08 grudnia 2022

5. PRZYSZŁA PANNA MŁODA

Albus wiedział, że wydusił z ojca wszystkie możliwe informacje w dniu, w którym udali się na Ulicę Pokątną i starając się złożyć je w spójną całość, musiał także skoncentrować się na zbliżającym się powrocie do Hogwartu. Ostatni tydzień wakacji minął mu na pakowaniu kufra i znoszeniu przypominania o szczególnej wadze piątego roku nauki, choć w ogólnej perspektywie był równie ważny, co każdy poprzedni.

— I pamiętaj, że bez względu na to, które przedmioty wydają ci się decydujące co do twojej przyszłości, musisz być dobry we wszystkich. To jedyna sprawdzona droga do pomyślnego zdania egzaminów…

— Tak, mamo — wymamrotał, odbierając od niej starannie złożone, wyprasowane ubrania i wrzucając je do swojego kufra, psując cały efekt.

— I pamiętaj, żeby w razie wypadku poprosić brata o pomoc — odłóż na bok ewentualne osobiste animozje, bo co, jak co, ale jemu SUMy poszły świetnie…

— Tak, mamo — skłamał od niechcenia, pakując losowe książki.

— I co najważniejsze… Albusie! Dlaczego bierzesz też to?

— Hm? — Zacisnął dłonie na lśniącym, gładkim materiale. — No przecież to moja peleryna…

— Czyżbyś znowu planował nocne wycieczki, prowadzące cię wprost w ramiona niebezpieczeństwa?

Nie miał nic na swoje wytłumaczenie. Całe szczęście, tata akurat przechodził obok i postanowił się wtrącić.

— Peleryna niewidka jest koniecznością, Gin. Z nią jest właśnie bezpieczniej…

Mama odwróciła się do niego, najprawdopodobniej w celu rozpoczęcia małej sprzeczki co do słuszności tej racji, ale ojciec szybko puścił Albusowi oko i zbiegł po schodach.

Ślizgon zachichotał, a zrezygnowana Ginny postanowiła sprawdzić teraz postęp Jamesa — notorycznego spóźnialskiego. Al w międzyczasie wrzucił do kufra jeszcze dwie ważne rzeczy: Mapę Huncwotów i srebrny pierścień Fairharta. Te trzy szczególne przedmioty — peleryna, mapa i sygnet — miały dla niego dużą wartość, choć jeden z nich był zupełnie nieprzydatny. Z pierścienia pożytek miałby tylko i wyłącznie w godzinach nocnych, kiedy chciałby sobie czymś poświecić, a nie miałby ochoty na sięgnięcie po różdżkę.

Usiadł na łóżku i na myśl o szkole, pogodnie wyszczerzył się do swojego kufra. Za niedługo spotka się z przyjaciółmi; będzie mógł przytulić się z Mirrą i wygłupiać ze Scorpiusem i Morrisonem; będzie mógł spotkać się na stopie koleżeńskiej z Hagridem i na spokojnie wypić z nim herbatę…

— Ani słowa o Waddlesworthcie, dzieciaku — upomniał go mijający drzwi wujek.

Albus zmarszczył lekko brwi. Dzień po wizycie na Pokątnej tata powiedział mu, że Waddlesworth rzeczywiście był o umówionej porze w Hogsmeade. Nieco zakłopotany, poprosił Harry'ego, żeby nadal miał oko na tę sprawę — był świadomy możliwości magii — ale jak do tej pory, nie odkryto nic ciekawego.

I tym właśnie sposobem, następnego dnia obudził się z nadchodzącą wizją spotkania z przyjaciółmi oraz z ukłuciem rozczarowania, że nie udało mu się rozwikłać tej gringottowej zagadki przed pierwszym września.

Poranek, tradycyjnie, był zabiegany i rozgorączkowany dla większości oraz przyjemny i stosunkowo łatwy dla co poniektórych. Albus był już spakowany, podobnie jak Rose i Lily. James najprawdopodobniej próbował przeorganizować porządek, który zrobiła mu w kufrze matka, co skończyło się kompletnym rozgardiaszem, który musiał potem trochę posprzątać, zanim wyjadą na peron. Hugo balansował gdzieś pośrodku — spakowane miał ubrania, ale z resztą miał problem. Al zaproponował mu pomoc, ale kuzyn odmówił; od tamtej pory się nawet nie widzieli.

— Szybciej, szybciej! — popędzała mama, w biegu żując bekon. Kiedy zauważyła, że ma rozpięty guzik koszuli, natychmiast go zapięła.

— Nie jedziesz z nami? — spytał.

— Dziś jest straszny dzień — odpowiedziała. — Wezwano mnie do naniesienia poprawek w artykule, a ojciec…

— No przecież wiem, że tata i wujek Ron są zajęci. Zostaje nam tylko ciocia Hermiona?

— Tak. Na miejscu spotkacie się z wujkiem George'em. Razem z Fredem powinni przyjechać o tej samej godzinie.

Albus skinął głową i wrócił do spokojnego jedzenia bekonu, podczas gdy Jaimie latał jak szalony po kuchni, szukając swoich rzeczy.

— Naprawdę, James? — parsknęła Ginny. — To się dzieje już siódmy rok z rzędu. Nigdy nie potrafisz się zorganizować. Zaczynam myśleć, że naprawdę nie jesteś do tego zdolny!

— Powiedziałem ci to, gdy miałem jedenaście lat!

Nagłe pukanie do drzwi zapowiedziało przybycie dwóch pracowników Ministerstwa Magii, mających ich zawieść na miejsce.

— Proszę chwilkę poczekać! — krzyknęła matka, kiedy ciocia Hermiona pospieszyła, by im otworzyć.

— Proszę, zapraszam — powiedziała uprzejmie, wpuszczając ich do środka. — To potrwa tylko kilka minut.

Okazało się, że ciocia była w błędzie — ogarnięcie się zajęło im o wiele więcej czasu. James miotał się przez ponad pół godziny, a kiedy wreszcie wyruszyli w drogę, przydzielona im eskorta miała niespokojne wyrazy twarzy, choć bez słowa sprzeciwu spakowali uczniowskie kufry do magicznie powiększonego bagażnika. Właściwie to w ogóle się nie odzywali, niecierpliwie czekając na kolejne polecenia.

Albus milczał przez większość drogi, rozmyślając nad wszystkimi rzeczami, które musiał na stacji powiedzieć przyjaciołom. Wtedy przypomniał sobie, że zapomniał jakoś ułożyć swoje włosy, a miał spotkać przecież dziadków Mirry.

Na peron dotarli z zaskakująco dużym wyprzedzeniem, a tym razem wyjechali z domu późno i nie przyspieszali magicznie podróży. Wszyscy natychmiast ruszyli do przodu, chcąc przejść przez barierkę, ale zanim im się to udało, zatrzymała ich ciocia.

— Po kolei, jeden po drugim. Ty pierwszy, James…

Zrobili, co im kazano. Wszyscy ustawili się w linii przy solidnej betonowej ścianie, która była ich przejściem na drugą stronę. Zirytowany Albus przewrócił oczami — miał dość wyjaśnień i pouczeń, jak się do tego zabrać — ale i tak przeszedł ukradkiem i jakby od niechcenia.

Przywitał go widok hogwardzkiego ekspresu, na który nie mógł się nie uśmiechnąć. Zewsząd słychać było wesołe rozmowy i szczebioty szkolnych kolegów. Natychmiast się rozeznał w okolicy, chcąc wyczaić znajome twarze i zobaczył jowialnie mu machającego Bartleby'ego Binga, z którym dzielił ślizgońskie dormitorium. Wyszczerzył się do niego i rozejrzał w poszukiwaniu bliższych znajomych. Zrobił krok do przodu.

— Stój, Al! — James pociągnął go za koszulkę. — Ciocia Hermiona każe nam trzymać się w grupie.

— Serio? — Zirytowany, przewrócił oczami. — Na peronie? Co ona sobie myśli, że zostaniemy zaraz zaatakowani; że Darvy wyskoczy zza barierki i zacznie strzelać w nas klątwami?

— Hej! Nie ja ustalam te zasady…

Albus został wrócony do miejsca, gdzie wszystkie dzieci zgromadziły się wokół cioci.

— Chciałam tylko szybko sprawdzić, czy wszystko macie. Potem możecie poszukać swoich przyjaciół — wyjaśniła.

Nastolatek stał jak kołek dobre dziesięć minut, zanim Hugo któryś raz z rzędu przejrzał swoją listę i zanim pozwolono im się oddalić. Na poszukiwaniach nie spędził za dużo czasu. W ciągu pięciu minut zobaczył, że w jego stronę zmierza blondwłosy nastolatek o pompatycznym wyrazie twarzy i lekko spiczastej twarzy.

— Ahoj, Al! — Uśmiechnął się z daleka, a srebrna odznaka przypięta na jego piersi zalśniła w świetle słońca.

Odwzajemnił uśmiech, po czym popchnął swój kufer w kierunku przyjaciela. Kiedy byli na odległość ręki, przybili tradycyjną piątkę.

— Hej, nie tak mocno! — powiedział surowo Scorpius. — Mogę ci za to wlepić szlaban.

Albus wyszczerzył się jeszcze bardziej.

— Mam masę do opowiedzenia.

— Poczekajmy najpierw na Morrisona. — Odwrócił się, by przeszukać wzrokiem peron. Obaj wiedzieli, że nie potrwa to długo. Morrison Vincent był absurdalnie wysoki jak na swój wiek, a przez to i dość rozpoznawalny.

Potter w międzyczasie rozejrzał się za drobniejszą postacią, lecz Mirry nigdzie nie było widać.

— No szybciej, ty wielka kupo mięcha — mruknął Scorpius. — Gdzie jesteś…?

Albus zauważył przyjaciela pierwszy. Szukając kogoś mniejszego i ładniejszego, zwrócił uwagę na wysokiego, głupio wymachującego ramionami chłopaka. Wyraźnie górował ponad głowami pozostałych piątorocznych. Ewidentnie próbował coś im przekazać, ale jego twarz była tak nieczytelna, że nie miał zielonego pojęcia, o co może mu chodzić.

— O, tam jest — zwrócił uwagę Malfoyowi, po czym obaj podreptali w jego stronę. Walczyli, dzielnie przedzierając się przez tłum, a gdy w końcu się spotkali, przybili sobie piątki.

— Jak się masz, stary? — spytał Scorpius.

— Czekajcie. Tak na szybko. — Morrison machnął zaciekle ręką. — To moja mama. — Zrobił krok w bok.

Pani Vincent była grubszą kobietą o ciepłym uśmiechu i jasnobrązowych włosach, które syn po niej odziedziczył. Kiedy Albus uścisnął jej dłoń, w okamgnieniu zauważył, jakie miała smukłe i delikatne palce; jej sympatycznego „witam" nie powstydziłaby się żadna nastolatka. Nie wyglądała matczyno, a młodzieńczo. Gdyby nie wiedział, że to rzeczywiście matka Morrisona, z góry założyłby, że jeszcze nie ma dzieci. Gdy Scorpius powtórzył jego ruch, wysoki przyjaciel wziął głęboki oddech, wyglądając, jakby psychicznie się na coś przygotowywał.

— A to jest moja siostra. — Dotknął ramienia mamy, by zrobiła więcej miejsca. — Lisa.

Albus wysunął się naprzód, żeby i jej uścisnąć dłoń i opadła mu szczęka. Scorpius wpadł na niego i omal się nie przewrócił, a potem i on zastygł w miejscu. Obydwaj stali jak ciołki, z wywalonymi na wierzch oczami i otworzonymi szeroko ustami.

Lisa Vincent była — szukał na to innego określenia, ale nic nie przychodziło mu do głowy — niezłą laską. Miała twarz w kształcie serca i przeszywające czekoladowe oczy, idealnie komponujące się z jej długimi, brązowymi włosami, swobodnie falami opadającymi na ramiona. Była niezwykle urodziwa, owszem, ale to strój sprawiał, że była atrakcyjniejsza. Mimo że był raczej chłodny początek września, miała na sobie sporo odsłaniającą czarną bluzkę i niskiego stanu jeansy, które uwydatniały jej zgrabne, szczupłe nogi. Dłonie opierała na ładnie zaokrąglonych biodrach i dopiero kiedy Albus znowu skupił się na jej twarzy, zauważył (nawet nie wiedział jakim cudem), że żuła gumę.

Spojrzał w bok na Scorpiusa, którego usta wydawały się niezdolne do zamknięcia się, a potem na Morrisona, który widząc ich reakcję, uderzył się dłonią w czoło.

— Cze… cześć — wyjąkał w końcu.

Lisa Vincent przewróciła oczami, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się tym, jak bardzo był to niegrzeczny gest.

— Lisa! — skarciła ją matka, patrząc jej prosto w oczy; były tego samego wzrostu. — Przyjaciel Morrisona właśnie się z tobą przywitał… — przerwało jej jakiś głośny dźwięk, mający swe źródło w kieszeni spodni dziewczyny.

Nie ociągając się, Lisa wyciągnęła telefon komórkowy i przyłożyła go do ucha, zatykając sobie palcem drugie.

— Tak, jasne, mogę gadać. — Odeszła kilka kroków.

Pani Vincent zarumieniła się gwałtownie.

— Musicie jej wybaczyć — powiedziała do chłopców. — Ma teraz sporo na głowie…

Albus ciężko przełknął ślinę i skinął głową, po czym spojrzał na Scorpiusa, chcąc się dowiedzieć, czy już z nim lepiej. Wyglądał już całkiem normalnie, choć mrugał bardziej niż zwykle. Zebrawszy się na odwagę, raz jeszcze spojrzał na Lisę Vincent i zacisnął dłonie. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego czuł do niej takie przyciąganie. Mógł jedynie powiedzieć, że to uczucia znacznie różniły się od tych, którymi darzył Mirrę.

Morrison pochylił się ku mamie i pozwolił pocałować się w policzek. Potem chwycił swój kufer i odszedł razem z przyjaciółmi. Albus mimowolnie zauważył, że nie pożegnał się z siostrą.

Przez chwilę maszerowali w milczeniu i, co zaskakujące, pierwszy odezwał się Scorpius.

— Wydaje się miła…

— Co masz przez to na myśli?! — ryknął wściekle Morrison.

Blondyn uniósł obronnie dłonie.

— Twoja mama wydaje się miła!

Vincent zmrużył podejrzliwie oczy i powstrzymał się od komentarza. Dopiero gdy na ich drodze pojawiło się jakieś rozproszenie, byli w stanie wrócić do normalności po tym niezręcznym spotkaniu. W pewnym momencie Albus zauważył, że Scorpius znacząco się pochylił. Zamrugał zdziwiony i z ciekawością rozejrzał się wokół. Cicho westchnął, kiedy zobaczył Rose trzymającą się za ręce ze swoim chłopakiem.

Lance Disona przyciął włosy, a brak jego nienagannych złotych fal tylko sprawił, że jego twarz stała się dostojniejsza i bardziej wyrafinowana. Puchon pomachał im jowialnie, a Rose nawet nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi.

Albus i Morrison odmachali mu, a Scorpius wbił wzrok w ziemię, wciąż pochylony.

— Więc to wciąż trwa…? — mruknął cicho.

— Wybacz, stary. — Potter skinął głową. — Spójrz na to z innej perspektywy. Lance za rok kończy szkołę i na dobre zniknie…

Mimo że pocieszenie niezbyt się udało, przyjaciel został rozproszony widokiem rodziny Albusa, z którą Ślizgon na szybko się pożegnał. Wujek George stał obok z Fredem. Hermiona mocno go przytuliła, a z silnika pociągu buchnął dym.

— Do zobaczenia, ciociu — powiedział, odsuwając się od jej napuszonych włosów.

— Do widzenia, Al. Mam nadzieję, że nie będziesz miał problemów w tym semestrze. Zobaczymy się w Boże Narodzenie. — Przyciągnęła go bliżej. — Twój ojciec chciał, bym ci coś powiedziała.

Albus zmarszczył lekko brwi i spojrzał cioci prosto w oczy. Co takiego chciał mu przekazać tata?

— Harry chce, żebyś był ostrożny i niczego się nie obawiał. Jak również, żebyś w nic się nie mieszał i trzymał w górze głowę — wyszeptała mu wprost do ucha.

— Yhym. — Zamrugał, zdekoncentrowany. — A co to wszystko znaczy?

— Założyłam, że będziesz wiedział. To zdecydowanie miało być tylko między wami dwoma. — Uśmiechnęła się ciepło. — Witaj, Scorpiusie — powiedziała głośniej, odwracając głowę.

— Dobry, pani Weasley… — odpowiedział blondyn, dzielnie próbując przywołać na swoją twarz uśmiech. Wyraźnie nie mógł się skupić, gdyż właśnie do rodziny podeszła Rose z Lance'em.

Albus odsunął się z niecierpliwością. Kiedy on będzie mógł w końcu porządnie się przywitać? Gdzie podziewała się Mirra? Ledwo się obrócił, coś niemal zwaliło go z nóg. Prawie upadając, przekrzywił głowę. Spojrzał wprost w przepiękne, lśniące nieskrywaną radością oczy.

— Al! — krzyknęła Mirra, puszczając swój kufer i mocno ściskając chłopaka, na którego twarzy momentalnie pojawił się szeroki, zadowolony uśmiech. Stojący praktycznie tuż obok James gwizdnął; akurat przedstawiał cioci swoją aktualną dziewczynę. Morrison ograniczył się jedynie do rechotu.

— Jak się masz? — spytał Albus, zakopując twarz w jej włosach. Pachniała identycznie jak w zeszłym roku.

— Chodź szybko. — Zignorowała jego słowa. — Chciałabym cię przedstawić… — Złapała jego ramię w niedźwiedzi uścisk i zaczęła się przepychać między czarodziejami. Nie zwróciła przy tym większej uwagi na to, że ich kufry są teraz zdane na łaskę rodziny i szkolnych przyjaciół. Finalnie stanęli twarzą w twarz ze starszą parą, która z całą pewnością była dziadkami Mirry.

Albus już ich kiedyś widział i z daleka założył, że są dobrymi i miłymi ludźmi. Teraz, stojąc tuż przed nimi, w końcu mógł im się bliżej przyjrzeć.

W przeciwieństwie do mamy Morrisona wyglądali na swój wiek. Dziadek Tunnels był szczupłym i niespodziewanie wysokim mężczyzną, miał wąskie usta, pomarszczoną skórę i łysą głowę; płaszczem okryty był pod samą szyję. Nosił grube okulary i na twarzy miał uprzejmy uśmiech. Sprawiał niejednoznaczne wrażenie — jakby jednocześnie chciał poznać ukochanego wnuczki, ale także szybko wrócić do ulubionej książki. Babcia Tunnels była mniej więcej tego samego wzrostu, co jej mąż, jak również była szczupła. Miała kręcona włosy w dokładnie tym samym odcieniu co Mirra, choć znacznie krótsze. Też stanowiła pewnego rodzaju sprzeczność — mimo lekko gburowatego wyrazu twarzy, wciąż wydawała się miła. Albus odniósł wrażenie, że nieszczególnie przejmuje się tym spotkaniem, ale wciąż jest zainteresowana jego przebiegiem.

Szybko uścisnął im dłonie i uśmiechnął się. Jeszcze chyba nigdy nie był bardziej czerwony.

— A więc ty jesteś tym Albusem — powiedziała odrobinę szorstko babcia, na szczęście nie onieśmielająco. Najprawdopodobniej był to głos zarezerwowany specjalnie dla osób starszych. Dziadek mruknął coś mało wyraźnie, a potem uśmiechnął się, rozemocjonowane spojrzenie przenosząc na czerwony pociąg, jakby akurat w tym momencie trzeba było go dokładniej obejrzeć.

— Tak. — Ślizgon przełknął nerwowo ślinę. — Jak się ma… Jak się państwo macie? — wybełkotał, decydując się na bardziej formalny ton. Miał nadzieję, że nie zabrzmiał przez to komicznie.

Starsza kobieta otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale wcięła jej się Mirra.

— Naprawdę powinniśmy się spieszyć, babciu. Chciałam tylko żebyście go poznali…

— Bardzo dobrze, dziękuję. — Babcia była nieugięta. Spojrzała z widoczną ciekawością na szaty Albusa. — Ach, skromność. — Uśmiechnęła się przyjaźnie. — Mirra też czeka z przypięciem sobie odznaki, jak wsiądzie do pociągu.

— Ja… Słucham…?

— Jesteś ze Slytherinu, prawda? — kontynuowała pani Tunnels. — Czy mam rację, że to po prostu inny dom? Inne położenie dormitorium?

— Tak. — Skinął głową. — Hm, a tak na szybko. Co z moją odzna…?

— Naprawdę się spieszymy, babciu. — Mirra pociągnęła go za ramię. Albus rzucił jej zdziwione spojrzenie, a ta w odpowiedzi szybko pochyliła się ku babci i pocałowała ją w policzek. Gdy pożegnała się z dziadkiem, niezręczne spotkanie dobiegło końca.

— Miło było poznać. — Pomachał starszej parze i zatrzymał Mirrę, gdy tylko zniknęli z zasięgu jej wzroku. — Powiedziałaś im, że jestem prefektem...?

— Nie ułożyłeś sobie włosów! — rzuciła z uśmiechem. — Jesteśmy nawet…

— Co to, to nie! — Pokręcił przecząco głową. — Mówię poważnie. Dlaczego w ogóle…? Scorpius jest prefektem…

— Przez przypadek! Naprawdę! Dostałam odznakę i tłumaczyłam dziadkom, co i jak, no i powiedziałam, że ty pewnie będziesz reprezentował Slytherin.

— Dlaczego? Czemu w ogóle tak pomyślałaś? Przecież nie jestem wybitnie mądry…

— Jesteś, Albusie. — Zatrzymała się w miejscu i dotknęła dłonią policzka chłopaka. — Oczywiście, kiedy się przykładasz. — Uśmiechnęła się Mirra. — I tu wcale nie chodzi tylko o inteligencję. Tak poza tym… kompletnie zapomniałam o Scorpiusie. Po tym, jak powiedziałam o tobie dziadkom, uświadomiłam sobie, że ślizgońskim prefektem pewnie będzie właśnie on.

Albus przewrócił oczami i wrócili do swoich kufrów, które stały dokładnie w tym samym miejscu, co je zostawili, dziwnie nietknięte. Wtaszczył je do pociągu i wziął bagaż podręczny, uśmiechając się pod nosem. Nadal miał w pamięci czasy, kiedy nie potrafił sobie z tym poradzić. Z biegiem lat stał się silniejszy.

Dym zaczął buchać w szybszym tempie, kiedy weszli do środka. Drzwi się zamknęły i zaczęli maszerować po korytarzu.

— No to co? Siadasz ze mną i… — powiedział, gdy pociąg ruszył.

— Muszę spotkać się z innymi prefektami, Al. — Uśmiechnęła się słodko Mirra i wyciągnęła srebrną odznakę. Potem przypięła ją sobie do szat. — Wpadnę do was później, dobrze? — Pocałowała go w policzek. — Do Rose też…

Albus pokiwał głową i także ją cmoknął. Kiedy odeszła, zdał sobie sprawę, że Scorpius też nie będzie z nimi cały czas. Mijając różne przedziały, wściubiał do środka głowę z nadzieją, że w końcu znajdzie przyjaciół. Gdy natknął się na Morrisona w jednym z końcowych, ze zdziwieniem zauważył, że przyjaciel nie był sam — towarzyszyła mu piątoroczna, lekko pulchna, choć daleka od nieatrakcyjnej blondynki ślizgonka. Albus znał się z nią jako tako, ale wiedział, że dla Morrisona dziewczyna była kimś więcej.

— Cześć — przywitał się, natychmiast czując się nieswojo.

Melonie odpowiedziała mu uśmiechem.

— Ahoj, stary. — Vincent błysnął zębami. — Usiądź…

Albus uniósł wysoko brwi.

— Dzięki za pozwolenie — zażartował i zajął miejsce naprzeciwko. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, po czym Melonie wstała i otrzepała szatę.

— Powinnam dołączyć już do innych prefektów — powiedziała taktownie i dopiero wtedy zauważył, że na piersi przypiętą ma srebrną odznakę. Zamrugał zdziwiony, że nie dostrzegł jej wcześniej. — Zobaczymy się później — dodała do Morrisona, a potem wyszła z uśmiechem na twarzy. Gdy tylko drzwi się zamknęły, przyjaciel rozciągnął ramiona.

— Życie jest dobre, co nie, stary? — spytał głupio.

— Och, czy właśnie to wyczytałeś ze wszystkich gazet i magazynów skupiających się na plotkach dotyczących ataków i powszechnie panującego strachu? — Potrząsnął głową i się wyszczerzył.

— Nic się nie zmieniłeś. — Morrison zaśmiał się głośno. — Nawet z wyglądu…

— Żaden z nas szczególnie się nie zmienił — odpowiedział. — No, może Scorpius urósł o jakiś cal…

— Nie tak szybko! — Vincent wskazał palcem górną wargę. Kipiał nieskrywaną ekscytacją.

Albus zmrużył oczy.

— Widzę pojedynczy włos? — Udał zdumienie. Nie było przecież tak, że pojawienie się zaczątków zarostu u dojrzewającego młodego chłopaka, było czymś niezwykłym. Co więcej, Morrison był wyższy od swoich rówieśników oraz najprawdopodobniej przeszedł już mutację głosu.

— Kilka! Zaczęły rosnąć parę dni wcześniej. I tym razem są prawdziwe! Nie rzucałem żadnego czaru i w ogóle!

Albus uśmiechnął się i oparł stopy o przeciwległą kanapę. Wybierając zmianę tematu, skupił się na czymś rzeczywiście istotnym.

— Jak myślisz, co robią teraz prefekci?

— Powinni patrolować. — Morrison także zmienił pozycję. Nie mógł oprzeć nóg o kanapę, bo były zwyczajnie za długie, więc uniósł je wyżej i oparł o framugę okna. — Wydaje mi się, że teraz jeszcze pewnie siedzą i dyskutują na temat swojej wyższości w porównaniu ze wszystkimi innymi szarymi pasażerami tego pociągu.

— Jesteś rozczarowany? Że nie dostałeś odznaki?

Przyjaciel zachichotał.

— Stary, byłbym zagrożeniem dla tej szkoły, gdybym został prefektem. Nie, Scorpius zdecydowanie sobie na nią zasłużył. Nie przeszkadza mi to, a nawet powiedziałbym, że to okej. Wyższe stanowiska są obsadzone przez kumpla i dziewczynę. — Uśmiechnął się szeroko. — Pasuje mi to. — Uniósł w górę dwa kciuki.

Albus także się uśmiechnął i zastanowił. Ciekawa perspektywa. Czy to, że Mirra została prefektem, cokolwiek zmieni? Miał nadzieję, że nie. Lubił sposób, w jaki go teraz traktowała…

Rozmyślania przerwała mu pani z wózkiem. Z racji tego, że razem z Morrisonem mieli tendencję do szybkiego nudzenia się, nakupili słodyczy, gdzieś z tyłu głowy mając świadomość, iż w Hogwarcie czeka ich wyśmienita uczta.

Rozmawiali, napychali się słodkościami, zgadywali smaki fasolek Bertiego Botta i łapali uciekające czekoladowe żaby.

Dziwne było to, jak ta podróż różniła się od innych — zamiast nudy dobrze się bawili. Bez siedzącego obok Scorpiusa, Albus był szczęśliwy niż kiedykolwiek, że może chociaż pochichrać się z Morrisonem — było to świadectwem ich trwałej przyjaźni. Po godzinie śmiania się i wygłupiania przyjaciel zadał mu poważne pytanie.

— Więc? — Usiadł normalnie i odłożył na stół kuliste dyniowe paszteciki, którymi próbował żonglować na podłodze. — Miałeś jakieś… no wiesz… specyficzne… przeczucia? Lub myśli…?

Albus wziął głęboki oddech. Wstał, otworzył drzwi przedziału i szybko sprawdził, czy nikt nie czai się w pobliżu. Przy takiej rozmowie zdecydowanie stawiał na prywatność. Przez kilka pierwszych tygodni wakacji pisał do Morrisona o dziwnych, nawiedzających go myślach i nietypowych uczuciach. Pod koniec ostatniego semestru wsiadł do pociągu mocno zirytowany, zdenerwowany, zły i z poczuciem niewytłumaczalnej zjadliwości. Mimo że dobrze się krył, korespondencja z przyjacielem uświadomiła mu, że ten jest ciekawy jego labilności emocjonalnej i chwiejności. Najdziwniejsze było jednak to, że w pewnym momencie, mniej więcej w połowie lata, wszystko się skończyło.

— Tak po prostu? — Morrison uniósł brwi. — Żadnych więcej przerażających przeczuć? Żadnych szalonych snów?

— No, tak — odpowiedział Albus. — Nie potrafię tego dobrze wyjaśnić, ale to tak jakby wszystko nagle mnie opuściło.

— Nawet…? — Chłopak palcem wskazał na swoje oczy.

Skinął głową.

— Ano, jakbym był zupełnie innym człowiekiem, niż przez większość poprzedniego roku, ale nie czuję się szczególnie inaczej. Po prostu… to zniknęło, więc wiem, kim teraz jestem.

Morrison rzucił mu zdziwione spojrzenie.

— Stary, to nie ma najmniejszego sensu. — Zmarszczył brwi.

— Wiem, no wiem — westchnął Albus. — Nic na to nie poradzę, a czuję się zdecydowanie lepiej.

Przyjaciel wzruszył ramionami.

— Może to przez cały czas byłeś ty, a teraz czujesz się lepiej, bo… no, sam nie wiem — znowu nad sobą panujesz.

— Może, kto wie — mruknął, choć w ogóle w to nie uwierzył. Nie wiedział, co zmieniło się w ciągu tych kilku miesięcy, ale był pewien, że siła woli nie miała z tym zupełnie nic wspólnego.

Przedział został otwarty i do środka wszedł Scorpius.

— Rose nie jest prefektem! — zakomunikował, zatrzaskując za sobą drzwi.

— Wiem o tym aż za dobrze — odpowiedział Albus. — Ty też. Widziałeś ją na peronie — nie miała przypiętej odznaki.

— Myślałem, że może czeka, aż wejdzie do pociągu…

— Stary — prychnął. — Obaj doskonale wiemy, że gdyby ją dostała, jakimś cudem przypięłaby ją sobie jeszcze zanim dobrze odtworzyłaby kopertę. Poza tym i tak byś z nią nie patrolował. Jesteście w innych Domach i przypisali ci Melonie.

— Wiem. — Scorpius wydął usta, usiadł i założył ręce. — Po prostu myślałem, że… ach, no nieważne. — Spuścił głowę, zniechęcony.

— Kim są inni prefekci? — zapytał Morrison.

— Cóż, z Gryffindoru Mirra. — Blondyn rzucił Albusowi twarde, nieprzyjemne spojrzenie, jakby wybór ten był jego winą. — Z chłopców Eckley.

— Jasna cholera! — Albus pstryknął palcami.

— Wydawało mi się, że jesteście teraz w dobrych stosunkach — zauważył chytrze Vincent.

— Niby tak, ale to wciąż dureń…

— Z Hufflepuffu jest taka jedna ładna dziewczyna, Anastasia Anifur, albo coś podobnego; z chłopców gościu, którego widziałem może z kilka razy przelotnie na korytarzu — chyba ma na imię Kyle, ale nie jestem pewien…

— Co z Ravenclawem?

— Winona Soreeno? — Scorpius wyglądał, jakby próbował przypomnieć sobie prawidłowe nazwisko. — Hm, wygląda trochę głupkowato. No i Parish Milton.

Albus westchnął, przypomniawszy sobie, że ta dwójka była aktywnymi uczestnikami dyskusji na obronie przed czarną magią dwa lata temu.

— Całkiem nieźle. Mogło być znacznie gorzej — podsumował Morrison, robiąc Malfoyowi więcej miejsca na kanapie, by ten mógł wygodniej usiąść.

— Wszyscy prefekci wrócili do swoich przedziałów? — spytał Albus.

— Cóż, niektórzy wciąż mogą patrolować. — Scorpius skinął niepewnie głową. — Myślisz, że może mógłbym wlepić Lance'owi szlaban? — Otworzył szerzej oczy, jakby ten pomysł rzeczywiście był przegenialny.

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, drzwi przedziału rozsunęły się i Mirra omiotła ich wzrokiem.

— Rutynowa kontrola. — Uśmiechnęła się słodko. — Bierzesz wolne już pierwszego dnia, Scorpiusie? — Spojrzała na zgarbionego blondyna.

— I na pracę przyjdzie czas — odpowiedział filozoficznym tonem.

— Wpadnę tutaj później, dobrze? — dodała, skupiając się z powrotem na Albusie. — Kilka razy przejdziemy wtę i wewtę…

Użycie liczby mnogiej sprawiło, że Potter usiadł prosto i wyciągnął szyję. Zza jego dziewczyny wystawał znajomy, choć z lekko nieczytelnym wyrazem twarzy, gryfon. Charles Eckley stał po jej prawej, nieco wyższy, ale nadal wyglądający podobnie. Chłopak skinął na powitanie głową, a Albus odwzajemnił ten gest. Mirra pomachała im, a potem zamknęła za sobą drzwi.

— Zauważyliście, że nie pocałowała mnie na do widzenia? — spytał natychmiast.

Morrison wydał z siebie pogardliwe prychnięcie.

— Na szubienicę z nią! — krzyknął potężnym, apodyktycznym głosem.

Scorpius zachichotał, chyba po raz pierwszy od spotkania, po czym odwrócił się do Albusa.

— Przedtem mówiłeś, że masz nam wiele do opowiedzenia — zagaił.

Nastolatek sapnął zaskoczony i prawie podskoczył w miejscu, że sam wcześniej o tym nie pomyślał.

— Prawie wylądowałem w Azkabanie w te wakacje! — Uśmiechnął się tajemniczo.

Opowiedzenie całej (niezmyślonej!) historii zajęło mu dziesięć minut, ale pytania przyjaciół i śmiechy, w co poniektórych momentach, przedłużyły to do ponad pół godziny. Kiedy skończył obaj wyglądali, jakby mieli dużo pytań, ale najwidoczniej jedno szczególnie się wyróżniało, gdyż zadali je w tym samym czasie.

— I ten facet z notatnikiem jest naszym nowym nauczycielem eliksirów?

— Wszystko wskazuje na to, że aplikował na tę posadę, by dalej być durniem. — Skinął głową, marszcząc brwi.

— Brzmi jak świetna robota — skomentował szybko Morrison.

— Raju, dlaczego Hogwart choć raz nie może zatrudnić nauczyciela, który zna się na rzeczy? — Scorpius przyjął bardziej ofensywne podejście do sprawy. — Blackwood uczyła nas w zeszłym roku na polecenie Waddleswortha, czyż nie?

— To niesprawiedliwe — westchnął Vincent. — Fairhart był wspaniałym profesorem, nawet jeśli nie zajmował się eli… — urwał wpół zdania, zauważając przygnębiający wzrok Albusa.

Wiadomość o przedwczesnej śmierci ulubionego nauczyciela wstrząsnęła nimi wszystkimi, choć w rzeczywistości to Potter przeżył ją najbardziej. Fairhart był dla niego nie tylko wykładowcą, ale także wyjątkowym obrońcą, bez względu na wzloty i upadki ich znajomości.

Niewygodny moment ciszy przerwał ostatecznie Morrison.

— Hej, a byliście kiedyś na jakimś weselu?

Albus skinął głową, choć było to pytanie, na które tak naprawdę nie mógł udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Owszem, był kiedyś na ślubie (a nawet na kilku), ale był wtedy jeszcze mały i prawie nic z nich nie pamiętał. W przeciwieństwie do niego Scorpius pokręcił przecząco głową.

— Och, no trudno. — Morrison ciężko westchnął. — Moja siostra was zaprosiła.

Obydwaj zamrugali, zdziwieni. Albus pierwszy odzyskał zdolność mówienia.

— Niemożliwe! — Wywalił oczy. — Twoja siostra? Ta dziewczyna, którą dzisiaj poznaliśmy? No ale ona nie wygląda… hm, nie wygląda…

— Niewinnie, wiem. — Przyjaciel rzucił mu smutne spojrzenie.

— Nie! To znaczy, ona… nie wygląda na… hm, gotową do małżeństwa…

— No cóż, mówiłem wam, że od zeszłego roku umawia się z takim jednym mugolem. — Morrison wzruszył ramionami. — Mieszka z nami. Idiota się oświadczył. Zrobił z tego kolejną magiczną sztuczkę. — Przewrócił zirytowany oczami.

— A wie? — Scorpius uniósł brew. — No wiesz, o… czarodziejach i w ogóle?

— Co ty! — Vincent wybuchnął śmiechem. — Lisa jest charłakiem i nie ma żadnego interesu we wspominaniu o naszych magicznych korzeniach. Nie powiedziała mu o mamie ani o tacie, który swoją drogą powinien już ruszać w drogę, żeby zdążyć na ten ślub. Spotkacie go, jeśli oczywiście wpadniecie. Powinien być w grudniu.

— No pewnie, że przyjedziemy! — wypalił Albus. — Tylko będę musiał porozmawiać z moimi rodzicami.

— Oni też mogą przyjść. Serio, swobodnie zapraszajcie bliską rodzinę i przyjaciół. Liczymy na dużą frekwencję. Jak już mówiłem, jeśli tylko chcecie…

— Jasne, stary. — Scorpius odzyskał zdolność mówienia. — Nie mogę powiedzieć tego samego o mojej rodzinie, ale ja w to wchodzę. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć twoją siostrę w sukni ślubnej…

Morrison żartobliwie, choć całkiem mocno szturchnął go w ramię, na co całą trójką się roześmiali. Radość była szczególnie zaraźliwa. Albus przyłożył policzek do szyby i nie pozwoliwszy, żeby wieści o nadchodzącym weselu całkowicie zniknęły, wrócił do momentu, w którym Vincent powiedział, że Fairhart był dobrym nauczycielem. Rzeczywiście, było tak, jak stwierdził Scorpius — Blackwood tak naprawdę nigdy nie była profesorem. To dziwne, że tę dwójkę cokolwiek łączyło.

Niegdysiejsze marionetki Waddleswortha…

Samo wspomnienie tego człowieka sprawiało, że Albus się irytował.

— No dobra, tak na szybko — sapnął. — Wracając do Waddleswortha. Co myślicie o mnie, widzącym go na Ulicy Pokątnej? Obok Gringotta… i w pobliżu Śmiertelnego Nokturnu. Trochę podejrzane, prawda? Nawet jak na niego.

— Pojęcia nie mam, Al. Którego dnia to było? — Scorpius pocierał bolące ramię. Gdy przeszła mu wesołość, najwyraźniej dotarło do niego, że przyjaciel ma w sobie trochę siły. — Tak się składa, że wiem, że Waddlesworth wygłosił swoje przemówienie…

— Właśnie tego dnia — dokończył za niego Albus, dzięki czemu nagrodzony zdziwionym spojrzeniem. — Wiem, ale też wiem, co widziałem. Skąd masz te informacje? — drążył dość nieskładnie.

— Byłem tam. — Scorpius wzruszył ramionami.

— Co takiego? — spytali razem przyjaciele.

— Mhm. Otwarcie Hogsmeade jest cudnym rajem dla ludzi szukających pracy. Mój tata… zresztą sami wiecie. Nazwisko Malfoy nie jest już zbyt wiele warte. Tata próbuje znaleźć zatrudnienie od momentu rozpoczęcia odbudowy.

— Udało mu się? — zapytał Morrison.

Blondyn wzruszył ramionami.

— Zmywa podłogi w jakimś pubie, gdzie na okrągło kręcą się wampiry, ale w końcu znajdzie coś lepszego[1]. Byłem tam z nim i na własne uszy słyszałem to przemówienie. Potem jakiś facet na siłę próbował mi sprzedać koszulkę z nadrukiem WYBAWCZY ALIANS RÓŻDŻEK

— Jak to się skończyło? — Albus był przygotowany na najgorsze. Wiedząc, w jaki sposób działał przywódca tej organizacji i jakim był człowiekiem, spodziewał się skandalicznej ilości oszczerstw względem rządu.

— Właściwie… to nie było nic nadzwyczajnego. — Scorpius zrobił minę. — Wspominałeś o nim jako o naprawdę elokwentnym, przekonującym i wygadanym facecie? Tak szczerze to niewiele z tego wyniosłem i jestem pewien, że tłum jeszcze mniej. Jego głos był zaledwie tłem dla tego, co się w Hogsmeade rozgrywało.

Potter podrapał się po policzku.

— Może traci swoje wyczucie albo ma po prostu więcej na głowie. Zastanawiam się, czy w ogóle wie o tym, że gdzieś uliczkami biega sobie fałszywy Warren…

— Że jak? — Scorpius uniósł brwi.

— No, widzieliśmy go tego samego dnia o tej samej porze. To jasne, że nie ma dwóch Waddlesworthów. Ciekawe, dlaczego on w ogóle wynajął jakiegoś gościa, by biegał po szemranych zakątkach. Oczywiście, o ile wie, że ktoś się pod niego podszywa…

— A może to nie był oszust? Może widziałeś prawdziwego Waddleswortha, a sobowtór wygłaszał mowę? — zasugerował blondyn. — W grę wchodziłaby naprawdę potężna magia kryjąca…

— Okej! Stop! Przestańcie! — wtrącił się Morrison.

Albus zmarszczył brwi i uświadomił sobie, że dziwne, że do tej pory tak milczał.

— Hm? Co?

— No po prostu przestańcie! — kontynuował szybko przyjaciel. — Stop! Stop! Stop! Nie róbcie tego! Nie w tym roku!

— Co takiego…?

Każdego roku! — Morrison zaczął wymachiwać gwałtownie rękami. — Każdego roku mamy jakąś tajemnicę do rozwiązania! Zawsze coś idzie źle i zazwyczaj kończy się tym, że dławię się jakimiś śmiercionośnymi oparami…

— Tak właściwie to była mgła — poprawił go Scorpius.

— …albo jestem porywany i więziony w jakimś sterylnym pokoju, przypominającym szpitalną salę…

— To był Departament Tajemnic. — Uśmiechnął się nieśmiało Albus.

— …albo głowę próbuje mi ściąć jakiś gigantyczny worek kości…

— Przeczytałem kilka artykułów na ten temat i te stworzenia najwyraźniej w ogóle nie są szkieletami, ale jakimiś niezidentyfikowanymi…

— Nie obchodzi mnie to! — Morrison przerwał Scorpiusowi. Był mocno zirytowany. — Przestańcie obaj! Czy nie możemy choć jednego roku przeżyć w ciszy i spokoju? Czy nie możemy zwyczajnie robić tego, co robią normalni uczniowie? — Wyrzucił ręce w powietrze, chcąc dać upust swojej frustracji. Kategorycznie odmówił też brania udziału w dyskusji na temat Waddleswortha — nie chciał także słuchać na ten temat.

Albus był zawiedziony i żałował, że Morrison skłonił się ku tej opcji, bo to uniemożliwiło mu poruszenie tematu Darvy'ego. Z drugiej strony zapewne nawet to nie zostałoby dobrze przyjęte.

Vincent był uparty jak nigdy przedtem. Ze skrzyżowanymi ramionami siedział na przedziałowej kanapie, wszem wobec sprzeciwiając się wszelkim potencjalnym teoriom spiskowym i snuciu pomysłów. Udało mu się i osiągnął swój cel — dyskusja szybko się zakończyła. W rozmowach dotyczących trywialnych spraw był pierwszy do pociągowych pogaduszek i to właśnie on był ich przodownikiem — była więc to w pełni naturalna reakcja.

Pomijając krótką wizytę Jamesa i nieszczęsne pół godziny, kiedy to Scorpius patrolował korytarz, reszta podróży minęła tradycyjnie. Mirra nie przyszła, ani nawet nie dała znaku życia, co było dość niepokojące. Gdy opuszczali pociąg i wchodzili w ciemność wieczoru, Albus uświadomił sobie, że nawet Eckley się nie pokazał.

— Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie! — Do uszu uczniów dobiegł potężny głos prawie że zakrywającego księżyc charakterystycznego półolbrzyma.

— Cześć, Hagridzie! — przywitał się Potter, ignorując gadający wokół tłum. Mężczyzna ewidentnie chciał mu coś odpowiedzieć, ale szybko zebrana się wokół niego grupka dzieci, uniemożliwiła mu to.

Albus wzruszył ramionami, po czym skierował się w stronę powozów.

— Wybierz ten dobry. — Usłyszał krzyk Morrisona, a potem całkowicie się wyciszył.

Od zawsze wiedział, że hogwardzkie powozy są ciągnięte przez coś więcej niż zwykłą niewidzialną dla ludzkiego oka siłę; od zawsze wiedział, że istnieją stwory, które się tym zajmują. Ojciec wyjawił mu tę tajemnicę na długo przed tym, zanim zaczął uczyć się w Hogwarcie. Wtedy tego nie rozumiał, ale powiedział mu także, że jeżeli będzie miał duże szczęście, nigdy ich nie zobaczy; nigdy nie będzie musiał przyglądać się tym mlecznobiałym testralim oczom.

Poniekąd gadzio wyglądająca bestia spojrzała wprost na niego, jakby niepewna czy chłodne spojrzenie chłopca było oznaką dezorientacji, czy gniewu. Szybko odwróciła głowę, a Albus zauważył, że coraz to więcej uczniów przygląda się powozom z nieskrywaną ciekawością. Zrozumiał w lot. Zaledwie kilka miesięcy temu był świadkiem śmierci Reginalda Aresa, ale wrogo nastawieni czarodzieje nie pozbyli się tylko i wyłącznie jego — wielu nastolatków widziało leżące na ziemi bezwładne ciała i najprawdopodobniej sposób, w jaki zmarli tak skończyli. Ile osób tak naprawdę widziało teraz testrale?

— Wszystko w porządku, stary?

Lekkie szturchnięcie w ramię wyrwało go z zadumy. Uświadomił sobie, że Scorpius uniknął najgorszego — nigdy nie był świadkiem czyjejś śmierci. Morrison także wydawał się nieporuszony, podchodząc do nich bliżej.

— Yhym, jasne — odpowiedział bezuczuciowo. — Wskakujmy do środka.

Zajęli miejsca, a Albus rozejrzał się dyskretnie wokół. Miał cichą nadzieję, że czwartym pasażerem będzie Mirra, ale nigdzie jej nie widział. Zamiast tego dołączyła do nich Melonie Grue.

— Jak tam patrol? — natychmiast spytał ją Morrison, kiedy usiadła nieprzyzwoicie blisko chłopaka.

— Bułka z masłem, to będzie łatwizna — odpowiedziała, wdając się w nim w dyskusję.

Albus milczał i skupił się na obserwacji. Zamyślony wzrok Scorpiusa stanowił łatwy do zrozumienia przekaz. Przyjaciel żałował, że to Mirra została mianowana prefektem, bo wolałby współpracować z Rose, dziewczyną, która mu się podoba.

Uchwycił się tej myśli i roztrząsał ją przez resztę podróży — pod koniec czuł się zniesmaczony własnym rozumowaniem. Co z tego, że teraz Mirra będzie spędzać z nim mniej czasu? Dokonała czegoś wielkiego i przecież był z niej dumny.

Z powozów wyszli odrobinę chwiejnym krokiem, wyraźnie nie chcąc stanąć na grząskim gruncie, którego w ciemności i tak nie widzieli. Albus momentalnie odsunął się od przypominającego smoka testrala i pozwolił, by przeszedł go dreszcz, w rzeczywistości niemający niczego wspólnego z chłodną wieczorną temperaturą.

Pospieszyli ku głównemu szkolnemu wejściu, gdzie zamkowe światła w końcu zapewniły im pewną widoczność. Szóstoroczni jako pierwsi otworzyli olbrzymie wrota, zupełnie zmieniając ogólną atmosferę. Jakby na znak podekscytowani uczniowie zaczęli szeptać między sobą, wymieniając się smakowymi upodobaniami.

Albus wszedł do środka ze Scorpiusem i Morrisonem u boku — Melonie poszła spotkać się ze swoimi przyjaciółkami. Zanim dotarł do końca korytarza prowadzącego do Wielkiej Sali, w której miało nastąpić przydzielenie pierwszorocznych do Domów, został zatrzymany przez osobę o mocnym, kobiecym głosie.

— Albus Potter!

Odwrócił się natychmiast, a za jego przykładem poszło kilkoro uczniów stłoczonych niedaleko. Pomiędzy zdezorientowanymi uczniami stała pani dyrektor McGonagall.

Wszyscy patrzyli się wprost na nią, mrucząc cicho i zastanawiając się, co takiego wywołany Ślizgon przeskrobał, zanim jeszcze dobrze wszedł do szkoły — byli głodni informacji.

— Tak, ty. — Czarownica zacisnęła usta, na co Scorpius i Morrison wymienili spojrzenia, po czym popchnęli Albusa do przodu.

— Co…?

— Nie ma pan żadnych kłopotów, panie Potter — uspokoiła go nauczycielka.

— Yhym. — Przełknął ślinę i zaczął przeciskać się między uczniami.

— To zajmie tylko chwilę. Proszę za mną.

Skinął niepewnie głową, a potem podążył za McGonagall, która poprowadziła go skrótem do głównych schodów, całkowicie omijając Wielką Salę. Na czwartym piętrze minęli się z Szarą Damę, zmierzającą na dół. Ostatecznie doszli do losowej pustej klasy. Dyrektorka odsunęła się na bok, przepuszczając go w drzwiach.

Jęknął, gdy tylko przekroczył próg. Na jednym z krzeseł siedział niedawno poznany irytujący mężczyzna z okrągłymi okularami, z ulizanymi czarnymi włosami.

— Albusie, poznaj profesora Puckerda. W tym roku będzie pełnił funkcję opiekuna Slytherinu i nauczyciela eliksirów.

— Albusie! — Czarodziej wstał i wyciągnął do przodu rękę. W drugiej trzymał mały notatnik, nieodłączny element swojej osoby. — Jak to dobrze, że w końcu mogę poznać!

Nastolatek z grzeczności szybko uścisnął mu dłoń, tylko dlatego, że pani dyrektor wszystkiemu się przyglądała. Kiedy odwróciła wzrok, wytarł się o szaty, nic sobie nie robiąc ze stojącego przed nim Puckerda.

— Mam nadzieję, że uda nam się zaprzyjaźnić w tym roku! — kontynuował niezrażony nauczyciel, a ślizgon zauważył, że jego typowy ostry głos stał się dziwnie zachrypiały. — Profesor McGonagall z pewnością wyjaśni sedno sprawy. — Uśmiechnął się przymilnie.

— Pan Puckered nie jest zaznajomiony ze specyfiką naszej szkoły. — Kobieta zwróciła się bezpośrednio do chłopca. — Poprosił mnie, żeby któryś z jego podopiecznych, w tym wypadku ślizgon, był jego przewodnikiem; przyjaznym empatą, który nie tylko potrafiłby wysłuchać, ale także doradzić, gdy przyjdzie moment wątpliwości dotyczących hogwardzkich dziwactw.

— Niczym nie musisz się martwić, Albusie. — Uśmiechnął się przyjacielsko mężczyzna, a potem niespodziewanie zachichotał. — To żaden spisek, byś miał więcej na głowie. Nadal będziesz zwyczajnym uczniem! Nasza relacja poza klasą będzie służyć tylko i wyłącznie korzyści mojej i Slytherinu, rzecz jasna. Na zajęciach będziesz traktowany w dokładnie ten sam sposób, co inni!

— Och, jakże by inaczej, oczywiście — wycedził przez zaciśnięte zęby Potter. Nie miał najmniejszej ochoty być takim potulny, ale obecność dyrektorki komplikowała sprawę; nie chciał wpadać w kłopoty już na samym początku roku szkolnego.

— Proszę odprowadzić Albusa na ucztę, profesorze Puckerd. Jestem pewna, że po drodze możecie wyjaśnić sobie szczegóły tej współpracy. Czeka mnie jeszcze wiele obowiązków…

Mężczyzna schylił z gracją głowę, po czym wyszedł z klasy, a ślizgon — nie mając innego wyboru — schował dłonie w kieszeniach i podążył za nim. Puckerdowi buzia się nie zamykała.

— Naprawdę nie mogę się już doczekać naszej przyjaźni — powiedział entuzjastycznie, wciąż nie schowawszy notatnika. — Jestem niesamowicie wdzięczny, że ktoś mnie eskortuje i pokazuje mi drogę; wielkość tego miejsca jest niezmierzona!

Albus był bliski wszczęcia kłótni na temat słowa „eskortuje", ale zdusił gniew w zarodku. Zamiast tego pozwolił swoim myślom powędrować do dyrektor McGonagall. Czy miała jakieś pojęcie, na co go skazała? Może wiedziała, ale nie miała innych opcji w zanadrzu i musiała się zdecydować akurat na tę?

Puckerd zwalniał z minuty na minutę, by pozachwycać się mijanymi obrazami, objaśnić symboliczne znaczenie i przywołać ich historię; popisywał się wiedzą z wydarzeń, w których nigdy nie brał udziału. Koniec końców doszło do tego, że przy piątym poszukaniu mężczyzny, Albus nie wytrzymał i w końcu się odezwał.

— Jestem bardzo głodny, profesorze. Czy moglibyśmy po prostu pójść do Wielkiej Sali i zjeść…? — Niestety, niedane mu było skończyć zdania. Puckerd praktycznie rzucił się na niego — zrobił tak wielki krok do przodu, że prawie się ze sobą zderzyli, a potem, gdy wznowili marsz — tak się do niego przykleił, że stykali się biodrami.

— Oczywiście! — Zabłyszczały mu oczy. — Wybacz mi, proszę. Będę miał cały rok na podziwianie tego pięknego wnętrza. — Przez chwilę szli w milczeniu, a potem Puckerd kontynuował. — A więc mówisz, że jesteś bardzo głodny. Dlaczego? Z pewnością nie głodzą cię w domu, prawda? Oczywiście, twój ojciec zawsze jest w pobliżu, żeby przygotować ci jakąś smaczną dodatkową porcję. A może…?

Albus westchnął.

— Tata zawsze je z nami obiad — skłamał bez mrugnięcia okiem. — I jemy jak królowie. Po prostu dłużyła mi się podróż pociągiem, a pani z wózkiem przyszła za wcześnie.

— Ach. — Puckerd opuścił swój notes, a Potter wbił w niego wzrok. Dziwne, nawet nie zauważył, kiedy czarodziej go podnosił.

Na całe szczęście, resztę drogi przebyli bez żadnych problemów. Gdy tylko przekroczył próg Wielkiej Sali, w końcu mógł odetchnąć z ulgą i dosiąść się do przyjaciół.

Ich opieszałość potwierdzała nie tylko obecność pani dyrektor McGonagall przy stole nauczycielskim, ale także mała ilość jedzenia i panujący wszędzie gwar.

— Czy…

— Ominął cię przydział. — Morrison poprawnie odczytał jego myśli.

— Jasna cholera…

— Spokojnie, to nic wielkiego. — Scorpius pochylił się, by Albus lepiej go słyszał. Siedzący pośrodku Vincent stanowił małą przeszkodę. — Było jak zwykle. Większość wylądowała w Gryffindorze, a reszta wszędzie po trochu.

Potter westchnął cicho, po czym sięgnął po chrupiące „resztki" z naprzeciwka, ciesząc się z tego, że jest w Slytherinie i mają tak niewielu uczniów.

— Coś jeszcze? — zapytał.

— Piosenka Tiary — powiedział Morrison. — Tajemnicza jak zwykle.

— No właśnie niezbyt — poprawił go Scorpius. — Tiara śpiewała o jedności i różnych osobowościach…

Albus, nagle zirytowany przegapieniem tradycyjnego rozpoczęcia ceremonii, zabrał się do jedzenia. Zanim pochłonęły go myśli, dobiegło go pytanie Morrisona.

— A gdzie w ogóle byłeś? I co robiłeś?

— Założono mi obrożę — odpowiedział sarkastycznie. — Jestem teraz salonowym pieskiem profesora Puckerda.

Vincent zakrztusił się, a Scorpius roześmiał.

— Jak do tego doszło? Nauczyłeś się już jakichś sztuczek?

— To Puckerd powinien nauczyć się trochę techniki. Najwyraźniej wybrał mnie zupełnie przypadkowo, bo chciał się czegoś dowiedzieć o Hogwarcie. Spróbował już chyba wszystkich chwytów — to jasne jak słońce, że próbuje dorwać mojego tatę.

— No, McGonagall wspominała, że jest bardzo zajęty. To on, prawda?

Całą trójką spojrzeli na stół nauczycielski, gdzie opiekun Slytherinu siedział między Hagridem a profesor Bellinger. Ku zadowoleniu Albusa, ten pierwszy całkowicie go ignorował, ale Bellinger nie miała takiego szczęścia — Puckerd wciągnął ją w uprzejmą rozmowę. Chłopiec zmarszczył lekko brwi i zastanowił się, ile osób tak naprawdę jest świadomych prawdziwej roli nowo zatrudnionego mężczyzny. Z bolesnym ukłuciem wrócił myślami do Blackwood i Fairharta — czy znali i ich motywy?

Wyciągnął rękę po kolejny smakołyk tylko po to, by położyć kres burczeniu w brzuchu. W tej kwestii nie skłamał — naprawdę był głodny. Kiedy talerze samodzielnie się opróżniły i wyczyściły, zwrócił uwagę na stół nauczycielski. Profesor McGonagall wstała i poprosiła uczniów o milczenie.

— Witam! — powiedziała. — Witam w Hogwarcie! Prawdziwym domu z daleka od domu! Pierwszorocznych…

Albus się wyłączył — nie lekceważył nauczycielki ani nie ignorował jej słów. Skoncentrował się na Puckerdzie, który patrzył na swoją przełożoną, palcem pocierając nasadę szpiczastego nosa.

— W tych ciężkich, niebezpiecznych i dezorientujących czasach nie mogę dobitniej powiedzieć, że Hogwart jest czymś więcej niż zwyczajnym zamkiem; więcej niż szkołą magii. Używam terminu „dom", ponieważ jest to określenie najbezpieczniejszego z możliwych miejsca, dalekiego od…

Puckerd rysował po stołowym blacie bliżej nieokreślone kształty. Z niewyjaśnionych powodów wyglądało to obrzydliwie i ohydnie. Albus nie odrywał od niego wzroku nawet na sekundę. Czarnowłosy nauczyciel leniwym ruchem złapał swój zapewne już pusty kielich, po czym upił łyka. Wyglądał jak człowiek, który robił wszystko, co było konieczne, żeby utrzymać fasadę gorliwego, służalczego członka kadry pedagogicznej.

— W związku z tym chciałabym przedstawić profesora Puckerda! Będzie on pełnił funkcję zarówno tegorocznego opiekuna Slytherinu, jak i mistrza eliksirów. Jesteśmy bardzo podekscytowani, że jest wśród nas taki talent!

Cztery zsynchronizowane stoły zaklaskały bez większego entuzjazmu. Albus, Morrison i Scorpius byli wśród nielicznej grupy, która tego nie zrobiła. Profesor wstał i radośnie do wszystkich pomachał. Przez chwilę omiatał wzrokiem młodzież, a potem raczył się odezwać.

— Witajcie, uczniowie! Jak poinformowała was sumiennie pani dyrektor, ja — profesor Puckerd, będę tutaj dla waszych potrzeb edukacyjnych! Rozumiem, że eliksiry są trudną do zrozumienia sztuką i nie oczekuję, że zaufacie mi lub w pełni docenicie moje talenty. Wasz szacunek jest czymś, na co muszę zasłużyć i jest to zadanie, któremu oddam się całkowicie! Prosiłbym więc, żebyście wszyscy unieśli swoje puchary, o właśnie tak…

Uczniowie wykonali polecenie. Albus znowu był w grupie, która nie ruszyła się nawet o centymetr.

— …tak, i dla mnie i dla was, za rok zarówno zabawy, jak i nauki!

Toast został wzniesiony.

— Powinienem was także poinformować, że jestem również pracownikiem Ministerstwa Magii — kontynuował Puckerd biznesowym tonem. — W moim interesie leży badanie wydarzeń świata zewnętrznego. — W jego głosie słyszalna była mroczna nuta i wyższość. — Rozumiem, że wielu was zmaga się ze strachem. Rozumiem, że istnieją rzeczy, o których ciężko jest rozmawiać; rzeczy ciężkie do pojęcia. Jako szanowany wykładowca radzę wam nie zamykać się w sobie i nie stawiać na samotność. Jestem tutaj, aby nie tylko być waszym nauczycielem, ale także przyjacielem. Jeżeli ktoś chciałby prywatnie się ze mną spotkać celem omówienia spraw, które nie dotyczą kwestii szkolnych, będę bardziej niż szczęśliwy, mogąc pomóc — zarówno jako przedstawiciel Ministerstwa Magii, jak i szczerze oddany przyjaciel. Zawsze będę miał na względzie wasze dobro!

Puckerd usiadł. Oszołomiona takim przemówieniem publiczność gapiła się na niego, niepewna czy powinna zacząć klaskać, czy zachować milczenie. Nikt tak do końca nie wiedział, co tak naprawdę znaczyły zapewnienia profesora — było to widać po twarzach uczniów. Albus przewrócił oczami, czując mdłości. Niezręczną ciszę przerwała dopiero McGonagall, klaszcząc w dłonie i zwracając na siebie uwagę. Mistrz eliksirów skinął jej głową.

— To wszystko na dziś! Sugeruję wam sen i odpoczynek. Jutro pierwszy dzień nauki!



[1] Malfoyowie nie są „biedni”, ale potrzebują stałego dochodu. Niestety, ale pensja, którą otrzymuje Draco nie jest wysoka, a nagromadzone przez lata zapasy kiedyś się skończą. Jak powiedział Scorpius, Malfoyowie nie są już poważanym rodem, a więc nieszczególnie mają szansę na dobrą posadę. Co do ewentualnej sprzedaży dworu — bez względu na to, jak nisko upadną, nigdy nie pohańbią się utraceniem ziem i posiadłości, w których posiadaniu byli praktycznie od wieków. Nie należy przejmować się za bardzo problemami finansowymi rodziny Scorpiusa; nie są one wybitnie istotne dla fabuły sagi — miały na celu podkreślenie faktu, że powojenni Malfoyowie nie są już takimi grubymi rybami

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz