Dni następujące po weselu Lisy Vincent okazały się najbardziej mglistymi w całym życiu Albusa. Najwcześniejsze zapamiętane wspomnienie tuż po przybyciu na miejsce Ministerstwa, stanowili amnezjatorzy — czarodzieje na miotłach w identycznych białych szatach, modyfikujący mugolom pamięć przy pomocy jakichś jaskrawych zaklęć, a potem opowiadający historię tego, co rzeczywiście się tutaj wydarzyło; najprawdopodobniej była to oficjalna, odgórna wersja wydarzeń, a zadaniem mugoli było przekazanie jej dalej. Po kilku godzinach ministerialnej pracy wszyscy plotkowali już o okropnym wypadku przy fajerwerkach, który miał miejsce w hotelu. Albus był zmuszony się z tym zgadzać i kiwać głową.
Drugim ważnym wspomnieniem była reakcja Mike'a na wieść, że rodzina jego nowo poślubionej żony jest magiczna. Rodzicom pana młodego także nie wymazano pamięci. Najpierw były szlochy, a potem mężczyzna wydmuchał nos w dwustopową wielobarwną tkaniną wyjętą z rękawa, co zapewne miało być kolejną weselną sztuczką. Gdy trochę się uspokoił, przyznał, że nie obchodzi go to, jaka jest rodzina Lisy, bo nawet po poznaniu prawdy, wciąż darzył ją uczuciem.
Wszystko wieńczył artykuł w gazetach.
WEASLEY I MINISTERSTWO MAGII ODPIERAJĄ ATAK DIABLEGO ALIANSU.
SREBRNY CZARODZIEJ WSPIERAŁ W WALCE!
Zdjęcie nad nagłówkiem przedstawiało uśmiechającego się dziko Ronalda Weasleya, trzymającego triumfalnie stopę na klatce piersiowej nieprzytomnej zakapturzonej figurze; wyglądał bardzo dystyngowanie. Albus był bardzo zadowolony z tego, że to akurat ministerialni sojusznicy Harry'ego Pottera zostali obdarowani pozytywną uwagą, choć to rozmowa ze Scorpiusem uświadomiła mu, dlaczego dokonania Srebrnego Czarodzieja zostały zbagatelizowane.
— Nie mogą sprawić, by wyglądał niczym bohater — stwierdził blondwłosy przyjaciel, wpatrując się w płonący w kominku ogień; siedzieli w pokoju wspólnym Slytherinu. — Gdyby ludzie dowiedzieli się, że odegrał pierwsze skrzypce i wszystkich uratował, podczas gdy Ministerstwo przybyło na miejsce praktycznie po jatce, renegaci wymknęliby się spod kontroli.
Był przeddzień końca przerwy zimowej. Dzień po weselu cała młodzież została wysłała przez Insta–Fiuu do Hogwartu, prosto do gabinetu pani dyrektor. Harry nie robił z powodu podjęcia takiej decyzji wielkiej tajemnicy.
— Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest to, by Fischer zobaczyła zdjęcia moich dzieci pośrodku stosów zakapturzonych ciał — powiedział stanowczo. — W następnej sekundzie zamknęłaby mnie za zaniedbania wychowawcze, niepotrzebne narażanie osób nieletnich i całą masę innych bzdur.
W ten właśnie sposób chłopcy spędzali ostatnie dni przerwy w cieplutkim Pokoju Wspólnym, chętnie dyskutując o ostatnich wydarzeniach. Co więcej, w końcu mogli się cieszyć niecodzienną wręcz prywatnością i nie krępować.
— To całkiem zabawne, prawda? — Uśmiechnął się lekko Morrison. — Mam na myśli to, że kimkolwiek ten Srebrny Czarodziej jest, sprawił, że Ministerstwo wypadło naprawdę okropnie. Oczywiście, przybyli na miejsce ataku, ale o godzinę za późno — było już po wszystkim!
Albus oblizał usta i skorzystał z tej okazji, żeby skomentować jedną z istotniejszych myśli, krążących mu po głowie.
— Mój tata wydostał nas stamtąd strasznie szybko, prawda? Świetnie rozeznał się w sytuacji, mimo że nie był na górze zbyt długo. Zastanawiam się, jak długo stał w jednym pomieszczeniu ze Srebrnym Czarodziejem…
Scorpius, niezmiernie zadowolony z siebie, spojrzał na niego, podczas gdy Morrison podrapał się po brodzie.
— Serio chcesz się w to wpakować, stary?
Morrison i Melonie oficjalnie umawiali się od tygodnia, co spowodowało pewne komplikacje w związku z tym, o czym mogli, a o czym nie rozmawiać w jej towarzystwie. Albus bardzo lubił tę dziewczynę — sprawiała, że Vincent był szczęśliwy, nigdy nie szukała z nikim zwad i nie miała żadnych zatargów oraz przeważnie potrafiła zatrzymać dla siebie co ważniejsze informacje. Niemniej jednak, z racji tego, iż także była ślizgonką, była całkowicie przyklejona do swojego chłopaka i chwile ich odosobnienia stanowiły rzadki ewenement (zazwyczaj, kiedy uczyła się w bibliotece), że należało sprytnie wykorzystywać je na obgadanie teorii spiskowych.
Albus wziął głęboki oddech.
— Zgadzam się ze Scorpiusem i Fischer — wyznał, z trudem znosząc kwaśny smak na języku. — Myślę, że mój tata jest Srebrnym Czarodziejem.
Morrison przewrócił oczami, ale to, co zrobił Malfoy, było o wiele bardziej bolesne.
— Obawiam się, że w tym momencie zgadzasz się już tylko z Fischer — powiedział. — Zmieniłem zdanie i cofam swoje podejrzenia względem twojego ojca.
— Co takiego? — Albus zrobił wielkie oczy, prawdziwie przerażony.
— To, co się stało po przerwie, trochę mnie oświeciło. Nie wydaje mi się, żeby to Harry Potter był Srebrnym Czarodziejem.
— No, w końcu. Dzięki wielkie! — wykrzyknął Morrison i klepnął Scorpiusa w ramię. Ten jednak nie odwzajemnił tego gestu.
— To rzeczywiście ciekawe, że twój tata w tajemniczy sposób zniknął akurat kilka minut przed tym, kiedy pojawił się Srebrny Czarodziej, ale myślę, że bitwa stanowiła większy znak zapytania, niż tożsamość walczącego.
— Wyjaśnij! — zażądał Albus.
— Hm? No przecież widziałeś, co robił Sekretny Obrońca, prawda?
— Czy próbujesz powiedzieć, że mój ojciec nie jest wystarczająco utalentowany?
— Spokojnie, nikt nie wątpi w umiejętności Harry'ego Pottera. — Scorpius uniósł uspokajająco dłoń. — Niemniej jednak Srebrny Czarodziej robił z różdżką rzeczy, o których wcześniej nawet mi się nie śniło. Poza tym nie chodzi tylko o biegłość w dziedzinie zaklęć, ale też o brutalność. Twój tata kieruje się pewnym systemem moralności — najprawdopodobniej najpierw ogłuszyłby przeciwnika, a potem unieszkodliwił. Prawie wszyscy, którzy walczyli ze Srebrnym Czarodziejem, krzyczeli z bólu lub krwawili; cierpieli.
— Najpewniej to część jego przykrywki. — Albus zlekceważył to spostrzeżenie.
— A czy twój tata nie powiedział ci wprost, że gdyby było tak, jak mówisz, to by przestał łapać złoczyńców? — Morrison odbił piłeczkę. — Tak mniej więcej z piętnaście minut przed pojawieniem się Diablego Aliansu? Hm, interesujące…
— Czy to nie dziwne, że w ogóle zaczął ten temat w dzień, kiedy naprawdę go spotkaliśmy…?
— …albo ją — chórem powiedzieli przyjaciele, a następnie zachichotali.
— No, zamknijcie się! Mowy nie ma, żeby to był zwyczajny zbieg okoliczności. To prawie tak, jakby mnie przygotowywał, bo wiedział, o czym myślę!
— Wiesz, co mi chodzi po głowie, stary? — zapytał Scorpius, a Albus się obruszył. — Wydaje mi się, że teraz, gdy zobaczyłeś Srebrnego Czarodzieja w akcji — że w jeden wieczór zadał Diablemu Aliansowi i Darvy'emu tyle poważnych szkód — bardzo chcesz, żeby okazał się nim twój tata.
Niestety, szkolne zajęcia wznowiono kolejnego dnia i nie było za wielu okazji do dłuższych dyskusji na temat tożsamości Srebrnej Legendy — co nie znaczy oczywiście, że w ogóle o nim nie wspominali. Z racji tego, iż szkoła wypełniła się chłonącymi informacje niczym gąbki uczniami, plotki rozprzestrzeniały się w zastraszającym wręcz tempie, finalnie stając się jedną wielką parodią tego, co naprawdę się wydarzyło. Skąd wzięły się te absurdy? Z początku Albus nie miał zielonego pojęcia, ale z czasem uświadomił sobie, że ich źródłem był nikt kto inny, jak Morrison.
— Przestraszeni? — Podczas śniadania Vincent siedział otoczony przez trzeciorocznych, którzy wpatrywali się w niego z błyszczącymi od zachwytu oczami. — Nie czujecie strachu, gdy waży się wasze życie. Nie ma czasu się bać, bo trzeba działać. W pewnym momencie skrzyżowałem spojrzenie ze Srebrnym Czarodziejem i, jakby na znak milczącego porozumienia, skinęliśmy sobie głową, po czym wycofaliśmy się na tyły i zaczęliśmy strzelać zaklęciami tak szybko, jak tylko mogliśmy…
— Schowałeś się pod stołem. — Siedząca obok Melonie, potrząsnęła głową. — Obserwowałam cię.
— Służył mi za tarczę, Mel!
Podczas gdy ślizgoni się zaśmiali i zaczęli wypytywać o więcej szczegółów z dnia ataku podwładnych Darvy'ego, Albus odwrócił się do Scorpiusa. Zdecydował się poruszyć temat, który chodził mu po głowie już od dłuższego czasu.
— Więc… ty i Rose…?
— Nie dostałem szansy — odpowiedział blondyn, pstrykając palcami. — Byłem tak blisko! Głupi Diabli Alians…
— Taa… Tak, do diabła z nimi…
Atak rzeczywiście był okropnym aktem, ale niósł za sobą choć jedną dobrą konsekwencję. Albus nie miał serca, żeby powiedzieć Scorpiusowi, że znudzony wyraz twarzy i brak entuzjazmu Rose były uzasadnionymi oznakami niemożliwego związku, ale jednocześnie nie chciał, by uświadomiła mu to kuzynka. Wiedział, że niezależnie od swoich wad i złych cech, nie byłaby szczególnie bezczelna i bezuczuciowa w odmowie, ale myśl, że mogłaby dać Scorpiusowi do zrozumienia, że dynda jej to zauroczenie, była o wiele gorsza. Niejednokrotnie przeszło mu także przez myśl, że najlepiej by było, gdyby Lance wcielił w życie swój niecny plan i wyjawił prawdę Rose — być może wybuch złości dziewczyny skutecznie wyleczyłby Malfoya z tej nieszczęśliwej miłości.
Miał niewiele czasu, żeby porządnie zastanowić się nad prawdziwą tożsamością Srebrnego Czarodzieja i sercowymi problemami przyjaciela, ponieważ nauczyciele nie hamowali swoich naukowych zapędów, nawet na początku drugiego semestru. Z zamiarem solidnego przygotowania się do wszystkich SUMów, Albus spotkał się z mnóstwem bezprecedensowych prac.
— Wiem, że trzy stopy pergaminu to dużo — powiedziała profesor Verage, podczas gdy klasa pełna uczniów patrzyła na nią z otwartą szeroko buzią. — Zadaję tak, bo jestem bardziej niż pewna, że w trakcie przekonacie się, iż jest naprawdę wiele książek traktujących o mugolskich rozrywkach — od niemagicznego radia, aż po sprzęty, na których coś oglądają; w trakcie przekonacie się, że moglibyście napisać nawet więcej!
Profesor Flitwick zaczął ich uczyć zaklęć, które powinni przerabiać dopiero w przyszłym roku. Kilka pierwszych zajęć na nauce uroku Aguamenti, które pozwalało czarodziejowi na strzelanie potężnymi strumieniami wody. Na transmutacji także nie było najprościej. Mimo tego, że nie byli gotowi, by wiedzę zastosować w praktyce, dużo pisali na temat transmutacji ludzkiej, która — jak Albus szybko się dowiedział — stanowiła jedną z najbardziej złożonych dziedzin magii.
Eliksiry to zupełnie inna bajka. Jeżeli Fischer streściła Puckerdowi ostatnią akcję Srebrnego Czarodzieja, zabroniła mu wypowiadać się na ten temat publicznie. W rzeczy samej, wziął sobie trochę na wstrzymanie z pozanauczycielską działalnością i skoncentrował się bardziej na dydaktyce, co Albus zaklasyfikował jako przysłowiową ciszę przed burzą. Brak losowych przesłuchań i sporadycznych spotkań oznaczał tylko i wyłącznie jedno — czarodziej zaplanował coś o wiele gorszego, diabolicznego.
— Albo zwyczajnie się poddali — zasugerował Morrison, omiatając wzrokiem najnowszy esej z eliksirów; dostał Zadowalający. — Mam na myśli to, że niczego od nas nie wyciągnęli, kiedy Fischer wizytowała Hogwart i wszystko wskazuje na to, że nie przybliżyli się nawet o cal do schwytania Srebrnego Czarodzieja, więc może po prostu pozwalają, by sprawy toczyły się swoim własnym rytmem?
Albus potrząsnął głową, w międzyczasie chowając do torby wypracowanie z dużym O na samej górze.
— Nie było cię w biurze McGonagall tamtego dnia. Byli gotowi naopowiadać mi kłamstw, byle tylko dorwać tego gościa. A w ogóle to dość interesujący punkt widzenia… — Zmarszczył brwi, dumając nad tą kwestią. — W sensie, że chcą go złapać. Zastanawiam się, czy mój tata i wujek mieli jakieś kłopoty, że pozwolili mu się aportować z miejsca ataku.
— Szczerze w to wątpię. — Scorpius w końcu zrównał z nimi krok. Przed momentem skonfiskował czwartorocznemu gryfonowi coś, co wyglądało, jak przedmiot ze sklepu wujka George'a przypominało jojo, wydzielające gaz o podobnym do zaklęcia rozweselającego działaniu. — Nieważne, jak bardzo chcieli przyskrzynić największego renegata w historii, nie mogli tego zrobić tuż po tym, jak został bohaterem. Najprawdopodobniej Ministerstwo wróciło do obserwacji.
Musieli przerwać tę rozmowę, gdyż właśnie podszedł do nich Garth Moone. Najpierw ze zniecierpliwieniem spojrzał na obrońcę, a potem na kapitana.
— Hej, Al! — Z podniecenia błyszczały mu oczy.
— Cześć…
— Trening w sobotę? — zapytał maluch, zanim został zapytany, czy fajnie spędził przerwę świąteczną.
Albus zmarszczył brwi.
— Obawiam się, że nie tym razem. Bardziej w niedzielę.
Garth zwiesił głowę i odszedł, wyglądając na zbitego z tropu.
— Dlaczego tak? — zainteresował się Scorpius.
— Umówiłem się z Mirrą na randkę. — Uśmiechnął się Albus.
Koniec końców spotkanie z dziewczyną stało się najmniej ważne. Chociaż chciał pokazać jej gwarant prywatności w postaci Pokoju Życzeń, myślami wciąż wracał do Srebrnego Czarodzieja. Przebłyski wspomnień pojawiały się w jego głowie w najdziwniejszych i zaskakujących momentach, a za każdym razem towarzyszyło im fabularyzowane, wyobrażone zakończenie, kiedy to tata ściąga maskę i przykłada palec do ust. Mimo że był całkiem pewien, iż podejrzenia względem tożsamości uczniowskiego bożyszcza były trafne, uświadomił sobie, że powinien być bardziej dyskretny; powinien zwrócić większą uwagą na to, w jakich momentach pozwala swoim myślom błądzić.
— Czy jest pan maksymalnie skoncentrowany na zajęciach, panie Potter?
— Hm? Tak — odpowiedział szybko, rzucając Puckerdowi paskudne spojrzenie.
Mistrz eliksirów, zachowując się tak, jakby go nie zauważył, uśmiechnął się z zadowoleniem i kontynuował przerwany wątek.
— Cóż, mam nadzieję, bo temat dotyczy także i ciebie. Z racji tego, że coraz to szybciej zbliżamy się do końcoworocznych egzaminów — jestem pewien, że wszyscy doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo są one istotne — zdecydowałem, że indywidualna pomoc każdemu z was, będzie korzystna. Nawet ci, którzy dobrze sobie radzą, mogą skorzystać dzięki dodatkowemu przygotowaniu — stwierdził, patrząc wprost na Albusa. — Co więcej, wyborem tymczasowego protegowanego będzie kierować losowość. Szczęśliwiec dowie się o tym w ciągu następnych kilku tygodni. — Uśmiechnął się. — Podczas sesji będziecie mogli poprosić o pomoc w jakimkolwiek zadaniu, otrzymacie wskazówki i podpowiedzi do egzaminu, zarówno części teoretycznej, jak i praktycznej. Oczywiście, będziecie także mieli swobodę komentarzy — nie będzie przymusu rozmawiania tylko i wyłącznie o teście. Zdrowie i szczęście są szczególnie ważne. Jeżeli czujecie się zestresowani lub coś w tym rodzaju, również chętnie pomogę. Rozważcie to w podziękowaniu za całoroczny wysiłek włożony w tegoroczną naukę!
Wśród uczniów rozległo się szemranie, ale finalnie okazało się, że pomysł przypadł do gustu. Albus wzdrygnął się, gdyż potwierdziło to tylko jego przypuszczenia. Definicja korepetycji zawierała w sobie czas wolny studenta oraz naukę pozalekcyjną. Losowy wybór z kolei sprawiał wrażenie mało sprzyjającego dla tych, którzy mieli słabe oceny, a jednocześnie stanowił wspaniałą wymówkę do prowadzenia dalszych przesłuchań.
— Też nie lubię Puckerda, ale nie spekulowałbym w ten sposób — powiedział Scorpius, gdy opuszczali pracownię eliksirów. — Jestem pewien, że skończyli swój wywiad w Hogwarcie. Istnieje szansa, że tym razem facet naprawdę chce nam pomóc.
— Nie możesz być poważny — zaprotestował surowo Albus.
— Zgadzam się ze Scorpiusem. — Morrison przeciągnął się i ziewnął. Tak szeroko rozłożył ręce, że niewiele brakowało, żeby uderzył przechodzącego obok siódmorocznego krukona prosto w twarz. — Ministerstwo nigdy nie dojdzie do tego, kim w rzeczywistości jest Srebrny Czarodziej, jak będzie przepytywało ciągle te same osoby. Wydaje mi się, że Puckerd uświadomił sobie, że zaniedbał rolę nauczyciela i chce to teraz nadrobić.
Potterowi opadła szczęka, a gdy się pozbierał, zrezygnował z pomysłu dodania czegoś uszczypliwego od siebie.
— To wszystko nie zmienia faktu, że to nadal dziwne — planowanie teraz tych korepetycji. — Scorpius zmarszczył lekko brwi. — Przecież i tak za kilka miesięcy każdy z nas będzie rozmawiał z nim sam na sam.
— Że co takiego? — zapytał, kiedy weszli do pokoju wspólnego. Najwyraźniej plany odrobienia trochę pracy domowej z mugoloznawstwa przed kolacją właśnie szlag trafił. — Dlaczego?
— Doradztwo zawodowe — odpowiedział chłodno blondyn, wzruszając przy tym ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Przed SUMami uczniowie spotykają się z opiekunami domów, żeby omówić opcje przyszłej kariery. Opiekun pomoże nam zrozumieć, które SUMy możemy całkowicie pominąć.
Albus jęknął — kolejna rzecz, do której się nie garnął. Wyobraźnia podsunęła mu prawdopodobny scenariusz takiego spotkania: z założonymi rękami siedział w gabinecie Puckerda, podczas gdy mężczyzna wypisywał na kartce wszystkie możliwe ścieżki kariery, których ślizgon nigdy się nie podejmie.
Do rzeczywistości sprowadziło go dopiero pytanie Morrisona.
— Macie w ogóle jakieś pomysły co chcielibyście robić po skończeniu szkoły?
— Coś w Ministerstwie — odpowiedział natychmiast Scorpius. — Czołowa pozycja i dobre pieniądze to ogólne fundamenty dostatniego życia.
— No tak, ale gdzie konkretnie? — wtrąciła Melonie, dołączając do rozmowy. Zbliżyła się do Morrisona i pocałowała go — zdecydowanie był to widok, do którego Albus nie był jeszcze przyzwyczajony. Potem odwróciła się do Malfoya. — Ministerstwo składa się z wielu departamentów.
Ten wzruszył ramionami.
— Nie ma to dla mnie większego znaczenia, o ile to nie jest coś tak głupiego, jak Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli.
— W sumie to chętnie popracowałbym z mugolami — zakomunikował nagle Morrison.
Wszyscy rzucili mu zdziwione spojrzenie.
— To dlaczego nie poszedłeś na mugoloznawstwo? — Albus był oszołomiony.
— Bo jest zbyt nudne — odpowiedział bez ogródek przyjaciel. — Tak z perspektywy czasu i szczerze mówiąc, byłoby to o wiele lepsze niż wróżbiarstwo. Ale ogółem to tak, mugole wcale nie są tacy źli. Wychowałem się z nimi. Co z tobą, Mel?
— Naprawdę nie wiem. — W zamyśleniu postukała się palcem w policzek. — Mam nadzieję, że coś mi wpadnie do głowy po rozmowie z profesorem Puckerdem. Na ten moment nie miałabym nic przeciwko uzdrowicielstwu.
— A co z tobą, Al? — Scorpius wbił w niego szczególnie zainteresowane spojrzenie.
Albus poczerwieniał. Podczas rozmowy próbował wymyślić coś naprędce, ale zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy. Na początku chciał powiedzieć, że zastanawia się nad pójściem w ślady ojca i zostaniem aurorem, ale gdy poświęcił tej myśli chwilę czasu, doszedł do wniosku, że to bardzo niebezpieczna praca, która wymaga posiadania umiejętności, których mu brakowało. Co więcej, dotychczasowe doświadczenia nadszarpnęły trochę jego kręgosłup moralny, co sprawę znacząco komplikowało. Po tacie pomyślał o Srebrnym Czarodzieju i życiu, jakie prowadzi — Albusowi brakowało do tego talentu, a i najprawdopodobniej nie było to zajęcie zarobkowe.
— Możliwe, że będę mistrzem eliksirów — powiedział nerwowo pierwsze, z czym czuł się w miarę swobodnie. Wszyscy spojrzeli na niego, a z ich twarzy dało się wyczytać, iż popierają tę ideę. — Mam na myśli to, że… jestem w tym dobry. No i tak często w Hogwarcie zmieniają się nauczyciele eliksirów, że raczej nie miałbym większych problemów z aplikacją na to stanowisko.
— Bez żadnej spiny — stwierdził uspokajająco Morrison. — Hej, w takim razie przepuścisz wszystkie nasze dzieci!
Grupka roześmiała się, a niedługo potem rzeczywiście zabrali się za odrabianie pracy domowej, choć nie z mugoloznawstwa a z historii magii. Albus przeskakiwał z jednego podpunktu do drugiego, zbyt rozkojarzony, żeby docierał do niego sens tego, czym się zajmował.
Czy miałby coś przeciwko takiej karierze? Czy miałby coś przeciwko piastowaniu tego samego stanowiska co Wendell Puckerd lub, co gorsze, Sebastian Darvy?
Skończył, pisząc naprawdę niewiele. Zanim udał się do Wielkiej Sali na kolację, wyczerpał temat wymarzonego zawodu. Tak przewałkował wszystko od dechy do dechy, że zmęczył się i uznał, że potrzebuje snu. Na sobotę zaplanował sobie randkę z dziewczyną, a na niedzielę wyczerpujący trening quidditcha. W międzyczasie musiał odrobić zadania domowe i nie pozwolić sobie na większy wysiłek.
Usiadł przy stole Slytherinu, gdzie zaczął pożerać mięso i ziemniaki w tempie podobnym do Morrisona.
Dwie minuty później wśród uczniów zapanowało poruszenie. Przez jedną straszliwą chwilę Albus pomyślał, że zainteresowanie dotyczy części stolika, przy której pochłaniał jedzenie, ale potem uzmysłowił sobie, że jednak niekoniecznie — w całej Wielkiej Sali zapadła cisza.
Wstrzymał oddech, gdy poczuł, że włoski na karku stają mu dęba. Czyżby Fischer wróciła…?
— Dlaczego akurat teraz? — zapytał ktoś.
— Stawiam galeona, że to do któregoś z profesorów… — wymamrotał cicho inny uczeń.
Potter także, wiedziony ciekawością, spojrzał w górę, a to, co zobaczył, podnieciło go, a nie wystraszyło. Wysoko w powietrzu krążyła pojedyncza sowa.
Morrison trącił go pod stołem stopą i rzucił wszechwiedzące spojrzenie, zaś Scorpius uniósł brew. Z jednej strony Albus miał już wystarczająco dużo zalegającej roboty, ale z drugiej był niewiarygodnie ciekawy zawartych w kolejnym liście informacji. Czy na pergaminie znowu będą napisane tylko trzy słowa? Czy charakter pisma znów będzie się zgadzał?
Przez jedną rozczarowującą chwilę wydawało się, że koperta nie była zaadresowana do niego. Płomykówka trzepotała skrzydłami, sprawiając wrażenie zagubionej, przez co można było dojść do wniosku, że bada wszystkich uczniów w Sali — najprawdopodobniej znów nie zaadresowano prawidłowo listu. Nie minęła dłuższa chwila, gdy sowa zawęziła miejsce poszukiwań i zaczęła krążyć tylko nad stołem Slytherinu. Finalnie koperta została zrzucona prosto na talerz Albusa. Ślizgoni wbili w niego zaintrygowane spojrzenia, podczas gdy inni wrócili do swoich posiłków — sensacja niecodziennym przybyciem poczty minęła.
Nastolatek schował list do szat i rozejrzał się wokół, szczególną uwagę zwracając na stół na wysokim podniesieniu. Nauczyciele, prócz jednego, wrócili do przerwanych na moment rozmów. Puckerd przyglądał się Albusowi ze zmrużonymi podejrzliwie oczami. Kiedy w końcu przestał, chłopiec wyjął pocztę i pospiesznie rozerwał kopertę.
— Nie zamierzasz czekać, aż…? — zaczął Scorpius, lecz było już za późno.
Na kopercie nie było absolutnie żadnej informacji, tak więc to, że sowa rozpoznała odbiorcę, było wręcz niesamowite. To istny cud, że Albus otrzymał ten list. Był zdziwiony, bo nie mógł mieć pewności, że to akurat jemu rzeczywiście był przeznaczony — doszedł do takiego wniosku, wzorując się na poprzednich wiadomościach.
Z zapartym tchem rozwinął pergamin i zagłębił się w lekturze.
Zasłona wypróbowana. Przepraszam. Przepraszam.
List był krótki. Albus wpatrywał się w niego, zaskoczony zarówno zwięzłością, jak i formatem. Nadawca nie zostawił wolnego miejsca na podstawowe dane, ale za to gramatyka… plasowała się na zadowalającym poziomie. Pismo wciąż wydawało się trochę dziecinne, ale tym razem chłopiec był przekonany, że tak je zaklasyfikował, ponieważ miał z nim styczność już wcześniej. Linijka zapisana na pergaminie z całą pewnością różniła się od poprzednich — było jasne, że albo wyszła spod ręki kogoś innego, albo nadawca w tak krótkim czasie tak szybko się poprawił w każdym aspekcie pisma.
— Zasłona? — zapytał Morrison. — Co to takiego?
— Ciszej — zganił go Albus, nagle spięty. Nic nie miało sensu; tak właściwie, to od samego początku każda notka była go pozbawiona. Co więcej, była też nieprzewidywalna. Czy list w ogóle był przeznaczony dla niego? Jeżeli tak, to czy powinien wiedzieć o tej całej „zasłonie"?
— Co jest napisane? — Siedząca po drugiej stronie stołu i dwa miejsca dalej, Melonie pochyliła się do przodu.
— Nic szczególnego. — Złożył pergamin, odłożył go na stół i bez większego przekonania wrócił do jedzenia.
Pół godziny później krążył po swoim dormitorium.
— Za bardzo się na tym wszystkim skupiasz. — Morrison uniósł głowę i potrząsnął nią. Leżał wyciągnięty na łóżku. — Mam na myśli to, że tym razem nie ma nawet twojego marnego opisu na wierzchu koperty!
Przed natychmiastowym obaleniem tego argumentu Albusa powstrzymał Bartleby Bing, wchodząc do pokoju, żeby wyjąć z torby książkę. Kiedy wyszedł, chłopiec wyrzucił w powietrze ręce, sfrustrowany.
— Wszystko inne się zgadza! Najzwyklejsza sowa! Brak podpisu! Nawet charakter pisma jest podobny, jak nie identyczny.
— Cóż, mamy dwie sprawy do rozwiązania — zakomunikował wszem wobec Scorpius, nie odrywając wzroku od swojego podręcznika, zatytułowanego PORADNIK PREFEKTA HOGWARTU. — Tożsamość nadawcy i to, co chce przekazać.
— Teorie spiskowe! — Morrison wystrzelił do siadu. — Dobra, jestem już gotowy. Może… ten, kto je wysyła, jest… szalony?
Albus rzucił mu tępe spojrzenie, zaś Scorpius zamrugał i opuścił książkę w dół.
— Mówię całkowicie poważnie! — zaperzył się Vincent. — Chodzi mi o to, że cokolwiek by nie pisał, to nie ma najmniejszego sensu! Pismo raz jest takie, a raz takie! Nadawca nawet nie wie, jak nazywa się odbiorca listów!
— W tym momencie jedynym szaleńcem jesteś ty — stwierdził blondyn.
— Przygadał kocioł garnkowi. — Morrison uniósł wyzywająco brew. — To ty na okrągło chodzisz i zaczytujesz się w poradniku, który dostałeś kilka miesięcy temu!
— Pozwól, że to wyjaśnię. — Scorpius z trzaskiem zamknął lekturę. — Tak dla twojej informacji, mam naprawdę dobry powód, żeby się dokształcać. Chciałbym się dowiedzieć, czy istnieją przepisowe luki, dzięki którym mógłbym jakoś wlepić Lance'owi szlaban, ot tak za nic…
— Ach. — Uśmiechnął się Morrison.
— Ale tak czy inaczej. — Malfoy chrząknął, żeby przeczyścić gardło. — Zgadzam się z Albusem, że te listy są niezwykle osobliwe. Na całe szczęście, wydaje mi się jednak, że otrzymaliśmy pierwszą wskazówkę.
— Rozpoznałeś charakter pisma? — zapytał Albus, nagle pozbawiony tchu.
Do dormitorium wszedł Dante Haug.
— Hej, widzieliście może…?
— Wypad stąd! — warknął do niego Scorpius. — Jesteśmy zajęci.
— To także moje dormitorium — odpowiedział chłopak z wysoko uniesionymi brwiami. Niemniej jednak, z tym pouczeniem opuścił sypialnię.
— No? — zapytał Albus w chwili, gdy za Haugiem zamknęły się drzwi.
— Nie. Nie jest ani trochę znajome — stwierdził beznamiętnie Malfoy. — Ten list dał nam czegoś do szukania.
— Tak? — Morrison ułożył się wygodniej na łóżku.
— Pokaż pocztę. — Scorpius odłożył książkę na bok i usiadł prosto.
Albus natychmiast wyciągnął z kieszeni pomięty kawałek pergaminu i podał go przyjacielowi. W następnej sekundzie cała trójka stłoczyła się wokół. Potter jeszcze raz omiótł linijkę wzrokiem, próbując wyczaić, o co może chodzić, ale nie dopatrzył się niczego szczególnego.
Zasłona wypróbowana. Przepraszam. Przepraszam.
— Zasłona — powiedział Scorpius. — O, tutaj.
Albus zmarszczył brwi.
— To akurat zauważyłem, stary.
— Nadawca napisał to słowo z dużej litery — kontynuował wyjaśnienia blondyn. — To bardzo ważne.
— Nieprawda. — Morrison zarechotał. — W poprzednich listach było tak samo.
— Tym razem dużą literą nie kierował przypadek! — Scorpius potrząsnął głową, zirytowany. — Skupcie się, półgłówki! Ten list, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, jest napisany o wiele lepiej niż poprzednie. Biorąc pod uwagę gramatykę, wszystko jest w porządku. Wielkie litery używane są w odniesieniu do nazw własnych. To nie jest zwykła zasłona, którą ktoś powiesił sobie w domu. Ta jest specjalna.
Było w tym wystarczająco dużo racji, żeby Albus na poważnie to rozważył. Przez kilka następnych dni tym się właśnie zajmował.
Zasłona. Wiedział, czym jest zasłona — a przynajmniej tak mu się wydawało: kawałkiem materiału, którego zadaniem było coś zakryć bądź przykryć. Stwierdzenie Scorpiusa, że chodzi o coś wyjątkowego, dało mu do zrozumienia, że w grę wchodzi jakiś magiczny artefakt. Cokolwiek spróbował dopasować do tego opisu, rozważania kończył z niczym.
Szukał informacji w bibliotece, ale nie znalazł nic — z drugiej strony, czego się spodziewał? Rzadko korzystał z książkowej hogwardzkiej wiedzy. Zaskoczyło go jednak to, że Pokój Życzeń nie dostarczył mu żadnych odpowiedzi. Całą środową noc spędził na kartkowaniu ksiąg, ale nie dokopał się do niczego ważnego, czy choć nawet podobnego do tego, co zostało wspomniane w liście.
I znowu — nie miał czasu głębsze przemyślenia. Nauczyciele znów zaczęli wymagać dwa razy więcej niż normalnie, zajęcia stały się trudniejsze, a omawiane tematy bardziej skomplikowane.
Neville kazał uczniom karmić okropne rośliny zwane kaktuchwastami[1] — magiczne zielsko, z wyglądu przypominające kaktusy, które były w stanie strzelać kolczastymi, długimi na dwadzieścia stóp cierniami, a to był zaledwie początek ich umiejętności. Niedługo potem musieli pomagać tym zielonym roślinnym potworom się rozmnażać, a cały ten proces był tak niebezpieczny i przede wszystkim obrzydliwy do tego stopnia, że Albus prawie zemdlał, gdy profesor wyjaśniał ogólne zasady.
Hagrid zakończył temat testrali i przeszedł do gryfów, które finalnie okazały się chyba najniebezpieczniejszymi kreaturami, z jakimi do tej pory uczniowie mieli do czynienia. Cała klasa została zmuszona do sterczenia w odległości około pięćdziesięciu stóp od wybiegu, na którym stały i rysowania ich z największą możliwą (czyli w sumie kiepską) dokładnością.
Obrona przed czarną magią z kolei wcale nie koncentrowała się na magii niewerbalnej, jak to było obiecywane jeszcze przed przerwą świąteczną. Zamiast tego zaczęli przerabiać mroczne stworzenia.
— Wiem! Rozumiem, że wszyscy jesteście bardziej niż chętni nauczyć się przeklinać innych bez poruszania przy tym ustami, ale niektórzy ludzie — tacy jak ja, Hogwart czy Ministerstwo Magii — zdają się myśleć, że zaznajomienie was z niebezpiecznymi stworzeniami jest dobrym pomysłem — powiedział profesor Handit, a klasa głośno jęknęła. — Więc? Kto mi powie, co to za brzydkie stworzenie? — Wycelował różdżką w nowo zawieszony na ścianie obraz.
Albus wiedział, że ten na wpół rozkładający się człowiek z mętnymi, niewidzącymi oczami to inferius. Temat okazał się tak wciągający, że po chwili zdezorientowania wszyscy podjęli się dyskusji. Niedługo potem nauczyciel zapowiedział, że wkrótce będą się uczyć na temat dementorów — kreatur tak niebezpiecznych, że przewyższał je tylko sam mrok.
— Jak uważasz, dlaczego studiujemy akurat to, a nie magię niewerbalną? — mruknął cicho Morrison, podczas gdy profesor Handit imitował, w jaki sposób inferius wyciąga do swojej ofiary rękę.
— Odpowiem ci jednym słowem — stwierdził równie cicho. — Siluety.
Weekend Albus przywitał z przeogromną ulgą. Z uśmiechem na twarzy przypomniał sobie, że sobotnia noc miała być romantyczna, a nie informacyjna — tajemniczy list mógł poczekać.
Z Mirrą umówił się, żeby czekała na niego na piątym piętrze przy posągu uczonego z monoklem[2] o równo godzinie dziesiątej — była to idealna pora, by niepostrzeżenie dostać się tam przy małej pomocy peleryny i Mapy.
Albus wypatrzył ją z daleka. Czekała cierpliwie, wciąż ubrana w szkolne szaty, z błyszczącą przypiętą do piersi. Podkradł się cichaczem.
Podskoczyła tak wysoko, że od sufitu dzieliła ją naprawdę niewielka odległość. W momencie się odwróciła i bojowniczo wyciągnęła różdżkę.
— Hej, to tylko ja. — Uśmiechnął się zawadiacko, ściągając z siebie pelerynę.
— Nigdy więcej tak nie rób! — Mirra złapała się za zapewne szybko bijące serce, a potem pacnęła ślizgona w ramię. — Czy ta peleryna jest naprawdę aż taka potrzebna?
— No, dla mnie owszem — odpowiedział szczerze. — Nie powinno mnie tu być o tej porze, pamiętasz?
— Właśnie. — Zmrużyła słodko oczy. — Powinnam wlepić ci szlaban…
— Możesz też zwyczajnie pójść ze mną — stwierdził, nie odrywając od Mapy wzroku. — Hej, Prefekt chłopców patroluje piętro niżej…
Dziwnie było szwendać się nocą po zamku razem z Mirrą, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że tylko on będzie miał problemy, kiedy zostanie przyłapany. Chęć niedopuszczenia do tego zmusiła ich do podróży w kompletnej ciszy, choć Albus był przekonany, że była bardzo ciekawa, dokąd tak naprawdę zmierzają. Gdy dotarli na siódme piętro, nieskrępowana, rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
— Hm, całkiem imponujący kawałek ściany — wyszeptała, wpatrując się w bezpośrednio miejsce, gdzie ukryte było najbardziej niesamowite pomieszczenie w szkole.
Skup się i patrz uważnie — powiedział, puszczając jej dłoń. Schował Mapę do kieszeni i zamknął oczy, po czym ruszył pod pustą ścianę i skoncentrował się na tym, czego potrzebował. Szedł tam i z powrotem…
— Albusie! — sapnęła cicho Mirra, kompletnie osłupiała. W ścianie pojawiły się drzwi.
— Zaskoczona? — Uśmiechnął się szeroko.
— Jak ty to…? Że niby jak…?
— Och, wciąż nie widziałaś wnętrza. — Uniósł brew i pchnął wrota.
Wyraz całkowitego zdumienia na twarzy dziewczyny przerodził się w zachwyt — była pod wrażeniem tego, co Pokój jej sprezentował, korzystając z wyobraźni Albusa.
Pomieszczenie wyglądało na odrobinę mniejsze niż zazwyczaj, ale za to było w nim więcej dekoracji. Podłoga była wyłożona szmaragdowym dywanem, a pod ścianami znajdowały się półki na książki i regały, przez co pokój sprawiał wrażenie poniekąd czyjegoś gabinetu. Meble wyglądały na wygodne, a na prawie że każdym z nich postawiona była zapalona świeca. W rogu był starannie wykonany kominek, który przypominał ten z pokojów wspólnych. Najbardziej imponująca jednak rzecz, umieszczona była na najdalszej ścianie — przezroczysta tafla prezentująca okoliczne zamkowe tereny i czarne jezioro, na wzór wielkiej szklanej szyby z wesela Lisy Vincent.
— Och, Albusie! — W głosie Mirry dało się uchwycić całą gamę emocji. Brzmiała, jakby nigdy wcześniej nie była aż tak zaskoczona. — Co to za miejsce?
— Podoba ci się? — zapytał, niedbale rzucając pelerynę niewidkę na oparcie jednego z foteli.
— Jest przepięknie! Wspaniale! — odpowiedziała i wbiła w niego intensywne spojrzenie. — Ale nic z tego nie rozumiem. Jakim cudem…?
— To Pokój Życzeń — wyjaśnił Albus. — W zasadzie to zawsze tworzy wszystko to, czego potrzebujesz. Wiedziałem o jego istnieniu jeszcze przed początkiem pierwszego roku — tata mi powiedział.
— Ile osób jest też go świadomych? — spytała, brzmiąc nerwowo.
— Wydaje mi się, że naprawdę niewiele. — Wzruszył ramionami. — Morrison i Scorpius, to na pewno. No i moi rodzice z najprawdopodobniej grupką swoich znajomych z Hogwartu.
— To niesamowite! — zachwycała się, spacerując po pomieszczeniu i rozglądając się wokoło. — Mam wrażenie, że nie jestem ubrana odpowiednio do okazji — zachichotała.
— Nic z tych rzeczy. Wyglądasz świetnie — powiedział i poprowadził dziewczynę do dużego taflowego okna. Byłoby miło, gdybyśmy mieli jakąś matę, pomyślał i wtem tuż przed przeźroczystą ścianą znalazła się duża, wygodnie wyglądająca, srebrna mata, idealna do podziwiania widoków.
Usiedli. Albus wyszczerzył się, zadowolony, że niespodzianka tak się udała i może teraz spędzić naprawdę cudnie czas ze swoją dziewczyną. Pomyślał o dwóch szklankach soku dyniowego i przed nimi pojawiły się dwa fantazyjne kielichy. Co dziwne, nie było w nich żadnego napoju.
Sok dyniowy, sok dyniowy, skupił się szybko, intensywnie wpatrując się w szkło — nic się nie stało.
— Coś nie tak? — zapytała Mirra, opierając głowę na jego ramieniu. — Wyglądasz na rozgniewanego…
— Nie! — odpowiedział natychmiast. — Po prostu… Powinno tu być… Nie mogę sprawić nam czegoś do picia — wydukał nerwowo, zmieszany. Ależ dziwacznie. Pokój Życzeń nigdy wcześniej nie odmówił konkretnej, spersonalizowanej prośbie, choć z drugiej strony Albus jeszcze nigdy nie prosił o napój bądź pożywienie i nie testował go pod tym względem.
— To pewnie Gamp.
— Co to gamp? — zapytał, szczerze zdziwiony.
Mirra zaśmiała się głośno.
— Osoba. — Uśmiechnęła się. — Prawo elementarnej transmutacji Gampa. Istnieje pięć wyjątków od tego, co można stworzyć, a jedzenie i picie jest pierwszym z nich. — Wzruszyła ramionami. — Nic nie szkodzi. Aguamenti! — Wycelowała różdżką w kielichy i te zaraz napełniły się wodą. — Niedużo, ale zawsze to coś do zwilżenia ust…
— Dzięki. — Uśmiechnął się Albus i wziął szkło do ręki. Upił trochę zimnej wody i wyjrzał na zewnątrz. Nawet z takiej odległości widział światło palące się w chatce Hagrida, które wskazywało na to, że gajowy jeszcze nie położył się spać. Przymknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył, spojrzał na jezioro. — Pamiętasz przejażdżkę łódką? — zapytał nagle.
— Hm?
— Przejażdżkę łódką. Na pierwszym roku.
— Średnio. — Uśmiechnęła się przepraszająco. — Byłam naprawdę zdenerwowana. Siedziałam z Rose — dodała po namyśle z kwaśniejszą miną.
— Ja z Morrisonem — powiedział Albus. — Co nie zmienia faktu, że cię widziałem.
— Serio? — Uniosła brwi, zaintrygowana. — Kiedy?
— Tuż przed wejściem głównym — stwierdził, nagle zaskoczony tym, że rzeczywiście prawie wszystko wyraźnie pamiętał. — Najpierw zobaczyłem Scorpiusa a później ciebie. Hm, a może jednak było na odwrót? No wiesz, wtedy, gdy czekaliśmy, aż zaprowadzą nas do Wielkiej Sali.
— I co sobie najpierw o mnie pomyślałeś? — zapytała bezczelnie. — Bądź szczery!
— Że byłaś bardzo ładna. I smutna.
— Pomyślałeś tak, mając jedenaście lat? — niemalże parsknęła w kielich wody.
— Cóż, akurat dobrze trafiłem... Coś nie tak? A mnie jak oceniłaś, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy?
Mirra zaczerwieniła się gwałtownie.
— Masz na myśli dzień, kiedy na siebie wpadliśmy? — zapytała jakby nieśmiało, na co Albus się zaśmiał. — Miałam wrażenie, że wziąłeś mnie za idiotkę, która nie patrzy, dokąd i jak idzie.
— Och, na pewno nie. — Zmarszczył brwi, zmuszając się do wysiłku i przypominając szczegóły tamtego spotkania. — Myślę… myślę, że byłem trochę przestraszony. W sumie to tego, że się mnie boisz, bo jestem ślizgonem. — Rozchmurzył się. — Ale dziwnie nam się sprawy potoczyły.
Mirra skinęła głową i wybuchnęła śmiechem. Wkrótce zaczęli omawiać praktycznie każde spotkanie i najważniejsze momenty w życiu. Albus wyznał, jak bardzo się denerwował, kiedy zobaczył ją na peronie, gdy rozpoczynali drugi rok nauki, zaś dziewczyna przyznała się, że chciała go przeprosić na długo przed tym, jak rzeczywiście zrobiła to w bibliotece, ale nie potrafiła zebrać się wcześniej na odwagę. Co więcej, wyznała, że trochę kombinowała i tamtego dnia poprosiła Scorpiusa, żeby dał im chwilę sam na sam. Rozwodziła się też nad tym, że bała się końca ich przyjaźni, gdy zaczęła spotykać się z Eckleyem. Albus w zamian wyjawił, ile nerwów i wysiłku kosztowało go zachowanie twarzy w momencie, kiedy gryfoni byli parą.
Gdy przyszedł czas na wspomnienia z pierwszej randki, oboje się skulili.
— …zwyczajnie próbuję miło sobie spędzić czas, na spokojnie zjeść lody, a potem uszy ci się podnoszą, zupełnie jak czujnemu psu! — Mirra się dała ponieść emocjom, a Albus zachichotał na to stwierdzenie. — Następną rzeczą, jaką zarejestrował mój mózg, było to, że rzuciłeś się w szaleńczą pogoń przez alejki za jakimś nieznajomym facetem…
— To żaden obcy! — zaprotestował gorliwie. — Tym facetem był Fango Wilde. Przestępca…
— Och, to tylko sprawia, że pościg jest atrakcyjniejszy! — ryknęła śmiechem, lecz potem szybko zamilkła.
Albus znał powód takiego stanu rzeczy. Następne wspomnienia nie należały do najprzyjemniejszych. W pewnym momencie głupio zaatakował Wilde'a, przez co ostatecznie razem z Mirrą i Morrisonem zostali przeniesieni do Departamentu Tajemnic. To, co wydarzyło się potem, wciąż sprawiało, że po ciele przechodziły mu dreszcze: przemawiający szaleńczym głosem Darvy, przykucie do ściany, pierwsze doświadczenie dziwnego mrowienia i pozłacanej wizji, a potem następujący po nich wybuch nieznanej, niewyjaśnionej mocy, która to dręczyła go do dnia dzisiejszego…
Reszta była zamglona, ale nie poddał się i spróbował przez to przejść. Chcąc znaleźć kolejne istotne wspomnienie, ślizgon myślami wrócił do swojej wędrówki po Departamencie Tajemnic. Przypomniał sobie sytuację bez wyjścia, w której znaleźli się Harry Potter i Reginald Ares, Nikczemną Księgę w środku tego całego zamieszania i rannego, pokrwawionego Jamesa. Fairhart wtedy jeszcze żył i bezpiecznie go wyprowadził; po drodze mijali kilka sali, a w jednej…
A w niej Zasłona Skazańca. Nie musisz się tym przejmować[3].
Albus przechylił kielich i wylał wodę na szaty Mirry.
— Hej! — wykrzyknęła dziewczyna, gwałtownie wstając i patrząc z zaskoczeniem na swoje przemoczone ubranie. — Co do…?
— Przepraszam! — powiedział szybko, po czym rozejrzał się dziko za jakąś szmatką, która pojawiła się w mgnieniu oka. Niemożliwe. — Wybacz, proszę…
— W porządku — stwierdziła i wycelowała różdżką w materiał. — Evaporis! Co w ciebie wstąpiło?
— Nic takiego — wydukał, choć serce biło mu jak młotem. — Po prostu… coś mi wpadło do głowy…
— Chciałbyś się tym podzielić? — zapytała i Albus doszedł do wniosku, że pogrąża się z minuty na minutę — Mirra sprawiała wrażenie zirytowanej.
— To naprawdę nic ważnego…
W tym momencie mógł myśleć tylko i wyłącznie o Fairharcie.
Nawet nie zauważył, że Pokój Życzeń zmienił swój wygląd. Wygodne fotele zostały zastąpione surowo wyglądającymi krzesłami, a kawowe stoliki solidnymi stołami, wyraźnie przeznaczonymi do trzymania na nich grubych, ciężkich ksiąg. Niewielkie biblioteczki znacznie się poszerzyły. To, czego niż kiedykolwiek pragnął teraz Albus, to możliwość przeprowadzenia gruntownych badań.
— Co się dzieje? — zapytała Mirra.
Albus wziął głęboki, uspokajający oddech, zapewniając się, że nie ma nic złego w wyznaniu dziewczynie prawdy.
— No dobrze — skapitulował. — Pamiętasz może, jak kilka dni temu opowiadałem ci o tym, że dostałem naprawdę dziwaczny list…? — Krótko i zwięźle objaśnił jej teorie spiskowe dotyczące pierwszych dwóch, a potem skupił się na tym ostatnim, najnowszym.
— I to właśnie sprawiło, że oblałeś mnie piciem? — skomentowała z wysoko uniesionymi brwiami, najwyraźniej nie będąc pod wrażeniem.
— Nie do końca — wyznał szczerze. — Po prostu… to dziwne… i naprawdę przypadkowe, ale to, o czym rozmawialiśmy… przypomniało mi o czymś innym. Tamtego dnia, kiedy wszyscy znaleźliśmy się w Departamencie Tajemnic… No, tam była Zasłona. Fairhart wiedział, co to za artefakt, bo nazwał ją Zasłoną Skazańca.
— Czyli uważasz, że to ten sam przedmiot, który został wspomniany w liście? — spytała sceptycznie, choć sprawiała wrażenie odrobinę oszołomionej.
— A ile innych zasłonek jest na tyle ważnych, żeby o nich w ogóle mówić? To odkrycie oznacza — tak, wiem, za bardzo wybiegam na przód — że może te wszystkie listy…
— Och, Albusie. — Mirra uspokoiła się i z powrotem usiadła na macie. — Wiem, że chciałbyś wierzyć, że…
Urwała, ale Albus wiedział, co zamierzała powiedzieć. Myślała podobnie jak Scorpius, że za wszelką cenę pragnie, żeby Fairhart przeżył tamten nieszczęsny atak i znów był wśród żywych. Co, jeżeli to nie marzenia; jeżeli przyjaciele się mylą? Gdyby Fairhart żył, z całą pewnością korespondowałby z nim… To stworzyłoby masę najróżniejszych możliwości… Kim jest zamaskowany renegat…?
Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało. Finalnie, niezręczną ciszę przerwał Albus.
— Przepraszam — powtórzył. — Sam siebie zaskoczyłem. Nie chciałem zrujnować chwili.
Mirra przygryzła dolną wargę, a ślizgon uświadomił sobie, że wciąż istnieje szansa na kontynuowanie randki.
— W porządku — powiedziała. — Rozumiem. — Zamilkła i znów zapadła cisza. — Naprawdę świetnie się bawiłam. To znaczy, nadal dobrze się bawię.
Albus uśmiechnął się lekko. Tak bardzo się cieszył, że ten wieczór całkowicie nie legł w gruzach, ale mimo to nie mógł się powstrzymać przed pozwoleniem swoim myślom na swobodne dryfowanie. Nie wiedział, w jaki sposób powinien przekazać to Mirze, ale najzwyczajniej w świecie chciał zostać sam i móc wszystko dogłębnie przemyśleć…
— Już późno — stwierdziła nagle dziewczyna.
— Przepraszam. — Potrząsnął głową.
— W porządku. — Uśmiechnęła się gryfonka. — Naprawdę dobrze się bawiłam. Miło jest tak powspominać…
— Ano — zgodził się i wstał, a okoliczne świece zaczęły gasnąć, jakby rozumiały, że przyszedł kres ich światła.
Nastolatek podszedł do peleryny niewidki, a następnie zakrył ich oboje. Wyjąwszy Mapę Huncwotów, aktywował ją i złapał dziewczynę za rękę. Korytarzami przeszli niezauważeni.
W ciszy odprowadził Mirrę do pokoju wspólnego, a lekki, choć namiętny pocałunek zakończył tę randkę. Ochryple szepnął jej „dobranoc" i przeprosił po raz kolejny, a potem udał się do swojego dormitorium. Mimo że znał drogę na pamięć, nie docierało do niego, gdzie niosły go nogi. Zanim dotarł na miejsce, serce biło mu tak szybko jak wtedy, gdy na wesele Lisy Vincent zawitali członkowie Diablego Aliansu.
Scorpius i Morrison odlecieli już zupełnie, więc nie było sensu ich budzić, żeby przedyskutować coś, co i tak szybko odrzucą. Zamiast tego Albus najciszej jak tylko potrafił, otworzył swój kufer i zanurkował do środka. Bez trudu znalazł to, czego szukał — jakby na to nie patrzeć, przedmiot świecił w ciemności przepięknym niebieskim blaskiem.
Gdy wczołgał się pod kołdrę, dokładnie obejrzał pierścień. Wyryte na nim słowa nie zmieniły się w żaden tajemniczy sposób.
Dla San, za pokazanie mi prawdziwej istoty magii — Sam.
Albusowi nie zależało na tym, by dowiedzieć się, kim jest ten cały Sam, ale wpadł na pewien pomysł.
— Zasłona Skazańca — powiedział z napięciem, kiedy przysunął pierścień bliżej ust.
Nic się nie stało.
Chłopiec westchnął. Był święcie przekonany, że to wszystko jakoś się ze sobą łączy. Czy to Fairhart wysyłał mu te listy? Umarli nie wymienili z nikim korespondencji, tak więc czy to możliwe, że mężczyzna nadal jest wśród żywych? Niezależnie od tego, co w rzeczywistości oznaczały te listy, rzucało to cień podejrzenia na Srebrnego Czarodzieja. Pierścień, który otrzymał w spadku po Fairharcie, był srebrny. To musiało coś znaczyć, prawda?
Albus zasnął, ściskając w dłoni sygnet.
[1] Kaktuchwast (z ang.: cacticrooners) — czarodziejska roślina wymyślona przez autora oryginału na potrzeby opowiadania; nie występuje w cyklu J.K. Rowling
[2] Monokl (z ang.: monocle) — rodzaj okularów na jedno oko, utrzymywanych na miejscu i we właściwej pozycji dzięki ciasnemu osadzeniu w okolicy oczodołów. Monokl często bywał przymocowany na łańcuszku do kieszeni kamizelki fraka
[3] Cytat z trzeciej części opowiadania Vekina w tłumaczeniu Italiany, pt. „Albus Potter i Nikczemna Księga"; rozdział dwudziesty
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz