– Bądź szczery, stary. Ile razy się całowaliście? – zapytał Morrison.
– No przecież nie liczyłem każdego pocałunku – odpowiedział. – Całkiem sporo – dodał, żeby przyjaciele przypadkiem nie pomyśleli, że wszystko skończyło się po jednym razie.
W drodze na obronę przed czarną magią Albus, będąc w doskonałym humorze, uśmiechał się od ucha do ucha – w rzeczywistości szczerzył się tak od zeszłego tygodnia. Razem z przyjaciółmi swobodnym krokiem podszedł do sali lekcyjnej, po czym otworzył drzwi.
– Ustaliliście harmonogram albo coś podobnego? – zapytał Scorpius. – Kiedy następne całowanko?
– Nie uzgadnialiśmy żadnych terminów, stary – odpowiedział szczęśliwie, choć tym razem powód jego radości był zgoła inny – Malfoy znowu z nim rozmawiał.
To naprawdę zdumiewające, jak zwykle podekscytowanie może naprawić jedną wielką paskudną kłótnię. Gdy tylko Albus oświadczył przyjaciołom, że jako pierwszy zaczął wchodzić w dorosłość i pocałował dziewczynę (i nie była to dziewczyna bliska omdlenia, nieprzytomna bądź smutna, jak szybko zaznaczył Morrison), Scorpius klepnął go mocno w plecy i pogratulował wyczynu. Zwierzenie przechyliło szalę, a dalsza kłótnia stała się po prostu niemożliwa. Wszyscy automatycznie zapomnieli o minionym sporze, więc nikt nie wspominał sprzeczki, związanych z nią przykrości, ani wykrzyczanych w gniewie gorzkich słów. Zamiast rozpamiętywać nieprzyjemną przeszłość, we trójkę wesoło do siebie szczebiotali.
– Uspokójcie się i zajmijcie miejsca – powiedział leniwie profesor Handit, siedząc za biurkiem i wyglądając na niesamowicie znudzonego. – Będziemy dzisiaj kontynuować temat klątw, które najprawdopodobniej pojawią się na egzaminach. Chciałbym zobaczyć przede wszystkim zaklęcie żądlące i Relashio[1]. No, dobierzcie się w grupy.
Ślizgoni od razu pomaszerowali w róg sali, po czym przygotowali się do zajęć. Ich rozmowa, oczywiście, nie miała nic wspólnego z klątwami.
– Czyli średnio się widujecie? – W głosie Scorpiusa słyszalny był niepokój. Jakby od niechcenia machnął różdżką, ale nie rzucił żadnego zaklęcia, a Morrison przyłożył dłoń do serca, udając, że oberwał czymś naprawdę strasznym. – Nieźle – dodał z kpiną.
– Nooo... – Albus uchylił się przed zabłąkanym czarem. Zanim jednak się obejrzał, kim był potencjalny zamachowiec na jego życie, Bartleby Bing zdążył wykrzyczeć przeprosiny z drugiego końca sali. – Problem w tym, że ostatnio nie mamy razem za dużo lekcji...
Niestety, powiedział prawdę. Choć wspomnienie powrotu do zamku wciąż było świeże, od czasu pamiętnego pocałunku nad jeziorem nie mieli sposobności na spokojnie porozmawiać. Mimo to wciąż odtwarzał w głowie uroczy chichot dziewczyny, gdy ich dłonie się spotykały oraz głęboki rumieniec, kiedy na odchodne życzyli sobie dobrej nocy...
Wtem uświadomił sobie, że Mirra w sumie nic nie wspominała o randkowaniu, czy też nawiązaniu bliższych stosunków. Buziaki nie scementowały zalążków ich raczkującego związku, bo nie byli żadną parą. Przez cały tydzień chodził rozanielony z głową w chmurach, chichotał niczym panienka i szczerzył się jak głupek, a ostatecznie niewiele się zmieniło. Co prawda, na każdej wspólnej lekcji machali do siebie, może nawet bardziej energicznie, aniżeli zazwyczaj, ale w trakcie rzadkich rozmów zupełnie omijali temat nocnego spotkania. Jakim cudem Jamesowi wszystko przychodziło z łatwością...?
W momencie zaprzestał radowania.
– Hm, chyba nie myślicie, że... to się więcej nie powtórzy, nie...? – zapytał z obawą.
Scorpius ukrył cichy śmiech za napadem kaszlu.
– Wręcz przeciwnie, stary – powiedział z sarkazmem. – Jestem całkowicie przekonany, że Mirra pocałowała cię, aby móc się potem przechwalać przed koleżankami. Jakby nie patrzeć, jesteś najpopularniejszym dzieciakiem w szkole i w ogóle...
Albus się nie odezwał, wciąż roztrząsając problem. W głowie stanęły mu wszystkie dziewczyny, z którymi widywał swojego brata. Czy Mirra też zamierzała skakać z kwiatka na kwiatek...?
Chcąc ukryć zdezorientowanie, zerknął na Parisha Miltona, który rzucał właśnie idealne zaklęcie żądlące na swojego partnera. Gdy nie odpowiedział, Scorpius, jakby nie mogąc wytrzymać napięcia, zaczął niekontrolowanie drżeć.
Włoski na karku stanęły Albusowi dęba.
– Weź się puknij, stary. To oczywiste, że Mirra nie jest typem żartownisia. – Morrison wycelował różdżką w blondyna i wykonał ruch imitujący czar, podczas gdy ślizgon złapał się za „obolałą” rękę i spojrzał nań z wyrzutem.
– Trochę samokontroli, stary! – Chociaż Malfoy powstrzymywał śmiech, zachował pozory i się skrzywił, ponieważ profesor Handit lustrował wzrokiem ich grupkę.
– Wybacz, wciąż ciężko nad sobą pracuję...
– Zależy mi na szczerości, chłopaki. Co o tym myślicie...? – zapytał Albus, nie zamierzając uczestniczyć w tej zabawie.
– W porządku, stary. Uważam, że to była dosyć intymna chwila, więc po prostu musicie porozmawiać o niej bez żadnych świadków. Oczywiście, najprawdopodobniej rozumiesz dlaczego. Wciąż się nie umawiacie – podsumował wyraźnie Scorpius.
– Wiem, rozumiem, ale jestem pewien, że też komuś powiedziała... – odparł szybko.
Cóż, to spore niedopowiedzenie. Dwa dni temu, gdy na korytarzu zobaczył Jamesa, ten za wszelką cenę chciał mu pokazać dwa entuzjastycznie wyciągnięte w górę kciuki i prawie wydłubał oko koledze, który akurat przechodził obok. Lily uśmiechała się do niego dość zachęcająco, zaś Eckley mordował go spojrzeniem bardziej niż zwykle, co potraktował jako miły dodatek. Wniosek nasuwał się sam. Oj tak, Mirra zdecydowanie podzieliła się z przyjaciółmi szczegółami pocałunku znad jeziora.
– Co powinienem zrobić...? – zapytał, zagubiony w myślach. – Wiecie, żeby oficjalnie się umawiać.
– Jeżeli chcesz mieć dziewczynę, musisz zaprosić ją na randkę. – Uśmiechnął się Morrison, swobodnie machając różdzką.
– Będzie ciężko, stary – podsumował z grymasem Scorpius.
– Niby dlaczego...?
– Nie możecie spotkać się w klasie. To musi być Hogsmeade.
– Żaden problem. – Albus zmarszczył brwi, a chłopcy ukryli twarze w dłoniach. Najwyraźniej nie podzielali jego zdania. – Skończcie, przecież wszystko będzie dobrze...
– Nieszczególnie, tłumoku! – syknął blondyn. – Czyżbyś zapomniał, że rodzice wycofali ci zezwolenie na wycieczki szkolne, bo najwyraźniej renegaci chcą cię... Och, kurcze, właśnie uciekło mi słówko... Hm, chyba zaczynało się na literę „u”...
W parodii głębokiego namysłu Morrison przyłożył palec do ust.
– Uraz?
– Nie, nie do końca...
– Ubić?
– Prawie, ale trochę dłuższe...
Vincent palnął się w czoło.
– Ukatrupić! – wykrzyknął, a kilku pobliskich uczniów spojrzało na nich z widocznym zaciekawieniem.
Scorpius pstryknął palcami.
– O właśnie, ukatrupić! – powtórzył sarkastycznie, odwracając się do przyjaciela. – Renegaci pragną twojej zguby – podkreślił ściszonym głosem. Wyglądał śmiertelnie poważnie, a z jego dotychczas okraszonego sarkastyczną nutą głosu zniknęła wszelka humoreska, zastąpiona zmartwieniem.
Albus parsknął.
– Uwierzcie, Waddlesworth nie jest aż takim kretynem. – Spróbował rozładować sytuację. – Ostatnim razem stracił najlepszego człowieka. Młot ma pogruchotaną rękę i z pewnością wszyscy renegaci poznali szczegóły wypadku; wiedzą, że w podobny sposób skończy się każda próba zaciągnięcia mnie do kwatery głównej, zwłaszcza w biały dzień. Zobaczycie, będzie dobrze.
– Ogarnij szerszą perspektywę. Problemem nie jest tylko twoje bezpieczeństwo w Hogsmeade, ale również dotarcie na miejsce. – Scorpius zachował zdrowy rozsądek, a przyuważywszy zainteresowanie Handita, machnął różdżką. – McGonagall zabroniła ci wycieczek i poinformowała innych nauczycieli o tym zakazie. W jaki sposób zamierzasz się wymknąć ze strzeżonego zamku?
Albus się spiął.
– Skupmy się na razie na tym, żebym się w ogóle umówił. Potem spróbujemy odpowiednio to rozegrać.
Chłopcy wymienili między sobą sceptyczne spojrzenie i, co zaskakujące, to Morrison odezwał się pierwszy.
– Obaj dobrze wiemy, że bardzo lubisz Mirrę, ale może jednak powinieneś bardziej pomyśleć nad swoim bezpieczeństwem. Czy pamiętasz naszą rozmowę na temat bycia lekkomy...? – urwał, gdyż Albus uniósł w górę dłoń.
– Chcecie, żebym miał dziewczynę, czy nie? – zapytał twardo.
Ślizgoni, choć niepewni jego argumentacji, przytaknęli.
Termin następnej wycieczki przypada na końcówkę kwietnia, więc w sumie Albus miał ponad miesiąc na przygotowania – do tego czasu z pewnością zdąży też wykombinować, w jaki sposób niepostrzeżenie opuści zamek. Najpierw pomyślał o wykorzystaniu peleryny niewidki, ale potem uświadomił sobie, że manewrowanie pomiędzy ludźmi z narzuconym na głowę płaszczem, unikając ocierania i wszelkiego dotyku, mogłoby sprawić mu niemały problem. Jak niegdyś słusznie powiedział Scorpius, peleryna niewidka może i sprawiała, że użytkownik był niewidoczny dla ludzkiego oka, ale nie zapewniała absolutnej nieuchwytności. Co więcej, mierzwiło go niejasne przeczucie, że James dobrze wiedział, że rodzice zakazali mu wycieczek do wioski i przy pierwszej nadarzającej się okazji śmiało wykorzystałby swoją pozycję, aby bardziej go pilnować. Przemyślawszy wszystkie za i przeciw zdecydował się skoncentrować na szczegółowym opracowaniu pierwszego, najważniejszego kroku, a mianowicie na posiadaniu powodu, dla którego wymknąłby się z zamku.
Mimo że swobodnie rozmawiał z Mirrą, jeszcze nigdy nie miał równie wielkich problemów z zadaniem jej prostego pytania. Chociaż wymieniali nieśmiałe uśmiechy i radośnie do siebie machali na korytarzu, pomiędzy tymi rozmowami i subtelnym dotykiem, ciągle odnosił wrażenie, że okazja prześlizguje mu się przez palce. Jak się okazało, nie potrafił niczego zaplanować. Oczywiście, nie bez powodu.
Niestety, dziewczyna wciąż miała towarzystwo. Na zajęciach gryfoni trzymali się w większej (co najmniej czteroosobowej) grupie, więc nie miał okazji do porozmawiania z nią na osobności. Mirra zawsze była otoczona ludźmi, najczęściej wściekłym jak osa Eckleyem, bądź wyniosłym i aroganckim Hornsbrookiem. O ile Scorpius i Morrison wykazywali trochę sprytu i przy każdej nadarzającej się okazji zostawiali ich samych, z Rose było wręcz przeciwnie. Niespodziewane przeciwności losu sprawiały, że Albus zaczął się nawet zastanawiać, czy nie powinien przypadkiem zaczaić się na Mirrę w pobliżu damskiej łazienki, chociaż skorzystanie z pomocy Mapy Huncwotów wykluczało wszelką romantyczność. Co gorsza, za każdym razem, gdy dziewczyna siedziała w bibliotece, towarzyszył jej albo Hugo, albo Lily.
– Mirra jest pilnie strzeżona. Nie wiem, co mam robić – powiedział żałośnie do przyjaciół na opiece przed magicznymi stworzeniami. – W jaki sposób mogę złapać ją samą...? – zapytał, ponownie machając do ukochanej.
– Lassem, stary. – Uśmiechnął się szeroko Morrison.
Najlepszą okazję do wystosowania zaproszenia okazały się więc wspólne lekcje. Ograniczeń było całkiem sporo, bo ślizgoni mieli z gryfonami tylko zielarstwo, opiekę oraz eliksiry. Nie chcąc wzbudzić podejrzeń Neville’a i Hagrida, postanowił postawić na nieuwagę Blackwood.
– No dobra, bez pośpiechu. Powodzenia, stary. – Morrison klepnął go w ramię, gdy mieli zajmować miejsca.
Mirra zazwyczaj siedziała z tyłu z Rose, więc Albus, z nadzieją na możliwość konwersacji, zdecydował się usiąść bliżej środka aniżeli zazwyczaj. W podziękowaniu skinął przyjacielowi głową, podczas gdy nauczycielka omiatała uczniów spojrzeniem.
Blackwood wciąż była załamana. Chociaż nadal miała mocno przekrwione oczy i rozczochrane włosy, przestała wzbudzać szalone zainteresowanie wśród zaciekawionych studentów. Groteskowy wygląd sprawił, że straciła sporo na poważaniu, gdyż w klasie panował harmider – wszyscy szczebiotali, a pani profesor próbowała omówić przygotowywany dziś eliksir.
– Wywar dekompresyjny[2] – zaszlochała. – Składniki są w szafce...
Albus szybko spojrzał na Mirrę, która rzuciła mu promienny uśmiech i odwróciła się do Rose, po czym zerknął w bok i przymknąwszy oczy, wziął głęboki, uspokajający oddech. Gdy podniósł powieki, ujrzał potrząsającego z dezaprobatą głową Scorpiusa, który pomimo upływu dni, wciąż dawał mu jasno do zrozumienia, że nie pochwala podjętej inicjatywy. Stojący obok niego Morrison miał nieczytelny wyraz twarzy – od czasu rozmowy o czyhającym niebezpieczeństwie przestał je wypominać. W ostatecznym rozrachunku przyjaciele nie mieli innego wyjścia, jak zaakceptować rzeczywistość. Zdecydowanie nie zamierzał pozwolić, żeby wszystkiego jego plany związane z Mirrą legły w gruzach, ponieważ Waddlesworth próbował go zastraszyć przy pomocy swojego ograniczonego osiłka. Jakby na sprawę nie spojrzeć – najprawdopodobniej i tak rozeszłaby się po kościach. Na ten moment więc zostały mu dwie rzeczy, o które powinien się martwić, a mianowicie o zaproszenie dziewczyny na randkę i dotarcie na miejsce.
Nad eliksirem pracował w ciszy, podobnie jak Scorpius i Morrison. Mikstura nie była szczególnie trudna, aczkolwiek żywił cichą nadzieję, że Mirra poprosi go o pomoc. Skoncentrował się na zawartości kociołka i pozwolił swoim myślom wędrować wokół zbliżającej się rozmowy.
W jaki sposób powinien się zachowywać...? Czy pokazać się od wesołej strony i okrasić zaproszenie zabawową nutą? Nie, to nie najlepszy pomysł. Zdecydowanie nie chciał, aby dziewczyna nie potraktowała go poważnie i odmówiła wspólnemu wyjściu przez wzgląd na głupio rzucony żarcik. Czy powinien być słodki albo szczery...? Nie zamierzał wychodzić na rozemocjonowaną ciapcię. Och, zdeterminowany. Właśnie tego słowa szukał – powinien okazać żarliwość i motywację. Najważniejsze, żeby nie działał zbyt agresywnie...
Nagle po klasie rozszedł się jakiś dziwny skrzek. Automatycznie się wyprostował i rozejrzał wokół dziko, całkowicie rozproszony. Spodziewał się zobaczyć spieszącego do toalety ucznia, ale całkowicie się przeliczył. Najprawdopodobniej wszyscy przewidywali podobny scenariusz, a gdy się zawiedli, patrzyli po sobie, zdekoncentrowani. Wtem Blackwood gwałtownie wstała z krzesła i popędziła ku drzwiom wyjściowym z pracowni. W drodze zakrywała usta i mamrotała pod nosem ciche przeprosiny.
– Wybaczcie, potrzebuję skorzystać z toalety...
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, klasa od razu wzięła się za obgadywanie powodów jej dziwacznego zachowania. Gdy wykończyli temat, wrócili do rozmów.
Zrozumiawszy, że w gruncie rzeczy jest jedyną osobą, która wiedziała, dlaczego Blackwood płacze po kątach, Albus zmarszczył brwi. Może kiedy nauczycielka wróci, powinien podnieść ją na duchu wspierającym uśmiechem...? Czekał na nią całą lekcję, ale ponownie przeżył zawód. Nie dane mu było wesprzeć kobiety, gdyż ta najzwyczajniej w świecie nie wróciła do sali przed końcem zajęć. Gdy zadzwonił dzwonek, przestał się spinać, nie rozumiejąc, czemu pocieszenie znienawidzonej profesorki było dla niego takie ważne. Razem z innymi uczniami w spokoju napełnił szklanką fiolkę uwarzonym eliksirem i tradycyjnie podpisaną, odłożył na biurku.
– Blackwood ma się gorzej, prawda? – podsumował Morrison, kiedy wyszli na korytarz i zaczęli maszerować w kierunku pokoju wspólnego. – Naprawdę nie miałem na myśli niczego złego! – Uniósł obronnie ręce, kiedy brunet rzucił mu chłodne spojrzenie. – Słuchajcie. Czaję, czemu jest smutna, ale... Ech, ciężko powiedzieć. Współczuliście jej kiedyś...? – spytał przyjaciół.
– Tak. – Albus nie miał nic do ukrycia. Scorpius zaś nie odpowiedział, a mocno się zaczerwienił.
Poniekąd to rozumiał. Malfoy nie darzył Blackwood ani gramem sympatii, ponieważ co lekcję musiał znosić publiczne upokorzenia oraz znęcanie.
– Mniej więcej. – Scorpius pokręcił głową, jakby w poszukiwaniu dobrego uzasadnienia swojego zdania. – Wiem, dlaczego jest podłamana, ale... – Zacisnął usta. – Ech, nieważne...
– Nie miałeś przypadkiem zrobić czegoś mega ważnego, stary? – zapytał przyjaciela Morrison po dłuższej chwili milczenia.
Albus chciał się kopnąć w tyłek.
– Jasna cholera! – krzyknął, a jego głos poniósł się echem po lochach. Natychmiast obejrzał się przez ramię, ale dziewczyna zniknęła za rogiem. – Wielkie dzięki, że przypomniałeś mi po fakcie! – splunął ze złością, chociaż dobrze wiedział, że przyjaciel w niczym nie zawinił. Gdy Blackwood opuściła pracownię, miał doskonałą okazję, żeby zaprosić Mirrę na randkę, ale – oczywiście – zagubił się w myślach i przespał okazję.
– Wybacz, stary. Byłem święcie przekonany, że specjalnie zwlekasz. – Vincent zachichotał. – Na następnej lekcji się nie zagapisz. Jeżeli znów nawalisz, to wiesz... lassem!
Po wejściu do pokoju wspólnego od razu skierowali się do dormitorium. Scorpius jednak, z niewiadomych powodów, zawiesił się na zadanym wcześniej pytaniu.
– W porządku, wracając do tematu. Jest mi źle, że spotkała ją krzywda, ale... nie jest mi smutno, że popadła w depresję... – wytłumaczył powoli, kiedy rzucił torbę w kąt i usiadł na brzegu swojego łóżka.
– Okej, starczy. – Morrison ziewnął i zwinął się w kłębek.
– Ale rozumiecie, co mam na myśli?
– Tak, jeśli przestaniesz.
Albus również usiadł na łóżku i spojrzał uważniej na Scorpiusa, który z minuty na minutę czuł się coraz to bardziej niekomfortowo.
– Nie sądzicie, że to dziwne? W sensie Fairhart i Blackwood. – Malfoy uniósł brwi. – Gdybyś mnie nie naprowadził, nigdy bym nie powiedział.
– Chyba nie byli parą. Łączyła ich silna więź, ale randkowali – odparł.
Morrison zachichotał.
– Całkiem oczywiste, stary – stwierdził. – Fairhart, co prawda, był niesamowitym czarodziejem, ale wyraźnie widać między nimi różnicę.
– Wygląd to nie wszystko. Wystarczy zerknąć na Albusa. – Uśmiechnął się Scorpius. – To najprostszy facet, jakiego znam, a radzi sobie całkiem dobrze – dodał, podnosząc kciuki do góry.
– Dzięki, rozpogodziłeś mi dzień. – Ślizgon nie wiedział, czy powinien uznać powyższe za komplement, czy też nie. – Masz poniekąd rację. Fairhart... wiedział wiele o dziewczynach – powiedział, z bólem serca przypominając sobie rozmowę z zeszłego roku i rady, których mu wówczas udzielił; potem wrócił wspomnieniami do trzeciego roku. Naprawdę wiele zyskał dzięki Sancticusowi Fairhartowi. Gdyby nie wskazówka na temat koleżeństwa, czy zawędrowałby tak daleko...?
Scorpius i Morrison dalej drążyli temat, ale Albus przewrócił się na bok. Chciał zwyczajnie odpocząć, chociaż nie był zmęczony.
Fairhart do końca służył mu pomocą. I pomyśleć, że nie zdążył należycie mu podziękować.
Automatycznie zastanowił się nad sytuacją Blackwood i jej płaczem w toalecie. To nieistotne, czy byli jedynie przyjaciółmi, czy skrytymi kochankami, Fairhart bardzo się o nią troszczył. Naraziwszy się na niebezpieczeństwo, zawędrował na grząski grunt i przeprowadził nawet małe prywatne dochodzenie na temat Lucjusza Malfoya. Zgromadził najważniejsze informacje, aby przynieść ukojenie bliskiej sobie osobie – pomógł odszukać mordercę rodziców przyjaciółki. Chociaż Fairhart odszedł do krainy umarłych, Albus poczuwał się w obowiązku, żeby poniekąd zająć jego miejsce i ulżyć nauczycielce w bólu.
Podniósł się i przeszukał swój bagaż, po czym wyjął Mapę Huncwotów. Stuknął w nią różdżką, wymruczał inkantację i skupił się na pojawiających się liniach.
– Co robisz? – zapytał Scorpius, wciąż sprzeczając się z Morrisonem.
– Nic szczególnego – odpowiedział bezceremonialnie. – Możesz spokojnie wrócić do kłótni.
Blondyn wzruszył ramionami i rzeczywiście wrócił do rozmowy, podczas gdy Albus zlokalizował nazwisko nauczycielki. Wyglądało na to, że w końcu wróciła do swojej pracowni. Być może po prostu potrzebowała chwili z daleka od ludzi. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jej kropkę, ale ta pozostała nieruchoma niczym kamienny posąg. Najwyraźniej korzystała z samotności, siedząc przy biurku.
– Za moment wracam – zakomunikował cicho przyjaciołom, po czym wyczyścił i schował Mapę. Pięć minut później szedł już znajomymi korytarzami i starał się wymijać mijających go uczniów.
Stanąwszy pod salą eliksirów, westchnął głęboko. Zebrawszy się na odwagę, stanowczo zapukał w zamknięte drzwi. Gdy nie otrzymał odpowiedzi, nie dał się zwieść – doskonale wiedział, że Blackwood jest w środku. Wiedział, że w gruncie rzeczy nie powinien jej przeszkadzać, ale kierował się najlepszymi intencjami.
– Wejść. – Głos kobiety był stłumiony.
Jak się okazało, miał rację. Nauczycielka rzeczywiście siedziała przy biurku, w niemalże całkowitej ciemności. Oczy miała zaczerwienione i opuchnięte – najprawdopodobniej przeszkodził jej w rozpaczaniu. Zobaczywszy ucznia, przetarła twarz dłonią i odgarnęła z twarzy tłuste, splątane włosy, niegdyś piękne i błyszczące.
– Tak? – zapytała przymilnym tonem.
Albus z wrażenia przystanął w miejscu. Wspomnieniami wrócił do ich pierwszej rozmowy, tej o quidditchu. Blackwood była wówczas szorstka i nieprzyjemna, wykazywała bardzo lekceważące podejście do sprawy. Wtedy nawet nie pomyślał, że któregoś dnia będzie jej współczuł.
– Ekhem. – Chrząknął, a kiedy podszedł bliżej, zauważył, że musiała się wpatrywać w starą leżącą na blacie, pogniecioną fotografię. Z pewnym wstrząsem uświadomił sobie, że to zdjęcie przedstawiające cztery osoby – renegatów z Wybawczego Aliansu Różdżek, gdzie Fairhart ustawił się w rogu... Kiedy nauczycielka zobaczyła jego wędrujący wzrok, szybko sprzątnęła fotografię z biurka.
– Tak? – powtórzyła. – W czym mogę ci pomóc?
– Ekhem. – Chrząknął ponownie, bo zawczasu nie sprecyzował swoich słów. Zamiast tego, sięgnął do kieszeni szaty, wyciągnął srebrny pierścionek, a następnie położył go na blacie. Blackwood natychmiast zbladła i zaczęła się pocić.
Mimo zrozumienia wyglądała na przerażoną.
– Skąd go masz? – zapytała chłodno, ściszonym głosem, bez jakiejkolwiek przyjemnej nuty.
Nie potrafił jej winić. Z ledwością wyobrażał sobie mętlik, jaki najprawdopodobniej miała teraz w głowie. Gdyby był na jej miejscu, z pewnością nie wiedziałby, które pytanie powinien zadać jako pierwsze. Czy zastanawiała się, w jaki sposób wszedł w posiadanie pierścienia...? Albo: dlaczego go przekazuje...? O ile wiedział, Blackwood nawet nie przypuszczała, że którykolwiek z uczniów jest świadomy szczegółów z jej życia prywatnego.
– To nieistotne – podsumował, ponownie dotykając srebrnego sygnetu. – Po prostu pomyślałem sobie... – nie wiedział, jak powinien zakończyć ten niespójny bełkot – że może... chciałaby pani go mieć...
Kobieta się zagapiła, przez co unikała nawiązywania kontaktu wzrokowego. Pierścień miał w sobie cząstkę Fairharta, a więc będzie o nim przypominać. Co prawda, oddanie srebra jest niewystarczające do ulżenia w bólu, ale przynajmniej tyle mógł uczynić.
Blackwood nie odezwała się ani jednym słowem. Nie sięgnęła po pamiątkę, ani jej nie odepchnęła, po prostu się przyglądając. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła lub nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Albus, zdając sobie sprawę, że nie jest jej łatwo, i że musiałby długo czekać na odpowiedź, odwrócił się i wyszedł. Zrobił to, co chciał. Pierścień zyskał nową właścicielkę.
Zamknął za sobą drzwi do pracowni eliksirów, po czym energicznym krokiem zaczął przemierzać korytarze lochów. Miło było spełnić dobry uczynek. Co więcej, odnosił dziwne wrażenie, że oddanie Blackwood sygnetu w niewyjaśniony sposób przybliżyło go do Fairharta. Cieszył się, że mógł pomóc, nawet jeżeli nie zrobił za wiele.
Mimowolnie się zastanowił, co nauczycielka dalej pocznie. Srebro może jej ciążyć w kieszeni, ponieważ wciąż przynależała do Wybawczego Aliansu Różdżek. Harry Potter był przekonany, że to Warren Waddlesworth jest odpowiedzialny za śmierć Fairharta, a tata rzadko kiedy się myli. Czy Blackwood wiedziała? Czy zdawała sobie sprawę, że identyfikuje się z ludźmi, którzy zabili bliską jej osobę?
Czy właśnie nad tym rozmyślała za każdym razem, gdy wymykała się do Hogsmeade?
Albus zatrzymał się wpół kroku. Za każdym razem, gdy wymykała się do Hogsmeade... Próbując okazać wsparcie i ulżyć zbolałej kobiecie w niedoli, odkrył rozwiązanie własnego problemu. Odpowiedź była prosta. Aż nie mógł uwierzyć, że wcześniej o niej nie pomyślał. Był przecież sposób na wymknięcie się z zamku bez narażania peleryny niewidki.
– Weź na wstrzymanie, stary. Daj sobie spokój. – Morrison pokręcił głową, gdy Albus następnego dnia przy śniadaniu wyjawił przyjaciołom swoje randkowe plany. – Nie masz żadnej pewności, czy ten tunel faktycznie prowadzi do Hogsmeade. Wyjdziesz na stuprocentowego głupka, gdy okaże się, że wleziesz do damskiej łazienki, czy czegoś równie absurdalnego...
– Jestem święcie przekonany, że prowadzi do Hogsmeade – powiedział pewny swojego Albus. – Blackwood nie szukała samotności jeszcze przed śmiercią Fairharta. Chodziła na spotkania Wybawczego Aliansu Różdżek! To na pewno jest tajne przejście, więc wizyta w wiosce nie będzie dla mnie żadnym problemem.
– No dobrze, ale do jakiego miejsca konkretnie prowadzi ten tunel? – argumentował Morrison. – Wyjdziesz z ukrytych drzwi? Zejdziesz po drabinie? Wyczołgasz się z klapy w podłodze? Wypadniesz ze ściany? Gdzie?
Albus wzruszył ramionami.
– Będę się tym martwił, kiedy wdrożę plan w życie. Wszystko, czego teraz potrzebuję, to zaprosić Mirrę na randkę. Jutro mamy opiekę nad magicznymi stworzeniami. – Spojrzał na Malfoya, który jadł w milczeniu i sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. – Czy mogę liczyć, że spróbujecie wygospodarować nam trochę czasu we dwoje? – zapytał, patrząc pomiędzy przyjaciółmi.
Jeden ochoczo skinął głową, a drugi rzucił mu dość agresywne spojrzenie.
– Wiesz, że będziesz współodpowiedzialny? – zapytał Scorpius Morrisona.
– O co ci chodzi?
– Wciąż uważam, że to bardzo zły pomysł. – Odwrócił się do Albusa. – Niezależnie od tego, czy znajdziesz sposób na wymknięcie się do Hogsmeade, nadal myślę, że powinieneś siedzieć na dupie w zamku.
– Och, patrzcie państwo, kto zabiera głos w kwestii złych pomysłów – zaszydził, grożąc mu palcem. – Nie zostawiłem cię w potrzebie, stary. Pomogłem ci z planem, więc się zrewanżuj. Zniknę na zaledwie jeden dzień!
Scorpius wydał z siebie zirytowany dźwięk, będący czymś pomiędzy jękiem a skomleniem.
– Nie miej mi tego za złe, ale liczę, że Mirra ci odmówi.
Albus przewrócił oczami, ale koniec końców uznał, że dostał błogosławieństwo na drogę. Zgodnie z początkowymi założeniami, zanim rozpoczęła się opieka, stanął na trawie przed chatką Hagrida z pewną siebie miną.
Gdy nauczyciel wyszedł z domu, uśmiechnął się do przybyłych w oczekiwaniu na pozostałą resztę uczniów. Gryfoni tradycyjnie szli w mniejszych grupkach, które prowadził rozwścieczony Eckley. Kiedy wypatrzył w tłumie Mirrę, pomachał jej na przywitanie, ale potem uświadomił sobie, że może jest zbyt nachalny, więc się wstrzymał. Graj fajnego, stary, powiedział w głowie.
– Malusie podsumowanie dzisiejszej roboty – powiedział Hagrid, gdy wszyscy znaleźli się w zasięgu słuchu. – Czas na salamandry! Trochę se pogadaliśmy o nich w zeszłym roku, to może ciutkę pamiętacie...
Klasa wydała z siebie zbiorowy jęk, ale Albus zarejestrował, że kilkoro gryfonów i ślizgonów westchnęło z ulgą. Ze wszystkich dziwacznych i mało bezpiecznych zwierząt, którymi musieli się zajmować w przeciągu tych dwóch lat, salamandry nie należały do najgorszych. W gruncie rzeczy osobiście był raczej zadowolony, że nie musiał zaprzątać sobie głowy nieśmiałkami.
Nauczyciel kilkakrotnie wchodził i wychodził ze swojej chatki, za każdym razem przynosząc po kilka klekoczących skrzyń. Klasa zbliżyła się do nich zdenerwowana, po czym zrobiła krok w tył, widząc małe, jasnopomarańczowe jaszczurki.
– Dzisiaj tylko karmienie, ale na następnej lekcji będzie ciekawiej – zakomunikował Hagrid. – Mam no tu ciupkę smacznych jagód, ich ulubiene...
Albus wziął jedną salamandrę – miała dobre dwie stopy długości, ale nie była ciężka – i pomaszerował z nią w pobliże Zakazanego Lasu, z daleka od miejsca, w którym profesor co chwila rzucał jakimiś losowymi informacjami na temat jaszczurek. Beztrosko zaczął wpychać jagody w usta zwierzęcia, nie bardzo się przejmując, czy pokarm jest odpowiednio gryziony, czy też nie. Cały czas wpatrywał się w Mirrę, która razem z Rose wybrała sobie miejsce na trawie, gdzie mogła na spokojnie roztoczyć opiekę nad swoją salamandrą.
Ślizgoni również usiedli na trawie, wyraźnie niezainteresowani przedmiotem zajęć. Morrison w pierwszym dogodnym momencie wyrzucił otrzymane jagody na poczet zabawy z bestyjką, która zachęcona serdecznym śmiechem, śmiało lizała go po twarzy. Scorpius z kolei czytał jedną ze swoich książek, podczas gdy jego jaszczurka jadła jedną jagodę za każdym razem, gdy przewracał kartkę.
Albus zmarszczył brwi – potrzebował pomocy przyjaciół, żeby spędzić z Mirrą trochę czasu. Przez piętnaście minut zastanawiał się, w jaki sposób niepostrzeżenie zwrócić na siebie ich uwagę, poświęcając swojemu stworzonku coraz to mniej atencji.
– Salamandry są z natury zimnokrwiste – kontynuował wykład Hagrid. – Nie pasi im słońce, więc często chowają się pod skałami. Karmicie je jagodami, ale na co dzień polują na mniejsze jaszczurki. Się wie, że ich taka prawdziwa dieta składa się ino z ognia[3]...
– Ale nie zaczną nagle pluć ogniem ot, tak sobie? – zapytała Denise Toils.
– Tylko sprowokowane – odpowiedział ponuro nauczyciel. – I teraz żem se przypomniał. Nie drażnijcie salamander! – ryknął do całej klasy.
Albus zachichotał i podjął decyzje. Zdecydował się na bombardowanie, więc rzucił jedną jagodą w chłopaków. Oboje spojrzeli na niego z zaciekawieniem. Wykonał bliżej niezidentyfikowany ruch ręką, mający symbolizować, że potrzebuje wsparcia. Scorpius tylko westchnął ciężko, zaś Morrison od razu zabrał się do pracy.
– Hej, Rose! – Morrison szarpnął głową w kierunku dziewczyny. – Czy możesz nam pomóc nakarmić tego jaszczurka? Ciągle gryzie mnie w palce...
Weasley pokręciła z politowaniem głową i powiedziała Mirze, ze zaraz wróci, a następnie podeszła do chłopaków, podczas gdy Mirra wciąż głaskała salamandrę. Idealnie. Punkt pierwszy odhaczony. Czas na atak, pomyślał i rzucił szybkie spojrzenie Eckleyowi, który czaił się nieopodal i też sprawdzał, czy ma wolną drogę. Albus nie zamierzał zaprzepaścić szansy i puścić rywala przodem, więc natychmiast poderwał się z miejsca i podszedł do gryfonki.
– Hej. – Usiadł obok i rozejrzał się wokół, żeby upewnić się, że nikt im nie przeszkodzi. Eckley spiorunował go wzrokiem, ale przyznając się do porażki, odwrócił się na pięcie i odszedł na kilka metrów.
– Hejka. – Uśmiechnęła się wesoło Mirra. – Zakończyłeś karmienie?
– Och, tak. Mała więcej w siebie nie zmieści – skłamał. – Chyba czas na drzemkę, więc pomyślałem, że podejdę i obczaję twoją bestyjkę.
Dziewczyna obejrzała się przez ramię.
– Jak dla mnie to wygląda na całkiem rozbudzoną – stwierdziła, uśmiechając się jeszcze szerzej.
Albus także się odwrócił i zobaczył, że jego zwierzątko wbiega do Zakazanego Lasu i znika z pola widzenia. Nie próbując na siłę wymyślić innego wytłumaczenia, po prostu wzruszył ramionami.
– Tak czy inaczej... – zaczął, zbyt zdeterminowany, aby zaprosić Mirrę na randkę. Zbierając się na odwagę, poczochrał sobie włosy, a Mirra zachichotała. – Yhym, skoro jesteśmy we dwójkę... W następne Hog... Chciałem... Słyszałem, że za dwa tygodnie ma być wycieczka do Hogsmeade i zastanawiałem się, czy...
– Tak – wypaliła, a potem zasłoniła usta dłonią.
– Co...? – zapytał, zszokowany.
– Przepraszam – powiedziała, gwałtownie czerwieniejąc. – Mów dalej...
– Nie, nie, czekaj... Czy ty...?
– Przepraszam, naprawdę kontynuuj...
– Mówiłem, że... Czy chcesz iść ze mną...? W sensie, że do Hogsmeade... – wydukał.
Mirra pokiwała gwałtownie głową, a żołądek Albusa zacisnął się z nerwów. To zbyt cudowne, aby było prawdziwe. Musiał się upewnić, że dobrze zrozumiał.
– To będzie... randka, prawda...? – wyjąkał. – Ekhem, tylko we... dwoje...?
Dziewczyna się roześmiała.
– Tak, zdecydowanie – powiedziała tonem sugerującym, że rozmawia z małym dzieckiem. – Randka. We dwoje.
Albus wsadził dłonie w kieszenie i odwrócił głowę, żeby ukryć szeroki uśmiech. W desperackiej próbie pozowania na fajnego i pewnego siebie faceta wzruszył nonszalancko ramionami.
– Okej, czyli ustalone – podsumował i wstał, żeby odejść.
– Poczekaj!
– Hm...?
Mirra zmrużyła podejrzliwie oczy. Gdy zobaczył tę zmianę, uśmiech znikł mu z twarzy.
– Możesz w ogóle iść do Hogsmeade? – zapytała poważnie.
– Co? O czym ty mówisz? – zaśmiał się nerwowo. – Jasne, że tak!
Zmarszczyła brwi.
– Mogłabym przysiąc, że miałeś zakaz.
– Skąd wiesz? – zapytał, zaciskając dłonie w pięści.
– Od Rose – przyznała. – Ona zaś od Scorpiusa.
Albus spojrzał dyskretnie na przyjaciela, a w myślach próbował się zorientować którego dnia miała miejsce ta rozmowa. Musiał znaleźć sposób na obejście ograniczeń.
– Cóż, to prawda, ale zakaz był czasowy – wytłumaczył ze spokojem. – Znów mam pozwolenie.
Mirra nadal patrzyła na niego podejrzliwie. Albus zdecydowanie nie lubił być przesłuchiwany, nawet przez ukochaną.
– W porządku, zróbmy w ten sposób. Udowodnię, że moi rodzice wydali zezwolenie. Zwyczajnie przyjdę do Hogsmeade – zaproponował. – Nie opuszczę przecież zamku bez ważnej zgody – dodał bezczelnie.
– Och, naprawdę? – W niewiarygodnie pięknym stylu założyła ręce na biodra. – Wiem, co skrywasz w szafie. Nie skorzystasz przypadkiem ze specjalnego stroju na podobne okazje?
– Spokojnie, oddam ci pelerynę. Zyskasz pewność, że nie ucieknę się do nikczemnych środków – odpowiedział, a dziewczyna uniosła ze zdziwienia brwi. – Może przeddzień wycieczki?
– W porządku, trzymam cię za słowo. – Uśmiechnęła się słabo Mirra. – Nie użyjesz zaczarowanego płaszcza.
– Nie użyję. – Uniósł w górę dłonie.
– Umowa stoi – podsumowała, a następnie wróciła do swojej salamandry. Wtedy też momencie wróciła Rose, wyraźnie rozdrażniona tym, że musiała pomagać koledze z beznadziejną ręką do zwierząt. Zanim Albus zostawił dziewczęta same, obdarzył Mirrę szerokim uśmiechem.
– Jak poszło?
– Umówiliśmy się na randkę – powiedział triumfalnie, wyrzucając w górę zaciśniętą pięść.
Morrison z aprobatą uniósł kciuki, zaś Scorpius sprawiał wrażenie niezadowolonego. Albus postanowił się nim nie przejmować, bo powoli podekscytowanie brało go w posiadanie.
Po skończonej lekcji przyjaciele poszli do Wielkiej Sali na lunch, a on zapewnił ich, że dołączy później. Z początku trochę niemrawo kręcił się po zamku, a potem niby przypadkiem zawędrował na trzecie piętro.
Uprzednio sprawdziwszy korytarz, przystanął przed posągiem jednookiej wiedźmy. Oczywiście, nie zamierzał zawczasu ryzykować, ale dobrze wiedzieć, że to mało uczęszczana miejscówka. Przyłożył dłoń do statuy i potarł biały marmur, zupełnie jakby prosił o szczęście i pomyślne wiatry. Nie mogąc się powstrzymać, wyszczerzył zęby, zadowolony.
Gunhilda stanowiła jego przepustkę do Hogsmeade. Tajne przejście zapewni mu pierwszą w życiu randkę. Za dwa tygodnie zmyje z siebie całą hańbę. Za dwa tygodnie wszystko się zmieni...
*
Warren Waddlesworth odchylił się na krześle. Ważąc kieliszek wina w dłoni, pozwolił sobie na chwilę wytchnienia. Chciał się zrelaksować i uspokoić umysł, zebrać myśli. Odprężający moment przerwało mu jednak pukanie w drzwi.
– Wejść – powiedział ostro.
Gburowato wyglądający mężczyzna o srebrzystych włosach wszedł do małego, aczkolwiek schludnego gabinetu. Przez chwilę przyglądał się zawieszonym na ścianie ekstrawaganckim obrazom i szkarłatnemu dywanowi, po czym odchrząknął, chcąc coś zakomunikować. Uświadamiając sobie publikę, zerknął w lewo. Niedbale oparty o ścianę stał Młot, sprawiając wrażenie toczącego wewnętrzną walkę czarodzieja; miał obandażowaną rękę.
– Jakieś informacje, Lawson? – zapytał Waddlesworth, rzucając mu oceniające spojrzenie. Na chwilę zatrzymał się na srebrnym emblemacie przyszytym do czarnej szaty.
– Dostaliśmy wiadomość od Hornsbrooka, proszę pana.
Warren odłożył kieliszek wina.
– Kontynuuj. – Machnął ręką.
Lawson ponownie odchrząknął. Był wyraźnie zdenerwowany, ponieważ Młot nie odrywał od niego wzroku.
– Syn powiedział Ho... Hornsbrookowi, że dzieciaka Pottera nie będzie na wycieczce w Hogsmeade. To całkiem pewna informacja, bo chłopcy są na jednym roku w szkole i mają ze sobą kilka przedmiotów.
Waddlesworth rzucił mu kamienne spojrzenie. Oczekiwał złych wieści, a te nie należały do najgorszych. Upił łyk wina, po czym przemówił.
– Rozumiem, trochę niefortunnie.
Lawson przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Przez moment zmagał się ze samym sobą, czy powinien zabrać głos, czy też milczeć.
– To raczej dobrze. Ares nie dostanie chłopca.
– Niestety, my również zostaniemy z niczym – podsumował Warren. – Wedle mojego źródła Ares zaatakuje Hogsmeade w poszukiwaniu Albusa Pottera. Planowaliśmy wówczas zlikwidować chłopca i winą obarczyć Diabli Alians, bądź Apostołów Zmian, nazwa nieistotna. – Machnął lekceważąco ręką. – Mieliśmy skorzystać ze sposobności w postaci wycieczki szkolnej – gdy wszyscy panikują, sprawy same się rozwiązują. Niemniej jednak się dostosujemy. Nasz priorytet nijak się zmienił. Wciąż potrzebujemy zająć się chłopcem, zanim Ares dostanie od niego to, czego pragnie.
– Hm, nadal nie wiemy, czym jest ta rzecz...? – zapytał Lawson.
– Niestety. Jeśli wszystko pójdzie wedle planu, nigdy nie uzyskamy tej informacji, a atak Aresa spowoduje niemały zamęt w społeczeństwie. Opinia publiczna, naturalnie, zwróci się do Wybawczego Aliansu Różdżek z prośbą o pomoc, bo Ministerstwo Magii jest obecnie kompletnie bezużyteczne, zwłaszcza odkąd odsunęło od władzy Harry’ego Pottera. Najlepsze, co możemy teraz zrobić, to zlikwidować chłopca przed atakiem lub w trakcie zamieszania. Ares zostanie z niczym, a my pokażemy światu, że stanowi wielkie zagrożenie.
– Jak tego dokonamy...? – Lawson był zaskoczony, że mógł prowadzić z Waddlesworthem poważną dyskusję, podczas gdy Młot łypał na niego zazdrośnie.
– Grunt jest w pełni przygotowany. – Warren zacisnął usta. – Czas zabić Albusa Pottera. Ida stoi na najodpowiedniejszej pozycji, więc wystarczy listownie poinformować ją o następnym zadaniu. – Uniósł jedną brew, kiedy podwładny otworzył buzię, aby zaprotestować. Przyniosło to oczekiwany efekt. – Widzisz jakiś problem, Lawson? – Odrzucił do tyłu długie rude włosy.
– Żaden, proszę pana. Uważam jednak, że Ida może nie zareagować najlepiej. Wciąż jest dręczona przez szczegóły poprzedniego zadania...
– Udowodniła swoją lojalność. – W głosie Waddleswortha słyszalna była stalowa nuta. – Przyznaję, że ostatnia misja przysporzyła jej sporo... kłopotu, ale zrozumiała, co tak naprawdę jest ważne. Zapewniam, że udźwignie nowe zadanie. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Jeszcze dziś wyślij sowę z poleceniem.
Lawson kiwnął głową i odwrócił się do drzwi. Zanim je otworzył, odwrócił się do Młota.
– Jak twoja ręka...?
Osiłek rzucił mu groźne spojrzenie i chciał się odezwać, ale Waddlesworth uniósł ostrzegawczo rękę.
– Zydrunas stracił przywilej zabierania głosu – podsumował chłodno. – Jeżeli w przyszłym tygodniu wciąż będziesz zmartwiony, dostaniesz odpowiedź.
– Ach...
– Nie zapomnij, Lawson, że ograniczają nas pewne ramy czasowe. Żeby odnieść sukces, musimy ich przestrzegać – dodał Warren, zanim podwładny wyszedł na korytarz. – Ida ma zabić chłopca w dzień wycieczki szkolnej. O ile jestem dobrze poinformowany, odbędzie się za dwa tygodnie.
*
Ares chłonął widok wioski, podczas gdy na jego twarzy pojawił się grymas przypominający uśmiech. Fango był przeciwny dzisiejszej wycieczce – paradowanie po otwartej przestrzeni uważał za nierozsądne i głupie posunięcie, do którego nie trzeba się uciekać. Niepotrzebnie zawracał sobie głowę, gdyż kryjówka okazała się idealna. Dość obszerna jaskinia na górzystym terenie, u którego stóp piętrzyło się tętniące życiem Hogsmeade stanowiła najlepszy punkt widokowy. Co prawda, pełno w niej było szkieletów szczurów i starych, zniszczonych gazet, ale przyciemniona grota zapewniała niewidzialność i oznaczała brak najmniejszych problemów.
Wciąż pamiętał swoją pierwszą wizytę w wiosce. Od razu dostrzegł jej zepsucie i wszechobecną korupcję. I pomyśleć, że magiczne społeczeństwo stworzyło to wszystko własnymi rękoma. Cóż, w temacie Hogsmeade zgadzał się z przybranymi rodzicami.
Poprzez ubranie chwycił Smoczą Rożdżkę. Niedługo zda egzamin, pierwszy prawdziwy test. Mieszkańcy osady przypominali myszy w labiryncie, byli nieświadomi i nieprzygotowani do stoczenia boju z kotem. Najprawdopodobniej przykleją mu łatkę tyrana, nawet nie wiedząc, jak wielką przysługę w rzeczywistości im wyświadcza. Świat ponownie go oczerni i znienawidzi, aczkolwiek poświęcenie jest konieczne. Szkoda, że przeznaczenie przypisało mu rolę mało lubianego wizjonera, ale cóż, liczą się efekty końcowe. Jego zadaniem jest reorganizacja czarodziejskiego świata.
Oczekiwanie nie potrwa długo. Za dwa tygodnie... wszystko się zmieni.
[1] Relashio (z ang.: Revulsion Jinx) – zaklęcie uwalniające lub powodujące odrzucenie kogoś od drugiej osoby. Miało swój debiut w czwartej części sagi – Harry użył go pod wodą podczas drugiego zadania na Turnieju Trójmagicznym
[2] Wywar dekompresyjny – (z ang.: Deflating Draught) – mikstura zmniejszająca wywołaną magicznie opuchliznę, stanowiąca jednocześnie antidotum na Eliksir Rozdymający. Swój debiut miał w książkowej wersji „Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic”, gdzie używał go Severus Snape
[3] Salamandra – magiczne zwierzę podobne do jaszczurki, żywiące się płomieniami. W oryginalnej serii nieco różni się od opisu Vekina w „Albusie...”. W „Harrym Potterze...” salamandry rodzą się z tzw. specjalnego salamandrowego ognia. Zaklęciem, które może je ugasić jest Glacius (zaklęcie zamrażające) lub Aqua Eructo (zaklęcie tworzące wodę, podobne do Aquamenti). Nie są pomarańczowe, a białe. Potrafią zmieniać kolor w zależności od temperatury otoczenia na niebieski lub szkarłatny. Regularnie karmione pieprzem, potrafią przetrwać do sześciu godzin. Normalnie żyją tyle co ogień, z którego wyszły. Krew salamandry ma potężne właściwości lecznicze oraz regeneracyjne. Świat mugoli zna je jako płazy nijak związane z płomieniami. To zwierzę miało swój debiut w drugim tomie oryginalnej serii
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz