07 czerwca 2022

12. POWRÓT DO DOMU

 Dla Albusa pokonanie gryfonów w pierwszym meczu okazało się czymś więcej, aniżeli zwykłą wygraną. Jego pozycja jako kapitana drużyny się ugruntowała, a popularność wzrosła. Nie mógł na to narzekać, zwłaszcza teraz. Nie to jednak sprawiło mu najwięcej radości, a widok schodzących z boiska, pokonanych i zdewastowanych przytłaczającą porażką Jamesa i Eckleya.

Wygrana ślizgonów niosła za sobą jeszcze jedną wspaniałą rzecz – przyjaciele wyraźnie się rozpogodzili. Morrison wreszcie nabrał pewności siebie, a Scorpius, choć wciąż zdołowany, że nie on przyczynił się do zwycięstwa, również wydawał się o wiele szczęśliwszy. Tak właściwie, to oboje byli na tyle radośni, że w końcu zaczęli traktować sprawę Wybawczego Aliansu Różdżek i jego członków z taką powagą, na jaką zasługiwała.

– Rzućcie okiem na nasz diagram – powiedział żywo Scorpius, podając przyjaciołom kawałek pergaminu, podczas pewnego chłodnego poranka na początku grudnia.

Albus wsadził do buzi łyżkę owsianki, wciąż na wpół senny, gdyż w nocy męczył się z kolejnym ciężkim snem, a dopiero potem zerknął na papier.

– Jaki znowu diagram...? – Zamrugał, szczerze zdezorientowany – przyglądał się poszarpanym liniom bez ładu i składu. Wokół nich były jakieś drobno nabazgrane słowa, których nie potrafił rozczytać.

– Naszej obecnej wiedzy. Wszystko przemyślałem i rozrysowałem – odpowiedział Scorpius tonem, jakby obwieszczał najoczywistszą rzecz w świecie. – Oto nasze fakty. Fairhart jest częścią Ministerstwa Magii. – Wskazał palcem na małą, dziwnie narysowaną sylwetkę ludzika. Była naszkicowana tylko do pasa – brakowało jej połowy ciała.

– Zrobiłem ilustracje. – Uśmiechnął się siedzący po przeciwnej stronie stołu Morrison, wyraźnie zadowolony ze swoich artystycznych wyczynów. Nie musiał się nawet przyznawać, bo było to oczywiste. Albus natychmiast poznał robotę przyjaciela, który nie potrafił sobie odpuścić i naszkicował podobiźnie opiekunki ich domu całkiem pokaźne piersi.

Scorpius odnalazł i prześledził palcem linię wiodącą od Fairharta do Blackwood oraz do postaci wielkiego łysego mężczyzny, który najprawdopodobniej symbolizował Młota. Cała trójka stała obok siebie.

– Fairhart śledzi Wybawczy Alians Różdżek na polecenie Ministerstwa, czyli pełni rolę szpiega. Podejrzewam, że był pierwszym i najoczywistszym wyborem, ponieważ wcześniej słuchał poleceń Waddleswortha. Jest doskonałym kandydatem. Wnioskuję po fotografii, którą nam opisałeś – kontynuował Malfoy. – Czas na najistotniejsze. Uwaga: Blackwood jest zaś szpiegiem Aliansu w Hogwarcie.

– Co takiego...? – Albus wytrzeszczył oczy. – Słuchajcie, chyba nie powinniśmy spiskować przy stole – powiedział ściszonym głosem, patrząc na siedzących wokół ślizgonów. Co prawda, żaden nie wydawał się przysłuchiwać ich rozmowie, ale ostrożności nigdy za wiele...

– Spokojnie, stary. Nie wzbudzamy sensacji – syknął Scorpius. – W każdym razie, tak jak już mówiłem, Waddlesworth oddelegował Blackwood do Hogwartu. Ciągle się ze sobą komunikują, co tylko potwierdzi następna wrona...

– Jestem przekonany, że wrona nie jest posłańcem Wybawczego Aliansu Różdżek – zaoponował Albus. – Myślę, że to zwierzątko Fairharta.

– Właściciel ptaka nie ma większego znaczenia, bo technicznie rzecz biorąc, Fairhart przynależy do Aliansu. – Malfoy wzruszył ramionami. – Zastanawia mnie tylko to, jaką wiadomość otrzymała Blackwood. Ty dostałeś ostrzeżenie, a ona?

– Cokolwiek było w liście, automatycznie stało się sprawą priorytetową – dodał Morrison. – Byle pierdoła nie oderwałaby jej od szlabanu Scorpiusa.

– Owszem – poparł go przyjaciel. – Moim skromnym zdaniem Blackwood jest tutaj przez wzgląd na Albusa.

– Co? – zaśmiał się wyżej wymieniony.

– Uważam, że Blackwood jest w szkole z twojego powodu, stary. – Malfoy skinął głową. – Nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie nienawidzi, ale Waddlesworth jest tobą wyraźnie zainteresowany i czegoś od ciebie chce. Myślę, że jest w posiadaniu jakichś ciekawych informacji, które otrzymał od Blackwood, dlatego też ostatnio zaprosił cię na przesłuchanie. Fairhart z kolei chciał powstrzymać cię przed pójściem do Hogsmeade, bo wiedział, że coś się szykuje. – Wziął głęboki oddech. – Stawiam galeona, że Fairhart chce, by Blackwood przekazywała mu prawdziwe informacje, żeby on mógł wciskać Waddlesworthowi te fałszywe...

– Że jak...? Nie rozumiem, do czego dążysz... – Brunet zmarszczył brwi i odłożył łyżkę. – Wytłumacz mi wszystko w prostych słowach, bo nie potrzebuję skomplikowanych insynuacji.

– Cóż, Fairhart jest z tych dobrych, podczas gdy Blackwood ze złych – podsumował Morrison.

Albus przewrócił oczami.

          – I potrzebowaliście ogromnego, okraszonego ilustracjami wykresu, żeby wyciągnąć wnioski...?

– To same ważne rzeczy, stary – powiedział Scorpius. – Twoje życie może być w niebezpieczeństwie.

– Nie jestem w żaden sposób zagrożony – uciął stanowczym tonem, a kiedy zadzwonił dzwonek, wstał i zarzucił sobie torbę na ramię. – I myślę, że trochę puściliście wodze fantazji – dodał, odchodząc od stołu i kierując się w stronę schodów. – Chyba za bardzo wyolbrzymiacie tutaj rolę Fairharta...

– Niby dlaczego? – zapytał z niedowierzaniem Morrison. – Przecież facet jest aurorem!

– Owszem, ale bycie szpiegiem w podejrzanej, renegackiej grupie jest dla niego zbyt wielkim zagrożeniem. W sensie, co może zrobić, gdy wszystko wyczai? Czy w ogóle będzie mógł podjąć jakiekolwiek działania? – argumentował z uporem. – Fairhart ma teraz za dużo do stracenia, dziecko na utrzymaniu i...

– Dziecko...? Jakie dziecko? – podchwycił Scorpius. – Chyba jesteśmy niedoinformowani...

– A, no tak. Zapomniałem wam powiedzieć. – Przystanął w miejscu. – W zeszłym roku, gdy rozmawiałem w gabinecie z Fairhartem, kiedy się pakował, zobaczyłem zdjęcie, na którym był z ciężarną dziewczyną.  

– To wcale nie znaczy, że ma dziecko – stwierdził Morrison. – Może po prostu lubi się fotografować z przyszłymi mamami?

– Wysoce nieprawdopodobne – argumentował. – Chyba jest żonaty, bo widziałem też u niego obrączkę. Kolesie, którzy mają na utrzymaniu rodziny, nie parają się szpiegostwem. Mój tata nigdy by na to nie pozwolił.

– Wielu facetów nosi pierścienie. To stylowe ozdoby. – Scorpius potrząsnął głową. – Co do zdjęcia, ciężko cokolwiek powiedzieć. Fairhart nie wspominał o swojej rodzinie...

– A jak często z nim rozmawiałeś? – zapytał Albus, gdy wchodzili do sali zaklęć, gdzie profesor Flitwick stał już na stosie książek i pisał różdżką po tablicy.

Malfoy wzruszył ramionami.

– Od czasu do czasu, ale nigdy nie mówił o dziecku.

Cała trójka usiadła na tyłach klasy. Po chwili dołączyła do nich reszta śizgonów.

– Czyli wracamy do wspomnienia – podsumował ściszonym głosem Morrison. – Obejrzysz je podczas przerwy świątecznej, prawda?

– Może. – Wzruszył ramionami i odwrócił się do Scorpiusa, chcąc zmienić temat. – Pozwolisz mi spisać trochę na mugoloznawstwo, skoro już sobie siedliśmy?

W miarę zbliżania się ferii zimowych atmosfera w zamku uległa zmianie. Pewnego chłodnego dnia Hagrid przytaszczył do Wielkiej Sali przeogromną choinkę i nadał jej wesoły wygląd, przez co twarz Albusa codziennie rozjaśniał uśmiech. Co więcej – w końcu zaczął padać śnieg, co w praktyce oznaczało, że coraz więcej osób przesiadywało w pokoju wspólnym, a nie na zewnątrz; szczerze powiedziawszy, stał się wręcz przeludniony, bo każdy wolał ciepełko buchającego z kominka ognia od zimnego wiatru i minusowej temperatury. Nauczyciele z kolei zaczęli się najzwyczajniej w świecie lenić.

Profesor Handit pozwalał uczniom na co drugich zajęciach powtarzać dotychczasowy materiał lub po prostu rozmawiać ściszonymi głosami. Zielarstwo i opieka nad magicznymi stworzeniami zostały odwołane z powodu niesprzyjających warunków pogodowych, czyli lekcje zostały po prostu skrócone do tych porannych. Drzemki na historii magii zaś jeszcze nigdy nie były przyjemniejsze.

Oczywiście, był też jeden nauczyciel, który nie podzielał powszechnej świątecznej radości.

– Trzydzieści minut! – powiedziała głośno profesor Blackwood w ostatni poniedziałek semestru. Nawet gdy zostały im jeszcze cztery dni szkoły, Albus odnosił wrażenie, że ich ferie zaczną się dopiero w momencie, gdy zadzwoni ostatni dzwonek.

Scorpius także się rozleniwił. Niedbale wrzucał wszystkie składniki do kociołka, nie dbając nawet o wynik końcowy. Powód był prosty – Blackwood nie mogła zabronić mu odpoczynku podczas przerwy świątecznej, tak jak możliwości uczestniczenia w meczu quidditcha.

Albus robił to, co zwykle. Jego eliksir był perfekcyjny i skończony dawno przed końcem wyznaczonego czasu, więc odchylił się na krześle i ostrożnie ziewnął, sprawdzając, czy nauczycielka nie dodała na tablicy żadnych podpunktów, nad którymi mógłby jeszcze popracować. Potem zerknął na Rose i Mirrę. Weasley nadal wyglądała na bardzo przygnębioną, zaś Mirra nie zaszczyciła go spojrzeniem, wciąż męcząc się nad swoją miksturą.

Westchnął żałośnie i zaczął rozmyślać nad swoimi problemami. Jednym z nich była oczywiście Mirra, z którą „sprzeczka” urosła do rangi nieodzywania się od tygodnia. Drugim problemem była Rose, która wciąż wyglądała na bardzo zdołowaną, a co gorsza, podczas przerwy świątecznej przyjdzie im spędzić ze sobą masę czasu. Jak się zachować w takiej sytuacji...? O czym miałby z nią rozmawiać...? Czy powinien coś powiedzieć...?

Wszechobecną ciszę przerwał dźwięk gwałtownie odsuwanego krzesła. Albus poderwał głowę i zobaczył, że profesor Blackwood stoi za biurkiem sztywna niczym struna. Kobieta poprawiła swoje włosy i dopiero wtedy zauważył, że strasznie się spociła.

– Wszyscy stop – powiedziała, wyraźnie czymś zaniepokojona, a klasa automatycznie wykonała polecenie i przerwała swoją pracę. – Właśnie sobie przypomniałam, że mam coś bardzo ważnego do zrobienia. Napełnijcie fiolki, bo skończymy zajęcia wcześniej.

Uczniowie zaczęli wymieniać między sobą zdziwione spojrzenia, a Albus rzucił okiem na przyjaciół – obydwaj mieli wysoko uniesione brwi. Nikt jednak nie odważył się odezwać.

          – Napełnijcie fiolki, podpiszcie je i wyjdźcie – powtórzyła Blackwood, a następnie niemal podbiegła do drzwi. Nim minęła chwila, wszyscy zabrali się do pracy. – Uznajcie to za prezent świąteczny! – dodała ostrym tonem, gdy próbki zostały skompletowane. Wtem, jakby przypomniała sobie o zostawionej na biurku torebce, wróciła się po nią i opuściła salę bez słowa pożegnania.

          Z nieoczekiwanego „prezentu” cieszyli się zarówno ślizgoni, jak i gryfoni, absolutnie zachwyceni. Gdy tylko wyszli i zaczęli maszerować po słabo oświetlonych korytarzach lochów, Morrison jako pierwszy zaczął rozmowę.

– Ona naprawdę nienawidzi dzieci, prawda? Nie może z nami wytrzymać nawet półtorej godziny...

– Nie byłbym taki pewien, czy tym razem chodziło o nienawiść – powiedział Scorpius. – Wyglądała, jakby bardzo się spieszyła.

Całą trójką podeszli do pustej kamiennej ściany, która otworzyła się, gdy Morrison wypowiedział hasło „Phineas”.

– Powiedziała, że wypadło jej coś ważnego, prawda? – dodał Albus, gdy znaleźli się w pokoju wspólnym.

– Najprawdopodobniej postanowiła podręczyć teraz kogoś innego... – zasugerował Vincent, a Scorpius zachichotał. Albus nie podzielał opinii przyjaciół.

– A co, jeśli rzeczywiście musiała gdzieś wyjść...? – zapytał.

– W trakcie pracy...? Daj spokój, stary – powiedział Malfoy. – W jaki sposób opuściłaby zamek? Nie zapominaj, że McGonagall kontroluje cały teren. W Hogwarcie nie można się też aportować, ani nic w tym guście.

– Zawsze możemy się przekonać – stwierdził szybko Albus, po czym pobiegł do dormitorium, a przyjaciele za nim. W biegu wyciągnął różdżkę. Po kilku sekundach grzebania w kufrze wyciągnął Mapę Huncwotów.

– Czego tak właściwie się spodziewasz, stary? – zapytał Morrison.

– Ciężko powiedzieć, czegokolwiek. – Usiadł na swoim łóżku. W dłoniach trzymał kawałek pomarszczonego, starego pergaminu. – Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – mruknął pod nosem, stukając w niego różdżką. Przez moment obserwował, jak na kartce pojawiają się charakterystyczne linie, a potem wyśledził Idę Blackwood. Wyglądało na to, że się zamotała, bo wróciła do pracowni eliksirów.

– Ciekawe, dlaczego musiałaś wcześniej skończyć zajęcia... – mruknął bardziej do siebie, aniżeli do przyjaciół. Ani na chwilę nie spuścił wzroku z jej kropki.

– Najwyraźniej nabrała nagłej ochoty na spacer. Nie robi nic podejrzanego – podsumował  Scorpius, spoglądając mu przez ramię. Gdy tylko skończył mówić, nauczycielka opuściła klasę i powędrowała schodami w górę, wprost na trzecie piętro.

Co planowała...?

Szybkim krokiem szła przez korytarz. Uczniowie przechodzili koło niej oraz omijali ją szerokim łukiem – co w pełni zrozumiałe, ewidentnie nie chcieli wchodzić jej w drogę. Wkrótce kropka została sama, co znaczyło, że korytarz opustoszał. Blackwood przez moment stała nieruchomo, po czym... nagle rozpłynęła się w powietrzu.

Morrison pisnął, zaskoczony. Albus nie odważył się nawet mrugnąć, więc nie przeoczył żadnego szczegółu.

Gdzie poszła...?

– To drugi raz, kiedy zniknęła z Mapy! – krzyknął.

– Co? – zapytali jednocześnie przyjaciele.

– W dzień, gdy szedłem po Rękę Glorii, też niespodziewanie wyparowała, a potem pojawiła się znikąd, ot tak po prostu.

– Więc jednak można się deportować na terenie szkoły – powiedział Morrison, sprawiając wrażenie zadowolonego z odkrycia.

– Nie, nie można. Przeczytaj uzupełnione wydanie HISTORII HOGWARTU, idioto. – Scorpius zacisnął usta i posłał mu potępiające spojrzenie. – Jeżeli faktycznie się deportowała, to dlaczego akurat na trzecim, a nie czwartym, czy drugim piętrze? Równie dobrze mogła oszczędzić sobie fatygi i zniknąć w swoim biurze.

– Coś musi być na trzecim piętrze – powiedział ponuro Albus, wciąż przyglądając się temu tajemniczemu miejscu. Nie chcąc stracić więcej czasu, schował Mapę w swojej szacie. – Idę tam – oznajmił, zdeterminowany.

– Czekaj.

Scorpius i Morrison próbowali go powstrzymać, ale nadaremnie. Opuścił dormitorium, potem pokój wspólny i z szalenie bijącym sercem zaczął wchodzić po schodach.

To na pewno wyjaśni całą sprawę. Nadszedł czas, żeby dowiedzieć się, gdzie znika Blackwood i co kombinuje.

Trzecie piętro było puste. Mimowolnie westchnął z ulgą. Ponownie wyciągnął Mapę i zauważył, że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby się wtrącić. Większość uczniów siedziała w pokojach wspólnych, w tym Morrison i Scorpius. Obaj zostali w lochach, najwyraźniej uważając jego misję za trywialną.

Podszedł do miejsca, w którym zniknęła nauczycielka i dokładnie je obejrzał. Nie dostrzegł nic nadzwyczajnego, prócz brzydkiego posągu jednookiej wiedźmy. Zdezorientowany, zmarszczył brwi i rzucił okiem na zaczarowany pergamin. I wtedy zauważył, że stało się coś dziwnego – obok kropki z jego nazwiskiem pojawił się szary dymek podpisany „Dissendium”.

Chwilę zajęło mu pozbieranie szczęki z podłogi. Gdy przyjrzał się uważniej liniom i zawijasom korytarzy, zauważył, że stoi na rozwidleniu. Od miejsca, w którym stał, odchodziły dwie dróżki. Początek dawał im posąg jednookiej wiedźmy...

Czyżby wcześniej przeoczył to rozwidlenie...?

– Dissendium...? – powiedział niepewnie na głos, patrząc na strażniczkę, ale nic się nie wydarzyło. Zmarszczył brwi i jeszcze raz zerknął na Mapę, na której formowały się właśnie kolejne słowa: „Użyj różdżki, głupku – LGŁR”.

Albus wytrzeszczył oczy, ale posłusznie ponownie wypowiedział hasło i kilkukrotnie stuknął w wiedźmę różdżką.

Posąg odsunął się od razu, odsłaniając małe ciemne wejście – tunel lub jakiś tajny korytarz. Ślizgon ostrożnie wsunął głowę do środka, ale wewnątrz było zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć. Tunel jednak z pewnością gdzieś prowadził...

– Może na inne piętro w zamku? – zasugerował Morrison po kolacji. Albus specjalnie poczekał, aż wrócą do pokoju wspólnego, żeby podzielić się z przyjaciółmi nadzwyczajnym odkryciem.

– Nie, Blackwood całkowicie zniknęła z Mapy – powiedział. – Tunel prowadzi poza Hogwart. Przypuszczam, że to przejście do Hogsmeade.

Scorpius oparł się o jedną z zielonych ścian.

– Wyszła na zebranie Wybawczego Aliansu Różdżek? Jakby nie spojrzeć, ich kwatera główna mieści się właśnie w Hogsmeade.

– Najprawdopodobniej. Myślę, że rozgryźliśmy tę zagadkę – przyznał. – Blackwood w tajemnicy spotyka się ze swoimi kumplami–renegatami.

– Czekajcie. Chwila, moment. – Morrison uniósł dłoń do góry, żeby ich uciszyć. – Skąd w ogóle wiedziała o potajemnym przejściu? My nie wiedzieliśmy, a przecież od kilku lat jesteśmy w posiadaniu mapy całej szkoły!

W głowie Albusa natychmiast zapaliła się ostrzegawcza lampka. „Nie jesteśmy, a jestem...”, chciał wytknąć, ale zamiast prowokować do mini kłótni, postanowił udzielić odpowiedzi.

– Nigdy go nie szukaliśmy, prawda? Ale ci kolesie – Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz – byli geniuszami z krwi i kości. Blackwood mogła odkryć ten tunel, kiedy jeszcze była uczennicą, albo zwyczajnie ktoś ją wtajemniczył...

– Nie to mnie najbardziej interesuje – stwierdził Scorpius. – Chcę wiedzieć, dlaczego spotyka się z Wybawczym Aliansem Różdżek. Moim zdaniem to tylko potwierdza fakt, że komunikują się osobno. Blackwood widuje się Waddlesworthem osobiście, umawiając na spotkania o różnych porach dnia i nocy, a z Fairhartem koresponduje poprzez pocztę. Ciekawi mnie, dlaczego – skoro wszyscy należą do jednej organizacji – nie wymieniają się spostrzeżeniami we trójkę.

– I jak bardzo są ze sobą blisko. – Albus rozejrzał się wokół. Gdy nie dostrzegł żadnych nieprawidłowości, ponownie skoncentrował się na Mapie Huncwotów. Nauczycielka, najprawdopodobniej podczas kolacji, wróciła do swojego gabinetu.

– Mamy tydzień do przerwy świątecznej – powiedział Morrison. – Może troszkę powęszymy...? – dodał, zachęcająco.

– Och, jasne. Nagle jesteście gotowi na rozwiązywanie zagadek. Czyżbyście wreszcie polubili tajemnice...? – zadrwił, mając w głosie tyradę przyjaciół na temat bezmyślnego pakowania się w kłopoty.

– Ciężko ukryć, że jestem tym zaintrygowany – oznajmił chłodno Scorpius.

Albus po raz kolejny zerknął na pergamin, tym razem na wieżę Gryffindoru. Mirra i Rose były w pokoju wspólnym.

– Może po przerwie – stwierdził koniec końców. – W tym tygodniu chcę zrobić jeszcze jedną rzecz. Muszę z kimś porozmawiać.

Ten pomysł zrodził się w jego głowie już dawno temu. On i Mirra byli niczym dwie połówki jednej całości, w pewnym sensie bardzo do siebie podobni. Cała sytuacja strasznie mu ciążyła i wiedział, że Mirze najprawdopodobniej również. Może i faktycznie zabolała ją nikczemność, której się dopuścił, ale na pewno nie wyobrażała sobie, że prawie zerwą kontakt. Nadszedł najwyższy czas na konfrontację i zakończenie tej milczącej wojny. Jeżeli spojrzeć na problem obiektywnie, to nie miała prawa gniewać się o coś, co jej nie dotyczyło.

W istocie nijak była zamieszana. Co więcej, nie miała pełnego rozeznania w sytuacji, a obarczyła go winą. Podczas rozmowy skorzysta właśnie z tych argumentów, kiedy Mirra będzie próbowała bronić swoich racji. Wbrew wszystkiemu też miał kilka asów w rękawie.

Niestety, nie otrzymał szansy na rozejm. Czas trwania wspólnej opieki nad magicznymi stworzeniami skrócił się o połowę, a podejście do niej, gdy obok stała Rose, było zbyt ryzykowne. Zdecydowanie nie chciał, żeby kuzynka coś usłyszała i wyciągnęła własne wnioski. Wolał też nie wychodzić z inicjatywą, gdy w pobliżu kręciły się te dwa gryfgłupki, Eckley i Hornsbrook. Nie obawiał się żadnego z nich, ale po prostu chciał rozwiązać to na własną rękę.

Szansę dostał dopiero w piątek, ostatniego dnia przed przerwą świąteczną. Regularnie sprawdzał Mapę Huncwotów i około południa zobaczył, że dziewczyna jest w bibliotece – siedziała przy stoliku z (co zaskakujące) Hugonem, a w pobliżu nie było nikogo niepowołanego. Najprawdopodobniej chciała jak najlepiej wykorzystać ostatnie godziny w szkolnej bibliotece, a Hugo poprosił ją o pomoc przy jakiejś pracy. Lepszej okazji nie będzie, podsumował Albus.

– W porządku, wychodzę – zakomunikował przyjaciołom, którzy grali w szachy przy kominku w pokoju wspólnym i wyczyścił Mapę.

– Wychodzisz? Co będziesz robił? – zapytał Morrison ze wzrokiem wbitym w szachownicę.

– Pogadam z Mirrą – odpowiedział, kierując się do kamiennego przejścia.

– Powodzenia, stary!  

Zanim opuścił pokój wspólny, usłyszał jeszcze, jak Scorpius, najpewniej z szerokim uśmiechem na twarzy, ogłasza swoje zwycięstwo.

Wchodząc po schodach, w ciągu zaledwie kilku chwil był w bibliotece. Maszerował między regałami, rozglądając się wokoło, aż w końcu zlokalizował odpowiedni stolik. Mirra naprawdę siedziała razem z Hugonem, a obok nich piętrzył się ogromny stos książek. Oboje wydawali się tak pochłonięci pisaniem esejów, że Albus poczuł nagłą potrzebę przerwania im pracy. Opierając się pokusie, natychmiast ją w sobie zdusił.

Zamiast tego szybkim krokiem podszedł do kącika i usiadł naprzeciwko dziewczyny. Mirra podniosła wzrok i zmarszczyła brwi, co zignorował i uśmiechnął się na widok znacznie cieplejszego przywitania ze strony kuzyna.

– Też będziesz się uczył tuż przed świętami? – zapytał Hugo, cały w skowronkach.

Albus ograniczył się potrząśnięcia głową, zaś Mirra rzuciła chłopcu spojrzenie typu „żartujesz, prawda...?”.

– Nie – odpowiedział. – Właściwie to zastanawiałem się, czy mógłbym porozmawiać z Mirrą... – dodał, zawieszając znacząco głos.

– Och, jasne. – Hugo nie sprawiał wrażenie urażonego. Grzecznie złożył pergaminy, a potem poskładał książki, z których korzystał. – W takim razie wracam do pokoju wspólnego. Muszę oddać Rose kilka pozycji. Do zobaczenia jutro, Albusie! – dodał, podekscytowany.

– Mhm. – Z początku nie rozumiał, do czego pije kuzyn, ale nim minęła minuta, przypomniał sobie, że przecież dziś jest ostatni dzień szkoły. W milczeniu poczekał, aż chłopiec odejdzie na bezpieczną odległość, a następnie pochylił się ku Mirze. Chciał sprawiać wrażenie zdystansowanego i beztroskiego. Był przecież fajny, prawda...? Był kapitanem ślizgońskiej drużyny quidditcha i w ogóle. – Ostatnio... jakoś mnie ignorowałaś – podsumował, drapiąc się za prawym uchem, żeby czymś zająć ręce.

– Mhm – mruknęła niezobowiązująco, spoglądając na podręczniki, a następnie dopisała kilka zdań do swojego eseju.

– Czy jest jakaś, no nie wiem, przyczyna twojego zachowania?

– Tak – odpowiedziała krótko, wciąż patrząc w książki.

– Okej. – Albus postanowił pójść na ustępstwo. Może zrezygnowanie z chłodnej postawy okaże się lepszym rozwiązaniem...? – Co jest z tobą nie tak? Co takiego zrobiłem?

– Doskonale wiesz, co zrobiłeś – stwierdziła wymijająco, przewracając kartkę.

– Może mnie oświecisz? – zapytał ostro, tylko czekając na podobną odpowiedź. To była jedyna szansa, żeby obrócić sytuację na swoją korzyść. Jakby nie patrzeć, w tym sporze to on jest poszkodowanym...

– Mam nadzieję, że nie próbujesz wszystkiego przeinaczyć. Czyżbyś planował zrzucić na mnie winę? – zapytała chłodno.

No i po ptokach, pomyślał z goryczą.

– Zdecydowanie nie – odpowiedział defensywnie. – Po prostu... chcę poznać prawdziwy powód twojej złości.

Mirra zostawiła podręczniki w spokoju i podniosła wzrok. Sapnął pod nosem, widząc wypisaną na jej twarzy pogardę. Takim spojrzeniem nie uraczyła go od pierwszego roku, kiedy przeczytał jej prywatną korespondencję.

– Mój powód, Albusie? – zapytała. – Z premedytacją zniszczyłeś randkę Rose.

– Co takiego...? – zapytał, próbując wyśmiać to, co przed chwilą powiedziała.

– A teraz nawet nie chcesz wziąć za to odpowiedzialności – kontynuowała, niewzruszona. – Rose jest moją najlepszą przyjaciółką, a ty – może nawet z błahego powodu – dołożyłeś starań, aby jej wymarzona randka zakończyła się wielką katastrofą. Czy któryś z twoich znajomych jest w niej zakochany, czy coś podobnego...? A może po prostu nie chcesz widzieć jej szczęśliwej...? Tak czy inaczej, wszystko szło idealnie do momentu, w którym odciągnąłeś Rose od stołu, żeby twój mały pomocnik mógł porozmawiać sobie z Lance’em. Potem wszystko szlag trafił!

Albus wytrzeszczył oczy, będąc szczerze zaskoczonym tym, jak trafne były jej przypuszczenia. Nie chcąc zdradzić Scorpiusa, postanowił wstrzymać się z odpowiedzią na postawione zarzuty.

– Co powinnam była zrobić? Powiedzieć najlepszej przyjaciółce, że kuzyn wbił jej nóż w plecy? Tylko dołożyłabym Rose zmartwień – kontynuowała ze wściekłością, gdy milczał. – Ona naprawdę lubi Lance’a, Albusie. Kto wie, może nawet zaprzepaściłeś jej wielką szansę znalezienie prawdziwej miłości...?

– Chcesz mi powiedzieć, że Rose spotkało nieszczęście...? – argumentował. Wiedział, że musi przystąpić do ataku, chociaż nie potrafił doprecyzować swoich myśli. – Zostałem siłą zaciągnięty do jaskini lwów przez trzymetrowego łysego kolesia z bicepsami większymi niż moja głowa! Też miałem kiepski dzień! Nie widzę jednak, żebyście byli przygnębieni z powodu tego, że ledwo co minąłem się ze śmiercią!

– Cieszę się, że wszystko z tobą w porządku. Gdy pojawił się ten człowiek, mówiłam głośno i wyraźnie, że należy wezwać pomoc – parsknęła, brzmiąc, jakby była na skraju załamania nerwowego. – Twój niespodziewany „spacer” nie zmienia jednak tego, czego się dopuściłeś.

– Cóż, to sprawa Rose! – Albus nie wytrzymał. – Czemu się mieszasz? Nie rozumiem, dlaczego jesteś taka zdenerwowana.

Gwałtownie wstała od stołu i przez chwilę był przekonany, że zaraz wymierzy mu policzek. Mimowolnie się wystraszył, chociaż starał się zgrywać twardziela. Jego przypuszczenia okazały się błędne, bo Mirra po prostu zaczęła się pakować.

– Naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego jestem na ciebie wściekła...? – zapytała gniewnie. – Złoszczę się, bo nie poczuwasz się do winy.

– Nie masz najmniejszego pojęcia, co chodzi mi po głowie! – W ramach kontrataku również wstał od stołu, przez co oboje znaleźli się w bojowych pozycjach. – Nic nie wiesz! – dodał głupio i natychmiast tego pożałował.

          Mirra otworzyła usta, jakby naprawdę chciała wybuchnąć, ale ostatecznie się uspokoiła. Przez dłuższą chwilę milczała, a kiedy się odezwała, ściszyła głos; do pewnego stopnia brzmiała pokrzepiająco.

– Wiesz co, Albusie...?

– Co? – wymamrotał niewyraźnie, pełen obaw.

          Mirra znów zamilkła. Wyglądała, jakby nie wiedziała, czy rzeczywiście chce ubrać swoje myśli w słowa. 

– Czasami możesz być najsłodszym i najmilszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek poznałam – powiedziała łamiącym się głosem. – A czasem największym dupkiem na świecie. To zupełnie tak, jakby siedziały w tobie dwie różne osoby – dodała, potrząsając głową. Wyrzuciwszy z siebie żale, przerzuciła torbę przez ramię i wyszła z biblioteki, nie patrząc wstecz.

Czy ona naprawdę to powiedziała?

Albus zaklął pod nosem. Czemu w ogóle się tym przejmował...? Czy już nigdy nie pogodzi się z Mirrą...? Jakby nie spojrzeć, dobrze, że posprzeczali się teraz, a nie odwlekali sprawy w czasie. Randka Rose i Lance’a wisiałaby wówczas nad nimi, niczym ogromna, burzowa chmura.

Gorzkie słowa, którymi został uraczony w bibliotece, dręczyły go przez resztę dnia. Nie streścił przyjaciołom przebiegu kłótni, ale wyznał, że nie poszło najlepiej. Gdy zamknął się w dormitorium, przez następne godziny, raz za razem, odtwarzał w głowie każde słowo dziewczyny. Najpierw nazwała go najmilszym i najsłodszym chłopcem na świecie, a potem... największym dupkiem.

Jak dotąd, całkiem dobrze im szło. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały, że byli na dobrej drodze do zostania parą. Niestety po tym całym hogsmeade’owym ambarasie, szansa na sukces znacząco spadła. Albus był zdezorientowany – nie wiedział nawet, w którym kierunku zmierza. Nie powinien się zadręczać. Przecież miał dopiero czternaście lat i po prostu przeżywał kolejny, gorączkowy, pełen wrażeń rok w Hogwarcie!

Tak bardzo teraz żałował, że nie może wygadać się Fairhartowi. Nie miał teraz nikogo, komu mógłby się zwierzyć. James, owszem, z pewnością udzieliłby mu braterskiej porady, ale będąc w Gryffindorze, kręcił się wokół Rose, a to z kolei z góry go wykluczało. Fairhart zaś podniósł go wcześniej na duchu i najprawdopodobniej podpowiedziałby mu coś mądrego. Niezależnie od tego, kim był w rzeczywistości – renegatem na usługach Warrena Waddleswortha, szpiegiem Ministerstwa Magii, czyimkolwiek pośrednikiem – w zeszłym roku pomógł mu podtrzymać przyjazne stosunki z Mirrą, kiedy dziewczyna spotykała się z Eckleyem; był doskonałym powiernikiem tajemnic i oparciem w trudnych chwilach. Najgorsze, że spotkanie się z nim twarzą w twarz było niemożliwe, a niebezpośredni kontakt obejmował tylko i wyłącznie myślodsiewnię...

Wspomnienie wciąż leżało na dnie skrzyni Albusa.

Do łóżka poszedł stosunkowo wcześnie, rozpaczliwie chcąc, by sen odciągnął go od problematycznych kwestii oraz kłopotów i przybliżył do opuszczenia szkoły. Z drugiej strony jednak przerwa świąteczna generowała inne problemy, a mianowicie, o ile Weasleyowie znów będą przesiadywać u Potterów, spędzi z Rose masę czasu, a co gorsza, przyjdzie mu stawić czoła ojcu. Pomimo wszystkich niesprzyjających okoliczności, dom rodzinny wciąż stanowił pewnego rodzaju odskocznię i azyl, ucieczkę od momentami przytłaczającego Hogwartu, od zagadkowych nauczycieli oraz od sprzeczki z Mirrą.

Sen, w który zapadł, nie należał ani do spokojnych, ani przyjemnych, ale ostatecznie, biorąc pod uwagę minione noce, powinien był się tego spodziewać. Wierzgał nogami i rzucał się na łóżku, aż się obudził. Chociaż nie pamiętał najdrobniejszych szczegółów, wiedział, że wyśnił coś naprawdę dziwacznego.

Został uwięziony w klatce, która właściwie była gigantycznym szklanym sześcianem. Nie podejmował prób walki, a przyciskał policzek do szyby. Nie potrafił wykrzesać z siebie woli życia, bo dawno pogodził się z porażką. Wszystko wokół było czarne niczym smoła.

Wtem jego wizja się zezłociła i zaczął maszerować w kierunku więzienia – było bowiem dwóch Albusów Potterów. Wyglądali niemal identycznie, mieli te same czarne, nieposkromione włosy oraz byli tego samego wzrostu – różnili się tylko kolorem oczu.

Chłopiec, który podchodził do klatki, miał złowieszcze, błyszczące w ciemności oczy. Więzień nie odwzajemnił uśmiechu.

Nim minęła chwila, okazało się, że nie byli sami. Zza pleców złotookiego Albus wyszedł Ares. Wyglądał na zmęczonego życiem i wyczerpanego, a jego skóra sprawiała wrażenie dziwnie przesuszonej, trochę spękanej, zwłaszcza w okolicach siwych wąsów i brody. Kiedy się odezwał, nie mówił swoim zwyczajowym, naturalnie szorstkim głosem, a głosem Harry’ego Pottera.

Ktoś powiedział mi kiedyś, że to nasze wyboru pokazują, kim naprawdę jesteśmy, znacznie bardziej niż nasze zdolności...

Ares – bądź Harry, ciężko stwierdzić – miał zamiar powiedzieć coś więcej, ale właśnie wtedy uwięziony w sześcianie Albus został złapany za ramię. Gdy się odwrócił, zobaczył swojego złotookiego bliźniaka, a za nim Warrena Waddleswortha; obaj stali we wnętrzu klatki. Chłopiec podskoczył z przerażenia, a kiedy Warren się odezwał, okazało się, że również został pozbawiony swojego oryginalnego brzmienia – przemawiał głosem Fairharta.

Potrzeba potężnego czarodzieja, by użyć klątwy zabijającej. Ale trzeba wiedzieć, co daje prawo do korzystania z tej mocy i...

Nie zdążył dokończyć, gdyż złotooki Albus przerwał mu wpół zdania. Korzystał z głosu Sebastiana Darvy’ego.

To, czego nienawidzimy, pokazuje nam, czym naprawdę jesteśmy.

Gdy więzień odwrócił się z powrotem do Aresa, sceneria uległa zmianie. Pod niewidzialną ścianą siedziała skulona, wyraźnie wystraszona Mirra. Czarne włosy miała przyklejone do czoła, a ręce w obronnym geście uniesione w górze. Kiedy złotooki Albus podszedł do niej z uśmiechem na twarzy, zapłakała.

– Nie! – krzyknął więzień, waląc pięściami w szklaną szybę. Szybko rozejrzał się wokół i zobaczył, że Ares i Waddlesworth także zniknęli. – Przestań!

Nie miał najmniejszego pojęcia, czy brat bliźniak go usłyszał, czy może sześcian jest dźwiękoszczelny, ale został zignorowany. Z przerażeniem patrzył, jak chłopiec unosi w górę różdżkę.

– Nie! – wrzasnął, podczas gdy błysk zielonego światła przebił się przez wszechobecną ciemność, a Mirra upadła bezwładnie na ziemię.

– Obudź się, stary!

Albus wystrzelił go przodu. Miotając się w łóżku, zaplątał się w koc. Oczy bardzo go piekły, a poduszkę miał mokrą od potu. Zdezorientowany, rozgorączkowanym wzrokiem rozejrzał się po szkolnym dormitorium i dopiero wtedy do niego dotarło, że obudził go Morrison.

– Co..?

– Najwyższy czas, stary – zakomunikował przyjaciel. – Natychmiast się ubieraj.

– Co...? Jaki mamy dziś dzień...? – zapytał głupio, próbując zebrać myśli. Wszystko wskazywało na to, że znów śniło mu się coś dziwnego. Ciekawe, co dokładnie...

– Dziś wracamy do domów, stary. Mamy ferie zimowe, pamiętasz? Dobrze się czujesz? Jesteś cały czerwony.

– Jest okej – powiedział, chociaż wciąż ciężko dyszał i próbował uspokoić oddech. – Daj mi moment na doprowadzenie się do porządku.

Morrison wyszedł, a Albus został sam w dormitorium. Niespiesznie się ubrał, a potem opadł z powrotem na łóżko, jakby chciał uciąć sobie krótką drzemkę. Leżąc na plecach i patrząc w sufit, spróbował przypomnieć sobie ten dziwaczny sen. Mimo że większość rzeczy mu uciekła, wciąż miał przebłyski. Nie ulegało najmniejszym wątpliwością, że śnił o kilku osobach, skoro zapamiętał kilka różnych, aczkolwiek niemożliwych do zidentyfikowania głosów. Hm, chyba widział tam też Mirrę...

Po śniadaniu Neville odprowadził wszystkich do pociągu, życząc im miłego odpoczynku.

– Udanych ferii, profesorze! – odpowiadali mu uczniowie, w dużej mierze z Gryffindoru.

          – Udanych ferii, Judy! Tobie też, Carl! – odkrzyknął. – Wesołych świąt, Albusie! – Uśmiechnął się dziko Longbottom, kiedy ślizgon miał wchodzić do pociągu.

– Co? – zapytał nieprzytomnie, podnosząc wzrok; wciąż tarł oczy. – Och, tak, racja. Wesołych świąt – odpowiedział grzecznie.

Neville wyciągnął rękę i zatrzymał go, tworząc przy okazji mały korek, którym nie wydawał się szczególnie przejmować.

– Wszystko w porządku...? – zapytał cicho. – Wyglądasz trochę blado.

– Jest okej – skłamał. – Trochę boli mnie brzuch.

Nauczyciel zmarszczył brwi, ale mając innego wyboru, puścił jego ramię. Albus razem z przyjaciółmi w końcu wsiedli do pociągu, gdzie wybrali przypadkowy wagon. Nie czuł się za dobrze i chciał usiąść.

Otumaniony, opadł na najbliższe siedzenie, a szuranie butów podpowiedziało mu, że chłopcy również zajęli miejsca w przedziale.

– Jak duże są szanse, że Mirra i Rose do nas dołączą? – zapytał ponuro Scorpius.

– Mniej więcej tak wielkie, jak Morrison i wybitny z wróżbiarstwa – powiedział, nie otwierając oczu.

– Czyli zostaliśmy we trójkę – podsumował Vincent, a potem zaśmiał się razem ze Scorpiusem, podczas gdy Albus, pozbawiony chęci i sił, milczał.

– Za mało snu? – zainteresował się Malfoy, kiedy pociąg ruszył.

          – Raczej odwrotnie – odpowiedział, otwierając powoli oczy. – Jestem po prostu zmęczony. To dziwne.

– Chcesz się zdrzemnąć? – zapytał Morrison. – Będziemy cicho...

Albus pokręcił głową.

– Nie mogę spać.

Wiedział, że brzmi śmiesznie, ale powiedział prawdę. Sen wyczerpał go pod każdym względem, zupełnie odebrał mu siły witalne. Mimo to zachował trzeźwy umysł. Odpoczywając w ten sposób, pozwalał, żeby do jego uszu docierały ciche hałasy i śmiechy. Czuł się chory oraz nadal piekły go oczy.

– Za dużo stresu – skomentował tonem znawcy Scorpius. – Ostatnio sporo się wydarzyło, więc skorzystasz na wolnym tygodniu. W końcu odetchniesz – dodał uspokajająco.

– Mhm. – Albus ledwo go słuchał. Źródłem jego zmęczenia nie były szkolne problemy, a coś specyficznego, znacznie bardziej złowrogiego. Co konkretnie...? Niestety nie miał zielonego pojęcia.

W ten sposób przebył całą podróż. Siedział odchylony na siedzeniu, z lekko otwartymi ustami i półprzymkniętymi oczami, podczas gdy przyjaciele, mając na uwadze jego dobro, cicho między sobą rozmawiali. Nie zaznał jednak spokoju, gdyż bolała go głowa, a przez to miał wrażenie, że zaraz wybuchnie. Koszmar z nocy kompletnie wyparował z jego umysłu, zostawiając po sobie tylko odrętwiałe ramiona i zaciśnięty z nerwów żołądek.

Z olbrzymią ulgą zarejestrował, że pociąg zaczął zwalniać. Trzymając się za brzuch, wstał z miejsca i lekko się zatoczył. Był jednym z pierwszych uczniów, którzy wyszli na peron i średnio słyszał to, co mamrotali za nim przyjaciele. Szedł chwiejnym krokiem, czując palącą potrzebę zwymiotowania. Z trudem się powstrzymał.

– Wiesz w ogóle, kto cię odbierze? – zapytał Morrison.

Albus pokręcił przecząco głową, starając się, ot na wszelki wypadek, nie otwierać buzi. Też się nad tym zastanawiał. W zeszłym roku całą wesołą gromadkę odebrał wujek Ron i musiał przyznać, że to była najbardziej emocjonująca podróż do domu. Na kogo padło w tym roku...?

Zatrzymał się pośrodku platformy, a Morrison i Scorpius stanęli po obu jego bokach, jakby w ramach ochrony, też rozglądając się za swoimi rodzinami. Gdy tak sterczał, bez słowa na do widzenia minęła go Mirra, nawet nie zaszczycając spojrzeniem – nie dawała po sobie poznać, że wczorajsza kłótnia miała miejsce, ani nie sprawiała wrażenie zmartwionej tygodniową rozłąką. Miał również oko na Rose i Lily, które pierwsze mogłyby wypatrzeć kogoś znajomego.

Wtem został zawołany.

– Tutaj, Albusie!

Gdy rozejrzał się wokół, niemal wytrzeszczył oczy. Kilka metrów dalej, pomiędzy dwoma grupkami chichoczących dziewczyn, stał Harry Potter. Przypominał (nie, zdecydowanie nie było na to lepszego określenia) żywego trupa.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat prezencja taty bardzo się zmieniła – naprawdę wiele brakowało mu do normalnego, zdrowego wyglądu. Od momentu rozpoczęcia polowania na Reginalda Aresa i jego sługusów, za każdym razem, gdy Albus go widział, ojciec coraz mniej przypominał samego siebie. Szary odcień skóry, nieznikające worki pod oczami – do tego zdążył się przyzwyczaić, ale tym razem Harry wyglądał znacznie gorzej, a mianowicie na absurdalnie wręcz zaniedbanego. Włosy mu urosły i chociaż nie opadały na ramiona, jak te Warrena Waddleswortha, różnica w długości przed ostatnim spotkaniem i po, była zauważalna. Wcześniej wyglądały na po prostu nieporządnie – teraz jednak sprawiały wrażenie co najmniej przerażających. Strasznie poszarzał na twarzy, przez co jego blizna w kształcie błyskawicy została niewyobrażalnie uwydatniona. Stres i niewyspanie oszczędziły mu ciemnych worków pod oczami, w zamian dając przekrwione białka. Harry stał na dworcu wśród masy uśmiechniętych rodzin, sprawiając wrażenie równie zaniepokojonego, co Albus. Co gorsza, najprawdopodobniej wcześniej został uderzony w twarz, bo w okolicach łuku brwiowego miał paskudną, fioletową śliwę.

Mimo przerażającej prezencji wciąż budził respekt i powszechne onieśmielenie. Ślizgon nieustannie słyszał historie o tym, jak bardzo zacięty i zdeterminowany potrafił być jego ojciec – jakby nie patrzeć, opowieści o jego męstwie, bohaterstwie i nadzwyczajnej upartości okrążyły czarodziejski świat w okamgnieniu, przeradzając się w bajki opowiadane dzieciom na dobranoc. Albus zawsze widział w tacie potężnego czarodzieja z ciągnącą się za nim reputacją, ale nawet teraz, po wielu, wielu latach, pomimo chorobliwego wyglądu, nie sprawiał wrażenia słabego, a wręcz przeciwnie. Chociaż wiedział, że to nieprawda, mimowolnie pomyślał, że Harry Potter jest człowiekiem, który nie ma za dużo do stracenia.

Onieśmielający. Zdecydowanie onieśmielający.

– Łał.

– Tata...? – Albus wciąż przetwarzał informacje.

– Tutaj! – krzyknął ponownie ojciec, machając ręką.

Brunet odwrócił się do przyjaciół, wdzięczny, że mimo swojego zszokowania, nie silili się na komentarze.

– Twoja podwózka, stary – podsumował zwięźle Scorpius, więc przybili sobie piątki i zaczęli się rozchodzić, każdy w inną stronę.

– Najlepszego, chłopaki! – zawołał na odchodne Morrison.

– Nawzajem, stary – odmruknął pod nosem Malfoy, podczas gdy Albus skinął obu głową i podszedł do taty.

– Jak tam w szkole? – zapytał Harry.

– Całkiem dobrze – odpowiedział z odrobiną rezerwy w głosie.

Czy ojciec naprawdę zapomniał o ich sprzeczce i wiszącej w powietrzu niechęci...? Nawet w najśmielszych przewidywaniach nie przypuszczał, że na peronie zjawi się akurat tata. Tak czy inaczej, zdecydowanie wykazywał za dużo entuzjazmu i był zbyt miły.

– Prowadzisz...?

– Tak.  – Harry wyciągnął z kieszeni kluczyki do auta. – Zabieram ciebie, Lily i Jamesa. Tym razem każdy zabiera swoje dzieciaki.

Albus kiwnął głową, a w międzyczasie podeszła do nich reszta Potterów. Lily wydawała się przestraszona wyglądem taty, zaś James nieporuszony.

– Wszyscy gotowi? – zapytał Harry, a wszyscy zgodnie pokiwali mu głową. Potem poszli do rodzinnego samochodu, gdzie Lilka zajęła przednie siedzenie, cały tył zostawiając chłopcom. – W porządku, synu? – dodał, po czym poprawił lusterko. – Wyglądasz na chorego, Albusie.

– Wszystko okej – odpowiedział szybko, podczas gdy ojciec wyjeżdżał z parkingu. – Jestem po prostu zmęczony.

– Ach.

– Co się stało z twoim okiem, tato? – zapytała Lily.

– Spuściłem gardę i oberwałem złośliwym teleskopem[1]. – Uśmiechnął się Harry. – Wyniosłem nauczkę ze sklepu wujka George’a.

– Myślę, że zarobiłeś w oko. To śliwa po uderzeniu. – James pokręcił z niedowierzaniem głową. 

– Och, w rzeczy samej. Oberwałem od teleskopu. To urządzenie nie zostało wykonane z miękkiej gąbki.

Cała trójka się roześmiała, podczas gdy Albus milczał przez całą drogę. Był rozdrażniony i przede wszystkim zmęczony, a jazdę samochodem można porównać do podróży pociągiem. Nie miał ochoty na pogaduszki i pozwolił, by głowa opadła mu na bok. Przymknął oczy i tylko jednym uchem słuchał, jak tata wypytywał Jamesa i Lily o Hogwart, szkolne zajęcia i relacje z przyjaciółmi.

Kilka godzin później zatrzymali się pod rezydencją Potterów. Albus wyskoczył z auta jako pierwszy i zobaczył, że szkolne kufry dotarły przed nimi. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, z kuchni dobiegł go krzyk.

– Harry...?

– To ja, mamo – wymamrotał, wchodząc do jadalni i zajmując miejsce przy stole. Ginny gotowała, więc odwróciła się dopiero po chwili.

– Wyglądasz jak chuchro, skarbie. Zjedz coś. – Uśmiechnęła się i zaczęła wyciągać z szuflad sztućce, zamiast zacząć wypytywać go o szkołę.

– Nie czuję się za dobrze – odpowiedział, czując spływającą po skroni kroplę potu.

Mama zmarszczyła brwi, ale właśnie wtedy dobiegł ich dźwięk otwieranych drzwi frontowych.

– Jesteśmy, Gin! – zawołał Harry z przedpokoju.

W pełni skupiona na Albusie, Ginny zignorowała Harry'ego.

– Nie masz gorączki – powiedziała fachowym tonem, uprzednio sprawdzając mu temperaturę. – Cześć, kochanie – rzuciła w kierunku męża, który akurat wszedł do kuchni. Potem pocałowała go przelotnie w policzek i odwróciła się do syna. – Mam nadzieję, że do świąt wyzdrowiejesz – dodała, wyraźnie zaniepokojona. – Może chcesz się odświeżyć w łazience?

Skinął głową i wstał od stołu. W drzwiach minął się z Jamesem i Lily, którzy – jakby nie patrzeć – dali mu nieco prywatności, koczując w salonie. Nie nadarzy się lepsza okazja do działania. Szybko obejrzał się przez ramię czy teren jest czysty, po czym zanurkował w swoim bagażu. Kilka sekund później wyjął fiolkę ze wspomnieniem i schował ją w kieszeni. Z jakiegoś powodu nie chciał, żeby rodzice dowiedzieli się o knowaniach, wronich pocztach oraz całym bałaganie z regeneratami, Wybawczym Aliansem Różdżek i Fairhartem.

Powoli zaczął wchodzić schodami na górę. Wciąż był bez powodu wyczerpany – gdy dotaszczył się na górę, ledwo mógł złapać oddech. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru iść do łazienki, a tym bardziej do swojego pokoju.

Jak długo rodzice będą skakali nad Jamesem i Lily...? Mama zapewne wciśnie im coś do jedzenia, co również zajmie trochę czasu. Ostrożnie spojrzał na pokój znajdujący się po prawej stronie korytarza. Myślodsiewnia znajdowała się w sypialni rodziców, a może nie być następnej szansy.

Zrobił krok naprzód, a po drodze minął łazienkę.

– Albusie...?

Stanął w pół kroku, z ręką wyciągniętą w kierunku klamki.

– Co? – zapytał, udając zdezorientowanie, po czym odwrócił się do stojącego na szczycie schodów taty.

– Dokąd idziesz? – zapytał dociekliwie Harry, świdrując go podejrzliwym wzrokiem. Na szczęście nie brzmiał szczególnie wymagająco.

– Do łazienki – odpowiedział prosto, dając się ponieść ślizgońskiemu duchowi. Gdy ojciec uniósł wysoko brwi, spojrzał na drzwi przed sobą i uderzył się w czoło. – Kurcze, ale się zamotałem – burknął. – Nie czuję się za dobrze i wciąż mam w głowie rozkład szkolnych korytarzy. Nie sądziłem, że to możliwe, ale trochę zapomniałem, jak jest w domu – dodał, a następnie zrobił parę kroków wstecz i znalazł się pod łazienką.

– Och, w porządku. Kiedy skończysz, zejdź na dół. Mama chciałaby cię wypytać o szkołę.

– Jasne.

Nie powiedziawszy nic więcej, ojciec skinął głową. Nastąpił między nimi moment niezręcznej ciszy, podczas której Albus stał niczym kołek, zaniepokojony przedłużającym się milczeniem, a Harry najprawdopodobniej zagubiony we własnych myślach. Ostatecznie po jakiejś minucie bezczynności tata ponownie skinął głową i zszedł na dół.

Ułożony naprędce plan legł w gruzach. Myślodsiewnia będzie musiała poczekać na bardziej dogodny moment, bo teraz się w żaden sposób nie dobierze.

W łazience omył twarz, chcąc nabrać sił i się otrzeźwić. Co mu dolegało, bo przecież nie choróbsko...? Był apatyczny i czuł się naprawdę dziwnie, chociaż nie potrafił bardziej się określić. O czymkolwiek w nocy nie śnił, tajemniczy koszmar naprawdę nim wstrząsnął.

Kilkukrotnie opryskał sobie twarz, zakręcił kurek i wytarł się świeżym ręcznikiem. Gdy spojrzał w lekko pokropione wodą lustro, zwrócił szczególną uwagę na swoje oczy. Zielone, zdecydowanie zielone, podsumował z zadowoleniem. Wciąż podrażnione, ale takie same, jak zwykle. Zamrugał, ale nie dopatrzył się żadnej zmiany. Wziął głęboki oddech i ponownie zamrugał. Wszystko dobrze. Nie mogąc się powstrzymać, zamrugał jeszcze kilka razy.

Czego tak właściwie oczekiwał...? Potrząsnął głową i mrugnął po raz ostatni. Westchnął, gdy zauważył szybko niknący złoty błysk.



[1] Złośliwy teleskop Weasleyów – (z ang.: boxing telescope) – jeden z wynalazków Freda i George’a, sprzedawany w Magicznych Dowcipach Weasleyów. Kiedy ściskało się teleskop, z jego końca w kłębach czarnego dymu wyskakiwała mała piąstka i uderzała pechowca w twarz. Siniaka nie dało się usunąć podstawowymi zaklęciami leczniczymi, zostawał na dłużej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz