Wróciwszy do rzeczywistości, Albus powoli zamrugał. Zawroty głowy bezpowrotnie zniknęły, zastąpione dziwaczną sztywnością mięśni. Wciąż leżał na chłodnym betonie, ale krwawienie ustało, ponieważ rana na udzie została w magiczny sposób opatrzona, a okropny ból odszedł w niepamięć. Nie czuł niczego.
Spróbował podnieść wcześniej zranioną rękę, która najprawdopodobniej również została wyleczona, ale nie potrafił. Wtedy właśnie doszedł do najgorszego wniosku – był sparaliżowany od szyi w dół, a więc mógł poruszać tylko i wyłącznie głową. Momentalnie spanikował, a serce zabiło mu mocniej. Najwyższy czas, aby rozeznać się w sytuacji. Gdy podniósł trochę głowę, zrozumiał, że wciąż nie opuścił Hogsmeade, aczkolwiek na dworze zrobiło się ciemniej. Po znajomo wyglądających kupkach gruzu i zniszczonych budynkach wywnioskował, że został przeniesiony w miejsce niedaleko starcia z nieludzkimi potworami. Kiedy zlustrował wzrokiem drugą stronę, dostrzegł swojego wybawcę, odwróconego plecami.
Och, jakże straszliwie się pomylił. Nie ocalił go ani tata, ani Fairhart.
Został uratowany przez Aresa.
Po policzku spłynęła mu kropla potu. Nie zamierzał się poddawać i biernie czekać na rozwój wydarzeń, więc zebrał siły i spróbował się podnieść, niestety ponownie bez oczekiwanego rezultatu. Z zaciśniętymi zębami uświadomił sobie, że naprawdę może jedynie obrócić głowę. Nie ulegało też wątpliwości, że to Red pokonał te obrzydliwe stworzenia oraz... ocalił mu życie, przeniósł w bezpieczne miejsce i wyleczył odniesione w bitwie rany...
Czym się kierował...?
Uspokoiwszy oddech, Albus zrozumiał, że fakt, iż odzyskał przytomność, wciąż pozostawał niezauważony. Ares, co prawda, stał odwrócony do niego plecami, ale nawet od tyłu był na tyle charakterystyczny i wyróżniał się z tłumu, że został automatycznie rozpoznany. Stał zupełnie nieruchomo, przez co przypominał marmurową rzeźbę. Wnioskując po stanie jego szaty, wyszedł z bitwy bez szwanku, czy nawet drobnego zadrapania. Sprawiał wrażenie człowieka, który nijak zaangażował się w wojenkę, którą sam rozpętał.
Wtem serce ślizgona fiknęło koziołka. Co, jeżeli paraliż nie był konsekwencją dzisiejszych obrażeń, a sprytnego zaklęcia...? Gdyby strzelił w dziesiątkę, unieruchomienie byłoby ograniczone czasowo, najprawdopodobniej regulowane przez rzucającego...
Zacisnął usta i, oceniwszy możliwości, spojrzał w dół. Końcówka różdżki wystawała mu z kieszeni spodni; wyglądała, jakby Ares podniósł ją z ziemi, dokładnie przebadał, a następnie, nie zauważywszy nieprawidłowości, niechlujnie odłożył.
Albus odchył głowę, próbując spojrzeć w prawo. Nigdzie nie widział Morrisona. Czy przeżył atak...? Czy został rozszarpany na strzępy...?
– Gdzie jest Morrison? – zapytał, drżąc przez najgorszym scenariuszem.
– Wreszcie się obudziłeś. To dobrze.
Czarodziej stanął bokiem, dzięki czemu chłopiec mógł dokonać wnikliwszej analizy. Ares nieszczególnie się zmienił od czasu nieprzyjemnego starcia w Departamencie Tajemnic. Miał, najpewniej z nadmiaru wrażeń, zarumienione policzki. Chociaż usilnie próbował przywdziać pokerową twarz, poprzez beznamiętność i znudzenie przebijała się inna emocja. Wyglądał, jakby bardzo starał się pohamować ekscytację.
Albus z trudem przełknął ślinę, zrozumiawszy, że półleżał zaledwie kilka kroków od człowieka, który siał spustoszenie w magicznym świecie i był poszukiwany za zbrodnie wojenne. Co ciekawe, nadal oddychał. Czemu Czerwona Wojna powstrzymywał się od dokonania morderstwa...?
– Z twoim przyjacielem jest dobrze – odpowiedział chłodno Ares. – Zostawiłem go tam, gdzie leżał.
To drugi raz, uświadomił sobie z niezadowoleniem ślizgon, kiedy został sparaliżowany zaklęciem przez mrocznego, niebezpiecznego czarodzieja. Nie był jednak pewien, którego z braci mniej się obawiał – obaj byli potężnymi przeciwnikami i stanowili wielkie wyzwanie.
Wtem pojął coś jeszcze. Ares z zasady nie działał pochopnie i nie podejmował żadnych zbędnych działań, więc najprawdopodobniej był powód, dla którego unieruchomił go w pozycji siedzącej – jakby nie patrzeć, został oparty plecami o pozostałości w połowie zburzonego sklepu. Wziął głęboki oddech i ponownie rozejrzał się wokół. Rozpościerający się przed nim widok był naprawdę zdumiewający. Unoszący się w powietrzu dym dodawał pikanterii płonącej wiosce, przyćmiewając nawet błyszczące na niebie gwiazdy. Podłapawszy jego zamglone spojrzenie, Ares odwrócił się i również omiótł mieścinę wzrokiem.
– Hogsmeade jest piękne, prawda? Naturalnie, bez ognistej otoczki – zagaił tonem znawcy. –W młodości nie miałem pozwolenia na nawet pobieżne zwiedzanie. Moi adoptowani rodzice uważali, że Hogsmeade reprezentuje nietrafną wizję świata, w który pewnego dnia wkroczę; świata, nad którym panowałby Voldemort. Nie myśl, że go popierali, Johnathan i Debra, ale ogólnie rzecz biorąc, nie szczycili się optymistycznym nastawieniem. Byli całkiem pewni swoich rokowań przyszłości i uważali się za prawdziwych szczęśliwców, że akurat mnie adoptowali, gdyż już w dzieciństwie ujawniłem olbrzymi magiczny talent. Oboje żyli w przekonaniu, że w świecie rządzonym przez Voldemorta, czysta krew, którą posiadałem, będzie naprawdę wiele znaczyć. – Uśmiechnął się krzywo. – Wyobraź sobie ich zdziwienie, gdy Harry Potter pokonał Lorda Voldemorta. Następnie wyobraź sobie mój szok, kiedy odkryłem, że w moich żyłach płynęła mieszana krew, a nie czysta, jak od najmłodszych lat mi wpajano...
Ares zacisnął usta, dając sobie chwilę na uspokojenie nerwów. Jednocześnie przechylił głowę w bok, wyglądając, jakby uświadomił sobie coś istotnego. Kiedy ponownie się odezwał, jego ton głosu wyraźnie sugerował, że nie przemyślał wszystkiego.
– Niewiarygodne. Dziś po raz pierwszy od dziesięcioleci wypowiedziałem imiona przybranych rodziców. Wciąż mają gorzki wydźwięk – powiedział bardziej do siebie niż do Albusa, najprawdopodobniej zdziwiony własnym odkryciem. – Mimo naprawdę dokładnej pamięci nie mogę sobie przypomnieć mojego prawdziwego nazwiska. Reginaldem byłem od zawsze, to pewne, ale Aresem nie. Wydaje mi się, że zaczynało się na R albo D, ciężko stwierdzić...
Mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę Albusa, którego serce przyspieszyło swój rytm. Wnioskując po swobodnym chodzie i lekkim przygarbieniu, można było łatwo wywnioskować, że nie powiedział wszystkiego, co pierwotnie miał zamiar. Potrząsnął energicznie głową, jakby chciał wyrzucić z niej wcześniejsze, mało przyjemne myśli.
– W każdym razie dążę do tego, że Hogsmeade zobaczyłem, dopiero kiedy zostałem aurorem. Wezwanie otrzymałem, gdy zostałem oddelegowany pod zwierzchnictwo twojego ojca. Trzech niepozornych cywilów, obecnie nazywanych renegatami, natknęło się na czterech czarodziejów, których uznało za śmierciożerców, tak zwanych wiecznie obecnych. Zanim dotarliśmy na miejsce zgłoszenia, doszło do rozróby i zginęły trzy osoby. Czy domyślasz się, po której stronie się opowiadały? – zapytał, po czym od razu udzielił odpowiedzi, nie dając ślizgonowi czasu do namysłu. – Niestety po niczyjej, gdyż ofiarami były bawiące się na ulicy dzieci. Dwójka wyglądała na dwanaście lat, a trzecie miało nie więcej niż osiem. Jedno zginęło od zabłąkanej klątwy zabijającej, a reszta została przygnieciona gruzem z okolicznych, wysadzonych w trakcie budynków. Ostatecznie okazało się, że tych domniemanych śmierciożerców po wojnie rzeczywiście osadzono w Azkabanie ze skazującym wyrokiem, aczkolwiek niedługo potem wypuszczono ich w zamian za nazwiska towarzyszy broni. Spośród wszystkich zamieszanych w bójkę ze skutkiem śmiertelnym Wizengamot osądził tylko czarodzieja, który rzucił mordercze zaklęcie, a mianowicie jednego z trzech interweniujących renegatów. Innym uwikłanym w sprawę nie sposób było czegokolwiek udowodnić. – Spuścił wzrok. – Ciała tych dzieci... Te ciała prześladują mnie w snach do dnia dzisiejszego...
Albus nie miał zielonego pojęcia, dlaczego Aresowi zebrało się na nostalgiczne wspominki. Nie widział w tym zachowaniu najmniejszego sensu, bo jakiemu katowi zbiera się na przedśmiertne dywagacje ze swoją ofiarą? Westchnąwszy mentalnie, dał sobie potężnego kopniaka. Nie powinien skupiać się na nietypowym podejściu, bo żył, dopóki oprawca mówił, a nie działał. Za wszelką cenę musiał więc kontynuować tę rozmowę do momentu przybycia wsparcia. Niestety, nie przemyślał zdania, które powiedział jako pierwsze.
– Dlaczego się na to zdecydowałeś? – zapytał ostro, głową wskazując na ogrom zniszczenia wioski.
Ares się oburzył, a w jego dotąd zmęczonych oczach na moment zalśniło życie. Machnął ręką w dokładnie taki sam sposób, co cisnął Młotem w sklep, a Albus mimowolnie się wzdrygnął, oczekując najgorszego. Ku swojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, nie został zaatakowany, a rozmówca, zamiast go skrzywdzić, wskazał dłonią na niebo.
– Czy coś zrobiłem, czegoś dokonałem? Obwiniasz mnie o skalę zniszczeń? Naprawdę myślisz, że czymś zawiniłem? – zapytał drwiąco. – Dobrze się rozejrzyj, chłopcze. Nie uczestniczę w żadnych walkach, a stoję obok ciebie. Nijak odpowiadam za to spustoszenie! Wyrządzone szkody są konsekwencją podjętej przeciwko mnie walce!
Albus zaczął ciężej oddychać, niepewny dążeń rozmówcy. Mocniej skoncentrował się na przekazywanych przez niego treściach z nadzieją, że wywód będzie długi i wyczerpujący. Nie chciał za szybko umierać.
– Pomyśl nad tym, chłopcze. Zaszyłem się w jaskini na bezludnej wyspie oraz spacerowałem tylko i wyłącznie po opuszczonych miastach, ukrywając się przed ludzkim wzrokiem. Ostatnim razem spotkaliśmy się w Departamencie Tajemnic ponad rok temu! Co się działo w międzyczasie? – Ares rozłożył ręce. – Czarodziejski świat ogarnęły zamieszki, demonstracje, protesty i walki uliczne! Zanim zniknąłem, postanowiłem przeprowadzić test i oto wyniki. Moja nieobecność miała być szansą społeczeństwa na zjednoczenie, a wyszło inaczej. Żadna grupa się nie pojednała, a wręcz przeciwnie – wybuchła prawdziwa walka o władzę! Podstępne szumowiny z Waddlesworthem na czele owinęły sobie ludzi wokół palca, mydliły wzrok i karmiły kłamstwami. Ministerstwo zaś uciekło się do zwyczajowych metod, próbowało przejąć kontrolę przy pomocy własnego, obłudnego systemu prawnego. Cała reszta nie potrafiła nawet wybrać strony, balansując na krawędzi wśród jednych głupców i drugich! Spacerowali po ulicach, wymachując tandetnymi plakatami, dumni ze swojego barbarzyństwa! – Ares jeszcze nigdy nie wyglądał na bardziej rozwścieczonego. Ostatnie zdanie wypowiedział, plując śliną. – Czy słyszysz, jak walczą? Możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, bo oddaliliśmy się od centrum, ale bitwa nie dobiegła końca. Jakiś czas temu dezaktywowałem barierę antyaportacyjną z wioski, czyli zapewniłem wszystkim drogę bezpiecznej ucieczki. Mają wolną rękę, mogą zniknąć w każdym momencie, a mimo to nadal wojują. Czy wiesz dlaczego? Och, oczywiście, że nie. Jesteś nieświadomy, bardzo niedoinformowany. Prymitywne ludzkie zachowanie tłumaczą tylko i wyłącznie wrodzone i nabyte w toku edukacji defekty.
– Wszyscy walczą, bo są przerażeni! – sapnął Albus. – Walczą, bo się ciebie boją!
– Naturalnie, że tak! Obawiają się, bo strach to jedyne, co znają! – Ares opuścił dłonie i zacisnął je w pięści, jakby bolało go to, że musiał wyjaśnić dziecku największą w świecie oczywistość. – Odpowiedz mi na proste pytanie, chłopcze. Co definiuje nas jako ludzi? Słowa czy działania? Zwycięstwa czy niepowodzenia? Wady? Pomyłki? Występki? Uczucia? Otóż nie! Nawyki! Określają nas nawyki. Społeczeństwo poniosło sromotną klęskę, ponieważ nieustannie oczekiwało porządku i czekało, aż zmiany przyjdą same. To niemający końca cykl – zniszczyć i odbudować, znowu zniszczyć i ponownie odbudować. – Potrząsnął głową. – Naprawdę myślisz, że to pierwszy raz, gdy ci ludzie walczą i zabijają? Wszyscy czarodzieje, których zgromadziłem na wygnaniu, a potem sprowadziłem do Hogsmeade, wcześniej również parali się mordowaniem. Z powodu obłudy rządzących uniknęli Azkabanu bądź uciekli karze, oczywiście, tylko w teorii. Z największą rozkoszą włączyli się w kolejną wojnę, bo Ministerstwo Magii umożliwiło im powrót do korzeni. Ot, cała prawda. Wizengamot wydał zezwolenie na następną rzeź. Renegaci zaś są tchórzami, którzy odmówili walki i pomocy, gdy była ona najbardziej potrzebna. Teraz próbują odkupić swe winy, wojując, kiedy nie ma żadnej potrzeby. Z premedytacją zrobiłem krok wstecz, Albusie. Specjalnie się wycofałem, aby zobaczyć, na jakich zasadach będzie w międzyczasie funkcjonował czarodziejski świat. Niestety, wystarczyło wspomnieć moje imię, żeby dokonał autodestrukcji...
Głos Aresa robił się coraz głośniejszy z każdym następnym słowem. Ostatnie zdanie miało w sobie nutę wstydu i zostało wypowiedziane praktycznie szeptem. Wygłosiwszy monolog, zaczął głośno dyszeć. Wyglądał na wyczerpanego, więc ślizgon postanowił pomęczyć go jeszcze bardziej.
Rozmowa jest kluczem.
– Nie rozumiem, gdzie w tym jest logika. Chcesz wszystkich wyrżnąć, prawda...? Uważasz, że ludzie są bezużyteczni, więc należy zrobić czystkę...?
Czarodziej się wyprostował.
– Kowal wykuwa miecz, podczas gdy człowiek wytwarza otaczający go chaos. To, co tutaj widzisz – zniszczenie – jest symbolem, częścią całego czarodziejskiego świata. Prawdę powiedziawszy, sami się wyniszczyliśmy. Ilu dotychczasowym bitwom można było zapobiec, ile istnień ocalić? Gdyby wszyscy zjednoczyli się przeciwko mnie w ostatnim roku, ile zyskałoby społeczeństwo, zamiast stracić? Ludzie, Albusie, mają specyficzną tendencję do podejmowania wyborów, które w gruncie rzeczy są z natury najbardziej skomplikowane i stanową największe utrudnienie. Decyzyjność jest więc obowiązkiem wybrańców, których los obdarował zarówno mądrością, jak i mocą... żeby poprowadzić resztę.
Ares uśmiechnął się kącikiem ust.
– Bez wątpienia oskarżysz mnie zaraz o skłonności do megalomanii, ale zapewniam, że nie przypisuję sobie rzeczy, których rzeczywiście nie dokonałem. W pewnym momencie zrozumiałem rolę, jaką przyszło mi odgrywać w świecie, a moim celem stało się wskazywanie innym właściwej drogi. Jakim cudem czarodziej wielkiego kalibru, o dużym poziomie mocy, okazał się dzieckiem półkrwi, adoptowanym przez ludzi wierzących w supremację czystość krwi? Jak małą miałem szansę na zatrudnienie w Ministerstwie Magii i dostanie przydziału pod zwierzchnictwo Harry’ego Pottera – człowieka, który po wielu latach walki położył kres wojnie, do której byłem przygotowywany całe życie? Czy dostrzegasz w tym wszystkim powiązania, czy też widzisz jedynie łut szczęścia i zbieg niepowiązanych ze sobą przypadków? Zbieg okoliczności jest sensownym terminem dla niedorozwiniętych głupców, którzy nie potrafią zaakceptować faktu, iż pewne rzeczy wymykają się spoza ich kontroli. – Uśmiechnął się szerzej. – Nie miałem możliwości wybrania swojej ścieżki, Albusie Potterze. Została mi ona przeznaczona.
– Czyli odnosisz wrażenie, że musisz przejąć władzę nad światem...? – zapytał z zaciśniętymi zębami ślizgon. Od niewygodnej pozycji rozbolała go szyja, więc spojrzał w prawo, żeby sprawdzić, czy ktoś – ktokolwiek! – jest w zasięgu wzroku. Niestety, pod ruinami sklepu byli tylko we dwójkę.
– Twierdzisz, że zamierzam podbić świat? – Ares brzmiał, jakby usłyszał najprawdziwszą niedorzeczność. – Wręcz przeciwnie, chłopcze. Chcę go uratować, Albusie! Pragnę uchronić świat przed całkowitą zagładą! – dodał, wskazując dłonią na okolicę.
– Niczego nie rozumiem. W jaki sposób można uratować świat, jednocześnie go niszcząc...?
– To proste, aczkolwiek oswobodzenie z kajdan może nastąpić dopiero po tym, jak społeczeństwo zrozumie, co tak naprawdę straciło. Szczerze przyznam, że w całej mojej karierze aurorskiej nie spotkałem nigdy czarodzieja, który był zmuszony odpowiadać na większą ilość pytań, niż twój ojciec, Albusie. Co chwilę ktoś go błagał o przydatne wskazówki, udzielenie cennych rad, poparcie pomysłów, aby coś udoskonalić lub wyćwiczyć. Możesz mi nie wierzyć, ale przez ten cały czas ścisłej współpracy, od początków mojej kariery do późnego końca, zadałem mu tylko jedno pytanie. Nie dotyczyło ani szlifowania techniki, ani rozwoju umiejętności, a czegoś znacznie ważniejszego. Naprawdę długo się zastanawiałem, czy do osiągnięcia sukcesu potrzeba czegoś więcej aniżeli apatii. Harry powiedział mi, że... empatii.
Ares przerwał na moment, biorąc głęboki wdech.
– Wcześniej nie rozumiałem, co miał przez to na myśli, ale teraz wiem. Nieliczni zostali postawieni wyżej od pozostałych – ci, którym fortuna powierzyła misję uratowania świata i jego mieszkańców. Aby wypełnić swoje przeznaczenie, należy umocnić pozycję. Tak też uczyniłem. Byłem obywatelem, członkiem społeczeństwa i zrozumiałem, że prawdziwą siłę daje jedność. Ludzie mnie znienawidzą, ale wspólnie. Szkoda, że wzbudzam ich odrazę, ale jest to przejściowe i konieczne do zrozumienia następnej fazy mojego planu. Wielu niepojętnych zostanie oświeconych, jednakże najpierw okażą pogardę. To naturalna kolej rzeczy, dzięki której zdadzą sobie sprawę, że gra jest warta świeczki. – Zamilkł i wbił wzrok w słuchacza. – Widzisz we mnie szaleńca. Myślisz, że potajemnie jestem zadowolony z emocji, które obecnie wzbudzam. Uważasz, że motywuje mnie ludzki strach, ale żyjesz w błędzie. Nie jestem przecież pierwszym człowiekiem, który stosuje podobną technikę; nie pierwszym znienawidzonym dla wspólnego interesu całej magicznej społeczności.
Albus nie odpowiedział, choć w głowie miał obraz pewnej specyficznej, przerażającej osoby, która niegdyś próbowała czegoś bardzo podobnego...
– Nawet teraz gdy sobie gawędzimy, ktoś siedzi przy kuchennym stole z opartym o kubek kawy wieczornym wydaniem PROROKA CODZIENNEGO. Czy wiesz, na co skrycie liczy? – kontynuował Ares. – Niestety na najgorsze wieści. Napycha brzuch drobnymi przekąskami i przeszukuje wzrokiem gazetę, chcąc się dokopać do najnowszego artykułu oczerniającego albo Harry’ego Pottera, albo innych kozłów ofiarnych. Ma nadzieję, że poczyta do poduszki o czyjejś niekompetencji i niezdolności do podjęcia właściwych działań, o niewykazywanej inicjatywie. – Potrząsnął głową. – Nie jesteś już dzieckiem, powinieneś nauczyć się podstawowych zasad społecznych. Świat jest podły, Albusie. Mnie, niegdyś szanowanego aurora, nienawidzi za „rozsiewane zło”, a twojego ojca, wielkiego bohatera wojennego, za „popełnione błędy”. Widzisz w tym sens...? Kiedy najpotężniejsi czarodzieje podejmą prawdziwą walkę z nikczemnością, pokażę im, czym tak naprawdę jest zło.
– A czym jest...? – zapytał przez zaciśnięte zęby.
Ares westchnął, gdy owiał go chłodny wiatr, a czarna szata zatrzepotała w powietrzu. Następnie wbił spojrzenie w ciemne niebie.
– Skorumpowane Ministerstwo Magii pozwoliło światu implodować, robiąc strategiczny krok w bok. Nie zrozum mnie źle. Nie obwiniam opinii publicznej za błędy logiczne, gdyż to wiadome, że katalizatorem jest przywództwo. Czy barbarzyńca może oswoić innego barbarzyńcę? Od dawna rozważałem tę kwestię, a potem zostałem osadzony w Azkabanie. Jestem kryminalistą, chłopcze, a mimo to Wizengamot mnie ułaskawił. Dlaczego? To proste, aby zadowolić publikę – zakpił ze złośliwością. – Nie wywalczyłem sobie wolności, a wyświadczyłem przysługę twojemu ojcu, co ostatecznie i tak spełzło na niczym. Miałem wrażenie, że biorę udział w ustawionej błazenadzie, która była jedynie pretekstem do mojego zwolnienia. Ministerstwo zawsze obawiało się ludzi stworzonych do wielkich rzeczy, więc mnie wypuściło. Jeżeli naprawdę chcesz wskazać odpowiedzialnego za skalę dzisiejszych zniszczeń – tu omiótł dłonią okoliczne ruiny – wskaż palcem na Harry’ego Pottera i Ministerstwo Magii, Albusie.
Ślizgon wbił wzrok w ziemię, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszał. Wcześniej nie mógł się odgonić od podobnych myśli...
– To nie wszystko! Ilu dotąd morderców uniknęło kary w zamian za ugodę i współpracę z rządem? Ilu nie zostało zatrzymanych przez wzgląd na wyrozumiałość rządzących? Za obecny chaos odpowiada ministerialna tolerancja i władza, która odmawia sprawowania należytej kontroli nad obywatelami. Oto pierwszy krok, Albusie! Wciąż upierasz się nad moją winą? W porządku, stawaj okoniem. Zamierzam uświadomić społeczeństwu, że potrzebują lepszego przywódcy. W ostatecznym rozrachunku zlikwiduję Ministerstwo Magii.
Gdyby nie fakt, że półleżał w odległości kilku stóp od najniebezpieczniejszego człowieka od czasów Lorda Voldemorta i był unieruchomiony, ślizgon wybuchnąłby śmiechem. Momentalnie przypomniał sobie, co Harry powiedział mu o celach Reginalda Aresa – żywił wówczas przekonanie, że dąży on do przejęcia Ministerstwa. I pomyśleć, że uznał słowa ojca za zwyczajny bełkot...
– Więc do dzieła! Nie odwlekaj nieuniknionego! – prychnął. – Powinieneś ruszać, a mnie puścić wolno. Śmiało możesz ponieść tę klęskę bez mojego udziału!
– Klęskę?
– Owszem, porażkę! – Albusa rozsadzał gniew. Złościł się na siebie, bo popierał tezy Aresa odnośnie funkcjonalności i obłudności Ministerstwa Magii, ale gdyby miał moc sprawczą, nigdy nie wciągnąłby we własne rozgrywki postronnych, całkowicie niewinnych osób. Strach, który dotąd odczuwał, został wyparty przez wściekłość. – Siła jest w grupie, a ty masz zaledwie zamaskowanych przebierańców oraz garstkę przerażających szkieletów! – dodał z goryczą.
Czarodziej nie odpowiedział od razu, a przeznaczył chwilę na wnikliwą obserwację reakcji chłopca. Nie sprawiał wrażenia rozeźlonego.
– Masz poniekąd rację, bo na razie posiadam przewagę tylko pod względem strategicznym. Z wielką ostrożnością pozwoliłem, żeby działania podejmowane przez Waddleswortha osłabiły Ministerstwo, a potem wywołałem panikę, żeby straciło poparcie, jakie dotąd posiadało. W obecnej formie jestem jednak bezsilny – przyznał, a Albus zamrugał, szczerze zdziwiony. – Moim ostatecznym planem jest stworzenie nowego, lepszego świata – oto wyznaczona mi przez los misja. Wypełnię swe przeznaczenie, ale krok po kroku. Fazą początkową jest zniszczenie starego porządku. Żeby ją zakończyć, muszę wyeliminować obecnych przywódców.
W trakcie opowieści twarz Aresa się rozświetliła, a oczy promieniowały podekscytowaniem. Wyglądał jak człowiek, który po wielu długich latach czekania, nareszcie mógł wkroczyć w nową epokę.
– Zwolenników zgromadziłem z przymusu i nie żywię do nich żadnych pozytywnych uczuć. To bezmyślne, pozbawione wyższych celów zwierzęta, nic więcej. Odkąd zaczęli wykonywać moje polecenia, pałałem do nich czystą nienawiścią. Niemniej jednak sytuacja uległa zmianie, zyskałem nowych sprzymierzeńców.
Mężczyzna wyciągnął z szat Smoczą Różdżkę. Wypolerowane, czarne drewno błyszczało w świetle księżyca, podczas gdy Albusa przeszedł zabarwiony przyjemnością dreszcz. Uczucie było co najmniej dziwaczne. Nie rozumiał również, dlaczego zaczął się ślinić. Czy przed momentem z trudem nie przełykał śliny...?
– Stworzenia, które widziałeś na ulicach, są zaledwie przedsmakiem prawdziwej potęgi. W rzeczywistości mogę kontrolować o wiele, wiele więcej. Smocza Różdżka zapewnia mi moc i siłę, niepodobną do niczego innego. Jest niesamowicie potężna. Czas pokazał jednak, że i ona boryka się ze słabościami – ma pewne problemy z tym, czego nie potrafi zrozumieć. Ludzie powiadają, że Voldemort zgromadził armię ciemnych istot, których Ministerstwo nie potrafiło powstrzymać. Kiedy wojna się zakończyła, wyciągnięto więc wnioski z wcześniejszych pomyłek – uwierz, chłopcze, że nigdy nie zobaczysz dementora. Mój przypadek jest specyficzny i bardziej skomplikowany. Wyprowadzam atak przy pomocy stworzeń o wiele niebezpieczniejszych i mam przewagę w postaci elementu zaskoczenia, ponieważ rząd nigdy wcześniej nie miał do czynienia z podobnymi bestiami. Gdy zdobędę nad nimi całkowitą władzę, zaprezentuję światu ich prawdziwą moc. Jestem w stanie zniszczyć obecny ustrój Ministerstwa Magii – podsumował ponuro Ares.
Albus przełknął ciężko ślinę i zbladł. Nie rozumiał, czemu bardziej skupiał się na blasku Smoczej Różdżki, aniżeli na słowach czarodzieja, ale na szczęście, ten tego nie zauważył, zbyt skoncentrowany na wykorzystaniu szansy podzielenia się swoimi poglądami i pomysłami.
– Z popiołów zaś stworzę nowy rząd – nowe przywództwo, nowy świat. Widziałem, a co gorsza, doświadczyłem błędów popełnionych przez starą władzę i zrozumiałem, w jaki sposób powinienem im zapobiec. Po obaleniu Ministerstwa Magii wprowadzę do czarodziejskiego społeczeństwa kontrolę i właściwy porządek. W niepamięć odejdą czasy, kiedy morderca kontynuuje swoje krwawe dzieło, a złodziej wciąż rabuje! Szukam raju, utopii, idealnie zarządzanego świata...
– Zasmakujesz porażki! – Albus z niemałym trudem oderwał wzrok od Smoczej Różdżki. – Świat nie działa w ten sposób. Ludzi nie można, ot tak sobie, kontrolować. Zawsze znajdą się...
– Czyżbyś mówił o buntownikach? – splunął Ares. – Nie oczekuję, że pojmiesz wszystkie zawiłości, chłopcze. Urodziłeś się w nowych czasach, a więc nie przeżyłeś mojego dzieciństwa. Podzielę się z tobą mądrością życiową – ludzie są na tyle potężni, na ile się im pozwoli. Śmiałkowie, którzy będą kwestionować zasady nowego świata, zostaną wyeliminowani. W stworzonym przeze mnie systemie nie będzie żadnych luk prawnych, czekających na wypraktykowanie. Nie będzie też zniekształconej wyrozumiałości. Może i wydaje się to wykalkulowane oraz pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale jak inaczej świat może się rozwinąć? Wielu straci życie, Albusie. Wszyscy buntownicy zostaną wymordowani, gdyż nie ma innego rozwiązania. Nie można pozwolić, żeby podjudzali pozostałych, ponownie wprowadzając do nowego świata powszechne splugawienie. Toksyczność absolutnie nie może zdominować zrewolucjonizowanego społeczeństwa. Ci, którzy nie chcą się przystosować do nowych warunków, zwyczajnie nie przetrwają. Uwierz, że nikt nie będzie tęsknił za starym porządkiem. Jest naprawdę wielu czarodziejów, głównie opozycjonistów, którzy w moim świecie będą musieli dowieść, że są godni dalszej egzystencji. Gdy społeczeństwo zrozumie, że nie uniknie kary za anarchię i sianie zamętu, dokonanie morderstwa, krętactwo i korupcję, zaprzestanie wszelakich wykroczeń. Właśnie temu służy przycinanie marginesu, krawędzi dopuszczalnych działań oraz eliminowanie szumowin pokroju Warrena Waddleswortha, czy też sadystycznych pochlebców pokroju moich przebierańców.
Ares przerwał na chwilę, aby zaczerpnąć oddechu.
– Wytłumacz, dlaczego miałbym poprzestać tylko na czarodziejskim świecie? Los nie kieruje się statusem krwi, więc mój plan obejmuje również mugolskie społeczeństwo. Wbrew powszechnej opinii współistnienie jest pożądane! Mówiłem, że jestem zwolennikiem jedności, prawda? Ministerstwo Magii oraz wszystko, co się z nim wiąże, zniszczę pod koniec jesieni. Oczywiście, śmierć Harry’ego Pottera wstrząśnie mną do głębi, ale pozwolę, aby emocje wzięły górę nad rozumem. Na wiosnę zaś... społeczeństwo zrozumie wagę zmian i rozpocznie transformację. – Uśmiechnął się kącikiem ust. – Dziś jest wielki dzień. Oto początek rewolucji...
Albus zamrugał, a potem zauważył, że podczas przemowy Ares nie schował Smoczej Różdżki. Nadal trzymał ją na widoku – najprawdopodobniej nie miała służyć tylko efektowi wizualnemu; była narzędziem zniszczenia.
Zrozumiawszy, że wyjaśnienia dobiegły końca i dalsze drążenie tematu jest bezcelowe, automatycznie zdrętwiał.
– Zamierzasz mnie zabić?
– Owszem. – Czarodziej utrzymał kontakt wzrokowy.
Albus zaczął się hiperwentylować. Przeżył atak renegatów, a potem ucieczkę przed straszliwymi potworami, żeby naprawdę zginąć z ręki Reginalda Aresa...?
Wiedział, że ze wszystkich niewyobrażalnych rzeczy, ucieczka z tego miejsca była najbardziej nieprawdopodobna. Był sparaliżowany, więc nie mógł walczyć. Jedyne, co mu pozostawało, to błagać o łaskę...
– Czemu...? – czknął. – Jak skorzystasz na mojej śmierci...? – zapytał zaciekle, ze wszystkich sił starając się uwolnić spod zaklęcia. Szamotanina nie przyniosła oczekiwanego rezultatu, bo mógł tylko szaleńczo miotać głową to na lewo, to na prawo.
– Muszę cię przeprosić, Albusie. Wybacz. – Mężczyzna nawet nie mrugnął, widząc jego walkę z niewidzialnymi więzami. – Byłem taki podekscytowany, że mogłem podzielić się z tobą wspaniałą wizją świata, że zapomniałem, że nie doczekasz tego momentu. Nie jestem zwolennikiem morderstw wśród dzieci i zdecydowanie nie chciałem urzeczywistniać najgorszej opcji, ale nie miałem wyboru; po prostu nie istnieje inny sposób. Zapamiętaj, chłopcze. To przeznaczenie wyznacza naszemu życiu wyższy cel...
Ares uniósł wysoko Smoczą Różdżkę i zrobił krok naprzód.
– Proszę! – Albus zupełnie się rozkleił. – Nie musisz mnie krzywdzić, przecież nie stoję ci na przeszkodzie! Zniszcz sobie Ministerstwo, uwolnij te stwory – nie wchodzę w szczegóły! Nijak mogę cię powstrzymać!
– Dopóki żyjesz, nie mogę wykorzystać pełnej mocy Smoczej Różdżki – podsumował ponuro czarodziej.
– Czyli? Niczego nie rozumiem! – warknął, nagle rozgniewany. – Nie obchodzi mnie, co zamierzasz zrobić oraz jestem praktycznie bezsilny, więc...
– Wyjaśniłbym ci podstawy starożytnej, złożonej magii, która sprawia, że twoja śmierć jest niezbędna, ale obawiam się, że to tylko przedłużyłoby nieuniknione. – Ares wycelował Różdżką. – Naprawdę mi przykro, Albusie. Szukałem innego sposobu. Niestety, każda metoda niesie za sobą większe komplikacje.
– Nie zrobiłem nic złego. Proszę, przecież nikomu nie powiem! Nie spróbuję ci przeszkodzić, więc...
– To ważne, abyś zrozumiał, Albusie. Uważam cię za rozsądnego, utalentowanego i niezwykle odważnego młodzieńca, który po prostu dość niefortunnie... dostał zbyt wiele możliwości... To nic osobistego.
Ślizgon przestał lamentować i zamknął oczy, przygotowując się na najgorsze. Łzy i wydzieliny z nosa mieszały się ze sobą, spływając mu wprost do ust.
W ostatnich sekundach życia pomyślał o wszystkich rzeczach, których nie zdążył jeszcze poznać i zrobić. Już nigdy nie zaśmieje się z przyjaciółmi, ani nie pocałuje dziewczyny...
Na czym powinien się skupić przed śmiercią...? Miał moment, żeby podjąć decyzję. Nie przypuszczał, że w tak młodym wieku przyjdzie mu się zmierzyć z podobnym dylematem. Jaki obraz nawiedzi go przy ostatnim oddechu...? Jakie słowa zagoszczą mu w głowie...?
Instynktownie pomyślał o swoim pierwszym pocałunku nad jeziorem, aczkolwiek to nie był dobry pomysł, bo akt wciąż sprawiał wrażenie żywego w jego pamięci. Musiał znaleźć coś innego. Czy zdziwienie Jamesa, kiedy brat usłyszał, że Albus został przydzielony do Slytherinu będzie odpowiednie? Może powinien wspominać dzień, w którym mama spróbowała nauczyć synów, w jaki sposób się gotuje? Oczywiście, skończyło się to spektakularną wręcz katastrofą. Jaimie przez przypadek wywołał nie lada pożar, a gdy opowiadali o tym Lily, całą trójką pokładali się ze śmiechu. Pomyślał o swoich ósmych urodzinach, kiedy tata zabrał dzieciaki na mecz mamy – wtedy po raz pierwszy widział ją w prawdziwej akcji. Siedział ojcu na baranach i zebrało mu się na zwierzenia, że boi się wysokości i w gruncie rzeczy nie lubi quidditcha. Harry nie zrobił mu wykładu, ani nie nakazał siedzieć na trybunach, a zabrał do najzwyklejszego mugolskiego parku, uprzednio zostawiwszy Jamesa i Lily pod opieką wujka Rona. Aż zrobiło mu się cieplej na sercu, gdy wrócił wspomnieniami do przyjemnego powiewu wiatru, który smagał go po twarzy, kiedy tata huśtał go na jednej z mniejszych huśtawek...
Właśnie, pojął. Ostatnie wspomnienie powinno dotyczyć taty – ostatniego obrońcy, jaki mu pozostał. Dziś wstawił się za nim Lucjusz Malfoy oraz Ida Blackwood, ludzie, po których nigdy by się tego nawet nie spodziewał. Chronił go także Morrison, godny zaufania przyjaciel. Kilka tygodni temu obronił go także Hagrid, a jeszcze wcześniej, ponad rok temu, Fairhart. Harry z kolei nie traktował go w ten sposób, a pomyłek nie popełniał celowo. Co więcej, całe życie przygotowywał go na nadejście właśnie tego momentu. Wytłumaczył mu, na czym polega życie... oraz śmierć. Gdy zaczynał w siebie wątpić, zawsze podnosił go na duchu. Chociaż dopiero do niedawna zaczął się przeciwko niemu buntować, mimo że w rzeczywistości nie zrobił niczego złego, w duchu zawsze go podziwiał. Pomijając drobne potknięcia, był dobrym ojcem. By osiągnąć zamierzony cel, nieraz decydował się na ukrycie prawdy czy przyjęcie na siebie nienawiści...
Ostatnia myśl powinna dotyczyć Harry’ego, zdecydowanie. Którą jednak wybrać?
Był mały, miał może pięć czy sześć lat i akurat szedł spać. Tata zawsze kładł go do łóżka, a dopiero potem przychodziła mama, ale tym razem sprawa wyglądała inaczej. Ojciec przez dłuższy czas siedział przy nim, co chwilę przecierając załzawione oczy.
Szczycił się doskonałą formą, ponieważ świetnie radził sobie w pracy, podczas gdy jego popularność ciągle wzrastała. Albus nie znał wówczas bardziej szanowanego i lubianego czarodzieja, dlatego też nie potrafił zrozumieć, czemu tak potężny, niepowstrzymany, słynny auror się rozkleił. Trochę przeczyło to roli gwaranta bezpieczeństwa.
– Dlaczego płaczesz, tato? – zapytał z napięciem, przykrywając się kocem aż po brodę.
– Aberforth był dobrym przyjacielem i naprawdę będę za nim bardzo tęsknił. – Głos ojca drżał.
– Czy nie może po prostu wrócić?
– Niestety. Gdy odejdziesz, powrót jest niemożliwy. – Uśmiechnął się smutno Harry. – Śmierć oznacza koniec podróży.
– A gdyby twój kolega bardzo chciał wrócić? – zapytał, zaintrygowany. Miał sześć lat, więc pokątnie słyszał nieco na temat śmierci, ale nigdy nie zapoznano go z żadnymi szczegółami. Chciał wiedzieć, czy można kupić bilet powrotny.
– Nie jestem przekonany, czy Aberforth by sobie tego życzył, synu. – Tata przetarł szkła i założył okulary. – Gdziekolwiek poszedł, może być szczęśliwy.
– To czemu płaczesz?
– Cóż, będzie mi go brakować. Jesteś młody, Albusie. Nie doświadczyłeś jeszcze prawdziwej żałoby. Na Aberforha przyszedł czas. – Ojciec z trudem przełknął ślinę. – Wszyscy, którzy go znali, rozpaczają.
– Czy umieranie boli? – zapytał szeptem. Wiedział, że zadawał bardzo dziecinne pytanie, a James najprawdopodobniej podsłuchiwał ich rozmowę z korytarza. Nie chciał, żeby następnego dnia brat wyśmiewał jego niewiedzę i nazywał tchórzem. Miał serdecznie dosyć niekończących się tyrad, że gdy dorośnie, właśnie brak odwagi przypieczętuje jego los, a w szkole zostanie przydzielony do złego Slytherinu.
– Nie sądzę, synu. Uważam, że przypomina zasypianie.
– Nie znoszę zasypiać. – Albus zmarszczył brwi, bo nawet będąc opatulonym, potrafił się wygrzebać z ciepłej kołdry i gapić w sufit przez większą część nocy.
Ojciec się zaśmiał.
– Wiem, ale obiecuję, że śmierć przyjdzie szybciej niż sen; będzie też o wiele łatwiejsza. – Gdy zauważył, że nie przekonał dziecka, pochylił się do przodu. – Nie martw się na zapas, synu. Jesteś młodziutki, więc będziesz żył jeszcze baaaaardzo długo – dodał konspiracyjnym tonem, po czym otarł z policzka samotną łzę i złożył na czole chłopca czuły pocałunek.
– Obiecujesz? – zapytał, chociaż wiedział, że tata nie złamałby danej obietnicy; nigdy go nie okłamał czy oszukał.
– Obiecuję...
Wróciwszy do rzeczywistości, ciężko oddychał. Czy ta migawka było właściwa? Słowa taty się nie sprawdziły, chociaż wróżył mu długie życie. To straszne, że nie dożyje późnej starości. Z niewiadomego powodu, wspomnienie o śmierci Aberfortha naprawdę go pocieszyło. Ojciec nie wiedział, co czuje umierający, bo nigdy nie przeżył śmierci – przecież nie mógł – więc jak każdy dobrotliwy rodzic, po prostu powiedział mu to, co pragnął wówczas usłyszeć. O dziwo, wiele się nie pomylił. Albus miał zamknięte oczy i nie czuł żadnego bólu.
Czemu w ogóle miał wrażenie, że wciąż żyje...?
Otworzył oczy, wybitnie zdezorientowany. Nie rozumiał, co się dzieje. Czy przed momentem nie czekał na stracenie, bo Ares celował w niego Smoczą Różdżką...? Cóż, jak się okazało, nie przestał nawet na sekundę – wciąż stał przygotowany do ataku, aczkolwiek trzęsła mu się ręka...
Miał przymknięte powieki. Mamrotał pod nosem jakieś bliżej niezrozumiałe słowa, wyglądając na podejrzanie zdenerwowanego. Dłoń dygotała mu tak bardzo, że nawet się nie starając, mógłby wydłubać komuś oko. I właśnie wtedy Albus zdał sobie sprawę, że mężczyzna jeszcze nie zdecydował, co dokładnie z nim zrobi...
Ares uniósł powieki i nawiązał kontakt wzrokowy. Najwidoczniej spoglądanie ofierze w oczy trochę go obudziło, a ślizgon wpadł w panikę, bo zrozumiał, że oprawca najprawdopodobniej podjął decyzję. Red poruszył ramieniem tak szybko, że nie sposób było dostrzec, czy w górę, czy w dół...
– EXPELLIARMUS!
Potworna smuga czerwonego światła – dziesięciokrotnie większa aniżeli normalne zaklęcie rozbrajające – przeleciała pomiędzy nimi, choć zapewne była skierowana ku Aresowi. Ten szybko odwrócił się w prawo i odbił zaklęcie ostrym ruchem różdżki. Albus spojrzał na wybawiciela, ciekawy tożsamości, a potem zamrugał, zdziwiony, bo było ich dwóch.
Harry Potter sprawiał wrażenie zmęczonego – miał rozdarte szaty i brudną twarz. Ron Weasley wyglądał zdecydowanie gorzej. Aurorski mundur praktycznie na nim wisiał, porozcinany i mocno pokrwawiony. Gdy chłopiec bliżej mu się przyjrzał, przyuważył, że rudą czuprynę zdobiły blade placki usuniętych włosów. Obaj byli w pełni przygotowani do bitwy.
– ŁAPY PRECZ! – Tata przypominał opętanego szaleńca. – ŁAPY PRECZ OD MOJEGO DZIECKA!
Ares uśmiechnął się szyderczo i nie dało się nie zauważyć, że automatycznie nabrał pewności siebie, stojąc przed dwoma uzbrojonymi w różdżki czarodziejami; najwidoczniej nie miał w zwyczaju mierzyć w bezbronnego nastolatka. Nim minęła chwila, zrobił kilka kroków naprzód.
– Wciąż niechętny do wystrzelenia Avady, Potter? Wciąż się nie nauczyłeś?
– Nie zawahałbym się, gdybyś z łaski swojej odsunął się od mojego dziecka. – Twarz Harry’ego wyrażała tylko i wyłącznie nienawiść.
– Zostań tam, gdzie jesteś, Albusie! – krzyknął wujek, który na pierwszy rzut oka wydawał się bardziej opanowany.
Ślizgon potrząsnął gwałtownie głową, żeby zasygnalizować paraliż. Przestał się szamotać, dopiero kiedy usłyszał śmiech Aresa.
– Och, naprawdę, Potter? Ze wszystkich podziwiających cię i idealizujących aurorów, wybrałeś Weasleya na pomocnika? Równie dobrze mogłeś przyprowadzić ze sobą konewkę bądź roślinę doniczkową. Miałbyś z nich tyle samo pożytku.
Aurorzy nie dali po sobie poznać, żeby te słowa ich poruszyły. Harry się nie wahał – natychmiast przeszedł do ofensywy.
– Avada Kedavra!
Albus wytrzeszczył oczy, gdy z różdżki taty błysnął strumień zielonego światła – zaklęcie, którego nawet nie przypuszczał zobaczyć w jego wykonaniu. Ares również sprawiał wrażenie zszokowanego, ale mimo to uniknął klątwy, w dokładnie taki sam sposób co uroku Młota – po prostu odchylił głowę.
– Trochę samokontroli, Harry! – Ron złapał szwagra za ramię. – Musimy działać z rozsądkiem!
Gdy skończył zdanie, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. W powietrzu rozległ się charakterystyczny dźwięk aportacji i było jasne jak słońce, że nie przybyło wsparcie z Ministerstwa Magii.
Albus niemal zwymiotował, ponownie widząc Sebastiana Darvy’ego. Skołtunione blond włosy wciąż miał brudne i zapuszczone, przez co sprawiał wrażenie człowieka, który dopiero co opuścił wir walki; elektryzujące niebieskie oczy dodawały mu drapieżności. Wyglądał, jakby chciał natychmiast wrócić na pole bitwy, ale miał coś ważnego do powiedzenia.
– Red! – zawołał bez tchu, łapiąc brata za szaty. – Przez to, że usunąłeś barierę, do Hogsmeade wparowało Ministerstwo. Widziałem na ulicach Pottera! Jest... – urwał, ponieważ podłapał spojrzenie ślizgona. Potrzebował też chwili, aby zauważyć obecność dwóch aurorów. Gdy połączył fakty, automatycznie wyciągnął różdżkę, choć wyglądał, jakby nie pasował do rozgrywającej się w ruinach sceny. W oczach błyszczał mu obłęd, kiedy w szaleńczym tempie przenosił spojrzenie z ludzi stojących po prawej stronie na tych po lewej. Nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy jest przygotowany do walki. – Czemu nie zabiłeś...? – kontynuował, ale nie zdążył dokończyć pytania.
– Cicho, Sebastianie – przerwał mu Ares nieznoszącym sprzeciwu tonem, na tyle głośno, że nawet ich przeciwnicy usłyszeli naganę. – Masz do mnie jakiś interes, Potter? Chcesz rzucić przeznaczeniu wyzwanie? Jak widać, los postanowił użyczyć mi siły i sprezentował partnera!
Darvy rzucił bratu przelotne spojrzenie, a potem odwrócił się do aurorów. Mimo że wszystkie cztery różdżki zostały wyciągnięte, nikt nie ruszył do ataku.
– Dwóch na jednego, Ares. Twój psychopata jest nieistotny – zakomunikował wujek Ron.
Sebastian się skrzywił, ale zanim zdążył zareagować, Red zabrał głos.
– Wydajecie się pewni swoich umiejętności, panowie. Cóż, czas na fazę testów. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Naprawdę wierzysz, że doznałem fałszywej wizji, Potter? Dzisiaj się przekonamy! – krzyknął. – Jeżeli chcesz uratować syna, musisz mnie pokonać.
I ruszyli. Harry wystrzelił bliżej niezidentyfikowane niebieskie, najprawdopodobniej śmiercionośne zaklęcie, które przeleciało obok Aresa, bo ten z łatwością je zablokował, zaś Ron żółte w kierunku Darvy’ego, który został powalony na ziemię, bo wyraźnie nie spodziewał się równie śmiałego ataku. Red wysunął się naprzód i machnął różdżką niczym lassem. Z jej końca wystrzeliło coś, co wyglądało na elektryczną nić, po czym rozdzieliło się, tworząc dwie osobne. Jedna poleciała w kierunku Harry’ego a druga w kierunku Rona, jednakże żaden z aurorów nie został draśnięty.
Darvy wstał ze złością i Albus zauważył, że z ust cieknie mu krew.
– Crucio! – Gdy Darvy się pozbierał, wycelował w Weasleya. Albus zarejestrował tylko, że z ust cieknie mu krew, a potem tata zablokował tę klątwę srebrnym strumieniem światła. Niestety, dystrakcja podczas własnego pojedynku, nie pozostała niezauważona, bo Ares skorzystał z okazji i ostrym ruchem różdżki przeciął powietrze. Okoliczne szczątki sklepów, w tym w dużej ilości odłamki szyb i drewniane konstrukcje, uniosły się wysoko w powietrze i ruszyły w kierunku Harry’ego. Ron jednak wszystkie obalił, rzucając wielokrotne Reducto.
Wszystko działo się tak szybko, że ślizgon z trudem nadążał. Nikt nie rzucił klątwy zabijającej, ale chłopiec wiedział, że to tylko z obawy, że zaklęcie nie trafi w wymierzony cel. W międzyczasie nadal uparcie próbował walczyć z niewidzialnymi więzami. Oczywiście, bezskutecznie. Po dłuższej chwili okazało się, że szala zwycięstwa przechyla się na korzyść jego rodziny. Ares rzeczywiście był potężniejszym czarodziejem, ale brakowało mu koordynacji w walce ze swoim bratem. Wielokrotnie był zmuszony do cofnięcia się wstecz, kiedy Darvy strzelał na oślep zaklęciami na prawo i lewo, licząc głównie na łut szczęścia. Albus mógłby też przysiąc, że raz widział, jak utyka o stopy brata i z trudem łapie równowagę.
Ich oponenci z kolei sprawiali wrażenie odwiecznych kompanów w walce. Byli idealnie zsynchronizowani i roztaczali wokół siebie atmosferę naturalnego komfortu, czym przypominali czarodzieja władającego dwiema różdżkami. Jakby do niesłyszalnego rytmu wystrzeliwali zaklęcia oraz, gdy zaszła potrzeba, odsuwali się od siebie na bezpieczną odległość. Ich koordynacja nie miała żadnych dziur, zapewniając tym samym ochronę partnerowi. Upadłszy na plecy, Ron zręcznym ruchem owinął nogami talię Harry’ego i powalił go na ziemię, ratując przed wyczarowanymi przez Darvy’ego nożami.
Albus zamrugał, kiedy zrozumiał, że pojedynkowicze używali głównie magii niewerbalnej, dzięki czemu intencje atakującego do prawie końca pozostawały niejasne. Zapędy Sebastiana odzwierciedlały się jednak na jego twarzy – zależało mu na zadawaniu bólu, bo od początku starcia wujek zablokował już trzy Cruciatusy.
Harry cisnął czerwonym zaklęciem (najprawdopodobniej oszałamiaczem) w kierunku Darvy’ego, ale ten podtrzymał obronę. W tym samym momencie Ron przykucnął i wycelował w jego kolana. Nogi mężczyzny natychmiast zapadły się w ziemi, unieruchamiając go. Ares zareagował w ciągu ułamku sekundy, wyczarowawszy pod nim wielki kamień, który zwrócił mu ruchomość.
– Nie trać skupienia! – szczeknął do brata i nonszalancko machnął różdżką w powietrzu. Coś, co przypominało miniaturowe kule ognia, automatycznie pofrunęło ku ich przeciwnikom, którzy zdołali je ugasić.
Darvy rzucił Aresowi gniewne spojrzenie, ale posłusznie zmienił pozycję i wystrzelił w stronę Harry’ego purpurowe zaklęcie, które Ron zniwelował czerwonym promieniem. Albus sapnął, zaskoczony, gdy tata wykonał dość skomplikowany ruch różdżką i posłał wielką kulę białego światła w kierunku Darvy’ego. Ten próbował rozwiać czar, ale nadaremnie – zaklęcie, którym zamierzał się bronić, zniknęło jeszcze zanim zdążyło dolecieć do kuli. Ares ponownie wskoczył przed brata i w powietrzu nakreślił zamaszysty okrągły kształt, czym stworzył srebrną bańkę, która pochłonęła groźny czar. Przez moment nikt się nie poruszył, a potem strumień białego światła pognał w kierunku zakładnika...
Harry i Ron automatycznie wyczarowali dwie identyczne szkarłatne tarcze. Obie rozbiły się, przyjmując na siebie siłę uderzenia.
Aurorzy spuścili gardę i właśnie na to czekał Darvy. Z diabolicznym uśmiechem na twarzy wyskoczył przed brata.
– Uwaga! – krzyknął Albus, wyczuwając tchórzliwy ruch.
– Avada Kedavra!
Ron instynktownie odskoczył w lewo, a zielone światło minęło go dosłownie o centymetry i eksplodowało w miejscu, gdzie przed momentem stały jego stopy.
Ślizgon odetchnął z ulgą, gdy wujek przeturlał się w bezpieczniejsze miejsce, lecz Harry wyglądał na przerażonego tym, że nie zapewnił swojemu partnerowi odpowiedniej obrony. Zdeterminowany, mruknął coś mściwie pod nosem, wykonując prosty ruch różdżką.
– Nie! – Ares stanął przed Sebastianem.
Albus widział to wszystko w zwolnionym tempie. Darvy poleciał do tyłu, podczas gdy w powietrzu pojawił się czerwony błysk. Ares sapnął z bólu, jakby Harry natarł na niego z niewidzialnym mieczem. Momentalnie zalał się krwią, a na jego ciele pojawiły się wyraźne cięcia – sięgały od lewego ramienia do prawego biodra. Chłopiec zaniemówił. Ze wszystkich klątw, które przyszło mu zobaczyć (oczywiście, poza zabijającą), ta była zdecydowanie najbardziej niebezpieczna.
Red upadł na kolana, a potem zachłysnął się krwią. Aurorzy byli zaskoczeni – Albus nie był pewien, czy tata jest osłupiały przez własną śmiałość, czy może przez fakt, iż Ares naprawdę zasłonił brata. Darvy zaś skamieniał z pustym wyrazem twarzy i beznamiętnie przyglądał się agonii partnera. Smocza Różdżka wyślizgnęła się z dłoni czarodzieja i potoczyła kilka stóp dalej, co oznaczało niespodziewane przerwanie pojedynku.
Ares leżał na ziemi, otoczony ogromną kałużą ciemnoczerwonej krwi, uciskając miejsce, gdzie znajdował się żołądek. Cięcie niewidzialnego miecza sprawiło, że rana była o wiele głębsza aniżeli ta albusowa, ale mężczyzna nie krzyczał i nie jęczał. Z bólu zaciskał mocno zęby oraz co chwilę uderzał pięścią w ziemię, chcąc wyładować narastającą frustrację. W pewnym momencie walnął mocniej i krew trysnęła jeszcze gwałtowniej.
– Ani kroku! – Ron zainterweniował, kiedy Sebastian podźwignął się na nogi. Wciąż omiatając niedowierzającym wzrokiem scenę, Darvy wyglądał na zmęczonego walką. Podczas upadku stracił różdżkę, więc w geście poddania uniósł ręce w górę. – Ani kroku! – powtórzył wujek, nawet na moment nie opuściwszy różdżki; potem powoli ruszył w jego stronę.
Harry sprawiał wrażenie równie sparaliżowanego, co Albus. Wlepił spojrzenie w coraz to większą kałużę i nawet nie drgnął. Wtem Ares kaszlnął, wypluwając z siebie jeszcze więcej krwi.
Darvy zrobił kilka kroków naprzód, ignorując ostrzeżenie Rona.
– Powiedziałem, żebyś się nie ruszał!
– Se... Sebastianie... – wychrypiał Red. Spróbował poruszyć ramieniem, ale zdołał unieść je jedynie o cal, zanim opadło bezwładnie na ziemię. W końcu podjął desperacką próbę odczołgania się z miejsca, ale to tylko sprawiło, że zaczął się szybciej wykrwawiać.
Darvy się schylił.
– Poddaj się, kolego! – krzyknął wujek. – Jeżeli nie odłożysz różdżki, skończysz jak brat – dodał.
– Seba... Sebastianie, mo... moja różdżka...
Darvy odwrócił się, spojrzał na Rona, a potem szeroko się uśmiechnął, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. Albus uświadomił sobie, do czego właśnie doszło, a wujek nieznacznie opuścił rękę. Blondyn nie wyglądał, jakby chciał zwrócić oręże bratu, a wręcz przeciwnie. Nim minęła chwila, zrobił krok naprzód i wycelował w rannego.
Wszystkich otoczyła cisza, a aurorzy sprawiali wrażenie zbyt zszokowanych, aby przejść do działania. Ares zaś uniósł zakrwawioną głowę i, zrozumiawszy zdradę, zwyczajnie się przestraszył.
– Se... Sebastianie...?
– Avada Kedavra!
Albus wytrzeszczył oczy, gdy smuga zielonego światła gwałtownie uderzyła w Reda, przez co jego głowa odbiła się od betonu jeszcze dwa razy, zanim na dobre znieruchomiała. Skutek był natychmiastowy – zaklęcie paraliżujące, którym został potraktowany, zostało automatycznie przerwane. Mimo to nadal pozostał w bezruchu. Niezdecydowany, nie wiedział, w którą stronę powinien skoczyć.
Niemożliwe. Absolutnie niemożliwe...
– Drętwota! – Ron jako pierwszy wrócił do zmysłów, bo Harry wciąż stał nieruchomo, blady niczym trup, wpatrując się w zastygłe ciało starego przyjaciela. Wuj najwidoczniej również był rozproszony, ponieważ zaklęcie minęło cel dosłownie o kilka centymetrów.
Darvy obrzucił całą ich trójkę zadowolonym spojrzeniem, po czym raz jeszcze zerknął na swojego brata i uśmiechnął się szaleńczo. Uniósł Smoczą Różdżkę wysoko w powietrze i do uszu Albusa dobiegł głośny dźwięk, brzmiący podobnie do wystrzału z działa armatniego. W górę poleciały czerwone iskry, które po drodze plątały się ze sobą, wyglądając niczym okrutny, szkarłatny miecz.
Wokół rozległy się trzaski deportacji – z Hogsmeade znikały tuziny czarodziejów i czarownic. Sebastian, jakby po raz ostatni, obrzucił chłopca dzikim, okrutnym spojrzeniem, a następnie rozpłynął się w powietrzu.
To był bunt. Wszystko zostało zaplanowane, uświadomił sobie Albus. Atak na Hogsmeade, owszem, został wyreżyserowany przez Aresa, ale Darvy miał własne plany. Przybył na miejsce, niby z ostrzeżeniem o ministerialnych posiłkach, a w duchu żywił nadzieję, że doczeka odpowiedniego momentu i odbierze bratu zwycięstwo. Od samego początku pragnął śmierci Reda i Smoczej Różdżki. Odniósł sukces.
Zrozumiawszy prawdę, był niczym w transie. Siedział nieruchomo, nie mogąc oderwać wzroku od zakrwawionego, niedaleko leżącego ciała. Kiedy starcie dobiegło końca, Harry otrzeźwiał i podbiegł do syna, podczas gdy Ron postanowił dokonać powierzchownych oględzin.
Albus poszedł za przykładem wuja. Wstał i podbiegł do Aresa, padając przy nim na kolana. Zupełnie się nie przejął faktem, że wylądował w kałuży krwi. Nim minęła chwila, tata znalazł się u jego boku i mocno przytulił.
– Wszystko w porządku, synu. Spójrz na mnie! Och, Albusie, twoja ręka...! – lamentował.
Ślizgon milczał, niezdolny do powstania i odejścia na bok, jak wujek. Chociaż się starał, nie potrafił oderwać wzroku od ciała Reginalda Aresa[1]. Wtem przypomniał sobie, że mama mu kiedyś powiedziała, że martwi ludzie przypominają pogrążonych w głębokim śnie. Ares przeczył temu stwierdzeniu. Oczy miał szeroko otwarte, zastygłe w wyrazie szoku i zdrady. Usta wypełniała mu krew, a brwi ściągnął w gniewnym grymasie. Wyglądał, jakby walczył nawet po śmierci.
[1] Ares – nazwisko zapożyczone z greckiej mitologii. Wbrew wiedzy powszechnej, Ares nie był tylko i wyłącznie „złym” bogiem. Nauczył ludzkość bezinteresownego bohaterstwa i prawdziwej odwagi. Potrafił sprowadzić pokój, bronić ojczyzny, porządku społecznego. Będąc jednocześnie bogiem krwawej, nieuzasadnionej wojny, był także bogiem odwagi, męstwa, wytrzymałości i kontroli ducha oraz gniewu. W świetle wyżej wymienionych argumentów nie sposób go było sklasyfikować jako postać jednoznacznie negatywną, podobnie jak vekinowskiego bohatera
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz