02 grudnia 2022

24. ZAKOŃCZENIE SPRAW

Finał quidditcha został odwołany. Egzaminy początkowo przełożono w czasie, a potem przez wzgląd na okoliczności całkowicie je odwołano. Pani dyrektor McGonagall kilka razy publicznie wypomniała uczniom niskie oceny, ale nie wzbudzało to tradycyjnej paniki. Lekcji nie zawieszono, ale wszystkie nieobecności były automatycznie usprawiedliwiane, a nauczyciele podarowali sobie zadawanie prac domowych, czy też wyznaczanie innych zadań – uczestnictwo stało więc opcjonalne. Prawdę powiedziawszy, Albus spodziewał się, że klasy będą świeciły pustkami, ale w każdej ławce kto siedział. Najwyraźniej wszyscy potrzebowali czegoś, żeby oczyścić przynajmniej na kilka godzin umysł, on również.

Według oficjalnych informacji (ogłoszonych tydzień później) w Masakrze w Hogsmeade zginęło łącznie siedemdziesiąt dziewięć osób. Niektórzy zostali zidentyfikowani jako członkowie Diablego Aliansu Sebastiana Darvy’ego, inni jako renegaci z Wybawczego Aliansu Różdżek, aczkolwiek większość zabitych była zwyczajnymi cywilami, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w złym momencie o niewłaściwym czasie.

Wśród ofiar było trzynastu uczniów Hogwartu. Siedmiu z nich studiowało na siódmym roku i najprawdopodobniej stanęło do walki, a pozostała piątka po prostu nie zdołała uciec. Początkowo Albus odczuwał ulgę, że z nikim się nie przyjaźnił, a ich twarze stanowiły nierozwiązaną tajemnicę, a potem dał sobie mentalnego kopa, bo zrozumiał, że zginęli najprawdopodobniej przez niego.

Każdy ze szkolnych domów poniósł straty za wyjątkiem Slytherinu, ponieważ wśród ofiar ataku nie było ani jednego ślizgona. Na szczęście nie pogłębiło to i tak już powszechnego antagonizmu, ani nie pojawiły się żadne szydercze komentarze na temat kolejnego popisu domniemanego tchórzostwa. Oczywiście, był ku temu konkretny powód – mimo że wszyscy odwiedzający Hogsmeade ślizgoni przeżyli, „sprawiedliwie” pozajmowali łóżka w skrzydle szpitalnym, co z kolei oznaczało, że zrównali się z resztą w odniesionych ranach i kontuzjach. Z biegiem czasu sala zaczęła pustoszeć, bo pacjenci zdrowieli. Kolor krawatu stracił znaczenie – uczeń z ręką na temblaku czy opuchniętą twarzą nie był klasyfikowany. Albus podejrzewał, że liczba uczniów w szkole na dniach się zmniejszy, bo zaniepokojeni rodzice będą chcieli jak najszybciej zabrać swoje pociechy do domów. Ponownie się pomylił, gdyż dorośli wydawali się bać momentu, w którym dzieci miałyby opuścić kamienne mury. Stało się to, o czym kiedyś opowiadał mu tata – Hogwart został oficjalnie uznany za najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

– Zaklęcie żądlące – podsumował Scorpius, gdy ich trójkę minęła osoba z luźno wiszącą, całą pokrytą pęcherzykami ręką. – Wygląda, jakby wciąż bolało.

Albus swoje wyleżał w skrzydle szpitalnym, a teraz dłoń kłuła go tylko i wyłącznie wtedy, kiedy miał coś chwycić; nogę praktycznie wyleczył. Scorpius zaś tydzień temu pozbył się swoich bandaży i chociaż był bledszy aniżeli zazwyczaj, wyglądał dobrze.

– Na pierwszej paskudne poparzenie. – Morrison szarpnął głową w kierunku chłopaka, którego twarz była o kilka tonów ciemniejsza w porównaniu do reszty jego ciała.

Zgadywanie przypadłości uczniów stało się powszechną praktyką – niekropioną sarkazmem czy zniewagą. Wbrew rozsądkowi było to inspirujące zajęcie, gdyż dobrze było widzieć zdrowiejących pacjentów, z dumą opuszczających skrzydło szpitalne, niezależnie od przynależności domowej. Od czasu do czasu takiemu wyjściu towarzyszyły gromkie brawa ze strony tych, których pielęgniarka wciąż przymuszała do leżenia w łóżkach. Wytykanie postępów innych dawało coś na kształt nadziei.

– Ten dzieciak wygląda jak prawdziwy żołnierz! – Scorpius wskazał na niskiego trzeciorocznego, który – dzięki uprzejmości podtrzymujących go przyjaciół – sprawiał wrażenie garbatego. Nie, żeby coś, ale podobne podźwiganie mogło mu nawet uszkodzić kręgosłup.

– Przybyła poczta – zaświergotała Mirra, podchodząc do nich ze zwiniętym w dłoniach PROROKIEM CODZIENNYM. Usiadła obok, a potem szeroko się uśmiechnęła. Jej głos wciąż sprawiał, że w brzuchu Albusa radośnie trzepotały skrzydełkami motyle.

– Coś interesującego? – zagaił, nie do końca pewien dlaczego, ale to pytanie ostatnimi czasy nabrało rutynowego charakteru.  Jak się okazało, pierwsza strona traktowała o podejmowanych przez Ministerstwo Magii krokach, streszczała przeprowadzoną z Waddlesworthem rozmowę na temat przyczyn niepowiedzenia rządowych działań oraz informowała o zamieszczonym artykule dotyczącym sposobu, w jaki zmieniło się postrzeganie Harry’ego Pottera w oczach magicznego społeczeństwa.

Niewiele wspominano o Darvym. PROROK ewidentnie skupiał się na temacie odbudowy Hogsmeade, a nie jego destrukcji. Albus nie był pewien, co powinien o tym sądzić. Z jednej strony „zastój” wydawał się koniecznością, ale z drugiej dobrze by było ujawnić wszystkie informacje. Ostatnią rzeczą, jaką zaraportowano to plotki, jakby za śmierć Reginalda Aresa odpowiedzialny był członek Wybawczego Aliansu Różdżek. O ironio. Niemal wybuchnął głośnym śmiechem, gdy zwizualizował sobie w głowie obraz dumnie unoszącego w geście zwycięstwa ręce, upajającego się chwałą i uwielbieniem publiki Młota.

– Stare śpiewki – podsumowała Mirra. – Następna osoba ośmieliła się głośno powiedzieć, że usunięcie twojego taty było karygodnym błędem i wniosła petycję o petycję o przywrócenie go na stanowisko.

– To wszystko? – zapytał, od dawna spodziewając się podobnego obrotu wydarzeń. Co ciekawe – gdy ludzie zobaczyli Harry’ego Pottera w prawdziwej akcji, część zmieniła o nim zdanie, zaś PROROK puścił do druku artykuł, w którym rozwodził się nad poprawą oceny opinii publicznej.

– Och, w sumie jeszcze jedno. Ministerstwo postanowiło w czasie lata porozdawać broszury na temat wagi samoobrony – dodała z przekąsem.

Scorpius stłumił chichot.

– Jestem święcie przekonany, że każdy, kto ma sprawne nogi, potrafi szybko nimi przebierać.

Wszyscy zarechotali, ale natychmiast zamilkli, gdy ze skrzydła szpitalnego powolnym krokiem wyszła utykająca dziewczynka przy budującym aplauzie ze strony pozostałych pacjentów.

– Cóż, podrzuciłam wam gazetę. Odwaliłam swoją robotę. – Mirra wstała. – Muszę znaleźć Rose i… resztę paczki…

To było dość dziwne. Normalnie Mirra powiedziałaby, że idzie się spotkać z Eckleyem i Hornsbrookiem, jednak od kilku dni „paczką” określa Lance’a. Scorpius, co prawda, zawsze wzrusza wtedy ramionami, ale wszyscy wiedzą, że wbrew temu, co próbuje wmówić światu, jest zraniony.

– Pozdrów ich ode mnie – parsknął z niezadowoleniem Malfoy.

Mirra posłała mu słaby uśmiech, po czym odwróciła się do wyjścia. Albus skoczył na równe nogi.

– Czekaj, przynajmniej trochę cię odprowadzę.

Gdy wychodzili z Wielkiej Sali, spletli razem dłonie. Wtedy też dziewczyna zaczęła pospiesznie wyjaśniać sedno sprawy.

– Lance naprawdę nie jest takim złym facetem – powiedziała szybko. – Oczywiście, rozumiem, że wolałbyś, aby to Sco…

– Nie musisz się tłumaczyć. – Wzruszył ramionami. – Nie jestem przeciwny Lance’owi.

– Wiem, ale... bardzo chciałeś pomóc Scorpiusowi...

– Scorpius jest dużym chłopcem – oświadczył stanowczo. – Uwierz, że potrafi przyjąć kopa na klatę.

Rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Po prostu nie chciał, żeby ktokolwiek współczuł Scorpiusowi, czy robił z niego ofiarę. Dobrze znał przyjaciela i wiedział, że nie zdzierżyłby litości. Jeżeli postanowi podjąć jakieś działania w związku z Rose, tym razem Albus nie będzie się angażował.

– Ehm, wiem też, że nie grzeszysz opiekuńczością względem kuzynki, ale pomyślałam, że powinieneś wiedzieć… – wznowiła tłumaczenia dziewczyna, ale pokręcił przecząco głową.

– Słuchaj. Naprawdę nie mam nic do Lance’a – powiedział stanowczo. – Słowo – dodał, unosząc jedną dłoń do góry.

Mieli właśnie skręcać za róg i zacząć schodzić ze schodów, kiedy ktoś niespodziewanie klepnął go po ramieniu. Gdy się odwrócił, zobaczył Jamesa. Zanim ktokolwiek zdążył się odezwa, atmosfera samoistnie zgęstniała.

– Mogę na słówko, bracie…?

– Hm, jasne – odparł, a Mirra puściła jego dłoń. – Spotkamy się później – obiecał dziewczynie, a ta uśmiechnęła się w odpowiedzi i zaczęła schodzić na dół.

Gdy chłopcy zostali sami, James zabrał głos.

– Przepraszam. Wiesz, za tamtego plaskacza…

Albus zmarszczył brwi.

– W porządku, to był tylko policzek – mruknął pod nosem.

– Hm, tak… – odmruknął Jaimie i między nimi zapadła pełna napięcia chwila ciszy, naturalnie kontrastująca z momentem, gdy z uśmiechami na twarzach przekazywali sobie Mapę Huncwotów. Najwyraźniej brat postanowił zastąpić słowa czynami, bo ponownie klepnął go w ramię. – Czyli… jesteś z Mirrą?

Albus obejrzał się przez ramię, jakby czuł czyjś wbijający się w plecy wzrok, ale – oczywiście – nikt się nie czaił.

Całkiem dobre pytanie.

– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział szczerze. – Na razie to nic oficjalnego – wytłumaczył, do głębi nienawidząc prawdziwości tego stwierdzenia. Co gorsza, w podobnym stylu można było też opisać relację Rose i Lance’a. – Jesteśmy po prostu… szczęśliwi z tego, co jest – dokończył ściszonym głosem.

James uśmiechnął się w znajomy sposób, po czym mocniej ścisnął jego ramię i odszedł.

Scena była klimatyczna, biorąc pod uwagę ich obecny stosunek, ale chwilę potem zdał sobie sprawę, że ostatnie czego potrzebują, to dodatkowy zastrzyk dramatyczności. Brat przełknął dumę, przeprosił za niewłaściwe zachowanie, podpytał go o sprawy sercowe i poszedł w swoją stronę. Zdarzyło się wystarczająco.

W głębi duszy Albus marzył, żeby z resztą rodziny również mu się ułożyło. Kilka dni po tym, jak Hugo wyszedł ze skrzydła szpitalnego, zobaczył go otoczonego przez innych drugorocznych – Weasley jeszcze nigdy nie był równie popularny. Najwyraźniej wykradnięcie się do Hogsmeade oraz przetrwanie ataku Aresa okazało się niemałym wyczynem wśród nastolatków. W wolnej chwili próbował doń podejść i zagadać, ale gdy nadarzyła się dobra okazja, przystanął wpół kroku, zmrożony ukradkowym spojrzeniem kuzyna, nakazującym utrzymywanie bezpiecznego dystansu. Od tamtej pory nosił swe żale głęboko schowane w sercu.

Dumając nad stosunkami z rodziną, znalazł się pośrodku Hogwartu, włócząc się bez wyraźnie wyznaczonego celu. Czwartek był słoneczny, więc postanowił odwiedzić Hagrida. Brakowało mu zajęć, które zabiłyby dłużący się czas – eliksiry zostały odwołane, bo Blackwood nie wróciła do szkoły. Podczas gdy Morrison poszedł odwiedzić Scorpiusa w skrzydle szpitalnym, żeby zagrać z nim w Eksplodującego Durnia, Albus rozgościł się w chatce nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami.

– Możemy uchylić trochę okna, Hagridzie? – zapytał, poprawiając kołnierzyk. Przyjaciel wybuchnął śmiechem, po czym spełnił prośbę.

– Tak, aby herbata nie wystygła.

Hagrid usiadł z powrotem, dzięki czemu ślizgon mógł sobie pozwolić na dogłębniejszą obserwację. Sprawiał wrażenie wyczerpanego, co tylko potwierdzały dziko rozwichrzone włosy, najprawdopodobniej dawno nawet nieprzygładzane.

– Wyglądasz na zmęczonego – stwierdził bez ogródek, a następnie upił małego łyczka gorącej herbaty i wziął do buzi kawałek ciasta, które mężczyzna zawczasu przygotował. Natychmiast odłożył talerzyk, udając, że musi przeżuć, a tak naprawdę ubolewał, bo możliwe, że ukruszył sobie ząb.

– Wszyscy są wypompowani. – Czarodziej westchnął ciężko. – Z tego, co żem się dowiedział, żaden z psorów za dobrze nie sypia.

Albus wbił wzrok w stolik.

– Nie powinniście się obwiniać, bo przecież pomogliście…

– Nie chodzi o winę. – Uśmiechnął się smutno Hagrid. – To ciutkę jak ulewa w dzień urodzin twojego najlepsiejszego kumpla. Nie można kontrolować pogody, ale i tak przepraszam. – Gdy zobaczył, że chłopiec nie oderwał spojrzenia od drewnianego blatu, pochylił się do przodu, po czym kontynuował: – Tak se myślę, że nie mnie powinieneś pouczać – wyszeptał konspiracyjnym tonem. – Wyglądasz, jakbyś wiele se zarzucał.

Ślizgon podniósł głowę i, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, ponownie sięgnął po herbatę, dając dłoniom zajęcie. Nie chciał odpowiadać, ale czuł się zobligowany. Wyrzucił więc z siebie pierwszą myśl, jaka przyszła mu do głowy.

– Hogwart już nie będzie taki sam, prawda?

Hagrid odchylił się na krześle i potarł krzaczastą brodę.

– Ano, się wie. Rzeczy będą podobne, ino nie takie same. To nie pirszy raz, kiedy na świecie się poknociło, a mimo to wciąż posuwamy się naprzód, nie? Nie uciekamy…

– Czy podczas drugiej wojny czarodziejów było podobnie? – zapytał, chociaż w duchu obawiał się odpowiedzi. – Gazety drukowały przekłamane artykuły…? Ludzie plotkowali…? Politycy się miotali…? Zdarzały się ataki…?

– Ano, tak samo. – W oczach mężczyzny pojawił się bliżej niezidentyfikowany błysk. – Jak se pomyślę, to czwarty rok nigdy nie wychodzi Potterom na zdrowie.

Albus zamrugał, zdezorientowany najnowszą rewelacją.

– Co takiego?

– Gdy twój starszy był na czwartym roku, usiadł se dokładnie tam, gdzie ty. – Hagrid wskazał miejsce palcem. – Wpadł na herbatkę krótko po odrodzeniu się Voldemorta. Ciutkę my se porozmawiali.

– Co mu wtedy powiedziałeś? – spytał ze zmarszczonymi brwiami.

– Prawdę. Że co ma być, to będzie. Stawimy czoła nawet najgorszemu. Przetrwaliśmy Voldemorta, przetrwamy i ten bajzel. Ciutkę się przygotujemy i damy radę.

Czując się nieswojo, Albus ponownie wbił wzrok w stół. Może i podobna odpowiedź zadowoliła tatę dwadzieścia lat temu, ale jemu nie wystarczyła. Czemu w ogóle powinni się do czegokolwiek przygotowywać…? Wojny można było łatwo uniknąć, więc dlaczego się nie udało…?

– Wydaje mi się, że będzie dobrze – kontynuował Hagrid, a słowa te dotarły do ślizgona jakby z opóźnieniem i z dalekiej odległości; w końcu zaryzykował i spojrzał na nauczyciela. – Jesteśmy lepiej przygotowani niż ostatnio. Radzimy sobie ze starciami, a dodatkowo znowu mamy twojego starszego. Tak długo, jak mamy Harry’ego Pottera, nie trza się martwić. To świetny gość…

Albus opuścił chatkę przyjaciela podniesiony na duchu, chociaż przychodząc z wizytą, nawet się tego nie spodziewał. Promienie słońca, które w końcu zaczęły wychodzić zza chmur na początku maja, wydawały się idealnie wpasować całość sceny. W trakcie drogi miał spuszczoną głowę, a wzrok wbity w tenisówki. Po dworze nie kręciło się zbyt wielu uczniów – tylko ci, którzy ostatnimi czasy byli przykuci do szpitalnych łóżek i chcieli zaczerpnąć świeżego powietrza. W pewnym momencie zauważył nad brzegiem jeziora grupkę ślizgonów, a wśród nich rozmawiającego z Melonie Morrisona. Wszyscy wyglądali, jakby kurczowo trzymali się pojęcia normalności. Nie zwolnił kroku, ani się nie zatrzymał, a parł do przodu, aż usłyszał znajome, aczkolwiek mało przyjemne głosy.

Z zamku akurat wychodziła grupa gryfonów z Eckleyem i Hornsbrookiem na czele, tym razem bez Rose i Mirry. Wszyscy rechotali z dowcipu, który przed chwilą opowiedział ich przywódca.

Prawdę powiedziawszy, Albus nie śledził poczynań Eckleya od dnia ataku na Hogsmeade, kiedy to zarzucił na niego pelerynę niewidkę. Owszem, wiedział, że chłopak przez dłuższy czas był uwięziony w skrzydle szpitalnym, ale kiedy wychodził, nie wyszedł mu naprzeciw. Gdy podczas marszu omiótł jego twarz wzrokiem, stwierdził, że poniekąd przypomina Scorpiusa. W trakcie rekonwalescencji Madam Clearwater zajęła się jego wszystkimi obrażeniami zewnętrznymi, po których została tylko nienaturalna bladość skóry oraz powolny, pełen ostrożności chód.

Zamierzał normalnie ich minąć, bo nie było innego wyjścia – szli przecież tą samą drogą. Niczego się nie obawiał, ale ostatnio starał się trzymać z daleka od wszystkich, nawet tych potencjalnych, zagrożeń i niebezpiecznych sytuacji. Widząc znacznie liczniejszą grupę gryfonów, nie czuł niczego przypominającego strachu, a jedynie chłodną obojętność. Zwyczajnie nie był w nastroju do „aktywnego wypoczynku”.

Gdy się do siebie znacznie zbliżyli, Eckley jeszcze bardziej zwolnił kroku, a potem nawiązał kontakt wzrokowy. W przeciwieństwie do przyjaciela Hornsbrook ostentacyjnie odwrócił głowę w bok, jakby się wstydził. Oczywiście, chłopak nie wiedział, że Albus był świadkiem sceny w siedzibie Wybawczego Aliansu Różdżek, więc nawet nie przypuszczał, że był widziany podczas bardzo niechętnego przekazywania Waddlesworthowi potrzebnych informacji.

Gryfoni wesoło gawędzili i śmiali się, jakby nie zauważyli samotnie idącego przez błonia ślizgona. Wtem jeden z nich – wysoki i postawny – specjalnie szturchnął go ramieniem. Brunet się zaczerwienił ze złości. Zanim jednak zdążył się odwrócić i powiedzieć kilka niemiłych słów, wtrącił się Eckley.

– Hej! – Charlie stanął przed swoim kolegą i rzucił mu twarde spojrzenie. – Wyluzuj, stary.

Gryfoni zamilkli na moment, po czym ruszyli dalej, porzucając drażliwy temat. Albus postał chwilę w miejscu, w którym na niego wpadnięto, gapiąc się na ich oddalające się głowy, a potem wznowił marsz. W oddali słyszał, że chłopcy znów zaczęli ze sobą rozmawiać, a uciszony winowajca nie odezwał się ani słowem.

Następne trzy tygodnie obfitowały w nowości, a mianowicie korytarze znów wypełniły się normalnym, niczym niewymuszonym śmiechem, a tematy quidditcha i planów na wakacje wróciły do listy „przedmiotów dozwolonych”. Wszystko wskazywało na to, że ból spowodowany minionymi wydarzeniami został zastąpiony nadmiernym wręcz optymizmem. Gdy ostatniego dnia szkoły wszedł do Wielkiej Sali, przygotowany na wspaniałą ucztę, która zawsze zakańczała rok nauki, utwierdził się w przekonaniu, że ta melancholijna postawa utrzyma się aż do momentu, kiedy uczniowie wsiądą do pociągu.

Komnata wyglądała skromnie, ponieważ nie przyozdabiały ją kolory domów. Nikt nie pomyślał o świętowaniu. W gruncie rzeczy Albus spodziewał się podobnego rozwiązania, bowiem od ataku na Hogsmeade żaden nauczyciel nie odjął punktów, ani ich nie przydzielił. Mimo szarości kamiennych murów jedno się odznaczało – czarne chorągwie za stołem nauczycielskim.

Omiótłszy wzrokiem wykładowców, zatrzymał się dłużej na pani dyrektor McGonagall, której usta sprawiały wrażenie cieńszych, aniżeli były w rzeczywistości. Gdy się napatrzył, przeszedł do Neville’a i Hagrida, a potem do Bellinger i Handita.

Z racji tego, iż Ida Blackwood zazwyczaj zajmowała miejsce przy końcu długiego stołu, a ostatnio pozostawało puste, przyzwyczaił się do nowego stanu rzeczy.

Tym razem było inaczej.

Krzesło zajął Harry Potter. Mimo że wyglądał na znużonego życiem i wyczerpanego obowiązkami, sprawiał wrażenie potężnego oraz zastraszającego. Z wypisaną na twarzy ciekawością przyglądał się uczniowskim stołom, na żadnym nie zatrzymując dłużej wzroku. Co chwilę rzucał też niemal przyjazne spojrzenia na czarne chorągwie, zupełnie jakby już kiedyś je widział.

Albus zastanowił się, co tata robi w Hogwarcie. Nie kierował się ukrytymi pobudkami, szacunkiem, czy niechęcią – po prostu był zaintrygowany. Może musi wygłosić mowę na zakończenie? Co, jeżeli wplecie w nią imiona dzieci? Z drugiej strony, nie było ku temu żadnej przesłanki…

Zajął zwyczajowe miejsce między przyjaciółmi, którzy ponuro patrzyli na wywieszone sztandary. Przed rozpoczęciem uczty dyrektorka zawsze wygłaszała mowę pożegnalną, której uczniowie słuchali tylko jednym uchem, skupieni na przepysznym jedzeniu, ale tym razem było inaczej. Nikt nie wbijał spojrzenia w stół. Wszyscy patrzyli na McGonagall.

– Widziałeś znajomą twarz? – zagaił Scorpius, dyskretnie kiwając głową w kierunku Harry’ego Pottera.

– Tak. Najprawdopodobniej wygłosi przemówienie. Jakby nie patrzeć, znów jest w łaskach – odpowiedział.

– Twoich również? – zapytał Morrison, ale zanim zdążył odpowiedzieć, pani dyrektor powstała z miejsca i głośno odchrząknęła. W oczach uczniów odbiła się determinacja, a Wielka Sala automatycznie pogrążyła się w milczeniu. Kobieta omiotła podopiecznym iście kocim spojrzeniem, po czym zabrała głos.

– I tak mija nam kolejny rok nauki. – McGonagall przetarła oczy pod okularami, a siedząca obok niej nauczycielka mugoloznawstwa, profesor Verage, zachlipała żałośnie. – Rok nauki, doświadczeń i strat.

Nikt nie odwrócił wzroku, więc Albus najprawdopodobniej był jedynym uczniem, który zwiesił głowę.

– Udawanie, że tragedia sprzed kilku tygodni nie miała miejsca, byłaby hańbą zarówno dla ocalałych, jak i dla poległych. Dziś hogwadzkie mury zdobią czarne chorągwie – nie symbol zerwanej jedności, a wiecznej pamięci. Zgromadziliśmy się w Wielkiej Sali jako jedna szkoła, jeden naród, w pełni zjednoczony we wspólnej stracie. Targa nami ból, strach, ale także i… nadzieja – powiedziała, po czym zamilkła na moment. – Gdy świat pogrąża się w ciemności, pozostaje mieć nadzieję na przebicie się w postaci pojedynczego światełka. Jest dzisiaj z nami człowiek, który omówi naturę nadchodzących, aczkolwiek potencjalnych wydarzeń oraz opowie o tym, co sprawia, że nasza jedność jest teraz koniecznością, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. – Wskazała dłonią Harry’ego, który pokłonił się na siedząco. Odchrząknęła. – Chciałabym, żebyście zapamiętali, że ciężar naszych czasów nie spoczywa na ramionach jednego człowieka. Nikt nie zasługuje na to, co może się wydarzyć. Nikt też nie może zmienić przeszłości, bo podobne zabiegi są wbrew naturze ludzkiej.

Albus zacisnął dłonie w pięści, zirytowany ideą braku kontroli, bo właśnie do tego ciągnęli czarodzieje pokroju Aresa. Rozgniewany, instynktownie spojrzał na swojego ojca, ale ten patrzył na stół Gryffindoru – z pewnością na Lily i Jamesa.

– Może trudno wam zaakceptować prawdziwość moich słów, ale w żadnym wypadku nie dało się zapobiec minionym wydarzeniom – kontynuowała profesor McGonagall. – Nie opowiadam wam bajek na uspokojenie nerwów, a przypominam, że musimy patrzeć w przyszłość. To, co nas ukształtowało, pozostawmy z tyłu, a skupmy się na organizowaniu przyszłości czarodziejskiego świata. Zdarzenie, które społeczeństwo i gazety okrzyknęły „Masakrą w Hogsmeade”… jest winą tylko i wyłącznie tych, którzy odważyli się przypuścić atak…

No tak. W momencie, gdy pani dyrektor wypowiedziała słowo „winą”, spojrzenie Harry’ego przeniosło się ze stołu Gryffindoru do Slytherinu, wprost na młodszego syna. Chociaż trwało to zaledwie sekundę, przesłanie było jasne. Albusowi mimowolnie zadrżała dolna warga, a potem, doszedłszy do siebie, gwałtownie wstał z miejsca, przerywając dyrektorce wpół zdania. Oczywiście, nagłe poruszenie przy uczniowskim stole nie przeszło bez echa. Wszystkie głowy odwróciły się ku niemu – Scorpiusa z nieodgadnioną minę, zaś Morrisona z widoczną ciekawością.

Wyszedł w milczeniu, nie oglądając się przez ramię. Wiedział, że zachował się bardzo niedojrzale. Najprawdopodobniej był pierwszą osobą w historii, która w równie ostentacyjny sposób wyszła z pożegnalnej uczty oraz pierwszym uczniem, który był na tyle głupi i zuchwały, że naraził się dyrektorce. Niektóre emocje ciężko jednak wyciszyć. Nie mógł zdzierżyć tej fasady, którą sprzedawała podopiecznym. Nie zamierzał siedzieć w Wielkiej Sali i wysłuchiwać wywodów o „winie niczyjej” oraz przemówień na temat zmarłych podczas ataku.

Wiedział, że był odpowiedzialny za zniszczenie Hogsmeade, a udawanie, że nie popełnił błędu, byłoby prawdziwą hańbą…

Gdy wychodził, Harry miał pewnie protekcjonalną minę.

Wyszedłszy na korytarz, skręcił w lewo ku schodom. Wiedział, gdzie najlepiej pogłówkować. Jezioro odpadało, bo związał z nim za dobre wspomnienia, by teraz je zrujnować…

Kiedy dotarł na siódme piętro, mimowolnie się zastanowił, czy naprawdę nikt za nim nie ruszył. Może McGonagall najzwyczajniej w świecie kontynuowała swoją mowę lub Harry właśnie zaczynał własną? Zaczął się przechadzać pod pustą ścianą, nie wiedząc nawet, czego konkretnie oczekuje. Nim minęła minuta, uformowały się drewniane drzwi.

Albus wparował do środka. W pomieszczeniu znajdowało się tylko i wyłącznie jedno srebrne krzesło. Najwyraźniej tego właśnie pragnął. Spokojnego miejsca, w którym mógłby usiąść i zakopać głowę w ramionach. Usiadł, ogarnięty nostalgią. Pokój Życzeń wyczarował mu dokładnie takie samo krzesło, jakim we wspomnieniu Harry cisnął w celi Aresa.

Schował twarz w dłoniach, pozwalając, żeby opatuliła go cisza. Nikt nie był winny…? Niedorzeczne. Jak ktoś mógł przytakiwać temu stwierdzeniu…? Ares odwiedził Hogsmeade w zrozumiałym celu. Chciał zabić konkretnego ucznia, syna słynnego Harry’ego Pottera, chociaż tym razem nijak to miało znaczenie.

Jak wielu nieprzyjemności mógłby uniknąć, gdyby tylko podjął inną decyzję, gdyby postanowił pozostać w zamku? Wymknął się do Hogsmeade, chociaż rodzice cofnęli swoje pozwolenie. W zeszłym roku rzucił się w pogoń za Fango Wilde’em, co poskutkowało narażeniem przyjaciół na niebezpieczeństwo. Gdyby na drugim roku pilnował swoich spraw i nie wsadzał nosa w czyjeś, Ares nie zbiegłby z Hogwartu, a co za tym idzie, nie skończyłby martwy razem z przeszło siedemdziesięcioma innymi ludźmi.

Czemu nie znalazł się dotąd człowiek, który potrząsnąłby nim za ramiona, każąc wziąć odpowiedzialność za własną głupotę? Morrison, Scorpius, Mirra, a nawet ojciec – wszyscy starali się go pocieszać. Może nie potrzebował litości, a silnego otrzeźwienia? Lucjusz Malfoy z pewnością tak właśnie myślał, kiedy wymierzył mu policzek…

Wtem drzwi do Pokoju Życzeń się otworzyły. Albus podniósł głowę, lekko oszołomiony, ale nic nie zobaczył, bo coś na niego spadło coś gładkiego i przyjemnego w dotyku. Wyciągnął rękę i zsunął z siebie pelerynę niewidkę, a potem tępym wzrokiem patrzył, jak tata zamyka drzwi.

– Gdybym wiedział, że zrobisz taką scenę... uświadomiłbym cię kilka dni temu – podsumował Harry. – Niestety, byłem zajęty.

– Jak tu wszedłeś? Przecież Pokój...

– Najwyraźniej wcale nie potrzebowałeś chwili samotności. Odcinając się od świata i problemów ludzie zazwyczaj pragną prywatności, a tym razem wejście było widać z drugiego końca korytarza – wytłumaczył powoli tata i usiadł na nowo wyczarowanym  krześle. Pochylił się do przodu, dzięki czemu chłopiec miał okazję do bliższej obserwacji. Tata nie zmienił się od ostatniego spotkania. Wciąż był zaniedbany, zmęczony oraz podłamany. Jego twarzy nie zdobił smutek, a spokój. Sprawiał wrażenie wszechwiedzącego. Gdy syn spuścił głowę, kontynuował: – Pamiętam, jak opowiadałem ci o tym miejscu – powiedział, przyglądając się zamkowym murom. – Myślałem, że będziesz potrzebował Pokoju Życzeń, żeby trochę odpocząć od Jamesa lub zrobić sobie przerwę od odrabiania prac domowych. Nigdy nie przypuszczałem, że będziesz szukał w nim schronienia przed całym światem.

– Nie pomyślałeś może, że po prostu chciałem odgrodzić się od ludzi? – zapytał na wpół sarkastycznie.

– To się musi skończyć, Albusie. – W głosie Harry’ego zabrzmiała surowa nuta. Ślizgon podniósł głowę. – Wiem, co sobie myślisz. Jesteś przekonany, że nikt nie wie, przez co przechodzisz. Ten sposób myślenia tylko dokłada ci ciężaru, który nosisz w sercu. Uważasz, że… jesteś przyczyną każdego popełnionego błędu. Czujesz się winny. Umiejętność współodczuwania, Albusie, nie jest słabością, a prawdziwą siłą. Oczywiście, tylko gdy jest prawidłowo wykorzystywana.

Albus odwrócił wzrok – coraz trudniej było mu patrzeć w przekrwione oczy ojca, choć jednocześnie dziwnie było nie przyglądać się im.

– Hagrid powiedział, że... – Uciekł wzrokiem, bo coraz trudniej było mu patrzeć w przekrwione oczy taty. – Hagrid mi powiedział, że kiedy byłeś w moim wieku… doświadczyłeś czegoś podobnego…

Harry przytaknął.

– Mniej więcej w podobnym wieku, ale bardzo dobrze wiem, jak się teraz czujesz. Również patrzyłem na walący się świat.

– Co będzie dalej…? – zapytał, brzmiąc żałośnie.

Tata westchnął ciężko.

– Zniknięcia. Różnej maści zagrożenia. Ataki na cywilów. Straty.

Może z powodu tonu głosu, jakim ojciec nakreślił przyszłość, Albus uronił łzę. Ojciec brzmiał, jakby mówił o szarej codzienności, czymś zupełnie normalnym, o rzeczach, do których idzie się przyzwyczaić.

– Chcesz mi powiedzieć, że tak po prostu wskoczymy do następnej wojny? – jęknął. – Naprawdę nikt się tym nie przejmuje? Wykombinujemy sposób, żeby sobie poradzić? Mamy przygotować się do najgorszego?

– Świat nigdy nie zazna spokoju, bo nie można całkowicie wykorzenić zła, Albusie. Jest ono nieodłączną częścią ludzkiej natury.

– Brzmisz jak Ares! – warknął ze złością.

– Nie pomyślałeś, że jest odwrotnie? Że Red czerpał z moich słów? – Harry zmarszczył brwi, a serce Albusa fiknęło koziołka. – Różnica pomiędzy nami jest taka, że widzimy piękno tego, co niszczymy… i ciężko pracujemy, żeby wszystko naprawić. Niczego nie odkładamy na potem. Nie będę kłamał, synu. Jesteśmy w bardzo podobnej sytuacji, jaka miała miejsce dwadzieścia lat temu.

– Czemu więc walczymy? – Ślizgon przetarł wilgotne oczy. – Jaki jest sens oporu i walki, skoro za kilkadziesiąt lat to znów się powtórzy?

– Naprawdę nie widzisz w naszych działaniach żadnego sensu? Dzięki postawionemu oporowi widzę, jak dorastasz. Nie rozumiesz?

– No nie! – przyznał głupio.

– Ludzie toczyli wojny i umierali, żeby następne pokolenia mogły dorastać w spokoju. Każdy rodzic ci powie, że życie jego dzieci jest warte walki. Jeszcze tego nie rozumiesz, bo nie zostałeś ojcem, ale to sprawa, za którą warto umrzeć. Jeżeli wcześniej bym się poddał i zaprzestał walki, nie mógłbym się cieszyć z tego, co teraz daje mi szczęście. Nie miałbym żony, z którą mogę spędzać czas. Nie miałbym dzieci, które wychowałem. Staję do walki dla ciebie, Lily i Jamesa. – Uśmiechnął się smutno tata. – Sebastian Darvy może zginąć jutro, albo nawet za dwadzieścia lat, ale za jakiś czas świat wróci do punktu wyjścia i wszystko się powtórzy. Owszem, to niekończący się cykl, ale nie wolno nam skupiać się na okresie terroru. Musimy patrzeć w przyszłość i czas, który jest pomiędzy okresami konfliktów zbrojnych. Zrobiłbym wszystko, żeby przez przynajmniej kilka lat żyć spokojnie z rodziną. Nawet wziąłbym udział w wojnie.

Albus spuścił wzrok. Naprawdę żałował, że nie do końca pojmuje przesłanie taty. Nie doszli do porozumienia, bo ojciec z kolei nie rozumiał źródła jego smutku i podłego nastroju. Harry Potter był bohaterem, nie osobą bezpośrednio odpowiedzialną za zniszczenie swoich czasów. Przeżył Drugą Wojnę Czarodziejów, ale niczego nie naprawił.

Ojciec przez chwilę milczał, po czym kontynuował wywód.

– Naprawdę cię rozumiem, synu. Nigdy nie zastanawiałeś się nad równie skomplikowanymi rzeczami, bo po prostu nie musiałeś. Uwierz, że nie chciałem, żebyś doświadczył koszmaru wojny, ale nie jestem w stanie jej powstrzymać. Nie sposób też naprawić bałaganu przy pomocy jednego machnięcia różdżką czy wypowiedzenia inkantacji zaklęcia – czarodzieje nie są wszechpotężni. To straszne, ale oboje poniesiemy straty. Szczerze powiedziawszy, już ponieśliśmy…

Albus zdał sobie sprawę, że Harry nawiązywał do śmierci Fairharta, ale czy tylko? Jakby na sprawę nie patrzeć, stracił jeszcze jednego przyjaciela…

Cokolwiek by ojciec nie mówił, łączyły go z Aresem naprawdę bliskie relacje. Zdecydowanie byli kimś więcej, aniżeli tylko znajomymi i partnerami w pracy. Darzyli się wzajemnym szacunkiem.  Czy Harry żałował śmierci byłego podopiecznego? Nie Reginalda Aresa, dawnego przywódcy Diablego Aliansu, a niepowstrzymanego aurora Czerwonej Wojny?

– Jesteś smutny, że Ares nie żyje…?

Harry rzucił mu zdziwione spojrzenie, najwyraźniej nie spodziewając się takiego pytania. Wyglądał, jakby odpowiedź była oczywista.

– Chciał skrzywdzić moje dziecko. Jestem szczęśliwy, że nie żyje.

Albus powoli skinął głową, wracając wspomnieniami do chwili, gdy wycelowano w niego Smoczą Różdżkę. Ręka Aresa drżała, bo mężczyzna był niezdecydowany. W trakcie rozmowy przyznał, że szukał innego sposobu na osiągnięcie celu. Owszem, chciał go skrzywdzić, a może nawet zabić, ale sprawiał przy tym wrażenie człowieka, który walczył z przeznaczeniem. Ostatecznie zmarnował czas i nie wypełnił swojego zadania. Oczywiście, nastolatek nie mógł jednak powiedzieć o tym tacie.

W pewnym momencie ojciec zaśmiał się cicho, co skutecznie odciągnęło go od ponurych myśli. Ciekawe, co było takie zabawne.

– Trzeba przyznać, że dziwnie jest patrzeć na to z perspektywy czasu, prawda? – zapytał miękko Harry. – Wciąż pamiętam dzień, w którym wypuściłem Reda z Azkabanu. Możesz wierzyć lub nie, ale drżała mu ręka, jakby chciał wyrwać mi swoją różdżkę…

Oddech Albusa przyspieszył. Ojciec nie znał wszystkich szczegółów, bo po prostu nie wiedział, że syn widział tę scenę w myślodsiewni.

– Wspomnienie tego, jak się czułem, opuszczając wtedy więzienie… jest nadal żywe. Byłem przekonany, że każdy zasługuje na drugą szansę, a Hogwart naprawdę może mu pomóc. Wydawało mi się, że to dobry pomysł – kontynuował tata. – Miałem też nadzieję, że wyjdzie to na dobre moim dzieciom… – wyznawszy prawdę, przetarł oczy, rozpamiętując dawną pomyłkę.

W głowie chłopca nagle zaświtała pewna myśl. Napędzany ciekawością uznał, że to najodpowiedniejszy moment, aby poruszyć temat.

– Ares coś wspominał – zaczął, a ojciec rzucił mu zaskoczone spojrzenie. – Oczywiście, nie był szczególnie rozmowny, ale wspominał o wyświadczeniu przysługi… – wytłumaczył pospiesznie, zauważając gafę. –  Stwierdził, że przestał być ci winien…

– Mhm. – Twarz taty ponownie przybrała zmęczony wyraz. Wyglądał, jakby przed chwilą nie rozpamiętywał błędów młodości.

– Czego ona dotyczyła?

Harry uniósł brwi.

– Naprawdę nie pamiętasz? Przecież byłeś obecny w gabinecie...

Albus się zdziwił. Niby kiedy był razem z ojcem i Aresem w jednym pokoju…? Oczywiście, nie licząc Hogsmeade, gdzie wzajemnie obrzucali się klątwami. Nie ma innej opcji – to musiały być czasy, gdy Ares był zwierzchnikiem szkoły. Może chodziło o pierwszy rok, albo…

Faktycznie! Teraz sobie przypomniał. Owszem, siedział razem z tatą w gabinecie dyrektora, cały umorusany ziemią, bo ledwo co wygrzebał się z warzywnika Hagrida…

„Nie mam prawa decydować, co się stanie z twoimi uczniami, Reginaldzie, ale proszę cię o przysługę. Nie pozwól, żeby uczniowie cierpieli z powodu błędów swoich rodziców”.

Ojciec igrał wówczas z ogniem. Nie widział wówczas powodu, dla którego Ares miałby wyświadczyć mu przysługę, zwłaszcza że przed momentem zrobił z niego głupka.

Pamiętał, że był zdziwiony tym, że Harry osiągnął sukces. Nie zmieniwszy wyraz swojej twarzy, dyrektor pozostał niewzruszony, ale za to zszedł trochę z tonu.

– W porządku. Na twoją prośbę dziewczyna nie poniesie kary...[1]

– Mirra! – wykrzyknął ze zrozumieniem.

– Wiedziałem, że załapiesz. – Uśmiechnął się słabo tata.

– Ale... dlaczego? – zapytał, kompletnie zagubiony. Dlaczego ojciec prosił o łaskę dla dziewczyny, której nawet nie znał? Czemu poświęcił przysługę, którą mógł wykorzystać w zupełnie inny sposób?

– Nie zgrywaj się, Albusie. Zaryzykowałeś wejście do tajemniczych podziemi, o których mało kto w ogóle słyszał, żeby uratować życie przypadkowo poznanej dziewczyny... – Harry potrząsnął głową. – Wiedziałem, że jesteście dobrymi przyjaciółmi, ale podążyłem za intuicją, że będzie z tego coś więcej. Uśmiechałem się w duchu, bo w pierwszej klasie nie rozumiałeś swoich uczuć. Cieszę się, że miałem rację. Kilka tygodni temu James przysłał mi list – dodał z chytrym błyskiem w oku. 

Ślizgon się zagapił, osłupiały. Ojciec naprawdę to wszystko zaplanował? Tata zawsze go obserwował, zawsze nad nim czuwał – czy to w kwestii ratowania życia, wyjaśniania niezrozumiałych kwestii, a nawet upewnianiu się, że nastoletnie zauroczenie nie odejdzie w niepamięć… Robił wszystko, co w jego mocy, żeby służyć pomocą, nawet jeżeli działał pod przykrywką.

Wtem doznał olśnienia. Błędy, które ojciec popełnił, nie były niczym niezwykłym. Zawsze miał najlepsze intencje i właśnie dlatego najczęściej obrywał. Albus, co prawda, udzielił Fairhartowi kredytu zaufania, zwierzając się z problemów sercowych, ale w rzeczywistości najlepiej znał go Harry. Gdyby nie interwencja u ówczesnego dyrektora szkoły, Mirra nie postawiłaby stopy w Hogwarcie. Utraciłby swe szczęście, zanim by się zorientował…

– Najmocniej cię przepraszam, tato! – Wybuchnął płaczem i rzucił się w objęcia siedzącego naprzeciw mężczyzny. Czuł się usatysfakcjonowany bardziej, aniżeli poprzednio. Nie mazgaił się w taki sposób przed Aresem, ani nawet przed Mirrą. Całkowicie stracił nad sobą panowanie. – Przepraszam, tato!

– Wszystko w porządku, synu…

– Nieprawda! Jesteś bohaterem! Wiem, że byłem w błędzie. Źle cię traktowałem i niepotrzebnie obwiniałem, a ty robiłeś, co mogłeś, by mnie uratować. To nie był pierwszy raz, bo ciągle mi pomagasz! Ludzie razem ze mną odwrócili się od ciebie, chociaż jesteś prawdziwym bohaterem!

Ojciec wzmocnił uścisk, a następnie odsunął się, aby spojrzeć Albusowi w oczy.

– To już nieważne, synu. Nieważne, kim jestem. Nieważne, co o mnie myślą. Owszem, mogę być nazywany bohaterem, ale… nie przez wzgląd na osiągnięcia życiowe – powiedział. – Czasem jest się odważniejszym, kiedy zdobędzie się upragnioną dziewczynę, albo uprzyjemni komuś dzień. Często chodzi o bycie człowiekiem, który nieustannie walczy, nie przejmując się błahostkami. O heroizmie świadczą upór i wytrwałość. Ważne, tylko aby działać z właściwych powodów. Niekiedy nie chodzi o wygrywanie, a o samą walkę, nawet jeśli sprawa wydaje się z góry skazana na porażkę...

– Porażkę…? – zapytał, a następnie otarł mokre oczy, a gdy tata skinął głową, dodał, czując ponownie narastający gniew: – Co trzeba zrobić, żeby to zakończyć…?

– Czasami wystarczy tylko jedna osoba, synu. – Harry westchnął ciężko. – Niekiedy wystarczy tylko jeden bohater.

– Jesteś nim? – spytał głupio. – Zamierzasz powstrzymać Darvy’ego?

– Ciężko powiedzieć. Może uda się komuś innemu. Prawdopodobne jest również to, że ktoś położy kres wojnie po mojej porażce. Niemniej jednak w pewnym momencie to nastąpi. Darvy w końcu zostanie powstrzymany, a odpowiednia osoba zostanie wyniesiona przez społeczeństwo na piedestał – podsumował ojciec. – Co będzie potem…? Bohater z pewnością będzie patrzeć, jak dorastają jego dzieci. Musimy też rozważyć inny scenariusz – może bohater nie wie jeszcze, że zakończy wojnę? Może zrozumie to dopiero w przyszłości. Wszystko jest możliwe.

Albus pociągnął nosem i otarł wilgotne policzki. Wydawało mu się, że już wcześniej wycierał oczy. Nagle poczuł się zawstydzony. Co, jeżeli pod drzwiami do Pokoju Życzeń czaił się James i słuchał każdego słowa…?

– W takim razie liczę, że szybko sobie to uzmysłowi – skomentował.

– Mam podobnie, synu. Na razie zostało nam przygotować się do starcia i nigdy nie poddawać. – Uśmiechnął się słabo Harry. – Cóż, mnie jeszcze zostało przemówienie do wygłoszenia. Niedługie – dodał. – Może odczekasz chwilę, a potem wrócisz do Wielkiej Sali? Najlepiej wtedy, kiedy uczniowie zajmą się ucztą.

Albus przytaknął.

– W porządku, ale… wojna kiedyś się skończy, prawda…?

Harry uśmiechnął się szerzej, po czym podniósł się z krzesła.

– Oczywiście. Nie wiem tylko, kiedy dokładnie.

– Obiecujesz? – zapytał dziecinnie, chociaż dobrze wiedział, że tata nigdy nie łamie raz złożonej obietnicy.

– Obiecuję...

Tamtej nocy spakował swój kufer, targany najdziwniejszymi uczuciami. Starannie złożoną pelerynę niewidkę i zdezaktywowaną Mapę Huncwotów ułożył na samym dnie, zaś najcenniejszy skarb oraz, paradoksalnie, najbardziej bezużyteczny obiekt w całej kolekcji – złotą obrączkę – schował po prostu do kieszeni.

Pakowanie toreb było niczym w porównaniu z gwarem towarzyszącym podróży. Gdy we trójkę stanęli przed szkarłatnym pociągiem, intensywne słońce sprawiło, że musieli zmrużyć oczy. Wokół było głośno, ale nie tak, jak zazwyczaj – trzynaście brakujących głosów przyczyniło się do większej ciszy. Zakończenie roku szkolnego przebiegało w podobny sposób. Profesorowie przypominali dzieciom o nieużywaniu magii podczas wakacji, przyjaciele się przytulali i skomleli o konieczności pisania listów, a starsi uczniowie obejmowali ulubionych nauczycieli i przepraszali za nieodrabianie zadań domowych oraz sprawione kłopoty.

Morrison gawędził z Melonie. Wyglądało na to, że mieli o czym rozmawiać o każdej porze, nawet jeżeli poruszali bardzo trywialne tematy. Albus przyzwyczaił się, że spędzali z Grue coraz to więcej czasu. Z nich wszystkich najnieszczęśliwszy był Scorpius, który zgrywał wyluzowanego, choć w rzeczywistości starał się ukryć rozczarowanie pasmem niepowodzeń.

Wszedłszy do pociągu, zajęli przytulny przedział mniej więcej pośrodku. Kiedy się rozgościli, wpadł na moment James ze swoją dziewczynę, a krótko po nim Mirra na kilka partyjek Eksplodującego Durnia.  Mijający ich Hugo tylko zajrzał, zaś Lily chwilę pogadała, sprawiając wrażenie pogodniejszej od kuzyna.

Większość czasu spędzili na rozmowie. To naprawdę dziwne – okazało się, że mieli do przedyskutowania masę tematów, które nijak były powiązane z Masakrą w Hogsmeade. Gdy byli w połowie drogi, Mirra wstała.

– Czas na mnie. Lecę spotkać się z Rose i resztą – rzuciła niedbale. – Może wpadnę trochę później – dodała, a następnie pochyliła się i pocałowała Albusa w policzek. Posunięcie się o krok dalej było niemożliwe przez wzgląd na towarzystwo, więc ograniczyła się do pojedynczego całusa. Ślizgoni z kolei pomachali jej na do widzenia.

Kiedy Mirra wyszła, Melonie również wstała.

– Też się zbieram – zakomunikowała wszem wobec. – Spotkamy się na peronie.

– Och, dajże spokój – jęknął Morrison, niezadowolony z przerwania dyskusji na temat najsmaczniejszego rodzaju sera.

– Masz jakiś problem? – Uśmiechnęła się z przekorą. – Obiecałam potowarzyszyć Denise...

– Podła zdrajczyni! – wykrzyknął żartobliwie Vincent, podczas gdy dziewczyna zamykała za sobą drzwi przedziału.

Chłopcy wytrwali w milczeniu minutę, ot tak na wszelki wypadek, a potem wyszczerzyli się do siebie.

– Zrelacjonujesz nam postępy, stary? – zapytał Albus.

– To zależy, o jakich postępach mówicie. – Uśmiechnął się zawadiacko Morrison, a niewinności dodał mu nerwowy gest wyginania palców.

– Sercowych, gamoniu!

Vincent niedbale wzruszył ramionami.

– Też osiągnąłeś progres? – zapytał chytrze.

Albus uśmiechnął się złośliwie.

– Zwracam honor, to całkiem uczciwe zagranie.

Scorpius przewrócił oczami i chłopcy momentalnie poczuli się winni. Wiedzieli jednak, że ostatnie, czego Malfoy potrzebuje, to współczucie i litość.

– Już się nastawiliście, co? – zapytał defensywnie przyjaciel. – Nie zapomnijcie o wpadce Jamesa na naszym drugim roku.

Albus zmarszczył brwi, a potem przypomniał sobie, że Scorpius nawiązywał do pierwszego kosza Jaimiego…

– Nie zadręczaj się Rose, stary – podsumował.

– Właśnie. Spokojnie poczekamy na rozwój sytuacji. Wszystko może się wydarzyć, bo facet ma ze trzydzieści lat. Nie będziesz długo czekać, aż Rose przejrzy na oczy i zostawi gościa na lodzie.

Malfoy wzruszył ramionami.

– Co ma być, to będzie. Po prostu czuję, że zmarnowałem kolejny rok. Zawiodłem na całej linii.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, Albus poklepał go po plecach.

– Czasami nie chodzi o wygraną – stwierdził po chwili milczenia. – Ważne jest to, że… walczyłeś, nawet jeśli bitwa wydawała się przegrana.

Scorpius rzucił mu twarde spojrzenie.

– To największa bzdura, jaką kiedykolwiek powiedziałeś, stary...

Gdy dojechali na miejsce, promienie słoneczne już tak bardzo nie grzały, przez co na peronie było chłodniej i tym samym przyjemniej. Albus przeciągnął się, w międzyczasie obserwując wyglądających za rodzicami uczniów. Nie miał zielonego pojęcia, kto tym razem go odbierze, aczkolwiek skłaniał się ku mamie. Gorzej, że nie wiedział, pod którym filarem przystanęła. We trójkę przemierzali platformę, machając do znajomych z roku. Gdzieś po drodze mignął im Lance, przedstawiający Rose jakiejś pięknej kobiecie, najprawdopodobniej swojej matce.

– Rozumiem, że nie macie ambitnych planów na wakacje. Zamierzacie spać do późna i ciągle się obijać? – Uśmiechnął się Morrison.

– Mniej więcej – odpowiedzieli mu chórem.

– Ty też? – dodał Albus, a przyjaciel wzruszył ramionami.

– Zależy, czy ten nieuświadomiony magik – wiecie, chłopak mojej głupiej siostry – zdecyduje się z nami zamieszkać. W ostatnim liście napisała, że wciąż są razem, ale kto wie, może czeka mnie następne odwołane wesele – wytłumaczył z porozumiewawczym uśmieszkiem.

– O, a do mnie niedawno napisał dziadek – wtrącił się blondyn. – Wyznał, że z niecierpliwością oczekuje mojego powrotu do domu…

Serce Albusa fiknęło koziołka. Lucjusz Malfoy musiał być chory ze zmartwienia, skoro w tak bezpośredni sposób przelał swe troski na pergamin. Gdy dostał informację, że ze Scorpiusem wszystko w porządku, musiał odczuć wielką ulgę. Najwyraźniej w końcu poszedł po rozum do głowy i postanowił zacieśnić więzi z jedynym wnukiem.

– Hm, mi ciężko cokolwiek powiedzieć. – Westchnął. – Najprawdopodobniej będę co chwilę odganiał sowy z listami i prezentami dla Jamesa. Zawsze stukają do niewłaściwego okna…

– O, widzę moich rodziców! – Morrison wskazał na stojącą niedaleko parę. – Zobaczymy się za kilka tygodni, panowie – oświadczył, parodiując maniery gentelmana z wyższych sfer. Wróciwszy do normalnego siebie, przybił im piątki na pożegnanie. – Możecie mnie nie rozpoznać. Całkiem możliwe, że będę miał brodę…

Chłopcy wybuchnęli śmiechem, a potem zostali poklepani po plecach. Vincent obiecał, że wkrótce do nich napisze, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie.

Scorpius pokręcił głową.

– Chyba nigdy go nie zrozumiem – parsknął. – Naprawdę myśli, że ot tak wyrośnie mu broda…?

– Może będzie, jak powiedział. Nie sposób wszystkiego przewidzieć – podsumował Albus. – Jakby nie patrzeć, chodził już z wąsami…

Usłyszawszy linię obrony, Malfoy rzucił mu protekcjonalne spojrzenie.

– No proszę cię, stary – powiedział, kręcąc głową. – Nie jestem głupi. Wiem, że wąsy były sztuczne. Użył Zaklęcia Bujnego Owłosienia[2]!

Brunetowi opadła szczęka.

– Wiedziałeś? – zapytał, szczerze zdziwiony.

– Oczywiście, że tak. Nie miałem tylko serca, żeby go uświadomić. Czasem odnoszę wrażenie, że Morrison musi od czasu do czasu mnie „przechytrzyć”. Słyszałem, że dla łatwowiernych czarodziejów pewność siebie jest bardzo ważna. Co gorsza, jestem święcie przekonany, że wciąż myśli, że przyniósł go do domu bocian!

Zaśmiali się z żartu i właśnie wtedy Scorpius wypatrzył swojego tatę. Draco Malfoy stał pod jednym z filarów i machał im ręką.

– Czas na mnie, stary – podsumował, po czym przybił tradycyjną piątkę i odszedł. – Do zobaczenia!

– Nie zapomnij napisać! – zawołał za nim Albus.

– Oczywiście, tylko dostanę odznakę prefekta! – krzyknął przez ramię, najprawdopodobniej chytrze się uśmiechając.

Albus przewrócił oczami i przez chwilę patrzył, jak przyjaciel znika z ojcem w tłumie. Potem włożył ręce do kieszeni i biorąc głęboki wdech, ścisnął mocno pierścień. Stał w miejscu niczym ciołek, więc ludzie go po prostu mijali. W końcu zrozumiał, że w ten sposób nie zlokalizuje mamy, więc powolnym krokiem ruszył w stronę szkarłatnego pociągu.

Spojrzawszy w okno, zwrócił uwagę na swoje odbicie w szybie. Nie dostrzegł żadnej szczególnej różnicy, za wyjątkiem tego, że może trochę urósł. Wyglądał również na bardziej zmęczonego aniżeli zazwyczaj. Uniósł do góry dłoń, chcąc sprawdzić wygląd wewnętrznej strony dłoni. W miejscu zranienia skóra była lekko zgrubiała, ale wkrótce wszystko się zagoi, a po skaleczeniu nie zostanie nawet mała kropka, a co dopiero blizna. Szczęśliwie, czas wyleczył mu także nogę.

Ludzie go mijali, wypatrując własnych pociech. Kątem oka dostrzegł małego chłopca, rzucającego się w objęcia zatroskanej matki, która wyglądała, jakby przeżywała najszczęśliwszy dzień swojego życia.

Wtem został sprowadzony do rzeczywistości. Trzynaście matek. Trzynastu ojców. Rodzice uczniów, którzy nigdy nie wrócą do domów.

Bezwiednie włożył rękę do kieszeni i ponownie ścisnął pierścień Fairharta. Gdy zerknął w szybę, przyjaciel stał za nim, wciąż połowicznie oszpecony. Najgorsze, że jeżeli się odwróci, mężczyzna jakby rozpłynie się w powietrzu…

Wewnętrznie rozdarty, postanowił się nie oglądać przez ramię. Skupiony na odbiciu, dostrzegł trzynaście anonimowych kręgów, które w tajemniczy sposób pojawiły się na platformie. Oczywiście, symbolizowały nieznanych mu uczniów, dotąd mijających go jedynie na korytarzu. Ich śmierć zaprzepaściła możliwość bliższego zapoznania. Choćby bardzo pragnął, nie potrafił zmienić przeszłości oraz zaakceptować faktu, iż w Masakrze w Hogsmeade zginęło trzynaścioro dzieci.

Ciała tych dzieci... Te ciała prześladują mnie w snach do dnia dzisiejszego...

Albus wzmocnił uchwyt na pierścieniu, że aż rozbolały go palce. Wypowiedziane przez Aresa słowa słyszał jakby z bliska. Wszystkie dziwaczne obrazy natychmiast mu umknęły, przez co wrócił do smutnej rzeczywistości. Znów stał na peronie, gapiąc się w szybę, a ludzie mijali go z obojętnością. Gdzieś mignęła mu też żegnająca się z przyjaciółmi Lily, więc zapewne zauważyła w pobliżu kogoś z rodziny…

I wtedy zobaczył światło. Spojrzał w odbicie i zamrugał, a jego wizja stała się pozłacana. Czuł rozpierającą go siłę, co potwierdzały iskrzące się oczy. Cóż za znajome uczucie. 

Mógł wszystko. Mógł zakończyć tę wojnę. Miał moc i możliwości.

Wyciągnął z kieszeni dłonie i uważnie się im przyjrzał, targany dość niespójnymi myślami. Ogarnęło go dziwaczne uczucie, jakoby nie miał w tym żadnego indywidualnego interesu.

Nie oderwał spojrzenia od rąk, chociaż zdrętwiały mu palce. Gdy ponownie zerknął w szybę, zauważył, że jego oczy całkowicie zmieniły kolor na ciemnozłoty.

Niemal przeraziło go to, co czuł. Zawsze postrzegał się jako osobę, którą niełatwo kontrolować, ale teraz… był w niebie. Czym się dotąd martwił? Czemu skupiał się na błahostkach, skoro skrywał w zanadrzu równie wielką potęgę? Mógł wszystko zakończyć – może niekoniecznie wedle widzimisię społeczeństwa, aczkolwiek…

Wciąż wpatrzony w szybę, wykrzywił wargi w uśmiechu, zdecydowanie sarkastycznym i chłodnym. Doznanie nie należało do najprzyjemniejszych, bo nie czuł poruszających się mięśni twarzy. Zupełnie się nie rozumiał. Nie był szczęśliwy, ale istota wewnątrz owszem. Dzierżyła w dłoniach najpotężniejszą moc na świecie, zaś świadomość władzy potęgowało rosnące podniecenie. Chociaż próbował, nie potrafił nad sobą zapanować…

Wtem ktoś złapał go za rękę. Wszechmoc odpłynęła, ukojona dotykiem gładkich, przyjemnie ciepłych palców. Przerażający uśmiech znikł mu z twarzy, a oczy powróciły do normalnego, zielonego koloru.

Gdy się odwrócił, zobaczył, że z transu wyrwała go Mirra.

– Mówisz pa–pa pociągowi? – zachichotała.

– Co...? – zapytał, rozproszony. Ukradkiem spojrzał na własne odbicie, ale tym razem wszystko było w porządku, jakby wcześniejsze halucynacje nie miały miejsca. Wraz z wystąpieniem czynnika rozpraszającego, wróciło też racjonalne myślenie. Zmarszczył brwi, bo zapomniał, o czym tak intensywnie rozmyślał. Głowił się nad… mocą? Dziwne, doprawdy.

– Chodź, bo będziemy ostatni. – Nie czekając na sensowną odpowiedź, pociągnęła Albusa w głąb platformy. Ślizgon, choćby próbował, nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego rozpierała go wdzięczność, ale z chęcią poddał się temu uczuciu. W trakcie przechadzki, niczym zahipnotyzowany, obserwował zachowanie dziewczyny. Miał wrażenie, że łapiąc go za rękę, uratowała mu życie i odciągnęła od mroku, urwiska, w które niechybnie by wpadł…

– Wszystko w porządku? – zapytała po chwili. – Jesteś cichy.

– Jest dobrze – wyjąkał, wzmacniając uścisk.

– Co tam robiłeś?

– Hm, poprawiałem włosy – skłamał gładko.

Mirra zmierzyła go uważnym wzrokiem.

– Nie widać żadnej różnicy. – Uśmiechnęła się przekornie.

Odwzajemniwszy uśmiech, usłyszał głos wujka.

– Czekaj, gdzie w ogóle idziemy? – zapytał, zmieszany. Wciąż próbował zebrać do kupy niespójne myśli. Mimo że wszystkie wróciły na właściwe miejsce, musiał je odpowiednio poukładać.

– Odprowadzam cię do twojej rodziny – podkreśliła wyraźnie Mirra, zwracając się do niego tak, jakby mówiła do kilkuletniego zagubionego dziecka. – Jesteś pewien, że wszystko w porządku? Wydajesz się jakiś inny.

– Jestem silniejszy. – Serce fiknęło mu koziołka.

– Co takiego...?

– Zmęczony – poprawił się natychmiast.

Skrzyżowali spojrzenia, ale Mirra nijak skomentowała wpadkę. Nie minęła minuta, kiedy zobaczyli Weasleyów. Najwyraźniej to oni dziś odbierali wszystkie dzieciaki. Ron i Hermiona razem z Rose, Hugonem, Jamesem i Lilly stali pod jednym z filarów.

– Czekaj, chcę poznać twoich dziadków – wypalił Albus.

Mirra zachichotała.

– Może następnym razem – stwierdziła. – Intuicja mi podpowiada, że to nie najlepszy pomysł, aby zobaczyli nas spacerujących za ręce.

– Moglibyśmy po prostu...

– Nie. – Pokręciła przecząco głową i mocniej ścisnęła jego dłoń. – Zapomnij.

Albus uśmiechnął się w odpowiedzi i bez słowa sprzeciwu dał się poprowadzić w kierunku wujostwa.

 



[1] Fragment zaczerpnięty z rozdziału piętnastego „Albusa Pottera i Podziemi Mgły Merlina” autorstwa Vekin87, tłumaczenia Italiany

[2] Zaklęcie Bujnego Owłosienia (z ang.: Hairthickening Charm) – zaklęcie powodujące gwałtowny przyrost włosów, które pod wpływem tego czaru mogły osiągnąć nawet gigantyczne rozmiary. Jest to często wspominany urok, który nieświadomie stosował Harry Potter – ciotka Petunia ścinała mu włosy, a te odrastały następnego dnia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz