– Zobaczycie,
odzyskam twoją Rękę...
– Mówisz o tym przez cały tydzień...
– Poprawka, główkuję przez tydzień! Muszę tylko wykombinować, jak to zrobić!
Byli na czwartkowych zaklęciach. Profesor Flitwick kazał im ćwiczyć zaklęcie odpychające, Depulso[1], przeciwieństwo zaklęcia przywołującego Accio, którego nauczyli się w zeszłym roku i o którym Albus miał naprawdę małe pojęcie. Hałas przewracających się obiektów zapewnił im doskonałą osłonę do rozmowy. W tym momencie mieli coś znacznie ciekawszego do omówienia niż lekcje.
– Słuchaj, powiedziałem ci, żebyś się nawet sprawą nie martwił – kontynuował Scorpius. – Ręka nie jest we Dworze Malfoyów, tego właśnie chciałem. Po prostu poczekam do końca roku.
– Nie, nie. Chodzi o to, że to moja wina – argumentował Albus. – Odzyskam dłoń...
– A co z nią w ogóle robiłeś? – zapytał zaciekawiony blondyn.
Potter westchnął ciężko.
– Mówiłem ci, że przez przypadek przewróciłem twój kufer i wypadła na podłogę. Zszedłem z nią na dół, żeby zapytać, gdzie ją odłożyć, żeby nie było powtórki.
Morrison rzucił mu przelotny uśmiech, po czym wrócił do ćwiczenia z poduszką, nad którą pracował. Nawet nie drgnęła.
– Mam nadzieję, że poprawnie ćwiczycie, chłopcy! – zaskrzeczał Flitwick tuż za nimi i Albus natychmiast wyciągnął swoją różdżkę z kieszeni.
– Oczywiście, profesorze – odpowiedzieli chórem.
Nauczyciel jednak nie odpuścił – spojrzał wprost na Scorpiusa, który też pospiesznie dobył różdżki.
– W takim razie proszę mi pokazać, panie Malfoy – powiedział.
Chłopiec leniwie machnął leżącą niedaleko fioletową poduszkę. Ta odskoczyła parę metrów dalej, z gracją lądując na stosiku w rogu klasy. Nauczyciel posłał mu szeroki uśmiech i ponownie rozpoczął swoją wędrówkę po sali pomiędzy uczniami. Gdy tylko Flitwick się odwrócił, Scorpius schował różdżkę do kieszeni szaty.
– Na dziś wystarczy pracy – mruknął cicho.
Morrison się zaśmiał, bezskutecznie machając na swój obiekt ćwiczeń.
– Skończysz jak ja, stary. Jeszcze zobaczysz – powiedział.
– Nie bądź śmieszny – parsknął Scorpius, opierając brodę na splecionych dłoniach. – Nigdy nie będę takim kiepskim czarodziejem...
– Ha, ha, ha...
Albus zignorował przyjaciół i zaczął szaleńczo przecierać swoje oczy. Od momentu otwarcia ich z rana były jakieś dziwnie wodniste. Co gorsza, obudził się cały spocony, wciąż mając w uszach przerażający huk. Sen był bardziej przejrzysty niż zazwyczaj i mógłby przysiąc, że widział w nim profesor Blackwood. Nie mógł sobie jednak nawet wyobrazić, żeby ten straszliwy śmiech należał do niej.
– W porządku, stary? – spytał Scorpius, przyglądając mu się uważniej.
– Mhm – wymamrotał, wciąż przecierając oczy.
– Jesteś pewien? – Morrison najwyraźniej porzucił bezowocne próby rzucenia udanego zaklęcia. – Wyglądasz, jakbyś miał się zaraz rozkleić...
– Nie mam zamiaru płakać – odpowiedział uparcie Albus. – Jestem po prostu wykończony. Nie śpię ostatnio zbyt dobrze. Tracę noc i nie mogę sobie przypomnieć, o czym tak drzemię.
Obaj przyjaciele wpatrywali się w niego z zaciekawieniem, ewidentnie oczekując obszerniejszego wyjaśnienia.
– Cóż, śni mi się coś dziwnego – odpowiedział krótko.
– Powracający sen? – zapytał Scorpius.
– Co...?
– Nawiedza cię cały czas dokładnie ten sam sen? Tak w kółko?
– Och – odpowiedział, szukając w głowie jakichkolwiek wskazówek. – Nie mam zielonego pojęcia, niczego nie zapamiętałem. Po prostu budzę się cały mokry i bardzo mnie pieką oczy...
Scorpius odwrócił się do Morrisona.
– Chodzisz na wróżbiarstwo, czyli powinieneś wiedzieć wszystko o snach. Co nam ciekawego powiesz?
Vincent się roześmiał.
– Nie mam najmniejszego pojęcia, stary.
– To nie ma nic wspólnego z wróżbiarstwem. – Albus postanowił ukrócić wszelkie dywagacje. Wciąż wściekle przecierał oczy. – Cóż, sam nie wiem...
Zamilkł, podczas gdy jego przyjaciele zaczęli się sprzeczać, które zajęcia były mniej ważne – mugoloznawstwo czy też wróżbiarstwo. Ogólnie rzecz biorąc, cieszył go taki obrót spraw. Morrison już słowem nie wspomniał o quidditchowym osiągnięciu Scorpiusa – było z czego być dumnym. Tak naprawdę to zachowywali się już całkowicie normalnie. Chłopiec cieszył się, że kłótnia definitywnie dobiegła końca, bo nachodziły go najgorsze myśli. Czuł, że wpadnie w depresję, jeżeli będzie musiał wybierać pomiędzy jednym przyjacielem a drugim, a sytuacji nie poprawiał fakt, iż był przygnębiony oraz przygnieciony przez poczucie winy z powodu skonfiskowanej Ręki Glorii Malfoya.
Wtem zadzwonił dzwonek, obwieszczając przerwę, a tym samym, koniec najprawdopodobniej najgorszego tygodnia szkoły. Żeby odetchnąć, czekała ich jeszcze tylko historia magii z profesorem Binnsem, który konsekwentnie od pierwszego roku nauki był najnudniejszym nauczycielem.
– No dobra, jaki mamy teraz wynik? – zapytał Morrison, gdy kierowali się do odpowiedniej klasy. Miał już przygotowany, niezwykle przydatny na tych zajęciach, pergamin. – Wydaje mi się, że Albus prowadzi pięcioma punktami. – Miał oczywiście na myśli wisielca, w którego grają od pierwszej lekcji historii.
– Hm, niekoniecznie. Jestem przekonany, że to ja i Albus wygrywamy – powiedział Scorpius z namysłem.
Brunet szedł krok za nimi, desperacko próbując sobie przypomnieć ten okropny sen, nawet gdy byli już krok od schodów.
– Avada Kedavra!
Niemal się potknął. W głowie błysnęło mu wspomnienie, a przed oczami zobaczył podmuch jakiegoś zielonego, chociaż zabarwionego na złoto, zaklęcia.
– Stary! – Morrison wyciągnął rękę i w ostatnim momencie chwycił go mocniej za ramię. Gdyby nie pomoc przyjaciela, utraciłby równowagę i najprawdopodobniej zleciałby z drugiego piętra.
Zamrugał z furią.
– Jakiego koloru są moje oczy? – warknął szybko, patrząc na swojego wybawcę. Scorpius zatrzymał się w pół kroku i również mu się przyjrzał, ewidentnie zaintrygowany.
– Hm, zielone...? – mruknął Morrison, spoglądając na niego dziwnie. – Coś nie w porządku...?
– Wszystko dobrze – powiedział i znowu zaczął pocierać oczy. Wykazał się naprawdę dużą głupotą, zadając równie bezpośrednie pytanie. Nie wiedział, czemu tak bezmyślnie zareagował. – Nieważne.
Całą trójką zaczęli schodzić w dół, choć teraz zachowywali się znacznie ciszej. Ani jeden przyjaciel, ani drugi nie powiedzieli choć jednego słowa; byli w pełni skupieni tylko i wyłącznie na nim.
– Coś cię dręczy? – dopytywał Scorpius, kiedy zwolnił kroku razem z Morrisonem. Albus też zwolnił, główkując nad w miarę przyjaznym wytłumaczeniem.
Wciąż nie powiedział prawdy o zamieszkach, o rzeczywistych wydarzeniach. Ten złoty błysk, który widział przed momentem, był dokładnie tym samym, który zobaczył podczas bójki z nieznajomym chłopakiem na Pokątnej. To było to samo światło, co w Departamencie Tajemnic w poprzednim roku. Co gorsze, odpowiadało barwie ze snów...
Stanął w miejscu, zawczasu znów niepostrzeżenie zwalniając kroku. Spojrzał przez ramię i upewnił się, że w okolicy nie kręci się nikt podejrzany, żywy czy też martwy. Uczniowie byli daleko z przodu i wchodzili właśnie do klasy. Nie chciał nikogo przestraszyć, zdradzając prawdę. Jak o tym pomyślał, doszedł do wniosku, że przez cały czas wewnętrznej miotaniny, chciał się komuś wygadać.
– Okej, pamiętacie zamieszki, w których brałem udział...? – zaczął, szybko przechodząc do szczegółów. Gonił ich czas – zaraz mieli przecież historię magii. Streścił wydarzenia z uliczki, w tym także wyjawił prawdę o swojej bezradnej pozycji i jej prawie-konsekwencji.
– Więc... skłamałeś? – zapytał Scorpius.
– Co?
– Skłamałeś na temat podbitego oka – dodał przyjaciel. – Powiedziałeś nam, frajer zamachnął się jedynie raz.
– No cóż, może troszeczkę. Nieco pozmyślałem... – przyznał z niechęcią.
– Zmyślanie jest przecież formą kłamstwa – skomentował ostro Scorpius. – To dwa słowa, dzielące wspólne znaczenie.
– Nie, nieprawda – zaprzeczył ponuro Albus. – Gdyby rzeczywiście tak byłoby, posługiwalibyśmy się tylko i wyłącznie jednym słowem.
– Niekoniecznie – argumentował Malfoy. – „Mały” i „nieduży” też znaczą to samo.
– Jestem przekonany, że jest w tym jakaś mała różnica – oznajmił twardo.
– Albo nieduża – zaśmiał się Morrison.
– Przestańcie, nie będziemy się przecież sprzeczać na temat definicji. To nie jest sednem problemu! – niemal ryknął Albus. Dlaczego tak łatwo zeszli z najważniejszej kwestii? Jakim cudem...?
– Okej, cokolwiek. Niech ci będzie, masz rację. To żadna różnica. – Scorpius machnął lekceważąco ręką oraz poddał sporną kwestię. – A czy tamto się powtórzyło?
– Nie... – przyznał po chwili namysłu. – Niemniej jednak wciąż mam wrażenie, że wszystkie kropki są ze sobą w jakiś sposób połączone... – przerwał nagle z przerażającą myślą, że są podsłuchiwani. Odwrócił się i ogarnął wzrokiem korytarz. Nikt nie stał w zasięgu słuchu. Nikt nie był zainteresowany tematem, który teraz omawiali. Mimo to w ich kierunku szybkim krokiem szła profesor Blackwood.
Co robiła na trzecim piętrze, kiedy pracownia eliksirów mieściła się w lochach?
– Nie stójcie w przejściu! Spóźnicie się na następne zajęcia! – warknęła, gdy podeszła bliżej.
Przyspieszyli kroku i już po chwili stali pod drzwiami profesora Binnsa, który przeleciał przez nie. Światło sprawiło, że przez moment był praktycznie niewidoczny. Nie podnosząc nawet wzroku na uczniów, zaczął swój nudny wykład.
– ...uregulowanie kwestii dotyczących stosunków między czarodziejami a centaurami miało miejsce dwunastego czerwca 1752r., kiedy to zostało podpisane porozumienie z Ministerstwem Magii, najpierw przez pierwszego Szefa Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, Herberta Forrestera, a potem przez...
Albus widział, jak Morrison ziewa szeroko i z uśmiechem układa głowę w swoich ramionach, szykując się do przyjemnej drzemki, a Scorpius patrzy przed siebie tępym wzrokiem. Chwilę rozglądał się po innych uczniach, po czym sam nakrył sobie głowę rękami.
Minęły zaledwie dwa tygodnie szkoły i już go bolała głowa. Dlaczego śnił o dziwacznych rzeczach? Dlaczego musiał wybierać pomiędzy przyjaciółmi? Dlaczego zszedł z tą cholerną Ręką Glorii do pokoju wspólnego?
Mimo że wcześniej obiecał Scorpiusowi, że odzyska jego prezent urodzinowy, nie miał stuprocentowej gwarancji sukcesu. Mógłby spróbować poprosić o zwrot opiekunkę Slytherinu, wyjaśnić jej całą sytuację i wspomnieć, że wcale nie zamierzał używać żadnych czarnomagicznych obiektów, ale miał dziwne wrażenie, że pani profesor zrobi wtedy coś jeszcze bardziej nierozsądnego niż odebranie punktów własnemu domowi.
Oczywiście, z drugiej strony kobieta wcale nie musiała wiedzieć, że Ręka Glorii zniknęła ze skrytki. Jak często sprawdza, czy wciąż jest na miejscu? Mógł poprosić swojego brata o małą kradzież, bo przecież dla niego to nic wielkiego, nie pierwszy raz złamałby szkolny regulamin...
Chwila, moment. Z jakiego powodu w ogóle rozważa kandydaturę Jamesa...? Jakby nie spojrzeć, może załatwić sprawę w pojedynkę. To nie byłoby jego pierwsze włamanie do gabinetu nauczycielskiego. Uśmiechnął się diabelsko. Owszem, naruszenie mogło być niebezpieczne, ale z niewyjaśnionego powodu miał ochotę trochę narozrabiać...
*
– To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek wymyśliłeś – powiedział Scorpius kilka godzin później, gdy usiedli w pokoju wspólnym. – Wykraść Rękę? – szepnął konspiracyjnym tonem. – Dlaczego nie połaskoczesz śpiącej akromantulii, skoro napaliłeś się na coś szalonego? – zaproponował z sarkazmem.
Odrabiali akurat zadanie domowe z eliksirów na temat kamienia księżycowego i jego magicznych właściwości. Podręczniki były rozłożone na stole, a oni szukali wszelkich pomocnych informacji.
Morrison przeczesał rękami włosy, dzięki czemu Albus zauważył, że na esej przyjaciela składało się tylko jedno zdanie.
– Nie bądź takim dzieciakiem – zganił Scorpiusa, uśmiechając się do pomysłodawcy. – Albus właśnie udowodnił, że da się dla ciebie – a dokładniej dla twojego głupiego prezentu urodzinowego – złapać, przetrzyma najrozmaitsze tortury, a nawet pójdzie na skazanie. Powinieneś mu okazać trochę wdzięczności, stary.
– Blackwood nie zamierza mnie torturować czy też mordować. Nawet mnie nie złapie – powiedział chłodno brunet, przewracając stronę książki. – Peleryna zapewni mi niewidoczność, prawda?
– Czarodziejski płaszcz, choć mistrzowskiej roboty, nie czyni cię nieuchwytnym, stary. Co zrobisz, jak babka otworzy drzwi i wpadnie wprost na ciebie? – zapytał Scorpius, notując coś istotnego, a potem przewrócił oczami, kiedy Morrison natychmiast się pochylił, chcąc spisać tę informację. – Ściągniesz, gdy skończę – dodał.
– Nic takiego nie będzie miało miejsca. – Wyszczerzył się chytrze Albus. – Uwierzcie, będę doskonale wiedział, kiedy nadejdzie...
Obaj przyjaciele spojrzeli na niego z nieukrywaną ciekawością, więc uśmiechnął się triumfalnie, po czym pochylił się ku nim, by inni przypadkiem niczego nie usłyszeli.
– Mam Mapę... – mruknął, a chłopcy wytrzeszczyli oczy.
– Mapę! – krzyknął z podnieceniem Morrison.
– Ciszej! Tak, tę samą, którą James pożyczył mi w zeszłym roku...
– Fajnie, że nam wcześniej powiedziałeś – powiedział sarkastycznie Scorpius.
– Przynajmniej nie czekałem z tym dwóch lat – parsknął.
– Całkowita racja – powiedział Morrison, ponownie wyciągając szyję, żeby zobaczyć, co przyjaciel naskrobał na pergaminie.
– Przecież powiedziałem, że sobie spiszesz! – warknął Scorpius, zirytowany. – Ale wiesz co? – zapytał, odsuwając kartkę dalej od przyjaciela. – Zmieniłem zdanie.
– Och, no daj spokój...
– Nie, guzik spiszesz. Musisz nauczyć się nieco cierpliwości. Wielka szkoda, naprawdę, bo teraz masz pracę napisaną na O – dodał Malfoy, bazgrząc jakieś pierdoły na pergaminie, żeby zirytować Vincenta. Ten zmarszczył brwi i zaczął przeglądać własny podręcznik. Scorpius w międzyczasie odwrócił się z powrotem do Albusa. – W każdym razie... – Westchnął przeciągle. – W porządku, Mapa nieco zmienia sytuację, ale włamanie się do gabinetu nauczyciela wciąż jest niebezpieczne. To, że będziesz ją widział, wcale nie znaczy, że zdołasz uniknąć spotkania z Blackwood. Na kiedy zaplanowałeś akcję?
– W tym tygodniu...
– Nie, nie. – Scorpius pokręcił głową. – Mam na myśli – o jakiej porze? – doprecyzował. – Bardzo rzadko je kolację w Wielkiej Sali, więc godziny wczesnowieczorne raczej nie wchodzą w rachubę.
– Jeszcze się zastanowię – stwierdził, chociaż musiał przyznać, że nieco go to odstraszyło.
– Hej, ty! – krzyknął nagle ochrypłym głosem Morrison do jakiegoś trzeciorocznego ucznia siedzącego przy kominku i odrabiającego swoją pracę domową. Chłopiec miał ciemniejsze, zwisające mu pasmami po bokach twarzy, włosy – wyglądał mrocznie. Zawołany, rzucił Vincentowi zirytowane spojrzenie.
– Co? – zapytał dzieciak.
– Jak masz na imię? – spytał Morrison.
– Barnabus.
– Pozwól, że złożę ci pewną ofertę, Barnabusie – powiedział cicho ślizgon, próbując wyglądać imponująco. – Co ty na to, żebyś wziął sobie ode mnie tę książkę – zaczął, rzucając do niego podręcznik do zaawansowanych eliksirów – i znalazł w niej termin „kamień księżycowy”. Zanotowałbyś trochę informacji o nim – przesunął ku niemu niemal pusty pergamin, rzucając mu przy tym zachęcające spojrzenie – a ja dałbym ci za to... – przerwał, żeby przeszukać swoje kieszenie – fajnego błyszczącego sykla, hm? – zakończył, machając w powietrzu monetą.
Barnabus przewrócił oczami i oddał mu książkę razem z pergaminem.
– No dobrze – powiedział odrobinę zirytowany Morrison. – Otrzymasz dwa sykle.
Młodszy ślizgon pokręcił tylko przecząco głową i wrócił do swojej pracy domowej.
– Namyśliłeś się już? – zapytał Scorpius Albusa, wyrywając go tym samym z głębokiej zadumy.
– Nie, jeszcze nie – odpowiedział chłodno. – Ale ona nie może siedzieć w swoim gabinecie całymi dniami.
– Jak zamierzasz się włamać? Co będzie, jeśli Alohomora nie zadziała?
– Słuchaj, chcesz odzyskać Rękę Glorii czy nie? – zapytał w końcu przyjaciela.
– Hej, Melonie? – zawołał Morrison przez cały pokój wspólny. – Czy chciałabyś może...?
– Nie – odpowiedziała cicho dziewczyna. Była zajęta czytaniem cienkiej książeczki i nawet nie oderwała wzroku od kartek.
– Nawet nie wiesz, co chciałem...
– Nie – stwierdziła stanowczo.
– No dobrze, bądź sobie taka...
– Nie – powtórzyła znowu, tym razem przewracając kartkę i uśmiechając się delikatnie.
Morrison odwrócił się do Albusa i Scorpiusa ze skwaszoną miną.
– Czwarty rok jest do dupy – podsumował.
*
W jego głowie pojawiła się przewidywana reakcja Jaimiego na wieść o utracie cennego pergaminu. Następnie wyobraził sobie utratę niewidki, która była jednocześnie rodzinną pamiątką. Potem zaś pomyślał o przygnębionej nauczycielce, która wściekle odrzuca swoje długie blond włosy, szukając Ręki Glorii po szafkach i nie może jej znaleźć. Och tak, a zabrałby ją najbardziej znienawidzony uczeń...
– Słuchasz, Albusie?
– Och, tak. Oczywiście...
Profesor Longbottom rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym wrócił do swojej obrzydliwie zielonej, ciernistej rośliny, która stała na blacie.
– Te Chorwackie Krokodyle Kaktusy tak naprawdę nie mają nic wspólnego z prawdziwymi krokodylami – kontynuował opiekun Gryffindoru. – Kto mi powie, skąd więc ta nazwa?
Ręka Rose natychmiast wystrzeliła do góry.
– Z powodu koloru – powiedziała, zanim profesor ją wywołał do odpowiedzi. – Ich „szczęki” są do siebie bardzo podobne. To znaczy, zamykają się z bardzo dużą siłą i otwierają najmniejszego bez wysiłku.
– Doskonale. Dziesięć punktów dla Gryffindoru. Sam bym tego lepiej nie ujął – zachwycił się nauczyciel. – Chorwacki Krokodyli Kaktus nie ma tylko jednej broni w postaci „szczęk”. Te ciernie, jak widzicie, działają w pewnym sensie jak zawiasy. Gdy rośliny czują się zagrożone, łapią niczego niespodziewających się wrogów i „drapieżnik” nieoczekiwanie staje się „ofiarą”...
– Dobrze się czujesz...? – Albus usłyszał z lewej strony. Odwrócił się i zobaczył Mirrę. Oddzielała go od Rose, Eckleya i Hornsbrooka. Specjalnie przysunęła się bliżej, żeby porozmawiać. – Wydajesz na zdenerwowanego.
– Wszystko w porządku – wyszeptał. – I wcale nie jestem zdenerwowany. – skłamał. Wiedział, że swoje plany mógł wyjawić tylko ślizgońskim przyjaciołom. Mirra nie pochwaliłaby jego pomysłu, zaś Rose próbowałaby wybić mu go z głowy lub, co gorsze, jeszcze by na niego naskarżyła.
– Naprawdę? – szepnął Scorpius z drugiej strony, wyglądając ponuro. – Gdybym był tobą, byłbym mega zdenerwowany. No wiesz, akcja wymaga wiele odwagi i... – szeptał dalej, kiedy Albus nastąpił mu szybko na stopę, na co blondyn cicho jęknął.
– O czym on mówi? – zapytała Mirra, zaniepokojona przebiegiem rozmowy.
– O niczym, po prostu jest dupkiem...
– Nie chcę odbierać punktów – powiedział nagle ostrzegawczo Neville, patrząc wprost na ich grupę.
– Tak, profesorze – odpowiedział potulnie ślizgon.
Cała trójka zamilkła.
– A teraz – kontynuował nauczyciel, wracając do dziwacznego kaktusa. – Dzisiaj będziemy przycinać te fantastyczne rośliny. Gdy będą miały za dużo cierni, będą w niebezpieczeństwie. Okazy przed nami nie są na tyle dorosłe, żeby same się przycinały – jest to zazwyczaj obowiązek rodziców. Potrzebujemy do tego smoczych rękawiczek, bo ciernie są bardzo ostre i łatwo się wbijają w ciało. Proszę podzielić się w grupy trzy lub czteroosobowe, wedle waszego uznania.
Potter rzucił okiem na Mirrę i zauważył, że Eckley też. Ku jego ogromnej uldze, dziewczyna wzięła swoją torbę i przysunęła się bliżej niego, co znaczyło, że będą sobie dziś partnerować. Uśmiechnął się szeroko, podczas gdy Eckley rzucił mu pełne nienawiści spojrzenie.
– Nie chcesz pracować z nami, Mirra? – zapytała Rose.
Tunnels wzruszyła ramionami.
– Cóż, tak sobie pomyślałam, że Morrison w rzeczywistości wcale nie pracuje i że Albus i Scorpius potrzebują trzeciego partnera... – wytłumaczyła. – Bez urazy – dodała, na co Vincent jedynie się wyszczerzył i machnął lekceważąco ręką.
Ślizgon całkiem dobrze się bawił, przycinając kaktusa. Dzięki temu mógł odciągnąć swoją uwagę od przedsięwzięcia, podczas którego może sobie nieźle nagrabić. Kiedy Mirra wykonywała większość pracy, próbował również nawiązać prostą rozmowę.
Morrison z kolei niemal spał na stojąco z otwartymi oczami. To zachowanie Scorpiusa było jednak najbardziej interesujące – blondyn pochylał się dziwnie ku niemu i Albus kompletnie nie rozumiał dlaczego.
– Tak czy inaczej. – Z boku mimowolnie usłyszał kawałek konwersacji Rose z jej grupą. Mówiła cichym głosem, ale wystarczającym, żeby można było zrozumieć sens poszczególnych zdań. – Lance wspominał, że profesor Handit mówił coś o wycieczce do Hogsmeade w listopadzie. Nauczyciele wciąż próbują się dodatkowo zabezpieczyć, no wiecie, przez te całe zamieszki. Lance zapytał mnie, czy nie chciałabym pójść z nim i z jego przyjaciółmi...
Eckley i Hornsbrook kiwali głowami oraz chrząkali od czasu do czasu, żeby nie wyglądać na niezainteresowanych. Stanowili całkowite przeciwieństwo Scorpiusa, który wyciągał szyję i był bliski rozerwania sobie uszu, by lepiej słyszeć.
– Mirra? – zagaił szybko Malfoy, przerywając Albusowi w połowie zdania. Akurat miał zamiar zapytać ją o ulubiony kolor.
– Tak? – dziewczyna pochyliła się lekko, bo brunet stał pomiędzy nimi.
– Czy możesz się ze mną zamienić miejscem? – spytał z napięciem.
Gryfonka rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
– Chodzi... chodzi o Morrisona – wytłumaczył Malfoy. – Nie pachnie najlepiej, a wiesz, jestem już z nim cały dzień i zwyczajnie nie wyrabiam...
Vincent natychmiast wyrwał się ze swojej pół-drzemki i zamrugał kilka razy.
– Co...? – zapytał.
Mirra zachichotała i zamieniła się miejscem ze Scorpiusem, który znalazł się teraz bliżej stanowiska pracy Rose. Był w miejscu idealnym do podsłuchiwania i, oczywiście, chętnie skorzystał z okazji. Albus przyglądał mu się kątem oka do końca lekcji – blondyn siedział niemal nieruchomo, specjalnie odgarnął włosy, a jego twarz była niemal czerwona z wysiłku, tak bardzo się koncentrował. Wyglądał poniekąd jak pies myśliwski – brakowało mu do tego wizerunku tylko tego, żeby miał postawione uszy.
Gdy zadzwonił dzwonek i lekcja się skończyła, Scorpius podrapał się po brodzie w zamyśleniu. Nigdy wcześniej nie wyglądał na tak nieokrzesanego. Kiedy rozchodzili się w dwie różne strony w Wielkiej Sali, Albus pomachał Mirze na pożegnanie.
– Czego się dowiedziałeś? – zapytał wyczekująco Morrison, gdy zostali we trójkę.
– Idzie na randkę z Lance'em – powiedział uroczyście Malfoy. – Cóż, nie do końca. Lance zaprosił Rose, by dołączyła do puchonów podczas wycieczki do Hogsmeade. Ona się zgodziła i w zamian zaproponowała, żeby Lance pobył też trochę z jej przyjaciółmi. Nie mogłem usłyszeć więcej, bo ten cholerny Eckley ciągle rechotał, ale raczej wyruszą całą paczką.
Albus zmarszczył brwi.
– Wybacz mi stary, ale raczej możesz mieć chyba tylko nadzieję, że się nie spikną...
Scorpius się zaśmiał.
– Och nie, mam plan...
– Morderstwa? – zapytał Morrison.
– Nie, znacznie lepiej. Sabotażu.
Albus przewrócił oczami.
– Jaki?
– Wszystko już wymyśliłem – powiedział Scorpius, gdy usiedli przy stole na lunchu. – Zaprosisz Mirrę, żeby poszła z tobą do Hogsmeade, Albusie.
– Och, naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem brunet.
– Tak. Oczywiście, Mirra powie, że idzie z Rose. Żeby nie wyszło głupio, zaprosi cię do swojego grona. Co więcej, ja też zostanę zaproszony.
– I ja – dodał Vincent, podsuwając w jego kierunku zapiekane ciasto z wołowiną i cynaderkami.
– Zamknij się, Morrison – powiedział bezczelnie Scorpius, wracając go omawiania niecnego planu. – W grupie będziemy my, gryfoni i, naturalnie, Lance. W odpowiednim momencie, kiedy będę w miarę sam z Lance'em, wytłumaczę mu, dlaczego Rose nie jest warta jego czasu. Zostanie odrzucona, a wtedy...
– Okej, stop. Nie muszę dłużej słuchać podobnych dyrdymałów – stwierdził Albus, biorąc łyk soku z dyni. – Nie zamierzam uczestniczyć w tym skomplikowanym planie zranienia Rose. Mogę pomóc zdobyć ci dziewczynę, ale zdecydowanie w inny sposób...
– Och, oczywiście, że mi pomożesz! – niemal wykrzyczał Scorpius. – Jesteś mi naprawdę wiele winien, bo przez ciebie straciłem Rękę Glorii!
– Przecież powiedziałem, że mam zamiar ją odzyskać...
Sprzeczali się cały lunch. Morrison, o dziwo, siedział cicho i zajmował się jedynie jedzeniem. Popołudniowe zajęcia minęły o wiele szybciej, niż Albus by sobie tego życzył, najprawdopodobniej dlatego, że cały czas główkował nad sposobem odzyskania zasuszonej dłoni.
Czemu w ogóle chciał odzyskać ten przedmiot? Scorpius mówił wcześniej, że nie musi, ani nie zażądał zwrotu. W porównaniu do peleryny niewidki i Mapy Huncwotów nie była szczególnie cenna. Czy aby na pewno był gotowy do podjęcia tak wielkiego ryzyka?
Gdzieś, głęboko w sobie, znał odpowiedź na to pytanie. Chciał odegrać się na Blackwood, pragnął ukłucia satysfakcji, uczucia typowego dla Jamesa. To brat zawsze łamał zasady, a potem niepostrzeżenie uciekał. Jaimie z pewnością i za wszelką cenę odzyskałby Rękę Glorii, gdyby należała do jego przyjaciela. Uświadomiwszy sobie prawdę, skulił się w sobie.
Nawet nie myślał wyciągać Mapy Huncwotów przed kolacją. Jedno szybkie spojrzenie na stół nauczycielski dało mu jasno do zrozumienia, że pani profesor jest w pracowni eliksirów, najpewniej w swoim gabinecie. Co kilka kęsów wracał do tego myślami, będąc niezdecydowanym, czy może swobodnie wyjąć zaczarowany pergamin przy współdomownikach. Gdy zebrał się wreszcie na odwagę, pojękiwał za każdym razem, kiedy zerkał na kropkę z nazwiskiem znienawidzonej nauczycielki; kropkę, która ani razu się nie poruszyła.
– Zawsze możesz przełożyć akcję – stwierdził Morrison, wkładając do ust kawałek pieczonego indyka.
– Chcę to załatwić właśnie dzisiaj – odpowiedział mu przez zaciśnięte zęby. Mimowolnie spojrzał na Scorpiusa, który jadł w ciszy i wydawał się nie zwracać na nich większej uwagi.
Blackwood przez całą kolację siedziała w swoim biurze i Albus musiał czekać aż do ciszy nocnej. Specjalnie siedział w kącie w pokoju wspólnym, podczas gdy inni uczniowie kierowali się do swoich dormitoriów. Udawał, że czyta podręcznik do historii magii, by nie wyglądać za bardzo podejrzanie. Mimo świadomości, że nie powinien za często sprawdzać Mapy, robił to z dokładnością do dziesięciu minut, ponieważ zwyczajnie nie potrafił się powstrzymać.
– Idziesz? – zapytał go Morrison, będąc już na schodach prowadzących do sypialni. Scorpius był tuż za nim.
Albus westchnął ciężko i spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Była dziesiąta trzydzieści.
– Jeszcze trochę posiedzę – powiedział ponuro, po czym przez moment patrzył, jak przyjaciele idą do dormitorium. Prawdę mówiąc, nie wiedział, czemu został na dole. Być może dlatego, że przez cały dzień błądził myślami i główkował nad konsekwencjami podjęcia ryzykiem – adrenalina też robiła swoje i zapewne nie pozwoliłaby mu teraz zasnąć. Cały czas czujnie obserwował zegar.
Za piętnaście jedenasta.
Jedenasta trzydzieści...
O tej godzinie pokój wspólny był już całkowicie pusty. Sięgnął do kieszeni po Mapę. Jeszcze raz, sprawdzi kropkę ten jeden ostatni raz...
– Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – mruknął, stukając końcem różdżki w pomarszczony pergamin. Oczami śledził pojawiające się linie, aż w końcu dotarł do gabinetu profesor Blackwood...
Pokój był pusty.
Zamrugał, żeby upewnić się, że nie ma jakichś przewidzeń, lecz kropki oznaczającej nauczycielkę wciąż nie było. Gdzie mogła być o tak późnej godzinie? Tuż przed północą? Gorączkowo zaczął przeszukiwać cały zamek, ale nadaremnie. Po pani profesor nie został nawet ślad. Najwyraźniej opuściła teren szkoły...
Poczuł się zdezorientowany. Gdzie ona mogła teraz być? W Pokoju Życzeń, którego nie widać na Mapie? Nie, nie znalazłaby go tak szybko – w końcu to tajna komnata. Czy chodziła do Lasu, zupełnie jak Darvy i Ares?
Czy miało to teraz znaczenie? Nie było jej w gabinecie, prawda? Otrzymał szansę, na którą czekał cały dzień. Z niepokoju żołądek zacisnął mu się w supeł. Dopiero teraz, w obliczu postawienia pierwszego kroku, zrozumiał, jak bardzo niebezpieczną wyznaczył sobie misję. Wystarczy jeden błąd i zostanie złapany albo przez patrolującego korytarz prefekta, albo – co o wiele gorsze – przez nieoczekiwanie wracającą do swoich kwater nauczycielkę, a wtedy straci zarówno zaczarowaną mapę, jak i czarodziejski płaszcz. W ostatecznym rozrachunku, jeżeli zostanie przyłapany, tylko napędzi sobie kłopotów. Układając plan, zdecydowanie nie kierował się rozwagą, ani nie wziął pod uwagę wszystkich zmiennych. Nijak w nim było ostrożnej kalkulacji.
A co z zamieszkami? Wbiegł w nie po dosłownie chwili namysłu.
Węże tak nie postępowały.
I właśnie wtedy przypomniał sobie, jak Eckley nazywał go tchórzem na pierwszym roku nauki. Instynktownie rozejrzał się po pokoju wspólnym, a gdy odnalazł to, czego szukał, wbił wzrok gobelin, przedstawiający ciemnowłosego mężczyzny o haczykowatym nosie, na którego ustach gościł całkiem nieprzyjemny uśmiech. Ślizgon, najodważniejszy człowiek, jakiego znał Harry Potter...
Jednym szybkim ruchem otworzył torbę i wyjął niewidkę. Wyszedł z pokoju wspólnego, praktycznie nie odrywając spojrzenia od Mapy. Nieustannie obserwował gabinet Blackwood i najbliższe otoczenie. Wszyscy prefekci wydawali się zaniedbywać niższe części zamku – najbliższy uczeń patrolował dopiero na czwartym piętrze. Mimo że peleryna zapewniał mu niewidzialność i dzięki niej odeszło mu trochę stresu, nie był szczególnie pocieszony.
Nim się obejrzał, dotarł do sali eliksirów. Gdy stanął przed pracownią, zamrugał, zdezorientowany. Nigdy by nie przypuszczał, że akcja nabierze tempa. Podczas drogi, nogi praktycznie same go niosły. Wciąż uważnie obserwując Mapę, wyciągnął różdżkę i stuknął nią w drzwi.
– Alohomora – powiedział cicho, z satysfakcją odnotowując szczęk zamka. To już drugi raz, gdy to zaklęcie okazało się skuteczne.
Ot, hogwardzkie zabezpieczenia, okazały się naprawdę na wysokim poziomie. Z szyderczym uśmiechem potrząsnął głową, a potem otworzył salę. Z drugiej strony, czego się w ogóle spodziewał? Ilu nauczycieli brało pod uwagę ewentualne włamanie ze strony uczniów?
Szybko zamknął za sobą drzwi i rzucił Lumos, by więcej widzieć. Gdzie najpierw powinien szukać? Może zacznie od klasy, a potem przeszuka zaplecze, jeśli wcześniej nic nie znajdzie? Miał określony limit czasowy, bo nie wiedział, kiedy nauczycielka postanowi wrócić. Musi dobrze wykorzystać szansę od losu.
Podszedł do biurka, lecz nie było na nim nic więcej, oprócz kilku kawałków pergaminu. Położył na nim Mapę, a następnie zaczął szaleńczo przeglądać szuflady, nie skupiając się szczególnie na ich zawartości. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że jest ich niesamowicie dużo. Były płytkie, małe, duże, głębokie, idealnie komponujące się z kolorem drewna. Cała masa. O ile zostawi po sobie w miarę porządek, przeszuka wszystkie.
Miał jeden cel.
Otworzył pierwszą, najdłuższą szufladę. Były w niej zmięte kartki pergaminu, kilka piór, parę starych fotografii...
I znalazł Rękę. Wyglądała źle – jakby nauczycielka wepchnęła ją tutaj na siłę i nigdy więcej na nią nawet nie zerkała. W pierwszym odruchu, szybko schował ją nieporadnie w szatach, strącając przy tym kilka fotografii. Pospiesznie je podniósł i zaczął wkładać z powrotem. Światło z różdżki znacznie ułatwiało mu pracę, rzucając blask na trzymane w rękach przedmioty. Gdy pakował je wszystkie, zamarł z otwartymi ustami.
Jego wzrok zatrzymał się na jednym zdjęciu. Było zakurzone, ale z pewnością czarodziejskie – osoby na nim się ruszały. Pośrodku, z uśmiechem na twarzy i swoimi oszałamiającymi rudymi włosami, stał Warren Waddlesworth. Wyglądał na znacznie młodszego niż teraz. Nawet pomimo faktu, że było to tylko zdjęcie, mężczyzna wydawał się „błyszczeć”. Miał na sobie dość efektowny biały smoking z czerwonym krawatem, który idealnie komponował się z kolorem jego włosów. Zdecydowanie wyróżniał się na tle trzech innych osób. Po jego lewej stronie stał Młot, wyglądający mniej więcej tak jak teraz. Głowę miał łysą, a twarz zdobił mu zapowiadający kłopoty uśmiech. Z racji tego, iż stał bardziej z tyłu, przypominał osobistego ochroniarza. Po prawej stronie Waddleswortha stała profesor Blackwood.
Wydawała się inna, o wiele bardziej... szczęśliwsza. Nawet jej włosy wydawały się schludniejsze, bardziej eleganckie. Szeroko się uśmiechała. Albus był naprawdę bardzo zaskoczony, jak jeden uśmiech potrafił zmienić człowieka. Zadowolona ze swojego życia, wydawała się naprawdę piękna.
Czwartej osoby chłopiec nie widział. Stała nieco za Blackwood i miała na sobie ciemny płaszcz z naciągniętym na głowę kapturem. Nie byłoby jej w ogóle widać, gdyby się nie poruszała. Co dziwne, Albus patrząc na tę osobę, doszedł do wniosku, że nie rozpierała jej duma z powodu pozowania do zdjęcia. Jej ramiona były nieco zgarbione, a głowa pochylona.
Fotografia stanowiła największą zagadkę. Dlaczego profesor Blackwood stała obok dwóch kluczowych ludzi ze Wybawczego Aliansu Różdżek...? Co więcej, dlaczego jedną z tych ważnych osobistości był ich przywódca...?
– Rusz się, dzieciaku!
Albus niemal podskoczył i upuścił zdjęcie. Zrozumiał. Miał całkowitą rację, myśląc, że widział już gdzieś swą opiekunkę. Była na zamieszkach. Próbowała pomóc Waddlesworthowi. Była członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek! Dlaczego uczyła w Hogwarcie? Czy naprawdę nikt nie wiedział, kim ona jest...?
Instynktownie spojrzał na Mapę i wstrzymał oddech. Profesor Blackwood znowu znalazła się na terenie szkoły i szybkim krokiem schodziła po schodach do lochów.
Skąd przyszła?
Szybko odłożył zdjęcie na właściwe miejsce i przymknął szufladę. Potem zamknął wszystkie pozostałe. Chwycił zaczarowany pergamin i zarzucił na siebie pelerynę. Aż dwukrotnie też sprawdził, czy nie jest widoczny. Musiał być naprawdę porządnie zakryty.
– Nox – mruknął i światło zgasło. Zanim podszedł do wyjścia, ostatni raz się upewnił, czy nie zostawił po sobie żadnych śladów...
Niespodziewanie drzwi się otworzyły. Instynktownie odskoczył do ściany, przyciskając plecy do gołego kamienia. Drzwiczki zatrzymały się dosłownie kilka centymetrów przed jego twarzą, dzięki czemu nie rozkwasił sobie nosa. Ot, refleks szukającego. Gdy kobieta weszła do środka, na wszelki wypadek postanowił wstrzymać oddech. Wychodząc z klasy, zauważył, że wyglądała na nieco speszoną. Nic nie podejrzewała.
Westchnęła ciężko i skierowała się ku drzwiom swojego biura. Przekręciła klamkę, a potem wyciągnęła różdżkę i postukała w nią, przypominając sobie o zabezpieczeniach. Zamek kliknął. I wtedy się zatrzymała. Natychmiast się odwróciła i spojrzała na otwarte drzwi, w których Albus wciąż stał.
Chłopiec słyszał swój oddech. Nie miał żadnych wątpliwości, o czym pomyślała. Czemu tylko jedne drzwi były zamknięte, skoro zabezpieczyła także główne wejście? Czy ktoś odblokował pierwsze drzwi? Zaniepokojona, omiotła wzrokiem całą salę lekcyjną, po czym zerknęła na korytarz.
Musiał się stąd wynieść. Teraz.
Najszybciej jak tylko mógł, najciszej, bez alarmującego hałasu, odepchnął się od ściany i energicznie przeszedł przez drzwi. Zachował największą ostrożność, nie chcąc na coś wpaść, czy czegoś dotknąć. Ostatni raz obejrzał się przez ramię i widząc wciąż otwarte na oścież drzwi, rzucił się do ucieczki, nie zaprzątając sobie głowy ewentualnym rumorem. Jedyne, o czym teraz marzył, to bezpieczne dotarcie do pokoju wspólnego...
Pod kamiennym przejściem niemal stracił oddech. Spojrzał na Mapę i zobaczył, że profesor Blackwood wciąż była w swoim biurze. Nie ruszyła w pogoń. Nie wiedziała, że myszkował w klasie.
Sukces.
– Popiełek[2] – powiedział do pustej ściany i po kilku sekundach wszedł do ślizgońskiego sanktuarium. Wyszedł z akcji cało.
Ogień w kominku dawno się wypalił, więc jedynym źródłem światła był zwyczajowy, niesamowity zielony blask.
Albus zdjął z siebie pelerynę i starannie ją złożył, po czym dezaktywował Mapę i udał się do dormitorium.
– Scorpius – szepnął, zwracając się do śpiącego przyjaciela, gdy odkładał swoje magiczne cuda. – Scorpius – powtórzył, delikatnie szturchając go w ramię.
– Co...? – zapytał sennie blondyn, otwierając jedno oko. – Cosidzije...?
Albus rzucił Rękę Glorii na jego łóżko.
– Schowaj – powiedział. – I nie wyciągaj dłoni z kufra.
Scorpius podniósł artefakt, rzucił mu zaspany uśmiech, po czym wrzucił go pod łóżko i znów opadł na poduszkę. Albus wczołgał się pod swoją kołdrę i dopiero wtedy odetchnął z ulgą oraz podekscytowaniem.
Odniósł wielki sukces...
Wiedział, że powinien położyć się spać, bo jest późno, ale wspomnienie zdjęcia wciąż mu towarzyszyło. Fotografia z pewnością była całkiem stara, a pozujący do niej czarodzieje ewidentnie się znali. Nie miał żadnych wątpliwości – profesor Blackwood była członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek. Może nawet zajmowała jakieś wysokie stanowisko, skoro stała obok samego przywódcy i jego goryla...?
Ale dlaczego była w Hogwarcie? Jaki był jej cel? Kto pozwolił jej uczyć?
Przypomniał sobie jaka okropna była do tej pory, jaka nieprzyjemna. A potem wrócił wspomnieniami do Warrena Waddleswortha, którego głośny, energiczny i przekonujący głos był przeciwieństwem zimnego i odpychającego Blackwood. Wtem pojął, że nie czuje wobec Waddleswortha strachu i nie ma doń żadnych mieszanych odczuć. Ten mężczyzna nie był podejrzany. Przecież nawet trochę się z nim zgadzał, prawda? Czy przez moment nie doświadczył zazdrości, gdy ludzie zapisywali się na jego listę? A jeśli Blackwood też była członkiem Aliansu to... czy trochę jej zazdrościł...? Czy mogli się porozumieć w pewnych kwestiach...?
Rozumiemy, że właściwe rzeczy są trudne. Czasami musimy torturować lub nawet gorzej... By powstrzymać wrogów, musimy walczyć jak oni!
Albus przewrócił się na drugi bok. Te słowa jakoś przylgnęły do niego, mimo że zostały wypowiedziane parę tygodni temu.
A co jeśli jeszcze gorzej...?
Zabić...?
– Scorpius? – wymamrotał w ciemności, przewracając się raz jeszcze, by spojrzeć na twarz przyjaciela.
– Hm? – mruknął sennie blondyn.
– Czy myślisz... czy myślisz, że w porządku byłoby kogoś zabić? – wyszeptał. – Kogoś, kto chciałby zabić ciebie? – doprecyzował.
Malfoy spojrzał w jego kierunku. Oczy, co prawda wciąż miał zamknięte, ale brwi zmarszczone.
– Eckley nie planuje żadnego morderstwa, stary – mruknął. – Idź spać, dobranoc.
Albus uśmiechnął się i odwrócił. Gdy tak patrzył bez celu w przestrzeń, odniósł wrażenie, że tej nocy już nie zaśnie. Będzie lepiej, pomyślał dziecinnie, nie wiedząc jeszcze, jakie czekać go będą sny.
[1] Depulso (z ang.: Banishing Charm) – zaklęcie odpychające nauczane na czwartym roku. W książce (jak i w rozdziale) uczniowie ćwiczyli go na poduszkach rozdanych przez Flitwicka. Nie podano jednak jego nazwy, był tylko opis. Nazwa zaklęcia pojawiła się za to w trzeciej grze na podstawie Harry'ego Pottera i występuje też w kolejnych jej częściach
[2] Popiełek (z ang.: ashwinder) – cienki, bladoszary wąż o roziskrzonych czerwonych oczach, wyłaniający się spomiędzy żarzących się węgli. Popiełek rodzi się, gdy magiczny ogień zbyt długo płonie bez nadzoru. Żyje tylko godzinę, a przez ten czas wyszukuje ciemnego i zacisznego miejsca na złożenie jaj, a następnie rozpada się w proch. Gdy jaja nie zostają szybko odnalezione i zamrożone odpowiednim zaklęciem, mogą wywołać pożar. Zamrożone jajka są istotnym składnikiem napojów miłosnych. Stworzenie miało swój debiut w filmie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz