotowani!
Rozległ się szum aplauzu, po czym ludzie zaczęli gorączkowo szeptać. Albus zrozumiał, dlaczego ludzie tak się przysłuchiwali temu mężczyźnie. Czarodziej, kimkolwiek był, posiadał niezwykle rzadką umiejętność modulacji głosu. Przemawiał głośno i wyraźnie z poczuciem potężnej pewności siebie, co przyprawiało chłopca o ciarki. Co więcej, jego ton głosu wydawał się być przymilny i jednocześnie przekonujący, że ślizgon pomyślał, iż ten człowiek zawsze ma jakieś asy w rękawie. Wydawał się być osobą, która – posiadając odpowiednio dużo czasu – mogła przekonać kogoś, że tak naprawdę nie istnieje.
– Pomyślcie! – zagrzmiał rudowłosy, zaczynając krążyć powoli po swojej scenie z uniesionym ku górze wskazującym palcem. – Cofnijcie się o dwadzieścia lat wstecz. Pamiętacie, jak wyglądał wtedy świat? Dla tych z was, którzy byli zbyt młodzi, by pamiętać, pozwólcie, że przybliżę trochę historii. Strach. Chaos. Choć Voldemort upadł, to chaos pozostał. Jego zwolennicy chodzili po świetle dziennym! Kto ich powstrzymał od odrodzenia się ich mistrza? Kto wymierzył im sprawiedliwość? Ministerstwo?
Rozległo się jeszcze więcej mruczenia, choć nikt nie odpowiedział głośno na pytanie, które wydawało się być retorycznym.
– Nie! Ministerstwo Magii zgadzało się na ugody i współpracowało z nimi! Współczuli im i wybaczali, pozwolili kobietom i mężczyznom – LUDZIOM, KTÓRZY MORDOWALI I TORTUROWALI NASZYCH BLISKICH – pozostać na wolności! Z jakiego powodu? Kruczków prawnych! Z „braku dowodów”?!
Nastąpiło głośne buczenie i Albus się obejrzał. Wujek Ron stał trochę za nim, nie odzywając się i wyglądając na zmartwionego. Ciocia Hermiona i Rose trzymały się z daleka od zaczarowanego tłumu.
– Ministerstwo Magii udowodniło już, że jest nieskuteczne, jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo – nie jest w stanie obronić obywateli, kiedy grozi im niebezpieczeństwo! Kto więc się postawi? Kto stanie twarzą w twarz z tyranią? Na pewno nie Ministerstwo, które przez ostatnie dwadzieścia lat z powodzeniem aresztowało tylko połowę śmierciożerców, tylko połowę zwolenników Voldemorta. Więc kto? Powiem wam kto. Ja. I wy!
Kontynuował swoją przechadzkę w tę i z powrotem. Głowę z godnością uniósł ku górze. Jego następne słowa zostały wypowiedziane o wiele gwałtowniej niż poprzednie i wydawały się być skierowane bardziej ku niebu niż do zgromadzonych przed nim ludzi, którzy byli zachwyceni.
– Obywatele nie mogą się dłużej chować i liczyć na to, że będziemy działać. Wojna sprawia, że żołnierze się gromadzą. Kto stanie przed naszymi dziećmi? Ministerstwo, które odpuszczało już wcześniej, pozwalając, by ten sam czarodziej dwukrotnie zniszczył to, co dla nas ważne? Jeśli nasi ukochani są w niebezpieczeństwie, to my musimy ich ochronić!
Tłum zaczął wiwatować w geście aprobaty. Mężczyzna uniósł ręce, jakby chciał kogoś objąć i nagle jego głos stał się mroczniejszy. Brzmiał na złego.
– Przez ostatnie dwadzieścia lat nazywano nas renegatami, nazywano nas przestępcami i oskarżano nas o brak sumienia. Ale nie, moi przyjaciele, mamy sumienie, a nawet coś znacznie lepszego. MAMY WOLĘ! By walczyć za pokój i bezpieczeństwo – to nie jest kwestia wyboru, lecz logicznego obowiązku, bez względu na moralność. Ludzie ukrywali się za niezaradnym rządem zdecydowanie za długo. MUSIMY TRZYMAĆ SIĘ RAZEM! Czarodziejski świat składa się z ludzi – więc to ludzie muszą o niego walczyć. Pozwólmy im zniszczyć nowe zagrożenie!
Kiedy wypowiedział ostatnie słowa, rozległy się ciche sapnięcia. Wszyscy zaczęli szeptać, wciąż patrząc się na niego wyczekująco.
– Och, tak – powiedział czarodziej. – Wiecie, o jakim zagrożeniu mówię – o Aresie. Z każdym dniem jego armia rośnie w siłę, codziennie planowana jest bitwa. Ministerstwo Magii nie życzy sobie, bym wam o tym mówił; nazywają mnie kłamcą. Mówią, że mam fałszywe informacje. Wolą byście myśleli, że Ares się ukrywa! Ukrywa przed czym? – zapytał głośno, po czym roześmiał się zimno. – Przed Ministerstwem, które do tej pory mu płaciło? Przed czarodziejami, którzy nauczyli go wszystkiego, co potrafi? Przed ludźmi, którzy nie są w stanie go znaleźć już ponad rok i nie byli w stanie go pojmać, gdy stawali naprzeciwko?
Ostatnią część wypowiedział bardzo szybko, tak jakby chciał przekonać swoich słuchaczy do sarkazmu kryjącego się w jego głosie. Szeptania ucichły i cisza stała się niemal nie do zniesienia. Ludzie wydawali się czekać z zapartym tchem na kolejne słowa.
– Ares się nie ukrywa, drodzy przyjaciele – rzekł, a jego głos znów stał się normalny. – Już dwadzieścia lat temu dostrzegliśmy, jak bardzo był zły i że rzeczy, których dokonywał, przewyższały te, które robiliśmy my – renegaci. A teraz ma do dyspozycji czarnoksiężników i wkrótce będzie miał mroczne stworzenia; nie trzeba będzie długo czekać. Nie wiem, czego pragnie, ani dlaczego tego pragnie, ale jestem świadom jednego – Ministerstwo nie będzie walczyło, a nawet jeśli to przegrają. Dlaczego? PONIEWAŻ BRAK IM SILNEJ WOLI! Jesteśmy zdani na siebie, ale nigdy nie byliśmy silniejsi niż teraz. Nie potrzebujemy rządu ani grup świetnie wyszkolonych aurorów! CI TEŻ NIE DBAJĄ! – głośno zawołał ponownie rozzłoszczonym głosem. – Umrą dla waszych dzieci? Obronią was o każdej godzinie dnia i nocy? Nie bądźcie głupcami, moi przyjaciele. Jedynymi ludźmi, którzy mogą was obronić, jesteście wy sami. Zwykli obywatele – niezwiązani żadnym ciężarem zobowiązań, widzący fałszywość prawa, rozumiejący różnicę pomiędzy umieraniem dla czegoś a życiem dla niczego! Pozwólmy naszym dzieciom spać spokojnie z wiedzą, że ich życie nie zależy od nieznajomych, a od ich własnych rodziców! Tych, którzy ich kochają!
Rudowłosy czarodziej poruszający się do tej pory powoli, zaczął maszerować coraz szybciej jakby oceniając tłum – swoich żołnierzy. Kiedy się odezwał, pięść miał uniesioną ku górze w wyrazie determinacji. Z jego głosu znikła złość – powrócił do przekonującego i poniekąd zdesperowanego tonu, a w słowach wyraźnie odznaczało się błaganie.
– A teraz daję wam opcję, moi towarzysze czarodzieje i czarownice, i proszę was, żebyście dostrzegli wagę tej oferty. DOŁĄCZCIE DO WYBAWCZEGO ALIANSU RÓŻDŻEK! Dołączcie do mnie i moich wiernych sprzymierzeńców, dołączcie do walki, w której Ministerstwo nie chce brać udziału. Niektórzy nie będą się z wami zgadzać, niektórzy was znienawidzą – powiedzą, że wcale nie jesteście lepsi od tych, z którymi walczycie! Będziecie jednak wiedzieli jakiemu celowi służycie: bronieniu ludzi przed ludźmi. Właśnie dlatego powstał Wybawczy Alians Różdżek. Rozumiemy, że właściwe rzeczy są trudne. Czasami musimy torturować lub nawet gorzej... By powstrzymać wrogów, musimy walczyć jak oni! Niektórzy z was wciąż zadają pytania! Często się głowicie: „jeśli nie mogę walczyć, to co mogę robić?”. Odpowiadam wam teraz tutaj, że wcale nie musicie iść na bój. Wybawczy Alians Różdżek nie jest nierozsądny. W pełni rozumiem, że nie wszyscy czarodzieje urodzili się uzdolnieni w kierunku różdżkarstwa. Nie uzbroję was sztyletem, kiedy trzeba walczyć mieczem, ani nie dam wam drewnianej tarczy, by powstrzymywać ogień. Mimo to wasze wsparcie jest konieczne. Darowizny są zawsze mile widziane, choć nie zawsze koniecznie w postaci pieniędzy. Każdy czarodziej może wnieść swój własny unikalny wkład i to czyni nas tak różnym od Ministerstwa Magii. Jednoczymy się, ponieważ mamy inne umiejętności. Żadna praca nie jest zbyt mała i żadne zadanie nie jest nieważne. Jako członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek jesteście POSZUKIWANI, jesteście POTRZEBNI i jesteście DOCENIANI!
Potrząsnął pięścią przy wypowiadaniu ostatniego zdania, a tłum zawiwatował tak głośno, że Albus przez moment pomyślał, że znajduje się w środku meczu quidditcha. Rudowłosy mężczyzna przez chwilkę patrzył w dół na swoje audytorium, przyglądając mu się i kiwając głową, po czym zszedł ze sceny. Gdy ponownie się odezwał, wokół panowała cisza.
– Ci, którzy chcą nas wspomóc – kontynuował, będąc już na normalnym gruncie, głosem cichszym i mniej przekonującym – lub dołączyć od nas, spotkajcie się, proszę, z Zydrunasem. – Wskazał następnie na człowieka na prawo od sceny, którego Albus nawet wcześniej nie zauważył, bo był bowiem zafascynowany przemową, którą usłyszał.
Wyrwany teraz z transu, dokładnie przyjrzał się Zydrunasowi i pomyślał, że nigdy wcześniej nie widział kogoś bardziej przerażającego. Czarodziej był blady i wysoki – nie wzrostu Hagrida, ale wciąż był o wiele wyższy od przeciętnej osoby. Choć stał całkiem daleko, mógł zgadywać, że miał może około siedmiu stóp[2] wzrostu. Był całkowicie łysy, a jego jedynymi włosami były jasne, krzaczaste blond brwi. Był dość muskularny, co było nawet zauważalne przez jego czarne szaty. Przybrał morderczy wyraz twarz – wyglądał jak człowiek gotowy do pojęcia natychmiastowej walki. Albus dostrzegał w nim coś jednak nieco komicznego – być może różową plastikową torbę na darowizny lub podkładkę z kartkami w ręce, służącą spisywaniu nazwisk.
Tłum w momencie ruszył do Zydrunasa, który przyglądał się im wszystkim podejrzliwie, kiedy wrzucali złoto do torby bądź zapisywali się na listę.
– Chodźmy. – Albusa dobiegł głos wujka, który – nawet nie wiedząc kiedy – znalazł się tuż za nim. Wyglądał ponuro. – Odejdźmy stąd.
Ron poprowadził go z powrotem przez tłum. Nawet jeśli większość z nich wciąż stała ustawiona w linii, to było ciężko. Chłopiec zauważył, że wujek całkiem szybko zbliżył się do cioci Hermiony i Rose, które – mimo wszystko – wydawały się także być częścią widowni. Nieopodal dostrzegł też swoją mamę, Lily i Hugona. Nigdzie jednak nie wypatrzył Jamesa.
Zaczęli spacerować jako grupa, Allbus wciąż z tyłu z wujkiem Ronem i jego rodziną, do której teraz dołączył Hugo; Ginny i Lilka szły trochę z przodu. Wszyscy milczeli. W końcu młody gryfon nie wytrzymał napięcia.
– Tato, kim był ten facet?
– To był Warren Waddlesworth. – Ron wciąż sprawiał wrażenie przygnębionego.
Albus, wciąż dumając nad tym pingwinie z długimi rudymi włosami, natychmiast sobie coś przypomniał. Czy nie o nim wspominała ta olbrzymia kobieta w ich kuchni?
– Ale kim on jest? – drążył gryfon. – Dlaczego mówił te wszystkie rzeczy o Ministerstwie...?
Gdy wujek skrzyżował spojrzenie także z Rose, westchnął. Ciocia Hermiona zdecydowała się na milczenie.
– Po prostu nie lubi Ministerstwa. Myśli, że nie wykonujemy naszych zadań właściwie. I... ma też grupę ludzi – Wybawczy Alians Różdżek – którzy wykonują naszą pracę na swój własny sposób.
Ciocia zwolniła kroku i jednak dołączyła się do dyskusji.
– I tak się dowiedzą, Ron. – Zwiesiła lekko głowę, a następnie odwróciła się do dzieci. – Wybawczy Alians Różdżek to organizacja założona przez Warrena Waddleswortha w celu eliminacji czarnomagicznej działalności, oddzielnie od Ministerstwa Magii. Posługują się ekstremalnymi metodami i bardzo często lekceważą zasady oraz obowiązujące przepisy. Jej członkowie nazywani są renegatami, choć tylko nieliczni z nich faktycznie działają – większość ich jedynie wspiera.
– Ale co robią renegaci? – zapytał Hugo. – Wykonują pracę aurorów?
– Coś w tym guście – odpowiedział wujek. – Wydaje mi się, że wyjaśniałem wam to wcześniej. Łapią czarnoksiężników, ale stosują do tego złe metody. Nie dbają o to czy złapani tak naprawdę są mrocznymi czarodziejami, a ponieważ ta organizacja składa się z ludzi, którzy nie nadają się do tego rodzaju pracy, brakuje im odrobiny rozsądku i robią jedynie więcej bałaganu. Są też okrutni.
– Więc są przestępcami? – dopytywał gryfon.
– W zasadzie, tak – przyznał wujek Ron.
– To dlaczego ich nie aresztowałeś?
– Ponieważ jedynie parę osób faktycznie coś robi – jak już powiedziała twoja mama, większość z nich jest po prostu zwolennikami. Nie można aresztować kogoś za opinię. A ci, którzy faktycznie działają, są w tym dobrzy i nie dają się złapać. Ministerstwo tak samo traktuje morderstwo popełnione przez czarnego czarodzieja, jak i przez zwykłego człowieka. Na takich zasadach działa nasz rząd...
– A co z Waddlesworthem? – zapytał Albus. – Jest ich przywódcą, prawda? Wiesz, że działa aktywnie. Nie mogłeś podejść do niego i go aresztować...?
Pomimo wypowiedzenia swoich myśli, chłopiec poczuł dziwne ukłucie w żołądku, podobne do tego, jakie odczuwał w stosunku do swojego ojca. Tak naprawdę to nie chciał, żeby ten człowiek został aresztowany. W tym co mówił, było ziarno prawdy...
– Nie ma ani jednego dowodu jego działalności. I to jest duży problem – odpowiedział mu wujek. – Warren jest bardzo inteligentny, nie da się podejść. Jest bardzo ostrożny. Po upadku Voldemorta, kiedy po raz pierwszy aktywował WAR, był dobry w zacieraniu swoich śladów. I nadal taki jest. Na nowo się teraz formułują, ale on wciąż jest równie dobry. Kiedy już go niemal mamy, zrzuca wszystko na innych, podległych mu gości. Nie sądzę, żeby był silnym czarodziejem, ale potrafi nakłonić innych do brudnej roboty. Czarodzieje, na których zrzuca winę, chętnie się do tego przyznają. Warren Waddlesworth jest więc wiarygodny.
– Doprawdy, przecież to dowód na jego dowództwo – westchnęła Hermiona.
– Ministerstwo potrzebuje dużej ilości dowodów, by kogoś aresztować, nawet kogoś tak jawnie winnego jak Waddlesworth. Problem w tym, że WAR to nie obchodzi. Jeżeli jesteś o coś podejrzany, to znaczy, że dobrze wykonałeś swoją pracę. Mogłeś zobaczyć, jak to przemawia do publiczności.
– I odpowiadając na twoje pytanie – dodał wujek. – Nie, nie mogłem po prostu do niego podejść i go zatrzymać. Uwierz mi, on tylko na to czekał.
– Co? – zapytały jednocześnie zszokowane dzieci.
– Czemu? – zapytała Rose.
– Dla rozgłosu – odpowiedział Ron. – Słyszeliście, co głosił, prawda? Połowa z tego mówiła o tym, jak Ministerstwo skupia się na drobiazgach i stoi na uboczu, o tym jak nie robimy tego, co konieczne. Jeśli bym go aresztował, liczba jego zwolenników natychmiast by się podwoiła. Powiedzieliby: „Ci cholerni aurorzy aresztują ludzi za posiadanie opinii, zamiast ścigać Aresa. Jest tak, jak mówił.” – Wujek zaśmiał się z własnego żartu, lecz Albus miał jeszcze parę pytań. Jedno z nich wyjęła mu z ust Rose:
– Jakim cudem otrzymuje tak wiele wsparcia? – spytała. – Skąd ludzie wiedzą o istnieniu tej grupy?
Na pytanie odpowiedziała Hermiona.
– Warren był swego czasu bardzo popularny jako filantrop.
– Czyli podarował społeczeństwu dużą ilość pieniędzy – wyjaśniła szybko dziewczynka w kierunku Hugona, i jak Albus zauważył, również do niego.
– Wiem, co to znaczy – rzekł lodowatym tonem, choć w rzeczywistości nie było to prawdą.
Ciocia natomiast kontynuowała:
– Serce Warrena jest na właściwym miejscu, naprawdę. Jego ojciec wiele zainwestował w Markowy Sprzęt do Quidditcha, jego rodzice żyją obecnie w innym kraju, a on jest bardzo zamożny.
– Nigdy nie przepracował ani jednego dnia – stwierdził z goryczą wujek.
Żona go zignorowała.
– Po wojnie, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, były darowizny. Wiele miast zostało zniszczonych przez Voldemorta i ciężko było je odbudować. Warren był bardzo uprzejmy. Dał pieniądze czarodziejom, a nawet wymienił banknoty na mugolskie, by wspierać także niemagicznych. Oficjalnie odpowiedzialne było za to Ministerstwo Magii, ale prawda jest taka, że to Warren Waddlesworth sponsorował wszelkie naprawy. Wciąż pamiętam jak zakomunikował, że zapłaci za przebudowę Mostu Brockdale, chociaż kosztowało go to niemałą fortunę. Nie przejmował się jednak, bo pieniądze były dla niego niczym.
– Kiedy ruch renegatów przybrał na sile, zrozumiał, że nie chodzi tylko o fundusze. Chciał przysłużyć się sprawiedliwości – wtrącił się wujek. – Założył więc Wybawczy Alians Różdżek dwa lata po upadku Voldemorta, a rzeczy, które robili jego ludzie, były po prostu podłe. W swoim szaleństwie kazał torturować na przykład Stana Shunpike’a – pamiętasz to, Mionka? Tylko dlatego, że nie podał żadnych nazwisk. Jak gdyby ten biedny dzieciak naprawdę był śmierciożercą...
– Jeżeli nie chodzi się o pieniądze, to dlaczego zbierał darowizny? – zapytała Rose.
– Żeby zaangażować społeczeństwo – odpowiedziała ciocia. – Jeśli się dołożą, staną się oficjalnie wsparciem i może ich poprosić o pewne przysługi. Nigdy nie potrzebował ich wkładu finansowego.
– Dlaczego w ogóle płacił za odbudowę miast? – zapytał wujostwa Albus. – Nie powinno tego zrobić Ministerstwo?
Obydwoje trochę się spięli. Ron wydawał się niezdolny do odpowiedzi, Hermiona jednak szybciej doszła do siebie.
– Tak, powinno – rzekła. – Jednakże w tamtym momencie Ministerstwo Magii przeznaczało wszystkie fundusze na masowe zatrudnianie aurorów, częściowo w celu zastąpienia poległych, a częściowo w celu szybkiego wyłapania śmierciożerców, którzy wówczas uciekali. Wiele złota przeznaczono więc na różdżki utracone w trakcie wojny, szkolenia, dostarczanie zapasów – wydatki były naprawdę spore.
– Rozważali nawet wyposażenie nas w peleryny niewidki – powiedział wujek. – W końcu uznano jednak, że będą one stanowić tylko dodatkowe zagrożenie...
– Czy tak właśnie mój tata zdobył swoją? – zapytał Albus.
Ron podrapał się po policzku.
– Nie, wasza jest trochę starsza. I nie jestem dumny z tamtych wydatków! – dodał szybko. – Nikt z nas nie jest. Twój tata szczególnie się kłócił z Kingsleyem, że za dużo pieniędzy przeznacza na przygotowania, a za mało na odbudowę kraju.
– A czy gobliny nie mogły zrobić więcej złota? – zapytał Hugo.
Ron zachichotał.
– Niestety, to tak nie działa, synu. Nigdy nie będzie wystarczająco pieniędzy na świecie, a Ministerstwo po prostu trochę źle nimi zarządzało. To chyba jedna z rzeczy, w której Warren ma rację, tak moim zdaniem...
– W zasadzie to Warren ma dużo racji – powiedziała ponuro ciocia, a wujek wzruszył ramionami. – Nie jestem aurorem, więc swobodnie mogę tak powiedzieć. Wybawczy Alians Różdżek jest jednak zbyt ekstremalny. Czuję się też zobowiązana zaznaczyć, że ta cała afera finansowa miała miejsce w innych czasach. Protekcja miała na celu podniesienie morali, a zatrudnianie aurorów było koniecznością. Czysta socjoekonomia.
– Właśnie tak. – Wujek z niepokojem spojrzał na Hugona. – Jak powiedziała mama, to były inne czasy. Sojonomia.
Ciocia Hermiona przewróciła oczami.
– Rozmawialiśmy już o tym, Ron. Nie używaj słów, których nie możesz wymówić lub nie znasz ich znaczenia – pouczyła go.
– Nigdy nie używam słów, których nie znam – zaprotestował.
– Och, używasz! Pamiętasz, że pomyliłeś słowo „szlachetny” z „szowinistą”, kiedy po raz pierwszy spotkałeś moich rodziców?
– Miałem tylko dziewiętnaście lat!
Wujek przybliżył się do swojej żony i zaczął się z nią spierać, skutecznie zakańczając wszystkie przesłuchania i pozostawiając Albusa samego z własnymi myślami.
Warren Waddlesworth z pewnością był intrygującą osobą, nawet jeśli nie był gigantycznym pingwinem. Bardziej niż niezwyczajny wygląd, to jego mowa dała chłopcu do myślenia. Wiele z tego co mówił, miało sens. Ministerstwo stało na uboczu... nie było skuteczne. Nauczył się tego w zeszłym roku. Dumając, dołożył wszelkich starań, aby przypadkiem niczego nie powiedzieć na głos, bo wiedział przecież, że to bardzo rozczarowałoby wujka, ale wciąż nie mógł nie zazdrościć tym ludziom, którzy gotowi byli walczyć w bitwie, w której Ministerstwo nie wzięłoby udziału. Waddlesworth także mu kogoś przypominał...
To profesor Fairhart pierwszy odezwał się głośno na ten temat i to on wydawał się być po stronie Waddleswortha. I teraz gdy o tym rozmyślał, to czy przypadkiem Fairhart nie znał Waddleswortha? Czy nie tak powiedział mu kiedyś ojciec? Wiedział, że Fairhart nie mógł być – i z pewnością nie był – członkiem WAR, ponieważ był na to zbyt życzliwy. Mimo to pod koniec zeszłego roku mógł pozbawić kogoś życia, prawda? Z konieczności, co prawda, ale jednak. Byli wówczas atakowi, prawda? James umierał...
Główkowanie nad tym sprawiło, że czuł się nieswojo, ale nic nie mógł na to poradzić. Tak czy inaczej, wiedział, że Fairhart nie był złą osobą. Miał wielki szacunek w stosunku do swojego byłego nauczyciela obrony przed czarną magią i uznawał go także za przyjaciela. Nie widział go w ogóle przez całe lato, a tak bardzo chciał z nim porozmawiać. Wiedział też, że to mało prawdopodobne, bo – jak twierdził jego ojciec – Fairhart był obecnie w Panamie. I teraz gdy o tym myślał, to Fairhart nie mógł być członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek. Waddlesworth wspomniał przecież o torturowaniu, a Albus wiedział, że auror nie byłby zdolny do tak haniebnych czynów. Tak, WAR zdecydowanie było zbyt radykalne, zbyt niebezpieczne. Następnie dotarła do niego myśl, że wcale im nie zazdrościł. No, może odrobinkę...
– Okej, zatrzymajmy się tutaj. – Usłyszał głos matki dobiegający z początku grupy, gdzie wciąż maszerowała wraz z córką.
Albus zobaczył, że podczas rozmowy szli w znacznej odległości od siebie – nie zauważył nawet, że jego stopy się poruszały. Byli kilka ulic od Alei Śmiertelnego Nokturnu i nie mógł już zobaczyć sceny oraz tamtego tłumu. Wrócili znowu na normalne uliczki, choć Ginny przyglądała się wszystkiemu z niepokojem.
– Gdzie on jest? – zapytała sama siebie i po chwili dezorientacji zrozumiał, że mówiła o Jamesie.
Zatrzymała ich parę budynków przed sklepem wujka George'a i wyraźnie liczyła na spotkanie tu syna.
– Jestem pewna, że nic mu nie będzie, mamo – powiedziała Lily. – James umie o siebie zadbać.
– Mam tylko nadzieję, że z nikim się nie bije – odpowiedziała Ginny.
– Nic mu nie będzie, Gin – powiedział wujek, opierając się o ścianę dziwnego sklepu, w którym wisiało parę kawałków zielonego mięsa.
– Smocza wątroba! – przysadzisty starzec, będący sprzedawcą, krzyczał na całą ulicę. – Dwadzieścia sykli za uncję!
Albus zbliżył się do wuja. Nie martwił się o brata, gdyż wciąż był ciekawy wielu rzeczy.
– Kim był ten drugi facet? – zapytał.
Teraz wydawali się rozmawiać tylko we dwójkę, lecz wiedział, że Rose uważnie się przysłuchuje.
– Ten łysy? – dopytywał.
Ron spojrzał na niego pytająco i dopiero po momencie namysłu zrozumiał, kim był zainteresowany siostrzeniec.
– Och... ten gościu – powiedział, brzmiąc na zdegustowanego. – To był Młot.
– Młot? – powtórzył chłopiec, zaintrygowany.
– Tak. W rzeczywistości nazywa się Zydrunas Kalvaitis[3] – tak właściwie to prawa ręka Warrena Waddleswortha. Pamiętasz, jak powiedziałem, że facet ma gości od brudnej roboty? Ten brzydki, stary troll jest jednym z nich, a dodatkowo jest jego osobistym ochroniarzem. Dzięki niemu Warren nigdy nie ma kłopotów. Jest bardzo brutalny. Przydomek nadano mu nie bez powodu. Parokrotnie gościł w Azkabanie. Każdy się go boi.
– Boisz się go, tato? – Rose nie mogła uwierzyć.
Ron zachichotał.
– Rosie, proszę. Obawiam się jedynie dwóch osób. Jedna z nich urodziła mnie, a druga urodziła ciebie. Tak właściwie, to chciałbym się zmierzyć z Młotem jeden na jednego...
– Jak się wydostał? – zapytał Albus. – Z Azkabanu – uściślił.
Wujek uniósł brwi.
– Wyjawił parę dobrych nazwisk – odpowiedział, wyraźnie zawstydzony. – Ale wiesz... to były inne czasy.
Zapanowała pomiędzy nimi niezręczna cisza, podczas której Albus patrzył, jak matka krąży po ulicy, niespokojnie wypatrując Jamesa. W końcu wszyscy dostrzegli go doń idącego z torbą wypełnioną aż po brzegi. Jak nic był w Czarodziejskich Dowcipach Weasleya.
– Co tak długo? – zapytała go surowo matka.
– Robiłem tylko zakupy, nic wielkiego...
– Cóż, od teraz...
Co następne się wydarzyło, było trudne do opisania. Ginny została zagłuszona przez rozdzierający uszy hałas, tak głośny, że wszyscy przechodnie na ulicy sapnęli i rozejrzeli się wokół. Rozległo się jeszcze więcej odgłosów, słychać było małe eksplozje, aż wreszcie na dobre rozbrzmiały krzyki – głośne, gwałtowne krzyki przecinające powietrze niczym bicz. Albus odwrócił się w miejscu i dostrzegł, że dochodzą z przeciwnego kierunku – z miejsca, w którym Warren Waddlesworth przemawiał do tłumu.
[1] Cztery lub pięć stóp – w przeliczeniu około 1,20m lub 1,30m
[2] Siedem stóp – w przeliczeniu 2,1m
[3] Nazwisko Młota w języku litewskim oznacza kowala. To dodatkowa łatka do jego pseudonimu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz