Albus gapił się na stojącą przed nim kobietę. Trzymając w dłoni różdżkę, był w przysłowiowej kropce.
– Ostatnie ostrzeżenie! – zaskrzeczała. – Poddaj się!
– Kim jesteś? – spytał głupio, nie mogąc zrozumieć, dlaczego jakaś nieznana mu, obca czarownica rości sobie prawo do wydawania mu rozkazów. Poza tym, że wyglądała na raczej zaniedbaną i – trzeba było to przyznać – nieatrakcyjną, nie widział w niej nic ciekawego.
Kobieta sięgnęła do szat i wyjęła z nich srebrną odznakę z dużą literą M pośrodku. By wywrzeć na nim lepsze wrażenie, uniosła ją o wiele wyżej, niż było to konieczne.
– Janine Fischer – powiedziała twardo, a Albus, w ułamku sekundy rozpoznawszy to nazwisko, natychmiast rzucił różdżkę. – Auror z ramienia Ministerstwa Magii oraz jedyna osoba, której powinieneś się bezapelacyjnie słuchać.
– Nie wiedziałem, kim pani je…
– Lubisz atakować gobliny? – przerwała mu i głową wskazała leżącego na ziemi stwora. – Jesteś w tym dobry. – Obnażyła niebezpiecznie zęby.
– Nikogo nie zaatakowałem! – zaprotestował zaciekle Albus, nieco przestraszony możliwymi konsekwencjami swoich pochopnych działań i zdezorientowany sposobem, w jaki w ogóle do tego doszło. – On zaatakował mnie pierwszy!
– Ustawa o Postępowaniu w Sprawie Kradzieży z 1824 r. daje każdemu pracownikowi czarodziejskiego Gringotta prawo do ataku na złodzieja, o ile nie będzie on skutkował śmiercią. Goblin nie popełnił żadnego przestępstwa – wyjaśniła rzeczowym tonem.
– Niczego nie ukra… – Zamknął usta, gdyż usłyszał pospieszne kroki. Odetchnął z ulgą. Ojciec jest już w drodze. Przyjdzie i wszystko naprostuje…
Zza rogu wyszedł zupełnie kto inny – wysoki, szczupły mężczyzna o dziwnie uczesanych czarnych włosach i okrągłych okularach osadzonych na nosie, podobnych do tych Fischer. Zobaczywszy ich, zatrzymał się gwałtownie w miejscu. W dłoni trzymał mały notatnik i pióro.
– Złapała go pani!
– I to na gorącym uczynku, Wendell! – stwierdziła zadowolona. – Zanotuj, proszę: młodzieniec o wybuchowym temperamencie – niedoszły złodziej – wbrew ministerialnemu prawu atakuje upoważnione magiczne stworzenie; z różdżką w dłoni przeciwstawia się aresztowaniu przez organ władzy…
– Nieprawda! Wymyśla to sobie pani! – krzyknął oskarżycielsko Albus. – Nie zrobiłem niczego złego! Po prostu zobaczyłem kogoś znajomego i wybiegłem z banku! Niczego nie ukradłem!
– Niech pani nie zapomni o niewychowaniu i braku szacunku, pani Fischer. – Mężczyzna, którego czarownica nazwała Wendellem, zachłysnął się własnym odkryciem i prawie wyrwał kilka kartek z notatnika, w rozgorączkowaniu próbując przewrócić szybko stronę. – Przerwał starszemu wpół zdania!
– To nie przestępstwo, choć wciąż istotny fakt. – Kobieta zmarszczyła brwi.
Albusowi opadła szczęka. Stał głupio, wytrzeszczając oczy, kiedy Fischer podeszła do niego spokojnym krokiem. W międzyczasie leżący na ziemi goblin usiadł i wyglądał, jakby miał zawroty głowy. Zza rogu dobiegł odgłos kolejnych kroków i chłopiec westchnął głośno z ulgi, widząc najbardziej pożądaną przez sobie osobę. Ojciec miał w dłoni różdżkę, a za nim stała spanikowana Rose.
– Co się tu dzieje? – Głos Harry'ego drżał. – Albusie, dlaczego…? Jan!
Fischer odwróciła się, schowała odznakę i odrzuciła do tyłu skołtunione włosy.
– A więc to twój chłopak! – Uniosła różdżkę.
– Tak – odpowiedział stanowczo tata i schował własną. – To mój syn, Albus.
– Najprawdopodobniej… sekretna kooperacja… ojciec ze statusem kryminalnym… – wymruczał cicho Wendell, namiętnie skrobiąc w swoim notatniku.
Harry przewrócił oczami.
– Opuść różdżkę, Jan – powiedział lekceważąco. – Masz zły obraz sytuacji.
Kobieta zamrugała, po czym z powrotem odwróciła się do Albusa i ponownie przyjęła postawę bojową.
– Trzeba go aresztować, Potter…
Ojciec w mgnieniu oka wyciągnął swoją różdżkę. Z nienaturalną dla człowieka zwinnością, skierował ją na współpracowniczkę.
– Nie mierz do niego! – Nonszalancki ton zastąpił wzburzonym. – Nie masz w tym żadnego interesu! Oboje wiemy, że nie zrobił nic złego!
Wendell wciąż notował. Albus, z zapartych tchem, czekał na rozwój wydarzeń. Koniec końców to Fischer ustąpiła.
– Nie masz nade mną żadnej władzy, Potter – splunęła, wykrzywiając wargi. Potem schowała różdżkę. – Tym razem pozwolę twojemu synowi się wywinąć. – Uśmiechnęła się chytrze. – Tobie pozostawiam zajęcie się jego przestępczą działalnością.
Ślizgon otworzył usta, by zaprotestować.
– Ja nie…
– Albusie – ostrzegł go krótko, lecz ostro ojciec, co znaczyło definitywny koniec wykłócania się o prawdę.
Janine Fischer odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem odeszła. Wendell był u jej boku, prawie że stykając się z kobietą ramieniem. Gdy zniknęli z zasięgu wzroku i najprawdopodobniej też słuchu, Albus schylił się i podniósł swoją różdżkę. W międzyczasie tata podszedł do goblina i kucnął przy nim.
– Bardzo przepraszam – powiedział, pomagając mu wstać. – Grazer, czyż nie?
Stworzenie wydało z siebie skrzek, który równie dobrze mógł być niezręcznym chrząknięciem, jak i szyderczym parsknięciem. Następnie skinął głową.
– Zapewniam cię, że nie doszło do żadnej kradzieży, Grazerze. Masz moje słowo, że było to zwykłe nieporozumienie. Już załatwiłem tę sprawę z twoimi przełożonymi. Jeśli chcesz, bym cię odprowadził i…
Goblin znowu skrzeknął i odwrócił się, zataczając, a potem skręcił za róg. Jego ciche mruczenie było słyszalne jeszcze przez kilka długich sekund. Albus został sam na sam z tatą i kuzynką. Był wkurzony tym zajściem; był zły także na siebie, że tak głupio zareagował. Czemu nie pomyślał, zanim rzucił się w pogoń?
– W porządku – powiedział pokojowo ojciec. – Chodźmy stąd.
Wyszli na ulicę, gdzie nie było ani śladu bankowego zamieszania. Gdy znowu zaczęli zachowywać się normalnie, Albus odezwał się pierwszy. Chciał odciągnąć myśli wszystkich od minionego wydarzenia.
– I co? Sprawdzili ci to konto? – spytał taty.
– W rzeczy samej – odpowiedział Harry i przesunął się troszkę na lewo, by syn mógł iść obok niego.
– Czyje było?
– W zasadzie to nikogo ważnego. To była wyłącznie moja inicjatywa. Chciałem sprawdzić konta współpracowników.
– Dlaczego?
– Musiałem się przekonać, czy Waddlesworth przekazywał złoto co poniektórym pracownikom Ministerstwa.
Zanim Albus zdążył otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, Rose wybuchnęła. Oczywiście, poruszyła temat, który przysporzył tylko i wyłącznie samych kłopotów; nie potrafiła zignorować tej sytuacji i udawać, że nie miała miejsca.
– Krzyczałam za Albusem, żeby nie wybiegał na zewnątrz, wujku! Kazałam mu przestać!
– Naprawdę! Wiedziałam, że to głupi pomysł, ale wiesz, znasz go, czasami ma tylko siano w głowie…
– Dziękuję, Rose. – Głos Harry'ego był wyprany z jakichkolwiek emocji.
– Naprawdę nic nie zrobiłem, tato! – Wyprzedził mężczyznę, by móc się wytłumaczyć, patrząc mu prosto w oczy. – Nie…
– Wiem – przerwał mu ojciec, nawet nie zwalniając. – Nie jestem na ciebie zły.
– No naprawdę! – Albus potrząsnął głową. Nie mógł, ot tak sobie uwierzyć w prawdziwość tych słów.
– Wiem – powtórzył Harry, rzucając synowi wszechwiedzące spojrzenie. – I wierz mi lub nie, ale pani Fischer też wiedziała, że jesteś niewinny.
– Ona… Że co…?
Nastolatek zwolnił kroku i znowu zrównał się z ojcem, który ciężko westchnął. Rose zamrugała, zdezorientowana, a potem wbiła w nich wzrok, wyraźnie zaciekawiona tą rewelacją.
– Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie. Obawiam się, że pani Fischer bardzo się stara, żeby mi się przeciwstawić.
– Prze… przeciwstawić? – Albus uniósł wysoko brwi, niepewny, czy dobrze usłyszał. Wiedział, że wujek Ron wybitnie nie lubi tej całej Janine Fischer i z góry założył, że tata jest do niej tak samo nastawiony, ale jakby na to nie spojrzeć, wszyscy są aurorami; powinni dążyć do jedności, a nie stawać wobec siebie w opozycji…
– Dokładnie tak. Jan doskonale wiedziała, że nie zrobiłeś nic złego. To oczywiste, że nie dokonałeś rabunku – jesteś piętnastoletnim chłopcem, a Gringott jest jedną najlepiej chronionych czarodziejskich fortec. Nikt, kto zdecydowałby się na kradzież, nie udowodniłby swojej winy, poprzez głupie wybiegnięcie przez frontowe drzwi. Co do goblina: niestety, ten gatunek znany jest z tego, że atakuje jako pierwszy. I postąpiłeś słusznie, broniąc się. Fischer wcale nie chciała cię aresztować.
– Nie? – zdziwili się nastolatkowie.
– Nie. Chciała cię zatrzymać na krótki okres.
– Czy to nie to samo? – spytał ślizgon.
– Niekoniecznie. Jak już mówiłem, Jan wiedziała, że niczym nie zawiniłeś. Wcieliła się w rolę, żeby przy pomocy prawa, wydobyć z ciebie kilka przydatnych informacji. Rzekoma kradzież z Gringotta była dla niej tylko pretekstem.
– Co takiego? – Albus wybałuszył oczy, przez co omal nie wpadł na idącego z naprzeciwko małego chłopca, który z roztargnieniem bawił się jakąś zabawką. – Dlaczego miałaby tak kombinować?
– By dowiedzieć się o mnie więcej. Nie daj się zwieść, Albusie. Jan od samego początku wiedziała, że jesteś moim synem, a to z kolei czyni cię nieocenionym narzędziem w dążeniu do osiągnięcia jej celu – zdobyciu informacji. Janine Fischer jest tak samo entuzjastycznie nastawienia do dzielenia ze mną stanowiska, tak jak ja z nią, a to głównie dlatego, że mamy różne opinie na temat tego, co jest obecnie największym zagrożeniem.
– A co jest? – drążył nastolatek, nie mogąc się nadziwić, że dowiedział się tak dużo. Ojciec westchnął.
– Nie powiem ci, Albusie. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że zajęłoby to absurdalnie dużo czasu – wytłumaczenie wszystkich szczegółów i rozważenie zmiennych. Jedyne co mi pozostaje, to przeproszenie cię za te niedogodności. Nie sądziłem, że Jan upadnie tak nisko, by naskakiwać na ciebie, próbując mnie zdyskredytować.
Ślizgon zamilkł, zadowolony z udzielonych mu odpowiedzi, mimo że w środku wciąż płonął z ciekawości. Tak czy inaczej, już raczej wiedział, do czego zmierza tata – jest pełen wątpliwości i nie wie, co w tych trudnych czasach jest większym zagrożeniem: Diabli Alians czy Wybawczy Alians Różdżek.
Niemal jak na zawołanie, ojciec wznowił rozmowę.
– Tak na marginesie, to co sprawiło, że w ogóle tak wybiegłeś z Gringotta? Gobliny może i są surowe, ale na pewno nie zabroniłyby ci skorzystania z toalety…
– Zobaczył coś przez okno – wypaliła Rose.
Albus zmrużył z wyrzutem oczy, podczas gdy Harry spojrzał na niego z ciekawością.
– Co takiego?
Moment wahania. Jeszcze rok, a nawet kilka miesięcy temu, wymyśliłby sobie jakiś absurdalny, moralnie wątpliwy powód, by łgać na tak poważny temat i zachowywać się jak kilkuletnie dziecko. Teraz z kolei czuł, że wyznanie tacie prawdy jest najrozsądniejszym rozwiązaniem z możliwych. Musiał się też odwdzięczyć – ojciec także mu nie skłamał.
– Widziałem Waddleswortha idącego uliczką – odpowiedział, unikając wzroku mężczyzny. – Byłem ciekawy, co kombinuje… więc pobiegłem za nim…
Rose wydała z siebie cierpiętnicze westchnienie, a Harry spojrzał na niego z jeszcze większym zainteresowaniem.
– Waddleswortha? Dziwne. Miał być w Hogsmeade i wygłaszać przemówienie…
– No wiem! Właśnie dlatego zacząłem go gonić!
– Jesteś w stu procentach pewien, że to był on? Miał może założony kaptur lub…
– Jestem całkowicie pewien! – Skinął sobie głową. – Wszędzie rozpoznałbym tą jego oślizgłą twarz – dodał ciszej, bo właśnie mijało ich dwóch gburowato wyglądających członków Wybawczego Aliansu Różdżek.
Ojciec lekko zmarszczył brwi.
– Ciekawe, nie powiem. Jutro w pracy sprawdzę, czy któryś z moich ludzi był w Hogsmeade. Byłoby bardzo dziwne, gdyby Waddlesworth wygłosił gorące przemówienie, zwiedzając Ulicę Pokątną…
– Nie wierzysz mi, tato? – Albus zmarkotniał, ponieważ w głosie czarodzieja wyczuł wątpiącą nutę.
– Wierzę, synu – odpowiedział bez chwili wahania Harry. – Zapewniam cię, że przyjrzę się temu bliżej, ale to później. Teraz musimy pochwalić się mamie książkami…
Wrócili do zrujnowanego sklepu Ollivandera, gdzie razem z Hagridem była reszta ich rodziny. Lily i Hugo wydawali się zadowoleni ze swoich zakupów, zaś Jamesa ewidentnie bolał fakt, że był pod opieką wuja przez większość dnia.
– Jak wam poszło? – spytał Ron.
– Nieźle – odpowiedział Harry. – Och, i tak przy okazji, jesteś mi winien coś około dziesięciu miliardów galeonów.
Obaj szeroko się uśmiechnęli.
Na tę wzmiankę Rose wyciągnęła z torby swój nowy teleskop i zaczęła go pokazywać Lily i Hugonowi. Dopiero wtedy Albus zauważył, że Hagrid stoi w znacznej odległości – wszystko wskazywało na to, że na poważnie wziął do siebie rolę opiekuna i strażnika; chciał być tak profesjonalny, jak to tylko możliwe.
– Co wam tak długo zajęło? – spytała ciocia Hermiona.
– Miałem małe prawne kłopoty – odpowiedział zgodnie z prawdą tata.
– Jak to? – Policzki mamy pokryły się szkarłatem.
– Albus prawie wylądował w Azkabanie. – Uśmiechnął się ojciec i żartobliwie szturchnął syna w ramię.
– Co takiego?! – krzyknęła Ginny.
– Co? Jakim cudem? – James rozdziawił buzię.
Ślizgon chciał się obronić, ale matka nie dała mu dojść do słowa.
– O czym ty mówisz, Harry?
– Nic poważnego, Gin – zwrócił się do żony. – To nie była jego wina, a Fischer, Ron – dodał do szwagra.
Wujek przewrócił oczami.
– A ten ciołek był razem z nią? Jak mu tam było?
– Puckerd?
– Puker? – Ron uniósł brew.
– Puckerd – powtórzył tata.
– Sucker*, jakkolwiek się nazywał. Był z nią?
– Był – skrzywił się Harry, na co wujek uniósł z frustracji ręce.
Coś zaskoczyło w umyśle Albusa.
– Czekaj, to był ten koleś z notatnikiem?
– Zgadza się. – Ojciec skinął głową. – Wendell Puckerd.
– Kto to tak właściwie?
– Ten gościu nie jest nawet osobą, a bardziej dopełnieniem osoby – Puckerd jest nieodłącznym kretem Fischer.
Wszyscy się roześmiali, choć ciocia Hermiona rzuciła mężowi surowe spojrzenie, zanim znów się odezwał.
– Nie bierz tego na poważnie, to tylko żarty. W rzeczywistości Puckerd jest moim najmniej lubianym pracownikiem Ministerstwa Magii. – Wzruszył ramionami wujek.
– Wygrywa w przebiegach z tą staruszką z Departamentu Praw Centaurów? – zachichotał Harry.
– Hm, ona wcale nie jest taka zła, jeśli nie muszę jej wąchać…
Albus odsunął się od reszty rodziny, zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszał. Osoba posiadająca jakiś autorytet z przybocznym służącym momentalnie przypominała mu Waddleswortha i Młota. Nagle, z niepokojem się rozejrzał, sprawdzając, czy w pobliżu nie czają się jacyś renegaci.
– Wydaje mi się, że możemy już ruszać – powiedział tata.
– Kiedy ja wciąż nie kupiłam prezentu urodzinowego dla Lance'a! – zaprotestowała głośno Rose
Albus w ciszy obserwował pięciominutową debatę kuzynki z ciocią, by w końcu wyruszyć raz jeszcze do jednego sklepu. Kiedy ostatni zakup został zrobiony, pomachali na pożegnanie Hagridowi i wrócili bezpiecznie do rezydencji Potterów przy pomocy Insta–Fiuu.
– Przygotuję obiad – powiedziała natychmiast mama. – No już, idźcie wypakować swoje rzeczy!
Ciocia poszła sprawdzić pranie, zostawiając dzieci z resztą dorosłych. Wszyscy rozsiedli się w kuchni, gdzie James wziął na siebie rozdzielanie zakupów.
– STANDARDOWA KSIĘGA ZAKLĘĆ: STOPIEŃ TRZECI. Zgadza się, Albusie?
Ślizgon przewrócił oczami, a chichocząca Lily odebrała swój podręcznik. Po niej przyszła kolej na Hugo. W międzyczasie Rose przetrzepywała torby, wyłamując się z cierpliwie czekającej na swoją kolej grupki. Na jej nieszczęście, szukaną przez nią lekturę znalazł Jaimie.
– 101 ŁATWYCH SPOSÓB, BY UCZYNIĆ CZAROWNICĘ ATRAKCYJNIEJSZĄ.
Dziewczyna wyrwała kuzynowi swój zakup, po czym złapała go w niedźwiedzi uścisk. Szybko rozejrzała się wokół, czy nie usłyszał tego jakiś dorosły i popędziła na górę. Albus, w nagłym zrozumieniu, uświadomił sobie, dlaczego w sklepie położyła tyle książek na ladzie i czemu tak się uśmiechała pod nosem, kiedy myślała, że nikt nie widzi – chciała ukryć tę konkretną.
Wtem jego uwagę przykuła potajemna rozmowa taty i wujka. Zaciekawiony, podszedł do nich.
Obaj spojrzeli na niego pytająco, gdy usiadł naprzeciwko.
– Masz wszystko, co twoje? – spytał ojciec.
– Tak. O czym tak sobie gadacie?
– Jeśli mam być szczery to rozmawiamy o tym, w którym kolorze bluzki byłoby ci najlepiej. – Uśmiechnął się wujek Ron. – Twój tata obstawia zieloną, bo wiesz, podkreślałaby twoje oczy, ale coś mi mówi, że chyba najlepiej ci będzie w jasnoróżowym…
Albus zaśmiał się cicho, a potem wbił spojrzenie w Harry'ego, który z poważnym wyrazem twarzy splatał ze sobą dłonie.
– Omawialiśmy to, na co zwróciłeś uwagę, kiedy byliśmy na Pokątnej.
Uniósł wysoko brwi i, o dziwo, Ron zrobił dokładnie to samo.
– Tak?
Ojciec skinął głową, a wujek, zrozumiawszy, że ta rozmowa obejdzie się bez tajemnic i pokrętnych tłumaczeń, powtórzył jego ruch.
– Więc mówisz, że widziałeś skradającego się starego Waddleswortha? To całkiem możliwe, ale jak pewnie powiedział ci już tata, musimy sprawdzić, czy odwołał swoją mowę w Hogsmeade, itd.
– Ale wierzysz mi? – spytał niepewnie Albus.
– Oczywiście. Skoro mówisz, że tak było, to ci wierzę, choć przyznaję, że to dość niezwykłe. Nie jest przecież tak, że Warren unika lub nie lubi popularności i uwagi.
– No tak, ale pomyślałem sobie, że coś knuje… – Nastolatek poczuł, że powinien się z tego jakoś wybronić.
– Hej, wcale nie mówię, że tego nie robił. – Wujek uniósł wyżej dłonie w pojednawczym geście. – Twierdzę tylko, że jeżeli faktycznie go widziałeś, to stało się coś niezwykłego.
Albus skinął powoli głową i zauważył, że matka, smażąc ziemniaki, nadstawiła uszu. Kiedy tata także zorientował się w sytuacji, jedynie się uśmiechnął.
– Mama wolałaby, żebyś nie miał pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi – szepnął, pochylając ku niemu głowę.
– WPROWADZENIE DO MUGOLOZNAWSTWA – powiedział głośniej James. – To twoje, Albusie! Gdzie jest Albus? Albu…? Och, tu jesteś.
Hugo wybuchnął śmiechem, po czym odebrał swój podręcznik. Jaimie rzucił na ziemię pustą torbę i wziął do ręki kolejną, pełną czarodziejskich składników eliksirów.
– No dobra, do tego to się nie nadaję – ogłosił uroczyście. – To cała masa obrzydliwości…
– Z których i tak nie będzie pożytku – parsknął wujek Ron.
Albus rzucił mu zaciekawione spojrzenie.
– Dlaczego? Wiesz, kto będzie naszym nowym nauczycielem?
– Ano – odpowiedział zwięźle, na co tata zmarszczył brwi.
– Ty też wiesz… – Spojrzał na jednego, a potem na drugiego. – Kto?
– Wendell Puckerd – wyznał niechętnie ojciec.
Albus wpadł w popłoch.
– Co? Dlaczego?!
W tym właśnie momencie mama gwałtownie odsunęła patelnię. Po kuchni rozszedł się charakterystyczny metaliczny dźwięk.
– Och, na litość Merlina! Dlaczego od razu nie powiesz mu wszystkiego, Harry? I tak wiem, że koniec końców tak właśnie będzie.
James, Lily i Hugo momentalnie umilkli i stłoczyli się wokół nich. Ojciec uśmiechnął się słabo.
– Kto jest kim, tato? – zapytała Lily.
– Właśnie zdradzałem Albusowi tożsamość nowego nauczyciela eliksirów. Nikt szczególnie ważny. Współpracownik.
Cała trójka, jak na komendę, odwróciła się do nich plecami. Ewidentnie nie byli tym zainteresowani. Ślizgon miał jednak kilka pytań.
– Dlaczego w ogóle ten facet? Zna się choć trochę na warzeniu?
– Do pewnego stopnia zapewne tak – odpowiedział wujek. – Aplikował na to stanowisko na rozkaz Fischer. To nie będzie pierwszy raz, kiedy Ministerstwo miesza się w sprawy Hogwartu.
– Ministerstwo to my, Ron – syknął ojciec.
– Wiesz, co mam na myśli, Harry…
– Chwila, moment. Dlaczego są tak zainteresowani szkołą?
Mężczyźni wymienili tak znaczące spojrzenia, że Ślizgon poczuł się chory. Tym razem nie będzie trzymał swojego temperamentu w ryzach. Naoglądał się ich tyle przez te wszystkie lata, że miał już tego serdecznie dość…
– Nie ma sensu cię okłamywać, Albusie – stwierdził po dłuższej chwili milczenia tata. – Ministerstwo Magii chce mieć oko na Hogwart, to prawda, ale Janine Fischer wybrała swojego potulnego zwierzaka do tego zadania z osobistego powodu.
– Jakiego?
– Cóż… najprawdopodobniej będzie chciała wyciągnąć od ciebie jakieś informacje.
– Tak jak dzisiaj – stwierdził chłopiec, opierając się dłońmi o stół i pochylając się na krześle.
– Dokładnie.
– A to oznacza, że musisz robić wszystko, co w twojej mocy, by przeciwstawiać się temu kolesiowi – powiedział ochoczo wujek. – Gadaj głośno na zajęciach, prowokuj go na korytarzach i – skoro pewnie jesteś od niego lepszy w eliksirach – wlej mu czegoś do soku dyniowego…
– Nie podsuwaj mu pomysłów, Ron – uciął szwagrowi tata, a potem odwrócił się do syna. – Mówię teraz całkowicie na poważnie, Albusie. To bardzo ważne. Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły… nie otrzymałem informacji, których chciałem. Skutkowało to straszliwymi konsekwencjami, które zrodziły się z wielu nieporozumień i ogólnego zamieszania. To, o czym teraz rozmawiamy, mówię ci nie jako ojciec, próbujący chronić dziecko, a jako osoba, która cię ostrzega. Osobiście wolałbym, żeby to jeden z moich ludzi został przyjęty na stanowisko nauczyciela eliksirów, ale mój powrót do przychylności społecznej zabiera za dużo czasu, bym mógł się tym zająć. Janine Fischer wciąż jest u władzy w Ministerstwie Magii i obrała taki właśnie sposób. Puckerd będzie próbował coś z ciebie wyciągnąć, więc uważaj na to, co mówisz głośno – nawet najbliższym przyjaciołom, bo może spróbować wykorzystać także ich…
– A co niby takiego miałbym mu w ogóle powiedzieć? – spytał Albus. – Przecież nie robisz nic złego!
– Jan zrobi wszystko, by zdobyć jakieś obciążające mnie dowody. Od zawsze wierzyła, tak jak kilka lat temu paru jej podobnych, że jestem beznadziejnym Szefem Biura Aurorów i co więcej, ma wrażenie, że tylko reputacja przywróciła mnie do łaski zarówno opinii publicznej, jak i władzy. Gdyby dowiedziała się o mnie czegoś, co pozwoliłoby jej obrócić kota ogonem, natychmiast by to zrobiła.
– Gdyby do tego doszło, mielibyśmy przechlapane – kontynuował wujek. – Tak naprawdę to tylko twój tata wie, co w ogóle dzieje się z Darv... – przerwał wpół zdania, uświadamiając sobie, że najprawdopodobniej posunął się za daleko.
Albus zmrużył oczy.
– Och, no daj spokój. Obiecałeś, że potraktujesz mnie normalnie!
Ojciec westchnął i spojrzał na mamę, która była odwrócona do nich plecami i nuciła sobie cicho pod nosem. Najwyraźniej była zirytowana tym, co słyszy jej syn, ale nie zamierzała się wtrącać czy im przeszkadzać.
– Naprawdę chcesz wiedzieć, co się dzieje, Albusie?
– Tak – sapnął.
– Czy rozumiesz, że to, co ci powiem, sprawi, że będziesz wiedział dokładnie tyle, co Ministerstwo Magii? Że zadawanie dalszych pytań nigdzie cię nie zaprowadzi?
– Tak – powtórzył.
– I że nie wolno ci tego nikomu powtarzać?
– Tak!
– Dobrze – westchnął tata i zaryzykował spojrzenie na resztę dzieci, która przeniosła się do jadalni. James bawił się z młodszymi, nie pozwalając przepchnąć im się na schody – żeby iść na górę, musieli go pokonać. – No więc… – Chrząknął, żeby przeczyścić gardło, po czym zniżył głos. – Wydaje mi się, że Darvy chce zniszczyć świat.
Chłopiec zamrugał, a potem przez myśl mu przeszło, jak zabawnie brzmią te słowa. Mimo że ojciec zdradził mu ten sekret w tak nudny i bezbarwny sposób, wiedział, że nie należy lekceważyć tego stwierdzenia i że na pewno było w nim coś jeszcze.
– A przynajmniej, tak to wygląda na dzień dzisiejszy.
– I tyle? – Uniósł brwi. – To sam wywnioskowałem!
– Nie, Albusie. Pomyśl o tym – stwierdził poważnie wujek. – Jak myślisz, do czego dążył Voldemort? Czego się o nim dowiedziałeś? Czy chodziło mu o światową dominację? A może jest to motyw zarezerwowany dla złoczyńców z książek dla dzieci?
– On… kombinował coś z czystością krwi, prawda? Chciał pozbyć się wszystkich mugoli…
– Owszem, to była duża część planu. – Tata kiwnął głową. – A Ares? Ile razy zaatakował, zanim zginął? Ile miast czy wiosek niepotrzebnie zniszczył, zanim zginął?
– On… Cóż, pla… planował…
– Być może nigdy nie dowiemy się, do czego tak naprawdę dążył Ares, ale wiemy przynajmniej tyle, że pragnął pewnego rodzaju porządku – poniekąd pokręconego raju – ale wciąż był daleki od całkowitego zniszczenia świata.
– Darvy z drugiej strony… – Wujek podrapał się po policzku. – Hm, jakiego słowa by tu użyć? Mamy morderców, psychopatów, maniaków, no i Sebastiana Darvy'ego. Każdy kolejny raport, jaki otrzymujemy, potwierdza tylko i wyłącznie jedno: ten człowiek w ogóle nie ma sumienia i nie kieruje się żadnymi zasadami moralnymi. Sztuka, którą odgrywał przez dwa lata, może być nawet produktem innej osobowości…
Albus popatrzył najpierw na jednego czarodzieja, a potem na drugiego.
– Wiem. Darvy jest obłąkanym wariatem.
– Obłąkanym wariatem, który włada armią umarłych; mężczyzną o tak dużej mocy i praktycznie nieistniejącym sumieniu, który do niczego konkretnego nie dąży – kontynuował Harry. – Mamy teorię, że Darvy chce po prostu zaistnieć, na trwałe zapisać się w czarodziejskiej historii i ma zamiar to osiągnąć przy pomocy siluet**…
– Przepraszam, czego? – zapytał zdezorientowany Albus.
– Hm? A, racja. Wybacz. Siluety – tak Ministerstwo nazwało te szkieletowe potwory, które widziałeś w Hogsmeade.
– Skąd ta nazwa?
– Z racji tego, że najprawdopodobniej nie mają duszy; to puste skorupy. Mają samo ciało, bez wnętrza. Używamy tego terminu, żeby oddzielić te stwory od innych osobliwych rzeczy. Siluety nie są ani inferiusami, ani dementorami. I na nich wszystko się opiera. Ares chciał pokazać, że ma kontrolę nad tymi stworzeniami, a po dokładnym prześledzeniu planów Darvy'ego doszliśmy o wniosku, że dał potworom wolną rękę. Kręcący się wokół nich ludzie w maskach, których też już widziałeś, stali się służącymi, muszącymi wykonywać bardziej formalne lub intelektualne zadania.
– Takie są fakty, Albusie. – Wujek pokiwał smutno głową. – Tak naprawdę to nigdzie nie jest teraz bezpiecznie, ponieważ nie mamy żadnych informacji na temat kontroli, jaką Darvy ma nad siluetami, ani nie mamy danych o ich rzeczywistej sile. Mamy nawet pewne wątpliwości co do tak potężnych miejsc, jak Hogwart. Ciocia Fleur napisała nawet do Louisa w Beauxbatons – miał zostać przydzielony we wrześniu…
– Więc myślicie, że Darvy zamierza użyć tych… siluet, żeby zwyczajnie siać spustoszenie? – spytał Albus, koncentrując się bardziej na stworach, niż na zniszczeniu.
– Cóż, z pewnością jest to najszybsza droga ku rozgłosowi. – Wujek wzruszył ramionami. – Jeśli chcesz, by pisali o tobie w podręcznikach szkolnych, lepiej się upewnić, że jest tylko jedna rzecz, którą można drukować.
Wtem chłopiec przypomniał sobie, co kiedyś powiedział mu Darvy. W uszach rozbrzmiał mu maniakalny głos. Dowiedzą się, że Sebastian Darvy był o wiele większym człowiekiem, niż każdy tak zwany bohater, że był klasą samą w sobie***.
Do rzeczywistości sprowadziły go słowa ojca.
– Opierając się na tym, wierzymy, że głównym celem Darvy'ego jest wzmocnienie swojej armii i poszerzenie jej wpływów. Staramy się go powstrzymać przy pomocy każdej dostępnej metody. Najgorsze jest jednocześnie to, że musimy być niezwykle ostrożni. Zrewidowane Ministerstwo Janine Fischer koncentruje się szczególnie na przestępstwach i zbrodniach.
– A co z Kingsleyem? – Albus zmarszczył brwi. Wiedział, że tata darzy Ministra Magii wielkim szacunkiem i że był to czarodziej, który z pewnością podjąłby odpowiednią decyzję.
– Kingsley jest dobrym człowiekiem, ale człowiek władzy jest równie dobry, co jego współpracownicy. Z Waddlesworthem podjudzającym publikę, jedyne osoby, które wciąż respektują Ministerstwo, skłaniają się bardziej ku Janine Fischer niż ku Kingsleyowi; preferują bardziej bezpośrednią drogę działania. Smutna prawda jest taka, że tkwimy w martwym punkcie. Jeżeli spróbowalibyśmy zmierzyć się z armią Darvy'ego, przegralibyśmy.
Ślizgon przepuścił przez uszy ostatnie zdanie taty.
– W takim razie… dlaczego Darvy jeszcze nigdzie nie zaatakował?
– Atakował już nie raz, ale skupiał się na małych, niezwracających na siebie uwagi miejscach, gdzie swobodnie może przeprowadzać testy kontrolne. Pamiętaj, że Darvy naprawdę niewiele wie o Smoczej Różdżce, tak więc naszą największą bronią jest jego ignorancja.
– Ma też Księgę, prawda? – Nastolatek zamarł w bezruchu. – Mógłby…
– Właśnie dlatego byłam przeciwna tej rozmowie, Harry – syknęła niespodziewanie mama, wcinając się w dyskusję. Piorunowała ich wzrokiem, w dłoni trzymając szpatułkę. Sprawiała wrażenie niezwykle groźnej. – Spójrz na niego! Jest przerażony!
– Nieprawda! – Albus pokręcił szybko głową. – Widziałem te rzeczy…!
Ojciec uniósł dłoń.
– Gin – powiedział spokojnie. – Nie chciałem, żeby poczuł się zaniedbany, niedoinformowany lub wykluczony. Zadawał pytania, więc zrobię wszystko, co w mojej mocy, by dostarczyć mu zadowalających odpowiedzi.
Kobieta przez dłuższą chwilę mierzyła go wzrokiem, po czym westchnęła ciężko i wróciła do gotowania, mrucząc coś pod nosem.
– Darvy najprawdopodobniej nie jest wielkim fanem Księgi, bo wymaga ona kontaktu z czującym zmarłym, a nie z bezmyślnym trutniem – kontynuował ojciec, zupełnie niezrażony. – Uważamy, że ta mroczna armia zbudowana jest głównie na podstawie jakichś odnóg nekromancji, która jest magią odnoszącą się do umarłych, jeśli nie jesteś tego świadomy i wymaga też pewnego… złowrogiego kontaktu; pewnego… wartościowego przedmiotu…
– Jak Różdżka lub Księga?
– Mniej więcej – stwierdził wymijająco wujek. – Troszkę innego.
– Jakiego konkretnie? – Serce Albusa zabiło szybciej.
– OBIAD! – zagrzmiała mama. Odpowiedziało jej szuranie butów i szybkie zbieganie po schodach.
– Raczej takiego dużego. Jego nazwa i zastosowanie nie są istotne – powiedział tata.
– Obiecałeś, że potraktujesz mnie normalnie! – zaprotestował nastolatek. – Nie jestem już dzieckiem!
– Tego typu informacji nie udzielilibyśmy nawet dorosłemu – westchnął wujek.
– Moglibyście mnie chociaż zapewnić, że ma go Ministerstwo! – wypalił ślizgon.
Mężczyźni nawiązali kontakt wzrokowy, a potem spojrzeli na niego tępo.
– Więc… więc jednak ma go Darvy…? – spytał, czując się słabo. Wejście do kuchni reszty rodziny oznaczało zakończenie się tej rozmowy.
– W tym właśnie szkopuł, Albusie – skrzywił się Harry. – Nie wiemy, kto go ma.
* Nieprzetłumaczalna na język polski gra słów, mająca na celu wyśmianie omawianego bohatera. „Puker" to przeżytek słowa „emetic", oznaczającego „środek wywołujący wymioty". „Sucker" oznacza „przylepca", „pijawkę", „frajera" i „dupoliza"
** Siluety (z ang.: silhouette) – w tłumaczeniu dosłownym: sylwetka, zarys
*** Cytat z „Albusa Pottera i Nikczemnej Księgi" autorstwa Vekin87, tłumaczenia Italiany; rozdział osiemnasty pod tytułem „Pułapka"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz