W ostatnim tygodniu wakacji Rose wygłosiła długą, wyczerpującą mowę o tym, że jest świadoma swoich słabości i będzie nad nimi ciężko pracować. Przyznała wszem wobec, że rzeczywiście ma tendencję do nadmiernego reagowania i niedojrzałego skupiania się na błahych banałach. Niemniej jednak, w dzień, w którym dowiedziała się, że nie będzie prefektem Gryffindoru Albus był pewien, że wyskoczy przez okno razem z jego sową zwrotną do Mirry.
– Mama i tata mnie zabiją – marudziła, leżąc na łóżku z twarzą ukrytą w poduszkach. Szczęśliwie, okazało się, że – wbrew temu, co sądziła – że wujostwo nie wydawało się dbać o tę pozycję tak bardzo, jak ona.
– Zdradzę ci tajemnicę – powiedział następnego dnia Ron, jedząc obiadową pieczeń. – Razem z mamą byliśmy prefektami. O niczym ci nie mówiłem, bo nie chciałem, żebyśmy ustanowili taką tradycję, cukiereczku. – Puścił córce oko. – Minerwa podjęła właściwą decyzję, przyznając tę oznakę komuś mniej zasłużonemu.
Albus rzucił wujkowi zirytowane spojrzenie.
– Ale wciąż zasłużonemu! – Uśmiechnął się Ron.
– Przykro mi to słyszeć, Rose. – Ciocia Hermiona podeszła do sprawy zupełnie inaczej. – Czasem nie wszystko układa się po naszej myśli – wytłumaczyła córce, składając wieczorem pranie. Przechodzący obok łazienki Albus, prawie się roześmiał na widok pustego wyrazu twarzy kuzynki.
Przybycie tradycyjnych listów z Hogwartu poskutkowało także innego rodzaju rodzinnym poruszeniem. Uczniowie otrzymali oficjalną listę rzeczy do kupienia, a zatem zaistniał powód wizyty na Ulicy Pokątnej. Gdy tylko było to wspominane, Ginny zaciskała wargi, najpewniej przypominając sobie ostatnią taką wycieczkę – wszystkie jej dzieci głupio wmieszały się w niebezpieczne zamieszki.
– To był tylko jeden raz, mamo! – jęknął podczas kolacji James. – We wcześniejszych latach byliśmy absolutnie bezpieczni!
– Tylko dlatego, że w poprzednich latach nie było żadnych zamieszek! – argumentowała swoją rację. – Nie dyskutuj i zjedz swoją marchewkę!
Jaimie zwiesił nieszczęśliwie głowę i zaczął mamrotać coś o byciu dorosłym mężczyzną, w międzyczasie pakując pokrojoną w kostkę marchewkę do buzi.
Albus spojrzał z nadzieją na ojca.
– Przecież będziemy z nimi, Gin. I wrócimy o wiele szybciej niż zwykle. Dzięki temu będzie mniejsza szansa, że zostaną w jakikolwiek sposób ranni.
– Mniejsza niż wtedy, gdyby w ogóle nie poszli? – spytała drwiąco zirytowana Ginny. Tata westchnął, a mina mamy złagodniała.
– No dobrze, mogą iść – powiedziała w końcu. – Warunek jest jeden: skontaktuj się z Hagridem. Niech wybierze się z nami.
Kiedy wszyscy zjedli, a talerze zostały posprzątane i blat przetarty, ojciec poprosił, by zostali w kuchni jeszcze przed moment.
– Jest jeszcze kilka rzeczy, które chciałbym z wami omówić przed jutrzejszym wyjściem.
James cierpiętniczo jęknął.
– Nie uciekać od rodziny, nie zaczynać bójek…
– Wysłuchajcie mnie – przerwał mu cicho tata. – Chodzi też o coś więcej.
Albus nadstawił uważnie uszu, podczas gdy James i Lily zdawali się nie zwracać uwagi na poważny ton Harry'ego.
– Nie będzie tak, jak ostatnio – a przynajmniej nie będzie żadnych zamieszek. Waddlesworth będzie jutro wygłaszał swoje przemówienie. Chcę, żebyście trzymali się blisko mnie i unikali rozmów z nieznajomymi. Będzie bardzo tłoczno.
– Czemu? – spytał Albus. – Czy większość nie boi się, że Darvy zdecyduje się na przypadkowy atak?
Wymawiając nazwisko byłego nauczyciela, niemal ugryzł się w język. Zaledwie dwa miesiące temu widział, jak popełnia morderstwo. Był zaskoczony ogólnym brakiem wiadomości dotyczących niebezpiecznego zbiega. Od czasu pierwszego artykułu na temat tzw. Diablego Aliansu, terrorystycznej organizacji Darvy'ego, gazety niewiele o nim pisały. Ministerialne pismaki skupiały się przede wszystkim na postępie Waddleswortha w odbudowywaniu Hogsmeade i rozgłaszania informacji o ważności samoobrony, co Albus uważał za co najmniej śmieszne.
– Nie boją się – odpowiedział podejrzanie ojciec. – Jutro będą czuli się pewnie. Nawet w takim wypadku… chciałbym, żebyście trzymali się mnie.
– W celu ochrony? Dlaczego?
– Zobaczycie. – Tata zakończył rozmowę. – Idźcie już do łóżek. Jutro wielki dzień.
Następnego dnia Albus obudził się zdecydowanie za wcześnie. Gapiąc się w sufit, skoncentrował się na nadchodzącej wycieczce i poukładał w głowie zgromadzone dotąd informacje. Ze smutkiem uświadomił sobie, że wizycie na Pokątnej będzie towarzyszyło mniejsze niż zazwyczaj rozemocjonowanie. Westchnął, wrócił do snu i obudził się idealnie na czas.
– Zjadłeś, Albusie? – zapytała mama, ustawiając dzieciaki w linii.
– Jasne – mruknął, choć kobieta zdążyła się już odwrócić.
– Wszyscy mają swoje listy?
– Nic nam nie będzie, Gin – uspokajał żonę Harry. – Żadne z nas się nie rozdzieli. Wszystko będzie w porządku. Po prostu wejdziemy do sklepu, kupimy potrzebne książki i wyjdziemy. Nic więcej.
Kiedy zgromadzili się wokół kominka, tata wyciągnął nową torebkę z proszkiem aportacyjnym. Co dziwne, nie była zwyczajowej wielkości i miała inny kolor.
– Czy to proszek Fiuu? – spytał zaciekawiony Albus.
– Mniej więcej. – Uśmiechnął się ojciec, pokazując wszystkim torbę. Proszek był bladożółty, a z konsystencji przypominał ten kominkowy.
– Co to jest? – Lily i Hugo zza pleców Rona, przyglądali się nowości.
– Zupełnie nowa sztuka – powiedział z widocznym zadowoleniem wujek.
– Insta–Fiuu. – Harry był poważniejszy.
– A skąd to macie? – James zmarszczył brwi.
– Nie ma tego w sprzedaży sklepowej – odpowiedział tata. – Został zaprojektowany do przebijania się przez zaklęcia ustawione wokół kominków. Podróż musi być autoryzowana przez Ministerstwo. Można przenieść się w dowolne miejsce, pod warunkiem, że jest tam kominek.
– Czad! – podekscytował się Jaimie i wyciągnął ku proszkowi rękę. Mama zareagowała błyskawicznie – pacnęła go w dłoń.
– Nie słyszałeś taty? – syknęła. – To produkt dozwolony tylko do użytku Ministerstwa.
– No to czemu go nam pokazuje…?
– Bo użyjemy go sobie – powiedział Harry. – To jedyny sposób, by dostać się bezpośrednio na Pokątną. Ustawiłem też spotkanie z Hagridem w znanym mi sklepie. – Rzucił żonie porozumiewawcze spojrzenie. – Wydzielę wam proszku…
– A gdzie dokładnie się przenosimy? – spytał Albus, kiedy ojciec dał mu odrobinę.
– Do sklepu Ollivandera – wyjaśnił tata. – Musicie powiedzieć to głośno i wyraźnie. Ron przetrze szlak.
Ślizgon mgliście przypominał go sobie z czasów dzieciństwa, ale nigdy nie wszedł do środka. Różdżkę na specjalne zamówienie taty wykonał mu właśnie słynny Ollivander – nie była kupiona w pierwszym lepszym sklepie.
Po wujku przeniosła się Rose, a za nią Hugo. Kolejkę Weasleyów zakończyła ciocia Hermiona. Spośród Potterów to Albus poszedł na pierwszy ogień.
– Pamiętaj. Głośno i wyraźnie – pouczył go jeszcze Harry.
Chłopiec rzucił ojcu obojętne spojrzenie, po czym zrobił tak, jak mu kazano. Podróż była dziwna. Został pochłonięty przez nietypowe bladożółte płomienie, a potem kręcił się w powietrzu, zupełnie jakby korzystał z normalnego proszku Fiuu. Ręce trzymał blisko tułowia, gdyż ostrożności nigdy za wiele.
Wylądował twardo na nogach, w samą porę, by usłyszeć rozmowę wujka i Hugona.
– Dlaczego po prostu nie przeszliśmy przez Dziurawy Kocioł?
– Ani ja, ani wujek Harry nie jesteśmy zadowoleni ze stłoczonego tam ludu – odpowiedział zwięźle Ron, po czym odwrócił się do siostrzeńca. – Odsuń się, Al. – Szybko pociągnął go za rękę w chwili, gdy tylko zauważył jego przybycie.
Następny pojawił się James.
– O, stary. – Rozejrzał się wokół. – Ten sklep to burdel jakich mało. Pełno tu starych rupieci, nie?
Ciocia zmiażdżyła go wzrokiem, a Albus choć nic nie powiedział, w duszy zgadzał się z bratem. Jedno spojrzenie na obskurne wnętrze podpowiedziało mu, że Ollivander przeszedł na emeryturę na długo przed tym, jak zrobił mu różdżkę. Półki były wyczyszczone z towarów i nigdzie nie dało się dostrzec nawet pojedynczego pudełeczka. Okna były zabite deskami w podobny do innych zamkniętych pracowni sposób, zaś stojący w kącie podziurawiony fotel wyglądał na porośniętego wręcz kurzem.
Lily była następna w kolejce. Po niej przybyli rodzice. Po kilku chwilach przyglądania się wystrojowi wnętrza wyszli na zewnątrz.
Uszy Albusa wypełnił najdziwniejszy w tych czasach dźwięk: ludzki śmiech. W zeszłe wakacje spacer Pokątną odbył się w zupełnie innej atmosferze. Wycieczka zaczęła się od przeszywającego milczenia, a skończyła na ulicznych walkach. Kupujących była zaledwie nieliczna garstka, nikt nie zatrzymywał się, by porozmawiać, a ojcu rzucano tylko i wyłącznie nienawistne spojrzenia. Dzisiejszy dzień był zgoła inny i pozwolił na moment zapomnieć o tym, że Hogsmeade jest w trakcie odbudowy i co gorsze – czarodziejski świat stoi na krawędzi wojny. Pokątna tętniła życiem. Klienci entuzjastycznie gawędzili ze sobą, dzieci radośnie biegały wokoło, a sprzedawcy głośno nawoływali do kupna nowych towarów. Albus zamrugał, zdezorientowany. Miał wrażenie, czy ulica rzeczywiście wyglądała na barwniejszą?
– Co tu się porobiło? – spytał równie zdumiony James, kiedy jakaś ładna, przechodząca obok niego dziewczyna, puściła mu oczko. – Ostatnio szturchnął mnie jakiś nadęty śmieć!
– Spora różnica, co? – westchnął tata. – Dziś ludzie czują się bezpiecznie.
– A są bezpieczni? – Hugo zmarszczył brwi. Albus wychwycił głosie kuzyna brak niepokoju czy zmartwienia, z którym się zmagał od pamiętnej, choć nielegalnej szkolnej wycieczki. Był to pierwszy raz, od czasu prawie że śmiertelnego wypadku, kiedy sprawiał wrażenie weselszego.
– Właśnie dlatego tutaj jestem! – Wujek poklepał chłopca po ramieniu.
Ciocia Hermiona uśmiechnęła się szeroko.
– Byłoby dobrze, nawet gdyby cię tu nie było – powiedziała chytrze, wskazując coś dłonią.
Ulicą szedł Hagrid. Zauważając ich, machnął ręką, niemalże zwalając z nóg drobną kobietę, a potem przeprosił ją i błysnął zębami.
– Harry! – krzyknął, potrząsając dłońmi mężczyzny. Następnie uścisnął Rona i cmoknął każdą z kobiet w policzek. – Nie możecie się doczekać początku szkoły? – spytał, gdy kucnął, by przywitać się z dziećmi.
– W tym roku będę chodzić na opiekę nad magicznymi stworzeniami! – zakomunikował wszem wobec Hugo.
– Ja też! – zachichotała Lily.
– No to lepiej kupcie se ciutkę mieczy i tarcz! Zaplanowałem super rzeczy…
– Cóż, mamy cały dzień na zakupy! – Uśmiechnął się Ron.
– Lepiej się rozdzielmy i załatwmy sprawy szybko – zaproponowała Hermiona.
– Racja – zgodził się Harry. – Co wy na taki układ? My z Ronem weźmiemy starsze dzieciaki, a wy z Hagridem młodsze?
– Mogę połazić sobie sam – powiedział obruszony James, ale został całkowicie zignorowany.
– Spotkamy się w tu za dwie godziny – kontynuowała niewzruszona ciocia, na co wszyscy pokiwali głowami.
Każda grupa poszła w swoim kierunku. Lily zdecydowała się na numerologię i potrzebowała zaawansowanych podręczników z księgarni Esy i Floresy, a Albus i Rose musieli uzupełnić zapasy składników eliksirów – zwłaszcza jeśli nie do końca wiedzieli, co powinni kupić.
– No to idziemy do Apteki – zarządził leniwie wujek, odwracając się na pięcie i wyznaczając im drogę.
– A mogę chociaż wejść tam sam? – zapytał głośno Jaimie. – Jestem już wystarczająco dorosły!
– To naprawdę wspaniale, James. – Uśmiechnął się tata. – A teraz podejdź do mnie bliżej.
Gryfon przeciągle jęknął, a Albus żałował, że nie spierał się dalej. Zagłuszyłoby to pogadankę Rose z wujkiem na temat piątego roku.
– Słyszałam, że SUMy są jednymi z najcięższych egzaminów, tak? Może wstąpimy do Książnicy Obskurusa? Chętnie bym czegoś poczytała…
– Zobaczymy, czy będzie na to czas – odpowiedział córce Ron. – W tej chwili skupiamy się tylko na tym, co jest absolutnie niezbędne.
– Och, jeśli mówimy już o tym, co najpotrzebniejsze… – Rose skorzystała z nadarzającej się okazji. – Lance ma urodziny pod koniec września i tak sobie pomyślałam, że może moglibyśmy gdzieś podskoczyć, żeby coś mu kupić…
Albus przewrócił oczami, a wujek rzucił jej twarde spojrzenie. Latem dziewczyna nieustannie pisała ze swoim chłopakiem i pomimo faktu, że wszyscy, którzy go znali oceniali go jako świetnego faceta (przyznając się do podzielania tej opinii, Al czuł się, jakby zdradzał Scorpiusa), wujek Ron utrudniał córce randkowanie, tak bardzo jak tylko mógł. Najbardziej przeszkadzała mu chyba informacja, że Lance był od niej o dwa lata starszy.
– Zobaczymy, czy będzie na to czas – powtórzył po dłuższej chwili milczenia. – Nie nastawiaj się za bardzo, bo to mało, ale to mało prawdopodobne.
Gdy dotarli do Apteki, nie ociągając się, weszli do środka.
– Jak myślisz, czego będziemy potrzebować? – Albus spojrzał na Rose.
– Niewiele – odezwał się Harry.
Nastolatek uniósł wysoko brwi. Zaskakujące.
– A to dlaczego?
Ojciec westchnął ciężko, przygotowując się do wyczerpującego tłumaczenia sedna sprawy. Zanim jednak otworzył usta, sprzedawca – wątły starszy mężczyzna o rozwichrzonych włosach – nieprzyjemnie burknął:
– Zapłacisz za to wszystko?
Albus odwrócił się i zobaczył, jak Rose upycha całą masę składników w małym sklepowym koszyku. Niebezpieczna wieża ułożona z niewielkich słoiczków wyglądała, jakby zaraz miała runąć.
– Co ty wyprawiasz? – Podszedł do niej i wziął pierwszy z góry. Przyjrzawszy mu się, zauważył, że etykieta oznaczona jest jakimś zaawansowanymi symbolami. – Serio? Potrzebujemy tego w ogóle? To coś nie ma nawet konkretnej nazwy!
Rose wyrwała mu słoik.
– Nie zostałam mianowana prefektem! – Zmrużyła niebezpiecznie oczy. – Czy wiesz czemu?
Albus był naprawdę bliski piania peanów na cześć Mirry, ale zdecydował, że woli jeszcze trochę pożyć. Zamiast tego zwyczajnie wzruszył ramionami.
– Dlatego, że staram się jedynie wystarczająco– syknęła. – Nigdy więcej niż powinnam.
Gdy dziesięć minut później wychodzili z Apteki, wujek niósł dwie pokaźne, wypchane aż po brzegi torby, pełne obślizgłych składników i niepotrzebnych przedmiotów.
– Nie przypominam sobie, żebyśmy w naszych czasach używali chociaż jednej czwartej tego wszystkiego…
Przeszli przez zatłoczoną ulicę (najprawdopodobniej była wyprzedaż czegoś, co zazwyczaj jest dość drogie) i skierowali się ku mniej kolorowej uliczce, gdzie mieścił się Obieżyświat, nowo otwarty sklep astronomiczny. Rose uparła się, że potrzebuje nowego teleskopu.
– No patrzcie, nie mam w tym żadnego interesu – powiedział zgodnie z prawdą James. – Już nawet nie chodzę na ten przedmiot. I serio spędzimy tu cały dzień, bo zanim znajdziemy wszystko, czego potrzebuję, zejdzie nam masę czasu. Muszę wstąpić do Whizz Hard Books* i kupić tam co nieco…
Tata westchnął ciężko.
– Czy miałbyś coś przeciwko pójściu z Jamesem, Ron? Dzięki temu trochę byśmy zyskali…
– No dajże spokój! – zaperzył się nastolatek. Nietrudno było wywnioskować, że nie to było jego intencją.
– No dobra, dzieciaku. Chodźmy po twoje książki – zażartował wujek. – Chodź, złap mnie za rączkę i trzymaj się mocno, żebyś się nie zgubił…
James protestował, ale skończyło się na tym, że znowu się rozdzielili. Albus został z Rose i swoim tatą. W pewnym momencie coś przyciągnęło wzrok ślizgona. Początkowe zaniepokojenie zmieniło się w strach, kiedy zrozumiał, co to było.
O odrapany, brudny sklep opierało się dwóch mężczyzn. Obaj mieli na sobie czarne uniformy, a z boku chłopiec dostrzegł charakterystyczny srebrny emblemat jednego z nich – miecz skrzyżowany z różdżką.
Szarpnął rękaw szaty ojca.
– Tato. Tato…!
Harry odwrócił się do niego.
– Coś nie w porządku?
Albus wskazał palcem dwóch czarodziejów, choć było to ciężkie zadanie. Mijający ich, sprawiający wrażenie nieświadomych, ludzie utrudniali całą sprawę.
– Och…
– To ludzie Waddleswortha, tato! Wybawczy Alians Różdżek! Rene…
– Wiem, kim są, Albusie – przerwał mu. Nagła wymiana zdań przyciągnęła też uwagę Rose. – To ich posterunek.
– Co takiego? Kilka miesięcy temu… – Zacisnął usta. Za jego głowę została wystawiona nagroda, a ojciec z pewnością o tym wiedział. Nawet powiedział mu kiedyś, żeby trzymał się z daleka od wszystkich renegatów. Biorąc to pod uwagę, dlaczego ich ignorował? Wiedział przecież, jak działają. Czy nie powinien ich aresztować?
– O nic się nie bój, Albusie – powiedział tata. – Nie mają zamiaru nikogo skrzywdzić.
– Szczerze w to wątpię! – odparował, o wiele za głośniej niż zamierzał. Uświadomienie sobie tego sprawiło, że szybko na nich spojrzał. Ich wzrok się nie spotkał – mężczyźni, z założonymi rękoma, przyglądali się przechodniom.
– Przestań. Nie lubię Wybawczego Aliansu Różdżek, ale pokój, którego dzisiaj doświadczyliśmy, jest ich zasługą. Waddlesworth rozszerzył swoją działalność i pod każdym ważnym punktem rozmieścił ochroniarzy. W całej Wielkiej Brytanii – także na Pokątnej i w Hogsmeade. Ludzie czują się dziś bezpiecznie, bo pilnują ich renegaci.
– Ale to…
– Moja praca – skończył za niego Harry. – Tak, wiem. Warren też jest tego świadomy i od czasu Masakry w Hogsmeade naciska na zacieśnienie stosunków między Wybawczym Aliansem Różdżek a Ministerstwem Magii.
– A czy naprawdę chce współpracować? – zapytał z ciekawością Albus. W każdym artykule, którego przeczytał tego lata, doszukiwał się ukrytego motywu i podstępu; nie wiedział już, w co wierzyć, a w co nie.
– Och, tak. Z pewnością zależy mu na jedności. – Tata skinął głową. – Mówiłem ci już wcześniej: Warren Waddlesworth nie jest złym człowiekiem. Chce wyeliminować terroryzm, a teraz, kiedy Ares jest martwy, koncentruje się na Darvym i jego poczynaniach. Metody, którymi się posługuje, zdecydowanie są dyskusyjne, ale cel szlachetny. Niemniej jednak ważne jest to, że dąży do równości z innego powodu. Wszystko, czym dysponuje Wybawczy Alians Różdżek, to siła robocza – ludzie, którzy mogą pobrudzić sobie ręce; a potrzebuje zasobów. Ministerstwo może mu je zaoferować. Wyobraź sobie, co mógłby zrobić Waddlesworth, mając w swoim arsenale Insta–Fiuu.
W umyśle Albusa momentalnie pojawił się Młot, potężny i brutalny renegat, wpadający do pierwszego napotkanego domu i chwytającego niczego niespodziewające się dziecko za gardło.
Zadrżał.
– Przerażające, prawda?
Ślizgon skinął głową, a potem weszli do sklepu. Z racji tego, że był bardziej niż zadowolony ze stanu swoich przyrządów astronomicznych, po prostu stał przy drzwiach i patrzył, jak Rose biega w kółko, szukając czegoś dla siebie. W pewnym momencie zauważył, że tata z roztargnieniem stuka stopą w drewnianą podłogę. Wiedział, że nawet w najmniejszym stopniu nie martwił się kwotą zakupów bratanicy, bo w najgorszym wypadku szwagier bez problemu by go spłacił. Harry chciał, żeby Rose się pospieszyła. Intuicja podpowiada Albusowi, że widok renegatów sprawił, że ojciec poczuł się nieswojo.
Sklep opuścili z zakupionym czerwono–złotym teleskopem. Był to na tyle cenny towar, że właściciel „Obieżyświata" – zarośnięty, wysoki mężczyzna z uwydatnionymi kośćmi policzkowymi – niecierpliwie liczył za niego znaczną ilość gotówki.
W sklepie piśmienniczym Albus zrobił duże zakupy. Potrzebował dużego zapasu atramentu i pergaminu (prawie cały, jaki miał w domu, zużył na listy do przyjaciół i Mirry). Na końcu poszli też do Esów i Floresów, żeby zakupić potrzebne książki.
Lily, Hugona i ich opiekunów nigdzie nie było widać. Ślizgon przyglądał się zbędnym tytułom, podczas gdy ojciec kolekcjonował podręczniki. Rose co jakiś czas wrzucała dodatkową lekturę do koszyka, jakby kupka, którą już zgromadziła, wydawała jej się za mała. Ciężko było nie zauważyć, że w księgarni praktycznie wszystko było nowiuteńkie i – co ważniejsze – ukierunkowane na samoobronę. Zamrugał, kiedy dotarł do całej półki zatytułowanej RZUCIĆ KLĄTWĘ CZY DAĆ SIĘ PRZEKLĄĆ?, OFENSYWNY PRZEWODNIK PO PRZEKLEŃSTWACH, KLĄTWACH I UROKACH – WRESZCIE W SPRZEDAŻY! Albus z ciekawością wziął do ręki jedną pozycję i otworzył na losowej stronie, gdzie zobaczył inkantację „Acuelabium" wraz ze szczegółowym jej opisem. Zanim jednak zagłębił się w tekście, usłyszał dzwonek przy drzwiach i zerknął na nowych klientów.
Do sklepu weszło dwóch renegatów w czarnych szatach. Serce chłopca podskoczyło nerwowo i rzucił szybkie spojrzenie ku ladzie – niezmiernie się rozczarował. Tata stał w miejscu, swobodnie bawiąc się sakiewką z pieniędzmi.
Obaj mężczyźni spojrzeli na niego przelotnie, po czym przeszli obok, jakby miesiąc temu wcale nie figurował na ich zielonej liście. Westchnął z ulgą, nie potrafiąc wyjaśnić swojego strachu. Ojciec powiedział mu przecież, że tym razem renegaci nie chcą go zabić, a chronić. Dlaczego więc zamarł, kiedy ich zobaczył?
– Wszystko w porządku, Albusie?
Przełknął ślinę i odwrócił się do kuzynki.
– Hm? Że… że co?
– Gapisz się na ten stos, jakby zrobił ci coś złego. – Rose uniosła brew. Najwyraźniej nie zwróciła uwagi na renegatów i stąd pomysł, że piorunował wzrokiem książki.
– Och… Hm…
– Też martwię się o SUMy – powiedziała nadzwyczaj łagodnie i we wspierającym geście, poklepała go po ramieniu. – Jeśli cię to jakoś pocieszy, to zawsze chętnie trochę ci pomogę. Dam znać, kiedy zacznę się uczyć. Jestem też pewna, że Lance nie będzie miał nic przeciwko temu, żeby podzielić się z tobą wiedzą. No wiesz, na testach poszło mu fantastycznie…
Albus pokiwał niemrawo głową, po czym uśmiechnął się słabo. Kilka minut później wyszli z księgarni, taszcząc olbrzymie torby.
– Większość mamy chyba z głowy – stwierdził tata. – Powinniśmy spotkać się z resztą…
– Czekaj! – Rose podskoczyła w miejscu. – Czy moglibyśmy rozejrzeć się za prezentem dla Lance'a, wujku Harry? Proszę! Nigdzie daleko, może do sklepu z używanymi rzeczami – to nie musi być nic wielkiego…
Tata westchnął, zamyślony.
– Co powiecie na wycieczkę do Gringotta, dzieciaki?
Albus wymienił zdziwione spojrzenie z Rose. Potem uniósł wysoko brwi.
– Skąd ten pomysł?
– W pobliżu jest kilka sklepów z magicznym sprzętem, a i tak planowałem wstąpić tam na chwilę. Muszę… sprawdzić konto…
– Jestem za! – powiedział szybko chłopiec, czując, jak wraca dawne zainteresowanie Pokątną. Będzie to jego pierwsza wycieczka do czarodziejskiego banku, a miał już piętnaście lat.
Rose zapiszczała radośnie, po czym całą trójką skierowali się do zatłoczonej, głośnej głównej ulicy. Po drodze Albus widział kilku uważnie patrolujących Renegatów, ale gdy minął już czwartą czy piątą parę, przyzwyczaił się do ich widoku i obecności. Ojciec także nie zwracał na nich większej uwagi.
Skręcili w pobliżu skrzyżowania z ulicą Śmiertelnego Nokturnu i przed nimi roztoczył się słynny Gringott. Wspaniały budynek. W przeciwieństwie do obskurnych sklepów czy pubów bank otaczała aura majestatu i wyższości. Samo stanie w jego świetle sprawiało, że na Albusa przeszedł dreszcz podekscytowania. Oczami wyobraźni widział już wnętrze przypominające kwaterę główną Wybawczego Aliansu Różdżek – eleganckie, bogato zdobione meble i graną w tle przyjemną dla ucha muzykę. Oceniając po wyglądzie zewnętrznym, Gringott w środku musiał być jeszcze wspanialszy. Wrażenie to potęgował też fakt, że był to jeden z najlepiej strzeżonych czarodziejskich budynków.
– Trzymajcie się blisko – powiedział tata. – Będziemy tam tylko przez chwilkę. Nie muszę zaglądać do skrytki.
Weszli po marmurowych schodach i podeszli do gigantycznych brązowych drzwi. Ochrona, póki co sprawiała wrażenie znikomej, ale Albus był przekonany, że prawdziwe niebezpieczeństwo czyhało na oszustów w środku. Ojciec otworzył drzwi, ukazując światu kolejną salę, zakończoną srebrnym przejściem. Po bokach stały dwa gobliny.
Groźne i przeszywające wzrokiem stworzenia, patrzyły na nich z największą ostrożnością. Ubrani byli w oszałamiającą mieszankę szkarłatu i złota. Nie oderwały od nich spojrzenia nawet na sekundę, dopóki nie podeszli do drzwi.
– Dozaku. – Tata skinął głową na stojącego po prawej stronie goblina. Albus spojrzał na przejście i zauważył blady, wyblakły napis po lewej stronie.
WEJDŹ TU, PRZYBYSZU, LECZ POMNIJ NA LOS,
TYCH, KTÓRZY DYBIĄ NA CUDZY TRZOS.
BO CI, KTÓRZY BIORĄ, CO NIE JEST ICH,
WNET POŻAŁUJĄ ŻĄDZ NISKICH SWYCH.
WIĘC JEŚLI WCHODZISZ, BY ZWIEDZIĆ LOCH
I WYKRAŚĆ ZŁOTO, OBRÓCISZ SIĘ W PROCH.
ZŁODZIEJU, STRZEŻ SIĘ, USŁYSZAŁEŚ DZWON
CO CI ZWIASTUJE PEWNY, SZYBKI ZGON.
JEŚLI ZAGARNIESZ CUDZY TRZOS
ZNAJDZIESZ NIE ZŁOTO, LECZ MARNY LOS**.
Obok złowieszczo brzmiącego ostrzeżenia, po prawej stronie drzwi, pojawił się drugi napis: TAK, NAPRAWDĘ MAMY SMOKI! PAMIĘTAJ O TYM, ZANIM WŚCIUBISZ NOS DO NIE SWOJEGO SKARBCA!
Albus przełknął ślinę, po czym przekroczył próg. To, co tam zobaczył, wystarczyło, by zarówno on, jak i Rose zachłysnęli się z wrażenia. Znajdowali się w przeogromnej marmurowej sali, wypełnionej wścibskimi i złowrogo wyglądającymi goblinami, spacerującymi wte i wewte, oraz siedzącymi za dużymi ladami. W banku było też kilkoro czarodziejów, ale nikt nie skupiał się na pogaduszkach – wszyscy zwyczajnie prowadzili interesy. Gringott nie był miejscem spotkań towarzyskich.
Między każdym kontuarem wprawiona była długa szklana szyba, ukazująca tylną alejkę. Kiedy Albus próbował przez nią zajrzeć, uświadomił sobie coś niesamowicie ważnego: po banku nie kręcił się ani jednej czarodziej w czerni; Gringott był wolny od renegatów. Już miał zapytać tatę o powód takiego stanu rzeczy, ale podeszli akurat do dostępnego stanowiska.
– Pańska godność? – spytał goblin w okularach.
– Harry Potter – odpowiedział ojciec, co stworzenie szybko zanotowało na leżącym przed nim dokumencie. – Nie przyszedłem tu w mojej sprawie – dodał szybko.
Goblin zmrużył podejrzliwie oczy.
– Po co się więc pan tu fatygował? – skrzeknął.
– Interesuje mnie stan konta innego klienta – odpowiedział zwięźle tata, a Albus rzucił mu zaintrygowane spojrzenie.
– Potrzeba podpisu i klucza właściciela konta, ale nawet z nimi to dłużący się proces.
Harry pospiesznie wyciągnął kartkę papieru i podsunął ją goblinowi. Ten przejrzał ją i ponownie zmrużył oczy. Ostatecznie skinął głową.
Tata odwrócił się do Albusa. Rose zmarszczyła brwi.
– Macie coś przeciwko poczekaniu sobie tam? – Głową wskazał tłoczny róg sali.
Ślizgon otworzył usta, żeby zaprotestować, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Harry kontynuował:
– To nie potrwa długo.
Chłopiec zacisnął usta, mnąc w nich sarkastyczne „Czy to rozkaz?" i posłusznie odmaszerował z kuzynką u boku. Rozsadzało mu głowę, kiedy próbował zrozumieć, co takiego kombinuje tata. Rose oparła się o jedno z wysokich szklanych okien, podczas gdy Albus stanął nieruchomo, starając się unikać spieszących się pracowników banku.
– Kto został prefektem Slytherinu? – spytała nieoczekiwanie kuzynka.
– Hm? Och… Nie jestem pewien, co do dziewczyny, ale z chłopaków Scorpius.
Rose westchnęła ciężko.
– Naprawdę? Scorpius dostał odznakę, a ja nie?
Chłopiec przewrócił oczami, obrażony z dwóch powodów. Malfoy był jednym z jego najlepszych przyjaciół i gdyby tylko usłyszał to, co powiedziała właśnie dziewczyna, w której jest zakochany, pękłoby mu serce.
– Nie zrozum mnie źle, Albusie – kontynuowała Rose. – Scorpius nie jest głupi ani nic w tym guście. Po prostu nigdy nie widziałam, by mierzył tak wysoko.
– Cóż. – Uśmiechnął się złośliwie. – W takim razie, skoro dostał odznakę, kiedy się nie starał, to czego dokona, gdy w końcu zacznie?
Dziewczyna zamilkła, ale dzięki jej pytaniu coś zaskoczyło w umyśle Albusa.
– A kto może być partnerem Mirry?
– Najprawdopodobniej Charlie – westchnęła, bezmyślnie patrząc się przed siebie.
Zmarszczył brwi. Z Charliem Eckleyem łączyła go długotrwała wzajemna wrogość od praktycznie pierwszego roku nauki. Zakończyła się dopiero jakiś czas temu, ale wciąż czuł się nieswojo na myśl, że dawny rywal będzie spacerował z Mirrą szkolnymi korytarzami w świetle księżyca…
Spojrzał w przestrzeń, a potem wrócił do roztrząsania sprawy taty. Wtem coś przykuło jego uwagę. Na zewnątrz, zaledwie kilka okien od tego Rose, niemalże biegła postać w czerni, wyglądająca, jakby za wszelką cenę nie chciała zostać zauważona.
Niepokojące.
– Padnij, Rose – powiedział szybko.
– Co?
– Po prostu padnij!
Wyglądając na nadąsaną, schyliła bez słowa głowę. Albus z napięciem patrzył, jak zamaskowany mężczyzna (teraz już mógł to stwierdzić) przechodził obok ich okna. Niestety, spojrzał prosto w nie.
Pierwszą rzeczą, jaką zanotował umysł Ślizgona, była kredowa, blada skóra i rude włosy, prawie że szczelnie owinięte szatą. Potem zarejestrował zadarty nos i paciorkowate, przeszywające oczy, które szybko uciekły, przerywając niespodziewany kontakt wzrokowy.
Warren Waddlesworth.
– Co do dia…?
Czarodziej minął kolejne okno, po czym zniknął z pola widzenia. Albus obserwował, jak garbi się, uciekając. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że Waddlesworth miał zaciśnięte w cienką linię usta i drżące z frustracji pięści.
Nastolatek poczuł się zdezorientowany. Co Waddlesworth robił na Ulicy Pokątnej? Czy nie miał teraz przypadkiem przemawiać w Hogsmeade? Głodny odpowiedzi odwrócił się na pięcie i zapominając o tym, że miał się nie ruszać z miejsca, chciał wybiec z banku.
– Albusie, przestań! – syknęła Rose. – Co ty wyprawiasz?
Nie słuchał jej. Puścił się pędem przez korytarz, po drodze upuszczając torbę z książkami i przewracając jednego z goblinów. Wszyscy wokół zwrócili na niego uwagę i zaczęli mruczeć coś pod nosem. W końcu stało się najgorsze – ktoś krzyknął: „Łapać go!".
Albus był niewysoki, szybki i zwinny. Uniknął na prędko przygotowanej przeszkody i pędził dalej. Z tyłu głowy brzęczał mu ostrzegawczy dzwonek, mówiący, że postępuje głupio i że już raz dał się na to nabrać, ale tym razem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Ojciec zapewnił go, że Renegaci nie stanowią już bezpośredniego zagrożenia i zbyt płonął z ciekawości, żeby się dowiedzieć, co takiego kombinował Waddlesworth, by się tym przejmować.
Wypadł przez srebrne drzwi i minął dwóch goblińskich strażników. Jeden z nich rzucił się za nim w pogoń.
– Zatrzymaj się! Złodziej! ZŁODZIEJ!
Albus wybiegł przez główne wrota i skręcił ostro w prawo, kierując się drogą, którą spieszył się Waddlesworth. Chciał biec dalej, ale potknął się o coś niewidzialnego. Odwrócił się, zaskoczony, i zobaczył, że goniący go goblin ma podniesiony do góry wskazujący palec. Zrozumiał, że użyto na nim magii.
– Złodziej! – skrzeknął ponownie.
– Niczego nie ukradłem – odpowiedział szybko chłopiec, zrywając się z miejsca. Był niewiarygodnie zirytowany. Waddlesworth mógł się już dawno aportować.
– Bieg dla zdrowia? – parsknęło stworzenie, po czym pstryknęło palcami. Albus poczuł, jak coś uderza go w brzuch i zwala z nóg. Upadł na czworaka, dysząc, podczas gdy goblin okrążył go ostrożnie.
Po chwili usłyszał więcej zbliżających się kroków, co sprawiło, że poczuł się zagrożony. Zerwał się na równe nogi i w mgnieniu oka wyciągnął różdżkę.
– Reducto! – krzyknął. Zaklęcie ugodziło goblina prosto w twarz, przez co obrócił się w powietrzu i wylądował na brzuchu.
Albus przyjął postawę bojową i właśnie wtedy dobiegł go dochodzący zza rogu ludzki głos.
– Zatrzymaj się! Jesteś aresztowany!
Odwrócił się i z szoku opuścił różdżkę. Przed nim stała kobieta w średnim wieku, z dużymi okularami osadzonymi na nasadzie nosa i mysimi włosami. Była w pełni przygotowana do walki.
– Rzuć różdżkę!
– Hm? – Zamrugał zaskoczony. – Kim do diabła je…?
– Powiedziałam, żebyś rzucił różdżkę! – powtórzyła głośniej i uniosła swoją wyżej. – Albo wykonasz polecenie, albo zmuszę cię do tego siłą!
* Whizz Hard Books – czarodziejskie wydawnictwo publicystyczne. Najpopularniejszą wydaną przez nich książką w oryginale był „Quidditch przez wieki"
** Cytat z „Harry'ego Pottera i Kamienia Filozoficznego" autorstwa J. K. Rowling, tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz